wtorek, 10 czerwca 2025



Protesty w Los Angeles przerodziły się w walki z siłami bezpieczeństwa, gdy tysiące ludzi wyszły na ulice w sprzeciwie wobec decyzji prezydenta Donalda Trumpa o wysłaniu do LA Gwardii Narodowej dla stłumienia demonstracji wywołanych antyimigracyjną polityką administracji USA - podała agencja AP.

Demonstracje trwają od piątku. Ich epicentrum jest hrabstwo Los Angeles - miasto i przedmieścia, ale do starć doszło również w San Francisco, gdzie aresztowano 60 osób.

Konsulat ChRL w Los Angeles wydał komunikat przeznaczony do swoich obywateli, aby zachowali ostrożność i śledzili na bieżąco informacje o rozwoju sytuacji.

Siły bezpieczeństwa tłumaczą, że reagowały agresją na agresję podczas demonstracji - podała Associated Press. W niedzielę demonstranci zablokowali główne arterie Los Angeles. W odpowiedzi policja użyła gazu łzawiącego, pocisków gumowych i granatów hukowych. Demonstranci podpalali samochody autonomiczne i inne pojazdy.

Do najpoważniejszych starć doszło ostatniej nocy przy autostradzie 101, gdzie wzniesiono barykady, a w funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa poleciały fajerwerki. Policjanci musieli schować się pod jednym z wiaduktów przed demonstrantami.

Agencja AP oceniła, że niedziela była najbardziej intensywnym dniem protestów, które ciągnęły się przez noc na poniedziałek. W późnych godzinach wieczornych komenda policji Los Angeles (LAPD) ogłosiła, że wszelkie zgromadzenia są nielegalne i muszą zostać rozwiązane.

Dzień wcześniej prezydent Trump zdecydował o wysłaniu do hrabstwa Los Angeles 2 tys. żołnierzy Gwardii Narodowej w związku z protestami przeciwko działaniom funkcjonariuszy Urzędu ds. Imigracji i Egzekwowania Ceł (ICE). Protesty wybuchły w piątek po obławie przeprowadzonej przez agentów ICE na terenie hurtowni odzieży, gdzie aresztowano co najmniej 44 imigrantów.
Gubernator Kalifornii Gavin Newsom, polityk Partii Demokratycznej, ocenił, że prezydent wysłał Gwardię Narodową do Los Angeles, by wywołać kryzys i zasiać chaos. Newsom i burmistrzyni Los Angeles Karen Bass zaznaczyli, że decyzja wysłaniu Gwardii Narodowej ingeruje w niezależność stanu Kalifornia.

W niedzielę po południu protestujący zgromadzili się przed aresztem w Los Angeles i skandowali "Wstydźcie się" pod adresem Gwardii Narodowej, która utworzyła kordon wokół budynku federalnego - podała stacja NBC News. Wykrzykiwano też hasła solidarności z imigrantami. 

PAP


Poziom przemocy ze strony niektórych uczestników protestów w Los Angeles, które wybuchły po zatrzymaniu imigrantów, jest "odrażający", a sytuacja w mieście eskalowała - powiedział szeryf Los Angeles Jim McDonnell na konferencji prasowej. Na poniedziałek zaplanowane są kolejne demonstracje.

Szeryf podkreślił, że sytuacja w mieście pogarsza się, a demonstracje stają się coraz bardziej agresywne. "Przemoc, którą obserwuję, jest odrażająca. (...) Niektóre osoby strzelały komercyjnymi fajerwerkami w naszych policjantów. To może zabić" - powiedział. W mieście aresztowano 27 osób, m.in. w związku z rzuceniem koktajlem Mołotowa w policjanta. W funkcjonariuszy rzucano też kamieniami i innymi przedmiotami. Policja Los Angeles powiadomiła w serwisie X, że nocą z niedzieli na poniedziałek w centrum miasta były doniesienia o przypadkach szabrownictwa.

Stacja NBC News podała, że korespondentka australijskiego Channel Nine Lauren Tomasi została trafiona w niedzielę wieczorem podczas relacjonowania protestów w Los Angeles gumową kulą. Na nagraniu widać, że policjant odwrócił się w stronę Tomasi i jej ekipy, po czym oddał strzał. Również brytyjski fotoreporter Nick Stern powiedział, że został trafiony w udo gąbkową kulą w trakcie relacjonowania konfrontacji między siłami bezpieczeństwa i protestującymi.

Telewizja Fox News zwróciła uwagę, że grupa protestujących napluła na amerykańską flagę i spaliła ją, wykrzykując przy tym hasła przeciwko Donaldowi Trumpowi.

W Los Angeles na mocy decyzji prezydenta USA rozlokowano ok. 300 członków Gwardi Narodowej. W sobotę Donald Trump zarządził wysłanie na ulice miasta 2 tys. gwardzistów w odpowiedzi na protesty. Decyzję skrytykowały władze miasta i stanu Kalifornia.

Gubernator Kalifornii Gavin Newsom zapowiedział, że pozwie Trumpa za wysłanie Gwardii do jego stanu. Rzeczniczka Białego Domu Karoline Leavitt w poniedziałek zarzuciła mu w serwisie X, że "nie zrobił nic", gdy w Los Angeles "wybuchły gwałtowne zamieszki". "Federalni funkcjonariusze organów ścigania zostali zaatakowani przez agresywnych ekstremistów i przestępców wymachujących obcymi flagami, ponieważ gubernator Newsom był zbyt słaby, aby chronić miasto" - dodała. "Nawet szef policji Los Angeles przyznał, że zamieszki wymykają się spod kontroli" - podkreśliła.

Biały Dom stwierdził, że obchodzi prawo, które zazwyczaj wymaga od gubernatora wnioskowania o rozmieszczenie Gwardii, ponieważ "gwałtowne protesty zagrażają bezpieczeństwu i powodują znaczne szkody dla federalnych ośrodków zatrzymań imigrantów i dla innej własności federalnej". Protesty wybuchły w piątek po obławie przeprowadzonej przez agentów federalnych na terenie hurtowni odzieży, gdzie aresztowano co najmniej 44 imigrantów.

PAP

poniedziałek, 9 czerwca 2025



Zgodnie z informacjami opublikowanymi przez stronę ukraińską Rosjanie mieli w nocy z 8 na 9 czerwca wystrzelić 499 środków napadu powietrznego. Lwią część stanowiły Gieranie-2 (licencyjne irańskie Szahidy) i drony imitatory. Łącznie było ich 479. Oprócz tego w Ukrainę wystrzelono 20 bardziej zaawansowanych technicznie pocisków: 4 hipersoniczne Ch-47M2 Kindżał, 10 lotniczych pocisków manewrujących Ch-101, 3 lotnicze pociski manewrujące Ch-22, 3 pociski przeciwradiolokacyjne Ch-31P i pocisk manewrujący Ch-35.

Jak zwykle dużą rolę w odpieraniu ataku odegrało wykorzystanie emiterów elektromagnetycznych. Przy ich pomocy udało się zneutralizować 183 drony i cztery pociski. Dwoma z tych ostatnich były prawdopodobnie Ch-22, które – zgodnie z ukraińskim komunikatem – „nie dotarły do celu”. Kolejnych 277 dronów zostało zestrzelonych różnego rodzaju środkami defensywnymi.

Za wielki sukces można uznać zwalczanie Kindżałów. Spośród 4 egzemplarzy tej „superbroni” zestrzelone zostały wszystkie. Trafiono też wszystkie 10 pocisków Ch-101, jedyny pocisk Ch-35 i obydwa przeciwradiolokacyjne Ch-31P.

defence24.pl


A co zmienia wejście do gry Trumpa?

– Stany Zjednoczone stanowiły fundament wszystkich instytucji międzynarodowych, które powstały po II wojnie światowej. Cały system międzynarodowy, od finansowego po międzynarodową pomoc humanitarną, Organizacja Narodów Zjednoczonych, każda inna organizacja – stanowiły element Pax Americana. Wszystkie ich działania były wspierane przez USA. Prezydent Trump nie chce już za to płacić ani tego wspierać. Na dodatek tradycyjni sojusznicy USA w Europie lub Azji są zdani na siebie, więc jest to również koniec systemu sojuszy.

Trump chce, aby Amerykanie wrócili do domu i odcięli się od świata. Mamy wycofać się do "twierdzy Ameryka" i trzymać resztę świata na dystans.

Przez kilka lat była pani głównym doradcą Trumpa ds. Rosji za jego pierwszej prezydentury. Jaki jest jego stosunek do Putina?

– Jest nim zauroczony. Kiedy mówi, że Putin jest geniuszem, ma to naprawdę na myśli. Fakt, że Europejczycy są tak zszokowani jego uległością wobec Putina, pokazuje, że nie odrobili pracy domowej. Podziw dla Rosjanina wynika z kilku rzeczy. Putina się boją, co się Trumpowi bardzo podoba. Imponuje mu też fakt, że Putin może robić, co tylko zechce. Chce bardzo bliskich relacji z Putinem, mówił o nim jako o swoim przyjacielu, opowiadał o rozmowach telefonicznych, których nie odbył. To prawie tak, jakby mówił: "Zadzwoń do mnie". Jest zakochany w Putinie niemal jak nastolatek, którego wszyscy próbują oddzielić od ukochanej, a on robi wszystko, aby znowu się z nią spotkać.

Poza tym boi się Putina, ponieważ jego wielkim lękiem jest wojna nuklearna. Uważa ją za największą katastrofę dla ludzkości, a nie na przykład zmianę klimatu. Jego celem jest usiąść z Władimirem Putinem i negocjować ograniczenie zbrojeń nuklearnych. Chce być uznany za osobę, która odegrała kluczową rolę w ratowaniu świata przed nuklearnym armagedonem. I że uczynił to ze względu na siłę swojej charyzmy, swoje ogromne osiągnięcia, sławę i zdolność do zawierania umów. I to, jak bardzo ludzie go szanują.

Wreszcie Trump ma bardzo podobne spojrzenie na świat – uważa, że silniejszy ma wszelkie prawa i świat powinien być podzielony między potęgi na strefy interesów. Myślę, że przecenia siłę Rosji i jej zdolność do realizacji tego planu podziału świata. A także, że Putin nie postrzega Trumpa w podobny sposób. Trudno się więc dziwić, że to Putin ma wszystkie atuty.

Jak rozgrywa Trumpa?

– Wie, że Trump jest niebywale zepsutą jednostką i że należy mu schlebiać. Powiedział nawet, że się za niego modli.

Trump chce być w centrum uwagi w każdym momencie, a Putin jest arcymistrzem w takich zagrywkach, w pompowaniu ego drugiej osoby. Ćwiczył pracę z ludźmi przez całą swoją karierę. I potem Trump mówi: "Po prostu pogadam z Władimirem i zakończę wojnę w Ukrainie w 24 godziny". Podobnie Putin rozmawiał z Muskiem, wmawiając mu, że mogą rozwiązać wszystkie problemy świata.

Jest prezydentem Rosji od 25 lat. Zna ważne dla niego kwestie od podszewki. Wie, co chce osiągnąć, i od lat pracuje z zespołem, który też to wie. Jest bardzo dobrze przygotowany na każde spotkanie. Popełnia błędy, ale zawsze odrabia pracę domową. I niewątpliwie ma mnóstwo informacji o ludziach po stronie USA.

Amerykanie są znacznie gorzej przygotowani?

– Trump wysyła jako swoich emisariuszy ludzi bez doświadczenia. Zachowuje się, jakby był królem, a oni dworzanami. Zawsze robi wszystko dla siebie, nie dla Ameryki. Obchodzi go tylko własny interes. W rezultacie Rosjanie, którzy są naprawdę wytrawnymi dyplomatami, potrafią przegadać każdego i mają gotową odpowiedź na wszystko, zjadają tych świeżaków na śniadanie.

(...)

Jest jakakolwiek szansa, aby wojna na Ukrainie w miarę szybko się skończyła?

– Jedyny sposób polega na tym, aby wszystkie strony tego chciały. Ukraina oczywiście chce, ale nie kosztem utraty swojego terytorium. Putin nie chce, żeby wojna się skończyła. Trzeba by go do tego zachęcić. A to będzie niezwykle trudne. Nie sądzę, aby choć trochę odszedł od swoich maksymalistycznych żądań dotyczących pełnej kontroli nad Ukrainą – czy to bezpośrednio nad terytorium, czy kontroli politycznej. Co jest oczywiście bardzo groźne również z perspektywy Polski. W pewnym sensie byłby to kolejny rozbiór Polski, ponieważ Rosja chce dokonać rozbioru Ukrainy i oczywiście ponownie zdominować Europę Wschodnią, wywrzeć presję na kraje bałtyckie i Polskę. A także np. na Finlandię. Nie jestem też pewna, czy Putin może sobie pozwolić na zakończenie wojny, ponieważ wojna jest dziś tym, co utrzymuje gospodarkę, i okazała się niezwykle pomocna w zapewnieniu regionalnego dobrobytu w miejscach, w których bez wojny by go nie było. Putin stał się prezydentem wojny, więc po co miałby ją kończyć?

Jaka jest jego największa słabość?

– Pełne zaangażowanie w wojnę. Stała się ona naczelną zasadą organizacyjną państwa rosyjskiego. Bardzo trudno się z tego wycofać. Wystarczy sobie przypomnieć Winstona Churchilla i wielu innych przywódców wojennych, którym naprawdę trudno zaadaptować się do pokoju.

Należy również obserwować to, co dzieje się na północnym Kaukazie. Ramzan Kadyrow pytał już kilka razy, czy może podać się do dymisji. Najwyraźniej jest w bardzo złym stanie zdrowia. Jeśli przestanie rządzić Czeczenią i nie dojdzie do przekazania władzy w należytej formie, możemy znów zobaczyć problemy w tamtym regionie. Putin bardzo się tego boi. Między innymi dlatego próbował przekierować Czeczenów do walki w Ukrainie – żeby uniknąć zamętu.

Poza tym, nawet jeśli wojna z Ukrainą zakończy się w zadowalający sposób dla Rosji, może to być absolutną katastrofą dla Putina, gdyby wszyscy ci niezadowoleni, wściekli ludzie, którzy zostali przeszkoleni do walki na froncie, wrócili do Rosji i nie mieli nic do roboty. Wojna stanowi nie tylko ćwiczenie w zakresie tworzenia miejsc pracy, ale także w zakresie bezpieczeństwa dla Rosji.

A jaka jest dziś największa słabość Europy?

– Fakt, że tak długo zwlekała z zaspokojeniem swoich potrzeb obronnych. Była zbyt długo zależna od Stanów Zjednoczonych, co oznaczało, że to one decydowały o polityce zagranicznej Europy. To ma ogromną wagę również dlatego, że Putin nie chce Europy, która byłaby samodzielna. Chce Europy zależnej od Stanów Zjednoczonych, ponieważ wtedy wszystko, co musi w takiej sytuacji zrobić, to negocjować ze Stanami Zjednoczonymi. Zarówno Putin, jak i Trump postrzegają Europę jako państwa wasalne Stanów Zjednoczonych. Choć Trump wydaje się być nawet skłonny pozwolić na to, by część Europy znalazła się pod politycznym wpływem Rosji. Jesteśmy świadkami końca ośmiu dekad silnego zaangażowania USA jako gwaranta bezpieczeństwa w Europie. I to jest kolejna słabość Europy. Musi się bronić, a nie może bronić jednocześnie siebie i Ukrainy w obecnych warunkach.

Oczywiście Polska zrobiła bardzo dużo dla Ukrainy na samym początku. Ale teraz większość polskich planistów zdała sobie sprawę, że muszą też zbudować silne własne wojsko. I to kłóci się z pomocą dla Ukrainy. Nie jest to dobre, ponieważ Putin może oczywiście wywierać presję zarówno na Polskę, jak i na Ukrainę. To oczywista niewydolność krajów europejskich. Muszą pomagać Ukrainie i muszą także być w stanie chronić swoją krytyczną infrastrukturę krajową, w szczególności radzić sobie z rosyjską dezinformacją i operacjami sabotażowymi. A nie są w stanie robić obu tych rzeczy naraz.

(...)

Jakie jest pani najważniejsze spostrzeżenie, jeśli chodzi o sposób myślenia Trumpa? Czego się pani o nim dowiedziała, pracując z nim?

– Jest naprawdę nieprzewidywalny. Czasami nawet on sam nie wie, co zrobi. Nieraz zdecyduje w ostatnim momencie, bo coś właśnie od kogoś usłyszał, coś przeczytał lub zobaczył. Inną ważną sprawą jest to, że wszystko traktuje niezwykle transakcyjnie i dlatego ma taką obsesję na punkcie handlu i ceł. Ale chodzi tylko o biznesy, nie ma żadnych jasnych zasad, otwarcie mówi, że nie ma czegoś takiego jak stali wrogowie czy przyjaciele. Nie chodzi o długoterminowe relacje między Polską a Stanami Zjednoczonymi czy Stanami Zjednoczonymi a Wielką Brytanią. I wszystko zależy od niego. To jest zresztą to, czego nie zrozumiał Zełenski w czasie słynnej awantury w Gabinecie Owalnym, gdy powoływał się na zobowiązania, które poprzedni prezydenci podjęli wobec Ukrainy. Wtedy Trump stracił panowanie nad sobą i powiedział coś w rodzaju: "Ci ludzie się nie liczą. Ludzie szanują mnie. To jest umowa ze mną". On jest ostatecznym decydentem i nie ma nikogo innego ważnego w systemie. I nikt inny nie ma żadnej władzy poza Trumpem. Dlatego jest tak trudny do powstrzymania, bo nie liczy się z nikim i z niczym. Tańczy tylko do własnej melodii.

onet.pl/Newsweek


Jak wskazuje Jeremy Shapiro z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych w swoim najnowszym artykule, Trump lubi grozić użyciem siły, ale bardzo rzadko dotrzymuje słowa.

Podczas pierwszej kadencji zasłynął z grożenia Korei Północnej "ogniem i furią". Mówił też o zmieceniu Afganistanu "z powierzchni ziemi" w ciągu 10 dni. Co się stało? Niedługo po tych słowach Trump rozpoczął negocjacje z Koreą Północną w sprawie jej programu jądrowego. Kiedy rozmowy ostatecznie zakończyły się fiaskiem, nie było żadnego ognia i furii, a amnezja. W ciągu ostatnich pięciu lat Korea Północna przyspieszyła realizację programu jądrowego. Zdaje się, że Trump o tym kompletnie zapomniał.

W przypadku Afganistanu Trump ostatecznie zgodził się wycofać wojska amerykańskie z kraju bez uzyskania żadnych realnych ustępstw ze strony talibów, co utorowało drogę do upadku Kabulu za rządów Joego Bidena.

Najbardziej uderzającym przykładem użycia siły przez Trumpa podczas jego pierwszej kadencji było zabicie w styczniu 2020 r. Kasema Sulejmaniego, dowódcy jednostki Al-Kuds, sił ekspedycyjnych Iranu. Trump zezwolił jednak na ten atak dronów dopiero po otrzymaniu zapewnień, że ryzyko irańskiego odwetu jest niskie.

Analizując dwie kadencje Trumpa, Shapiro znalazł dotychczas 22 przypadki, w których prezydent USA groził on użyciem siły — tylko w dwóch sytuacjach faktycznie spełnił swoje groźby. Owszem, w czasie jego prezydentury doszło do 25 przypadków użycia siły – głównie w postaci ograniczonych ataków na grupy terrorystyczne, takie jak ISIS czy Al-Kaida — ale tylko w dwóch sytuacjach poprzedziła je groźba prezydenta.

Analizując jego dotychczasowe działania, Shapiro doszedł do jasnego wniosku. "Trump używa gróźb i siły podobnie jak łobuz na placu zabaw: choć jest duży i na pozór silny, w rzeczywistości boi się użycia siły w każdej sytuacji, która choćby w najmniejszym stopniu przypomina uczciwą walkę. Przemoc stosuje wyłącznie wobec znacznie słabszych przeciwników, którzy nie mają szans na odwet" — napisał w swojej analizie.

Zastosowanie zasady taco /po angielsku: Trump always chickens out - red./ do dzisiejszych kryzysów w polityce zagranicznej dostarcza wielu cennych wniosków. Trump zagroził, że zezwoli na ataki na Iran, jeśli rozmowy w sprawie ograniczenia programu jądrowego zakończą się niepowodzeniem. Dotychczasowe doświadczenia sugerują jednak, że niezależnie od wyniku negocjacji Trump będzie unikał rzeczywistego ataku na Iran.

W przypadku Ukrainy prawdopodobnie będzie jeszcze bardziej ostrożny niż administracja Bidena — i będzie unikał wszystkiego, co mogłoby grozić eskalacją konfliktu z Rosją. Pomimo ostrzeżenia sekretarza obrony USA Pete'a Hegsetha z zeszłego tygodnia, że chiński atak na Tajwan może być "nieuchronny", wydaje się też mało prawdopodobne, by Trump zaryzykował wojnę o Tajwan, niezależnie od działań Chin.

onet.pl/The Financial Times

niedziela, 8 czerwca 2025



Jakakolwiek zwiększona presja ekonomiczna na Rosję — choć /to/ pozytywny rozwój polityki — sama w sobie nie wystarczy, aby zmusić prezydenta Rosji Władimira Putina do negocjacji lub zmienić teorię zwycięstwa Putina. Kontynuacja zachodniej pomocy wojskowej dla Ukrainy pozostaje kluczowa dla przeprowadzenia kampanii nacisku na Rosję, która może zmusić Putina do przeliczenia teorii zwycięstwa. Teoria zwycięstwa Putina opiera się na założeniu, że rosyjskie wojsko może utrzymać stopniowe, stopniowe postępy na polu bitwy dłużej, niż siły ukraińskie są w stanie bronić i dłużej, niż Zachód jest skłonny wspierać Ukrainę. Strategia Putina najprawdopodobniej nadal będzie kierować jego decyzją o odmowie zaangażowania się w istotne negocjacje pokojowe ze Stanami Zjednoczonymi i Ukrainą. Osiągnięcie pokoju na Ukrainie, który jest akceptowalny dla interesów USA, wymaga trwałych strat rosyjskich na polu bitwy lub znacznego niepowodzenia Rosji na polu bitwy. Stany Zjednoczone muszą nadal wyposażać ukraińskich żołnierzy, ponieważ straty Rosji na polu bitwy pozostają kluczowym czynnikiem napędzającym obecne problemy materiałowe, kadrowe i gospodarcze Rosji. Pomoc Zachodu, w szczególności systemów uzbrojenia, które tylko Stany Zjednoczone mogą dostarczyć na dużą skalę i szybko, pozwoliłaby siłom ukraińskim lepiej bronić swoich pozycji, spowolnić postępy Rosji i zadać jeszcze poważniejsze straty rosyjskiej armii. Wyższe i jeszcze bardziej nie do utrzymania wskaźniki rosyjskich ofiar na polu bitwy, szczególnie gdy są one nieproporcjonalne do terytorialnych zysków, jakie generują, zagroziłyby staraniom Putina, aby zrównoważyć „masło i broń” i utrzymać krajowe wsparcie.

understandingwar.org

sobota, 7 czerwca 2025



Może najłatwiej dostrzegalną zmianą, jaką udało się dość szybko zaordynować ekipie rządowej, było odbicie z rąk Prawa i Sprawiedliwości państwowych mediów. Dziś TVP i Polskie Radio są formalnie w stanie likwidacji. Ani wprowadzenie przez ministra kultury – wówczas Bartłomieja Sienkiewicza – z pominięciem Rady Mediów Narodowych własnych władz do mediów publicznych, ani późniejsze postawienie ich w stan likwidacji nie było eleganckie. Ale okazało się skuteczne. Sądy wpisały do KRS-u likwidatorów i to oni rządzą tymi mediami.

Podobnie też rząd odbił stanowisko prokuratora krajowego. Dziś stanowisko to zajmuje Dariusz Korneluk. By usunąć nominata Zbigniewa Ziobry – Dariusza Barskiego – minister sprawiedliwości prof. Adam Bodnar po prostu uznał, że Barski nie został przywrócony ze stanu spoczynku do czynnego zgodnie z prawem. A więc nie jest prokuratorem krajowym.

Albo przejmowanie kontroli nad Radą Mediów Narodowych. Tu Sejm podjął uchwałę stwierdzającą, że wybór jednego z pięciu członów Rady jest nieważny. Powód? W uchwale uznano, że uczestniczy on "w podmiocie będącym dostawcą usługi medialnej lub producentem radiowym lub telewizyjnym", a tego zabrania ustawa o RMN. Nic, że Krzysztof Czabański kierował Radą od 2016 r. – w 2024 r. Sejm uznał, że bezprawnie. Bo Czabański zasiada w Radzie Instytutu im. Lecha Kaczyńskiego, przez co ma pośredni wpływ na działalność spółek zależnych – Srebrna, Srebrna Media, Geranium, Forum SA, Słowo Niezależne i Telewizji Republika.

Inny przykład: ignorowanie orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. TK w uchwale Sejmu został uznany za instytucję, która nie odpowiada tej opisanej w konstytucji, więc rząd jego decyzji nie publikuje.

onet.pl

piątek, 6 czerwca 2025



Według przytaczanego już Thomasa Rida, profesora Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa w Baltimore, kamieniem milowym na drodze do triumfalnego powrotu środków aktywnych, które w XXI wieku przeniosły się do cyberprzestrzeni, była estońska historia z 2007 r. związana z zamiarem usunięcia pomnika „wyzwoliciela” Tallina znanego jako brązowy żołnierz81. Rid proponuje autorską periodyzację cyfrowych środków aktywnych. Lata 1999–2014 określa mianem „czasu hakerów”, a okres od 2014 r. – „czasu wycieków”.

To bardzo umowny podział: „czas hakerów” był zarazem czasem aktywności bojówek sieciowych trolli wykorzystujących wycieki, co można też interpretować jako czas testowania starych technik (kradzieży danych, dywersji) na nowej platformie komunikacyjnej. W Tallinie połączono zresztą stare i nowe środki aktywne: cyberataki i trolling przeciwko „faszystowskiej eSStonii”  wspierała grupa ochotnicza Straż Nocna, której członkowie dyżurowali pod pomnikiem i nie dopuszczali do jego usunięcia. Ponadto techniki stosowane dziś w mediach społecznościowych stanowią w zgodnej opinii współczesnych autorów integralny element „klasycznych” środków aktywnych, tyle że dostosowany do współczesnych uwarunkowań cyberprzestrzeni, nowoczesnych technologii oraz społeczeństwa informacyjnego (i sieciowego). Podobnie jak Rid nie widzą oni różnicy między „fałszywką” i „fejkiem”, tzw. przeciekami kontrolowanymi i wyciekami elektronicznymi – te ostatnie uważają za przedłużenie środków aktywnych w nowych mediach.

Podzielając tę opinię, dodam, że – zgodnie z tradycją – do ich realizacji rosyjskie służby wykorzystują zarówno zdolnych programistów, jak i cyberprzestępców. W połączeniu z mechanizmami pracy wywiadowczej zaowocowało to wieloma głośnymi akcjami. W ramach pierwszej z nich – operacji „Księżycowy labirynt” z przełomu lat 1999 i 2000 – hakerzy przeprowadzili zmasowane natarcie na serwery Pentagonu, NASA i kluczowych amerykańskich ośrodków badawczych i skopiowali wiele tajnych materiałów. Wtedy jednak wydarzenia te nazwano ostrożnie „serią incydentów komputerowych”.

„Pierwszą cyberwojną” obwołano wspomniany wyżej atak z 27 kwietnia 2007 r., którego ofiarą padły estońskie strony rządowe, banki, media i firmy specjalizujące się w komunikacji. Przesądziła o tym skala uderzenia: specjaliści od cyberbezpieczeństwa przyznają, że użyta do niego sieć botnet była największą wówczas siecią tego typu (...). Rozmach operacji spowodował, że zaczęto o niej mówić w kategoriach inwazji cybernetycznej. Estonia w jednej chwili została odcięta od internetu i łączności. Rosja zademonstrowała światu, że przystąpiła do wyścigu zbrojeń w cyberprzestrzeni i jest gotowa urządzać kolejne pokazy siły. Nie trzeba było na nie długo czekać.

Miano „drugiej cyberwojny” przyznano atakom DDoS przeprowadzonym podczas małej wojny w Gruzji w sierpniu 2008 r. Rosyjscy hakerzy zablokowali serwery rządowe, w tym resortu obrony i oficjalną witrynę głowy państwa, a także najważniejsze media. Pozwoliło to wdrożyć zmasowaną kampanię propagandową, z jednej strony dyskredytującą prezydenta Micheila Saakaszwilego, a z drugiej – wybielającą „operację przymuszenia Gruzji do pokoju”, jak określono własne posunięcia. Konwencjonalne działania zbrojne połączono wówczas z tymi w cyberprzestrzeni i klasycznymi środkami aktywnymi.

Ośmieleni sukcesami na wirtualnym polu bitwy Rosjanie – pisze Piotr Łuczuk – zdecydowali się na kolejną cyberwojnę z Pentagonem. W 2008 r. wprowadzili do amerykańskiej sieci wojskowej groźny wirus, za pomocą którego wykradali tajne dane. Śledczy ustalili, że ataku dokonał rosyjski wywiad, już wcześniej operujący przy użyciu wirusa o zbliżonym kodzie źródłowym.

Rastorgujew uważa, że cyberwojnę prowadzi się „środkami rozpoznania i monitoringu środowiska technicznego” oraz „środkami aktywnego wpływu na zasoby techniczne”. Hakowanie i niszczenie lub choćby osłabianie zasięgu zasobów przeciwnika to tylko jedno z zastosowań środków cyfrowych. Operacje w sieci są najczęściej operacjami kombinowanymi. Grupy hakerskie związane z jednostką 26 165 wywiadu wojskowego, dowodzone do 2018 r. przez Wiktora Nietykszę, a funkcjonujące pod różnymi hakerskimi przykrywkami (Sofacy, Pawn Storm, ART28, Strontium, Fancy Bear, CyberBerkut, CyberKalifat czy Anonymous Ukraina) łączą aktywność hakerską z ujawnianiem tajnych informacji przeciwnika oraz ze zwykłymi fałszerstwami. Na przełomie 2013 i 2014 r., w dobie pogłębiającego się kryzysu w relacjach z Zachodem w trakcie wydarzeń związanych z Euromajdanem, a następnie aneksją Krymu, Rosjanie zastosowali już całą paletę takich środków.

23 października na międzynarodowym portalu haktywistów CyberGuerrilla.org zamieszczono link do folderu zawierającego dokumenty ukraińskiego MSZ (głównie korespondencję tamtejszych urzędników z ich zachodnimi odpowiednikami, ale też kopie paszportów dyplomatycznych urzędników Departamentu Stanu USA) nadesłane jakoby przez ukraińskiego aktywistę międzynarodowego ruchu Anonymous dążącego do zwiększenia transparentności informacji w sieci.

Rosyjskie ataki cyfrowe towarzyszące Euromajdanowi
  • 28 października na tym samym portalu pojawił się kolejny post od ruchu Anonymous Ukraina, w którym ogłoszono niezależność Ukrainy od Unii Europejskiej i Rosji. Zawierał on także filmik, na którym człowiek w charakterystycznej białej masce i bluzie z kapturem skandował hasło: „Nie będziemy sługusami NATO!”.
  • 11 listopada, już po użyciu przez Wiktora Janukowycza oddziałów specjalnych policji Berkut, do Kijowa przybyła podsekretarz stanu Victoria Nuland (spotkała się z prezydentem, wyraziła w imieniu Stanów Zjednoczonych oburzenie z powodu brutalności funkcjonariuszy, a następnie odwiedziła protestujących na Majdanie, którym rozdała kanapki i wypieki cukiernicze). Władze FR natychmiast wykorzystały jej misję, interpretując ją jako „eskalację kryzysu” i „wtrącanie się w rosyjską strefę wpływów”. „Ciasteczka Nuland” albo „ciasteczka Departamentu Stanu” stały się popularnym memem i krążą w sieci do dziś; weszły również do języka rosyjskiego jako nowy frazeologizm synonimiczny z wyrażeniem „trzydzieści srebrników”
  • 4 lutego 2014 r. na YouTubie pojawiły się dwa klipy przesłane z konta Re Post (utworzonego 14 grudnia 2013 r., u szczytu wydarzeń na Ukrainie). Pierwszy prezentował nagranie rozmowy telefonicznej Nuland z ambasadorem USA w Ukrainie Geoffreyem Pyattem. Podsekretarz, rozczarowana postawą UE („pieprzyć Unię Europejską”), uznała, że zerwaną umowę stowarzyszeniową Ukrainy z nią mogłaby „skleić ONZ”. Drugie nagranie stanowiło zapis przechwyconej rozmowy Helgi Schmid, niemieckiej urzędniczki pracującej w Brukseli, z ambasadorem UE w Ukrainie Janem Tombińskim. Schmid skarżyła się na krytykę UE ze strony Stanów Zjednoczonych i prosiła go o rozmowę w tej sprawie z ambasadorem Pyattem. Polityczny cel obu przecieków był oczywisty: pokazując rozbieżności między USA i UE w sprawie Ukrainy, Rosja wbijała klin między Waszyngton a Brukselę. Podwójny przekaz miał wzmocnić ową narrację.
Dyskredytacja Stanów Zjednoczonych i próba zaostrzenia relacji europejsko-amerykańskich szybko zdominowały obieg informacji politycznych w Europie i USA. Biały Dom musiał przeprosić za dosadne słowa Nuland, a przy tym nazwał przecieki rosyjskim środkiem aktywnym. Okazał się on skuteczny: nagrania ujawniono, kiedy podsekretarz po raz kolejny przybyła do Kijowa, aby próbować nakłonić Janukowycza do zakończenia kryzysu z pomocą mediacji Waszyngtonu. Operacje te łączyły starą technikę podsłuchu telefonicznego i wideo z nowymi – wykorzystaniem i wzmacnianiem materiału kompromitującego w internecie (błyskawicznie powielany mem).

Najgłośniejszym przedsięwzięciem aktywnym były jednak ataki na skrzynkę mailową Johna Podesty, szefa kampanii wyborczej Hillary Clinton (19 marca 2016 r.), a następnie na Komitet Krajowy Partii Demokratycznej (18 kwietnia). W ten sposób rosyjski wywiad wojskowy zinfiltrował wewnętrzną i zewnętrzną komunikację Demokratów oraz zyskał dostęp do ich rozmów telefonicznych. Podszywając się pod amerykańskich haktywistów, założył stronę internetową DCLeaks.com, aby upublicznić tam pozyskane dane. Pierwszą partię dokumentów ze skrzynki Podesty opublikowano 4 czerwca. Ponieważ krok ten nie spotkał się z szerokim odzewem, Rosjanie skontaktowali się z Julianem Assange’em i przekazali materiały z włamań komputerowych WikiLeaks.

Tymczasem Demokraci zdecydowali się podzielić z opinią publiczną historią podwójnego włamania za pośrednictwem „The Washington Post” przy technicznym wsparciu firmy CrowdStrike. Spółka zajmująca się bezpieczeństwem w sieci ujawniła szczegóły rosyjskiego modus operandi – węzły dowodzenia i kontroli, łącza komunikacyjne i tajne kody dostępu. W ten sposób „spalono” cyfrowe odpowiedniki klasycznych skrzynek kontaktowych, tj. infrastrukturę cyfrowych środków aktywnych wywiadu FR w USA. Maskując skalę strat, zarejestrował on blog guccifer2.word-press.com, na którym wirtualny haker Guccifer przyznał się do działania w pojedynkę, opublikował 11 kolejnych dokumentów, w tym listę darczyńców Demokratów i badania popularności Donalda Trumpa, oraz nagłośnił przekazanie WikiLeaks tysięcy plików i e-maili. Bezskutecznie: 29 grudnia 2016 r. Biały Dom zareagował na wtrącanie się przez Rosję w wybory – wydalił z kraju 35 tamtejszych agentów, przejął dwie nadmorskie posiadłości i umieścił organizacje wywiadowcze na czarnej liście instytucji objętych sankcjami. W efekcie głośna operacja przerodziła się w spektakularną wpadkę: w lipcu 2018 r., po zebraniu wiarygodnych dowodów, Departament Sprawiedliwości USA oskarżył imiennie 12 oficerów Zarządu Wywiadu Sztabu Generalnego FR o cyberszpiegostwo i ingerencję w głosowanie oraz oświadczył, że poszukuje się ich międzynarodowym listem gończym85.

Bardzo możliwe, że Rosjanom nie chodziło o skuteczność, ale o efekt wizerunkowy („prężenie muskułów w sieci”) i manifestację własnego potencjału cyfrowego. W tym kontekście należy też – jak się wydaje – rozpatrywać ich posunięcia w cyberprzestrzeni towarzyszące pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w lutym 2022 r. Od początku były one uważnie monitorowane przez badaczy. Nie odnotowali oni zmasowanych operacji cybernetycznych mających zniszczyć bądź wyłączyć infrastrukturę krytyczną przeciwnika, z wyjątkiem kilku z początku wojny. Eksperci uważają ponadto, że ofensywne użycie cyberbroni nie oddziałało znacząco na przebieg konfliktu. Uderzenia na ukraińskie portale informacyjne i skojarzony z nimi atak rakietowy na wieżę telewizyjną w Kijowie 1 marca 2022 r. jedynie na krótko ograniczyły stronie ukraińskiej możliwości przekazywania informacji. W kolejnych miesiącach wyrafinowanie i liczba akcji tego typu wyraźnie spadły. Zamiast wiperów (złośliwe oprogramowanie niszczące dane) stosowano nieskomplikowane ataki phishingowe (hakerskie wyłudzanie danych) i DDoS. W zgodnej ocenie amerykańskich analityków „rosyjskie operacje cybernetyczne w Ukrainie nie wywołały większego wpływu militarnego”; nie brak też zdań, że stanowią one dla agresora „upokarzające doświadczenie”86. To, jak się konkluduje, efekt nieskoordynowania poczynań w cybernetycznej i kinetycznej domenie tej wojny oraz różnego pojmowania przez Rosję celów inwazji w każdej z nich: tamtejsi stratedzy uznają przestrzeń cybernetyczną głównie za pole wojny informacyjnej, a kinetyczną – za teatr działań służących przejmowaniu terytorium. Niewykorzystanie cyberzdolności do ataków na infrastrukturę krytyczną byłoby więc rezultatem innych priorytetów, a nie braku umiejętności.

Jolanta Darczewska - Zawładnąć umysłami i urządzić świat

czwartek, 5 czerwca 2025



Elon Musk oszalał - napisał w czwartek prezydent USA Donald Trump w swojej sieci społecznościowej Truth Social, odnosząc się do byłego bliskiego współpracownika, miliardera i właściciela Tesli.

Trump napisał, że "Elon +był na wyczerpaniu+" i że poprosił go, aby odszedł. Ocenił też, że miliarder "oszalał" i zasugerował, że może zakończyć kontrakty zawarte między amerykańskim rządem i firmami Muska.

To dalszy ciąg czwartkowej wymiany zdań między prezydentem i Muskiem, który w ubiegłym tygodniu zakończył pracę dla Białego Domu. Musk stał na czele DOGE, czyli Departamentu Wydajności Rządu.

W piątek Trump oficjalnie podziękował mu za współpracę i nazwał miliardera jednym z największych liderów biznesu na świecie. Dodał, że sam szef Tesli i SpaceX, który "wykonał fantastyczną robotę", będzie nadal "wpadał do Waszyngtonu". Musk zapewnił wówczas z kolei, że będzie nadal "doradcą i przyjacielem" Trumpa.

W czwartek Trump przyznał, że nie wie, czy nadal będzie miał dobre relacje z miliarderem, który krytykuje jego projekt ustawy budżetowej, i przyznał, że jest nim rozczarowany. Musk odpowiedział, że "wszystko mu jedno" oraz uznał, że bez jego wsparcia Trump nie wygrałby wyborów. "Co za niewdzięczność" - dodał. Zapytał też internautów, czy nadszedł czas na założenie nowej partii politycznej w USA.

PAP


Prezydent Rosji Władimir Putin spotkał się z członkami rosyjskiego rządu 4 czerwca i omówił zawalenie się dwóch mostów kolejowych w obwodach kurskim i briańskim 31 maja. Spotkanie obejmowało wyreżyserowane oświadczenie lekarza dziecięcego, który promował długotrwałe uzasadnienia Kremla dla jego pierwotnej inwazji na Ukrainę w 2014 r. i pełnoskalowej inwazji w 2022 r. Szef rosyjskiego Komitetu Śledczego Aleksandr Bastrykin twierdził podczas spotkania, że ​​ukraińskie służby specjalne „bez wątpienia” przeprowadziły operację zburzenia mostów kolejowych w obwodach kurskim i briańskim 31 maja, ale nie przedstawił konkretnych dowodów łączących zawalone mosty z Ukrainą. Putin twierdził, że wykolejenia pociągów potwierdzają, że „już nielegalny” ukraiński rząd, który wcześniej „przejął władzę”, „stopniowo degeneruje się w organizację terrorystyczną”. Putin kwestionował, czy Rosja może negocjować z „terrorystami” i zastanawiał się, dlaczego Rosja miałaby się zgodzić na proponowane przez Ukrainę 30-dniowe lub dłuższe zawieszenie broni, twierdząc, że Ukraina wykorzysta zawieszenie broni, aby nadal otrzymywać zachodnie dostawy broni, mobilizować personel wojskowy i przygotowywać „inne akty terrorystyczne”. Putin twierdził, że ukraiński rząd „w ogóle nie potrzebuje pokoju” i ceni władzę bardziej niż pokój. 

(...)

Putin wykorzystał również swoją rozmowę telefoniczną z Trumpem z 4 czerwca, aby fałszywie przedstawić Ukrainę jako nielegalnego partnera negocjacyjnego, który nie jest zainteresowany pokojem. Uszakow stwierdził, że Putin rozmawiał z Trumpem o wykolejeniach pociągów w Rosji 31 ​​maja, ukraińskich atakach na rosyjskie bazy lotnicze 1 czerwca i ukraińsko-rosyjskich negocjacjach w Stambule 2 czerwca. Putin zarzucił Trumpowi, że Ukraina była odpowiedzialna za wykolejenia pociągów. Uszakow twierdził, że Rosja „nie uległa” i uczestniczyła w negocjacjach w Stambule pomimo „prowokacji” ze strony Ukrainy. Oświadczenia Putina skierowane do Trumpa prawdopodobnie mają również na celu odwrócenie uwagi od braku zainteresowania Rosji negocjacjami i ciągłymi przygotowaniami do przedłużającego się wysiłku wojennego, aby uniknąć możliwych przyszłych sankcji USA, przedstawiając Ukrainę jako złego aktora.

understandingwar.org


W ubiegły piątek amerykański prezydent stwierdził, że Chiny "totalnie pogwałciły" umowę w sprawie ceł z USA Jednak nawet jeśli rozmowa odbędzie się w tym tygodniu, co według Białego Domu jest "prawdopodobne", wątpliwe jest, aby przyniosła ona przełom, na który liczy Trump.

Stany Zjednoczone znalazły się w trudnej sytuacji. Waszyngton nieskutecznie próbuje wywrzeć presję na Chiny, aby Pekin zasadniczo zmienił stosunki handlowe z USA, których wartość wynosi ok. 600 mld dol. (ok. 2 bln 200 mld zł).

Osoba zaznajomiona z rozmowami handlowymi, która zachowała anonimowość, powiedziała, że administracja znajduje się pod "dużą presją" z powodu blokady Chin na dostawy kluczowych minerałów, niezbędnych do produkcji wszystkiego, od samochodów i elektroniki po amunicję.

— Nie sądzę, aby Xi był zbyt zainteresowany dalszym eksportem metali ziem rzadkich lub magnesów do Stanów Zjednoczonych, jasno wyraził swoje stanowisko — dodała ta osoba, choć przewiduje, że istnieje "duże prawdopodobieństwo", że Xi przyjmie zaproszenie, aby przynajmniej wysłuchać Trumpa. — Prezydent ma pewną przewagę i pytanie brzmi, kiedy będzie gotowy wywrzeć maksymalną presję na chiński rząd — dodało źródło POLITICO.

Były urzędnik Trumpa blisko związany z Białym Domem, który pod warunkiem zachowania anonimowości zgodził się otwarcie omówić strategię prezydenta, powiedział: Trump uważa, że rozmowa między przywódcami kierującymi się zasadami jest sposobem na przebicie się przez ten szum i dotarcie do sedna sprawy.

Inni zewnętrzni obserwatorzy pozostają sceptyczni co do tego, czy Trump rzeczywiście będzie w stanie dodzwonić się do Xi. Od początku drugiej kadencji prezydenta urzędnicy Białego Domu publicznie obiecują, że rozmowa między przywódcami jest nieuchronna. Trump próbował nawet zasugerować poprzez niedawne komentarze w kwietniu, że obaj rozmawiali od czasu inauguracji Trumpa.

Chiński rząd jest wstrząśnięty publicznymi wystąpieniami Trumpa w Gabinecie Owalnym — w tym głośnymi spotkaniami z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim i prezydentem RPA Cyrilem Ramaphosą. Te ekscesy sprawiły, że Pekin stał się ostrożny w prowadzeniu dyplomacji z USA.

— Chiny postrzegają prezydenta Trumpa jako nieprzewidywalnego, co stanowi zagrożenie dla reputacji Xi Jinpinga — powiedział Rush Doshi, były zastępca dyrektora ds. Chin i Tajwanu w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego w administracji Joego Bidena. — Nie jest w zwyczaju dyplomatów Chińskiej Republiki Ludowej narażanie przywódcy na potencjalnie krępujące lub nieprzewidywalne spotkanie — dodał.

(...)

Amerykańscy producenci samochodów zaczęli ostrzegać, że nadchodzący niedobór metali ziem rzadkich może zmusić ich do wstrzymania produkcji i zamknięcia fabryk w ciągu kilku tygodni. Surowce te mają kluczowe znaczenie dla produkcji samochodów, od skrzyń biegów i pomp paliwowych po czujniki kierownicze i siłowniki poduszek powietrznych.

Oba kraje nadal nie mogą dojść do porozumienia w sprawie kwestii, która rzekomo skłoniła Trumpa do rozpoczęcia wojny handlowej — fentanylu. Chiny przedstawiły Białemu Domowi dwie propozycje, w tym jedną w lutym, po tym jak Trump nałożył pierwsze cła na Chiny, Kanadę i Meksyk.

— Wszyscy zgadzają się, że kluczem do dalszych postępów w sprawie ceł jest fentanyl — powiedział przedstawiciel biznesu, który chciał zachować anonimowość, aby móc omówić delikatne kwestie.

Stany Zjednoczone nie zareagowały jednak na propozycje dotyczące fentanylu, które zostały opisane jako celowe posunięcie Chin mające na celu wywołanie dyskusji na temat tego, co Pekin mógłby realnie zrobić, aby powstrzymać przepływ składników fentanylu używanych przez meksykańskie kartele do produkcji tego silnie uzależniającego narkotyku.

(...)

Oczekiwania Trumpa, że rozmowa telefoniczna z Xi może wznowić rozmowy handlowe między USA a Chinami w tych kwestiach i przynieść konkretne rezultaty, są sprzeczne z protokołami dyplomatycznymi i politycznymi rządzącej w Chinach Komunistycznej Partii Chin.

— Trump jest negocjatorem. Xi Jinping nie jest negocjatorem — jest członkiem partii na szczycie administracyjnej superstruktury — powiedział Harry Broadman, były zastępca przedstawiciela handlowego USA w administracji George'a H.W. Busha i Billa Clintona. — Nie wyobrażam sobie, aby Xi wdał się w szczegóły — co najwyżej mogą uzgodnić pewne zasady, ale to raczej nie zadowoli Trumpa — dodał.

Istnieje również ryzyko, że rozmowa między dwoma przywódcami może przynieść Trumpowi efekt odwrotny do zamierzonego, podważając długoterminowe negocjacje handlowe z Chinami.

— Podniesienie rozmów do poziomu przywódców może uniemożliwić zawarcie głębszego i większego porozumienia, które ostatecznie wymaga więcej czasu, więc przejście na poziom przywódców może być ryzykowne — powiedział Rush Doshi, były zastępca dyrektora ds. Chin i Tajwanu w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA.

onet.pl/Politico