niedziela, 13 lipca 2025



Od małych gospodarstw rolnych w Kalifornii, przez zakłady przetwórstwa mięsnego w Nebrasce, po wielkie korporacje, takie jak Disney — po ostatnich działaniach Donalda Trumpa firmy desperacko walczą o zastąpienie pracowników. Masowe aresztowania i naloty w całym kraju wyeliminowały z rynku pracy zarówno nieudokumentowanych imigrantów, jak i tych przebywających w USA legalnie.

Pojawiające się doniesienia są oznakami tego, przed czym ostrzegali ekonomiści i eksperci rynku pracy. Polityka Trumpa już odciska potężne piętno na działalności firm w całych Stanach Zjednoczonych.

Odebranie pozwolenia na pracę kilkuset tysiącom osób, którym w ostatnich latach zezwolono na pobyt i pracę bez uzyskania obywatelstwa, właśnie odbija się echem w amerykańskiej gospodarce.

Za prezydentury Joego Bidena kilkaset tysięcy osób otrzymało tymczasowe pozwolenia na pracę. Obecna polityka imigracyjna Białego Domu ma negatywny wpływ nie tylko na rolnictwo.

Pracownicy urodzeni za granicą stali się po prostu nie do zastąpienia w niektórych sektorach rynku pracy.

— Nie wystarczy powiedzieć, że są niezbędni. To właśnie imigranci, może nie pierwszego pokolenia, ale drugiego lub trzeciego, są nie do zastąpienia, jeśli chodzi o wykonywanie tej pracy — powiedział Matt Teagarden, szef Kansas Livestock Association [stowarzyszenie hodowców zwierząt gospodarskich w stanie Kansas].

(...)

Trump powiedział, że pracuje nad rozwiązaniem problemu niedoboru siły roboczej w rolnictwie, mówiąc swoim zwolennikom podczas czwartkowego wiecu w stanie Iowa, że chce "współpracować z rolnikami", nawet jeśli w rezultacie zrazi do siebie "poważnych, radykalnych prawicowców", którzy chcą ograniczyć imigrację.

Sekretarz do spraw rolnictwa Brooke Rollins zasugerowała we wtorek, 8 lipca, że uczestnicy programu [opieki zdrowotnej] Medicaid, którzy nie spełniają jeszcze wymogów dotyczących pracy przyjętych w projekcie ustawy budżetowej Republikanów, mogliby uzupełnić niedobory siły roboczej w rolnictwie.

Administracja podjęła również pewne dodatkowe działania mające na celu rozwiązanie problemów związanych z niedoborem pracowników zagranicznych, w tym utworzenie Biura do spraw Polityki Imigracyjnej w Departamencie Pracy.

Biały Dom chwali się sukcesami swojej polityki imigracyjnej, argumentując, że doprowadziła ona do historycznie niskiej liczby przekroczeń granicy i priorytetowego traktowania pracowników będących obywatelami USA. Departament Bezpieczeństwa Krajowego poinformował, że w czerwcu aresztowano nieco ponad 6 tys. osób nielegalnie przekraczających granicę między Stanami Zjednoczonymi a Meksykiem, co stanowi jeden z najniższych miesięcznych wskaźników przekroczeń granicy od dziesięcioleci.

"Prezydent Trump jest niestrudzonym orędownikiem amerykańskich rolników — to oni zapewniają naszym rodzinom pożywienie i dobrobyt naszego kraju. Prezydent ufa rolnikom i jest zaangażowany w zapewnienie im siły roboczej niezbędnej do dalszego sukcesu" — stwierdziła w oświadczeniu rzeczniczka Białego Domu Abigail Jackson. "Nie będzie jednak bezpiecznej przystani dla niezliczonych, niesprawdzonych, przestępczych nielegalnych imigrantów, których Joe Biden wpuścił do kraju".

W poniedziałek, 7 lipca, administracja zaostrzyła sytuację, cofając status prawny ok. 76 tys. osób z Hondurasu i Nikaragui oraz odbierając im pozwolenia na pracę. Wcześniej zrobiła to w przypadku Haitańczyków, Afgańczyków, Wenezuelczyków i Kameruńczyków.

Niektóre duże korporacje, które są uzależnione od pracowników zagranicznych, w tym osób posiadających status chroniony przyznany w ramach innych programów, już odczuły skutki tych działań. W maju Disney podobno zaczął zwalniać pracowników z tymczasowym statusem prawnym, a Walmart podjął podobne kroki w zeszłym miesiącu. Zagraniczni pracownicy Amazona zgłosili, że otrzymali podobne zawiadomienia.

Walmart i Amazon odmówiły komentarza. Disney nie odpowiedział na prośby o komentarz.

(...)

Działania Trumpa w zakresie imigracji powodują kurczenie się rynku pracy, mimo że niektóre ogólne trendy gospodarcze pozostają pozytywne. Prezes Rezerwy Federalnej Jerome Powell wielokrotnie to podkreślał, m.in. podczas czerwcowego przesłuchania przed Kongresem, gdzie stwierdził, że wzrost gospodarczy "zwalnia" z powodu kurczącej się siły roboczej.

(...)

— Niepewność na rynku pracy może przyczynić się do zastoju gospodarczego — powiedział Stuart Anderson, dyrektor wykonawczy w niezależnym think tanku National Foundation for American Policy.

— Jeśli chcesz mieć rosnącą gospodarkę, musisz mieć rosnącą siłę roboczą — powiedział Anderson. "Pomysł, że po prostu stworzysz więcej możliwości, mając mniej pracowników, nie sprawdza się w praktyce, ponieważ tak nie działa biznes".

(...)

— Amerykańscy producenci rolni borykają się z poważnym niedoborem siły roboczej, który powoduje wzrost cen żywności i zagraża produkcji krajowej — powiedziała Sarah Gonzalez, rzeczniczka Międzynarodowego Stowarzyszenia Producentów Świeżych Warzyw i Owoców. "Doceniamy uznanie przez prezydenta Trumpa tego kryzysu i wszelkie wysiłki na rzecz stabilizacji siły roboczej w rolnictwie. Jednak trwałe rozwiązania wymagają ponadpartyjnego ustawodawstwa, które zapewni amerykańskim rolnikom dostęp do legalnej i niezawodnej siły roboczej".

onet.pl\Politico


Politico: - Co sądzisz o staraniach Elona Muska o utworzenie trzeciej partii? Jak myślisz, co pomyślałby o tym Ross Perot?

Russell Verney, główny doradca Rossa Perota podczas kampanii prezydenckich i były przewodniczący Partii Reform: Cóż, uważam, że użycie przez niego terminu "trzecia partia" jest niezwykle niejasne. Nie o to mu chodzi: nie tworzy partii politycznej, tylko komitet polityczny, który będzie zachęcał ludzi do kandydowania i może ponosić niezależne wydatki w ich imieniu.

Partia polityczna ma zasadniczo dużą strukturę, a najważniejszym atutem organu politycznego jest dostęp do kart do głosowania – innymi słowy, prawo do umieszczenia nazwiska swojego kandydata na karcie do głosowania w wyborach powszechnych. Musk tego nie ma. Może pomóc ludziom w tym procesie, ale sami kandydaci będą musieli ten dostęp uzyskać.

Teraz [odpowiadając na pytanie], czy to może być skuteczne — absolutnie, trzecie partie nie muszą wygrywać, aby być skuteczne. W 1992 r. Ross Perot podjął bardzo zagmatwaną kwestię – deficyt budżetowy i narastający dług publiczny – i wyjaśnił ją amerykańskiej opinii publicznej. W 1998 r., po raz pierwszy od czasów administracji Eisenhowera, Bill Clinton zrównoważył budżet na dwa lata i od tego czasu nie udało się tego powtórzyć. Było to wynikiem poparcia, które uzyskał Perot.

Kiedy ktoś zaczyna pokazywać wyborcom, że popiera ich stanowisko, republikanie i demokraci chcą przejąć tych wyborców. Chcą przyciągnąć ich do swojej partii, aby poparli ich reelekcję, ponieważ wszyscy kandydaci naprawdę walczą tylko o wybory. Nie chodzi o postęp. Nie chodzi o uczynienie Ameryki wielką. Chodzi tylko o wybory.

Chcą przyciągnąć każdego, kto głosował na alternatywnego kandydata, aby poparł ich i pomógł im wygrać wybory. Jeśli więc kandydaci Elona Muska zaczną przedstawiać spójny przekaz i zyskają poparcie, będzie to miało duży wpływ zarówno na Partię Republikańską, jak i Demokratyczną.

Utworzenie trzeciej partii politycznej wymaga dużo pracy. Jest to poważne przedsięwzięcie, którego nie da się zrealizować z dnia na dzień, ponieważ nie można oficjalnie utworzyć legalnej partii politycznej przed wyborami. Aby uzyskać i utrzymać dostęp do kart do głosowania, trzeba zdobyć głosy w wielu stanach. Po uzyskaniu dostępu do kart do głosowania w wystarczającej liczbie stanów można złożyć wniosek do Federalnej Komisji Wyborczej o nadanie statusu ogólnokrajowej partii politycznej. Tak postąpiła Partia Reform. Tak postąpiła Partia Libertariańska. Jest wiele innych partii, które próbowały i poniosły porażkę.

Nie wystarczy opublikować na X, że ma się partię polityczną. To wymaga znacznie więcej pracy. [Elon Musk] wyraził więc pewną ideę. Zaczyna od bardzo podstawowej pozycji i minie dużo czasu, zanim stworzy konkurencyjną partię polityczną. Może zawrzeć sojusze z innymi grupami i wpływać na niektóre kwestie, konkretne wybory, ale nie będzie w stanie konkurować na szczeblu krajowym. Nie oznacza to jednak, że nie będzie miał wpływu.

- Perot był najbardziej skutecznym kandydatem trzeciej partii w historii współczesnej. Pomagałeś mu w prowadzeniu kampanii i tworzeniu Partii Reform. Jaką radę masz dla Muska, jeśli chodzi o tworzenie nowej partii?

Moja podstawowa rada brzmi: idź na odwyk, a potem skup się na stworzeniu nowej partii politycznej z pozycji poważnego gracza, a nie z gniewu, zemsty czy chęci odwetu. To bardzo ważna misja. Będziesz prosił miliony ludzi, aby zgłosili się jako wolontariusze, pomogli ci to osiągnąć i wspierali twoje działania, a oni potrzebują poważnego lidera, a nie kogoś ekscentrycznego.

- Na jakich kwestiach powinna skupić się obecnie trzecia partia? Gdzie widzisz szansę dla niej szansę pod względem jej programu?

W 1992 r., kiedy Ross Perot po raz pierwszy startował w wyborach, istniała potrzeba zmiany dotychczasowego stanu rzeczy i od tamtej pory tylko się ona nasiliła. W wyborach w 2016 r. ludzie, którzy zaryzykowali i zagłosowali na Donalda Trumpa, szukali zmiany dotychczasowego stanu rzeczy. Nie sądzę, aby przewidzieli skalę zmian, które nastąpiły, i być może są z nich zadowoleni. Nie wiem. Nie przeprowadzam sondaży. Nie wiem, kim oni są, ale wydaje mi się, że system się pogorszył, a nie poprawił.

W wyniku wprowadzenia ceł prawdopodobnie nastąpi inflacja. W gminach takich jak Los Angeles panuje chaos spowodowany absurdalną misją deportacji ludzi, którzy mieszkają tu od lat. Mogliśmy rozwiązać problem imigracji nie tylko dzięki ustawie, która była przedmiotem ostatniej sesji Kongresu, ale w dowolnym momencie w ciągu ostatnich kilku dekad. Nie zrobiliśmy tego, ponieważ Demokraci lubią tworzyć przyszłych wyborców, a Republikanie lubią tanią siłę roboczą. Prezydent Trump podjął zdecydowane działania i zwolnił z opłat tanią siłę roboczą. Nie chciał, aby dotknęły ją zmiany w przetwórstwie mięsa i drobiu oraz w rolnictwie. Chciał zachować tanią siłę roboczą. Więc []mówiąc] "pozbywajmy się ich [imigrantów]" – czego tak naprawdę chcemy? Chcemy pozbyć się przestępców? Chcemy pozbyć się wszystkich o ciemniejszym kolorze skóry i wszystkich pomiędzy? Myślę, że to dezorientuje społeczeństwo i wraz ze zbliżaniem się kolejnych wyborów będzie rosło niezadowolenie.

Atmosfera sprzyjająca powstaniu trzeciej partii nadal się umacnia, ale musi to być rozsądne, skoncentrowane i odpowiedzialne przedsięwzięcie, aby stworzyć partię polityczną.

- Jak wyglądała baza zwolenników Partii Reform? Czy uważasz, że partia Elona Muska przyciągnie podobną grupę osób?

Partia Reform zasadniczo stwierdziła, że chcemy odpowiedzialności fiskalnej i reformy rządu, a nie zagłębiania się w kwestie społeczne i kulturowe. Wyznaczyliśmy 10 bardzo jasnych i łatwych do zrozumienia zasad i skupiliśmy się wyłącznie na nich.

Właśnie na tym należy się skupić w przyszłości. Z pewnością kwestie fiskalne, ponieważ właśnie uchwalona ustawa budżetowa zwiększy dług publiczny o 4 bln dol. [14 bln 592 mld zł], co z kolei podwyższy koszty obsługi zadłużenia, a są to pieniądze, które nie zapewniają ani minuty edukacji, ani kilometra autostrady, ani jednego żołnierza do obrony kraju. To zmarnowane pieniądze. Musimy to opanować. Będzie to ważna kwestia, a reformy rządowe nadal mogą mieć duże znaczenie. Myślę, że po niektórych zniszczeniach, jakie widzieliśmy w agencjach rządowych w pierwszych sześciu miesiącach tego roku, jest wiele do odbudowania.

Społeczeństwo bardzo pozytywnie przyjmuje zmiany w stosunku do dotychczasowego stanu rzeczy, niezależnie od tego, czy chodzi o demokratów, czy republikanów. Ludzie chcą czegoś bardziej merytorycznego i mniej performatywnego. Myślę, że jest to bardzo podatny grunt.

- Wspomniałeś wyraźnie, że Partia Reform próbowała unikać kwestii społecznych i kulturowych. Czy uważasz, że jest to możliwe dla trzeciej partii w obecnej sytuacji politycznej?

Oczywiście. Zasadniczo kwestie kulturowe dotyczą zbierania funduszy, a nie sprawowania rządów. Chodzi w nich o zbieranie funduszy dla osób po obu stronach sporu kulturowego, a nie o sprawowanie rządów.

Ile lat obowiązywał wyrok w sprawie Roe kontra Wade [dotyczący prawa do aborcji]? Każdego roku obie strony zbierały na to ogromne sumy pieniędzy, ale nikt nigdy nie podjął poważnej próby uregulowania tej kwestii w prawie. Być może teraz podejmą poważne wysiłki, ale ponownie stanie się to kwestią społeczną, która zasadniczo będzie służyć zbieraniu funduszy, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek dojdzie do zmiany.

onet.pl\Politico


Już w maju Bulwark /portal thebulwark.com - red./ ocenił, że rząd stał się zakładnikiem zwolenników teorii spiskowych, bo jeśli nie dostarczy im wystraczająco atrakcyjnych „informacji”, to narazi się na ich bunt.

We wtorek portal poinformował, że teraz domagają się oni głów Pam Bondi, prokurator generalnej USA i Johna Ratcliffe'a, dyrektora CIA, których oskarżają o wielką operację ukrywania faktów dotyczących Epsteina.

Miliarder Jeffrey Epstein, skazany za wykorzystywanie seksualne nieletnich dziewcząt i handel kobietami w celu wykorzystywania seksualnego, popełnił samobójstwo w areszcie w 2019 roku.

Administracja Trumpa zapowiedziała odtajnienie dokumentów w jego sprawie, a Bondi obiecała opublikowanie listy klientów Epsteina.

W niedzielę wieczorem resort sprawiedliwości nagle przekazał portalowi Axios notatkę, w której napisano, że lista nie będzie opublikowana, ponieważ nigdy nie istniała, a Epstein popełnił samobójstwo, więc żadne dodatkowe dokumenty w tej sprawie nie zostaną upublicznione.

Wszystko to stało się kamieniem obrazy dla najbardziej zagorzałych zwolenników Trumpa, bo podważało jeden z głównych artykułów ich wiary - że Epstein prowadził jakąś operację CIA lub Mosadu i został zamordowany - komentuje Bulwark.

W prawicowych mediach zawrzało. Alex Jones, słynny, skazany skądinąd za kłamstwa dziennikarz i zwolennik teorii spiskowych napisał na platformie X, że następną rzeczą jaka ogłosi resort sprawiedliwości będzie to, że Epstein nigdy nie istniał. Rogan O’Handley obiecał, że nadal będzie walczył o sprawiedliwość dla ofiar pedofilskich elit.

Inni prawicowi blogerzy, dziennikarze i influencerzy uznali, że jest coś na rzeczy w insynuacjach Elona Muska, a „prawda” o Epsteinie nie jest ujawniana, bo w dokumentach na jego temat ważną rolę odgrywa sam Trump. W poniedziałek w mediach społecznościowych hasłem zwolenników takiej teorii stało się „Elon miał rację”.

Już w maju dyrektor FBI Kash Patel i jego zastępca Dan Bongino musieli się tłumaczyć w wywiadzie dla ulubionej telewizji prezydenta, Fox News, że nie należy oczekiwać, iż aresztują Hillary Clinton za zabicie Epsteina, bo Epstein zabił się sam.

Wiceszef FBI jest sam sobie winien - przypomina portal - bo to on propagował popularne wśród zwolenników ruchu MAGA mity, jak ten o podziemnych pizzeriach w Waszyngtonie (Pizzagate), poprzez które związana z Hillary Clinton siatka handlowała dziećmi na potrzeby pedofilów.

Teraz niektórzy zwolennicy teorii o Pizzagate uznali, że prezydent Trump jest po prostu za słaby, by skutecznie walczyć z gigantycznym spiskiem elit, pedofilów i klientów Epsteina.

„Na tej planecie jest łańcuch dowodzenia a pedofilskie elity są na samej górze. Nawet nad Trumpem. Wysoko nad Trumpem" - napisał prawicowy dziennikarz internetowy Mike Cernovich. 

PAP

sobota, 12 lipca 2025



"Naszym scenariuszem bazowym jest wzrost efektywnych ceł USA do 15 proc. na koniec roku, co spowolni gospodarkę USA na przestrzeni pół roku, choć nie spodziewam się recesji. Wiele najmocniej przeważonych amerykańskich akcji wydaje sie dosyć odporna na ryzyko celne, więc S&P500 może wzrosnać do 6,500 pkt. w czerwcu przyszłego roku, pomimo przejściowej zmienności" - uważa zarządzający UBS Global Wealth Management Ulrike Hoffman-Burchardi.

Według Davida Chao, globalnego stratega rynkowego w Invesco Asset Management, inwestorzy odczuwają zmęczenie tematem ceł.

„Po prostu mamy do czynienia z tak dużym przeciążeniem polityką, ciągłymi aktualizacjami, opóźnieniami i nowymi ogłoszeniami, że tworzy to dezorientujące otoczenie” - powiedział Chao.

„Im dłużej będą obowiązywać te wytyczne, które są sprzeczne z wolnym handlem i globalizacją, tym częściej będziemy obserwować ruch inwestorów dywersyfikujących swoją ekspozycję ze Stanów Zjednoczonych na inne rynki” – powiedział Stefan Hofer, główny strateg inwestycyjny w LGT Private Banking Asia.

Na rynku ropy kontrakty na WTI na sierpień zwyżkują o 3,17 proc. do 68,66 USD za baryłkę, a wrześniowe futures na Brent rosną o 2,86 proc. do 70,60 USD/b. 

PAP


Younger uważa, że Putin wykorzystał Trumpa do swoich celów politycznych. Skłonił go do myślenia, że są przyjaciółmi, ale ostatecznie stracił swoją szansę na wygraną, biorąc pod uwagę dalszy prawdopodobny przebieg wojny z Ukrainą.

Były szef M16 ostrzegł, że intensywne bombardowanie Kijowa i innych ukraińskich miast może całkowicie zniszczyć stosunki między Donaldem Trumpem a Władimirem Putinem. Younger podkreślił, że obrana przez Kreml droga — nasilenie konfliktu bez jasnego "rozwiązania militarnego" — to w istocie ślepa uliczka.

To jeszcze nie wszystko. Younger podkreśla, że jest "zszokowany" tym, w jaki sposób były oficer KGB przelicytował — i jak obrana przez niego ścieżka wpłynie na dalsze pogorszenie relacji między dwoma przywódcami.

Były szef MI6 stwierdził, że rosyjski dyktator Władimir Putin "grał z amerykańskim prezydentem Donaldem Trumpem, jakby grał na skrzypcach". Jego plany dotyczące Ukrainy się jednak nie spełnią, ponieważ nie dał nic w zamian za liczne próby nawiązania dialogu ze strony amerykańskiego prezydenta.

"Do tej pory grał Trumpowi na nosie. Stworzył iluzję, że są przyjaciółmi i są tacy sami — że razem mogą rozwiązać wszystkie problemy świata. Jednak Donald Trump zaczyna wyraźnie dostrzegać, że Putin nie ma innego planu niż podporządkowanie sobie Ukrainy, a on sam będzie wyglądał jak marionetka, jeśli Putin będzie kontynuował swoje działania. To jest dla niego [Donalda Trumpa] nie do przyjęcia" — powiedział Younger.

"Putin się przeliczył... Nie ma rozwiązania militarnego. Stracił milion ludzi w ciągu trzech lat, a ma mniej terytorium niż w 2022 r. Trump jest zatem dla niego jedynym rozwiązaniem, a zagrał nazbyt ryzykownie" — dodał były szef brytyjskich służb specjalnych.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump ogłosił tymczasem, że w poniedziałek, 14 licpa, wygłosi "ważne oświadczenie" w sprawie Rosji. Do tej pory nie ujawnił jednak jeszcze żadnych szczegółów na ten temat.

W wywiadzie dla amerykańskiej telewizji NBC News Donald Trump stwierdził, że jest "rozczarowany Rosją", dodając, że "zobaczymy, co się wydarzy w najbliższych tygodniach".

onet.pl\blic.rs

piątek, 11 lipca 2025



W efekcie Ukraińcy zaczęli w 2023 roku używać amerykańskich bomb JDAM (klasyczne bomby o masie 225 lub 500 kilogramów z zamontowanym modułem naprowadzania albo nawet dodatkowymi rozkładanymi skrzydłami do szybowania), francuskich AASM Hammer (podobna koncepcja, ale z dodanym małym silnikiem rakietowym dla zwiększenia zasięgu) i małych amerykańskich GBU-39 SDB (masa 129 kg, rozkładane skrzydła do szybowania).

Kolejnym kluczowym elementem była sama taktyka użycia tych bomb. Najprościej zrzucać je z dużej wysokości, wtedy uzyskują maksymalne zasięgi (SDB mają móc przelecieć nawet około 100 km zrzucone w optymalnych warunkach). Jednak w realiach wojennych, zwłaszcza tych w Ukrainie, byłoby to wystawienie się na ciosy rosyjskich myśliwców i obrony przeciwlotniczej. Sięgnięto więc po popularną podczas zimnej wojny metodę rzucania bombami. Polega ona na tym, co widać na wideo. Nosiciel dociera w rejon celu na małej wysokości, unikając wykrycia przez radary. Kilka-kilkanaście kilometrów od celu pilot gwałtownie podrywa samolot do góry i w krótkim oraz możliwe szybkim locie wznoszącym uwalnia bomby, którym tym sposobom nadaje energię, pozwalającą im dolecieć do celu. Po ich uwolnieniu natychmiast zaczyna gwałtowny zwrot i zniżanie, aby ponownie zniknąć z radarów i uniknąć stania się celem. W ten sposób nie można uzyskać maksymalnych zasięgów ataku przy pomocy bomb naprowadzanych, ale można względnie bezpiecznie przeprowadzać misje, bo wystawia się na wykrycie i strzał przez mniej niż minutę.

Pierwotnie taka taktyka zyskała popularność w początkowym okresie zimnej wojny. Po pierwsze jako metoda na przetrwanie bombowców taktycznych zrzucających bomby atomowe. Zrzucając je w normalnym locie z małej wysokości, miały duże szanse na trafienie przez falę uderzeniową wywołaną przez własny ładunek. Wymyślono więc manewr "rzucania" bombami, który dawał pilotowi szansę na uniknięcie spotkania z wywołaną przez siebie eksplozją jądrową. Potem tę metodę zaadaptowano do nalotów z normalnymi bombami, wraz ze wzrostem skuteczności systemów obrony przeciwlotniczej wyposażonych w radary i rakiety. W ten sposób piloci mogli wystawiać się na ryzyko na możliwie krótką chwilę, kiedy wznosili się do zrzutu, a potem zawracali. Razem z taktyką opracowano specjalistyczne systemy elektroniczne, które były w stanie precyzyjnie zwolnić bomby w optymalnym momencie wznoszenia się. Nigdy nie była to jednak metoda specjalnie celna. Dlatego pomyślano ją pierwotnie głównie z myślą o broni jądrowej. Ukraińcy mają jednak bomby naprowadzane, co znacząco podnosi ich celność i czyni całą tę taktykę wartą ryzyka.

Tego rodzaju misje nie są bowiem zupełnie bez ryzyka. Dokładne statystyki są tajemnicą Ukraińców, ale w 2024 roku kiedy zaczęto na dobre takie naloty, stracili w powietrzu 5 MiG-29 i 1 Su-27. W 2025 roku już tylko jednego MiG-29. Nie wiadomo, jakie misje wykonywały w momencie trafienia przez rosyjskie rakiety (zazwyczaj odpalone przez myśliwce), ale ukraińskie myśliwce podlatują blisko Rosjan zazwyczaj właśnie w celu zrzutu bomb. Inaczej trzymają się głębiej w swoim terytorium. Głównym problemem mogą być rosyjskie latające radary A-50, które są w stanie z dużej odległości wypatrzeć nisko lecące samoloty. Znacznie wcześniej niż radary naziemne. W pierwszej połowie 2024 roku Ukraińcy zdołali jednak zestrzelić 2 A-50, co skłoniło Rosjan do latania nimi dalej od granic i ograniczyło częstotliwość misji. Możliwe, że wraz z dopracowaniem taktyki przez ukraińskich pilotów, skutkowało to zmniejszeniem strat widocznym w drugiej połowie 2024 roku.

Sam fakt, że Ukraińcy wykonują takie misje w trzecim roku wojny i dość regularnie bombardują cele na terenie Rosji (choć zazwyczaj tuż przy granicy), mówi wiele na temat skuteczności rosyjskiego lotnictwa i obrony przeciwlotniczej. Porównując przed wojną na papierze potencjały obu państw w powietrzu, wydawało się niemal pewne, że ukraińskie lotnictwo jest na straconej pozycji. W rzeczywistości nie tylko przetrwało, ale rozwinęło nowe możliwości. Choć dalej musi działać w trudnych warunkach i nie ma takiej swobody jak Rosjanie. Ci bez większych przeszkód zrzucają swoje proste bomby szybujące z dużej wysokości kilkadziesiąt kilometrów od frontu. Nie potrzebują nimi rzucać jak Ukraińcy.

gazeta.pl


Trump oświadczył w wywiadzie dla NBC News, że Stany Zjednoczone sprzedadzą NATO nieokreśloną liczbę i typ amerykańskiej broni, w tym systemy obrony powietrznej i przechwytywacze Patriot, które NATO następnie przekaże Ukrainie. Axios poinformował 11 lipca, że źródła stwierdziły, iż sojusznicy z NATO omawiali możliwość wykorzystania NATO przez Stany Zjednoczone jako pośrednika w sprzedaży broni Ukrainie podczas ostatniego szczytu NATO w dniach 24-25 czerwca, i że broń ta może obejmować zarówno wsparcie obrony powietrznej, jak i broń ofensywną. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 10 lipca, że Ukraina zwróciła się o 10 systemów obrony powietrznej Patriot i dodatkowe przechwytywacze, a Niemcy są gotowe kupić dwa systemy Patriot od Stanów Zjednoczonych dla Ukrainy, a Norwegia jest chętna kupić kolejny. Nadal nie jest jasne, ile systemów obrony powietrznej Patriot lub innej broni Stany Zjednoczone sprzedadzą NATO. ISW nadal ocenia, że systemy Patriot i przechwytywacze dostarczone przez USA mają kluczowe znaczenie dla zdolności Ukrainy do obrony przed rosyjskimi długodystansowymi nocnymi atakami i ochrony ludności cywilnej, zwłaszcza przed rosyjskimi rakietami balistycznymi.

(...)

Ukraiński wywiad ocenia, że siły rosyjskie prawdopodobnie nie zrealizują celu Kremla, jakim jest zajęcie całego obwodu donieckiego do końca 2025 roku, co jest zgodne z bieżącą oceną rosyjskich możliwości ofensywnych, prowadzoną przez ISW. Generał porucznik Kyryło Budanow, szef Głównego Zarządu Wywiadu Wojskowego Ukrainy (GUR), ocenił 11 lipca, że cel Rosji, jakim jest zajęcie całego obwodu donieckiego do końca 2025 roku, jest „nierealistyczny”. Budanow oświadczył, że rosyjskie dowództwo wojskowe zleciło również siłom rosyjskim wkroczenie do obwodu dniepropietrowskiego i utworzenie w nim kolejnej, 10-kilometrowej strefy buforowej. Zastępca szefa Biura Prezydenta Ukrainy, pułkownik Pawło Palisa, oświadczył 5 czerwca, że Rosja zamierza zająć i okupować pełne terytorium obwodów donieckiego i ługańskiego do 1 września 2025 roku. The Economist ocenił 9 lipca, że przy obecnym tempie postępów siłom rosyjskim zajęcie pozostałych części obwodów donieckiego, ługańskiego, chersońskiego i zaporoskiego (które Rosja nielegalnie zaanektowała) zajęłoby do lutego 2028 roku. Rosyjskie wysiłki mające na celu zajęcie obwodu donieckiego, wkroczenie do obwodu dniepropietrowskiego i ustanowienie 10-kilometrowej strefy buforowej prawdopodobnie pogłębią istniejące ograniczenia w rosyjskiej armii poprzez dalsze rozszerzenie już zdegradowanych rosyjskich zgrupowań południowych i centralnych, które od października 2023 roku prowadzą niemal ciągłe działania bojowe w obwodzie donieckim. ISW nadal ocenia, że siły rosyjskie ponoszą bardzo wysokie straty w zamian za nieproporcjonalnie małe zyski w dążeniu do realizacji swoich ambicji politycznych i terytorialnych. Nadal nie jest jasne, na jakiej podstawie rosyjskie dowództwo wojskowe wyobrażało sobie, że będzie mogło zająć pozostałą część obwodu donieckiego do września 2025 roku.

Urzędnicy Kremla nadal usprawiedliwiają trwające działania cenzury Kremla i zdają się wykorzystywać nadmiernie kontrolowaną przestrzeń informacyjną Rosji do promowania nieformalnej ideologii państwowej Kremla. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział 11 lipca rosyjskiemu magazynowi biznesowemu „Ekspert”, że „sytuacja, w jakiej znajduje się [Rosja]” pod względem geopolitycznym i w związku z rosnącą szybkością przepływu informacji, wymaga cenzury wojskowej, a rosyjski rząd jest „uzasadniony” w swoich nieustających staraniach o eliminację mediów krytycznych wobec Kremla. Pieskow pochwalił wzrost liczby pozytywnych treści „patriotycznych” w rosyjskich mediach, które generują poczucie lojalności i dumy z Rosji. Pieskow stwierdził, że wierzy, iż trend „patriotyczny” będzie się utrzymywał i że Kreml weźmie pod uwagę „błędy” z przeszłości, gdy media, takie jak rosyjska opozycyjna gazeta „Meduza”, mogły szeroko krytykować Rosję. Pieskow oświadczył, że Rosja będzie w przyszłości domagać się „łagodniejszej” polityki informacyjnej, co pozwoli na powstanie szeregu „neutralnych” mediów. Kreml prawdopodobnie nie będzie jednak w przyszłości bezstronnie oceniał neutralności mediów. We wrześniu 2024 roku Pieskow oświadczył, że rosyjskie media przejdą na „wolność informacji”, jeśli Rosja wyjdzie z tego okresu „ostrego stanu zapalnego”, odnosząc się do wojny na Ukrainie i sytuacji geopolitycznej. Odmowa przyznania, że Rosja jest w rzeczywistości zaangażowana w poważną wojnę, wpisuje się w ogólne działania Kremla mające na celu kształtowanie i zniekształcanie rosyjskiej przestrzeni informacyjnej.

understandingwar.org


W tej krótkiej diagnozie Trumpa tkwi sporo racji. Dwie największe siły polityczne dominują nieprzerwanie od ponad 150 lat i nic nie wskazuje na to, by zamierzały ustąpić. Oczywiście w USA istnieje cały szereg alternatywnych partii, a największe z nich, jak Libertarianie czy Zieloni, regularnie wystawiają swoich kandydatów w wyborach prezydenckich. To jednak zazwyczaj nie ma większego znaczenia dla ostatecznego rezultatu. Zazwyczaj, bo tak zwani "trzeci kandydaci", choć nigdy nie wygrali, czasem jednak okazywali się istotnym problemem dla mainstreamowych kandydatów.

Najbardziej znacząca była historia wyborów 1912 roku. Popularny były prezydent, Theodore Roosevelt ustąpił cztery lata wcześniej, nie decydując się walczyć o trzecią kadencję. Jednak cztery lata później zmienił zdanie i w partyjnych prawyborach rzucił wyzwanie swojemu następcy, Williamowi Howardowi Taftowi. Przegrał, ale z walki o prezydenturę nie zrezygnował. Wystartował jako kandydat Partii Progresywnej.

Efekt okazał się zgubny zarówno dla Roosevelta, jak i dla Tafta. Kandydaci podzielili się głosami, oddając zwycięstwo demokracie, Woodrowowi Wilsonowi. Od końca XIX wieku, aż do wielkiego kryzysu lat 30. XX wieku demokraci nie byli w stanie wygrać wyborów prezydenckich poza tą jedną niezwykłą szansą, jaką dostał Wilson (któremu cztery lata później udało się również wywalczyć reelekcję, ale urzędujący prezydent zawsze startuje z innej pozycji).

(...)

W roku 2000 kluczową figurą okazał się kandydat zielonych, Ralph Nader. W skali kraju zdobył niespełna 3 proc. głosów i żadnego głosu elektorskiego. Jednak starcie pomiędzy Bushem i Gorem rozstrzygnęło się na Florydzie, po pamiętnym, ponownym przeliczaniu głosów. Ostateczna przewaga Busha wyniosła zaledwie 537 głosów. Tymczasem Nader zdobył na Florydzie prawie 100 tysięcy głosów. Późniejsze analizy nie pozostawiają złudzeń: przeważająca część tych wyborców przeszłaby na stronę Gore'a, gdyby nie miała alternatywy.

Takiego scenariusza obawiał się również sam Trump w 2024 roku, kiedy swój niezależny start ogłosił Robert Kennedy jr. Chociaż ten polityk był wcześniej związany z Partią Demokratyczną, jego program wyborczy mógł się okazać atrakcyjny dla części wyborców Trumpa. A ponieważ w amerykańskich wyborach prezydenckich decydują rezultaty w poszczególnych stanach, a przesądzić może nawet kilkanaście tysięcy głosów, Trump postanowił nie ryzykować. Rozpoczęły się negocjacje z Kennedym, których skutkiem była jego rezygnacja z samodzielnego startu, wsparcie Trumpa, a w zamian - teka sekretarza zdrowia.

interia.pl

czwartek, 10 lipca 2025



Założyciel InPostu stwierdził, że sztuczna inteligencja za 5 lat uzyska świadomość. - Za 2 lata sztuczna inteligencja zastąpi 25 procent zawodów. Nie za 10 czy 15 lat. Za 2 lata. Co 6 miesięcy do potęgi trzeciej rosną możliwości sztucznej inteligencji, a za 5 lat uzyska świadomość. To znaczy, że jak będziecie niefajnie się odzywać do AI-agenta, to on to zapamięta i w pewnym momencie może zrobić coś przeciwko nam. To już nie jest science fiction - mówił Rafał Brzoska w wywiadzie dla money.pl, który został udzielony pod koniec czerwca 2025 roku.

Dr hab. Aleksandra Przegalińska, profesorka Akademii Leona Koźmińskiego, specjalistka w dziedzinie sztucznej inteligencji oceniła, że słowa szefa InPostu Rafała Brzoski na tematy AI nie mają poparcia naukowego. "Wysłuchałam właśnie rozmowy z Rafałem Brzoską, który opowiada dosyć wątpliwe rzeczy o tym, że AI w ciągu 5 lat uzyska świadomość. Jest to rozprowadzanie sensacji niepopartych naukowo, które sieją ferment i strach. Rozumiem, ze można mieć w takim sianiu strachu interes biznesowy, ale społecznie to jest aktywność szkodliwa" - napisała w mediach społecznościowych. "Jest chyba konsensus naukowy, że model statystyczny, który przewiduje najbardziej prawdopodobną odpowiedź na podstawie wcześniej widzianych danych, nie ma świadomości. Nie ma jaźni, uczuć, intencji ani samoświadomości" - dodała w kolejnym wpisie.

gazeta.pl


Intel ogłosił kolejne, masowe zwolnienia pracowników. Tym razem z działów produkcji mikroprocesorów (Intel Foundry), rozwiązań dla branży motoryzacyjnej i marketingu. Na tę chwilę wiadomo, że redukcje obejmą od 15% do 20% stanowisk techników, inżynierów i badaczy w zakładach w Oregonie oraz nieznaną ilość pracowników biurowych. Jeśli chodzi o pracowników technicznych, to cięcia dotyczą głównie działu automotive, który zostanie całkowicie zamknięty, a większość jego pracowników straci pracę. Restrukturyzacja dotknie też pracowników biurowych z działu marketingu, który również zostanie znacząco ograniczony.

Z opublikowanych danych wynika, że Intel zostawi sobie tylko kilku kluczowych pracowników z działu marketingu, likwidując większość stanowisk i przekazując zadania związane z promocją firmie Accenture.

Zwolnienia to część akcji restrukturyzacyjnej, która ma odchudzić strukturę firmy i zredukować koszty. A o tym, że ciąć trzeba najlepiej świadczy ubiegłoroczna strata w wysokości bagatela 19 miliardów dolarów. Do tej pory Intel zlikwidował około 15 000 etatów ograniczając zatrudnienie do około 109 000 pracowników na świecie, ale jak widać to wciąż za dużo.

twojepc.pl


Nvidia została pierwszą firma na świecie, której kapitalizacja rynkowa przekroczyła granicę 4 bilionów dolarów. Za sukcesem firmy stoją przede wszystkim rozwiązania dla AI, które od lat odpowiadają za lwią część jej przychodów. Wracając jednak do kapitalizacji, w tym przypadku przełom nastąpił w środę /09.07.2025 - red./ gdy akcje firmy wzrosły o 1,8%, osiągając cenę 162,88 dolarów za sztukę, co przełożyło się na kapitalizację na poziomie 3,97 biliona dolarów, co pozwoliło wyprzedzić Microsoft i Apple. Chwilę później Nvidia na krótko przekroczyła magiczną barierę 4 bilionów dolarów zapisując się tym samym na kartach finansowej historii.

Oczywiście kapitalizacja to nie przychód, choć i te są ogromne. Wystarczy wspomnieć, że w pierwszym kwartale bieżącego roku Nvidia odnotowała przychody na poziomie 44,1 miliarda dolarów, z czego aż 39,1 miliarda pochodziło z rozwiązań dla centrów danych. Co więcej analitycy przewidują, że rynek układów wspomagających sztuczną inteligencję może przekroczyć 500 miliardów dolarów do 2028 roku i stąd właśnie szybko rosnąca kapitalizacja firm, które działają na tym polu. A tu Nvidia jest bez dwóch zdań liderem.

twojepc.pl