piątek, 19 grudnia 2025



W trakcie szczytu w dniach 18–19 grudnia Rada Europejska (RE) nie zgodziła się na udzielenie Ukrainie tzw. pożyczki reparacyjnej z wykorzystaniem rosyjskich aktywów. Postanowiono jednak zapewnić Kijowowi nieoprocentowany kredyt w wysokości 90 mld euro w oparciu o wspólne zadłużenie zaciągnięte przez UE na rynkach i zabezpieczone jej budżetem. Osiągnięcie jednomyślności przez RE w tej sprawie stało się możliwe dzięki wyłączeniu Czech, Słowacji i Węgier z finansowych gwarancji na zaciągniętą przez UE pożyczkę. Pozostałe państwa działają na podstawie art. 20 Traktatu o Unii Europejskiej, zezwalającego grupie państw na podjęcie tzw. wzmocnionej współpracy z użyciem instytucji unijnych w celu m.in. ochrony interesów UE.

Pożyczka ma pokryć dwie trzecie ukraińskiego zapotrzebowania na zewnętrzną pomoc finansową w latach 2026–2027 (pozostałą część mają zabezpieczyć inni partnerzy z grupy G7 – oprócz Stanów Zjednoczonych). Ukraina będzie zobowiązana do zwrotu kredytu tylko w przypadku wypłacenia jej przez Rosję reparacji. Jeżeli to nie nastąpi, RE zastrzega sobie prawo do użycia zamrożonych na terytorium UE aktywów Centralnego Banku Rosji w celu spłacenia wierzytelności.

Pomoc finansowa dla Ukrainy po 2027 r. będzie mogła być udzielona bezpośrednio z budżetu UE w ramach wieloletnich ram finansowych na lata 2028–2034 (propozycja Komisji Europejskiej opiewa na 100 mld euro). Nadal mają trwać prace nad zaproponowanym przez KE rozporządzeniem o tzw. pożyczce reparacyjnej. Była ona wcześniej preferowanym przez Komisję i większość państw instrumentem dalszego finansowania Ukrainy, ale Radzie Europejskiej nie udało się osiągnąć porozumienia z powodu sprzeciwu m.in. Belgii.

(...)

Komentarz

Rada Europejska zdecydowała się na scenariusz, który zabezpiecza doraźne interesy Ukrainy, ale zarazem unaocznia unijną porażkę, gdyż odkłada decyzje dotyczące rosyjskich aktywów. Próby osiągnięcia kompromisu przez szefa RE Antónia Costę w sprawie zabezpieczeń dla Belgii w związku z „pożyczką reparacyjną” nie zyskały jej uznania i wzbudziły wątpliwości prawne Francji oraz Włoch. Nieskuteczna okazała się też silna presja Niemiec i Komisji Europejskiej na przeforsowanie „pożyczki reparacyjnej”. Wspólne zadłużenie nie rodzi natychmiastowego obciążenia dla budżetów 24 państw członkowskich, choć może mieć wpływ na ocenę ich wiarygodności kredytowej. Jednym z warunków pożyczki ma być także wzmocnienie europejskiego i ukraińskiego przemysłu zbrojeniowego, co prawdopodobnie oznacza m.in. finansowanie z niej ukraińskich zakupów zbrojeniowych w UE.

Istnieje ryzyko, że najbardziej sprzyjający moment polityczny na wykorzystanie rosyjskich pieniędzy dla finansowania Kijowa właśnie minął. Perspektywa powrotu do scenariusza „pożyczki reparacyjnej” w przyszłości może jednak służyć jako karta przetargowa w relacjach UE z USA i Rosją. Od początku negocjacji rosyjsko-amerykańskich największe państwa europejskie wyrażały niezadowolenie z powodu biernej roli Europejczyków w tym procesie. Rozporządzenie Rady UE z 12 grudnia przedłuża zamrożenie rosyjskich aktywów do czasu zakończenia wojny i wypłacenia przez Rosję reparacji, co minimalizuje ryzyko odmrożenia ich w przypadku sabotowania przedłużenia sankcji przez Węgry lub Słowację. Użycie aktywów do wsparcia Ukrainy może być jednak blokowane również w przyszłości przez państwa członkowskie zaniepokojone perspektywą nacjonalizacji swoich aktywów w Rosji.

Unijna pomoc ma fundamentalne znaczenie dla stabilności finansowej Ukrainy w ciągu najbliższych dwóch lat. Według szacunków Międzynarodowego Funduszu Walutowego (zob. Ukraina: nierealistyczny budżet na 2026 rok) potrzeby Kijowa na lata 2026–2027, na które do tej pory nie było zagwarantowanych środków, sięgają 63 mld dolarów, a dotychczasowe formy pomocy w dużym stopniu zostały już wyczerpane – m.in. do listopada br. Kijów otrzymał blisko 35 z 50 mld dolarów z mechanizmu Extraordinary Revenue Acceleration Loans for Ukraine (ERA; zob. Szczyt G7: zapowiedź 50 mld dolarów finansowania dla Ukrainy), będących pożyczkami grupy G7 oraz 24,5 mld z ponad 38 mld euro z Instrumentu na rzecz Ukrainy (Ukraine Facility) z części przeznaczonej na wsparcie budżetowe.

Decyzja o odłożeniu przez UE opcji wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów na potrzeby Ukrainy została przyjęta przez Kreml z satysfakcją i odebrana jako słabość państw członkowskich. W ostatnich miesiącach Rosja podejmowała intensywne działania, aby storpedować unijne plany uruchomienia tej opcji. Na początku grudnia Centralny Bank Rosji złożył do moskiewskiego sądu pozew przeciwko instytucji finansowej Euroclear, domagając się zwrotu aktywów i rekompensaty poniesionych straty (na łączną sumę ok. 230 mld euro). Ponadto rosyjskie władze straszyły konfiskatą prywatnych aktywów zachodnich podmiotów w Rosji. Europejskie agencje wywiadowcze informowały także o próbach zastraszenia belgijskich polityków i kierownictwa wyższego szczebla w sektorze finansowym. W tym kontekście można też rozpatrywać wzmożoną aktywność dronów paraliżujących belgijskie lotniska.

osw.waw.pl


✍️ Magyar’s poetry: Deep strikes, castration of the "needle", and Ukrainian struggle. 

The night of December 18–19 painted the swamps in multicolored “debris” from the Free Ukrainian Bird – across land and water alike.

Different components of the Defense Forces’ deep-strike system worked in unison.

A palette of dozens of critical, energy, and military infrastructure targets of the occupier, both in the swamps and in the temporarily occupied territories.

Deep-strike “sanctions” grind the rock down – until granite that looked solid from the outside turns out to be limestone.

“They are charged and invincible,” we keep hearing – nonsense.

Fear the wolves, and we’ll be remembering “three days” for a long time yet – the worm’s axe may still be sharp in places, but the branch bites back.

Worm oil has stiffened below $35, while the swamp’s annual military budget is calculated at $59 per barrel.

We know how to count. Especially other people’s money.

But here the arithmetic matters – castration of the “Koshchei’s needle” inevitably drowns the swamp.

Relentless pecking of all its elements – fuel, energy, chemicals, military industry, physical destruction of enemy manpower in numbers exceeding the current mobilization capacity, and more.

The toad will always give milk, though it won’t happen by Tuesday. 

Waiting for the awaited is not an option. While the world is dithering – let’s work, Warriors.

(...)

Magyar 🇺🇦
December 19, 2025.

x.com/414magyarbirds


Raport liczy 434 strony i został rozesłany do wszystkich ambasad Rosji na świecie. Przedstawia szczegółowo stanowisko Kremla w sprawie traktowania etnicznych Rosjan w różnych krajach świata.

"Mołdawia coraz bardziej skłania się ku poparciu dla ideologii neonazistowskich i dyskryminacji rasowej. Niezmienny proeuropejski kurs mołdawskich władz pod przewodnictwem [prezydent] Mai Sandu oznacza całkowite zerwanie historycznych i kulturowych więzi z Rosją. Wykorzystując wydarzenia w Ukrainie, Zachód kontynuuje uporczywe próby wciągnięcia Mołdawii do koalicji zagorzałych rusofobów. Potępiając rosyjską operację specjalną i domagając się zaprzestania działań wojennych, władze mołdawskie zobowiązały się słownie do integracji europejskiej i neutralności konstytucyjnej. W rzeczywistości jednak ustanawia się reżim totalitarny" — brzmi fragment dokumentu.

Rosyjski raport wprost zaznacza podobieństwa między obecną sytuacją w Mołdawii a tą w Ukrainie przed 2022 r. Oskarża mołdawskie władze o podążanie "totalitarnym" kursem wytyczonym przez zachodnich "kuratorów" w celu skopiowania nacjonalistycznej polityki Ukrainy i państw bałtyckich:

"Reżim Sandu, podobnie jak przed nim Wołodymyr Zełenski i Petro Poroszenko, »na drodze do integracji europejskiej« dąży do »wykreślenia« całego okresu historii własnego kraju za pomocą totalitarnych metod, niszcząc całe dziedzictwo radzieckie, w tym wszelkie przejawy kultury mniejszości narodowych. W tym celu rząd tego kraju dokłada wszelkich starań, aby zerwać historyczne więzi między Rosją a Mołdawią, których kultury są do siebie zbliżone, oraz wykorzenić wszystko, co rosyjskie. Co więcej, w celu połączenia się z UE (lub z Rumunią, jak uważa wielu ekspertów) — mołdawskiej — kraju, fałszywie przedstawiając go jako rumuński" — czytamy w raporcie.

"Derusyfikacja" to kolejny zarzut, który raport stawia władzom Mołdawii, a retoryka jest identyczna z tą, którą Władimir Putin uzasadnia inwazję na Ukrainę. Ponadto tekst Ministerstwa Spraw Zagranicznych zawiera 43 odniesienia do Rumunii, wszystkie o charakterze oskarżycielskim.

"Mołdawia nadal jest świadkiem ataków na pamięć historyczną Wielkiej Wojny Ojczyźnianej [drugiej części II wojny światowej, podczas której Związek Radziecki walczył przeciwko III Rzeszy], a prozachodnie tendencje rewizjonistyczne stają się coraz silniejsze. Radykałowie spośród zwolenników zniesienia państwowości mołdawskiej i przyłączenia się do Rumunii stali się ostatnio znacznie bardziej aktywni. W tym kontekście coraz bardziej widoczne stają się próby gloryfikacji nazizmu i jego wspólników w celu ukrycia ich w świadomości publicznej. Rumunia wznosi pomniki i modernizuje cmentarze żołnierzy rumuńskich, którzy walczyli po stronie Hitlera. Odsłanianiu takich pomników towarzyszą honory wojskowe. Ponadto istnieją również przypadki zmiany przekazów, jakie niosą ze sobą pomniki" — to fragment reprezentatywny dla propagandowej retoryki Moskwy.

Ponadto raport twierdzi, że "nowy podręcznik dla klasy XII, Historia Rumunów i Historia ogólna, pełen propagandowych stereotypów i błędów merytorycznych, stał się kwintesencją oficjalnego rewizjonistycznego kursu Kiszyniowa. Ten pseudonaukowy podręcznik usprawiedliwia zbrodnie reżimu okupacyjnego Iona Antonescu, oczernia okres sowiecki w przeszłości Mołdawii i promuje zniekształcony obraz historycznej roli ZSRR. Żołnierze Armii Czerwonej, którzy wyzwolili Mołdawię, są określani mianem »najeźdźców«, podczas gdy rumuńsko-niemieccy najeźdźcy, którzy terroryzowali ludność, są przedstawiani jako "efektywni administratorzy".

Głównym tematem raportu jest rzekoma "absorpcja" [wchłanianie] Mołdawii przez Rumunię, którą Rosja uważa za zagrożenie dla mołdawskiej tożsamości narodowej. Jednocześnie autorzy raportu ubolewają, że język rosyjski przestał być "językiem komunikacji międzyetnicznej, a wszystkie oficjalne dokumenty kraju i nazwy instytucji publicznych nie są już tłumaczone na język rosyjski".

Rosja zauważa, że prawie całe kierownictwo Mołdawii, w tym prezydent Sandu i różni ministrowie, posiadają rumuńskie paszporty.

Raport potępia również ustawę z 2023 r., która oficjalnie zmieniła nazwę języka państwowego z "mołdawskiego" na "rumuński", nazywając to sztucznym posunięciem mającym na celu ułatwienie "zjednoczenia Mołdawii z Rumunią".

W tekście jego autorzy wskazali też kilka rzekomych zagrożeń dla interesów rosyjskich. Wyróżnili kilka obszarów, w których rosyjscy "rodacy" i ich interesy są rzekomo zagrożone. Rosja twierdzi, że język rosyjski jest systematycznie eliminowany z życia publicznego, edukacji i mediów, mimo że jest językiem ojczystym lub głównym dla dużej części społeczeństwa.

Raport podkreśla, że zablokowanie ponad 60 portali informacyjnych w języku rosyjskim i cofnięcie licencji 18 kanałom telewizyjnym to akt "totalitarnej cenzury".

Rosja oskarża również Kiszyniów o wywołanie schizmy kościelnej poprzez próbę zastąpienia kanonicznej Cerkwi Prawosławnej Mołdawii (powiązanej z Patriarchatem Moskiewskim) Metropolią Besarabską Cerkwi Prawosławnej Rumunii.

Raport ostro protestuje przeciwko jednostronnemu wypowiedzeniu umów dotyczących rosyjskich ośrodków kultury, określając decyzję o zamknięciu "Domu Rosyjskiego" jako "zbrodniczą i destrukcyjną". Rosja przytacza również przypadki, w których rosyjskojęzyczni obywatele mieli zostać pozbawieni opieki medycznej lub byli przesłuchiwani na lotniskach, oraz szczegółowo opisuje "przeszukiwanie" obywateli rosyjskich na przejściach granicznych.

onet.pl


- Nie mówię niczego nowego, ale to ważne. Po rozpadzie ZSRR chcieliśmy stać się równoprawnym członkiem zachodniej rodziny, ale oni nadal wywierali na nas coraz większą presję. Dostarczali pieniądze terrorystom i separatystom. Mieli destrukcyjny wpływ na politykę wewnętrzną - powiedział Władimir Putin. - Spójrzcie na Jugosławię - rozwalili ją na kawałki! Ostatecznie dokonali zamachu stanu na Ukrainie. (...) Te destrukcyjne siły rozpoczęły wojnę, a my próbujemy ją zakończyć - stwierdził. W swoim wystąpieniu Putin obwinił byłego już prezydenta USA Joe Bidena o "świadome" rozpętanie wojny w Ukrainie. - Poprzednia administracja USA wierzyła, że Rosja zostanie zniszczona i zdemontowana. A europejskie małe świnie natychmiast dołączyły do nich, licząc na zysk i odzyskanie czegoś, co utracono w poprzednich okresach historycznych - dodał. Podkreślmy, że nie jest to prawdą - to Moskwa napadła na terytorium ukraińskie w lutym 2022 roku. - Rosja wykazała swoją stabilność w gospodarce, finansach, w wewnętrznej sytuacji politycznej społeczeństwa i w sferze obronności. (...) Ale jesteśmy gotowi negocjować i pokojowo rozwiązywać wszystkie problemy - oznajmił rosyjski przywódca. 

Putin powiedział również, że Rosja wolałaby rozwiązać kwestię wojny w Ukrainie drogą dyplomatyczną, ale jeśli Ukraina i Zachód odmówią podjęcia "merytorycznych rozmów", to Moskwa "osiągnie wyzwolenie swoich historycznych ziem środkami militarnymi". Z wypowiedzi rosyjskiego przywódcy wynika również, że rozważa on nasilenie ofensywy. - Zajęte przez nas pozycje, przyczółki, które utworzyliśmy w ostatnich miesiącach, a także, oczywiście, wyjątkowe doświadczenie taktyczne i operacyjne, jakie zdobyliśmy w bitwach, przełamując głęboką obronę wroga, pozwalają nam zwiększyć tempo ofensywy w strategicznie ważnych obszarach - podkreślił.

gazeta.pl


"The New York Times" donosi, że drugiego dnia pełnoskalowej agresji na Ukrainę Dmitrij Kozak negocjował ze stroną ukraińską, co miało "rozwścieczyć" Władimira Putina. Porozumienie miało obejmować gwarancje bezpieczeństwa Ukrainy przez Rosję i wycofanie wojsk z wszystkich części kraju poza Krymem i wschodnim Donbasem. Rosyjski przywódca miał skrytykować go za przekroczenie uprawnień w kwestii spraw terytorialnych. Miał polecić Kozakowi, by zażądał wyłącznie kapitulacji od Ukrainy. Według trzech osób z otoczenia Kozaka doradca odmówił dyktatorowi, wskazując, że nie zna ostatecznych celów inwazji. Według źródeł rozmowa zaostrzała się, a Kozak miał powiedzieć, że jest gotów na aresztowanie lub rozstrzelanie za odmowę. Ostatecznie zgodził się przekazać Ukrainie żądania Rosji, ale 26 lutego zastąpił go Władimir Miedinski.

Dziennik opisał również sytuację z 21 lutego 2022 roku, gdy podczas posiedzenia Rady Bezpieczeństwa najwyżsi rosyjscy urzędnicy Rosji opowiedzieli się za zbliżającą się inwazją. "Kozak nie poszedł za tłumem" - opisuje "NYT". Ponadto, gdy Putin gromadził wojska, Kozak miał sporządzić obszerną notatkę opisującą prawdopodobne negatywne skutki wojny. Jeden z informatorów przekazał, że Kozak ostrzegał w niej przed możliwością przystąpienia Szwecji i Finlandii do NATO, co z resztą później stało się faktem. - Ukraińcy będą się bronić. Sankcje będą surowe. Pozycja geopolityczna Rosji ucierpi - miał powiedzieć podczas posiedzenia, po czym Putin kazał wszystkim opuścić salę i po raz kolejny wysłuchać Kozaka. - Dlaczego się temu sprzeciwiasz? - miał zapytać rosyjski przywódca. "To był ostatni raz, gdy rozmawiali przed rozpoczęciem bombardowań Kijowa 24 lutego" - donosi "NYT". We wrześniu Kozak zrezygnował z funkcji zastępcy szefa administracji Putina. Był jego jednym z najbliższych współpracowników przez 30 lat. Dalej pozostaje w Moskwie.

gazeta.pl


Głównym ustaleniem trwających kilkanaście godzin negocjacji, które zakończyły się w nocy z czwartku na piątek, była decyzja o tym, że państwa UE nie sięgną na razie po zamrożone rosyjskie aktywa, by w ten sposób finansować dalszą pomoc dla Ukrainy w wojnie z Rosją. Zamiast tego państwa UE zgodziły się zaciągnąć dług na rzecz udzielenia pomocy władzom w Kijowie. Trzy kraje odmówiły udziału w tym przedsięwzięciu: Czechy, Słowacja i Węgry.

Według Politico szef belgijskiego rządu Bart De Wever "po mistrzowsku pokazał stoicki opór przeciw wykorzystaniu rosyjskich aktywów". Przypomniano, że uzależniał on zgodę na to od gwarancji ze strony pozostałych państw UE, że wezmą na siebie odpowiedzialność za ewentualne roszczenia Moskwy usankcjonowane przez międzynarodowe organy prawne.

W ocenie Politico sukces odniosła też Giorgia Meloni, która "dyktowała tempo negocjacji umowy handlowej między UE a Mercosurem, a także idealnie dobrała czas swojej interwencji w sprawie finansowania Ukrainy". Portal podkreślił, że włoska premier "wkroczyła do akcji późnym wieczorem, gdy plan pożyczki dla Ukrainy był już martwy".

Według informacji uzyskanych przez Politico od uczestników szczytu Meloni "nawet nie zabrała głosu w pierwszej części szczytu, ale doprowadziła do zawarcia umowy". Portal napisał, że pomysł wspólnej pożyczki był rozwiązaniem, którego "mało kto sobie życzył, ale większość mogła je zaakceptować".

Portal wyróżnił też przewodniczącego Rady Europejskiej Antonio Costę za samo doprowadzenie do osiągnięcia porozumienia, a także upór i konsekwencję w szukaniu sposobów na "skrócenie szczytów UE do jednego dnia".

Zdaniem Politico stanowczy sprzeciw Belgii, gdzie zdeponowane są aktywa Rosji, sprawił, że większość przywódców pogodziła się z tym, że spotkanie najwcześniej zakończy się w piątek, a może nawet przeciągnie się na weekend.

Portal zaznaczył, że Costa "nigdy nie opowiedział się w pełni za żadnym z rozwiązań (…), trzymał się z dala od sporu i mimo to doprowadził do porozumienia". W ocenie Politico, sukces odnieśli też "wszyscy zaangażowani w wojnę": prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, który "otrzymał potrzebne mu pieniądze", oraz UE, bo "dotrzymała obietnicy wsparcia Ukrainy".

Politico podkreśliło zarazem, że choć na razie zamrożone aktywa Rosji nie zostaną wykorzystane przeciwko jej władzom, to prezydent USA Donald Trump ma możliwość sięgania po nie jako "kartę przetargową w rokowaniach o przyszłym porozumieniu pokojowym".

Za przegranych portal uznał polityków niemieckich: kanclerza Friedricha Merza, który musiał przełknąć dwie gorzkie pigułki: "odłożenie umowy z Mercosurem i storpedowanie planu zamrożenia aktywów, za którym mocno lobbował", oraz przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen, która zabiegała o to, by uniknąć "wspólnego zaciągania pożyczek".

Do grona przegranych Politico zaliczyło też szefową rządu Danii Mette Frederiksen, która wraz z końcem 2025 r. kończy przewodnictwo w Radzie UE. W tym wypadku duńska prezydencja, podobnie jak stanowisko władz Niemiec, a także Szwecji i Finlandii, była niechętna zaciąganiu wspólnego długu.

Za przegranych unijnego szczytu portal uznał też rządy Czech, Słowacji i Węgier, które - w ocenie Politico - odniosły sukces "na krótką metę", który w dłuższej perspektywie "może się okazać kosztowny", bo Ukraina pomoc i tak otrzyma, a "takie posunięcie zbliża trzy kraje do statusu pariasów w UE". Portal zastrzegł zarazem, że dopiero czas pokaże, czy ten scenariusz stanie się faktem.

1 stycznia 2026 r. półroczną prezydencję w Radzie Unii Europejskiej obejmie Cypr.

PAP

czwartek, 18 grudnia 2025



W ciągu ostatnich trzech wieków gospodarka globalna trwale uzależniła się od wydobycia surowców mineralnych i ich przetwarzania. Wiek XVIII, czyli tzw. epoka przedindustrialna, opierał się na węglu kamiennym, rudach żelaza czy soli kamiennej, coraz częściej używanej w przemyśle spożywczym i chemicznym. W tym okresie zostały położone podwaliny pod potęgę przemysłową Wielkiej Brytanii.

W kolejnym stuleciu, zdominowanym przez parę i elektryczność, do grupy ważnych surowców doszły: miedź – kluczowa dla rozwoju elektryfikacji i przemysłu kablowego (np. telegram łączący Wielką Brytanię z USA), minerały fosforowe (wykorzystywane np. w produkcji militarnej) oraz ropa naftowa, wydobywana w większym stopniu w drugiej połowie wieku.

Wiek XX przyniósł zupełnie nowe wyzwania dla świata, na czele ze skokowym wzrostem globalnej populacji, dlatego też niezbędne stało się poszukiwanie nowych źródeł energii. Wtedy do ropy dołączyły gaz ziemny i uran. Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej w latach 1900–2000 znacznie zmieniła się struktura światowego zużycia energii w rozbiciu na surowce. O ile w 1900 r. aż w 90% pochodziła ona ze spalania węgla, o tyle 100 lat później jego udział spadł do 25%, a na czoło wysunęła się ropa naftowa (35%). W związku ze wzrostem zaawansowania technologicznego przemysłu na znaczeniu zyskały w tym czasie również rudy metali nieżelaznych, takie jak aluminium czy nikiel – kluczowe komponenty konstrukcji nowoczesnego parku maszynowego.

W ostatnich 25 latach zauważamy na świecie narastającą konieczność odejścia od obecnego modelu energetycznego na rzecz rozwiązań niskoemisyjnych. Ich celem jest nie tylko dostarczenie ludzkości niezbędnych narzędzi do skutecznej walki z dynamicznie rosnącą temperaturą, ale również tworzenie fundamentów pod bardziej zrównoważony rozwój wciąż zaliczanych do niechlubnej grupy zacofanych gospodarczo państw. Energetyka jądrowa, co do której pojawiło się w ostatnich dekadach najwięcej zarzutów i wątpliwości, zaczyna wysuwać się na czoło kluczowych źródeł energii, zyskując rosnące poparcie w wielu krajach na świecie.

Transformacji tej towarzyszy wzrost popytu na baterie litowo-jonowe, znajdujące coraz powszechniejsze zastosowanie w przemyśle motoryzacyjnym, czy tzw. metale ziem rzadkich, niezbędne do produkcji technologii cyfrowych i odnawialnych źródeł energii – by wymienić w tym miejscu panele fotowoltaiczne, turbiny wiatrowe czy elektrownie wiatrowe. Obecnie Chiny odpowiadają za 70% całkowitej globalnej produkcji metali ziem rzadkich, co w dzisiejszej, dalekiej od stabilnej sytuacji geopolitycznej skazuje przemysł amerykański czy europejski na poszukiwanie nowych źródeł dostaw. Nie powinien zatem dziwić apetyt prezydenta Donalda Trumpa na przejęcie kontroli nad złożami ukraińskimi, kanadyjskimi czy grenlandzkimi.

Według Polskiego Instytutu Ekonomicznego praktycznie cały popyt Unii Europejskiej jest zaspokajany dostawami zza Wielkiego Muru. Dlatego potrzeba dywersyfikacji źródeł dostaw stała się priorytetem strategicznym UE, co powoduje większe zainteresowanie państwami Azji Centralnej, na czele z Kazachstanem. Rząd w Astanie w eksploracji posiadanych złóż upatruje swojej unikatowej szansy na zbliżenie do państw zachodnich poprzez podniesienie rangi w światowych łańcuchach dostaw do pozycji zaufanego partnera strategicznego.

W Kazachstanie znajdują się potężne złoża m.in. neodymu, ceru, lantanu czy itru – czyli pierwiastków niezbędnych w przemyśle motoryzacyjnym, elektronicznym, energetycznym i medycznym. Biorąc pod uwagę obecne dążenia państw Unii Europejskiej do utrzymania kursu na zrównoważony rozwój gospodarczy, surowce te stają się wprost niezbędne do realizacji agendy „Nowego Zielonego Ładu” i osiągnięcia neutralności klimatycznej do 2050 r. Nie powinna zatem dziwić decyzja władz o przekazaniu w zarząd niedawno odkrytych złóż w obwodzie karagandzkim państwowemu konglomeratowi Tau-Ken Samruk. Powtarza się dobrze znana historia z lat 90. XX w., kiedy to procesem prywatyzacji objęto większość branż, z wyłączeniem sektora energetycznego oraz kolei.

(...)

Prezydent Kasym-Żomart Tokajew kontynuuje podejście wypracowane przez swojego poprzednika, Nursułtana Nazarbajewa, który od momentu ogłoszenia niepodległości Kazachstanu w 1991 r. starał się balansować pomiędzy wpływami Chin, Rosji i Zachodu. Postać Elbasy, „Przywódcy Narodu”, jak określano Nazarbajewa w języku kazachskim, stopniowo traci dziś na znaczeniu, a jego dziedzictwo coraz częściej przywołuje się w kontekście styczniowych zamieszek 2022 roku. Wydarzenia te można określić jako datę graniczną dla oficjalnego demontażu jego kultu, co de facto otworzyło drogę do samodzielnych i niezależnych rządów samego Tokajewa.

Podejście to, silnie zakorzenione w teraźniejszości Kazachstanu, wydaje się nieco krzywdzące. Oczywiście, Nazarbajew symbolizował sobą postsowieckość i przywiązanie do reżimu autorytarnego. Jednakże nie wolno zapominać, że szereg jego decyzji w zakresie polityki gospodarczej i międzynarodowej dał Astanie pozycję lidera Azji Centralnej – i to pomimo niewielkiej populacji w stosunku do posiadanego terytorium oraz trudnego położenia geopolitycznego pomiędzy Chinami, Rosją i Europą.

W efekcie skuteczna dyplomacja stała się wizytówką Kazachstanu na międzynarodowych salonach, co pozwala temu państwu coraz śmielej aspirować do roli istotnego gracza w globalnej polityce. Potencjał jego gospodarki, dotąd utożsamianej z surowcami energetycznymi, może odegrać kluczową rolę w zapewnieniu ciągłości europejskiej produkcji przemysłowej w zaawansowanych technologicznie sektorach. Początek 2025 roku przyniósł im bowiem poważne trudności, ujawniając skrywane od dłuższego czasu głębokie problemy strukturalne, które osłabiają ich konkurencyjność na rynku międzynarodowym. W tej sytuacji bogactwa naturalne Kazachstanu, obejmujące niemal całą tablicę Mendelejewa, mogą stać się strategicznym atutem, pozwalającym Europie na podjęcie rywalizacji z chińskimi producentami samochodów elektrycznych, turbin wiatrowych czy paneli słonecznych.

O ile zestaw kluczowych surowców się zmienia, to miejsce ich występowania niezmiennie pozostaje na wschodzie. Pierwiastki metali ziem rzadkich uchodzą za nowe wcielenie złota czy ropy w światowej gospodarce, stanowiąc o jej przyszłości. Zdają sobie z tego sprawę nie tylko firmy francuskie i niemieckie, ale też wspomniane wcześniej koncerny południowokoreańskie, natomiast w kolejce czekają także koncerny amerykańskie.

Dobrym przykładem aktywnych działań w regionie jest Francja, co pokazał szczyt inwestycyjny Kazachstan – Francja, zorganizowany w Astanie pod koniec maja 2025 r. W jego trakcie podpisano 15 umów o współpracy, kładąc nacisk na takie dziedziny gospodarki, jak energetyka, rolnictwo czy zarządzanie zasobami wodnymi. Nie od dziś wiadomo, że potężne zasoby uranu, zlokalizowane w Kazachstanie – który odpowiada za ponad 40% światowego wydobycia tego surowca – są krytycznie ważne dla francuskiej energetyki jądrowej. Nie jest też tajemnicą, że znajduje się ona obecnie w procesie poszukiwania alternatyw dla swoich wcześniejszych dostawców, w tym np. Nigru, gdzie Francja toczy walkę o strategiczne wpływy m.in. z Rosją. Zbliżenie z Kazachstanem można odczytywać jako działania odwetowe Paryża wobec Moskwy.

(...)

Kazachstan równocześnie rozwija koncept wielowektorowej polityki zagranicznej, czego przykładem jest niedawna wypowiedź wicepremiera Romana Sklyara, który zaprosił chińskie koncerny wydobywcze do eksploracji złóż surowców. Słowa te padły w trakcie drugiego forum przemysłowego i inwestycyjnego Chiny – Azja Centralna. Polityk podkreślił, że Kazachstan posiada w zasobach podziemnych ok. 5 tys. wciąż nie przebadanych złóż różnych surowców mineralnych, a państwu zależy na projektach ukierunkowanych zarówno na rozwój materiałów konstrukcyjnych bazujących na stopach niklu, jak i na budowę akumulatorów i baterii.

Puszczenie oka przez Sklyara w kierunku wschodniego sąsiada należy odczytywać jako dobrze przemyślany ruch polityczny, tożsamy z kwietniowym oficjalnym komunikatem wysłanym w świat przez kazachskie Ministerstwo Przemysłu i Budownictwa. Według jego treści łączne krajowe rezerwy pierwiastków ziem rzadkich mogą być trzecimi największymi na świecie, lokując się tylko za Państwem Środka i Brazylią. I chociaż entuzjazm ten nieco tonują lokalne środowiska eksperckie, z przewodniczącym Stowarzyszenia Niezależnych Ekspertów Górnictwa Georgim Freimanem na czele, trudno przejść obok potencjału Kazachstanu obojętnie.

Pozytywne perspektywy są jeszcze bardziej uzasadnione w świetle jednego z raportów Międzynarodowej Agencji Energetycznej, która stwierdza, że kazachstańska ziemia skrywa 99 z 118 pierwiastków chemicznych. W praktyce oznacza to, że niemal cała tablica Mendelejewa jest ukryta pod powierzchnią kraju. Kazachstan posiada największe na świecie złoża chromu i ołowiu na świecie oraz drugie największe pod względem zasobności złoża cynku, manganu, niklu i srebra. Patrząc na rosnący popyt globalny, jasne jest, że posiadane zasoby mogą wywindować Astanę do rangi kluczowego dostawcy surowców krytycznych dla gospodarki światowej.

new.org.pl


W 2024 r. trzy kluczowe paliwa kopalne – ropa naftowa, węgiel kamienny oraz gaz ziemny (dostarczany zarówno przez gazociągi, jak i w formie LNG) – odpowiadały za dwie trzecie (85 mld dolarów) całości rosyjskiego eksportu do ChRL[1]. Chińskie zakupy stały się kluczowym źródłem finansowania machiny wojennej Rosji po tym, jak pod koniec 2022 r. znacząca część rynków zachodnich zamknęła się na jej surowce energetyczne. Od tamtej pory Chiny odbierają blisko połowę rosyjskich węglowodorów sprzedawanych za granicę (istotnym odbiorcą są także Indie, odpowiadające za około jedną trzecią rosyjskiego eksportu ropy naftowej). Gdyby nie chińska gotowość do zwiększenia importu z Rosji, ta stanęłaby przed koniecznością bardziej zdecydowanego obniżenia wydobycia. To zaś przełożyłoby się negatywnie na wpływy do budżetu, wyniki finansowe firm sektora oraz całości gospodarki – tzw. kompleks paliwowo-energetyczny odpowiada za 20% PKB Rosji[2]. Co więcej, w 2024 r. przychody z opodatkowania wydobycia i eksportu surowców przez firmy z sektora naftowo-gazowego[3] wyniosły 11,1 bln rubli, co stanowiło 31% całości wpływów do budżetu federalnego.

W realiach rosnących w Rosji wydatków na działania wojenne utrzymanie stałych wpływów z eksportu jest z perspektywy Kremla żywotnie istotne – szczególnie ze względu na dopływ walut zagranicznych. Opodatkowanie sektora pozwala także unikać przerzucania kosztów prowadzenia wojny bezpośrednio na społeczeństwo, władze zaś starają się zniwelować ich odczuwalny przez Rosjan ciężar w obawie przed niezadowoleniem społecznym.

Należy jednak zaznaczyć, że eksport konkretnych węglowodorów różni się między sobą, jeśli chodzi o ich istotność polityczną i ekonomiczną. O ile sprzedaży ropy naftowej nie można przecenić w zakresie wpływów do budżetu federalnego, a eksport gazu jest ważny z punktu widzenia politycznego (można go wykorzystać jako narzędzie do wywierania presji na państwa trzecie), o tyle zbyt węgla kamiennego ma znaczenie jedynie z perspektywy branży i kilku regionów w Rosji, nie generuje on przy tym znacznych zysków[4].

Dla Pekinu Federacja Rosyjska stanowi największe zagraniczne źródło paliw kopalnych. Chiński import pozostaje jednak zdywersyfikowany, a jego rola szybko maleje na skutek „zielonej” transformacji państwa. Ropa, gaz ziemny i węgiel kamienny sprowadzane z Rosji odpowiadały w 2024 r. za odpowiednio 20%, 23% i 25% importu tych surowców do ChRL, ale po uwzględnieniu krajowego wydobycia pokrywały raptem od kilku do kilkunastu procent jej popytu.

W obliczu rosnących obaw przed przerwaniem szlaków morskich w wyniku konfliktów zbrojnych oraz częstszych zakłóceń żeglugi – od incydentu „Ever Given” w Kanale Sueskim po ataki Huti na Morzu Czerwonym – rośnie znaczenie tras lądowych: bardziej stabilnych i bezpiecznych w porównaniu z silniej narażonym na wrogie działania transportem morskim. Władze ChRL stawiają jednak przede wszystkim na rozbudowę rodzimych źródeł energii, a nie zwiększanie importu z relatywnie pewnego kierunku rosyjskiego. Taka polityka Pekinu łączy cele poszerzenia samowystarczalności, przyspieszenia rozwoju technologicznego i modernizacji przemysłu oraz pobudzenia aktywności gospodarczej[5]. Elektryfikacja kolejnych gałęzi gospodarki, m.in. transportu, wraz ze spowolnieniem wzrostu PKB w ostatnich latach ogranicza zapotrzebowanie na paliwa kopalne. Prąd wytwarzany niemal wyłącznie z krajowych zasobów, tj. węgla czy OZE, odpowiada już za ok. 30% zużycia energii finalnej (wobec niewiele ponad 10% na początku XXI wieku), czyli za więcej niż w USA czy UE. Stopniowo rośnie też krajowa produkcja paliw kopalnych, która zaspokaja przeszło 25% chińskiego popytu na ropę, ok. 60% zapotrzebowania na gaz i ponad 90% zużywanego węgla.
 
Najistotniejszą pozycją w eksporcie z FR do ChRL jest ropa naftowa. W 2024 r. surowiec ten odpowiadał za 48% wartości (62 mld dolarów) całej rosyjskiej sprzedaży na ten rynek. Dla Rosjan, możliwość zbytu surowej ropy w takiej ilości jest nie do przecenienia ze względu na znaczenie dochodów z tego tytułu dla budżetu federalnego. W 2024 r. podatki nakładane na wydobycie tego surowca opowiadały za 85% całości wpływów z sektora naftowo-gazowego. Branża generuje także dochody budżetowe za pośrednictwem danin nakładanych na jej działalność gospodarczą (państwowa Rosnieft´ jest największym pojedynczym płatnikiem do budżetu).

W strukturze całości eksportu ropy z Rosji chińscy odbiorcy odpowiadają za połowę wolumenu – w 2024 r. sprzedaż osiągnęła blisko 2,2 mln bbl/d. Biorąc zaś pod uwagę rosyjskie wydobycie, można przyjąć, że prawie co czwarta produkowana tam baryłka trafia na rynek chiński – w postaci czy to surowca, czy zrafinowanego paliwa. Podobnie jak w przypadku innych surowców znaczący wzrost wielkości przesyłu tego towaru nastąpił w wyniku rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 r., kiedy to Rosjanie przekierowali znaczną część eksportu z rynków zachodnich do Chin. O ile w 2021 r. wolumen przesyłanej do tego państwa ropy wyniósł blisko 80 mln ton, o tyle w 2024 r. było to już 108,5 mln ton.

Mimo że Chiny są piątym producentem ropy na świecie, to import pokrywa ponad 70% ich zapotrzebowania. Państwo pozostaje uzależnione od dostaw z zagranicy, ale dzięki dywersyfikacji unika nadmiernej zależności od któregokolwiek z partnerów. FR odpowiadała w ostatnich latach za 15–20% chińskiego importu i od 2023 r. jest największym źródłem zaopatrzenia ChRL w surowiec. Z perspektywy Zhongnanhai taka sytuacja ma trzy główne zalety. Zakupy w Rosji wzmacniają przyjazny wobec Pekinu reżim, są relatywnie tanie (dzięki sankcjom Zachodu), a także zapewniają większą stabilność i bezpieczeństwo dostaw realizowanych głównie za pośrednictwem dwóch szlaków lądowych (połączenie WSTO z Syberii do północno-wschodnich Chin i rurociąg poprzez Kazachstan) oraz infrastruktury portowej na Dalekim Wschodzie (bez konieczności przebycia Cieśnin Malakka bądź Tajwańskiej).

Od II kwartału 2024 r. w chińskich statystykach celnych widać spadek importu ropy z FR po trwającym dwa lata okresie silnego wzrostu. Początkowo towarzyszyła mu rozpoczęta kilka miesięcy wcześniej redukcja zakupów również z pozostałych źródeł. Od marca 2025 r. dostawy z reszty świata wyraźnie się jednak zwiększyły, podczas gdy rosyjskie wzrosły jedynie nieznacznie. W efekcie udział Rosji w imporcie ropy do Chin skurczył się z 20% w szczytowym momencie na początku 2024 r. do 17% w III kwartale 2025 r. Ograniczeniu roli rosyjskiego surowca sprzyjały dwa pakiety amerykańskich sankcji – ogłoszone w styczniu[6] oraz październiku br. Te ostatnie objęły restrykcjami dwa największe rosyjskie koncerny naftowo-paliwowe: Rosnieft´ i Łukoil. W ich wyniku część chińskich odbiorców wstrzymała import surowca z FR w obawie przed sankcjami wtórnymi[7]. Obecnie nie wiadomo, jak długo utrzyma się ta sytuacja.

Wraz z zacieśnianiem reżimu sankcyjnego nałożonego na Rosję rośnie skłonność do maskowania pochodzenia eksportowanego z niej surowca[8]. Być może część rosyjskiej ropy trafia do ChRL jako „malezyjska”, czyli jako towar z państwa, które od lat kamufluje w statystykach pochodzenie sankcjonowanych baryłek z Iranu i Wenezueli[9]. Import z tego kierunku gwałtownie wzrósł na przełomie I i II kwartału 2025 r. W ostatnich miesiącach jego rolę stopniowo przejmuje Indonezja.

Ostateczną wielkość dostaw z Rosji i pozostałych kierunków determinują bieżące zapotrzebowanie oraz tempo akumulacji strategicznych zapasów. Przyspieszenie elektryfikacji gospodarki – w tym upowszechnienie aut elektrycznych – oraz spowolnienie wzrostu PKB oznaczają, że szczyt zużycia ropy w Chinach przypadnie około 2027 r.[10] W kolejnych latach popyt na surowiec ma być podtrzymywany głównie przez segment petrochemiczny. Podobnie jak w 2020 r. Chiny wykorzystały spadek cen w 2025 r., by przyspieszyć budowę rezerw ropy. Według szacunków Bloomberga od stycznia do sierpnia br. kupiły ok. 150 mln baryłek[11] ponad bieżące zużycie (za ok. 10 mld dolarów), a w II kwartale odpowiadały za blisko 90% globalnego przyrostu zapasów[12]. Decyzja mogła być motywowana niższymi cenami, rosnącymi obawami o przerwy w dostawach oraz dążeniem do dywersyfikacji aktywów rezerwowych, czyli chęcią wykorzystania ropy jako częściowej alternatywy dla amerykańskich obligacji skarbowych.

Z perspektywy politycznej być może najistotniejszym elementem omawianej współpracy jest sprzedaż rosyjskiego gazu ziemnego do ChRL – to bowiem długoterminowe kontrakty i towarzyszące im projekty infrastrukturalne wiążą oba państwa w kilkudziesięcioletnim horyzoncie czasowym. Chiny stanowią dla Gazpromu najistotniejszy rynek zbytu ze względu na zdolność do zaabsorbowania dużych ilości tego surowca. Przekierowanie wolumenów na wschód to zaś konieczność wynikająca z utraty udziałów na rynku europejskim wskutek politycznej decyzji Kremla.

W 2024 r. ChRL odpowiadała za 35% całości eksportu gazu ziemnego realizowanego przez Gazprom. Dotychczas wykorzystywany jest do tego uruchomiony w 2019 r. gazociąg Siła Syberii 1, który w 2024 r. osiągnął maksymalną przepustowość i według prognoz ma dostarczyć w 2025 r. ok. 40 mld m³. Wolumen ten ma wzrosnąć o kolejne 10 mld m³ w 2027 r., kiedy planuje się uruchomienie przesyłu z Sachalinu tzw. szlakiem dalekowschodnim.

Pod względem ekonomicznym gaz ziemny w ChRL odgrywa mniejszą rolę niż pozostałe paliwa kopalne. Odpowiada za niespełna 10% podaży energii pierwotnej – przeszło 50% przypada na węgiel, a blisko 20% na ropę i produkty naftowe. Jednocześnie pełni istotną funkcję paliwa przejściowego: zastępuje najbardziej emisyjne źródła w ciepłownictwie i przemyśle oraz stabilizuje pracę sieci przy rosnącym udziale OZE. W efekcie zwiększa elastyczność systemu, obniża emisje w porównaniu z generacją węglową i poprawia bezpieczeństwo energetyczne dzięki zdywersyfikowanym kierunkom dostaw.

Około 60% zapotrzebowania Chin na gaz pokrywa produkcja krajowa. Reszta jest dostarczana gazociągami (42% importu w 2024 r.) z Azji Centralnej, Rosji i Mjanmy bądź w formie skroplonej (58%) – głównie z Australii, Kataru, Malezji i Rosji[13]. Udział tej ostatniej w imporcie rurociągowym w 2024 r. sięgnął blisko 40% (ok. 31 mld m³). Surowiec przesyłany Siłą Syberii 1 jest najtańszy spośród wszystkich kierunków importowych. Ponadto lądowe „ramię” logistyczne odizolowuje dostawy od potencjalnych zaburzeń, jakie mogą występować w przypadku transportu drogą morską.

Rosjanie od lat forsują koncepcję dalszego zwiększania wolumenu eksportowanego do Chin. Dążą do tego, by nowe dostawy były realizowane przede wszystkim dzięki nowemu połączeniu – Siła Syberii 2 o planowanej przepustowości 50 mld m3/r. Gazociąg ten ma połączyć chińskich odbiorców z zachodniosyberyjskimi złożami, które dotychczas zasilały głównie rynek europejski. We wrześniu prezes Gazpromu Aleksiej Miller oświadczył, że strony podpisały „legalnie wiążące memorandum” dotyczące gazociągu, stanowiące rzekomo przełomowy krok na drodze do urzeczywistnienia jego budowy. Chińczycy nie potwierdzili jednak oficjalnie istnienia tego dokumentu ani nie informują o postępach w realizacji projektu.

Powstanie koncepcji dostaw z Syberii Zachodniej do Chin sięga końca lat 90.[14] Mimo zawarcia kilku porozumień ramowych przedsięwzięcie wciąż nie doczekało się wiążącej umowy sprzedażowej zawierającej formułę cenową ani decyzji o budowie infrastruktury i podziale jej kosztów[15]. Szacuje się, że ostateczny koszt realizacji wyniesie od 13 do nawet 34 mld dolarów – warto jednak zaznaczyć, że Siła Syberii 1, która jest o jedną trzecią krótsza, mogła finalnie pochłonąć nawet 60–70 mld dolarów, z czego znakomitą większość tych środków wyłożyła strona rosyjska[16].

Biorąc pod uwagę obecną pozycję przetargową Gazpromu – o wiele słabszą niż przed laty – można założyć, że Chińczycy próbują przerzucić całość kosztów inwestycyjnych na Rosjan, domagając się także korzystnej dla siebie formuły cenowej. W 2024 r. ci ostatni za pośrednictwem istniejącej Siły Syberii 1 sprzedawali gaz do Chin po cenie o ponad jedną trzecią niższej niż w przypadku odbiorców europejskich. Według doniesień medialnych ChRL próbuje uzyskać jeszcze korzystniejszą taryfę dla nowego połączenia. Co więcej, dość odległa perspektywa uruchomienia gazociągu (w najlepszym wypadku na początku lat 30.) jest dodatkowym czynnikiem negatywnie rzutującym na rentowność projektu dla Rosjan – wykorzystując ich brak pola manewru, Pekin przerzuca koszty dostaw surowca na Moskwę.

Parametry kontraktu musiałyby być jednak wyjątkowo korzystne dla ChRL, by rozwiać jej wątpliwości dotyczące większego uzależnienia od jednego dostawcy oraz trwałości popytu na rosyjski gaz w warunkach zaawansowanej transformacji energetycznej. Nawet przy pełnym zakładanym wykorzystaniu Siły Syberii 2 łączny przesył rurociągami z FR sięgnie 100 mld m³ rocznie, co przy prognozach zapotrzebowania rzędu 600 mld m³ w 2040 r. i produkcji krajowej wynoszącej ok. 310 mld m³ dawałoby temu państwu ok. 35% udziału w chińskim imporcie i ok. 16% w tamtejszym zużyciu. Byłyby to poziomy znaczące, lecz nieprzesądzające o nadmiernej zależności. Zarazem powyższe szacunki popytu mogą być zbyt optymistyczne w obliczu skali „zielonej” transformacji energetycznej w Chinach. Szybki postęp w sektorach samochodów elektrycznych, baterii i pomp ciepła, dynamiczna rozbudowa odnawialnych źródeł energii i sieci przesyłowych oraz spadające koszty magazynowania dają Pekinowi realne krajowe alternatywy dla gazu sprowadzanego z FR.

Rosyjski komunikat – i brak chińskiego dementi – w sprawie Siły Syberii 2 należy traktować jako sygnał polityczny, skierowany przede wszystkim w stronę Waszyngtonu. Samo informowanie o zamiarze budowy tej magistrali już teraz wpływa na globalny rynek gazu – potencjalne nowe projekty LNG uruchamiane z myślą o dostawach na rynek chiński mogą ulec rewizji ze względu na możliwość zaspokojenia popytu przez rosyjskie dostawy rurociągowe. W tym układzie faktyczna realizacja Siły Syberii 2 uderzałaby w „energetyczną dominację” USA, której jeden z filarów stanowią krajowe zdolności eksportu LNG i jego pozycja na rynku. Znaczenie Stanów Zjednoczonych w tym obszarze byłoby dodatkowo pomniejszone przez fakt, że uruchomienie nowego gazociągu najprawdopodobniej pozwoliłoby na przekierowywanie zakontraktowanych przez chińskie firmy wolumenów LNG do innych krajów, gdzie te konkurowałyby z amerykańskimi dostawcami.

Wreszcie, dyskusja o Sile Syberii 2 to również symboliczny gest mający potwierdzić coraz większe zbliżanie się Pekinu i Moskwy, wychodzące poza realizację wzajemnych korzyści ekonomicznych. Możliwość zawarcia długookresowego kontraktu gazowego stanowi manifestację szerokiego wachlarza potencjału obu partnerów, którzy nie muszą w swoich działaniach oglądać się na Waszyngton.

W porównaniu z ropą naftową i gazem ziemnym dostarczanym rurociągami LNG zajmuje o wiele mniej istotną pozycję w rosyjsko-chińskiej wymianie handlowej. W pierwszej połowie br. z Rosji sprowadzono ok. 3 mln ton tego surowca, co odpowiadało za niespełna 10% całości jego chińskiego importu i zarazem 21% rosyjskiego eksportu.

Rosyjskie dostawy tego paliwa służą Chińczykom jako uzupełnienie, którego ostateczna wielkość zależy od zmiennego popytu. Gaz w formie skroplonej umożliwia arbitraż cenowy – zakup ładunku po niższej cenie i sprzedaż po wyższej – oraz szybkie zaspokajanie sezonowych i nagłych wzrostów zapotrzebowania na wybrzeżu Chin. Sprowadzanie LNG nie jest przy tym postrzegane jako „wiążące” ze względu na swoją elastyczną specyfikę – dostawcy mogą reagować na zmiany popytu i nie są w takim stopniu zależni od kontraktów długoterminowych. W podobnym duchu eksport tego paliwa postrzegają Rosjanie, dla których wzrost krajowych mocy skraplających i idąca za tym sprzedaż to szansa na uniezależnienie się od dotychczasowych przeszkód infrastrukturalnych i politycznych[17].

W obliczu zachodnich restrykcji nałożonych na rosyjski LNG po 2022 r. współpraca Moskwy i Pekinu w tym obszarze stanowi test szczelności reżimu sankcyjnego – szczególnie dla Waszyngtonu. W sierpniu 2025 r. Chińczycy zdecydowali się przyjąć ładunek z rosyjskiego zakładu skraplającego Arktyczny LNG 2. Instalacja ta, należąca do giganta branży – Novateku, od listopada 2023 r. znajduje się na listach sankcyjnych USA, co spowodowało faktyczne zablokowanie eksportu z tego obiektu – w obawie przed nałożeniem sankcji wtórnych potencjalni nabywcy nie decydowali się na kupno LNG z tej instalacji.

Mimo to ładunek z Arktycznego LNG 2 rozładowano po raz pierwszy 28 sierpnia 2025 r. w chińskim terminalu Beihai, należącym do państwowej spółki PipeChina. Co istotne, sam statek – metanowiec Arctic Mulan – także znajduje się na listach sankcyjnych USA. Zgodnie z założeniami amerykańskich zapisów sam fakt przyjęcia paliwa powinien pociągnąć za sobą poważne reperkusje – tj. każdy z podmiotów, który w tę transakcję się zaangażował, powinien zostać wpisany na listy sankcyjne. Choć sam rynek zanotował zagrożenie związane z przyszłymi operacjami w Beihai[18], to administracja w Waszyngtonie nie zareagowała nowymi działaniami ani nie skomentowała faktu złamania restrykcji. Świadczy to o znaczącej różnicy w podejściu do tego typu działań w porównaniu z poprzednimi rządzącymi – za prezydentury Joego Bidena Biuro ds. Kontroli Aktywów Zagranicznych (OFAC) Departamentu Skarbu USA aktywnie penalizowało metanowce zaangażowane w podejmowanie ładunku z zakładu.

Decyzję o przyjęciu „toksycznego” ładunku w chińskim terminalu można odczytać jako sposób na sprawdzenie gotowości administracji Trumpa do implementacji uprzednio uchwalonych zapisów sankcyjnych. Za politycznym wymiarem tych działań przemawia fakt, że doszło do nich krótko po amerykańsko-rosyjskim szczycie w Anchorage. Według doniesień medialnych obie strony toczą dialog na temat współpracy energetycznej. Rosjanie mogli uznać, że w efekcie zmniejsza się szansa na twardą odpowiedź USA na łamanie sankcji.

Brak reakcji amerykańskiej zwiększa prawdopodobieństwo utworzenia w ten sposób odseparowanego od zachodniego systemu finansowego „korytarza” do transportu LNG objętego sankcjami. Taki rozwój wydarzeń sugeruje również fakt, że we wrześniu i w październiku doszło do kolejnych rozładunków produkcji z projektu Arktyczny LNG 2 w Beihai. Nie można wykluczyć, że w ten sposób obiekt będzie głównie zaopatrywać rynek chiński, co w wypadku wykorzystania obu linii produkcyjnych mogłoby zwiększyć wolumen tamtejszego importu tego paliwa o ponad 10 mln ton (przy założeniu pełnej operacyjności instalacji i zapewnienia całorocznej żeglugi). Wzrost obecności rosyjskiego LNG w Chinach zmniejszy przy tym atrakcyjność innych dostawców, chociażby amerykańskich.

osw.waw.pl


Teoretycznie to Kijów znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Stany Zjednoczone chcą, aby Ukraina zgodziła się na porozumienie — i odmawiają dostaw nowej broni. Władimir Putin mógłby się z tego cieszyć, tyle że w rzeczywistości porozumienie to spowodowałoby to, czego szef Kremla chce uniknąć. Wojska NATO znalazłyby się tam, gdzie najmniej ich chce: bezpośrednio przy granicy rosyjskiej.

W poniedziałek wieczorem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski, europejscy przywódcy państwowi i rządowi pod przewodnictwem Friedricha Merza oraz czołowi przedstawiciele USA uzgodnili "solidne gwarancje bezpieczeństwa" dla Ukrainy. Kijów musi jednak spełnić kilka warunków — wycofać się z Donbasu i zgodzić się na zawieszenie broni.

To jednak mistrzowskie zagranie Zachodu, by ostatecznie ograć Putina.

Zgodnie z porozumieniem gwarancje obejmują "międzynarodowe siły zbrojne dla Ukrainy" dowodzone przez Europę, składające się z krajów chętnych do udziału w ramach koalicji chętnych, wspieranej przez Stany Zjednoczone. Ma ona "pomóc w odbudowie sił zbrojnych Ukrainy, zabezpieczeniu przestrzeni powietrznej i zapewnieniu bezpieczeństwa na morzu, również poprzez operacje na terytorium Ukrainy".

Siły te i ich operacje na terytorium Ukrainy będą wykorzystywane tylko wtedy, gdy rozejm lub traktat pokojowy między Rosją a Ukrainą będą przestrzegane.

W przypadku ponownego wybuchu działań wojennych między Moskwą a Kijowem kraje zachodnie mogą podjąć "działania zbrojne, wsparcie wywiadowcze i logistyczne oraz środki gospodarcze i dyplomatyczne", aby przyczynić się do "przywrócenia pokoju i bezpieczeństwa" w Ukrainie.

Mówiąc wprost — gdyby Ukraina rzeczywiście zgodziła się na wycofanie się z Donbasu, a następnie zgodnie z umową zaprzestano by działań zbrojnych i zaczęłyby obowiązywać zachodnie gwarancje bezpieczeństwa, w każdym przypadku na Ukrainę przybyliby żołnierze z państw NATO, a samoloty sojuszu monitorowałyby ukraińską przestrzeń powietrzną. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy Rosja dotrzyma umowy, czy też złamie nowo ustanowiony pokój.

Oznacza to, że swoją agresywną polityką Putin strzelił sobie spektakularnego gola samobójczego. Gdyby Ukraina zaakceptowała rosyjskie żądania, spełniłby się najgorszy koszmar Putina — oficjalna interwencja zachodnich sił zbrojnych na terytorium Ukrainy.

Również z tego powodu eksperci zakładają, że Rosja nie może i nie chce wdrożyć zainicjowanego przez siebie "procesu pokojowego" kosztem utraty terytoriów przez Ukrainę.

Paradoksalnie bowiem tylko wtedy, gdy armia Putina pozostanie w ofensywie i nie zgodzi się na porozumienie z USA, Rosja może sprawić, że zachodnie gwarancje bezpieczeństwa, a wraz z nimi zachodni żołnierze, pozostaną z dala od jej terytorium.

(...)

Julian Ropcke

onet.pl\BILD


Tłumacząc problem Brauna, był (wciąż jest) sobie taki portal jak Kresy. Niszowy, robili to znajomi, było trochę antyukrainskiego resentymentu, ale takiego swojskiego. Przyszedł 2014 rok. Nagle wzrosło zainteresowanie. Pojawili się nowi czytelnicy i darczyńcy. 

Komentarze zaczęły ewoluować w stronę ataku na "banderowców". Koledzy redaktorzy nie dawali się przekonać, że ten nagły sukces ich portalu to nie zasługa ich ciężkiej pracy, ale dopalenia z Kremla. Oni w życiu nie wzięli by kasy od ruskich. Prawdziwi patrioci. 

Ruscy od kilkunastu lat, wraz z uwolnieniem internetu, zaczęli finansować nie wprost (np. mikrodarowizny od "czytelników", wzrost zasięgów robiony przez boty) różne niszowe portale, reprezentujące jakieś społeczne grupy interesu. Grupy, które powstawały oddolnie. 

Nierzadko w szczytnym celu, nie mającym nic wspólnego z ruskimi. Ofiary błędów medycznych, ruchy antyszczepionkowe, medycyna alternatywna, tradycyjne ruchy religijne, etc. Mechanizm był podobny - te środowiska zaczynały rosnąć w internecie. Myślały, że dzięki swej pracy.

Trudno było (i nadal jest) dostrzec dyskretne przejmowanie ich narracji przez boty. Co więcej, same te środowiska zaczęły ewoluować w poglądach pod wpływem botów. Bez świadomości ruskiego wpływu. A Ruscy tym sterowali, co świetnie widać po 24 lutego 2022. 

Wiele z tych niezwiązanych ze sobą niszowych środowisk zaczęło sączyć antyukrainska propagandę. Wzrost takich nastrojów w Polsce to efekt głównie tej podziemnej rzeki (nie tylko, ale głownie). Często bez świadomości samych środowisk. 

Nie wiem, czy Braun bierze wprost kasę od ruskich, bardzo w to wątpię. Ale korzysta na tych mechanizmach, z których kilkanaście lat temu korzystali koledzy z portalu Kresy. Różnicą jest skala. Problem polega na tym, że dziś już nic się z tym nie da zrobić. 

Nawet jak się udowodni te powiązania, zwolennicy Brauna i tak w to nie uwierzą. W dobie postprawdy taki agenturalny wpływ da się uciąć tylko na początku. Kiedy urośnie, jest po zawodach. No i AD2025 zasadniczo jest po zawodach. Każde działanie służb będzie odebrane jak cenzura. 

Rację miał już kilka lat temu Jacek Dukaj - jesteśmy wobec tego kompletnie bezradni. Możemy się głównie przyglądać. Nikogo nie przekonamy. Chyba, że ludziom radykalnie poprawi się sytuacja ekonomiczna i będą mniej podatni na takie narracje. Ale i to zadziała tylko umiarkowanie. 

Także kupuję tezę @LukasPawlowski, że Braun zrobi mijankę z Konfederacją. Doświadczenia całego Zachodu pokazują, że pewnie tak musi się stać. Będzie tylko głupiej. 


x.com/KedzierskiMarc

środa, 17 grudnia 2025



Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow stwierdził w wywiadzie dla Islamic Republic of Iran Broadcasting 15 grudnia, że Europa prowadzi wojnę “pod nazistowską flagą z Rosją, poprzez europejskie wsparcie dla Ukrainy". Ławrow twierdził, że europejskie przywództwo w Belgii, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Francji i krajach bałtyckich wskrzesza teorię i praktykę nazizmu. Ławrow twierdził również, że Niemcy są zaangażowane w “odrodzenie militaryzmu” i powiązał współczesną Finlandię z Adolfem Hitlerem i oblężeniem Leningradu - prawdopodobnie odnosząc się do wydarzeń o znaczeniu historycznym i kulturowym, które wywołują historyczne pretensje wśród Rosjan. Ławrow porównał także współczesne przywództwo europejskie do postaci historycznych, takich jak Adolf Hitler i Napoleon Bonaparte, które stanowią egzystencjalne zagrożenie dla Rosji. Fałszywe twierdzenia Ławrowa, że różni przywódcy europejscy praktykują mgliście zdefiniowany “Nazizm”, różnią się od fałszywych twierdzeń Rosji, że Ukraina ma przywództwo neonazistowskie, co dotyczy fałszywych twierdzeń Rosji, że Ukraina jest zaangażowana w ludobójczą kampanię przeciwko ludności rosyjskojęzycznej zamieszkującej ten kraj. Ławrow wykorzystuje termin “Nazi”, aby zidentyfikować współczesne kraje europejskie i ich obecne przywództwo jako wrogów narodu rosyjskiego oraz przypomnieć sowieckie narracje o patriotyzmie, aby przygotować ludność rosyjską do zaakceptowania większego poziomu poświęceń w dążeniu do ideologicznej obrony Rosji państwa na czas nieokreślony.

understandingwar.org