czwartek, 7 sierpnia 2025



Okoliczni mieszkańcy mogli zobaczyć Vance'a na wodzie w dniu jego urodzin 2 sierpnia. Z danych amerykańskich służb geologicznych wynika, że w początkach sierpnia nastąpił nagły wzrost poziomu wody w rzece i odpowiadający temu spadek poziomu wody w pobliskim jeziorze Caesar Creek.

Rzecznik Secret Service poinformował „The Independent”, że służby działały wspólnie z władzami Ohio ds. zasobów naturalnych i Korpusem Inżynieryjnym Armii USA, aby zapewnić, że ochrona wiceprezydenta będzie mogła „bezpiecznie działać przy odpowiednim poziomie wody podczas niedawnej wizyty”.

Rzecznik Korpusu Gene Pawlik powiedział dziennikowi „The Guardian”, że jego formacja otrzymała prośbę o „tymczasowe zwiększenie odpływu wody z jeziora Caesar Creek w celu zapewnienia bezpiecznej żeglugi personelowi Secret Service Stanów Zjednoczonych”.

- Ustalono, że te działania nie wpłyną negatywnie na poziom wody w dolnym i górnym biegu rzeki – dodał.

Sprawa spotkała się z krytyką. „To skandaliczne, że korpus inżynieryjny armii wydaje pieniądze podatników, żeby wiceprezydent mógł popływać kajakiem, podczas gdy cięcia budżetu amerykańskich parków narodowych poważnie wpłynęły na wakacje rodzinne innych” – skomentował w serwisie X prawnik Richard Painter, który pracował w administracji George’a W. Busha.

PAP


(...) Rosyjskie media państwowe i media prokremlowskie nagłośniły komentarze deputowanych rosyjskiej Dumy Państwowej, przedstawiając Witkowa jako racjonalnego aktora w negocjacjach amerykańsko-rosyjskich, a Trumpa jako irracjonalnego. Deputowany rosyjskiej Dumy Państwowej Grigorij Karasin oświadczył 4 sierpnia, że ma nadzieję, iż rezultaty spotkania Witkowa z Putinem będą „konkretne, a nie emocjonalne, jak ostatnie oświadczenia Trumpa”, a rosyjskie media nagłośniły komentarz Karasina w relacji ze spotkania Witkowa z Trumpem 6 sierpnia. Pierwszy zastępca przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych Dumy Państwowej Rosji Aleksiej Czepa twierdził 6 sierpnia, że Trump wysłał Witkoffa, aby „złagodził napięcia” po niedawno wydanych „ultimatum” Trumpa, że Rosja zakończy wojnę pod groźbą sankcji USA, i stwierdził, że to łagodzenie może negatywnie wpłynąć na wizerunek administracji Trumpa. Aleksandr „Sasza” Kots, rosyjski bloger militarny, który zasiada również w Radzie Praw Człowieka Kremla, oskarżył Trumpa o „rozdawanie” codziennych ultimatum i zasugerował, że Witkoff przyniesie Trumpowi propozycję, którą Trump „potraktuje jako małe zwycięstwo”. Kreml często próbował siać podziały między Ukrainą a jej sojusznikami, a także między Stanami Zjednoczonymi a Europą, jako część szerszych wysiłków mających na celu odstraszenie od poparcia dla Ukrainy. Wydaje się, że Kreml stosuje podobne taktyki informacyjne przeciwko administracji Trumpa, aby podważyć trwające wysiłki USA mające na celu zmuszenie Putina do zaangażowania się w znaczące negocjacje w celu zakończenia wojny. Kreml prawdopodobnie będzie dążył do wymuszenia jednostronnych ustępstw ze strony Stanów Zjednoczonych w sprawie wojny, w tym do wspierania amerykańsko-rosyjskich porozumień gospodarczych na korzyść Rosji, bez stawiania przez Trumpa warunków wstępnych zawieszenia broni i negocjacji w sprawie trwałego pokoju.

(...) Pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Obrony Dumy Państwowej Aleksiej Żurawlew w wywiadzie dla rosyjskiego portalu NEWS.ru stwierdził, że Rosja nie zakończy wojny na Ukrainie, nawet gdyby „napełnianie zbiorników ropy naftowej było dwukrotnie droższe” i że rząd rosyjski utworzył w prognozach budżetowych na rok 2025 rezerwę, tak aby nawet 10-dolarowy spadek ceny za baryłkę ropy nie wpłynął na budżet państwa. Pierwszy wiceprzewodniczący Komisji Energetyki Dumy Państwowej Walerij Sielezne stwierdził w wywiadzie dla rosyjskiego portalu OSN, że Rosja powinna wykorzystać niedobory gazu w Kazachstanie, Uzbekistanie, Kirgistanie i Tadżykistanie do zwiększenia rosyjskiego eksportu do Azji Środkowej, aby chronić rosyjską gospodarkę przed finansowym obciążeniem potencjalnych taryf wobec Rosji – w pewnym sensie w opozycji do twierdzenia Żurawlewa, że gospodarka Rosji jest odporna na zmiany w dochodach z ropy naftowej. Członek Komisji Bezpieczeństwa i Zwalczania Korupcji Dumy Państwowej Adalbi Szchagoszew oświadczył w wywiadzie dla kremlowskiej agencji informacyjnej TASS, że dalsze sankcje USA wobec Rosji nie wpłyną na przebieg wojny na Ukrainie, a nowe sankcje będą równoznaczne z wojną gospodarczą przeciwko Rosji i jej sojusznikom z BRICS.

understandingwar.org


Przed atakiem na Izrael, dokonanym jesienią 2023 r., przywódcy palestyńskiej organizacji terrorystycznej Hamas ukryli w tunelach w Strefie Gazy 700 mln dolarów w gotówce i setki milionów izraelskich szekli - poinformowała brytyjska stacja BBC, powołując się na rozmowę z wysoko postawionym członkiem Hamasu.

Dzięki zgromadzonym zapasom Hamas może wypłacać część pensji 30 tys. pracownikom organizacji za pośrednictwem dyskretnego systemu gotówkowego.

W poprzednich latach Hamas był finansowany z wysokich ceł importowych i podatków nakładanych na ludność Strefy Gazy. Pobierał również myto od towarów komercyjnych przemycanych tunelami i opłaty od sprzedawców. Otrzymywał także duże wsparcie finansowe od Kataru, natomiast Iran finansował bojowników Hamasu (Brygady Al-Kasama). Ponadto, wysoki rangą przedstawiciel Bractwa Muzułmańskiego, zdelegalizowanego w Egipcie, powiedział BBC, że około 10 proc. budżetu tej organizacji jest przeznaczane na Hamas.

Pensje dla członków Hamasu wypłacane są obecnie przy użyciu tajnego systemu gotówkowego. Izrael, który chce uniemożliwić organizacji sprawowanie władzy w Strefie Gazy, stara się zidentyfikować i zlikwidować kurierów ugrupowania, rozprowadzających pieniądze. Mechanizm przekazywania gotówki wygląda w następujący sposób - na telefon pracownika Hamasu dociera wiadomość zapraszająca do stawienia się w określonym miejscu, by "spotkać się z przyjacielem na herbatę"; następnie pojawia się tam ktoś, kto wręcza mu dyskretnie kopertę z pieniędzmi, po czym szybko znika.

Pracownik resortu religii Hamasu powiedział BBC, że odbieranie wynagrodzenia jest ryzykowne. - Za każdym razem, gdy idę odebrać wypłatę, żegnam się z żoną i dziećmi. Wiem, że mogę już nie wrócić - przyznał, dodając, że armia izraelska kilkukrotnie uderzała w miejsce, w którym kurier przekazywał pensje.

Jak powiadomiła BBC, wypłaty pokrywają zaledwie 20 proc. przedwojennych uposażeń, co powoduje rosnące niezadowolenie zwolenników organizacji.

Oprócz wypłat gotówkowych Hamas rozdawał swoim członkom i ich rodzinom paczki z żywnością. Wywołało to oburzenie opinii publicznej. Wielu mieszkańców Strefy Gazy oskarżyło Hamas o dystrybucję pomocy dla swoich, z wyłączeniem pozostałych członków społeczeństwa.

Izrael oskarżył Hamas o kradzież pomocy humanitarnej, która dotarła do Strefy Gazy podczas zawieszenia broni na początku tego roku. Organizacja zaprzeczała tym doniesieniom, ale źródła BBC w Strefie Gazy podały, że w tym czasie Hamas przyjął znaczną ilość pomocy.

Dziennikarz brytyjskiej stacji przytoczył wypowiedź wdowy, która przyznała, że kiedy zaczęło brakować żywności, jej dzieci płakały także dlatego, że "widziały, jak sąsiedzi związani z Hamasem dostają paczki z żywnością i worki mąki". "Czyż to nie oni są powodem naszego cierpienia? Dlaczego nie zapewnili sobie jedzenia, wody i lekarstw przed wyruszeniem na swoją przygodę 7 października?" - powiedziała kobieta w rozmowie z BBC.

PAP


Rosyjski przywódca Wladimir Putin i prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump spotkają się w najbliższych dniach - oświadczył w czwartek doradca Putina Jurij Uszakow.

"Na sugestię strony amerykańskiej uzgodniono co do zasady spotkanie w najbliższych dniach na najwyższym szczeblu, czyli prezydentów Władimira Putina i Donalda Trumpa" - oznajmił Uszakow w telewizji.

Według Uszakowa docelowy termin spotkania to przyszły tydzień, ale trudno powiedzieć, ile dni zajmą przygotowania do niego. Jak podkreślił, strony przystąpiły już do pracy nad szczegółami.

Doradca Putina oznajmił, że ustalono miejsce spotkania, ale zostanie ono ujawnione później.

Uszakow powiedział też, że wysłannik prezydenta USA Steve Witkoff podczas środowej rozmowy z Putinem w Moskwie poruszył kwestię trójstronnego spotkania Putina, Trumpa i prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, ale strona rosyjska pozostawiła to bez komentarza.

Trump ocenił w środę, że spotkanie jego wysłannika z Putinem było bardzo produktywne i przyniosło "wielkie postępy".

Później dziennik "New York Times" podał, że Trump planuje spotkać się z Putinem w przyszłym tygodniu. Następnie miałoby dojść do spotkania Trumpa, Putina i Zełenskiego - przekazały dwa źródła.

PAP


(...) Kiren Rijiju, indyjski minister ds. parlamentarnych i mniejszości, wydał oświadczenie przed wizytą w siedzibie Dalajlamy w północnoindyjskim mieście Dharamshala z okazji jego 90. urodzin: „Nikt nie ma prawa ingerować ani decydować, kto będzie następcą Jego Świątobliwości Dalajlamy”, powiedział Rijiju dziennikarzom cytowanym przez indyjskie media. „Tylko on lub jego instytucja ma prawo podjąć taką decyzję. Jego zwolennicy głęboko w to wierzą. Dla uczniów na całym świecie ważne jest, aby to on zdecydował o swojej sukcesji”.

W odpowiedzi na te uwagi chińskie ministerstwo spraw zagranicznych ostrzegło Indie przed ingerowaniem w sprawy wewnętrzne Chin kosztem stosunków dwustronnych, wzywając je do ostrożności w słowach i działaniach. „Mamy nadzieję, że strona indyjska w pełni zrozumie wysoce wrażliwą naturę kwestii związanych z Tybetem, uznając antychińską separatystyczną naturę XIV Dalajlamy” – powiedziała rzeczniczka chińskiego MSZ Mao Ning. W wydanym później komunikacie ministerstwo spraw zagranicznych w New Delhi stwierdziło, że Indie  nie zajmują żadnego stanowiska ani nie wypowiada się w sprawach dotyczących przekonań i praktyk wiary i religii. Można przypuszczać, że to formułka pozwalająca New Delhi uznać w praktyce wolę Dalaj Lamy. Ponadto premier Indii Narendra Modi złożył życzenia urodzinowe Dalajlamie za pośrednictwem portalu X, opisując go jako „trwały symbol miłości, współczucia, cierpliwości i dyscypliny moralnej.” Chiny znowu zaprotestowały.

zawielkimmurem.net


Dwa tygodnie temu administracja Trumpa zniosła embargo na eksport oprogramowania do projektowania chipów komputerowych i zezwoliła firmie Nvidia na wznowienie sprzedaży kart H20 na rynku chińskim. Jensen Huang, dyrektor generalny Nvidia, ogłosił to z wielką pompą podczas wizyty w Pekinie na początku tego miesiąca, co znowu wywindowało kurs akcji spółki. Teraz może się okazać, że Pekin wcale nie chce produktów Nvidii.

Zniesienie zakazu ze strony Trumpa było ustępstwem, które w jego mniemaniu przybliży Pekin do podpisania „wielkiego dealu”, który będzie mógł w końcu przedstawić jako sukces. To parcie do sukcesu wykorzystali też ludzie z otoczenia prezydenta, będący rzecznikami interesów firm jak Nvidia, aby przekonać go do zniesienia embarga. Ich argumentacja miała brzmieć zgodnie ze znaną logiką, że jeżeli Chińczycy nie będą kupować kart H20 dla swoich centrów AI, to w końcu zaczną produkować własne, więc lepiej żeby byli uzależnieni od amerykańskich kart, niż robili własne. Ponieważ karty Nvidii są produkowane przez TSMC na Tajwanie, to stanowi to też element „krzemowej tarczy” – jeżeli amerykańska gospodarka będzie wciąż zależna od odlewni na Tajwanie a chińska już nie, to Pekin może być nawet zainteresowanych ich zniszczeniem i pchnie go to do inwazji.

To znany argument i błędny, o czym już pisałem. Teraz okazuje się, że może Pekin wcale nie jest zainteresowany powrotem kart Nvidii do Chin. Po pierwsze, karty H20 zostały stworzone na chiński rynek pod presją administracji Bidena i mają ograniczone możliwości, aby spowolnić rozwój chińskiej AI. Po drugie, Pekin dąży do samowystarczalności technologicznej i sytuacja odcięcia od kart Nvidii w sumie, jeżeli nawet niekorzystna krótkoterminowo, to w dłuższym okresie może pobudzić system, aby stworzyć krajowy erzac. Dlatego Pekin zaczyna piętrzyć problemy przed Nvidią.

Organy regulacyjne ds. cyberprzestrzeni wezwały w czwartek Nvidia w związku z obawami dotyczącymi bezpieczeństwa, że jej układy H20 mogą być śledzone i wyłączane zdalnie, poinformowała Chińska Administracja Cyberprzestrzeni na swojej stronie internetowej. Podczas spotkania chińscy urzędnicy zażądali od amerykańskiej firmy wyjaśnień dotyczących „ryzyka związanego z tylnymi drzwiami” w chipach H20, poinformowało biuro.

Również „Dziennik Ludowy” odpalił działa, pisząc w komentarzu zatytułowanym „Nvidia, jak mogę ci zaufać?”, że „zagraniczne firmy muszą przestrzegać chińskich przepisów i traktować bezpieczeństwo jako podstawowy warunek wstępny(…)” obecności na chińskim rynku.

Moim zdaniem Pekin ograniczy udział Nvidii w rynku, jak bardzo się da, aby utrzymać presję wobec rodzimego przemysłu, aby zaczął produkować chińskie odpowiednik jak najszybciej, ale cała zabawa posłuży również do wyciągnięcia od Nvidii dalszych danych i tajemnic, a od Trumpa kolejnych ustępstw.

zawielkimmurem.net


Premier Indii Narendra Modi przyjedzie 31 sierpnia do Chin na szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW) - podała w środę agencja Reutera. Będzie to pierwsza wizyta tego polityka w Państwie Środka od intensyfikacji indyjsko-chińskich sporów granicznych w 2020 r.

Doroczny szczyt SzOW, międzynarodowej organizacji skupionej wokół Chin i Rosji, odbędzie się w dniach 31 sierpnia-1 września w Tiencinie. Gospodarzem szczytu jest przywódca ChRL Xi Jinping.

Oprócz Indii i Chin, do organizacji należą: Rosja, Kazachstan, Kirgistan, Pakistan, Tadżykistan, Uzbekistan, Iran i Białoruś.

Będzie to pierwsza podróż Modiego do Chin po tym, gdy w 2020 r. doszło do zaostrzenia wieloletniego konfliktu granicznego między tymi dwoma mocarstwami. W czerwcu tego roku w dolinie rzeki Galwan w Ladakhu w bójce żołnierzy zginęło 20 Indusów i czterech Chińczyków. Ostatni raz indyjski premier odwiedził Chiny w 2018 r.

W ostatnich miesiącach między sąsiadami doszło jednak do pewnego odprężenia. W październiku ubiegłego roku Pekin i Delhi zawarły porozumienie w sprawie patrolowania granicy w Himalajach, które ma doprowadzić do uregulowania konfliktu. Również w październiku, na marginesie szczytu BRICS w rosyjskim Kazaniu, Xi i Modi przeprowadzili pierwszą oficjalną rozmowę od 2019 r.

W styczniu br. Indie i Chiny zgodziły się na wznowienie bezpośrednich połączeń lotniczych, zawieszonych w 2020 r. 

PAP


Prezydent USA Donald Trump w środę wprowadził dodatkowe 25 proc. cło na import towarów z Indii, ponieważ kraj ten kupuje rosyjską ropę. Indyjski resort dyplomacji oświadczył tego samego dnia, że taryfy te są "niesprawiedliwe, nieuzasadnione i nierozsądne".

Decyzja Trumpa, który podpisał rozporządzenie wprowadzające dodatkowe, 25-procentowe cło na import indyjskich dóbr, jest "skrajnie niefortunna" - ocenia Delhi.

Ministerstwo podkreśla w komunikacie, że Indie podejmą wszelkie konieczne kroki, służące obronie interesów państwa, którego decyzje dotyczące importu ropy podyktowane są względami rynkowymi oraz koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego populacji kraju liczącej 1,4 mld osób.

Reuters przypomina, że wraz z innymi taryfami nałożonymi przez Trumpa na Indie zapowiedziane w środę nowe cła sprawią, że niektóre indyjskie produkty będą oclone na poziomie 50 proc. Oczekuje się, że amerykańskie cła poważnie uderzą w niektóre sektory indyjskiej gospodarki i ograniczą eksport takich towarów jak tekstylia, kamienie szlachetne czy biżuteria.

Nowe cła mają wejść w życie po 21 dniach, tj. 27 sierpnia. Oznacza to, że od tego czasu niemal wszystkie towary importowane z Indii będą objęte 50 proc. stawką lub większą.

Administracja Trumpa przeprowadziła wcześniej pięć rund negocjacji handlowych z Indiami; rozmowy te jednak utknęły w martwym punkcie, ponieważ kwestią sporną, które nie udało się rozwiązać jest dostęp do indyjskiego rynku produktów rolnych.

Dekret Trumpa został opublikowany kilka godzin po zakończeniu spotkania wysłannika prezydenta Steve'a Witkoffa w Moskwie.

Trump wcześniej groził, że jeśli Rosja nie zgodzi się na "zakończenie zabijania", nałoży cła wtórne na państwa kupujące rosyjskie surowce energetyczne. Mimo że pierwotnie zapowiadał, że będą one wynosić 100 proc., w środę twierdził, że nie mówił o żadnych stawkach.

Od rozpoczęcia przez Rosję pełnowymiarowej inwazji na Ukrainę Indie stały się jednym z największych importerów rosyjskiej ropy. Według agencji Reutera w 2025 roku zwiększyły import tego surowca o 1 proc. w porównaniu do 2024 roku i sprowadzają średnio 1,75 mln baryłek dziennie. Rosja stała się głównym źródłem surowca dla Indii, mimo że przed wojną przypadał na nią tylko ułamek dostaw do tego kraju.

PAP

środa, 6 sierpnia 2025



Centralna Komisja Wyborcza Bośni i Hercegowiny (CIK BiH) pozbawiła w środę Milorada Dodika mandatu prezydenta Republiki Serbskiej, części autonomicznej państwa. Sąd apelacyjny potwierdził w ubiegłym tygodniu wyrok skazujący go na rok więzienia i sześcioletni zakaz pełnienia funkcji publicznych.

Decyzja została podjęta jednogłośnie podczas środowego posiedzenia CIK. Obrona Dodika ma prawo odwołać się od niej do Wydziału Apelacyjnego Sądu Bośni i Hercegowiny. Po upływie terminu odwołania postanowienie stanie się prawomocne.

Suad Arnautović, członek CIK, oznajmił po posiedzeniu, że ta instytucja "musi działać zgodnie z prawem i nie ma możliwości, aby nie podjęła takiej decyzji".

Odwołanie można złożyć w ciągu dwóch dni od wydania orzeczenia. W przypadku odrzucenia odwołania lub jego niezłożenia, przedterminowe wybory prezydenta Republiki Serbskiej powinny zostać ogłoszone w ciągu 90 dni.

Sąd pierwszej instancji skazał w lutym Dodika za utrudnianie wykonania decyzji podjętych przez Wysokiego Przedstawiciela Wspólnoty Międzynarodowej w Bośni i Hercegowinie, Christiana Schmidta. Odpowiada on za nadzór nad wdrażaniem postanowień układu pokojowego z Dayton, który zakończył wojnę w tym państwie w latach 90. XX wieku.

Komentując decyzję CIK, Dodik napisał na platformie X: "Kolejne g*wno z Sarajewa. Ostatnie". W poprzednim środowym wpisie zapytał retorycznie: "A co, jeśli odrzucę?". Dodik oświadczał już wcześniej, że nie ustąpi ze stanowiska prezydenta Republiki Serbskiej pomimo prawomocnego wyroku.

Rząd Republiki Serbskiej uznał we wtorek wyrok skazujący prezydenta Dodika za postanowienie "wymierzone przeciwko wszystkim Serbom zamieszkującym Bośnię i Hercegowinę". Władze wykonawcze Republiki Serbskiej odrzuciły orzeczenie sądu apelacyjnego, wezwały opozycję do zjednoczenia się i poparcia Dodika oraz oceniły, że wyrok "pozbawia naród serbski głosu i zagraża jego równości oraz przetrwaniu".

Komentując decyzję bośniackiego sądu, Unia Europejska podkreśliła w komunikacie wydanym w ubiegłym tygodniu, że "wyrok jest wiążący i musi być respektowany". "Wzywamy wszystkie strony do uznania niezależności i bezstronności sądu oraz uszanowania jego wyroku" - zaapelowano.

Orzeczenie odrzuciły władze Węgier i Serbii, zapewniając Dodika o swoim wsparciu. 

PAP

wtorek, 5 sierpnia 2025



Wojska rosyjskie osiągnęły linię kolejową z Pokrowska na północ, a do biegnącej także w tym kierunku głównej drogi zaopatrzenia obrońców pozostały im niespełna 3 km. Rozpoczęły się walki o leżącą u styku obu szlaków miejscowość Rodynśke, której utrata zmusiłaby siły ukraińskie do całkowitego przeorientowania logistyki na drogi wychodzące z Pokrowska w kierunku zachodnim, również zagrożone rosyjskim natarciem i znajdujące się pod permanentnym ostrzałem (z kontrolowanych przez Rosjan południowo-zachodnich obrzeży miasta do ich wylotu pozostają 4 km). Według części źródeł żołnierze rosyjscy przynajmniej raz wdarli się w głąb zabudowy Pokrowska, ale zostali stamtąd wyparci.

Siły agresora wyparły obrońców z obszaru o zwartej zabudowie w Czasiw Jarze, a pod kontrolą ukraińską pozostają południowo-zachodnie obrzeża tego miasta. Z północnej jego części Rosjanie wyprowadzili również kolejne natarcie na położoną na zachód Mykołajiwkę. Doniesienia te neguje dowództwo ukraińskie, a niektóre źródła podają, że obrońcy utrzymują się jeszcze w mikrorejonie Szewczenko. Wojska najeźdźcze podeszły też do obrzeży Siewierska, kończąc tym likwidację łuku na wschód od tego miasta, na którym względnie stabilna obrona ukraińska utrzymywała się przez ponad dwa lata.

Rosjanie pogłębili wyłom pomiędzy Pokrowskiem a Konstantynówką, gdzie zajęli kolejne miejscowości na północ od drogi łączącej oba miasta. Poczynili także postępy na południe od Konstantynówki, według części źródeł odcinając zgrupowanie obrońców w rejonie Torećka, na północ i wschód od Łymanu. 31 lipca szef administracji wojskowej obwodu donieckiego poinformował, że obszar kontrolowany przez obrońców zmniejszył się do 32,8% jego powierzchni. Rosjanie mają okupować 17 804 km2 z 847 miejscowościami. Oznacza to, że od lutego 2022 r. zajęli kolejne 400 miast i wsi obwodu, a w rękach ukraińskich pozostaje obecnie 451 miejscowości.

Najeźdźcy zaktywizowali się na północ od Charkowa, gdzie zajęli kolejne pozycje w Wołczańsku i na jego obrzeżach, a w rejonie Hoptiwki podjęli próbę przekroczenia granicy rosyjsko-ukraińskiej. Trwają walki w północnej części Kupiańska. Siły rosyjskie pogłębiły oskrzydlenie tego miasta od północnego zachodu, wyparły też obrońców z kolejnych pozycji na wschód od rzeki Oskoł. Na północ od Sum siłom ukraińskim udało się natomiast odzyskać rejon pomiędzy dwiema wyzwolonymi w poprzednich tygodniach miejscowościami.

W wyniku przeprowadzonych na początku sierpnia rosyjskich bombardowań lotniczych uszkodzony został most łączący mikrorejon Korabeł (leżący na wyspie w delcie Dniepru) z resztą Chersonia. Wpłynęło to na pogorszenie sytuacji humanitarnej i decyzję władz o ewakuacji pozostałych tam mieszkańców. Bombardowanie mostu zbiegło się w czasie z kolejną aktywizacją rosyjskich grup dywersyjno-rozpoznawczych w delcie Dniepru i w rejonie zniszczonego jeszcze w 2022 r. głównego połączenia drogowego Chersonia z lewobrzeżną częścią obwodu chersońskiego – mostu Antoniwskiego. Działania te uprawdopodobniają próbę rosyjskiego desantu na prawym brzegu rzeki.

31 lipca najeźdźcy przeprowadzili kolejny zmasowany atak na Kijów – jeden z najtragiczniejszych w skutkach dla ukraińskiej stolicy od początku pełnoskalowej wojny. Zginęło 31 osób, a 159 zostało rannych (w tym odpowiednio dwoje i 16 dzieci) – większość w wyniku uderzenia jednego z pocisków w blok mieszkalny. Ogółem w miasto i jego okolice miało trafić pięć lub sześć rakiet oraz ok. 20 dronów uderzeniowych (według danych ukraińskich Rosjanie użyli łącznie ośmiu rakiet i 309 bezzałogowców, głównie do ataku na Kijów). Rzecznik Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy pułkownik Jurij Ihnat poinformował, że agresor po raz pierwszy na większą skalę zastosował drony uderzeniowe z napędem odrzutowym (miał ich użyć ośmiu).

(...)

2 sierpnia ukraińskie drony uderzyły w rafinerie Rosniefti – Riazańską i Nowokujbyszewską – oraz zakłady „Elektropribor” i „Radiozawod” w Penzie. W rafinerii Nowokujbyszewskiej koło Samary wybuchł pożar, w rezultacie którego częściowo wstrzymała ona pracę. Do szkód doszło też w zakładach „Elektropribor”. Ponadto drony spowodowały pożar na lotnisku w Primorsko-Achtarsku w Kraju Krasnodarskim, gdzie według Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Rosjanie mieli składować drony uderzeniowe. Zgodnie z przekazem ukraińskiego Sztabu Generalnego zaatakowana została również baza paliw i smarów „Anna Naftoprodukt” w obwodzie woroneskim. Zakłady przemysłowe w Penzie były celem ukraińskiego ataku 31 lipca, jednak najprawdopodobniej nie przyniósł on żadnych rezultatów, podobnie jak przeprowadzone 1 sierpnia uderzenie na zakłady Bierijewa w Taganrogu oraz 2 sierpnia – na okupowany Krym.

3 sierpnia ukraińskie drony spowodowały pożar bazy paliwowej Rosniefti w Adlerze, która obsługuje lotnisko w Soczi. Dzień później celami bezzałogowców były węzeł kolejowy Frołowo w obwodzie wołgogradzkim oraz – według SBU – lotnisko Saki na Krymie. Zgodnie z komunikatem Służby w ataku na lotnisko zniszczono myśliwiec Su-30SM, a kolejna maszyna tego typu oraz trzy bombowce taktyczne Su-24 zostały uszkodzone, lecz jak dotąd nie potwierdzono tych doniesień. Z mapy satelitarnej NASA FIRMS wynika natomiast, że 4 sierpnia doszło do pożaru na terenie innego lotniska wojskowego na Krymie – Hwardijśke. Pożar był też skutkiem ataku 5 sierpnia na stację kolejową Tacynskaja w obwodzie rostowskim.

Główny Zarząd Wywiadowczy Ministerstwa Obrony Ukrainy (HUR) poinformował 30 lipca o przeprowadzeniu cyberataku na serwery tzw. rządu Krymu. Uzyskano dostęp do dokumentów potwierdzających przymusowe wywożenie ukraińskich dzieci z tymczasowo okupowanych terytoriów – w szczególności z obwodów chersońskiego, zaporoskiego, donieckiego i ługańskiego. Na przejętych serwerach znajdowały się szczegółowe listy uprowadzonych dzieci, w tym sierot, wraz z ich danymi osobowymi, dokumentacja potwierdzająca nielegalne decyzje o przekazaniu dzieci pod opiekę obywateli Rosji oraz adresy ich nowego miejsca pobytu. Uzyskane informacje posłużą jako materiał dowodowy w postępowaniach karnych przeciwko osobom odpowiedzialnym za uprowadzenia oraz będą wykorzystywane w działaniach na rzecz powrotu dzieci na Ukrainę.

(...)

Władze Ukrainy podejmują kolejne kroki na rzecz pozyskiwania do służby wojskowej ochotników niepodlegających mobilizacji. 30 lipca rząd rozszerzył program „Kontrakt 18–24”, uruchamiając nowy kierunek przeznaczony dla operatorów dronów w Siłach Zbrojnych Ukrainy (SZU), Gwardii Narodowej oraz Państwowej Służbie Straży Granicznej. Czas trwania służby kontraktowej wynosi dwa lata. Po podpisaniu kontraktu kandydat przechodzi trzy etapy szkolenia: do 45 dni wojskowego szkolenia podstawowego, do 60 dni szkolenia specjalistycznego i trwający 14 dni kurs adaptacyjny. Uczestnikom przysługuje premia pieniężna w wysokości 1 mln hrywien (ok. 25 tys. dolarów), wypłacana w trzech transzach. Po zakończeniu służby uczestnicy otrzymają dodatkowe wsparcie, m.in. możliwość uzyskania kredytu hipotecznego na 0%.

30 lipca minister obrony Ukrainy Denys Szmyhal w wywiadzie dla BBC zdecydowanie sprzeciwił się eksportowi broni produkowanej przez ukraińskie firmy, dopóki potrzeby SZU nie zostaną w pełni zaspokojone. Dodał, że armia musi otrzymywać odpowiednie uzbrojenie do prowadzenia działań wojennych, a cała produkcja powinna być kierowana przede wszystkim na potrzeby frontu.

osw.waw.pl


— Nie masz nawet pojęcia, ale życie u nas naprawdę stało się bardzo wygodne – powtarzali w ciągu ostatniego roku mi znajomi, nie tylko z Moskwy, choć najczęściej właśnie stamtąd. I wcale nie byli to zwolennicy agresji na Ukrainę, turbopatrioci, cyniczni propagandyści czy biznesmeni, którzy doświadczyli "militarnego keynesizmu". Była to opozycyjnie nastawiona inteligencja, przedstawiciele typowej klasy średniej, niezbyt zamożni humaniści, których nie dosięgnął "złoty deszcz", który spadł na informatyków i najemników.

Najbardziej chwalili całkowitą cyfryzację komunikacji z państwem. — Boże, każdą biurokratyczną sprawę można załatwić online! – powtarzali z entuzjazmem. I bardzo się obrażali, kiedy sugerowałam, że radość z uniknięcia osobistego spotkania z przedstawicelami machiny państwowej wiele mówi o przyczynach tej radości.

Rozmawialiśmy też o innych sprawach: o poprawie stanu infrastruktury, która przestała być wyłącznie na pokaz dla turystów, o nagłym rozkwicie oddolnego aktywizmu – od społeczności sąsiedzkich po wolontariat, którym nagle zajęli się wszyscy bez wyjątku. O tym, jak wiele pojawiło się różnych przestrzeni do wyrażania siebie i spotkań – od jakichś pracowni tkactwa artystycznego po słynne kawiarnie z lawendową kawą raf. Ogólnie rzecz biorąc, wszystkie nasze rozmowy sprowadzały się do tego, że wojna jest oczywiście straszna, myślenie o cierpieniach Ukraińców jest nie do zniesienia, ale jak już trzeba cierpieć, to lepiej w komfortowych warunkach.

W ciągu ostatniego roku nagle wszystko się jednak zmieniło. Zmiany dostrzegli również socjologowie, na przykład twórcy "indeksu niepokoju".

Jeśli wierzyć ich tłumaczeniom, Rosjanie nie boją się dziś tak wojny, jak kiedyś. Nie jest to jednak prawda. Abstrakcyjny niepokój związany z wojną ustąpił miejsca konkretnym obawom o skutki tej wojny — Rosjanie boją się, że odczują je osobiście.

Pierwsze miejsce zajmują obawy dotyczące — jak dyplomatyczne ujęli to badacze (w końcu meszkają w Rosji, trzeba to zrozumieć) — "przechłodzenia" gospodarki. Mówiąc wprost – Rosjanie przeczuwają kryzys, który jest bezpośrednio powiązany z wojną. Owszem, nadal mówią o nieskuteczności sankcji, ale coraz częściej zauważają, że w kraju nie ma i nie będzie pieniędzy na nic poza wojną – i że obecne władze, w przeciwieństwie do późnosowieckich, będą gotowe głodzić naród dla wojny. I nie chodzi tylko o ceny lub o to, że wiele ważnych leków trzeba teraz zamawiać za granicą. Chodzi o to, że nikt, łącznie z tymi, którzy mają obecnie całkiem niezłą pracę i zarobki, nie może być pewien długoterminowej stabilności finansowej.

(...)

Nie mówię już o drobnych przedsiębiorcach, którzy zarabiają całkiem niemałe pieniądze na imporcie wszelkiego rodzaju towarów konsumpcyjnych przez Chiny – teraz wszystkie strumienie są ściśle kontrolowane przez dużych graczy, a drobni gracze mogą się krzątać, próbując przeprowadzić płatności przez łańcuch kilku krajów i czekając na swój ładunek po dwa miesiące. Nawet umocnienie rubla nie wywołało tym razem tradycyjnych dla moich znajomych złośliwych uwag, że "zapowiada się armagedon" i że namawiam do kupowania waluty – wręcz przeciwnie. Tylko ci leniwi lub zupełnie bez grosza nie pytali, czy nie czas wyciągnąć pieniądze z depozytu i kupić dolary lub euro.

Osób bez grosza jest dziś mniej — nie dlatego, że ludzie zaczęli więcej zarabiać, a dlatego, że zaczliy mniej wydawać. Spłacają kredyty, odkładają duże zakupy, przechodzą na tańsze marki i sklepy. Nie oszczędzają oczywiście zbyt rygorystycznie, ale prawie wszyscy szukają produktów nadal dobrej jakości, ale już nie według zasady "stać mnie na to". Zauważają to zresztą eksperci — spada popyt konsumpcyjny. I to nie tylko wśród moich znajomych, niezbyt zamożnych Rosjan.

Ludzie oszczędzają też na wakacjach — oczywiście nikt nie jedzie do szalenie drogiego Soczi i okolic, do Krymu też nie, ale coraz mniej osób wybiera się również do Turcji i Czarnogóry. Jest drogo. Jadą do Gruzji, podróżują po Rosji – głównie po jej centralnej części, po nieodległych miejscach. Jadą nad Morze Kaspijskie — do Azerbejdżanu, do Dagestanu. Niedawno znajomy na portalu społecznościowym pochwalił się wypoczynkiem w Kirgistanie, inna rodzina — wycieczką do Uzbekistanu. Rzadziej jeżdżą do Abchazji.

(...)

Większość moich przyjaciół ma samochody kupione przed wojną i one się starzeją. A części zamienne do nich są coraz droższe i trudniej dostępne — bo wszystkie samochody są produkcji zagranicznej, nawet te montowane w Rosji. Niedawno koleżanka pochwaliła się, że znalazła potrzebne części zamienne w Podolsku. Znajoma rodzina nie miała tyle szczęścia — zamierzała wymienić dziesięcioletniego jeepa, ale nie zdążyła tego zrobić przed wojną. Teraz nie ryzykuje jazdy nim dalej niż do swojej daczy. Kupowanie do niego części zamiennych po obecnych cenach to szaleństwo. Ale nikt nie spieszy się, aby przesiąść się na "chińczyka" lub "ładę".

Poruszanie się samochodem staje się jdenak coraz trudniejsze, nawet w Moskwie. Najpierw władze wyłączyły GPS w okolicy Kremla. Stało się to niewygodne — w okolicy znajduje się labirynt bocznych uliczek, z których wiele jest jednokierunkowych. Teraz wyłączanie nawigacji stało się w zasadze powszechną praktyką. — Mi to nie przeszkadza, przez kilka lat jeździłam taksówką i znam Moskwę. No i zachowałam starą papierową mapę. Ale młodym jest ciężko – opowiada moja przyjaciółka. Samo znalezienie taksówki graniczy jednak z cudem. (...)

Wydaje się, że mieszkańcy Moskwy bardziej niż inni Rosjanie zmieniają swoje nastawienie do tego, co nazywa się "upiększoną stolicą". Zaczyna ich irytować nie tylko niemożność normalnego poruszania się, ciągłe zagrożenie najazdem sił porządkowych lub "ochotniczej straży ludowej" na każdą imprezę lub inne wydarzenie, które nie zostało zorgazniowane przez władze miasta i rząd, ale także to, czego wcześniej nie zauważano lub do czego podchodzono z humorem.

Kilku moich przyjaciół przyznało, że cieszy się, iż kryzysu na rynku nieruchomości doprowadził do wstrzymania budowy pod ich oknami. Nie cieszą się jednak z samego kryzysu – bo przez niego nie mogą sprzedać mieszkania, aby wyemigrować z "poduszką finansową", a pozostawienie aktywów w Rosji jest niebezpieczne – tyle się mówi o konfiskacie majątku "zdrajców".

Irytują Rosjan blokady dróg, inwazja policji na ulicach, migranci, ceny, opłaty za media. Irytujące stało się nawet metro. — Wiesz, teraz jest tam ładnie, czysto, każda stacja pachnie inaczej – jedna bzem, druga jaśminem. A tu nagle natrafiasz na popiersie Stalina – opowiada moja przyjaciółka. Drażnią władze – lokalne, miejskie, wszelkie. Drażnią też byli przyjaciele, którzy zarabiają na wojnie. Do irytacji coraz częściej dochodzi strach.

Do wyłączenia GPS-u doszło również wyłączenie mobilnego internetu – co, nawiasem mówiąc, jest również przedmiotem niepokoju Rosjan, jeśli wierzyć wspomnianemu wyżej "indeksowi niepokoju". Piszą, że kolejka po internet przewodowy gwałtownie wzrosła, na kabel trzeba czekać miesiąc. I to tam, gdzie on jest. Moi byli sąsiedzi z osiedla domków letniskowych regularnie zostają bez internetu, ponieważ był on "bezprzewodowy". Nikt nie będzie im ciągnął kabla, podobnie jak telefonów przewodowych. Łatwiej jest dojechać 30 km do szpitala, niż wezwać karetkę.

Nie wspominam już o niemożności zapłacenia kartą, wypłacenia pieniędzy z bankomatu, a nawet skorzystania z tak szeroko reklamowanych "usług państwowych", gdzie teraz wszystko odbywa się "za jednym naciśnięciem przycisku". W czerwcu liczba awarii internetu wzrosła kilkukrotnie. Co najważniejsze – urzędnicy nawet nie obiecują poprawy. Wręcz przeciwnie, radzą zaopatrzyć się w gotówkę, przyzwyczaić się do "cyfrowego detoksu" i "nie narzekać", choć z powodu awarii internetu można na przykład stracić pracę zdalną lub biznes online. Nawet w Dumie Państwowej wzywają już do odejścia od "hipsterskiego" stylu życia – twerdzą, że życie poza światem "cyfrowym" staje się nową normą.

(...)

Nowe normy obowiązują teraz wszędzie. — Wszyscy milczą. Swobodnie można mówić tylko w bardzo wąskim gronie starych znajomych, o których wiadomo, że nie doniosą – narzekają moi rozmówcy. Donosów jest bardzo dużo. — Nie, nie rozumiesz. Jest ich niesamowicie dużo – przekonuje mnie dawny przyjaciel. Zawsze uważałam, że wypowiada się w beztroski sposób. Teraz bardzo uważa na to, co mówi i znacznie ograniczył krąg znajomych w internecie, mimo że zawsze był duszą towarzystwa.

Moja przyjaciółka przyznaje, że nawet muzykę w samochodzie włącza tylko wtedy, gdy odjedzie 50 km od Moskwy i jest już noc. — Mogą to usłyszeć z innego samochodu, a ja nie jestem w stanie sprawdzić, które z pobranych przeze mne piosenek zostały zakazane — mówi. Trzeba nawet ściśle pilnować ubioru. — Mam elegancki żółty płaszcz. I broń Boże, żebym założyła pod niego swoją ulubioną niebieską sukienkę – mogą to uznać za symbol ukraińskiej flagi – opowiada znajoma.

Wielu Rosjan przestraszyły też ustawowe zakazy wyszukiwania zakazanych informacji w internecie. Wszyscy, z którymi rozmawiałam, są przekonani, że stanie się to podstawą masowych represji — siły bezpieczeństwa raczej nie nauczą się na pamięć całej listy "wykroczeń" ministerstwa sprawiedliwości, więc będą zatrzymywać ludzi na podstawie własnego wyobrażenia o tym, co jest dozwolone, a co nie. A nikt nie ma wątpliwości co do tego, że sąd stanie po stronie sił bezpieczeństwa, nawet jeśli ich zarzuty będą absurdalne.

Za to mniej Rosjanie boją się dronów, chociaż lata ich więcej. A może po prostu pogodzili się z nieuniknionym – w każdym razie koleżanka mieszkająca niedaleko moskiewskiego zakładu naftowego, która przez dwa lata bała się, że trafią w jej dom, teraz o tym nie wspomina. — Nieustannie nad nami brzęczą, ale lecą dalej, w kierunku Moskwy – opowiadają przyjaciele mieszkający w daczy pod Zwienigorodem. Rozumieją, że jeśli dron zostanie zestrzelony nad ich drewnianym domem, wydarzy tragedia. — Ale co można zrobić? Tylko mieć nadzieję, że nic się nie stanie. I szukać możliwości wyjazdu – mówi Rosjanin mieszkający pod Istrą.

Wyjechać jednak nie tak łatwo – teraz nawet informatykom trudno znaleźć pracę za granicą. A do tego są jeszcze starsi rodzice. I mieszkania z kredytem hipotecznym. I nieznajomość języka. I krąg znajomych, którego utrata jest dla wielu nie do zniesienia. I wiele innych rzeczy. I to jest kolejna nowa norma: ludzie zaczynają zastanawiać się, jaką ofiarę są w stanie ponieść — czy porzucić wszystko, co jest dla nich tak drogie, zostawić starszych rodziców, zaryzykować utratę domu, pracy i pieniędzy, czy też dostosować się do nowej rzeczywistości.

Dlatego wśród moich rosyjskich znajomych jest tak wielu optymistów, którzy gorąco wierzą, że "to wszystko wkrótce się skończy". Bo nie umieją się dostosować i nie za bardzo tego chcą.

onet.pl\The Moscow Times