środa, 8 października 2025



Dwa miesiące temu, podczas szczytu na Alasce, prezydent USA Donald Trump dał do zrozumienia, że jest skłonny przyjąć wiele postulatów Władimira Putina, licząc, że w zamian Moskwa pójdzie na ustępstwa — i zakończy wojnę z Ukrainą. Tymczasem w ostatnich tygodniach Rosja nasiliła ataki na Ukrainę i zintensyfikowała hybrydowe uderzenia na terytorium Europy. Kreml najprawdopodobniej postanowił wykorzystać słabość i rozdrobnienie wewnątrz NATO, by odnieść symboliczne zwycięstwo nad "zbiorowym Zachodem". Aleksandr Baunow analizuje, dlaczego reakcja na rosyjskie bezpilotowce pozostaje mieszana, a Kreml ryzykuje powtórzeniem błędu z 2022 r. — i wejściem na nowy etap eskalacji konfliktu z Zachodem.

Podczas gdy wojna w Ukrainie praktycznie utknęła w miejscu, Rosja przekroczyła nową granicę w Europie. Nie wiemy, co działo się za zamkniętymi drzwiami między Putinem a Trumpem w Anchorage, ale po ich spotkaniu Rosja nie tylko intensywniej uderza w ukraińskie miasta, lecz po raz pierwszy atakuje również kraje NATO w Europie.

Mało prawdopodobne, żeby Trump po cichu dał Putinowi błogosławieństwo. Po szczycie wielokrotnie wyrażał niezadowolenie, rozczarowanie, a nawet uciekał się do gróźb. Jednak po spotkaniu Putin, sądząc po jego słowach i działaniach, wyciągnął trzy wnioski. Po pierwsze: Trump nie jest gotów zapewnić mu zwycięstwa i zakończyć wojnę wyłącznie kosztem Ukrainy. Po drugie: Trump zgadza się na rozwijanie stosunków z Rosją bez konieczności natychmiastowego zakończenia wojny, choć ich pełnego odnowienia nie przewiduje przed ustaniem działań zbrojnych. Po trzecie: Trump nie ceni przesadnie Ukrainy — będzie jej pomagać tylko w ostateczności i nie za wszelką cenę.

Aby odebrać Ukraińcom możliwość oporu, Moskwa musi wyeliminować z gry Europę. Po Anchorage Rosja celowo zabrała się właśnie za ten kierunek. Według rosyjskich ocen Trump też nie przepada za Europą, uważa, że tam nie dopuszcza się do władzy jego zwolenników, postrzega NATO jako pasożyta, a UE jako konkurenta.

(...)

W każdym razie w ciągu trzech tygodni, łącząc różne metody i cele ataków, Rosja stworzyła w Europie nową rzeczywistość. Kreml już dawno nauczył się obwiniać Zachód za to, że prowadzi wojnę, ale po wycofaniu Ameryki z grona głównych wrogów, to właśnie Europa pozostała ostatnią przeszkodą na drodze do "rosyjskiego zwycięstwa". Trzeba pokazać, że za wspieranie Ukrainy Europejczycy będą teraz płacić nie tylko pieniędzmi: Rosja jest w stanie zniszczyć dotychczasowy europejski porządek i skierować gniew obywateli przeciwko ich politykom.

W ostatnich miesiącach Ukraina sprawiła, że mieszkańcy Rosji poczuli wojnę na własnej skórze. Ukraińskie drony blokowały lotniska, podpalały rafinerie, wreszcie częściowo unieruchomiły elektrociepłownie w obwodzie biełgorodzkim. Zastraszanie Ukrainy podobnym odwetem jest więc mało efektywne, bo Rosja atakuje dowolne cele. Na przykład bombardowania ukraińskich elektrociepłowni i elektrowni rozpoczęły się już trzy lata temu.

Repertuar pt. "zastraszanie Ukrainy" został już w zasadzie wyczerpany. Nie dotyczy to jednak nieustraszonych Europejczyków: jeśli nie dotrze to do nich teraz, to będziemy musieli wziąć się za infrastrukturę energetyczną.

Wysyłając drony do krajów europejskich, Rosja przekroczyła ważny symboliczny próg. Zrobiła to jednak w taki sposób, by zachować możliwość wycofania się — zastosować tradycyjną technikę rozmywania faktów dzięki zaprzeczeniom, drwinom i różnym wersjom wydarzeń.

Zadaniem ataków jest nie tylko odstraszenie Europejczyków od Ukrainy. Po czterech latach wojny rosyjskie zwycięstwo w Ukrainie, jeśli w ogóle osiągalne, będzie miało zupełnie inne znaczenie niż wcześniej.

Część rosyjskiego kierownictwa politycznego i wojskowego doszła do wniosku, że wynik przedłużającej się wojny coraz bardziej przeczy pierwotnym założeniom. Zamiast demonstrować siłę, Rosja okazuje słabość. Nie chodzi o zwycięstwo nad NATO i zbiorowym Zachodem na ukraińskich polach bitew, lecz o nieobecność w walce z deklarowanym przeciwnikiem. Obrazu tej słabości nie rozproszy już żaden militarny sukces w Ukrainie, intensywność uderzeń czy nawet jej hipotetyczna kapitulacja.

Trudno ukryć prosty fakt: uznając NATO i zachodnich sojuszników Ukrainy za swoich prawdziwych wrogów, Moskwa uderzała głównie i wyłącznie w Ukrainę, starając się przy tym nie zranić tych, których nazywała swoimi przeciwnikami — nawet jeśli chodziło o wyraźnie mniejsze, słabsze kraje, niezdolne samodzielnie stawić czoła rosyjskiej sile zbrojnej.

Przedłużająca się "specjalna operacja wojskowa" nie podważyła, lecz wręcz wzmocniła przekonanie, że NATO pozostaje wiarygodnym, praktycznie jedynym gwarantem bezpieczeństwa w Europie. Gdyby Ukraina była członkiem sojuszu, ta wojna — jak teraz często mówią w Waszyngtonie — w ogóle by się nie zaczęła.

Wśród rosyjskich rewizjonistów narasta poczucie, że Rosja wybrała tym razem zbyt dużego, zbyt mocnego i zbyt zmotywowanego przeciwnika — którego pokonanie, choć ważne dla "odtworzenia historycznej sprawiedliwości", ma niewielki związek z zamknięciem parasola NATO nad Europą.

W 2022 r. nikt poważnie nie myślał o innym przeciwniku. Sukces w Ukrainie miał szybko przekonać wszystkich i we wszystkim. Tak się jednak nie stało, a ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych Joe Biden ogłosił, że najmniejsze naruszenie terytorium NATO byłoby przekroczeniem progu prowadzącym do wojny światowej. Nastroje w Europie były wtedy jeszcze bardziej napięte niż dziś, ale od tamtej pory konflikt się zlokalizował, a wraz z nim — zdolności militarne Sił Zbrojnych Rosji i nawet ewentualne rosyjskie zwycięstwo. Gdyby dziś miało ono nastąpić, miałoby raczej znaczenie lokalne niż strategiczne, a Europejczycy znowu "przestaliby się bać".

Nowa amerykańska polityka obojętności wobec Europy wzmocniła pozycję tych, którzy wysuwali hipotezę o dekoracyjnym charakterze piątego artykułu Traktatu Północnoatlantyckiego o zbiorowej obronie. Według tej tezy członkowie NATO dzielą się na kilka kategorii i ani Stany Zjednoczone, ani Europa Zachodnia nie będą poświęcać swoich ludzi za sojuszników "drugiej kategorii", co więcej będą wahać się nawet wobec tych "pierwszej kategorii".

Nagły zwrot Trumpa plecami wobec Ukrainy w pierwszych miesiącach jego kadencji obudził w Moskwie zupełnie inne siły. Upewniły Putina w tym, że nadszedł czas, by podkopać wiarę w NATO poprzez bezpośrednie ataki.

Problem hybrydowych ataków jest oczywisty: dają "hybrydowy" efekt. To znaczy przekonują tych, którzy są już gotowi się przekonać, a pozostałym dają możliwość ich zignorowania. Ataki tego typu pozornie przekraczają czerwoną linię agresji militarnej przeciwko krajom członkowskim NATO, lecz robią to ostrożnie i niepewnie. Doskonale ilustrują maksymę złodziei "dopóki cię nie złapią, pozostajesz niewinny".

Hybrydowość ataków odbija się na przekonującej sile ich skutków. UE i NATO mają możliwość reagować w mieszany sposób: potraktować rosyjskie ataki jako powód do mobilizacji, ale nie uznać ich za atak uruchamiający art. 5. Takie wtargnięcia mogą pomóc Kremlowi zemścić się na Europejczykach za wsparcie dla Kijowa, zepsuć im życie, a nawet stworzyć propagandowy obraz ich zbiorowej bezradności. Nie wystarczą one jednak, aby rządy europejskie uznały tę bezradność lub aby stała się ona oczywista dla wszystkich.

Na europejskim szczycie w Kopenhadze 2 października dyskutowano nie tylko o przezbrojeniu Europy i "murze dronowym" na jej wschodniej granicy, lecz również o rozsądnym pomyśle Szwecji, by obronę przed dronami zdecentralizować do poziomu krajowego. Skróci to łańcuch uzgodnień potrzebnych do reakcji i wesprze lokalny przemysł obronny. Poza tym uwolni od konieczności traktowania każdego przelotu drona nad terytorium jako ataku na wszystkich członków NATO.

Innymi słowy, NATO jest w stanie rozsądnie podnieść swój własny próg bólu do poziomu bezpiecznego dla siebie i swojej reputacji. Na niejednoznaczne ataki Rosji sojusz odpowiada w sposób odczuwalny, ale nie do końca jednoznaczny — demonstrując póki co nie tyle tchórzostwo, co sztukę różnicowania poziomów zagrożeń.

Tak jak w Ukrainie, cele postawione przez Rosję mogą okazać się nieosiągalne przy użytych środkach. Aby sam Kreml nie doznał symbolicznej porażki, będzie zmuszony zbliżyć się do niebezpiecznego progu, by wyglądać bardziej wiarygodnie. Istnieje ryzyko, że, testując NATO i odstraszając Europę od Ukrainy, Putin sam stanie się sprawcą "swego Franciszka Ferdynanda". Kto wie, gdzie wyląduje przypadkowy dron.

Nie ma gwarancji, że nie powtórzy się rosyjski błąd z 2022 r. Wtedy na Kremlu wychodzono z założenia o słabości i nieistotności Ukrainy — jej armii, społeczeństwa i "nieprawdziwego" prezydenta-aktora. Teraz wychodzą z założenia o słabości i rozproszeniu NATO, dosłownie cytując własną propagandę.

Ostatnie przemówienie Putina podczas spotkaniu Klubu Wałdajskiego przesiąknięte było irytacją, że Europa nie działa zgodnie z jego planem. A plan jest przecież taki prosty: w wyniku hybrydowych ataków Europejczycy przestaną wspierać Ukrainę i przyznają, że boją się uruchomić art. 5. Strategiczne zwycięstwo nad Zachodem osiągnięte, więc pełnowymiarowe zwycięstwo w Ukrainie przestaje być konieczne.

— "Czy nie czuje się pan jak Aleksander I na jakimś nowym Kongresie Wiedeńskim? [chodzi o cara Aleksandra I Romanowa, inicjatora Kongresu Wiedeńskiego]" — podpowiada, wyprzedzając wydarzenia, dworski moderator podczas audiencji dla zagranicznych politologów, którzy ulegli rosyjskiemu władcy zamiast europejskim rządom. W odpowiedzi rosyjski lider z pobłażliwością zauważa, że jego poprzednik Aleksander krótkowzrocznie zajmował się restauracją monarchii absolutnych, zamiast — jak on obecnie — wyczuwać i właściwie realizować zapotrzebowanie na przyszłość.

Putin formułuje propozycję dla Europy: jeśli nie chcecie, żeby latały nad wami drony — przyznajcie się, że NATO to papierowy tygrys, a ja jestem nowym Aleksandrem, tylko lepszym.

Stąd paradoksalne połączenie tonów pokojowych i groźby oraz kolejne zanurzenie w przeszłość, któremu towarzyszy żal wobec przywództwa nazistowskiego: "W końcu Niemcy proponowały Polakom pokojowe rozwiązanie sprawy Gdańska i korytarza polskiego — rząd ówczesnej Polski kategorycznie odmówił". I jak tu nie współczuć, skoro jego własna propozycja dla Polski i Europy niewiele się różni — tylko zamiast Gdańska jest Ukraina: "Jeżeli dzisiejsza polityczna elita najwyższego szczebla w Polsce wyciągnie z tego wnioski, to zda sobie sprawę z tego, że to nie taki zły pomysł".

Putin już w 2021 r. wystosował Zachodowi ultimatum. Wtedy ceną odmowy miała być wojna z Ukrainą. Nowe ultimatum skierowane jest bezpośrednio do Europy w nadziei, że udowodni ono bezsensowność NATO. Poparte jest na razie dość ostrożnymi prowokacjami wojskowymi wobec kilku państw sojuszniczych i osobiście wyjaśnione przez Putina.

Ostrożny, hybrydowy, zamaskowany charakter rosyjskich uderzeń nie pozwala osiągnąć potrzebnej "terapeutycznej" wygranej nad Zachodem zamiast wciąż nieosiągalnego zwycięstwa nad Ukrainą. Chęć osiągnięcia jasności i mocniejszego dowodu swojej tezy może popchnąć Rosję za pewną granicę, po przekroczeniu której trudno będzie się już wycofać.

onet.pl\Meduza


7 października Władimir Putin obchodził 73. urodziny. 

(...)

Rzecznik prasowy Kremla Dmitrij Pieskow poinformował, że Putin spędzi swoje 73. urodziny w pracy, a w planach ma m.in. posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego i rozmowy telefoniczne z przywódcami innych krajów.

Tych jednak nie było za wiele. Do Putina zadzwonił prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew. Politycy po raz pierwszy rozmawiali po tym, jak w czerwcu 2025 r. siły bezpieczeństwa w Jekaterynburgu przeprowadziły nalot na dziesiątki osób pochodzenia azerskiego w związku z morderstwem sprzed 20 lat. W wyniku zatrzymania zginęli bracia Husejn i Zijaddin Safarow.

Podczas rozmowy Alijew złożył Putinowi życzenia urodzinowe, a także omówił z nim "aktualny stan i perspektywy stosunków między Azerbejdżanem a Rosją".

Rosyjski dyktator otrzymał również tradycyjne gratulacje od przywódców Białorusi, Kazachstanu, Turkmenistanu, Korei Północnej, Nikaragui, Indii, Turcji, a także od przywódców samozwańczych republik Abchazji i Osetii Południowej.

(...)

Podczas posiedzenia plenarnego deputowani Dumy Państwowej poświęcili też czas na złożenie Putinowi życzeń urodzinowych.

— Mamy szczęście. Na czele Federacji Rosyjskiej stoi silny prezydent. Dzisiaj są urodziny Władimira Władimirowicza. Złóżmy mu życzenia! Jeśli jest Putin — jest Rosja — powiedział przewodniczący Dumy Państwowej Wiaczesław Wołodin.

Jego zdaniem Rosja przeszła "ogromne próby" i dopiero wraz z wyborem Putina odnalazła siebie i podniosła się z kolan.

— Dzisiaj jest największą gospodarką Europy, czwartą na świecie, największą pod względem terytorium. Wszystkie wyzwania, przed którymi stoimy, może pokonać tylko kraj, na czele którego stoi silny prezydent, popierany przez społeczeństwo. Musimy być bardziej niż kiedykolwiek zjednoczeni wokół głowy państwa — apelował.

Następnie wszyscy deputowani wstali i zaczęli oklaskiwać Putina.

(...)

Serwis Agenctwo odkrył, że ​​urzędnicy otrzymali instrukcje, jak prawidłowo złożyć gratulacje Putinowi. Czoudura Erenede, koordynatorka Ruchu Kobiet Jednej Rosji i posłanka tej partii z Republiki Tuwy, opublikowała na portalu VKontakte "Specyfikację kampanii internetowej #GratulacjeOdDonbasuDoKamczatki". Później usunęła post, ale dziennikarze zdążyli go zobaczyć.

"Wpis powinien odzwierciedlać istotę kampanii (i być opatrzony tekstem, zdjęciem tematycznym lub zdjęciem autora). W poście należy: pogratulować prezydentowi Federacji Rosyjskiej. Jako treść towarzyszącą możesz wykorzystać zdjęcia prezydenta Władimira Putina. Opowiedz o najnowszych osiągnięciach, które miały miejsce w twoim regionie lub w całym kraju. Podaj przykłady poprawy w dziedzinie gospodarki, kultury, sportu, budownictwa państwowego" — napisano w instrukcji.

Dziennikarze przejrzeli posty oznaczone tym hashtagiem i znaleźli gratulacje od urzędników i polityków różnego szczebla, w tym senatora Rusłana Smaszniewa, naczelnika gurjewskiego okręgu miejskiego obwodu kaliningradzkiego Aleksieja Kuriłowa oraz Denisa Pestunowa, członka Izby Społecznej obwodu smoleńskiego. Projekt Botnadzor wyjaśnił, że boty kremlowskie również włączyły się w kampanię: opublikowały już 111 postów na VKontakte z hashtagiem "#GratulacjeOdDonbasuDoKamczatki".

Pod tym samym hasłem odbyła się akcja w Moskwie. Zorganizowała ją Młoda Gwardia, a uczestnicy ustawili się przed Ogólnorosyjskim Centrum Wystawowym, tworząc napis "Gratulacje od Donbasu do Kamczatki". Jak donosi kanał "Groza", za udział w akcji studenci mieli otrzymać tysiąc rubli (ok. 450 zł) i dyplomy.

W tym roku propagandziści nie wymyślili niczego nowego i złożyli gratulacje Putinowi według standardowego scenariusza. Władimir Sołowjow napisał na swoim kanale na Telegramie, że Putin zmienił bieg historii, "kiedy wydawało się, że kraj przestanie istnieć, że nie chodzi o to, czy się rozpadnie, ale o to, kiedy".

"Fakt, że Rosja nie tylko nie rozpadła się, ale także powiększyła swoje terytoria za rządów Putina, już wszystko wyjaśnia. (…) Putin zjednoczył kraj, powiększył go. Zwrócił kraj narodowi. Zwrócił nam ojczyznę" — stwierdził dziennikarz.

onet.pl


Ogólnie rzecz biorąc, nie ma pewnych danych na temat całościowych rosyjskich strat, podobnie jak ukraińskich. Pozostaje wyciąganie uśrednionych liczb spośród tych dostępnych oficjalnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że to bezsprzecznie najkrwawsza rosyjska wojna od II wojny światowej. Nie ma też wątpliwości, że nawet jeśli przyjmiemy za prawdziwy poziom strat z szacunków ukraińskich oraz zachodnich, to skala rosyjskiej rekrutacji powinna je pokrywać. Według wyliczeń, bazujących na rosyjskich danych budżetowych, prowadzonych przez niemieckiego analityka Janisa Kluge, Rosjanie właściwie już od dwóch lat rekrutują średnio po 30-35 tysięcy ludzi miesięcznie. Chodzi o tych, którzy dobrowolnie podpisują kontrakty na służbę w zamian za bardzo atrakcyjne wynagrodzenie. Jego wysokość na przestrzeni ostatnich dwóch lat systematycznie rośnie, co pokazuje, że coraz trudniej ich znaleźć. O ile na początku 2024 roku wypłata za samo podpisanie kontraktu wynosiła około 500 tysięcy rubli (około 22 tysiące złotych), to teraz jest to około 2 milionów (88 tysięcy złotych). Dla wielu Rosjan, zwłaszcza z prowincji, są to ogromne pieniądze, wręcz z kategorii nie do zdobycia w inny sposób. Oznacza to też znaczne obciążenie dla finansów państwa, bo według wyliczeń Kluge, cały ten program kosztuje Rosję rocznie około 0,4 procent PKB.

Konkluzja jest jednak taka, że pomimo poważnych strat na froncie, Rosji na razie żołnierzy nie brakuje. Wręcz przeciwnie, ma ich albo dość na pokrycie strat, albo nawet na ciągłą rozbudowę liczebną.

gazeta.pl


Na razie w ogóle nie jest pewne, czy Waszyngton zdecyduje się przekazać tę broń Ukraińcom. Prezydent Donald Trump niby wyraźnie to sugeruje, ale nie padła żadna konkretna deklaracja. Być może Tomahowków pozostanie na dłużej w sferze niedomówień jako forma nacisku na Kreml. Rakiety te niewątpliwie mają bardzo dobrą reputację, są uznawane za groźną i skuteczną broń, co czyni je dobrym straszakiem. Tymczasem faktyczne przekazanie ich Ukraińcom wiązałoby się z serią problemów.

Podstawowym problemem jest sposób, w jaki trzeba by je odpalać. Standardowo Amerykanie robią to z okrętów US Navy, nawodnych i podwodnych. Tomahawki opracowano w latach 70. przede wszystkim jako broń morską. Tyle że Ukraińcy właściwie nie posiadają floty. Możliwości odpalania standardowych morskich Tomahawków więc nie mają i mieć nie będą. Wersji wystrzeliwanej z samolotów nigdy nie było. Wydawałoby się, że pozostaje najbardziej oczywiste rozwiązanie, czyli odpalanie ich z ziemi. Tylko że ono wcale nie jest takie oczywiste, bo lądowa wersja Tomahawka to aktualnie rarytas.

Kiedyś było inaczej. Jeszcze przed ukończeniem prac nad morską wersją rakiety w latach 70. zdecydowano się stworzyć dodatkowo wersję lądową. Obie weszły do służby równocześnie w 1983 roku. Lądową nazwano Gryphon. Około setkę wyrzutni, każdą z czterema rakietami, rozmieszczono w pięciu bazach w Europie Zachodniej. Tyle że w 1991 roku wszystkie wycofano ze służby i zezłomowano zgodnie z traktatem rozbrojeniowym INF [Intermediate-Range Nuclear Forces Treaty - przyp.red], podpisanym z ZSRR. Wszystko to stało się pod dokładną kontrolą Rosjan. Przez ponad dwie dekady nie widziano potrzeby odtworzenia tego rodzaju broni, tak długo jak w mocy pozostawał traktat INF. Morska wersja jak najbardziej wystarczała. Traktat INF umarł jednak w 2019 roku, wraz z wycofaniem się z niego USA. Wersja oficjalna głosiła, że to z powodu Rosjan, którzy - choć temu zaprzeczali - w ukryciu opracowywali zakazaną lądową rakietę manewrującą. Amerykanie przy okazji wskazywali, że INF to anachronizm, skoro nie są nim objęte Chiny. Zwracali też uwagę, że tworzy to niekorzystną dla nich sytuację na Pacyfiku.

Właściwie natychmiast po wycofaniu się z traktatu, Amerykanie zaczęli oficjalnie prace nad odtworzeniem lądowych Tomahawków. Nieoficjalnie trwały już wcześniej. Przyjęte rozwiązanie jest bardzo proste. W dużym kontenerze umieszcza się podnoszoną do pionu lekko zmodyfikowaną morską wyrzutnię rakiet Mk 70, instalowaną zwykle na mniejszych okrętach US Navy. Każda zawiera do czterech pocisków Tomahawk lub przeciwlotniczych/przeciwrakietowych SM-6. Cztery takie kontenery na naczepach holowanych przez ciężarówki, wraz z dodatkowymi pojazdami dowodzenia i wsparcia, stanowią baterię systemu Typhoon. Pierwsza weszła wstępnie do służby w 2023 roku.

Teoretycznie narzędzie odpowiednie dla Ukraińców więc jest. Problem w tym, że to jeden z priorytetowych programów modernizacyjnych Pentagonu, a nowe i bardzo pożądane rozwiązanie jest aktualnie produkowane na bardzo małą skalę. W służbie są tylko dwie baterie przeznaczone do służby na Pacyfiku. Trzecia jest w przygotowaniu z przeznaczeniem dla europejskiego teatru działań. Plany zakładają, że trafi tu w 2026 roku, a trzy kolejne są zamówione i też podzielone pomiędzy Pacyfik i Europę. Mają być produkowane w tempie jednej rocznie. To oznacza więc sześć baterii dla wojsk USA, rozrzuconych na dwóch krańcach globu. Można być właściwie pewnym, że perspektywa nagłego oddania jednej Ukraińcom, wywołuje w Pentagonie palpitacje serca. 

(...)

Same rakiety Tomahawk, przynajmniej teoretycznie, nie powinny być problemem. Gorzej z praktyką. Amerykanie od początku lat 80. kupili ich dla swojego wojska prawie dziewięć tysięcy. Około dwa i pół tysiąca wystrzelili. Nawet zakładając, że część sprzętu przekroczyła tak zwany resurs (termin przydatności broni do użycia), to powinni mieć znaczny ich zapas, idący w tysiące. Tyle że ten jest zapewne rozdysponowany pomiędzy różne dowództwa, które nie będą skore do oddawania swoich zapasów. Zwłaszcza to pacyficzne, które regularnie alarmuje, iż ma za mało amunicji na wypadek ewentualnego konfliktu z Chinami. Produkcja Tomahawków ciągle trwa, ale jest na poziomie kilkudziesięciu sztuk rocznie. Na przyszły rok zaplanowano zakup 57 dla wojsk USA. Dodatkowo trwa produkcja dla Australii, Holandii i Japonii. Nie jest to więc skala pozwalająca bez problemu i szybko pokryć potencjalne potrzeby Ukrainy z bieżącej produkcji. Amerykańskie zapasy to co innego, ale Pentagon raczej będzie się bronił przed ich uszczuplaniem. Agencja Reutera już cytowała kilku anonimowych urzędników związanych z administracją w Waszyngtonie, którzy wprost twierdzili, że przekazywanie Ukrainie Tomahawków nie będzie możliwe z uwagi na własne potrzeby wojska USA.

gazeta.pl

wtorek, 7 października 2025



- W tym roku B'tselem opublikowało raport pod tytułem "Nasze ludobójstwo", w którym jak pierwsza izraelska organizacja określacie w ten sposób to, co dzieje się w Strefie Gazy. 

Od dekad dokumentujemy naruszenia praw człowieka. A w ciągu ostatnich dwóch lat pracujemy dniami i nocami, by zbierać dane i świadectwa oraz śledzić działania zbrojne Izraela w Gazie i na Zachodnim Brzegu. To wszystko skłania się na całościowy obraz - i jest nim to, że Izrael systematycznie i celowo atakuje ludność cywilną Gazy.

- Rząd powtarza, że celem cały czas jest Hamas, a nie niewinni cywile

Tyle że w praktyce uważają, że w Gazie nie ma niewinnych cywilów. I rządzący mówią o pozbyciu się mieszkańców ze Strefy Gazy, zniszczeniu zabudowań i zasiedleniu tego obszaru. A kiedy spojrzymy nie tylko na słowa, ale też na działania, to widzimy, że niszczą całą infrastrukturę, dom po domu, ulica po ulicy, żeby nie było do czego wrócić. Doprowadzają do klęski głodu wśród mieszkańców, atakując w ten sposób całą populację. 

Zgodnie z prawem międzynarodowym ludobójstwo nie oznacza tylko sytuacji, w której dąży się do zabicia każdego członka danej grupy. To także działania, które mają uniemożliwić tej grupie funkcjonowanie i przetrwanie. I dokładnie to robi Izrael w Gazie.

- Jak wasz raport został przyjęty w Izraelu?

Izraelski rząd często reaguje na jakąkolwiek krytykę twierdząc, że stoi za nią antysemityzm. W naszym przypadku było inaczej - wybrali negowanie i ignorowanie. W izraelskich mediach głównego nurtu praktycznie nie wspominano o naszym raporcie. Chociaż miałem ogrom wywiadów z zagranicznymi mediami, które informowały na temat raportu, to w samym Izraelu wiele osób nawet o tym nie słyszało. 

Reżim, który dopuszcza się ludobójstwa, musi jednocześnie kontrolować własne społeczeństwo - to, co ono wie, a czego nie wie, co mu się pokazuje, a czego nie. I coraz bardziej zaczynają używać narzędzi znanych z dyktatur, by manipulować społeczeństwem. 

- Przez ostatnie dwa lata uwaga zagranicznych mediów skupiała się na Strefie Gazy, ale B'tselem monitoruje też sytuację Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu. Co zmieniło się tam w tym czasie?

Trzeba zacząć od tego, że izraelska okupacja tam nie jest niczym nowym. Trwa już ponad 50 lat. Władze Izraela w tym czasie zacieśniały swoją kontrolę, powstawały nowe osiedla żydowskie na terenach okupowanych, zagrabianych było coraz więcej ziem palestyńskich mieszkańców. 

To, co jest nowe w ostatnich kilku latach, to ekstremiści w rządzie, którzy nawet nie udają, że dbają o prawo międzynarodowe. Oni zobaczyli, że świat nie powstrzymał Izraela przed popełnieniem ludobójstwa w Gazie, więc dostrzegli w tym szansę na postęp czystki etnicznej na Zachodnim Brzegu. Ostatecznym celem ma być jego aneksja.

- Co oznacza to dla żyjących tam milionów Palestyńczyków?

Coraz częściej schemat: wkraczanie władz, czasem przy wsparciu armii, do palestyńskich obozów uchodźców, przymusowe wysiedlenia tysięcy mieszkańców, przejmowanie terenu, burzenie domów. W ostatnich latach odnotowujemy coraz więcej aresztowań, blokad dróg, zamykania wjazdu do palestyńskich miejscowości. Wojsko może mieć całkowitą kontrolę nad przemieszczaniem się ludzi, raz otwierając, raz zamykając punkty kontrolne, co ma ogromny wpływ na życie codzienne. 

Na terenach okupowanych powstaje więcej i więcej nielegalnych osiedli izraelskich oraz przyczółków, a wraz z tym rośnie przemoc osadników wobec Palestyńczyków. Ich brutalność narasta, a do ataków osadników na palestyńskich mieszkańców dochodzi każdego dnia.

- Jak wyglądają te ataki?

Osadnicy fizycznie atakują Palestyńczyków, podpalają domy, samochody czy pola uprawne. Armia, która odpowiada za bezpieczeństwo na terenach okupowanych, albo stoi z boku i nie robi nic, by ich powstrzymać, albo sama w tym uczestniczy. Cel jest jeden: przymusowe wysiedlanie społeczności, spychając je do miast i miasteczek, aby jak najwięcej ziemi pozostało dla Izraelczyków. 

- Jak działają przyczółki osadników, o których wspomniałeś?

Przyczółkiem osadników (tzw. outpost) może być nawet jeden barak albo małe gospodarstwo, umiejscowione najczęściej na wzgórzu. Ich tworzenie na terenach okupowanych jest nielegalne nawet według izraelskiego prawa. Ale Izrael i tak je wspiera: zapewnia podłączenie do prądu i wody, wysyła żołnierzy do ich ochrony. Osadnicy mogą liczyć na pomoc finansową czy inne wsparcie, np. specjalne samochody.

Kiedy już powstanie taki przyczółek, osadnicy przejmują kontrolę nad obszarem wokół - po prostu uniemożliwiają Palestyńczykom dostęp do tych terenów, nawet jeśli to ich gaje oliwne czy pola. Stosują przemoc, groźby, prowokują, wzywają armię, żeby aresztowała Palestyńczyków. Już wiele razy nagrano zdarzenia, gdy osadnicy atakowali, nawet strzelali do Palestyńczyków - i nic, żadnych konsekwencji. To skuteczny sposób na przejmowanie ziemi - Palestyńczycy zaczynają się bać tam wracać, bo wiedzą, że nikt ich nie ochroni. Od 7 października 2023 roku doszło do przymusowego wysiedlenia 41 społeczności. Dziesiątki innych codziennie padają ofiarą ataków. 

- We wrześniu kilka krajów oficjalnie uznało państwowość Palestyny. Czy to w jakikolwiek sposób zmienia sytuację na miejscu?

To samo w sobie oczywiście nic nie zmieniło. Powiedziałbym wręcz, że efekt był odwrotny, bo osadnicy i rząd uznają, że trzeba działać jeszcze szybciej. Dlatego, dopóki kraje nie przejdą od samego oficjalnego uznania państwa palestyńskiego do realnych działań wywierających presję na Izrael, nic to nie pomoże.

gazeta.pl


Żołnierz wypowiadający się pod pseudonimem Yoni opisał zdarzenie z Bajt Lahiji. Usłyszał okrzyk "terroryści!", więc dobiegł do karabinu maszynowego i zaczął strzelać. Ale to nie byli terroryści. - Zobaczyłem ciała dwójki dzieci, może 8- i 10-letnie. Krew była wszędzie, ślady strzałów. Wiedziałem, że to moja wina, że to ja zrobiłem. Poczułem, że zwymiotuję. Po kilku minutach przyjechał dowódca i powiedział chłodno, jakby to nie byli ludzie: "Weszli do strefy eksterminacji, to ich wina, taka jest wojna" - opowiedział dziennikarzom.

Po kilku miesiącach widok martwych dzieci nie przestawał dręczyć Yoniego, więc poprosił dowódców o spotkanie ze specjalistą zdrowia psychicznego. - Opowiedziałem mu o wszystkim, a on wytłumaczył, że istnieje coś takiego jak "naruszenie zasad moralnych". To stan, kiedy postępuje się wbrew swoim zasadom i dochodzi do dysonansu między wartościami, w które wierzysz, a twoim zachowaniem" - zreferował żołnierz. Specjalista zarekomendował, by Yoni nie wracał na front. - Mam flashbacki z tego zdarzenia. Ciągle wracają do mnie ich twarze, nie wiem, czy kiedykolwiek je zapomnę - przyznał.

- Zaczęło się jakieś dwa miesiące temu. Codziennie mieliśmy to samo zadanie: zabezpieczenie pomocy humanitarnej na północy Strefy Gazy - opowiadał Benny, snajper z brygady Nahal. Codziennie rano obierał pozycję i czekał na rozładunek ciężarówek GHF, zmilitaryzowanej fundacji, którą Izrael jako jedyną wpuszcza do Gazy. Kiedy Palestyńczycy podchodzą - według strony izraelskiej - za blisko, snajper ma obowiązek do nich strzelać. - Próbują podchodzić z różnych stron, a ja jestem tu ze snajperką. Oficerowie krzyczą: "zdejmuj go!". Oddaję 50-60 strzałów codziennie, przestałem liczyć zabitych. Nie mam pojęcia, ile osób zabiłem. Wielu. Dzieci - wyznał.

Benny już po kilku dniach czuł efekty psychologiczne, od tego czasu się pogorszyły. - To mnie zabija, naznaczyło mnie na całe życie. Myśli o śmierci mnie nie opuszczają. Czuję brzydki zapach i od razu przychodzi na myśl zapach ciał - opowiedział Haaretzowi. - Trzy razy zsikałem się pod siebie jak czterolatek. Raz przyśniło mi się, że morduję swoją rodzinę. Budzę się 5-6 razy w nocy. Widzę ludzi, których zabiłem. Zrozum, że snajper to nie pilot. Widzi swoje ofiary przez lupę. To okropne - dodał.

Benny stara się o zwolnienie ze służby. Zaciągnął się, bo myślał, że w ten sposób chroni swoich bliskich, dziś uważa, że to błąd. - Nie wierzę oficerom, nie wierzę rządowi. Chcę tylko wydostać się z armii i zacząć życie. Nie wiem, czy to się uda, czy to w ogóle możliwe - przyznał. 

Telewizja Kan opisała z kolei przypadek żołnierza, który twierdził, że jego oddział zastrzelił kobietę i jej dwójkę dzieci, którzy weszli do "strefy zabijania". - Zobaczyliśmy trzy sylwetki i strzelaliśmy, zgodnie z rozkazami. Po tym zdarzeniu straciliśmy trzech żołnierzy z powodu PTSD. Mieli koszmary, cierpieli z powodu bezsenności. Ciągle widzieli te dzieci - powiedział. Oficer od zdrowia psychicznego miał uznać, że straumatyzowani żołnierze nadają się do powrotu na front. Inny żołnierz miał usłyszeć od dowódcy, że próbuje wyłgać się ze służby i chce "zdradzić lud Izraela". 

(...)

CNN w ubiegłym roku opisał historię operatora buldożerów, który prowadził wyburzenia w Strefie Gazy. 40-letni Eliran Mizrahi zastrzelił się dwa dni przed planowanym powrotem do enklawy. - Wyszedł z Gazy, ale Gaza nie wyszła z niego - powiedziała CNN matka mężczyzny. Jego kolega opowiadał w Knesecie o tym, że buldożerami "rozjeżdżano terrorystów, żywych i martwych, w setkach". - Wszystko wytryskuje - mówił, tłumacząc, dlaczego przestał jeść mięso.

We wrześniu w parlamencie odbyło się wysłuchanie ws. zapobiegania samobójstwom wśród żołnierzy. Weterani rzucili na stół opakowania leków. - Wyleczcie mnie, wyleczcie nas. Życie wymyka mi się z rąk, do cholery. Moim marzeniem jest dostać kulkę między oczy. Jestem żywym trupem, człowiekiem, który nie żyje. (...) Dlaczego muszę tak cierpieć? Dlaczego codziennie próbuje się zabić? Wymazano mnie z tego niby wspaniałego państwa - wykrzykiwał Israel Hayat, młody żołnierz, u którego zdiagnozowano PTSD. 

gazeta.pl

poniedziałek, 6 października 2025



W rozmowie z węgierskim kanałem internetowym "Partizan" Merkel oznajmiła, że uważa, iż koronawirus "zmienił światową politykę" i nie da się powiedzieć, czy "Putin napadłby na Ukrainę, gdyby nie było pandemii". Jak dodała, choć porozumienie mińskie z 2015 r. "nie było doskonałe" i Rosja "nigdy tak naprawdę go nie przestrzegała", to "przyniosło one pewne uspokojenie". Dzięki temu Ukraina między 2015 a 2021 r. mogła "zebrać siły i lepiej się bronić".

Była liderka niemieckich chadeków powiedziała, że w czerwcu 2021 r. odniosła wrażenie, że Putin "nie traktuje już porozumienia mińskiego poważnie". Dlatego wraz z prezydentem Francji Emmanuelem Macronem "chciała nowego formatu", by "bezpośrednio jako UE rozmawiać z Putinem". — Ale nie wszyscy to poparli. Przede wszystkim państwa bałtyckie i Polska były przeciwne, bo obawiały się, że nie ma wspólnej polityki wobec Rosji — powiedziała Merkel.

onet.pl


WELT: Jak prawdopodobna jest wojna o Tajwan?

James Stavridis: Postawmy się w sytuacji prezydenta Xi (Jinpinga, przywódcy Chin). Musi on zadać sobie pytanie, czy Tajwańczycy będą walczyć do samego końca, tak jak Ukraińcy. Musi zadać sobie pytanie, czy Zachód wesprze ich przynajmniej bronią i informacjami wywiadowczymi. Musi też przyjrzeć się sytuacji, w jakiej znalazł się jego "najlepszy przyjaciel na zawsze", Władimir Putin, w związku z Ukrainą — nie jest to zbyt atrakcyjny obraz.

Nie zapominajmy też, że prezydent Xi nigdy nie był na Tajwanie. A ja byłem. Dobrze znam tamtejsze siły zbrojne. Dobrze znam tamtejszych przywódców. Wierzę, że będą walczyć jak lwy. I proszę mi wierzyć, pod powierzchnią Tajwanu znajdują się setki kilometrów tuneli przeznaczonych do walki. Myślicie, że Hamas ma sieć tuneli? W porównaniu z tym, co znajduje się pod Tajwanem, wygląda to jak plac zabaw dla dzieci. Cała wyspa jest marzeniem dla bojowników ruchu oporu, są tam góry i lasy. Tajwańczycy mogą więc walczyć długo.

Drugą niepewnością dla Xi jest brak doświadczenia jego sił zbrojnych. Podczas parad prezentują się dobrze. Ale od niepamiętnych czasów nie oddali ani jednego strzału w sytuacji kryzysowej. Trzecia niepewność: nie wie, jak będą wyglądały sankcje. I co stanie się z przemysłem czipowym? Co stanie się z fabrykami? Proszę mi wierzyć, Tajwan nie powie: "O Boże, podbiliście nas, oto klucze do fabryki". Ta fabryka nigdy więcej nie będzie działać. Tak więc to jest walka w głowie Xi. Uważam, że nie zaatakuje, dopóki Tajwańczycy nie ogłoszą niepodległości. I nie sądzę, aby mieli taki zamiar.

WELT: Załóżmy, że Tajwan ogłasza niepodległość. Jak wyglądałaby ta inwazja?

Byłaby bardzo trudna dla Chin. To 100 mil [161 km] otwartego morza. Przepływałem przez Cieśninę Tajwańską niezliczoną ilość razy. Wody tam są wzburzone. Przetransportowanie floty inwazyjnej przez te wody na plaże, a następnie podporządkowanie Tajwańczyków to ogromne wyzwanie militarne. Gdyby Stany Zjednoczone zdecydowały się pomóc, najskuteczniejsze byłyby okręty podwodne. Wtedy można by zobaczyć, jak chińskie okręty wojenne są zatapiane jeden po drugim. Nie sądzę, aby Chiny miały wiele odpowiednich środków do przeciwstawienia się.

WELT: Co jeszcze mógłby zrobić Xi?

Mógłby zablokować Tajwan i przeprowadzić cyberataki. Mógłby zastosować wojnę hybrydową, w szczególności propagandę, aby przejąć kontrolę nad procesem demokratycznym. Myślę, że sytuacja potoczy się w tym kierunku.

onet.pl\Die Welt


WELT: Jak daleko jesteśmy od trzeciej wojny światowej?

James Stavridis: Dzięki Bogu, nadal daleko. Nie jesteśmy tak blisko trzeciej wojny światowej, jak na przykład w 1962 r. Jestem wystarczająco stary, aby pamiętać zimną wojnę. To była rywalizacją między dwiema ogromnymi flotami wojennymi, które grały w "Polowanie na Czerwony Październik" na oceanach świata. Zimna wojna to 25 tys. broni atomowych w stanie najwyższej gotowości bojowej. Jej punktem kulminacyjnym był oczywiście kryzys kubański w 1962 r. Był to moment, w którym świat był najbliżej całkowitej zagłady. W tej chwili nie sądzę, abyśmy mieli popaść w globalną wojnę na superlatywy. Ale aby temu zapobiec, potrzebna jest uwaga, wytrwałość i dyplomacja.

WELT: Publicznie wspomniał pan, że przyłączenie Grenlandii do Stanów Zjednoczonych "nie jest szalonym pomysłem". Czy naprawdę tak pan uważa?

Szalonym pomysłem byłoby, gdyby Stany Zjednoczone po prostu wkroczyły do Grenlandii. Jednak pomysł znalezienia rozwiązania, które włączyłoby Grenlandię do strefy wpływów USA, nie jest wcale szalony. W jaki sposób Stany Zjednoczone stały się właścicielem Wysp Dziewiczych? Kupiliśmy je od Danii około 100 lat temu. Alaskę nabyliśmy od Rosji w ramach umowy handlowej. Ten kraj powstał w wyniku zakupu Luizjany — podkreślam słowo "zakupu" — od Francji. Istnieje więc wiele precedensów dotyczących transakcji handlowych, ale nie można tego osiągnąć siłą broni. I oczywiście musi to odbywać się przede wszystkim we współpracy z mieszkańcami Grenlandii.

(...)

WELT: Czego naprawdę Putin chce od Ukrainy?

Cel Władimira Putina jest jasny: chce podbić całą Ukrainę. Proszę zapomnieć o rosyjskim mistycyzmie w stylu "Zawsze byliśmy częścią Krymu i to tam Puszkin pisał swoje wiersze". Chce Ukrainy z tradycyjnych powodów: jest ona spichlerzem Europy, bogatym w węglowodory [to główne składniki paliw kopalnych takich jak ropa naftowa i węgiel], ma godną pozazdroszczenia linię brzegową Morza Czarnego i 40 mln mieszkańców. Putin potrzebuje ludzi. Gdy tylko podbije całą Ukrainę, zwróci swoją uwagę na Mołdawię, Gruzję, Armenię i Azerbejdżan. Jego cel jest jasny: przywrócenie ZSRR. Runda pierwsza — Ukraina. Runda druga — pozostałe byłe republiki radzieckie. Runda trzecia — kraje bałtyckie: Estonia, Łotwa, Litwa. Nie uważam, żeby cele Putina były tajemnicą.

WELT: Czy ma na to środki?

Nie sądzę. Jego gospodarka zaczyna słabnąć. Podnosi podatek VAT o dwa punkty procentowe. Obniża budżet obronny. Nie wiem, czy to zauważyliście. Rosyjski budżet obronny zmaleje z ponad 163 mld dol. do 156 mld dol. [590 mld zł do 565 mld zł według informacji podawanych przez "The New York Times"] — to dość znamienne. [Dzieje się tak] nie dlatego, że [Putin] wygrywa wojnę. Powoli kończą mu się opcje gospodarcze. Nadal dysponuje silną, potężną machiną wojskową. Ma broń atomową. Nie należy tego lekceważyć, ale nie jest to zbyt dobry układ. Ma jednak jeszcze asy w rękawie: wojnę hybrydową. [W Europie] należy więc spodziewać się większej liczby cyberataków, większego wykorzystania sztucznej inteligencji i propagandy, większej liczby ataków na kluczową infrastrukturę morską, większej liczby uciążliwych lotów dronów. Putin może również rozważać zamachy i akty sabotażu. Zrobi wszystko, aby zdestabilizować Europę Zachodnią.

WELT: Jak jako naczelny dowódca sił sojuszniczych postąpiłby pan w przypadku rosyjskich samolotów naruszających przestrzeń powietrzną NATO?

Nadszedł czas, aby powiedzieć Rosji: "Hej, jeśli następnym razem Siergiej i Iwan wlecą swoimi MiGami na terytorium NATO, zestrzelimy ich". To uczciwe ostrzeżenie. Rosyjskie wojsko wie: kiedy wbijasz bagnet i trafiasz w coś miękkiego, idziesz dalej. Kiedy trafiasz w stal, wycofujesz się [to maksyma Włodzimierza Lenina]. Nie można po prostu pozwolić Iwanowi i Siergiejowi latać nad cudzym krajem, kiedy tylko mają na to ochotę. Nadszedł czas, aby wyeliminować kilku z nich, aby dać Putinowi do zrozumienia w jedyny sposób, jaki on rozumie, że mówimy poważnie.

onet.pl\Die Welt

niedziela, 5 października 2025



Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF) po raz kolejny zaapelował w piątek o natychmiastową pomoc dla dzieci w Strefie Gazy. Rzecznik organizacji James Elder podkreślił, że w enklawie nie ma miejsca, o którym można by powiedzieć, że jest bezpieczne.

Na spotkaniu z dziennikarzami w Genewie Elder przypomniał, że w piątek izraelskie władze wydały nakaz opuszczenia miasta Gaza przez kolejnych 200 tys. osób. Podkreślił, że do przesiedlenia na południe enklawy zmuszono już łącznie ok. 600 tys. cywilów.

- Jeden ze szpitali w Gazie, w którym byłem, codziennie przyjmuje od 60 do 80 dzieci z niedożywieniem i innymi chorobami. Oddział intensywnej opieki medycznej dla niemowląt i noworodków w szpitalu Al-Helou jest przepełniony, a w zeszłym tygodniu placówka została ostrzelana - relacjonował rzecznik UNICEF.

Elder zarzucił też izraelskim władzom brak logiki w podejmowanych działaniach. Zwrócił uwagę, że z jednej strony północ Strefy Gazy ogłoszono "wrogim terytorium", a ci, którzy tam pozostają, "mają być traktowani jak podejrzani" i stąd nakazy ewakuacji. Z drugiej jednak strony - podkreślił rzecznik UNICEF - wbrew zapewnieniom Izraela na południu enklawy, gdzie utworzono tak zwane strefy bezpieczne, sytuacja nie różni się w istotny sposób.

- Sama koncepcja "stref bezpiecznych" na południu jest farsą; bomby spadają z przerażającą regularnością. Szkoły wyznaczone jako tymczasowe schronienia regularnie zamieniają się w gruzy. Namioty rozstawiane na pustych placach nie dają żadnej ochrony przed odłamkami. Często stają w płomieniach podczas nalotów - powiedział Elder.
Podkreślił, że z formalnego punktu widzenia Izrael nie ma prawa z automatu pozbawiać statusu cywilów tych osób, które nie zastosują się do nakazów ewakuacji. Dodał, że region Al-Mawasi na południu enklawy jest obecnie "jednym z najbardziej zaludnionych miejsc na ziemi".

- Jest groteskowo przeludnione i pozbawione podstawowych warunków do przeżycia. 85 proc. rodzin mieszka w odległości mniejszej niż dziesięć metrów od otwartych ścieków, odchodów zwierzęcych, stert śmieci, stojącej wody lub plag gryzoni. Dwie trzecie rodzin nie ma dostępu do mydła. Rozmawiałem z dziesiątkami ludzi w Gazie, którzy mówili to samo: nie mają pieniędzy, aby się przenieść; nie mają miejsca ani namiotu, do którego mogliby się przeprowadzić - podkreślił rzecznik UNICEF.

- Dwa dni temu widziałem dzieci w szpitalu Nasser; sparaliżowane, poparzone lub pozbawione kończyn w wyniku bezpośrednich trafień. Kilka dni wcześniej w szpitalu Al-Aksa spotkałem wiele dzieci, które zostały postrzelone przez drony - poinformował Elder.

PAP


Sędzia federalna Karin J. Immergut tymczasowo zablokowała decyzję administracji Donalda Trumpa dotyczącą wysłania wojsk do miasta Portland w stanie Oregon. Swoją decyzję argumentuje naruszeniem prawa stanu do kontroli nad Gwardią Narodową, które jest gwarantowane przez Dziesiątą Poprawkę do Konstytucji USA. Orzeczenie ma obowiązywać do 18 października.

— Ten kraj ma długotrwałą i fundamentalną tradycję oporu wobec nadużyć władzy, zwłaszcza w formie ingerencji wojska w sprawy cywilne. To kraj prawa konstytucyjnego, a nie stanu wojennego — orzekła sędzia okręgowa Karin J. Immergut, nominowana przez prezydenta Donalda Trumpa.

Jej nakaz obowiązuje tymczasowo i ma wygasnąć 18 października. Rozprawa dotycząca ewentualnego przedłużenia decyzji została wyznaczona na dzień wcześniej, 17 października. Immergut ostro skrytykowała uzasadnienie prezydenta Trumpa, określając je jako "po prostu oderwane od faktów".

Prokurator generalny Oregonu, Dan Rayfield, nazwał orzeczenie "sygnałem alarmowym".

— Żaden prezydent nie może zmyślać faktów ani opierać się na trollingu w mediach społecznościowych lub straszyć rozmieszczaniem wojsk Stanów Zjednoczonych w naszych miastach — podkreślił prokurator.

Po ogłoszeniu przez Trumpa decyzji o wysłaniu 200 żołnierzy Gwardii Narodowej do stanu Oregon, stan ten wniósł sprzeciw do sądu. Nakaz rozmieszczenia żołnierzy na 60 dni wydał sekretarz obrony Pete Hegseth.

Według "Washington Post" administracja Trumpa planuje odwołać się od nakazu sędzi Immergut, argumentując, że prezydent działał legalnie, chcąc chronić federalne aktywa w obliczu gwałtownych zamieszek. Władze stanu Oregon określiły jednak ten ruch jako "oczywiście bezprawny" i starają się zablokować federalizację Gwardii Narodowej.

W dokumentach przedstawionych przez stan ostrzegano, że decyzja Waszyngtonu może wywołać "większe i potencjalnie bardziej brutalne protesty", utrudniając działania organów ścigania. Tymczasem w Portland demonstracje pod ośrodkiem Urzędu do spraw Imigracji i Egzekwowania Ceł (ICE) trwają od połowy czerwca, ale mają charakter niewielki i pokojowy.

Administracja Trumpa uzasadniała swoje działania koniecznością ochrony federalnych agentów i placówek imigracyjnych, wskazując na groźby i szkody wyrządzone przez "okrutnych aktywistów".

onet.pl\PAP