poniedziałek, 17 sierpnia 2020


Jak powszechnie wiadomo, Polska zmaga się z poważnym problemem gospodarowania śmieciami, a co za tym idzie – regularnymi podwyżkami cen za ich odbiór. Powstawanie, w ramach istniejących ciepłowni lub elektrociepłowni, jednostek RDF mogłoby w znaczącym stopniu rozwiązać trudności z tym związane. Instalacje RDF mogłyby zarówno eliminować kłopot związany z zagospodarowaniem odpadów komunalnych czy przemysłowych, jak i zapewnić stałą dostawę ciepła i prądu do odbiorców. Dla przykładu, w miejscowości Spittelau położonej nieopodal Wiednia od 1976 r. pracuje spalarnia odpadów. Tylko ta instalacja gwarantuje 25% ciepła rocznie zużywanego przez mieszkańców stolicy Austrii. Wzorem wiedeńczyków poszli Szwedzi. 1/6 energii zużywanej w Sztokholmie pochodzi ze spalania RDF-u.

Ilustracją polityki ukierunkowanej na wykorzystanie paliw alternatywnych w celu produkcji energii jest Szwajcaria. Helweci spalają 70% wszystkich gromadzonych odpadów komunalnych. Dzięki temu co roku do szwajcarskich gospodarstw domowych i przedsiębiorstw płynie prąd o sumarycznej mocy sięgającej 1050 GWh. Co ciekawe, Szwajcaria nie planuje odwrotu od spalania odpadów, wręcz przeciwnie. Pomimo, że w kraju działa 30 bloków, to z powodu coraz wyższego poziomu produkcji śmieci, władze zamierzają uruchamiać kolejne. W świecie pracuje obecnie 2450 jednostek tego typu, z czego prawie 50% w samej Japonii.

Badania przeprowadzone przez Fortum Power and Heat nakreślają potencjał jaki Polska posiada, gdyby zamieniła źródła energii w postaci węgla kamiennego na równowartość odbieranych aktualnie w kraju odpadów komunalnych. Zakłady termicznego przekształcania mogłyby dostarczyć nawet 6% rocznego zapotrzebowania na energię.

energetyka24.com

piątek, 14 sierpnia 2020


Na zdjęciach z obecnie trwających na Białorusi protestów widać ludzi, którzy wchodzą na ławki, żeby lepiej widzieć, co się dzieje. Stoją w skarpetkach, a obok leżą złożone buty. Protest to jeszcze nie jest powód, żeby deptać mienie publiczne.

Na czwartkowym mityngu przed Domem Rządu w samym centrum Mińska było kilka tysięcy osób. Ludzie siedzieli i stali na Placu Niepodległości naprzeciwko żołnierzy ustawionych wzdłuż budynku.

Żołnierze nie byli rozmowni i nie chcieli odpowiadać ani na pytania dziennikarzy, ani zwykłych ludzi, którzy wylewali przed nimi swój żal na brutalność i przemoc struktur siłowych w czasie rozpędzania protestów. Jedynym zdaniem, które dowódca chciał powiedzieć głośno i wyraźnie, było wezwanie do posprzątania po sobie po zakończeniu manifestacji. Wykrzyczał je kilkukrotnie do megafonu.

Ludzie byli szczerze oburzeni. Jak to! Ja zawsze po sobie sprzątam. Po co on się w ogóle odzywa! - powiedziała pani w średnim wieku, którą widać w pierwszym rzędzie niemal każdego protestu. Posprzątamy, posprzątamy, spokojnie – uspokajali inni.

I rzeczywiście. Gdy tylko wybiła 21, zebrani zaczęli się rozchodzić, sprawnie zabierając ze sobą wszystko, co było na placu.

onet.pl

niedziela, 2 sierpnia 2020


Nadzór za pomocą kamer nasila się, co jedni oceniają jako metodę poprawy bezpieczeństwa i wydajności w społeczeństwie, ale inni jako zagrożenie dla prawa do prywatności lub swobody przemieszczania się – napisano w raporcie Comparitech.

Na podstawie danych ze sprawozdań rządowych, stron internetowych policji i artykułów w mediach, autorzy opracowania oszacowali liczbę kamer monitoringu w 150 dużych miastach na świecie, skupiając się głównie na kamerach używanych przez władze do nadzoru miejsc publicznych.

Pierwsze miejsce w zestawieniu najpilniej nadzorowanych miast świata zajęło chińskie Taiyuan, gdzie pracuje ponad 465 tys. kamer (prawie 120 na każdy tysiąc mieszkańców). Drugie jest miasto Wuxi, również w ChRL, z 300 tys. kamer (ponad 92 na tysiąc mieszkańców).

Najwięcej kamer działa natomiast w Pekinie (miejsce 5.) i Szanghaju (miejsce 12.), gdzie jest ich odpowiednio 1,15 mln i 1 mln, a więc ponad 56 i prawie 40 na każdy tysiąc mieszkańców. Listę zamyka miasto Tiencin z 350 tys. kamer (prawie 26 na tysiąc mieszkańców).

Firma IHS Markit oceniała w grudniu, że na świecie jest już około 770 mln kamer monitoringu, z czego 54 proc. działa w Chinach. Do 2021 roku liczba kamer na świecie przekroczy miliard – prognozowała firma.

Na opracowanej przez Comparitech liście 20 miast z największą liczbą kamer na mieszkańca tylko dwa znajdują się poza Chinami. W Londynie (miejsce 3.) autorzy doliczyli się prawie 628 tys. kamer (ponad 67 na tysiąc mieszkańców), a w indyjskim Hajdarabadzie (miejsce 16.) - 300 tys. kamer (prawie 30 na tysiąc mieszkańców).

„Głównym argumentem za monitoringiem wizyjnym (CCTV) jest lepsze egzekwowanie prawa i zapobieganie przestępstwom” - ocenili autorzy, zaznaczając jednak, że „większa liczba kamer raczej nie koreluje z niższymi wskaźnikami przestępczości”. „Mówiąc ogólnie, więcej kamer niekoniecznie obniża przestępczość” - dodali.

Podobną opinię wyraziła cytowana przez „SCMP” badaczka z Uniwersytetu Chińskiego w Hongkongu Severine Arsene. Zwróciła też uwagę, że chińskie władze mogą w przyszłości zainstalować więcej systemów automatycznego rozpoznawania twarzy i używać ich w sposób pozbawiony kontroli społeczeństwa, nie tylko do łapania przestępców, ale również do nadzoru nad dysydentami, a nawet mniejszościami etnicznymi.

„Kluczowe jest, aby ten, kto zawiaduje systemem nadzoru wizyjnego, był solidnie kontrolowany, a dokładnie tego brakuje w reżimie, takim jak Chiny (…) Musimy brać pod uwagę możliwości nadużyć, takich jak prześladowanie, szantaż, usuwanie dowodów, jak również stopniowe poszerzanie zakresu nadzoru poza pierwotne cele” - oceniła Arsene.

cyberdefence24.pl

W przeciągu ostatnich dwóch dekad Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej w tym zwłaszcza państwa NMS81, dokonały transformacji od gospodarki centralnie planowanej do gospodarki rynkowej i zintegrowały się w system gospodarki światowej. Z czasem początkowe, specyficzne dla szoku transformacyjnego cechy charakterystyczne ich gospodarek ustępowały na znaczeniu prawidłowościom i procesom makroekonomicznym typowym dla państw rozwiniętych. W szczególności, zmiany na rynkach pracy krajów regionu, początkowo odzwierciedlające dostosowania struktury gospodarczej do wymagań rynkowych, stopniowo w coraz większym stopniu determinowane były przez zaburzenia makroekonomiczne oraz konwergencję obudowy instytucjonalnej rynków pracy do rozwiązań obserwowanych w krajach Europy Zachodniej. Od roku 1996, gdy pierwotny szok transformacyjny spadku produktu i zatrudnienia w krajach NMS8 został zaabsorbowany, doświadczyły one oscylacji dynamiki tempa wzrostu gospodarczego oraz wahań poziomów zatrudnienia i bezrobocia. Przy tym, choć oscylacje te były w znacznej mierze skoordynowane pomiędzy rozważanymi krajami, w poszczególnych z nich następowały wokół nieco innych przeciętnych wielkości średniookresowych, a ponadto miały zróżnicowaną głębokość.

Instytut Badań Strukturalnych - Adaptacyjność gospodarki polskiej do szoków makroekonomicznych

W czerwcu Tomasz Sakiewicz wypowiadał się dla "Wiadomości" 15 razy, a jego wypowiedzi trwały łącznie 173 sekundy. Pod względem czasu o 4 sekundy wyprzedził go Adrian Stankowski, który miał 13 wystąpień. Tyle samo miał ich Miłosz Manasterski, podpisywany jako szef Agencji Informacyjnej, jego wypowiedzi trwały w sumie 145 sekund. O sekundę wyprzedził politologa z Uczelni Łazarskiego Artura Wróblewskiego (komentował 11 materiałów). Łeb w łeb szli bracia Karnowscy – Michał, członek zarządu wydawnictwa Fratria, publicysta "Sieci", wypowiadał się osiem razy - w sumie przez 100 sekund. Jacek, redaktor naczelny "Sieci", miał co prawda o jedno wystąpienie mniej, ale za to mówił przez 109 sekund.

Na dalszych pozycjach znaleźli się: socjolog Henryk Domański (osiem wystąpień, 87 sekund), historyk Mieczysław Ryba (siedem wystąpień, 88 sekund), publicysta Dorzeczy.pl Karol Gac (siedem wystąpień, 87 sekund), były dowódca GROM gen. Roman Polko (siedem wypowiedzi, 71 sekund), rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz (sześć wystąpień, 76 sekund) i dziennikarz "Sieci" i Wpolityce.pl Jakub Maciejewski (sześć wystąpień, 70 sekund). "Słynny" Christian Paul pojawił się na 10 sekund w jednym materiale w czerwcu.

(...)

– Nikt już nic nie udaje, komentatorzy tak samo – mówi w rozmowie z Press.pl Seweryn Blumsztajn, prezes Towarzystwa Dziennikarskiego, które regularnie monitoruje "Wiadomości". – Od dwóch, trzech lat nie pojawia się tam nikt poza takimi komentatorami. To twór propagandowy, ma mówić jednym głosem. Często to ludzie znikąd, mówią straszne rzeczy – dodaje.

Michał Szułdrzyński, zastępca redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej", zauważa, że prawa strona polskiej sceny mediowej przed 2015 rokiem czuła się bardzo niedoreprezentowana. – Prawicowi dziennikarze uważali, że w ogóle nie są zapraszani, w związku z tym teraz biorą zemstę za tamtą sytuację. W tej chwili mamy w telewizji publicznej odcienie dziennikarzy skrajnie prawicowych i bardzo prawicowych, bo nawet już centrowych się nie zaprasza – mówi dla Press.pl Szułdrzyński. Dodaje jednak, że zarówno media rządowe, jak i te, które rząd krytykują, zamykają się w swoich bańkach.

onet.pl

Bardzo mnie zaskoczyło to, co pan mówi o niemieckiej innowacyjności, bo to całkowicie sprzeczne z tym, co mamy w głowach. "Niemcy mają kłopoty z innowacyjnością". "Niemieckie samochody są przestarzałe". Świat się kończy.

Niemcy rzeczywiście w ostatnich latach spadały w rankingach innowacyjności. W niektórych były jeszcze w czołówce, w innych w okolicach dziesiątego miejsca, a w jeszcze innych nawet poza pierwszą dziesiątką. Natomiast trzeba wiedzieć, że oni produkują po prostu inne innowacje niż Amerykanie czy nawet Chińczycy, inne niż Izrael czy Australia.

Czyli jakie?

Zwykle rozróżnia się dwa typy innowacji: radykalne i stopniowe. Te radykalne polegają na tworzeniu zupełnie nowych produktów, czyli jeżeli coś już słabo działa, jakiś produkt staje się przestarzały - jak ten wspomniany wcześniej parowóz - to zamyka się fabrykę, zwalnia ludzi, uwalnia kapitał i przesuwa się pieniądze do kompletnie innych nowych pomysłów i zastosowań. Bardzo sprawne w tworzeniu tego typu innowacji są takie gospodarki jak amerykańska, która ma mało regulacji i szeroko otwarte rynki. Ceną jest oczywiście nierówność społeczna, nierówność dochodowa i nieustanne ryzyko, bo społeczeństwo musi się mierzyć cały czas ze zmianami. Natomiast druga kategoria to innowacje stopniowe, które polegają na tym, że szlifuje się produkt, wciąż poprawia jego jakość. I tutaj mistrzami są Niemcy i Japończycy. Do tworzenia tego typu innowacji trzeba zatrudniać pracowników na czas nieokreślony, dać im etaty, dać gwarancję zatrudnienia po to, żeby podjęli ryzyko specjalizowania się w bardzo wąskiej dziedzinie.

Żeby wiedzieli, że ich fabryka za 10 lat nadal będzie produkować, i że jest sens, żeby ten inżynier czy robotnik w doszlifowywanie jakiejś technologii inwestował wszystkie swoje umiejętności?

Tak. Ponieważ większą część ryzyka bierze na siebie pracodawca i państwo. I na tym był oparty przez dekady niemiecki system, który pokazał, że można - nie produkując superinnowacji – stać się bardzo bogatym krajem. Spójrzmy na samochody: przecież to jednak dość tradycyjny produkt. Tylko że Niemcy do perfekcji opanowali łączenie w tych mercedesach i BMW dojrzałej technologii z najnowszymi wynalazkami, które pochodzą często z innych krajów. Wszystkie elementy są fenomenalnie pospinane i zintegrowane, ale do osiągnięcia tej perfekcji trzeba pracowników, którzy mają bardzo wąską i specjalistyczną wiedzę o produkcie. Za nią się dobrze płaci i w zamian za nią trzeba też zaoferować bezpieczeństwo zatrudnienia. Dlatego teraz w kryzysie Niemcy stają na głowie, żeby przemysł nie zwalniał ludzi, bo jak oni odejdą na bezrobocie, to dość szybko stracą latami wypracowane umiejętności. W niemieckim systemie firmy zawsze mogły liczyć na wsparcie państwa, więc nie musiały sięgać po metodę "szybko zatrudnij i szybko zwolnij", żeby ciąć koszty. I właśnie w ten sposób Niemcy przez lata produkowali swoje stopniowe innowacje. One nie zawsze są widoczne i oczywiste, nie zawsze łapią się do tych wszystkich międzynarodowych statystyk, natomiast przekładają się na stabilność zatrudnienia i wysokie dochody.

Czyli jeżeli ogniwa wodorowe okażą się strzałem w dziesiątkę, to Niemcy będą je cyzelować przez najbliższe dekady?

I wtedy mają przed sobą kilka dekad ulubionego produktu, który będą nieustannie poprawiać i integrować najpierw w samochodach, potem w autobusach, w pociągach, w maszynach, potem w budownictwie itd. W tym systemie innowacji stopniowych niemiecka obsesja na punkcie oszczędności budżetowych i niskiej inflacji ma pewien sens. Bo na czym polega polityka płacowa w firmach, które są skupione na innowacjach stopniowych? W Niemczech były to negocjacje w najważniejszych branżach między silnymi związkami zawodowymi i organizacjami pracodawców. Pracownicy mówili: chcemy 1,5 procent podwyżki w przyszłym roku, a w kolejnych pięciu latach po jednym procencie. Pracodawcy na to: ale wasza produktywność nie wzrasta tak szybko, bo tylko o 0,7 procenta, no to możemy wam dać trochę więcej - na przykład 0,9 procenta podwyżki. Czyli cyzelowanie bardzo niewielkich różnic. Jeżeli oni zawierają jakieś porozumienie płacowe, to ono jest bardzo precyzyjne i staje się punktem odniesienia dla wielu innych branż. I teraz wyobraźmy sobie, że mieliby bank centralny, który prowadzi bardzo swawolną politykę pieniężną, a rząd zadłuża się wedle uznania. W takim systemie inflacja byłaby nieprzewidywalna, a większość tych porozumień płacowych wzięłaby w łeb. Zarówno pracodawcy, jak i związki zawodowe oczekują więc od niemieckiego banku centralnego, że zagwarantuje im niską inflację i będzie tego poziomu bronił, bo inaczej całe ich długoterminowe planowanie jest niewiele warte. Więc, zarzucając Niemcom obsesję na punkcie inflacji i oszczędności budżetowych, warto pamiętać, jak działają ich firmy.

gazeta.pl

czwartek, 30 lipca 2020


Problem z Pegasusem, pomijając psychologiczne oddziaływanie takich terminów jak służby specjalne, polega na tym, że nie jest narzędziem wykorzystywanym powszechnie. Uniemożliwia to jego dokładną analizę, a przez to wyeliminowanie wykorzystywanych luk. Przypomnijmy sobie teraz choćby trojan bankowy Emotet, który siał spustoszenie w pierwszej połowie br. Jako że trafił na ponad 1 mld komputerów, ekstrakcja i dodanie odpowiednich sygnatur do oprogramowania antywirusowego poszły jak po maśle. Został dość szybko rozbrojony. Dzisiaj nawet Gmail wycina załączniki służące do dystrybucji Emoteta. Słychać wprawdzie przebąkiwania o nowych wersjach, ale „na mieście” w tym temacie panuje raczej spokój.

Pegasus nie powstał jako broń masowego rażenia. Jest wykorzystywany wyłącznie przeciwko konkretnym osobom. Świadczy o tym dobitnie fakt, że choć stworzono go w roku 2013, na pierwsze wzmianki w mediach musieliśmy czekać aż trzy lata, a liczba udokumentowanych ataków wciąż jest maksymalnie dwucyfrowa. Przy czym porażająca skuteczność wynika z użycia tzw. luk zero-day, a więc błędów bezpieczeństwa nieznanych ani Google, ani Apple.

Teraz – związek przyczynowy. Gdyby Pegasus został wykorzystany w globalnej kampanii przeciwko milionom obywateli danego kraju, to jego sztuczki zostałyby szybko rozpracowane. Producenci wydaliby stosowne aktualizacje; luki zero-day przestały takowymi być, a sam trojan utraciłby efektywność. Tak właśnie stało się w latach 2016 i 2017, gdy ówczesna wersja Pegasusa wyciekła, a w konsekwencji wydane zostały iOS 9.3.5 oraz poprawka bezpieczeństwa Androida z kwietnia 2017 unieszkodliwiające izraelskiego szkodnika w tamtym momencie.

dobreprogramy.pl

Propaganda musi się odwoływać do podstawowych potrzeb psychologiczno-duchowych i społecznych, które we współczesnym świecie często są niezaspokojone z powodu coraz słabszego wpływu religii, rodziny i tradycyjnych ról kulturowych.

Podstawowe założenie jest takie, że współczesne dziecko mass mediów w wieku od 8 do 80 lat jest ciekawą hybrydą neurotycznej niepewności i solipsystycznej egomanii. Pozbawione korzeni, będące w większym stopniu usłużnym konsumentem niż stanowczym obywatelem, nie ma wrodzonej orientacji społecznej ani silnego poczucia tożsamości i przynależności czy osobistej władzy. Masowe społeczeństwo nie potrafi zaspokoić jego podstawowych potrzeb, dlatego dziecko mass mediów wciąż jest niezadowolone i zawsze czegoś pragnie. To szczególnie dotyczy młodych ludzi, którzy nie umieją wytyczyć sobie długofalowych celów i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Wciąż są oszukiwani, karmieni substytutami i atakowani bodźcami z zewnątrz. To, co jest w zasięgu ich ręki, nie posiada zazwyczaj żadnego wymiaru duchowego. Media zasypują ich słodkościami, które mają im zastąpić solidny posiłek, ale oni tak naprawdę pragną mięsa. Współczesne popularne hasła mówiące o „odnajdywaniu samego siebie” czy „kryzysie tożsamości” prawdopodobnie brzmiałyby absurdalnie dla przedstawicieli tradycyjnych społeczeństw (i pewnie nadal tak brzmią dla imigrantów z mniej rozwiniętych miejsc na świecie i społecznych zaścianków Ameryki). Niektórzy ludzie wciąż wychowują dzieci osobiście: rozmawiają z nimi, opowiadają im historie, przekazują tradycję, uczą różnych umiejętności życiowych i zawodowych, a nie po prostu wpychają w tryby systemów edukacji publicznej i mediów, będących źródłem masowej instytucjonalnej indoktrynacji. Przedstawiciele tradycyjnych społeczeństw wiedzą, kim są, ponieważ ich społeczny kontekst w dużym stopniu ich definiuje, a przynajmniej stanowi solidny fundament ich tożsamości. W dawnych czasach, gdy mężczyzna był stolarzem, to uczył swojego fachu dzieci, a te uczyły swoje dzieci i tak dalej, przez wiele pokoleń. Jednak dziś jest zupełnie inaczej. Dzieci najpierw uczą się w publicznych szkołach do 18. roku życia (lub dłużej), a potem szukają pracy w pobliżu miejsca zamieszkania. Gdy mają już stałą pracę, dołączają do wielkiej, szarej masy podatników i zaczynają rozpaczliwie poszukiwać własnej tożsamości, wartości i swojego miejsca na Ziemi. Kiedy to im się nie uda, stają się klientami państwa — kończą w więzieniu, na zasiłku albo jako bezdomni (którzy również mogą liczyć na wsparcie ze strony państwa). Dryfują na falach życia. Są samotni w tłumie (to kolejny wyświechtany frazes opisujący sytuację dzisiejszego człowieka). (...)

Jest jednak pewien irytujący paradoks, który można zaobserwować w dzisiejszym masowym społeczeństwie. Mimo że człowiek jest tak naprawdę tylko małą kropką w wielkim tłumie, uczy się go, aby uważał się za kogoś wyjątkowego i nietykalnego. Jego głos w wyborach (a więc też jego opinia) ma duże znaczenie dla społeczeństwa, dlatego musi podlegać socjalizacji. Nie jest trudno go do tego przekonać, zwłaszcza jeśli pomogą w tym propagandyści, którzy skupiają się na zaganianiu ludzi do urn wyborczych. Nasz przykładowy człowiek ma opinię na każdy temat — co jest zadziwiające. Oddając swój głos albo wyrażając opinię, sprawia, że inni go słuchają i traktują jako kogoś ważnego (jest to przekonanie podobne do tego, że sam Bóg i wszyscy jego święci wysłuchują uważnie modlitw każdego człowieka). Zgodnie z tym, co mówią popularne poradniki (chętnie kupowane przez ludzi, którzy desperacko potrzebują pomocy i chcą, żeby ktoś pokazał im drogę), masowy indywidualista może być wszystkim, czym tylko zechce. Jednak czy to tak naprawdę nie oznacza, że w rzeczywistości nie jest on nikim szczególnym? Nauczono go myśleć o sobie jako świętej, szczególnej, wyjątkowej jednostce — i podobnie uczyniono z setkami milionów innych ludzi, mniej lub bardziej do niego podobnych. Na tym polega cały paradoks: osoba, która jest wszystkim i ma niezbywalne prawo do pogoni za szczęściem, będąca centrum wszechświata, jednocześnie nie jest niczym więcej jak pracą, którą wykonuje — a może nawet czymś jeszcze mniej.

Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy

Jak do tego doszło? W dość prosty sposób. Do lat 80. XX w. rybacy łowili tyle ryb, ile chcieli. Jednak w części łowisk – w ślad za rosnącym popytem na rybie mięso – zaczęto łowić ich zbyt dużo, rabunkowo. Nawet w Europie, na Morzu Śródziemnym, np. w Grecji, dochodziło do tego, że rybacy wysadzali w wodzie dynamit, by w ten sposób ogłuszyć ryby i ułatwić sobie połów.

Innymi słowy w niektórych miejscach ryb łowiono tak dużo, że ławice nie były w stanie w pełni się odtwarzać i z tego powodu ryb zaczęło najpierw tam ubywać, a potem brakować. I to dlatego np. nad Morzem Śródziemnym ryby przestały być tanie.

Pod koniec lat 80. XX w. pojawił się postulat, by rybołówstwo uregulować, poddać kontroli i ograniczeniom ilość łowionych ryb. W takim stopniu, żeby w łowiskach ich nie ubywało.

W tym celu w 1995 r. państwa członkowskie FAO przyjęły dokument o nazwie Kodeks Postępowania na rzecz Odpowiedzialnego Rybołówstwa. Ów kodeks zawierał zasady i standardy wykorzystywania zasobów ryb i owoców morza – tak, aby te zasoby mogły się odnawiać, aby rybołówstwo uczynić sektorem zrównoważonym i proekologicznym.

Od tego czasu światowe rybołówstwo zaczęło się cywilizować i „ekologizować”, w wielu krajach i regionach wprowadzano limity połowów poszczególnych gatunków ryb. Po to, żeby ich populacje nie kurczyły się. W UE takie regulacje przyjmowano na poziomie unijnym i oznaczały one m.in. ograniczenie połowów dorsza na Morzu Bałtyckim. Bo dorszy w Bałtyku było coraz mniej, więc ograniczenia w ich połowach – mimo protestów rybaków – były koniecznością.

Niestety, tylko część krajów przyjęła takie regulacje i limity połowowe, a na dodatek w niektórych z tych państw owe przepisy były nieskuteczne. W rezultacie liczba „przełowionych” akwenów w ostatnich trzech dekadach nadal rosła, przybywało łowisk z malejącą ilością ryb.

Według danych FAO w 1990 r. odsetek łowisk na „zrównoważonym biologicznie poziomie” – czyli tych nie „przełowionych” – wynosił 90 proc., a w 2017 r. już 65,8 proc. Z drugiej strony aż 78,7 proc. złowionych ryb pochodzi z łowisk, gdzie można mówić o rybołówstwie zrównoważonym. Jednak batalia o to, by dzikich ryb nie ubywało, wciąż nie zakończyła się.

Najciekawsze jest to, że najbardziej „przełowione” na świecie akweny to dwa europejskie morza: Śródziemne i Czarne, gdzie liczba „przełowionych łowisk” sięga 62,6 proc., a także południowowschodni Pacyfik (54,5 proc.) i południowozachodni Atlantyk (53,3 proc.). Czyli te akweny, po których byśmy tego się nie spodziewali, może za wyjątkiem wyżej wspomnianej części Atlantyku.

Można by więc powiedzieć, że Europa „przełowiła” dwa ze swych mórz, przez co teraz jest skazana na import ryb z Azji czy Afryki, i to głównie tych hodowlanych.

obserwatorfinansowy.pl

poniedziałek, 27 lipca 2020


- Jednym z nieodłącznych elementów rosyjskiego wpływu w Wielkiej Brytanii są kampanie dezinformacyjne. Jakie są główne narracje rosyjskich operacji informacyjno-psychologicznych?

Wielka Brytania jest jednym z głównych celów takich operacji. Rosjanie próbowali ingerować w referendum dot. niepodległości Szkocji, szerząc fałszywe teorie spiskowe, że było ono sfałszowane starając się w ten sposób wpłynąć na opinię publiczną w Szkocji. To jeden z wielu przypadków, ale z pewnością nie najpoważniejszy. Warto też zauważyć, że rosyjskie podmioty propagandowe takie jak RT i Sputnik nie mają dużego wpływu na sferę informacyjną Wielkiej Brytanii. Mamy bardzo silny system informacyjny i dlatego dezinformacja jest w dużej mierze nieefektywna i działa najwyżej na osoby, które bardzo mało czytają i generalnie nie interesują się tym co się dzieje.

Dezinformacja jest skuteczna w tych państwach, które mają słabe systemy medialne, a to z pewnością nie ma miejsca w Wielkiej Brytanii. Nie zaobserwowałem znaczących kampanii informacyjnych zakończonych powodzeniem, co oczywiście nie znaczy, że nie powinniśmy się im przyglądać i badać. Może Rosjanie stoją za ruchem antyszczepionkowym, teoriami spiskowymi o koronawirusie czy protestami przeciwko 5G? Jeżeli nie zbadamy tych spraw nigdy się nie przekonamy.

- Z tego co Pan powiedział, wynika, że Wielka Brytania jest dobrze przygotowana na walkę z dezinformacją. Czego Polska może nauczyć się z brytyjskich doświadczeń, aby lepiej przygotować się na walkę z dezinformacją?

Po pierwsze trzeba pamiętać, że operacje informacyjne nie dzieją się w próżni tylko wykorzystują pewne napięcia i podziały zaistniałe w społeczeństwie. Kreml uzyskuje przewagę zawsze tam, gdzie jest bardzo głęboka polaryzacja polityczna jak np. w przypadku Brexitu czy wyboru Trumpa na prezydenta. Polaryzacja powoduje, że zanika poczucie wspólnoty, zaufania do rządu i tym samym zmniejsza się odporność na działania informacyjne. Ludzie zaczynają uważać, że największym przeciwnikiem nie jest jakiś zagraniczny podmiot, ale przeciwnicy polityczni w kraju. Dlatego uważam, że w Polsce obie strony sporu politycznego powinny znaleźć jakaś nić porozumienia i platformę dialogu, która umożliwi zmniejszenie tej polaryzacji. Szczególnie ważne jest również przywrócenie mediów publicznych jako platformy dialogu oraz obiektywnego źródła pozwalającego zrozumieć wydarzenia, które mają miejsce w kraju i zagranicą. Rosnąca i pogłębiająca się polaryzacja powinna być traktowana jako wyzwanie dla bezpieczeństwa narodowego. 

cyberdefence24.pl

Od 2014 r. w Rosji nastąpił radykalny spadek liczby aktów terrorystycznych. Jak to można wytłumaczyć?

Tutaj mam dwie teorie. Na początku 2014 r. w Rosji w Soczi odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Aby mogło do nich dojść, a przede wszystkim, żeby do kraju Władimira Putina przyjechali zagraniczni goście i kibice z całego świata, na terenie Federacji, a przede wszystkim Północnego Kaukazu, musiał być „spokój”. Jeżeli przyjmiemy tezę, o której piszę w swojej książce, że część zamachów mogła być inspirowana przez rosyjskie służby, to dość skokowe zahamowanie aktów terrorystycznych było logiczne. Oto Rosja pokazuje całemu światu, że rozprawiła się z bandytami i mordercami, i że goście będą bezpieczni. Problemu nie ma. Ustaje więc wsparcie dla radykałów, którzy nawet mogli nie mieć o tym pojęcia (tzn. że są częścią gry służb) i ostateczne rozprawienie się z grupami terrorystycznymi, nad którymi służby miały kontrolę.

Kreml grał zamachami?

Proszę mnie dobrze zrozumieć, mówię jedynie o możliwym częściowym kontrolowaniu terrorystów, bo trudno byłoby obronić tezę, że oto w jednym z europejskich krajów władza skazuje na śmierć tysiące niewinnych osób kolaborując przy tym ze zbrodniarzami. Większość zamachów była dziełem i pomysłem od początku do końca realizowanym przez złych ludzi, którzy na cel wzięli sobie państwo rosyjskie, a zdarzały się także zamachy, jak opisywany przeze mnie wybuch w Małgobeku w sierpniu 2012, będące po prostu klanowo – bandyckimi porachunkami.

A jaka jest pana druga teoria?

Druga teza – łącząca się z możliwą „ingerencją” służb, to kwestia Krymu. Plan zajęcia półwyspu zrodził się jeszcze w głowie Borysa Jelcyna i praktycznie od jego czasów był brany pod uwagę przez Kreml. Szerzej skupiłem się na tym wątku w mojej wcześniejszej książce - „Krym. Znikający Półwysep”. Sama organizacja tego „przedsięwzięcia” była związana z katalizatorem jakim okazało się odsunięcie od władzy Wiktora Janukowycza i wybuch zamieszek w Kijowie jeszcze w 2013 r. Rosja zdawała sobie sprawę, że aby być skutecznym w swoich krymskich działaniach, musiała ustabilizować mocno zaognioną sytuację na Kaukazie. Nie jest to kraj który może angażować swoje siły militarne w dwóch różnych miejscach w tym samym czasie, tym bardziej, że rosyjskie władze zakładały skuteczny, zbrojny opór zaatakowanych na półwyspie wojsk ukraińskich. Należało więc zamknąć wątek terroryzmu i dopiero rozpocząć przerzucanie sił na Krym. Także i w tym przypadku, niebagatelną rolę odegrać musiały siły specjalne. Powiedziałem o dwóch teoriach, ale dodam jeszcze na koniec mały wątek.

Słucham.

Może terrorystów po prostu wybito, a ci którzy się ostali uciekli do Syrii? Ale tę ostatnią kwestię potraktujmy jako mało prawdopodobną...

(...)

„Będziemy ścigać terrorystów wszędzie, w portach lotniczych, i nawet, proszę mi wybaczyć, w toalecie ich znajdziemy i w toalecie koniec końców utopimy” – grzmiał w 1999 r. Władimir Putin. I chyba rzeczywiście, FSB jest dla terrorystów bezlitosna.

Widziałem wystąpienie prezydenta Putina, gdy wypowiadał te słowa na konferencji prasowej w Astanie w 1999 roku. Ta wypowiedź brzmiała dobitniej, bo wprost użył niecenzuralnego określenia – kibel. Tak, to kolejny element charakterystyczny dla Rosji, a w szczególności ich służb specjalnych, które z terrorystami się nie patyczkują. Tylko że problemem jest tu fakt, że ten, kto w Rosji ma to nieszczęście stać się zakładnikiem terrorystów, najczęściej nie przeżywa akcji ratunkowej.

W Rosji lepiej nie być zakładnikiem. I to nie tylko ze względu na działania terrorystów.

Dla rosyjskich służb priorytetem jest likwidacja bandytów, a jeżeli wśród ofiar akcji odwetowej są niewinni cywile, którzy mieli pecha znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, to zrzuca się to na karb konieczności rozprawienia się z terrorystami. To głębszy problem, znów wchodzący w sferę psychologiczną – ja w swojej książce użyłem określenia „syndrom rosyjski”.

Co on oznacza?

To sytuacja w której potencjalny zakładnik traktowany jest na równi z terrorystą. Co zaskakujące – często osoby, którym udało się przeżyć akt terrorystyczny są porównywane do terrorystów, niejako obarczane winą za to, co się wydarzyło. Podsumowując – rosyjski zakładnik wzięty do niewoli przez terrorystów dajmy na to przed rokiem 1990 miał niemalże stuprocentową szansę na przeżycie, podczas gdy w roku 2004 - to rok tragedii w szkole w Biesłanie - owa pewność spadła do zera.

W książce wspomina pan o związkach terrorystów z rosyjskimi służbami specjalnymi. W tym kontekście wymienia pan moskiewskie zamachy na bloki mieszkalne w 1999 r. Co tam wtedy zaszło?

W roku 1999 głowę Władimira Putina zaprzątały myśli dotyczące sukcesji po Borysie Jelcynie. Potrzebował skutecznej i spektakularnej akcji, która miała okazać się sukcesem i umocnić pozycję tego polityka w gronie ludzi władzy. Putinowi chodziło także o to, aby pokazać rosyjskiemu społeczeństwu, iż po słabym, schorowanym i nieradzącym sobie z problemami alkoholowymi Jelcynie, naród nareszcie będzie miał silnego przywódcę, który poprowadzi kraj do sukcesów.

I tak w naszą rozmowę wplata się wątek czeczeński.

Tak. Chciano kolejnej wojny w Czeczenii i w efekcie ostatecznej rozprawy z niepokorną republiką. Przygotowano więc prowokację, o której według moich źródeł oprócz Putina wiedzieli także: Jelcyn, Basajew i pozostający jeszcze wtedy w dobrych stosunkach z przyszłym prezydentem Borys Bieriezowski.

Jak miała wyglądać owa prowokacja?

Podłożono ładunki wybuchowe pod blokami mieszkalnymi na obrzeżach Moskwy i wysadzono je w nocy wraz z mieszkańcami. O wszystko obwiniono terrorystów z Czeczenii i Putin mógł użyć wspomnianych już słów o utopieniu ich w „kiblu”.

Kim byli bezpośredni wykonawcy?

To byli faktycznie ludzie z Czeczenii, ale byli oni tylko i wyłącznie pionkami, których zwerbowano poprzez zmanipulowanych przez rosyjskie służby specjalne watażków – Chattaba i Abu Umara. Także ci przywódcy nie znali prawdziwych zleceniodawców zamachów, wiedzieli prawdopodobnie jedynie o Basajewie, ale jemu przecież bezgranicznie ufali, w końcu był ich towarzyszem broni.

Życiorys Basajewa był bardzo zawikłany.

Basajew od lat powiązany był z rosyjskim, a wcześniej radzieckim wywiadem wojskowym, o czym rzecz jasna ci drudzy nie mieli pojęcia. Jak później, także podczas przesłuchań twierdzili czeczeńscy wykonawcy – Goczijajew, Abajew, Sajtkakow, Krymszamchałow, Diekkuszew i bracia Batczajewowie – oni jedynie transportowali ładunek, który miał posłużyć według ich wiedzy do przeprowadzenia zamachu na koszary wojskowe lub posterunek policji. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna.

I skąd wiemy o możliwej inspiracji FSB?

Głównie dzięki niezależnym dziennikarzom rosyjskim, redakcjom pozostającym poza wpływami Kremla, np. rosyjskiemu oddziałowi BBC i analitykom z różnych krajów. W książce podaję na przykład nazwiska czeskich specjalistów, z którymi osobiście na ten temat rozmawiałem. Wszyscy oni są przekonani, że FSB przy cichym wsparciu otoczenia Władimira Putina, a prawdopodobnie i jego samego, maczała palce w przygotowaniu tych wydarzeń.

To, co jest niewiadomą, to jedynie skala tego zaangażowania, bo według jednych wiarygodnych źródeł zamach od A do Z został przygotowany przez służby specjalne, a według innych mieliśmy w tym przypadku do czynienia jedynie z inspiracją, a później jak to najczęściej bywa, sprawy potoczyły się już własnym tokiem.

onet.pl