czwartek, 24 września 2020


Partia Republikańska, która obecnie dominuje w Senacie i tworzy administrację prezydenta Donalda Trumpa, przez lata stanowiła /typ/ tradycyjnego zwolennika zacieśniania relacji z Państwem Środka. Takie podejście, jakkolwiek zawsze obwarowane pewnymi warunkami, motywowane było w dużym stopniu republikańskim pryncypialnym podejściem do wolnego handlu, połączonym z powszechną tak w Ameryce, jak i ogólnie na Zachodzie wiarą, że liberalizacja ekonomiczna Chin, a co za nią idzie wzbogacenie się chińskiego społeczeństwa pociągną za sobą liberalizację polityczną. Dalsze zbliżenie z Chinami, pomimo upadku wspólnego rywala w postaci Związku Radzieckiego, było więc podyktowane chęcią stworzenia klimatu sprzyjającego demokratyzacji systemu, wciąż działającego w oparciu o model stanowiący mieszankę marksizmu-leninizmu, maoizmu i dengizmu. Wyraz opisywanego sprzyjania stanowiła w latach 90. polityka Georga H.W. Busha, który obejmując urząd na kilka miesięcy przed siłowym stłumieniem protestów na placu Tian’anmen w czerwcu 1989 roku, jako prezydent uprawiał politykę łagodzenia podejścia do władz w Pekinie – mimo odmiennych oczekiwań dominujących w ówczesnym krajobrazie politycznym. W warstwie werbalnej opisywany stosunek odzwierciedlała np. przemowa z 2000 roku w Kongresie, pełniącego do dziś funkcję senatora, republikanina Chucka Grassley’a, w której gorąco przekonywał o potrzebie przyjęcia Chin do Światowej Organizacji Handlu, jako że „historia pokazuje, iż gdy państwa handlują ze sobą na niedyskryminacyjnych warunkach, każdy wygrywa”.

(...)

O ile co do istoty podejście polityków demokratycznych wobec Państwa Środka w latach 90 i później było podobne, akcentowali oni w większym stopniu od republikanów kwestie ideowe. Bill Clinton, konkurent polityczny Busha seniora w wyborach prezydenckich, krytykował jego kurs wobec ChRL, oczekując silniejszej odpowiedzi na działania “rzeźników Pekinu” (mimo tego iż sam kontynuował wspieranie rozwoju relacji gospodarczych w następnych latach). Świadomość poparcia społecznego dla takiej retoryki, zachęciła demokratów do uczynienia z ochrony praw człowieka w Chinach osi krytyki Georga H.W. Busha wobec wg. nich niewystarczająco zdecydowanego podejścia w tej sprawie, co pozwoliłoby im uzyskać przewagę polityczną. Wielu demokratów podnosiło również argument, że wraz z upadkiem ZSRR znikła potrzeba grania “chińską kartą”, uznając że specjalne stosunki z tym krajem nie mają już racji bytu. Zasadniczo jednak zachodziła zgoda co do istniejącego wówczas kursu, o czym świadczy brak podejmowanych tak zdecydowanych w porównaniu z ostatnimi latami, działań zmierzających ku jego zmianie.

W drugiej dekadzie XXI wieku, gdy pojawiały się kolejne problemy w relacjach obu krajów, rósł rozdźwięk pomiędzy coraz bardziej krytycznymi wobec azjatyckiego konkurenta republikanami, a polityką Baracka Obamy, który pomimo prób balansowania rosnącego potencjału Chin, co do istoty kontynuował, a nawet wzmacniał konsensualny kurs, którym podążali jego poprzednicy. Krytykowana jako nieskuteczna, próba stabilnego dostosowywania relacji do zmieniających się uwarunkowań, została zastąpiona przez Donalda Trumpa dużo ostrzejszym, konfrontacyjnym podejściem. Ta rewolucyjna zmiana stała się następnie osią sporu obu środowisk, gdyż demokraci usiłowali zdyskredytować politykę nowego prezydenta, opartą na unilateralizmie i polityczno-ekonomicznym szantażu (stosowanym również wobec własnych sojuszników), uznając ją za sprzeczną z amerykańskimi interesami i osłabiającą pozycję państwa na arenie międzynarodowej.

Obecnie w ramach partii demokratycznej ponownie zacierają się różnice z republikanami w tej materii. Pomimo zaostrzenia się konfliktu politycznego w USA i wzrostu polaryzacji społecznej, kwestia postrzegania Chin jako zagrożenia wydaje się stopniowo urastać do miana kompromisowej. 

instytutboyma.org

W swoim dokumencie Samsung przedstawia trendy, które będą miały kluczowy wpływ na formę sieci szóstej generacji. Pierwszym z nich jest rosnąca rola przedmiotów i maszyn jako użytkowników sieci internetowej. Możemy w nim przeczytać, że wraz z rozwojem urządzeń wykorzystujących rzeczywistość wirtualną (VR, AR), a także z rosnącą liczbą połączonych z siecią samochodów, robotów, dronów czy też urządzeń domowych, to właśnie one, a nie ludzie, staną się jej najliczniejszymi użytkownikami. Dla zobrazowania tej tezy, przywołano w tym miejscu prognozę amerykańskiej firmy technologicznej CISCO, według której w 2030 roku w ramach IoT (Internet of Things) do sieci podłączonych będzie aż 500 mld urządzeń elektronicznych. Wśród kolejnych trendów wymieniono rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, coraz łatwiejszą komunikację mobilną oraz jej wzrastający wpływ na osiąganie istotnych celów społecznych, jak np. redukcję emisji gazów cieplarnianych czy równy dostęp do edukacji dzięki postępującej digitalizacji i dostępowi do szybkiego Internetu.

W jaki sposób kolejna generacja sieci mobilnej zmieni nasze życie? Koncepcja Samsunga przedstawia trzy najważniejsze efekty wprowadzenia 6G, a są to szerokie zastosowanie prawdziwie immersyjnej rzeczywistości rozszerzonej (VR, AR, MR), mobilnych hologramów o wysokiej wierności obrazu oraz replik cyfrowych. Dzięki szybkości internetu sięgającej 1 TB/s (1000 GB/s), elektroniczne urządzenia obsługujące wyżej wymienione technologie będą mogły skuteczniej wykorzystywać infrastrukturę chmurową, a to znacząco podniesie ich moc obliczeniową. W ten sposób nawet małe przedmioty, takie jak okulary czy smartfony będą mogły tworzyć hologramy i inne wizualizacje, które będą niezwykle wiernie oddawać rzeczywistość. Z kolei w przypadku repliki cyfrowej mowa jest o wizualizacjach, które nie tylko w niezwykle wysokim stopniu oddawać będą elementy i przestrzeń realną, ale będą też pozwalać na na interakcje pomiędzy nimi (światem wirtualnym i realnym). Oznacza to, że w przypadku interakcji człowieka z wirtualną repliką, urządzenia bądź roboty mogłyby dokonywać zmian w rzeczywistości, np. lekarz będzie mógł wykonywać operację na zdigitalizowanej replice, natomiast jego działania będą bezpośrednio oddziaływać na ciało prawdziwego pacjenta.

instytutboyma.org

Polityka ChRL wobec republik Azji Centralnej od wielu lat ukierunkowana jest na budowanie pozytywnych relacji, rozszerzanie współpracy w wielu obszarach i dbałość władz Państwa Środka o unikanie poczucia chińskiej dominacji wśród mieszkańców regionu. Tym bardziej zaskakujące było stwierdzenie, że tadżycka część Pamiru jest historycznym terytorium Chin i powinna do Chin wrócić, która znalazła się w artykule chińskiego historyka narodowego. Choć oficjalnie kierownictwo Komunistycznej Partii Chin i przywódcy Państwa Środka nie wypowiedzieli się w tym temacie, to treść ta wywołała zrozumiałe poruszenie wśród władz Tadżykistanu. Trzeba tu nadmienić, że rzeczywista władza Duszanbe nad tym górzystym regionem jest dość iluzoryczna, więc jakiekolwiek dodatkowe jej kwestionowanie jest wchodzeniem ze świecą do składu prochu.

Publikacja artykułu, również w tłumaczeniu na język tadżycki, spowodowała wezwanie chińskiego ambasadora w Duszanbe, Liu Bina, do siedziby Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tadżycki wiceminister przekazał przedstawicielowi ChRL oficjalna skargę Tadżykistanu i zaznaczył, że Chiny powinny dołożyć większej staranności w cenzurowaniu treści o charakterze historycznym, aby były one tak dostosowane (biased), by nie budzić kontrowersji.

Sytuacja ta jest zarówno niepokojąca, jak i kuriozalna. Trudno posądzać władze chińskie o ukrytą intencję przypomnienia władzom tadżyckim, że sprawa przebiegającej przez Pamir granicy jest wciąż nieuregulowana, bowiem w 2011 r. tadżycki parlament ratyfikował porozumienie z 1999 r. o przekazaniu Pekinowi 1000 km2 spornego obszaru. Ten ruch w zasadzie powinien oznaczać ostateczne wyczerpanie tematu granic, jednak zwrócony obszar stanowił zaledwie 5.5% chińskich żądań. Niemniej strona chińska uznała, że decyzja Duszanbe całkowicie zaspokaja ich roszczenia. W tym świetle, niefortunną dla relacji dwustronnych uwagę chińskiego historyka, wypadałoby uznać za akademickie rozważania, gdyby nie to, że działalność Pekinu w kwestii terytoriów spornych jest coraz bardziej asertywna, czego przykładem jest choćby napięta sytuacja na Morzach Wschodnio- i Południowochińskim.

/W Chinach nie ma czegoś takiego jak "przypadkowa publikacja naukowa", jeśli coś opublikowano, to znaczy że tak miało być - red./

(...)

Nie po raz pierwszy bowiem strona chińska pokazuje, że przestała się liczyć z dużo słabszymi sąsiadami. Przykładem jest choćby projekt wykorzystania rzek Ili i Irtyszu dla rozwoju ekonomicznego Ujgurskiego Okręgu Autonomicznego, którego nie tylko nie konsultowano z Kazachstanem, ale nawet o nich nie poinformowano władz w Nur-Sułtan. Ta sytuacja wzbudziła zrozumiały niepokój o skutki realizacji tych zamierzeń dla kazachskiego środowiska naturalnego, jak również dla gospodarki wodnej, bowiem wody Ili stanowią 30% zaopatrzenia Jeziora Bałchasz, będącego jednym z najważniejszych zbiorników wody pitnej w republice. Innym przykładem nieliczenia się z sąsiadami jest wykorzystywanie lodowców do produkcji wody butelkowanej i ich topienia w celu nawadniania obszarów deficytowych w wodę, co w krótkim czasie może mieć negatywne konsekwencje dla gospodarki wodnej Tadżykistanu, którego 6% terytorium pokrywają lodowce, a ich okresowe topnienie zapewnia stały poziom wód w rzekach Amu-darii (Tadżykistan) i Syr-darii (Kirgistan, Kazachstan).

instytutboyma.org

środa, 23 września 2020


"Badania pokazały, że koncerny używają dobrowolnych inicjatyw, np. zobowiązania do recyklingu czy oczyszczania oceanów, jako taktyk mających odwrócić uwagę konsumentów i rządów od problemu, podczas gdy za kulisami energicznie lobbują za opóźnieniem i rozmyciem ambitnych przepisów" ograniczających zanieczyszczenie - czytamy w prezentacji raportu.

Przygotowany przez organizację pozarządową z siedzibą w Holandii i opublikowany w zeszłym tygodniu dokument bada firmy w 15 krajach świata. Krytykuje m.in. dobrowolne inicjatywy konkretnych firm i stowarzyszeń branżowych zmierzające do ograniczenia stosowania plastikowych opakowań, ich przetwarzania czy wprowadzanie alternatywnych materiałów. Zdaniem autorów publikacji te zobowiązania są w większości nieadekwatne do skali zagrożenia, nieprzejrzyste, a często kończą się na samych zapowiedziach i nie są realizowane.

I tak np. wielkie koncerny naftowe i chemiczne przeznaczyły na rzecz "Sojuszu na rzecz wyeliminowania odpadów plastikowych" 1,5 mld dolarów. Badanie przypomina jednak, że w latach 2010-2017 firmy te wydały na nowe instalacje petrochemiczne 186 mld dolarów i nadal inwestują znaczne sumy w rozbudowywanie możliwości produkcji plastiku.

Według raportu liczne inicjatywy tego typu pomagają koncernom w budowie wizerunku firm odpowiedzialnych za środowisko, ale nie zmniejszają fali zanieczyszczającego świat plastiku.

Autorzy dokumentu zaznaczyli, że z drugiej strony mało znane, nienagłaśniające swoich działań organizacje lobbingowe przeprowadzają akcje mające opóźnić i osłabić wprowadzenie w życie już uchwalonych praw związanych z ochroną środowiska oraz zapobiec powstawaniu nowych.

(...)

Badanie zwraca uwagę, że takim działaniom towarzyszą kampanie mające odwrócić uwagę od producentów tworzyw sztucznych, którzy zdaniem autorów opracowania ponoszą największą odpowiedzialność za kryzys związany z zanieczyszczeniem plastikiem. Poprzez fałszywe organizacje ekologiczne prowadzone są akcje mające przerzucić odpowiedzialność na konsumentów - czytamy w raporcie.

Najwięcej plastikowych opakowań na świecie w 2020 r. zużyje Coca-Cola - 2,9 mln ton, na potrzeby Pepsico wyprodukuje się ich 2,3 mln ton, a Nestle - 1,7 mln ton - wylicza analiza. Pośród koncernów najbardziej przyczyniających się do produkcji plastiku znajdują się jeszcze: Danone, Procter&Gamble, Unilever, Colgate-Palmolive i Mars.

forsal.pl

Swoją przygodę z energią jądrową konglomerat państw socjalistycznych rozpoczyna od elektrowni w Obnińsku – tzw. „mieście nauki” zlokalizowanym ok. 100 km od Moskwy. To tam 26 czerwca 1954 r. włączony został do systemu pierwszy (feralny technologicznie jak się finalnie okazało) lekkowodny, wrzący reaktor RBMK. I choć kolejny blok powstał dopiero 10 lat po pierwszym, to od połowy lat 60. było już z górki. W latach 1967-1986 na terenie ZSRR powstało 25 nowych reaktorów. Tak rozkręcała się ta machina, a naukowcy z Instytutu Kurczatowa – którego imię pochodziło od twórcy reaktora RBMK, czołowego sowieckiego fizyka jądrowego, Igora Kurczatowa – już pracowali nad kolejnymi nowinkami technologicznymi.

Peany na cześć radzieckiej myśli technicznej regularnie wypisywała w swoich biuletynach IAEA. W artykule opublikowanym w 1982 r. mogliśmy np. przeczytać, że „zarówno osiągnięte wyniki, jak i plany dla dalszego rozwoju energetyki jądrowej w ZSRR (…) są imponujące”. Na początku lat 80. sowieci rysowali ambitne zamiary rozwoju w tej dziedzinie. Do końca dekady łączna zainstalowana moc we wszystkich republikach miała sięgać 100 GW – ponad 60 GW więcej niż 10 lat wcześniej. W 1985 r. atom odpowiadał za 10% rosyjskiego zapotrzebowania. I przypuszczalnie dążenia te udałoby się zrealizować, gdyby nie pewien słynny wypadek… 

(...)

Po katastrofie, rosyjska energetyka atomowa zdecydowanie wyhamowała. Od tej chwili system, który opierał się w przeważającej mierze na tym zasilaniu wygasił cztery reaktory, a z dwudziestu planowanych zrezygnowano. Przez kolejną dekadę przyłączył tylko jeden blok, w elektrowni smoleńskiej. Przyczyną takie obrotu spraw był zdecydowany sprzeciw społeczny, którym na przełomie lat 80. i 90. politycy rosyjscy zaczęli się przejmować. Dodatkowym utrudnieniem dla przemysłu atomowego stała się pierestrojka. W rezultacie przemian ustrojowych obcięto wszelkie fundusze na badania naukowe nad energią jądrową oraz programy rozwoju tej dziedziny. Przyszłość atomu, w osłabionej rozpadem Związku Radzieckiego Rosji, nie rysowała się w kolorowych barwach. Do czasu aż władzę w kraju objął Władimir Putin.

W okresie istnienia ZSRR organem odpowiedzialnym za politykę w zakresie energetyki jądrowej było Ministerstwo Budowy Średnich Maszyn. Po upadku bloku socjalistycznego przechodziło różne zmiany instytucjonalne, a finalnie od listopada 2007 r. instytucja została przekształcona w rosyjski koncern państwowy Rosatom. Władimir Putin jako ówczesny prezydent Rosji, chcąc realizować własną wizję polityki energetycznej podporządkował sobie tego kolosa (360 spółek zależnych) i nadal ma zasadniczy wpływ na kierunki działania tej organizacji. Służąc mu jako narzędzie do budowy pozycji Rosji na arenie międzynarodowej napompował Rosatom do niespotykanych wcześniej rozmiarów wyposażając spółkę w różne instrumenty i zaufanych ludzi, takich jak wieloletni prezes koncernu i były premier Rosji, Siergiej Kirijenko.

(...)

Coraz częściej pojawiające się sygnały o możliwości porzucenia realizacji sztandarowego projektu Gazpromu Nord Stream 2, spadające ceny coraz bardziej dostępnego w świecie gazu czy spadki na rynku ropy naftowej uderzające bezpośrednio w budżet państwa powodują, że Rosjanie muszą na poważnie rozważyć poszukiwanie dodatkowych źródeł dochodów w innych segmentach przemysłu energetycznego.

Rozwiązaniem może być przemysł atomowy. W ostatnich latach Rosatom wyeksportował za granicę ponad 30 elektrowni zlokalizowanych w 12 różnych krajach. Rosja wykorzystuje je jako sposób zacieśniania więzi z innymi rynkami wschodzącymi bez tradycji w dziedzinie pokojowego atomu oraz z krajami BRICS. Reaktory, które zostały zaprojektowane i zbudowane przez inżynierów spółki powstały w Indiach, Iranie i Chinach. Obecnie poza Azją Rosatom podpisał umowy na budowę reaktorów na Białorusi, na Węgrzech – po dwa w każdym kraju, w Egipcie, Turcji – po cztery i jeden Finlandii. W Chinach spółka weźmie udział w budowie czterech reaktorów, ale niewielka kwota kontraktu wskazuje, że rosyjska korporacja państwowa odgrywa tam jedynie skromną rolę.

energetyka24.com

wtorek, 22 września 2020


– W Chinach udział dochodów gospodarstw domowych w PKB, a w efekcie także udział konsumpcji, jest najniższy w historii. Chińczycy po prostu nie mogą skonsumować tyle, co wyprodukowali, dlatego muszą wyeksportować nadwyżkę oszczędności [nad inwestycjami - red.] – zauważa Pettis.

A to odbija się na dochodach zwykłych Amerykanów. – Dochód amerykańskiej klasy robotniczej, drobnych przedsiębiorców, a także gospodarstw domowych klasy średniej pozostał na podobnym poziomie, pomimo że USA w ciągu 40 lat odnotowały gwałtowny wzrost. Bardzo dobrze poradził sobie jednak system finansowy oraz właściciele majątku ruchomego i biznesowe elity, podobnie jak zresztą w przypadku systemu finansowego i elit biznesowych w Chinach – zaznacza.

Jak rozwiązać problem globalnych nierówności? Zdaniem współautora książki "Trade Wars are Class Wars" najlepiej byłoby stworzyć nowy system handlu międzynarodowego i przepływów kapitałowych. – Myślę jednak, że to będzie bardzo trudne (...). Drugą najlepszą opcją, przy czym podkreślam, że nie jest to dobra opcja, byłoby jednostronne wystąpienie USA z obecnego systemu i ograniczenie napływu nadwyżek finansowych do Stanów Zjednoczonych – przekonuje.

A co mogą zrobić sami Chińczycy, by zrównoważyć własną gospodarkę? – Jeśli chcemy, aby krajowa konsumpcja była źródłem wzrostu, musimy zwiększyć udział gospodarstw domowych zwykłych Chińczyków w PKB. Jak to osiągnąć gospodarczo? Można wyeliminować ograniczenia dotyczące osiedlania się, podnieść wynagrodzenia, wzmocnić system zabezpieczeń społecznych, zmniejszyć degradację środowiska, wprowadzić darmowy transport publiczny. Problem jest jednak taki, że ten dochód musi być przeniesiony od kogoś innego, a tym kimś innym będzie albo biznes, albo rząd – wyjaśnia Pettis.

/Można, i są to pobożne życzenia Zachodu - Partia nie ma zamiaru oddawać władzy i kontroli, eksport zostanie kołem zamachowym gospodarki, nie konsumpcja wewnętrzna - red./

bankier.pl

Sebastian Horn z Uniwersytetu w Monachium, Carmen Reinhart z Uniwersytetu Harvarda i Christoph Trebesch z Instytutu Gospodarki Światowej w Kilonii zebrali dane dotyczące chińskich pożyczek obejmujące 152 krajów. Rząd Chin ma wierzytelności dłużne wobec reszty świata o wartości ponad 5 bilionów dolarów (6 proc. światowego PKB), a na początku XXI wieku miał mniej niż 500 mld (1 proc. światowego PKB). Jeśli dodamy do tego zagraniczne inwestycje kapitałowe oraz bezpośrednie, to całkowite roszczenia finansowe Chin za granicą wyniosły w 2017 roku ponad 8 proc. światowego PKB.

Taki wzrost chińskich, oficjalnych pożyczek, a także inwestycji, jest niemal bezprecedensowy w historii i porównywalny jedynie ze wzrostem akcji kredytowej w USA w następstwie I oraz II wojny światowej.

Większość wierzytelności została nabyta przez Ludowy Bank Chin, czyli bank centralny, na międzynarodowych rynkach obligacji. Ponadto rząd udzielał coraz większych, bezpośrednich pożyczek, zwłaszcza krajom rozwijającym się i wschodzącym. W przypadku krajów o wysokim i średnim poziomie rozwoju najczęstszą formą kredytowania są inwestycje portfelowe, zwykle poprzez zakup obligacji skarbowych przez Ludowy Bank Chin. W rezultacie wiele krajów rozwiniętych jest bardzo zadłużonych wobec chińskiego rządu.

(...)

Znacząco wzrosły również inne rodzaje finansowania napędzanego przez państwo: oficjalnie gwarantowane kredyty handlowe, przepływy kapitału i BIZ do krajów rozwiniętych. Chiny zbudowały globalną sieć stałych linii kredytowych w Ludowym Banku Chin, których suma przekracza 500 mld dolarów. Na chińskie państwo przypada jedna czwarta wszystkich kredytów bankowych udzielanych rynkom wschodzącym. W przypadku 50 największych odbiorców chińskich pożyczek – głównie mniejszych lub biedniejszych krajów – zadłużenie w Chinach wzrosło z około 1 proc. PKB w 2005 r. do ponad 15 proc. w 2016 r. Pożyczki są prawie w całości sterowane przez instytucje państwowe – rząd, bank centralny i państwowe banki komercyjne.

W przypadku krajów biedniejszych dług wobec Chin stanowi obecnie średnio blisko 40 proc. całkowitego, oficjalnie zgłaszanego zadłużenia zewnętrznego. Chińskie pożyczki państwowe zwykle wiążą się ze stosunkowo wysokimi stopami procentowymi i krótkimi terminami zapadalności, w przeciwieństwie do pożyczek udzielanych przez MFW i Bank Światowy, które na ogół mają preferencyjne warunki.

Dynamika chińskich pożyczek dla krajów o niskich dochodach przypomina sytuację z lat 70. XX wieku, kiedy kraje bogate w surowce otrzymały duże kwoty konsorcjalnych kredytów bankowych. Banki miały nadzieję na odzyskanie pożyczonych pieniędzy, bo ceny surowców rosły. W końcu lat 70. zaczęły jednak spadać i państwa bankrutowały, co doprowadziło do „straconej dekady” w Ameryce Łacińskiej oraz innych regionach. Od 2011 roku dłużnicy coraz częściej zwracają się do Chin o restrukturyzację długu, co oznacza narastanie problemów dla dłużników i dla wierzyciela.

Badacze stwierdzili, że 50 proc. pożyczek udzielanych przez Chiny krajom rozwijającym się nie jest zgłaszane ani do MFW, ani do Banku Światowego. Moody’s i Standard and Poor’s, podobnie jak inne agencje ratingowe, monitorują pożyczki od prywatnych wierzycieli (banków, obligatariuszy lub innych). Pożyczki udzielane przez jedno państwo drugiemu nie są stałym elementem ich działalności.

Klub Paryski śledzi pożyczki państwowe od oficjalnych wierzycieli dwustronnych (tj. innych państw), więc teoretycznie powinien obejmować większość chińskich pożyczek zagranicznych. Jednak Chiny nie są członkiem Klubu Paryskiego i nie podlegają standardowym wymogom ujawniania informacji. Ponadto nie są członkiem Grupy ds. Kredytów Eksportowych OECD, która dostarcza dane dotyczące długo- i krótkoterminowych przepływów kredytów handlowych. W związku z tym dokumentacja dotycząca międzynarodowych pożyczek Chin jest niejawna lub niepełna. Ludowy Bank nie publikuje informacji o zakupach aktywów ani o strukturze swojego portfela.

Chiny zaczęły składać raporty do Banku Rozliczeń Międzynarodowych (BIS) w 2015 r., ale rząd nie zgodził się na publiczne ujawnienie dwustronnych umów pożyczkowych. Dostępne są tylko dane zagregowane. Wielkość „ukrytych” pożyczek wyniosła w 2016 roku ponad 200 mld dolarów. Problem jest szczególnie dotkliwy w dwudziestu krajach rozwijających się. Nie sposób ocenić, jakie mają rzeczywiste koszty obsługi długu.

(...)

Chiny nie przedstawiają szczegółowych informacji na temat bezpośredniej działalności pożyczkowej w ramach inicjatywy „Pasa i drogi”. Znane są tylko wyrywkowe informacje, np. komercyjny Bank of China informował, że od 2015 r. udzielił kredytów w wysokości 100 mld dolarów krajom, w których realizowane są inwestycje związane z nowym Jedwabnych Szlakiem. Według MFW udzielane przez Chiny pożyczki na te inwestycje są często bardzo ryzykowne i prowadzą do nadmiernego zadłużenia krajów zaangażowanych w inicjatywę.

Przykładem jest Dżibuti, gdzie Chiny mają jedyną zagraniczną bazę wojskową. Udzieliły pożyczek w wysokości prawie 1,4 mld dolarów, co odpowiada 75 proc. PKB tego kraju. Niektóre były oprocentowane poniżej stopy rynkowej, ale kredyt na zbudowanie linii kolejowej Addis Abeba-Dżibuti był udzielony na warunkach komercyjnych. Dług publiczny wzrósł z 50 do 85 proc. PKB i jest najwyższy ze wszystkich krajów o niskich dochodach. Kredyty są udzielane głównie przez China Exim Bank i gwarantowane przez rząd chiński.

Na Malediwach Chiny są zaangażowane w trzy projekty: modernizację międzynarodowego portu lotniczego, która kosztuje około 830 mln dolarów; budowę dzielnicy mieszkaniowej i mostu w pobliżu lotniska, które kosztują około 400 mln dolarów; oraz przeniesienie głównego portu (brak szacunków kosztów). PKB Malediwów to niecałe 6 mld dolarów.

Laosowi China Exim Bank udzielił pożyczki w wysokości 465 mln dolarów na budowę i eksploatację linii kolejowej. Rząd Laosu podpisał również umowę pożyczki 600 mln dolarów na projekt hydroenergetyczny. W Czarnogórze, której dług publiczny przekracza 70 proc. PKB, ten sam bank finansuje 85 proc. kosztów autostrady łączącej nadmorskie miasto Bar z Serbią. Szacowany koszt inwestycji to 1,1 mld dolarów.

W 2017 r. bank podpisał umowę z rządem Mongolii na sfinansowanie budowy elektrowni wodnej i autostrady z lotniska do stolicy. Łączny koszt ok. 1 mld dolarów. Projekt hydroenergetyczny utknął w martwym punkcie i pożyczka jest przeznaczana na inne cele.

W Tadżykistanie Chiny finansują budowę gazociągu, a w Kirgistanie linię kolejową i autostrady. China Exim Bank jest największym, pojedynczym wierzycielem, którego zaangażowanie w Kirgistanie wynosi 1,5 mld dolarów, czyli około 40 proc. całkowitego zadłużenia zagranicznego tego kraju.

W Pakistanie realizowany jest sztandarowy projekt inicjatywy „Pasa i Drogi” – Chińsko-Pakistański Gospodarczy Korytarz (CPEC). Łączną wartość projektów CPEC szacuje się na ponad 60 mld dolarów. Co najmniej 33 mld będzie zainwestowane w projekty energetyczne. Chiny sfinansują około 80 proc. kosztów.

obserwatorfinansowy.pl

niedziela, 20 września 2020


Wiele firm i krajów stara się zaistnieć w tej dziedzinie, ale prawdziwych zwycięzców można policzyć – dosłownie – na palcach jednej ręki. Z dokonanego przez ekspertów McK przeglądu wyników osiągniętych w latach 2015-2019 przez największych w świecie producentów półprzewodników wynika, że pięciu z nich – Samsung, Intel, TSMC, Qualcomm i Apple – osiągnęło razem średni zysk roczny w wysokości 35,5 mld dolarów, o 6,8 mld dolarów wyższy niż 249 pozostałych czołowych firm w tej elitarnej branży.

Wysokie zyski wynikają z renty wielkości kilku elektronicznych światowych gigantów, a ich wielkość z kolei wynika m.in. z wielkich nakładów finansowych, jakie one ponoszą, prowadząc badania naukowe, projektowe i testowe, aby w końcu uruchomić produkcję nowych generacji jeszcze mniejszych układów scalonych. Nakłady te rosną w tempie niemalże geometrycznym. Zaprojektowanie chipów o charakterystyce 10 nanometrów kosztowało 174 mln dolarów, 7-nanometrowych – blisko 300 mln dolarów, a jeszcze gęściej „upchanych” 5-nanometrowych – aż 540 mln dolarów. Wybudowanie fabryk takich układów scalonych to koszt około 2,9 mld dolarów w przypadku „kostek” 7-nanometrowych i aż 5,4 mld dol. w przypadku 5-nanometrowych.

Pomimo ponoszenia tak wysokich kosztów na badania, rozwój, a później na budowę i oprzyrządowanie nowych fabryk upływa wiele czasu zanim ich produkcja jest ostatecznie uruchamiana. Eksperci McK wskazują, że od 12 do 24 miesięcy trwa budowa samej fabryki i instalowanie precyzyjnych urządzeń produkcyjnych, które muszą spełniać coraz trudniejsze warunki (chodzi m.in. o czystość powietrza) przyszłego wytwarzania. Kolejne miesiące (od do 12 do 18) trwa dochodzenie do pełnych zdolności produkcyjnych, co ma kluczowe znaczenie dla opłacalności gigantycznych inwestycji.

Wyliczenia ekspertów wskazują na zależność pomiędzy skalą nowej produkcji, w tym zwłaszcza stopniem wykorzystania mocy wytwórczych a czasem, jaki upływa do momentu (breakeven point), kiedy fabryki zaczynają przynosić zyski. W przypadku pełnego obłożenia produkcyjnego moment ten następuje dopiero po 4-5 latach. Gdy stopień wykorzystania spada do 80 proc. moment ten następuje dopiero po mniej więcej 7 latach, a gdy do 65 proc. – koszty poniesione na nową fabrykę układów scalonych nigdy się nie zwrócą. Gdy produkcja układów scalonych zyskuje wsparcie finansowe od instytucji rządowych – co jest dość częste np. na etapie badań – czas uzyskania opłacalności w tej dziedzinie skraca się o rok-dwa lata, ale i tak jej granicą jest minimum 55 proc. wykorzystanie mocy nowej fabryki.

Cztery, pięć czy siedem lat w elektronice to tymczasem niemal wieczność. Przy wysokim tempie rozwoju i postępu technicznego w dziedzinach, w których elektronika ma zastosowanie, trzeba z wielkim wyprzedzeniem wyobrazić sobie, do czego i w jaki sposób mogą być za niemal dekadę wykorzystywane projektowane dziś jeszcze doskonalsze chipy. Są w stanie to osiągnąć jedynie najwięksi producenci układów scalonych i podzespołów elektronicznych. Trwa między nimi wprawdzie zażarta konkurencja, ale zarazem widać symptomy podziału elektronicznego rynku pomiędzy firmy i kraje. Przykładowo amerykański Intel zdominował rynek układów scalonych do laptopów i desktopów, Qualcomm jest liderem w tej samej dziedzinie, ale w przypadku smartfonów, TSMC z Tajwanu przoduje w technologiach poniżej 10 nanometrów, holenderska firma ASML w technologiach litograficznych, Samsung opanował rynek pamięci, a amerykańska firma Nvidia to światowy lider kart graficznych.

obserwatorfinansowy.pl

Od 18. Kongresu Narodowego w maju członkowie Komitetu Centralnego partii i towarzysz Xi zaproponowali serię nowych koncepcji i strategii oraz przyjęli szereg środków w celu kierowania i promowania prywatnej ekonomicznej pracy na "jednolitym froncie”. Mówią, że te posunięcia przyniosły "niezwykłe rezultaty”.

Wraz z rozwojem i dywersyfikacją prywatnej gospodarki Chin, w oświadczeniu czytamy, że "środki te doprowadzą do wielkiego odmłodzenia narodu chińskiego pod wpływem myśli Xi Jinpinga".

Ogółem istnieje ponad sto zaleceń dla firm, w tym wytyczne dotyczące doboru personelu do realizacji działań.

"Musimy zauważyć, że chiński socjalizm wszedł w nową erę, [jako że] skala gospodarki prywatnej nadal się rozwija, ryzyko i wyzwania znacznie wzrosły, wartości i interesy gospodarki prywatnej stają się coraz bardziej zróżnicowane, a jednolita praca na froncie prywatnej gospodarki stoi w obliczu nowych sytuacji i zadań"- napisano w oświadczeniu.

Podkreślono, że głównym powodem wprowadzenie zaleceń jest "wzmocnienie przywództwa partii nad prywatną gospodarką". Prywatne podmioty gospodarcze mają być "ściślej zjednoczone wokół partii".

To duży zwrot od dotychczasowej polityki - wskazuje dziennikarz ATF Chriss Gill. "Wcześniej prywatny biznes nie był uważany za bardzo godny członkostwa w partii lub wywierania wpływu, ale krok po kroku trafił do serca reżimu" - komentuje.

Zgodnie z nowymi przepisami prywatne firmy będą potrzebowały pewnej liczby pracowników zarejestrowanych w Komitecie Centralnym, co jest już wieloletnią praktyką w dużych firmach prywatnych, ale jeszcze nie tych mniejszych. Te kadry mają zapewnić, że firmy będą postępować zgodnie z wiodącą ideologią "kierując się myślą Xi Jinpinga o socjalizmie z chińskimi cechami dla nowej ery". Będą również kierować prywatnymi biznesmenami.

Do obowiązków kadr będzie należało wzmacnianie przewodnictwa ideologicznego, kierowanie prywatnymi postaciami ekonomicznymi, by "zwiększyć ich świadomość samodyscypliny, budować silną linię ideologicznej i moralnej obrony, ściśle regulować własne słowa i czyny, pielęgnować zdrowy styl życia i tworzyć dobry wizerunek publiczny".

Będą również musieli stale poprawiać przestrzeganie prawa i standardy moralne prywatnych obywateli. Zostaną utworzone kanały komunikacji między prywatnymi firmami a stroną w celu informowania o postępach zmian.

businessinsider.com.pl

sobota, 19 września 2020

Wszystko to dzieje się w czasie, gdy moc MbS w domu nigdy nie była tak słaba. Należy pamiętać, że tuż przed pełnym początkiem ostatniej wojny cen ropy, wywołanej przez Arabię Saudyjską, MbS urządził kolejną łapankę na swoich wysokich rangą przeciwników (poprzedni miał miejsce pod koniec 2017 roku w osławionym Ritz-Carlton w Rijadzie). 

W ostatniej potyczce wzięli udział książę Ahmed bin Abdulaziz, młodszy brat króla Salmana, oraz książę Mohammed bin Nayef, bratanek króla i były następca tronu. Nastąpiło to po licznych doniesieniach, że stan zdrowia 84-letniego obecnego króla Salmana jest bardzo zły, co spowodowało przepychankę między starszymi członkami królewskiego rodu o sukcesję. 

Należy też mieć na uwadze, że MbS nie zawsze był naturalnym następcą króla Salmana. Przed czerwcem 2017 roku (kiedy sukcesja została zmieniona na korzyść MbS), faworytem był książę Mohammed bin Nayef.

Zdolność MbS do polegania na wsparciu długoletniego kluczowego sojusznika Arabii Saudyjskiej - Stanów Zjednoczonych - również budzi poważne wątpliwości po drugiej wojnie cenowej ropy wywołanej przez Arabię Saudyjską w ciągu mniej niż pięciu lat, której celem było zniszczenie lub unieruchomienie amerykańskiego sektora ropy łupkowej. 

"Od czasu dojścia do władzy MbS był co najmniej współwinny litanii wielkich błędów, jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, w tym - ale nie tylko - prowadzonej przez Arabię Saudyjską wojny w Jemenie, przymilania się do Rosji w ramach kartelu OPEC+ oraz zabójstwa dysydenta saudyjskiego dziennikarza Jamala Khashoggi, które nawet CIA uznała za osobiste zamówienie MbS" – zaznacza portal oilprice.com.

Jednak ponad wszystko to, zdaniem USA, było zerwaniem podstawowego zaufania między tymi dwoma krajami, które zostało ustanowione w 1945 r. W porozumieniu zawartym między USA a Arabią Saudyjską w sprawie odcinka Bitter Lake Kanału Sueskiego. Porozumienie zawarte między prezydentem USA Franklinem D. Rooseveltem a ówczesnym królem Arabii Saudyjskiej, Abdulazizem, polegało na tym, że USA otrzymają wszystkie potrzebne im dostawy ropy tak długo, jak Arabia Saudyjska będzie miała ropę, w zamian za co USA gwarantowałoby bezpieczeństwo rządzącej dynastii Saudów. 

Po wojnie cenowej w latach 2014-2016 umowa ta uległa nieznacznej zmianie, aby uwzględnić amerykańskie oczekiwania, że dom Saudów zapewni, że Arabia Saudyjska nie tylko będzie dostarczać Stanom Zjednoczonym potrzebną im ropę tak długo, jak to możliwe, ale także że pozwoli amerykańskiej branży łupkowej na dalszy wzrost. 

Ostatnia wojna cenowa prowadzona przez Rijad spowodowała bankructwo wielu amerykańskich koncernów łupkowych.

energetyka24.com


Zaczęło się w okolicy przełomu 1989 r. od letniego studia telewizyjnego, gdzie Rewiński prowadził satyryczny cykl "Skauci piwni". Opowiadał on o niezwykłym letnim obozie skautowym, którego uczestnicy woleli raczyć się tytułowym piwem, niż chodzić na podchody i zdobywać sprawności.

Choć trudno w to uwierzyć, ekipa satyryków występujących w tym programie założyła partię polityczną. Już jej nazwa brzmiała jak jeden wielki żart: Polska Partia Przyjaciół Piwa. Ale ktoś musiał jednak wziąć ten swoisty happening na poważnie.

I nie było to kilka osób. Poparcie było na tyle duże, że nowo powstałe ugrupowanie trafiło po wyborach z 1991 roku do parlamentu pierwszej kadencji, zdobywając ponad 3 proc. głosów - nie obowiązywał wtedy jeszcze wymóg przekroczenia progu wyborczego. Taki wynik pozwolił wprowadzić do Sejmu 16 posłów, wśród których byli m.in.: ceniony dziennikarz Adam Halber czy mało jeszcze wówczas znany aktor Krzysztof Ibisz.

Jednym z ważnych postulatów partii było... zwalczanie alkoholizmu. Drogą do tego miało być promowanie piwa kosztem wódki.

W programie ugrupowania można było przeczytać: "Nie mamy złudzeń, że Polak stanie się abstynentem. Tylko niech nie pije wódki. Smaczne, chłodne, aromatyczne piwo tak samo może służyć do wznoszenia toastów (...) Przy piwie można wymienić poglądy, przy piwie łatwiej dojść do porozumienia, dogadać się. Dogadujmy się, bądźmy tolerancyjni, wyrozumiali i spolegliwi".

W jednym z wywiadów poseł PPPP, Jerzy Dziewulski wspominał: "Posłowie ze styropianowym rodowodem byli zszokowani. Już nie oni, tylko my byliśmy bohaterami newsów".

Sam Rewiński był dość aktywnym posłem, ale doprawdy trudno było stwierdzić, czy jego wystąpienia na trybunie sejmowej były poważnymi przemówieniami politycznymi, czy raczej monologami satyryka.

- Jesteśmy zatruwani ołowiem i stopień jego stężenia w powietrzu, jak również ilość spożywanego alkoholu wysokoprocentowego powodują, że jesteśmy społeczeństwem agresywnym, nietolerancyjnym i może temperatura na tej sali również jest wypadkową tego zjawiska - głosił z trybuny sejmowej.

Cała historia założonego przez niego ugrupowania wyglądała zresztą jak skecz kabaretu - jedna z frakcji, na które podzieliła się partia nazywała się Duże Piwo, a w międzyfrakcyjnych walkach kanapowej w gruncie rzeczy organizacji Rewiński został odsunięty od przywództwa przez Leszka Bubla.

wp.pl