sobota, 26 kwietnia 2025



Od początku 2025 r. rosyjscy eksporterzy ropy zmagają się z trudnościami, które negatywnie rzutują na dochody naftowo-gazowe państwa. Sankcje w połączeniu z silnym rublem i spadkiem cen ropy naftowej na światowych rynkach coraz bardziej wzmacniają presję na budżet FR. Choć w pierwszym kwartale br. jego łączne dochody były wyższe niż przed rokiem, to tempo ich wzrostu odbiegało od tego zaplanowanego w dokumencie na 2025 r.

Jednocześnie Kreml kontynuuje ekspansywną politykę budżetową, dynamicznie zwiększając wydatki. To zaś przyczynia się do dalszego wzrostu inflacji i do konieczności utrzymywania wysokich stóp procentowych, a w efekcie – wyhamowywania wzrostu gospodarczego. W przypadku utrzymania się niskich cen ropy w dłuższym okresie władze będą zmuszone do przeprowadzenia cięć w rozchodach i sięgnięcia po rezerwy.

Jak wynika z danych rządu FR, średnia eksportowa cena ropy – stanowiąca podstawę opodatkowania sektora – wyniosła w pierwszym kwartale br. 62,8 dolara za baryłkę. W porównaniu z analogicznym okresem 2024 r. stanowi to wartość niższą o ponad 5 dolarów, tj. o ok. 8%. Najsilniejszy spadek zanotowano w marcu, kiedy surowiec kosztował mniej niż 60 dolarów za baryłkę. Co istotne, pogłębił się zarazem dyskont na rosyjską ropę względem zachodniej marki Brent – różnica cenowa między nimi zwiększyła się z 10 dolarów w grudniu ub.r. do blisko 14 dolarów w marcu br.

Obniżenie ceny w pierwszym kwartale br. zostało spowodowane przez kilka czynników. Po pierwsze przyczyniło się do niego wzmocnienie efektu zachodnich sankcji poprzez „pożegnalny” pakiet odchodzącej administracji Joego Bidena z 10 stycznia br. Na mocy jej decyzji amerykańskimi restrykcjami objęto rekordowo dużą liczbę tankowców, co zmusiło eksporterów do przeceny wszystkich gatunków rosyjskiej ropy, w tym droższej od Urals i przeznaczonej na rynki azjatyckie marki ESPO. Dotychczas jej cena była w mniejszym stopniu zależna od wpływu zachodnich sankcji, gdyż jej wywóz z pacyficznego portu Koźmino jest znacznie rzadziej realizowany przy współudziale zachodnich firm, niż ma to miejsce w przypadku eksportu z portów europejskich. Nałożenie restrykcji na jednostki obsługujące ten port sprawiło, że rabat na ESPO uległ zwiększeniu – z 2 dolarów na początku stycznia do 10 dolarów na początku kwietnia.

Po drugie w pierwszym kwartale br. Rosjanie sprzedawali za granicę mniej ropy niż w analogicznym okresie 2024 r. – wolumen ten wyniósł ok. 4,6 mln baryłek na dobę i był o 300 tys. baryłek na dobę niższy niż przed rokiem. Zmniejszenie wielkości eksportu wynikało przede wszystkim z konieczności dokonania cięć w wydobyciu na skutek zobowiązań dotyczących redukowania produkcji surowca w ramach kartelu OPEC+. Po trzecie ropa taniała w ujęciu globalnym, kreując niekorzystne otoczenie dla zbytu z FR. Średnia miesięczna cena zachodniego benchmarku Brent spadła w tym okresie o ok. 8% – z 79 dolarów za baryłkę w styczniu do 72 dolarów dwa miesiące później.

Do dalszego obniżenia ceny rosyjskiej ropy doszło na początku kwietnia br. w następstwie dwóch wydarzeń: wprowadzenia przez administrację Donalda Trumpa „odwetowych” ceł na Chiny i całość amerykańskiego importu oraz decyzji OPEC+ o stopniowym zwiększaniu wydobycia. Wzrost produkcji w ramach kartelu ma jednak charakter dość ograniczony – ogłoszony „dodatkowy” wolumen jest relatywnie nieduży (411 tys. baryłek na dobę) i dotyczy dobrowolnych cięć jedynie ośmiu członków (w tym FR), zaś samo postanowienie może ulec rewizji w razie zmiany oceny otoczenia rynkowego. O wiele silniej oddziałują amerykańskie cła, potęgujące obawy globalnej gospodarki o ewentualne wejście w światową recesję, skutkującą spadkiem aktywności gospodarczej i obniżeniem popytu na węglowodory. Odbiło się to również na wycenie ropy, w tym rosyjskiej.

Negatywne konsekwencje wynikające ze spadku cen ropy pogłębiło jednoczesne umocnienie się rubla względem dolara. Od 12 lutego br. kurs rosyjskiej waluty utrzymuje się poniżej średniorocznego kursu zapisanego w budżecie na 2025 r.

Taki stan rzeczy to w pierwszej kolejności efekt rosnącej nadwyżki na rachunku obrotów bieżących. Po wprowadzeniu zachodnich sankcji i odcięciu FR od zagranicznych rynków kapitałowych to wyniki handlu zagranicznego mają obecnie decydujący wpływ na wartość rubla (a nie cena ropy, jak miało to miejsce przed inwazją). W pierwszym kwartale br., przy eksporcie tylko nieznacznie niższym niż przed rokiem, import zanotował poważne spadki (w lutym był o prawie 11% mniejszy r/r, danych za marzec brak) i tym samym zredukował zapotrzebowanie na waluty zagraniczne, co spowodowało ich przecenę. Na umacnianie się rubla wpłynęła też zmiana polityki USA wobec Rosji i rozpoczęcie rozmów z Kremlem, co optymistycznie nastawiło inwestorów – miejscowych i tych zagranicznych, którzy nadal z nią współpracują – do FR i jej partnerów gospodarczych.

Podstawą opodatkowania krajowego sektora naftowo-gazowego jest miesięczna cena eksportowa rosyjskiej ropy, wyliczana przez rząd w dolarach. Koncerny rozliczają się jednak z fiskusem w rublach. Umocnienie się tej waluty spowodowało więc, że wartość obciążeń podatkowych liczona w niej jest niższa. W budżecie na 2025 r. założono średnioroczną cenę eksportową ropy na poziomie 69,7 dolara za baryłkę, tj. 6726 rubli po kursie zaplanowanym przez rząd. Tymczasem pod koniec marca br. jej faktyczna wycena wynosiła poniżej 5 tys. rubli, a w połowie kwietnia spadła do 4,1 tys. rubli (to o ok. 40% mniej niż zakładana wartość). Marcowe spadki zostaną odzwierciedlone dopiero w wynikach budżetu za kwiecień, kiedy koncerny zapłacą podatki.

Niższe ceny eksportowanej ropy oraz wzmocnienie rubla poskutkowały zmniejszeniem naftowo-gazowych dochodów budżetowych Rosji. W lutym i marcu 2025 r. spadły one odpowiednio o ponad 18,5% i 17,2% r/r. Ich łączna wartość w całym pierwszym kwartale – tj. ok. 2,6 bln rubli – była co prawda o prawie 10% niższa niż przed rokiem, lecz dochody z tego okresu w 2024 r. były rekordowo wysokie. Stanowiła przy tym 25% całości dochodów z tego tytułu zapisanych na 2025 r. w ustawie budżetowej – tj. 10,6 bln rubli. Trzeba pamiętać, że obniżenie cen ropy zarejestrowane w marcu państwo odczuje od kwietnia.

Zgodnie z obowiązującą regułą budżetową rząd może przeznaczyć na bieżące wydatki wyłącznie dochody z sektora naftowo-gazowego uzyskiwane przy eksportowej cenie ropy wynoszącej 60 dolarów za baryłkę. Wszystkie nadwyżki osiągane przy cenach powyżej tego poziomu przeznacza się na rezerwy i akumuluje w złocie lub juanach w Funduszu Dobrobytu Narodowego (FDN). W przypadku spadku cen surowca poniżej poziomu bazowego (jak miało to miejsce w marcu br.) powstały deficyt jest pokrywany ze zgromadzonych rezerw.

W efekcie 12 kwietnia br. rząd po raz pierwszy od stycznia 2024 r. rozpoczął sprzedaż dewiz z FDN, aby uzyskanymi rublami zasypać niedobór dochodów naftowo-gazowych. To zaś dodatkowo potęguje presję na rosyjską walutę. Niemniej w całym pierwszym kwartale br. FR zwiększała rezerwy, jako że średnia cena eksportowa tamtejszej ropy przekraczała 60 dolarów za baryłkę. Środki te trafią do FDN z dużym opóźnieniem. Znajdują się one na kontach banku centralnego, który na zlecenie rządu kupuje za nie waluty lub złoto.

Należy jednak zauważyć, że po trzech latach od rozpoczęcia pełnoskalowej wojny płynne rezerwy rządowe mocno się skurczyły. Obecnie są one mniejsze niż deficyt budżetowy Rosji w 2024 r. (wyniósł 3,5 bln rubli) – mają wartość ok. 39 mld dolarów po aktualnym kursie. Wykorzystywano je nie tylko na pokrycie deficytu poprzednich lat, lecz także na liczne inwestycje infrastrukturalne i wsparcie koncernów państwowych.

W pierwszym kwartale br. nadal dynamicznie zwiększały się – o ok. 10% r/r – dochody innych sektorów gospodarki. Oznacza to ich wzrost na poziomie oficjalnej inflacji, choć wciąż poniżej zaplanowanych przez rząd na cały 2025 r. 18%. Sytuację tę należy łączyć przede wszystkim z kolejnymi obciążeniami finansowymi nałożonymi na biznes i obywateli, jako że tempo wzrostu aktywności gospodarczej mocno wyhamowało (np. w produkcji przemysłowej do 1,2% r/r wobec ponad 6% rok wcześniej). Przykładowo wpływy z VAT-u podskoczyły o 9,5% r/r, ale od początku roku wydłużyła się lista jego płatników – m.in. o samozatrudnionych oraz korzystających z uproszczonych form opodatkowania.

W efekcie łączne dochody budżetowe FR w całym pierwszym kwartale były wyższe o 3,8% niż przed rokiem, przy czym w marcu – jedynie minimalnie (o ok. 0,3% r/r wobec ponad 11% w styczniu).

W pierwszych miesiącach roku władze tradycyjnie już dynamicznie zwiększają wydatki budżetowe, awansem przekazując środki na realizację zamówień publicznych – głównie zbrojeniowych. Tegoroczne tempo wzrostu nakładów państwowych w pierwszym kwartale wyniosło aż 24,5% (rok wcześniej – 20%). W konsekwencji rząd wydał już ponad 27% funduszy na cały rok, co okazało się rekordem dla tego okresu. Z danych budżetu elektronicznego (śledzącego przepływy na bieżąco) wynika, że wysokie tempo zwiększania wydatków (o ponad 80% r/r) utrzymywało się również w pierwszym tygodniu kwietnia br. W rezultacie deficyt budżetu w pierwszym kwartale przewyższył ten zaplanowany na cały rok o 1 bln rubli.

Rządowi coraz trudniej jest finansować dynamicznie rosnące wydatki budżetowe, związane głównie z wojną. Pomimo coraz wyższych obciążeń podatkowych, wysokiej inflacji czy dewaluacji rubla od początku pełnoskalowej agresji budżet realizowano z deficytem. To zaś zmuszało Kreml do wykorzystywania rezerw i zwiększania zadłużenia publicznego. Obecny spadek cen ropy przy jednoczesnym wyhamowaniu aktywności gospodarczej wzmacnia – i tak już silną – presję na finanse państwa.

Na razie władze kontrolują sytuację, choć już w marcu Ministerstwo Finansów FR przyznało, że średnia eksportowa cena surowca w 2025 r. może zbliżyć się do 60 dolarów za baryłkę zamiast zaplanowanych w budżecie prawie 70 dolarów. W efekcie może nastąpić pogłębienie deficytu budżetowego o ok. 1% PKB (ponad 2 bln rubli).

Co więcej, pośrednie skutki protekcjonistycznej polityki Trumpa i wojna handlowa z Chinami stwarzają poważne zagrożenie dla stanu gospodarki globalnej. Pierwsze szacunki zapowiadają spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w 2025 r. (w kwietniu br. WTO skorygowała prognozy do 2,2%, wobec wcześniejszych 2,7%), co przełoży się na popyt na ropę naftową. Dla FR szczególne znaczenie ma sytuacja w ChRL, będącej aktualnie jej najważniejszym partnerem gospodarczym i istotnym importerem ropy (w ub.r. Chiny odpowiadały za połowę eksportu rosyjskiego surowca). Potencjalny spadek aktywności gospodarczej w ChRL w rezultacie amerykańskich ceł może poskutkować ograniczeniem popytu na ropę, co odbije się na rosyjskiej sprzedaży zagranicznej. Pekin już od kilku miesięcy ogranicza import ropy, węgla, gazu ziemnego i żelaza.

Jeżeli ceny ropy utrzymają się na poziomie poniżej 60 dolarów za baryłkę przez dłuższy czas, to rząd zostanie prawdopodobnie zmuszony do dokonania cięć (przede wszystkim tych niedotyczących wojny). Kreml nie jest bowiem gotów wyzbyć się całości rezerw, stanowiących dziś główne zabezpieczenie stabilności budżetowej. Przy obecnych bardzo wysokich stawkach procentowych (stawka bazowa wynosi 21%) pożyczanie pieniędzy na rynku także odznacza się niską skutecznością.

Kumulacja problemów gospodarczych – zarówno budżetowych, jak i z wyhamowaniem tempa wzrostu – sprzyja zwiększaniu presji ekonomicznej na Rosję ze strony Zachodu, a zwłaszcza Unii Europejskiej, poprzez dalsze zacieśnianie i uszczelnianie sankcji.

osw.waw.pl

piątek, 25 kwietnia 2025



– Chruszczow nie mógł zorganizować Norymbergi, ponieważ sam był umazany po łokcie we krwi. Jako pierwszy sekretarz Ukraińskiej SRR tysiącami skazywał ludzi na śmierć. W pierwszych latach jego rządów spłonęło więcej archiwów niż w czasach Stalina, bo zacierał udział swój i swoich sprzymierzeńców w represjach. Nie znam polityka, który by zorganizował sąd nad samym sobą. A pan? Niech pan też przestanie idealizować denazyfikację. Ona się powiodła tylko dlatego, że Niemcy czy Japonię okupowali alianci, to były procesy narzucone. A Związku Radzieckiego nikt nie okupował i nie mógł okupować.
– Ale ja nie mam na myśli Norymbergi w sensie dosłownym, tylko jakąś formę wewnętrznego trybunału, który publicznie osądziłby chociaż najbardziej umoczonych we krwi. A Chruszczow odpowiadał: nie rozliczyłem stalinizmu, bo trzeba by pociągnąć do odpowiedzialności więcej osób niż tych, którzy właśnie opuścili bramy łagrów. 
– Norymberga w tamtych realiach była niemożliwa. Chruszczow powinien był wskazać imiennie, kto gnębił, a kto cierpiał, kto był katem, a kto ofiarą, a on jedynie rehabilitował członków partii. Jego destalinizacja też była pozorna. 
– Zatrzymanie terroru to dla pana pozory? – pytam i marszczę głupio brwi.
– Tajny referat Chruszczowa nie rozpoczął procesu uzdrawiania psychiki narodu… – Kuriłła patrzy na mnie jak na głupiutką świnkę morską, która porozrzucała trociny i trzeba po niej posprzątać – …dokument był kierowany do Politbiura, czyli bardzo wąskiego grona osób. Chruszczow nie powiedział z kremlowskiej trybuny do milionów: „Połowa 
kraju siedziała, połowa pilnowała, ale tkwiliśmy w tym razem i musimy pójść dalej”. W czasie, gdy był pierwszym sekretarzem, Rosjanie odetchnęli z ulgą, bo zelżał terror, ale jednocześnie przyjęli strategię z okresu stalinizmu, czyli nie rozmawiali o represjach i na wszelki wypadek nie mówili o nich dzieciom, żeby te nie wygadały się w szkole. Destalinizacja Chruszczowa de facto oznaczała zapomnienie stalinizmu, pogrzebanie go w niepamięci.

Kiedy relacjonuję rozmowę z Kuriłłą swojemu powiernikowi Glebowi Dawidowiczowi, zaczynam rozumieć, jak bardzo urwałem się z choinki ze swoją Norymbergą. Bo nawet on patrzy na mnie z życzliwym politowaniem.

– Jakub, a ty znasz taką piosenkę Okudżawy Potrzebne nam jedno zwycięstwo?
– Niestety, Glebie Dawidowiczu, Okudżawa to straszna krindżówa.
– W filmie Dworzec Białoruski (koniecznie, Jakub, obejrzyj!) jest taka scena, w której w trzydziestą rocznicę wojny ojczyźnianej kombatanci śpiewają: „Potrzebne nam jedno zwycięstwo, jedno za wszystkich, nie pożałujemy żadnej ceny”. Kiedy ludzie tacy jak mój dziadek wrócili z wojny, żyli zwycięstwem, nazywali siebie pokoleniem zwycięzców. Nawet Chruszczow nie mógł zniszczyć tego mitu, powiedzieć im, że naród zwycięzców to także naród katów, a Stalin swym okrucieństwem dorównywał Hitlerowi. Rozumiesz, Jakub?

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję


Reasumując, cła dotkną chińską gospodarkę podwójnie, ograniczając eksport zarówno do USA jak i pośrednio do państw ASEAN (w wyniku nałożonych na ten region wysokich ceł). Jednocześnie Chiny będą miały problem z przekierowaniem swojego eksportu, gdyż prognozy gospodarcze dla Unii Europejskiej nie zapowiadają możliwości szybkiego wzrostu konsumpcji, a kolejny pod względem wielkości importu z Chin region, czyli Ameryka Łacińska (42 miliardy USD importu w omawianym okresie) od przynajmniej dekady boryka się z problemami gospodarczymi, zaś prognozy jej wzrostu gospodarczego na następne lata oscylują w okolicach 2% PKB.

Państwami, które posiadają odpowiednią liczbę ludności, dużą gospodarkę oraz perspektywę dynamicznego wzrostu gospodarczego i które mogłoby przyjąć część utraconego przez Chiny eksportu, są Indie i Indonezja. Jednak uwzględniając niską siłę nabywczą ludności tych państw oraz  politykę gospodarczą, wydaje się to mało prawdopodobne.

(...)

W obliczu nieuniknionego spadku chińskiego eksportu oraz potencjalnych problemów ze zdobyciem nowych rynków, które w sposób znaczny amortyzowałyby ten spadek, naturalnym wydaje się przekierowanie produkcji na rynek krajowy. Rynek ten boryka się jednak z dużymi problemami demograficznymi. W 2024 roku:
  • Liczba dzieci w wieku 0 – 15 lat w Chinach wyniosła 239,9 miliona osób (spadek o 8 milionów do 2023 roku), stanowiąc 17,1% populacji (w 2023 17,6%)
  • Liczba osób w wieku 16 – 59 lat wyniosła 857,89 miliona osób (spadek o 7 milionów wobec 2023), stanowiąc 60,9% populacji (w 2023 61,3%)
  • Liczba osób w wieku 60 lat i więcej wyniosła 310,3 miliona (wzrost o 12,7 miliona wobec 2023), stanowiąc 22% populacji (2023- 21,1%)
Zmieniająca się struktura demograficzna społeczeństwa będzie oddziaływać negatywnie na wzrost konsumpcji w ChRL. Istotne jest również, że w ciągu najbliższej dekady spadek liczby osób w wieku produkcyjnym znacząco przyspieszy, osiągając poziom kilkunastu milionów osób rocznie.

Komunistyczna Partia Chin próbuje temu przeciwdziałać, poprzez podniesienie wieku emerytalnego.
  • o 3 lata mężczyznom, z 60 do 63 lat
  • kobietom na stanowiskach kierowniczych i biurowych z 55 do 58 lat
  • dla pozostałych kobiet, z 50 do 53 lat.
Reforma ta może jedynie w niewielkim stopniu amortyzować wpływ demografii na poziom konsumpcji w Chinach. Znacznie ważniejszy dla amortyzacji starzenia się społeczeństwa jest wzrost wykształcenia osób w wieku produkcyjnym, który teoretycznie powinien przekładać się na wyższe zarobki oraz zwiększenie poziomu dochodu dyspozycyjnego. Obecnie statystyczna osoba w tym wieku w Chinach ma za sobą 11,21 lat edukacji (wzrost o 0,16 roku w stosunku do 2023).

Jednak kluczowym czynnikiem amortyzującym procesy demograficzne jest migracja pracowników z terenów wiejskich do miast. W 2024 roku liczba mieszkańców chińskich miast wzrosła o około 7 milionów osób, jednak dynamika wzrostu wyhamowuje; dla porównania w 2023 wzrost ten wynosił 14 milionów osób. W wyniku zarówno migracji, jak i faktu, że większość chińskiej młodzieży mieszka w miastach, w 2024 roku liczba nowych miejsc pracy w miastach wyniosła 12 milionów.

Reasumując, uwzględniając przyspieszenie dynamiki spadku liczby osób w wieku produkcyjnym oraz wzrost odsetka osób w wieku emerytalnym w chińskim społeczeństwie, mało prawdopodobne wydaje się, żeby chińskie przedsiębiorstwa mogły amortyzować straty poniesione w wyniku nałożenia przez USA ceł za pomocą przekierowania swojej produkcji na rynek wewnętrzny.

ukladsil.pl


➡️ Chińskie stocznie - polityczna ofensywa Pekinu

Wzrost Chin jako globalnej potęgi w przemyśle stoczniowym nabrał tempa na początku lat 2000., napędzany przez istotne zmiany polityczne:

🔸 W 2002 roku Zhu Rongji, ówczesny premier Chin i główny architekt polityki gospodarczej, odwiedził siedzibę CSSC, gdzie zadeklarował, że Chiny będą dążyć do „stania się największym krajem stoczniowym... do 2015 roku”.

🔸 W następnym roku Rada Państwowa opublikowała „Zarys rozwoju gospodarki morskiej”, który wyznaczył podstawy dla powstania trzech głównych klastrów przemysłu stoczniowego: w rejonie Bohai, Szanghaju i Kantonie (Guangzhou). Regiony te do dziś pozostają filarami chińskiej produkcji stoczniowej.

🔸 Od 2003 roku Chiny opublikowały co najmniej 25 ogólnokrajowych planów dotyczących sektora stoczniowego. Każdy kolejny Plan Pięcioletni – powszechnie uważany za główny dokument kierunkowy polityki gospodarczej – zawierał zapisy mające na celu wzmocnienie przemysłu stoczniowego. Chiński plan „Made in China 2025”również wskazał budowę statków jako jeden z priorytetów strategicznych.

🔸 Ten wzrost uwagi politycznej przełożył się na ogromne wsparcie finansowe i regulacyjne dla chińskich stoczni. Według szacunków akademickich, w latach 2006–2013 rządowe subsydia dla sektora stoczniowego wyniosły 91 miliardów dolarów, co stanowiło aż 46 procent całkowitych przychodów tej branży w tym okresie. Te działania bezpośrednio przyczyniły się do zwiększenia udziału Chin w światowym rynku o szacunkowe 42 punkty procentowe – głównie kosztem stoczni w Korei Południowej i Japonii.

🔸 Bezpośrednie wsparcie państwa kontynuowano również w latach 2010., mimo że globalny rynek stoczniowy mocno ucierpiał po kryzysie finansowym z lat 2007–2008. Badania przeprowadzone przez CSIS szacują, że w latach 2010–2018 chiński rząd zapewnił co najmniej 132 miliardy dolarów dla sektora stoczniowego i żeglugowego, głównie poprzez preferencyjne finansowanie z państwowych banków.

🔸 Ogromne subsydia kierowane do przemysłu stalowego w Chinach dodatkowo sztucznie obniżały koszty blach stalowych – kluczowego komponentu, który może stanowić nawet jedną czwartą kosztów budowy statków.

➡️ Chiny – dziś bezdyskusyjny lider światowego przemysłu stoczniowego

Sektor stoczniowy Chin przeszedł niezwykłą metamorfozę. Dwadzieścia lat temu kraj ten był peryferyjnym graczem w globalnym przemyśle stoczniowym. Dziś dominuje w tej branży.

Udziały w globalnej produkcji statków komercyjnych (według tonażu) wyglądają obecnie następująco:

🔹 Chiny: 53% w 2024 vs 5% w 2000,
🔹 Korea Płd: 29% w 2024 vs ~35% w 2000,
🔹 Japonia 13% w 2024 vs ~40% w 2000,
🔸 USA: 0.1% (!) w 2024.

🔸 W centrum tej transformacji znajduje się China State Shipbuilding Corporation (CSSC), największa na świecie grupa stoczniowa.

🔸 Zasięg CSSC wykracza poza globalny handel – jest to również główna siła napędowa chińskiego dążenia do posiadania „marynarki światowej klasy”, coraz bardziej zdolnej do projekcji siły daleko od chińskich wybrzeży.

🔸 Chiny zbudowały swoją bazę przemysłu okrętowego na rozległym sektorze cywilnym, który znacznie przewyższa możliwości USA, dając im ogromną przewagę w zdolnościach stoczniowych.

🔸 W 2024 roku amerykańskie stocznie zbudowały jedynie pięć dużych statków handlowycho łącznej pojemności 76 000 ton brutto (GT). W tym samym roku jedna tylko chińska firma – państwowa CSSC – dostarczyła ponad 250 statków o łącznym tonażu 14 milionów GT. To dwa razy więcej niż cały amerykański przemysł stoczniowy wyprodukował od zakończenia II wojny światowej ‼️

🔸 W ciągu ostatnich dwóch dekad CSSC w alarmującym tempie produkowała nowoczesne okręty wojenne, przekształcając Marynarkę Wojenną Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (PLAN) z niewielkiej siły przybrzeżnej w regionalnego giganta.

🔸 Działając pod ścisłą kontrolą najwyższych władz politycznych Chin, CSSC stała się sztandarowym przykładem realizacji strategii „fuzji wojskowo-cywilnej”(MCF), której celem jest zniesienie barier między sektorem komercyjnym a obronnym. Ta strategia podwójnego zastosowania widoczna jest oczywiście w wielu obszarach technologii w Chinach.

🔸 Napędzana tą inicjatywą CSSC celowo zaciera granice między budową statków cywilnych a wojskowych, wykorzystując swoją rozległą sieć handlową do wspierania modernizacji marynarki wojennej Chin.

🔸 Choć wiele uwagi poświęca się temu, jak MCF wspiera rozwój chińskiej armii, znacznie mniej mówi się o tym, w jaki sposób firmy spoza Chin przyczyniają się do funkcjonowania chińskiego ekosystemu przemysłu obronnego. Celowo nieprzejrzysta sieć budowy statków o podwójnym zastosowaniu utrudnia zagranicznym firmom ocenę, w jaki sposób ich zamówienia, transfery technologii i inne działania wspierają rozwój wojskowy Chin.

🔸 W latach 2019–2024 firmy zagraniczne (spoza Chin i Hongkongu) kupiły ponad 70% wszystkich statków wyprodukowanych w Chinach. Zagraniczne firmy zainwestowały miliardy dolarów i przekazały kluczowe technologie tym stoczniom o podwójnym zastosowaniu, przyspieszając modernizację chińskiej floty wojennej. Wspierając rozwój militarnej i gospodarczej potęgi Chin, ryzykują zmarginalizowanie konkurencyjności USA i ich sojuszników oraz zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa w regionie Indo-Pacyfiku.

🔸 W czasie pokoju zamówienia na statki handlowe utrzymują linie produkcyjne w ruchu; w czasie recesji gospodarczej – zamówienia wojskowe mogą zrekompensować spadki; a w czasie wojny – linie cywilne mogą być szybko przekształcone w produkcję okrętów wojennych.

🔸 Chińskie starania o wykorzystanie powiązań między przemysłem cywilnym a obronnym nie są ani zaskakujące, ani wyjątkowe. W roku 2023 przychody CSSC z sektora obronności stanowiły 23% wszystkich przychodów. To nie jest jakiś wygórowany udział, niemniej wzrost skali działalności CSSC i jego dominująca pozycja tworzy naturalnie ryzyko dla bezpieczeństwa narodowego USA i nie tylko.

🔸 Na ogromnej bazie stoczniowej na wyspie Changxing w Szanghaju jednocześnie buduje się dziesiątki statków handlowych i okrętów bojowych. Podobna scena ma miejsce w bazie Longxue w Kantonie – największej w południowych Chinach. Obie placówki zarządzane są przez CSSC.

➡️ Podział chińskich stoczni

Aby wyjaśnić skalę zagrożeń, projekt Hidden Reach stworzył bazę 307 aktywnych chińskich stoczni. Na podstawie zdjęć satelitarnych i źródeł otwartych przypisano każdą stocznię do jednej z czterech kategorii (tierów), zależnie od jej powiązania z przemysłem obronnym.

Choć wszystkie stocznie działają zgodnie z wytycznymi państwa, te z wyższych poziomów są silniej powiązane z aparatem bezpieczeństwa narodowego.

Kategoria 1⃣: Poziom ryzyka - bardzo wysokie. Stocznie należące do CSSC, znane z produkcji okrętów wojennych dla chińskiej marynarki wojennej

Kategoria 2⃣: Poziom ryzyka - wysokie. Stocznie należące do CSSC, które głównie budują statki komercyjne, ale utrzymują bliskie powiązania z projektami wojskowymi, personelem oraz mechanizmami finansowania państwowego

Kategoria 3⃣: Poziom ryzyka - umiarkowane. Stocznie należące do innych państwowych firm, które mogą zostać zmobilizowane do wsparcia potrzeb wojskowych i bezpieczeństwa narodowego

Kategoria 4⃣: Poziom ryzyka - niższe. Prywatne lub zagraniczne stocznie, które mają ograniczone udokumentowane zaangażowanie wojskowe, ale podlegają chińskiej kontroli regulacyjnej i politycznej

🔸 Na pierwszy rzut oka prywatne stocznie z TIER 4 wydają się dominować (74% wszystkich). Ale po uwzględnieniu rocznej produkcji w tonach widać wyraźnie, że stocznie państwowe są znacznie bardziej wydajne. Szczególnie dominują stocznie należące do CSSC. Stocznie z poziomu 1 i 2 stanowią tylko 15% aktywnych stoczni, ale odpowiadają za 40% chińskiej produkcji handlowej (tonażowo). Prywatne stocznie, choć liczniejsze, odpowiadają jedynie za 36% produkcji.

🔸 Mimo widocznych powiązań stoczni TIER 1 z marynarką wojenną Chin, firmy zagraniczne złożyły tam zamówienia na 305 statków, generując dziesiątki miliardów dolarów przychodu.

🔸 Firmy z państw sojuszniczych USA – http://m.in. Japonii, Korei Południowej, Francji, Grecji, Danii – zamawiały statki w TIER 1. Nawet dwie firmy z USA kupiły tam kadłuby.

🔸 Najbardziej uderzające jest to, że firmy z Tajwanu – mimo stałego zagrożenia ze strony Chin – również kupują w ryzykownych stoczniach. Evergreen Marine Corporation zbudował ponad 15% swojej floty w stoczniach produkujących też okręty wojenne dla PLAN.

🔸 Firmy zagraniczne dostarczyły również kluczowe technologie o podwójnym zastosowaniu poprzez wspólne przedsięwzięcia, licencje i zakupy. Umożliwiło to PLAN przezwyciężenie barier technologicznych, np. w napędach morskich.

🔸 Ponadto, główni chińscy producenci okrętów wojennych nadal korzystają z dostępu do rynków finansowych USA i ich sojuszników – nawet inwestorzy instytucjonalni z USA finansują CSSC i jej spółki zależne, mimo ich centralnej roli w chińskim ekosystemie wojskowym.

🔸 W 2024 roku chiński eksport statków handlowych przyniósł 43 miliardy dolarów. TIER 1 zdobywa kontrakty warte miliardy. Zyski te są inwestowane w rozbudowę CSSC, http://m.in. w Szanghaju i Kantonie. Budowane są nowe suche doki, hale produkcyjne i centra badawcze.

➡️ Ryzyka strategiczne i implikacje globalne

Rosnąca dominacja Chin w globalnym przemyśle stoczniowym stanowi poważne wyzwanie gospodarcze i bezpieczeństwa narodowego dla USA i ich sojuszników. Chińska ekspansja marynarki wojennej, napędzana modelem produkcji o podwójnym zastosowaniu, zmniejsza przewagę sił morskich USA.

🔸 PLAN ma obecnie więcej okrętów niż Marynarka Wojenna Stanów Zjednoczonych i zmierza ku flocie 425 okrętów do 2030 roku, wspieranej przez bazę przemysłową, która może szybciej naprawiać i zastępować jednostki niż amerykańskie stocznie.

🔸 Gospodarczo polityki przemysłowe Chin wypierają stocznie USA i sojuszników. Japonia i Korea Południowa, niegdyś dominujące, tracą rynek nawet w sektorze zaawansowanym, jak tankowce LNG.

🔸 Europejscy producenci też odczuwają konkurencję – Chiny wchodzą na rynek luksusowych statków wycieczkowych.

🔸 Amerykański przemysł stoczniowy praktycznie zanikł – w 2024 roku jego udział w rynku globalnym wyniósł zaledwie 0,11%. Osłabienie tych zdolności zagraża gotowości wojskowej i wspiera ambicje Chin w zakresie globalnej projekcji siły.

🔸 Chiny to także kluczowy partner dla dostawców komponentów do statków – wielu zagranicznych producentów podzespołów dzieli się technologiami poprzez licencje, joint venture czy sprzedaż bezpośrednią. Część tych technologii wzmacnia także możliwości okrętów wojennych.

x.com/T_Smolarek


Pomimo negatywnych skutków dla Ukrainy na arenie międzynarodowej spór Trump–Zełenski zaowocował wzrostem zaufania jej obywateli do prezydenta – w drugiej połowie marca wyniosło ono 69%. Sytuacja ta zwiększyła też jego szanse na drugą kadencję – według sondażu Ipsos w hipotetycznych wyborach prezydenckich Zełenski prawdopodobnie pokonałby potencjalnego kontrkandydata generała Wałerija Załużnego (szerzej zob. wykres 4). Z jednej strony rosnące poparcie dla przywódcy wskazywałoby na jego korzyści płynące z rychłego przeprowadzenia wyborów. Z drugiej – osłabia ono amerykańskie (i rosyjskie) apele o wdrożenie takiego rozwiązania, gdyż nie przyniosłoby to zmiany władzy.

Ukraińcy traktują presję USA mającą na celu wymuszenie porozumienia w negocjacjach z Rosją jako atak na własną suwerenność, a twarde stanowisko Zełenskiego – jako jej obronę. Poparcie opinii publicznej dla prezydenta wynika z zachowania przez niego nieugiętej i skutecznej postawy w obliczu nacisków na podpisanie umowy surowcowej w niekorzystnym dla Kijowa kształcie czy zorganizowanie wyborów w warunkach działań zbrojnych (najprawdopodobniej to wzrost zaufania do Zełenskiego sprawił, że administracja Trumpa nie forsuje już tego postulatu). Aprobata społeczna dla przywódcy będzie też dalej usztywniać stanowisko Ukrainy w kwestii ewentualnych żądań Stanów Zjednoczonych dotyczących zmiany jej „czerwonych linii” przy negocjacji porozumienia pokojowego, takich jak uznanie ustępstw terytorialnych de iure, porzucenie kursu integracji z NATO bez uzyskania innych wiarygodnych gwarancji bezpieczeństwa czy ograniczenie potencjału sił zbrojnych. Ukraińcy głoszą także gotowość do dalszej walki nawet bez wsparcia USA – zgodnie z marcowym badaniem KIIS za takim postępowaniem opowiada się 82% respondentów.

Mimo prób dostosowania się do polityki nowej administracji amerykańskiej Kijów nie zyskał jej przychylności, co doprowadziło do znaczącego pogorszenia stosunków z Waszyngtonem. To nie popełniane przez Ukraińców błędy (podważanie wysiłków Stanów Zjednoczonych w zakresie wynegocjowania pokoju, rozmowa bez tłumacza podczas spotkania prezydentów w Gabinecie Owalnym) mają decydujący wpływ na brak skuteczności w przekonywaniu ekipy Trumpa do własnej wizji zakończenia wojny. Republikanin od początku faworyzował kontakty z Putinem, a jego administracja, choć wykazuje oznaki zniecierpliwienia, wciąż ma nadzieję na sukces negocjacyjny i porozumienie z Moskwą.

osw.waw.pl


Mariia Tsiptsiura, Onet: - W mediach dużo mówi się o tym, że Rosja rozpoczęła ofensywę w obwodach sumskim i charkowskim. Jak wygląda obecna sytuacja?

Igor Romanenko: Sytuacja na frontach eskalowała do etapu działań ofensywnych na dużą skalę, ale są one niezdecydowane. Federacja Rosyjska nie ma teraz siły, by podjąć zdecydowane działania. Na przykład na kierunku pokrowskim, który jest tak ważny dla wroga, trwa aktywizacja. Siły są tam teraz przerzucane z obwodu kurskiego, gdzie Rosjanom udało się wyprzeć wojska ukraińskie. Wrogowi udało się również wejść na terytorium obwodu sumskiego. Ale ukraińskie siły zbrojne zorganizowały asymetryczny nalot w regionie Biełgorodu, gdzie ukraińskie wojska przejęły kontrolę nad kilkoma osadami. Prowadzone są tam działania, o których rok temu mówił szef wywiadu obronnego Ukrainy. Wówczas wywiad donosił, że wróg ma dwa plany ofensywne w obwodzie charkowskim i w obwodzie kurskim.

Po tych oświadczeniach Rosja rozpoczęła ofensywę w obwodzie charkowskim. Ale przeszli nie więcej niż 10 km i zatrzymali się. Oczywiście kontrolują Wołczańsk, ale nie mogą iść dalej, choć próbują walczyć. Nie mogą też przejść przez Liptów do Charkowa. Wróg stał się jednak bardziej aktywny niedaleko Kupiańska. Kolej jest tam dla nich bardzo ważna. A jeśli spojrzeć na południe, wróg próbuje utworzyć tam półpierścień. W tym celu zajmuje przyczółek na prawym brzegu rzek w pobliżu Kupiańska i dalej na południe.

- Jak wygląda sytuacja w obwodach ługańskim i donieckim?

Część obwodu ługańskiego pozostaje pod kontrolą Ukrainy. Musimy pamiętać, że Putin dodał go również do swojej konstytucji. Wrogowi udało się zająć 90 proc. obwodu ługańskiego, ale jego część pozostaje pod kontrolą Ukrainy. W kierunku pokrowskim [obwód doniecki] wróg próbuje odciąć szlaki logistyczne. Miesiąc temu przybył tam nowy dowódca, gen. Drapaty. Zorganizował kontrataki, zatrzymał natarcie wroga i ustabilizował sytuację. Wróg nie odniósł tam decydującego sukcesu. A okno możliwości dla Putina może się zamykać, o ile uda się go jeszcze zmusić do zawieszenia broni.

Zbliża się 9 maja, do tego czasu Rosja chciałaby podsumować wyniki tzw. operacji wojskowej i poinformować o jej sukcesach. A ponieważ Rosjanie nie są w stanie szybko nacierać na Pokrowsk, przesuwają się na zachód, gdzie zdobyli Kurachowe. Zacięte walki trwają nadal w okolicach Konstantinówki, na drodze w stronę granicy administracyjnej z obwodem dniepropetrowskim. Rosjanie chcieli się tam dostać, aby pokazać, że tam też walczą.

- Kolejnym punktem zapalnym jest obwód chersoński. Jak tam wygląda sytuacja?

W obwodzie chersońskim wróg próbuje zdobyć przyczółki, ale wysoki prawy brzeg wciąż jest pod naszą kontrolą. Prowadzenie tam operacji jest bardzo trudne. Ukraińskie siły zbrojne odepchnęły jednak wroga w rejonie Zaporoża. Większe sukcesy odnoszą w sektorze Czasiw Jaru, próbują tam stworzyć kocioł. Są to jednak tylko plany, wróg posuwa się powoli. Toczą się tam zurbanizowane walki, a to zawsze jest bardzo trudne. Strony ponoszą straty, zwłaszcza strona nacierająca — dlatego stara się ominąć Czasiw Jar. Ogólnie rzecz biorąc, cała ta sytuacja pokazuje, że ten etap wojny na dużą skalę nie jest tak gwałtowny, jak chcieliby Rosjanie. Wróg oczywiście planuje kolejne etapy ofensywy latem i jesienią. Ale wszystko będzie zależeć od wyników pierwszego etapu, a także od tego, jak skutecznie uda im się zebrać zasoby. Ich plan zakłada zebranie 160 tys. ludzi. Widzimy, że zbierają żołnierzy z całego świata, jak chociażby Koreańczyków czy Chińczyków.

- Jak intensywne są działania wojenne w obwodzie sumskim?

Ofensywa już trwa, ale nie widzę jeszcze możliwości na zdecydowane natarcie na dużą skalę. W obwodzie kurskim sformowano grupę ponad 60 tys. ludzi, w skład której wchodzą elitarne jednostki: piechota morska, spadochroniarze i inni. Używają również oddziału dronów FPV obsługiwanych przez światłowody — nasze systemy walki elektronicznej nie miały na nie wpływu. Z tego powodu faktycznie ograniczyli wsparcie logistyczne naszego zgrupowania w regionie Kurska do minimum, więc musieliśmy wycofać nasze wojska. Teraz wróg przesuwa wiele z tych oddziałów w kierunku Pokrowska. W obwodzie sumskim wróg zdobył już kilka osad, z pewnością będzie próbował wyprzeć nasze siły z obwodu biełgorodzkiego i posunąć się wgłąb obwodu sumskiego.

onet.pl


Dane Rezerwy Federalnej pokazują, że realna wartość dolara nadal utrzymuje się prawie dwa odchylenia standardowe powyżej średniej od początku ery płynnego kursu walutowego w 1973 r. Jedyne dwa okresy historyczne o podobnym poziomie wyceny to połowa lat 80. i początek XXI w. Oba stworzyły warunki do deprecjacji o 25–30 proc.

W połączeniu z trwającym przepływem portfeli inwestycyjnych do aktywów amerykańskich i lepszymi wynikami akcji tego kraju, aprecjacja dolara znacznie zwiększyła udział Stanów Zjednoczonych w portfelach inwestorów globalnych. MFW [Międzynardowy Fundusz Walutowy] szacuje, że inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych posiadają obecnie aktywa amerykańskie o wartości 22 bln dol. [82 bln 584 mld 876 mln zł]. Stanowi to prawdopodobnie jedną trzecią ich łącznych portfeli, a połowa tej kwoty to akcje, które często nie są zabezpieczone walutowo. Decyzja inwestorów spoza Stanów Zjednoczonych o zmniejszeniu ekspozycji na amerykańskie aktywa prawie na pewno spowodowałaby zatem znaczną deprecjację dolara.

W rzeczywistości nawet niechęć inwestorów spoza Stanów Zjednoczonych do zwiększania swoich portfeli amerykańskich prawdopodobnie będzie miała negatywny wpływ na dolara. Wynika to z faktu, że bilans płatniczy wskazuje, że deficyt rachunku bieżącego Stanów Zjednoczonych w wysokości 1,1 bln dol. [4 bln 128 mld 741 mln zł] musi być finansowany poprzez napływ kapitału netto w wysokości 1,1 bln dol. rocznie. Teoretycznie mogłoby to nastąpić poprzez zakup amerykańskich aktywów portfelowych przez inwestorów zagranicznych, bezpośrednie inwestycje zagraniczne w Stanach Zjednoczonych lub sprzedaż aktywów zagranicznych przez Stany Zjednoczone. W praktyce jednak większość wahań salda rachunku bieżącego Stanów Zjednoczonych odpowiada wahaniom zakupów amerykańskich aktywów portfelowych przez inwestorów zagranicznych. Jeśli inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych nie chcą kupować więcej amerykańskich aktywów po obecnych cenach, ceny te muszą spaść, dolar musi się osłabić lub (co jest najbardziej prawdopodobne) musi nastąpić jedno i drugie.

Obserwacje te nie miałyby większego znaczenia, gdyby gospodarka amerykańska miała nadal osiągać lepsze wyniki niż gospodarki innych krajów, tak jak miało to miejsce przez większość ostatnich dwóch dekad. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, przynajmniej w ciągu najbliższych kilku lat. W Goldman Sachs obniżyliśmy ostatnio prognozy wzrostu gospodarczego dla wszystkich głównych gospodarek w związku z szokiem celnym, ale nigdzie nie obniżyliśmy ich tak bardzo jak dla Stanów Zjednoczonych. Obniżyliśmy nasze szacunki dotyczące wzrostu PKB w Stanach Zjednoczonych z jednego proc. w czwartym kwartale 2024 r. do 0,5 proc. w tym samym okresie bieżącego roku. Biorąc pod uwagę powolny wzrost PKB i zysków przedsiębiorstw, gwałtowny wzrost niepewności co do polityki Stanów Zjednoczonych oraz wątpliwości dotyczące niezależności Fed [banku centralnego USA], spodziewamy się, że inwestorzy spoza Stanów Zjednoczonych ograniczą zainteresowanie amerykańskimi aktywami.

Deprecjacji dolara nie należy mylić z utratą statusu dolara jako dominującej waluty światowej. O ile nie dojdzie do ekstremalnych wstrząsów, uważamy, że przewaga dolara jako globalnego środka wymiany i środka przechowywania wartości jest zbyt silna, aby inne waluty mogły ją prześcignąć. W przeszłości mieliśmy do czynienia z dużymi wahaniami kursów walutowych, które nie spowodowały utraty dominującej pozycji dolara, i naszym podstawowym założeniem jest, że obecna sytuacja nie będzie się różnić od poprzednich.

Jakie są ekonomiczne konsekwencje osłabienia dolara? Po pierwsze, pogłębi to presję na wzrost cen konsumpcyjnych związaną z cłami. Same cła prawdopodobnie spowodują wzrost inflacji bazowej — mierzonej wskaźnikiem cen wydatków konsumpcyjnych — z obecnych 2,75 proc. do 3,5 proc. w dalszej części roku, a osłabienie dolara może dodać kolejne 0,25 punktu procentowego. Chociaż jest to niewielki wzrost, deprecjacja dolara utwierdza nas w przekonaniu, że "obciążenie" wyższymi cłami amerykańskimi spadnie głównie na amerykańskich konsumentów, a nie na zagranicznych producentów.

Po drugie, słabszy dolar nie tylko podnosi ceny importowe i konsumenckie, ale także obniża ceny eksportowe (mierzone w walucie obcej). W perspektywie średnioterminowej ta względna zmiana cen powinna pomóc w zmniejszeniu deficytu handlowego Stanów Zjednoczonych, co jest jednym z celów administracji Trumpa. Dlatego też amerykańscy decydenci polityczni raczej nie będą przeszkadzać w deprecjacji dolara, nawet bez jakiegokolwiek "porozumienia z Mar-a-Lago".

Po trzecie, słabszy dolar mógłby w zasadzie złagodzić warunki finansowe i pomóc w utrzymaniu gospodarki amerykańskiej z dala od recesji. Jednak istotne znaczenie mają czynniki powodujące deprecjację. Zmniejszony popyt na aktywa amerykańskie, w tym papiery skarbowe, mógłby zrównoważyć wpływ słabszej waluty na warunki finansowe.

onet.pl/The Financial Times


Jeszcze rok temu Rosjanie wypuszczali ich nad Ukrainę 250-500 w ciągu miesiąca. Wiele nocy bywało zupełnie bez ataków, aż uzbierano odpowiednio dużą partię i puszczano kilkadziesiąt naraz. Teraz jest diametralnie odmiennie. Praktycznie każda noc to kilkadziesiąt "Szahedów" wlatujących nad Ukrainę i kolejne kilkadziesiąt towarzyszących im wabików. W marcu ilość użytych dronów przebiła poziom 4 tysięcy, po kilku miesiącach drastycznych wzrostów.

Ukraińcy noc w noc twierdzą, że zdecydowaną większość intruzów zestrzeliwują, wytrącają z kursu systemami walki elektronicznej lub te same gubią trasę. Mimo to niewielka część dociera do domniemanych celów. Kiedyś może kilka na noc, teraz nawet kilkanaście i więcej. Choćby z 22 na 23 kwietnia kilka dronów spadło na Odessę, wywołując znaczące pożary w kilku punktach miasta. Tej samej nocy również po kilka Szahedów spadło na Połtawę i Charków, też wywołując eksplozje i pożary, oraz odcinając czasowo prąd w części tego pierwszego miasta. Ogólnie według oficjalnych danych ukraińskich, Rosjanie tej nocy wystrzelili 134 drony, z czego 67 miało zostać zestrzelonych, a 47 "dronów-imitatorów" rozbić się bez szkód (więcej o nich później). Czyli 20 Szahedów doleciało do celu, lub ich okolicę.

Oczywiście głównym czynnikiem umożliwiającym Rosjanom coraz cięższe ataki, jest znaczące zwiększenie skali produkcji Szahedów. Drony te zostały stworzone w Iranie, jako tani i prosty system uderzeniowy dalekiego zasięgu, czyli rzędu do 2 tysięcy kilometrów. Nazwano je Szahed-136. Długie na 3,5 metra, szerokie na 2,5 metra, ważące około 200 kilogramów, z czego głowica oryginalnie ważyła około 40 kilogramów. Kadłub z kompozytów, prosta elektronika na cywilnych komponentach (głównie zachodnich) i bezlicencyjna kopia małego niemieckiego silnika dwusuwowego dla motolotni czy temu podobnych niewielkich pojazdów latających. Lecące nisko, na wysokości kilkuset metrów z niewielką prędkością rzędu 150 kilometrów. Do tego niemiłosiernie hałasujące, bo tłumiki to zbędna masa. W Ukrainie dorobiły się nazwy "moped", bo z daleka brzmią jak stary motorower czy motorynka z urwanym tłumikiem. Taka broń była jedną z pierwszych, które Rosjanie zakupili w Iranie jeszcze w 2022 roku, kiedy stało się ewidentne, że nie będzie to żadna prosta trzydniowa operacja specjalna.

Początkowo drony były dostarczane z Iranu, ale szybko zaczęto też organizować produkcję w Rosji. Pierwsze produkowane przez Rosjan Szahedy spadły na Ukrainę latem 2023 roku. Poddano je serii modyfikacji i zrusycyzowana wersja zyskała oddzielną nazwę Gieran-2. Przez cały następny rok produkcja i dostawy z Iranu musiały pozostawać na względnie niskim poziomie, pozwalającym na wspomniane kilkaset ataków miesięcznie. Dopiero latem 2024 roku stało się coś, co umożliwiło gwałtowny wzrost ich intensywności, który trwa do dzisiaj. Można się domyślać, że był to efekt ostatecznego stworzenia całego łańcucha poddostawców zdolnych na dużą skalę i za akceptowalne pieniądze dostarczać komponenty do produkcji. W najnowszych wariantach dronów między innymi odkryto silniki produkowane już w Chinach, a praktycznie cała elektronika ma być rosyjska lub na chińskich podzespołach. Dodatkowo nastąpiła znacząca rozbudowa zakładów produkcji Gieranów w Jełabudze, które umieszczono na terenie cywilnej specjalnej strefy ekonomicznej. Powierzchnia budynków najprawdopodobniej zaadoptowanych na potrzeby produkcji dronów podwoiła się od 2023 roku, do około 160 tysięcy metrów kwadratowych. Dodatkowo według agencji Reutera w 2024 roku ustanowiono nową linię produkcyjną w Iżewsku, na terenie zakładów Kupol, wchodzących w skład koncernu Ałmaz-Antej specjalizującego się w broni przeciwlotniczej. Fabryka w Iżwesku zajmowała się głównie latającymi celami do testów tejże. Teraz ma na dużą skalę produkować Gieran-2.

Poza zwiększoną produkcją Rosjanie ciągle ulepszają drony i taktykę ich użycia. Ukraińcy często donoszą o znalezionych we wrakach nowych rozwiązaniach. Celem ulepszenia celności, część dronów ma zamontowane dodatkowe anteny i telefony komórkowe logujące się do ukraińskiej sieci podczas lotu, albo zdarzają się nawet anteny amerykańskiej cywilnej nawigacji satelitarnej Starlink. Niektóre Gierany mają mieć zamontowane kamery. Inne mają proste urządzenia do prowadzenia walki elektronicznej czy zwiadu elektronicznego (np. wykrywania ukraińskich radarów). Pojawiła się też wersja z dwukrotnie cięższą głowicą, ważącą 90 kilogramów. Jej dodatkowa masa miała ograniczyć zasięg drona o połowę, do poniżej tysiąca kilometrów, ale to wystarczające do sięgnięcia większości Ukrainy, a w zamian tak zmodyfikowany Gieran jest zdolny wyrządzić znacznie większe szkody. Rosjanie chwalą się też pracami nad odrzutową wersją tychże dronów. Ze znacznie silniejszym napędem sprowadzanym z Chin mają osiągać około 600 km/h przy zasięgu rzędu 2 tysięcy kilometrów. Taka wersja na pewno będzie znacznie droższa, ale też znacznie trudniejsza do zestrzelenia. Wstępnie jest określana jako Gieran-3.

Dodatkowo Rosjanie stworzyli wspomniane drony towarzyszące dla "mopedów". Jeszcze prostsze i jeszcze tańsze, pozbawione głowic bojowych. Ich celem jest dodatkowo zapełnić ukraińską przestrzeń powietrzną i zwiększyć obciążenie systemu wykrywania oraz zwalczania bezzałogowców. Dwa podstawowe typy to Gerber i Parodia. Ukraińcy nie precyzują w swoich komunikatach, ile z wystrzelonych przez Rosjan dronów to owe wabiki. Biorąc jednak za przykład dane ze wspomnianej nocy z 22 na 23 kwietnia, ze 134 maszyn wlatujących nad Ukrainę, 47 określono jako "symulatory dronów wroga", które zniknęły z radarów i rozbiły się bez szkód. Czyli co trzecia użyta maszyna miałaby być wabikiem. Podawanie przez Ukraińców takich danych sugeruje, że dość dobrze udaje im się rozróżniać, co jest prawdziwym zagrożeniem, a co nie. Jednak sam ten proces angażuje ich środki i obciąża cały system kontroli obrony powietrznej, być może ułatwiając części Gieranów dotarcie do celu.

Rosjanie eksperymentują też ze zmienianiem wspomnianej taktyki. Ostatnie tygodnie mają upływać pod znakiem znacznie bardziej skoncentrowanych uderzeń. Tak jak wcześniej "mopedy" zazwyczaj kierowano na bardzo rozproszone cele, aby stworzyć stan zagrożenia dla jak największego obszaru Ukrainy, tak teraz mają przeprowadzać skoncentrowane ataki. Czyli po kilkanaście-kilkadziesiąt na jedno miasto, nadlatując z wielu kierunków. Podnosi to szanse na przebicie się do celu i jego trafienie. Zmienił się cel użycia Gieranów przez Rosjan. Z ogólnie terrorystycznego, obliczonego na obciążanie Ukraińców i wyczerpywanie ich obrony przeciwlotniczej, na uderzenia obliczone na wywołanie jakichś poważniejszych szkód w wybranych miejscach.

Ukraińcy radzą sobie z tym zagrożeniem na mnóstwo sposobów. Ponieważ wykrywanie tak małych celów lecących na małej wysokości jest problematyczne dla klasycznych systemów obrony przeciwlotniczej (radary), tak samo jak późniejsze ich śledzenie w powolnym locie nad centralnymi obszarami Ukrainy (bo drony nie lecą prostą trasą do celu, ale kluczą, wykonując wcześniej zaprogramowane zwroty, aby utrudnić stwierdzenie, dokąd naprawdę zmierzają), to stworzono alternatywne systemy wykrywania. Największym ma być ten o nazwie "Powietrzna Forteca", składający się z kilkunastu tysięcy mikrofonów zamontowanych na słupach. Wykrywają one głośne "mopedy" i w ten sposób umożliwiają śledzenie trasy ich lotu. Aktualnie do służby ma wchodzić też latający szwedzki radar Erieye, zamontowany na samolocie Saab 340. Szwedzi podarowali go Ukraińcom w 2024 roku, aktualnie prawdopodobnie odbywa już loty nad zachodnią Ukrainą, wydatnie wspomagając wykrywanie Gieranów nad centrum kraju.

Na przechwycenie wykrytych intruzów Ukraińcy wysyłają wszystko, co mogą. Na ziemi oznacza to  pełnoprawne systemy obrony przeciwlotniczej bardzo krótkiego zasięgu jak ex-niemieckie Gepardy czy ex-amerykańskie Avengery. Do tego lotne zespoły przeciwlotnicze na samochodach z reflektorami, karabinami/działkami i lekkimi ręcznymi wyrzutniami rakiet. W powietrzu na Gierany polują myśliwce i śmigłowce. W ostateczności do akcji mogą wkroczyć najdroższe rakietowe systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu jak zachodnie NASAMS i IRIS, czy różne poradzieckie, ale tutaj relacja koszt/efekt robi się już bardzo niekorzystna. To podstawowy problem zwalczania Gieranów. Pojedyncza sztuka w podstawowym wariancie prawdopodobnie kosztuje Rosjan równowartość 30-50 tysięcy dolarów. Zachodnie rakiety przeciwlotnicze są nawet kilkanaście razy droższe, a większość tych poradzieckich jest bezcennych, bo nie ma ich skąd brać. Czasem nie ma jednak wyboru, bo rosyjski dron zmierza w kierunku czegoś, co jest jeszcze cenniejsze i trzeba tego bronić. Ogólnie obrona przed Gieranami pochłania więc najpewniej większe środki, niż Rosjanie wydają na ich produkcję oraz wystrzeliwanie. To ich podstawowa zaleta. Obciążają i wyczerpują ukraińską obronę przeciwlotniczą. Dodatkowo ostatnio też coraz częściej w coś trafiają, wywołując szkody na ziemi.

Z rosyjskiej perspektywy tanie drony uderzeniowe ewidentnie się opłacają. Gdyby więc kiedyś doszło do konfliktu z NATO, to na pewno też zostałyby one użyte i to najpewniej w jeszcze większej skali, bo produkcja dronów ciągle rośnie. Byłoby to duże wyzwanie dla na przykład polskiej obrony przeciwlotniczej. Nasze wojsko szykuje się na bardziej tradycyjne zagrożenia w postaci samolotów i rakiet. Masowe zagrożenie w postaci takich dronów jak Gieran, jeszcze kilka lat temu w ogóle nie istniało. Aktualnie nie mamy w planach masowych zdolności do taniej i mobilnej obrony przeciwlotniczej bardzo krótkiego zasięgu, poza to, co już zamówiono do bezpośredniej obrony oddziałów wojska przy pomocy systemów Pilica i Poprad. Jest to więc istotne wyzwanie i problem.

gazeta.pl


Dr Gizela Jagielska, pracująca w szpitalu w Oleśnicy, w 2024 r. przerwała ciążę pani Anity, która nosiła płód z ciężką postacią wrodzonej łamliwości kości. Przedtem pani Anita i jej mąż całymi miesiącami tułali się od lekarza do lekarza i od szpitala do szpitala, bezskutecznie próbując się dowiedzieć, co może czekać ich synka po urodzeniu. Nie informowano ich rzetelnie o stanie płodu, mamiono nadzieją. To, jak poważna jest wada, pani Anita uświadomiła sobie dopiero dzięki studentom, którzy przyszli z profesorem oglądać jej USG i żywo komentowali, co tam widzą ("Patrz, jakie ma nogi wygięte!" "Ile złamań!"). W końcu pacjentkę wbrew jej woli zamknięto w izolatce w szpitalu psychiatrycznym (choć w wywiadzie negowała myśli samobójcze). Dr Jagielska była pierwszą lekarką, która rzeczywiście jej pomogła. Postąpiła przy tym zgodnie z polskim prawem i aktualną wiedzą medyczną. Ale przecież to wszystko nie ma znaczenia, znaczenie ma tylko hasło "aborcja w 9. miesiącu ciąży".

W marcu w "Gazecie Wyborczej" ukazał się tekst Pauliny Nodzyńskiej o tej przerażającej historii. Miesiąc później do Oleśnicy wyruszył na białym koniu europoseł Grzegorz Braun (który już nie jest w Konfederacji, ale był jeszcze kilka tygodni temu, zanim sąd partyjny wyrzucił go za samowolny start w wyborach prezydenckich). Braun wraz ze swoją świtą - m.in. posłem Romanem Fritzem - postanowił omodlić szpital, nie dopuścić dr Jagielskiej do pacjentek i dokonać "obywatelskiego zatrzymania" lekarki. (...). Na miejsce przybyli policjanci, aby stać, patrzeć na Brauna i nic konkretnego nie robić. Bezkarność antyaborcjonistów i indolencja służb w środku kampanii wyborczej jeszcze dodała rozgłosu szpitalowi w Oleśnicy.

(...)

Jest taki termin "terroryzm stochastyczny". (Pisałam już kiedyś o tym w kontekście tego, jak Donald Trump szczuje na swoich politycznych przeciwników). Chodzi w nim o nakłanianie do przemocy, ale takie, w którym odpowiedzialność się rozmywa. Zamiast sączyć namowy do ucha jednej konkretnej osoby, puszcza się w eter określone komunikaty. Mówi się - np. w mediach czy mediach społecznościowych - że pani X jest złym człowiekiem, że popełnia straszne czyny, że zasługuje na karę. Nie sposób przewidzieć, w kim - i kiedy - takie opowieści zarezonują na tyle, że weźmie broń palną czy butelkę z kwasem i pójdzie "wymierzyć sprawiedliwość". A wtedy ci, którzy prowadzili nagonkę, umyją ręce. Oni przecież tylko wyrażali swoje zdanie. 

(...)

Jak na razie w sprawie gróźb wobec dr Jagielskiej policja zatrzymała cztery osoby.

gazeta.pl

czwartek, 24 kwietnia 2025



Ponad 70 lat temu, w książce o dynamice masowych, skrajnych ruchów "Prawdziwy wyznawca", Eric Hoffer pisał, że opierają się one nie tyle na konkretnej ideologii, ile na nienawiści do teraźniejszości i tęsknocie za niejasno określoną utopijną przyszłością. I wojna światowa i jej następstwa stworzyły grunt dla bolszewików, faszystów i nazistów. Gruntem dla trumpizmu były rozczarowania ostatnich 40 lat, kiedy w Ameryce kurczyła się klasa średnia i kruszyła wiara, że jutro będzie lepsze. Dobrze płatnych posad ubywało, najszybciej dla mężczyzn bez wyższego wykształcenia. Ich poczucie własnej wartości dodatkowo ucierpiało w wyniku zmian kulturowych: więcej kobiet pracuje – bo musi, trudniej kopnąć czarnego, Latynosa lub geja – bo chroni ich prawo. Kryzys finansowy z lat 2008-2009 pogrzebał wiarę w uczciwość reguł gry, a ci, którzy katastrofę sprokurowali, wyszli bez szwanku.

Prawica od 20 lat z powodzeniem, głównie z pomocą telewizji Fox, sprzedaje narrację, w której źródłem wszelkiego zła są intelektualne elity, czyli Demokraci. W tej opowieści odpowiadają oni za globalizację, nieszczelne granice i moralną dekadencję. Republikanie to partia uciskanych, zapomnianych i lekceważonych. I na tak przygotowaną scenę wkroczył Donald Trump. By zostać liderem ruchu budowanego wokół takich sentymentów nie trzeba ani wyjątkowej inteligencji, ani szlachetnego charakteru, ani oryginalności. Te cechy stanowią wręcz obciążenie. Potrzebne są za to: fanatyczne przekonanie, że jest się posiadaczem jedynej prawdy, zdolność do żarliwej nienawiści, bezczelność, która wyraża się w lekceważeniu zasad i uczciwości, zuchwałość i radość ze stawania innym okoniem. A także pokaźna dawka szarlatanerii, bo masowy ruch nie obejdzie się bez świadomego i celowego przeinaczanie faktów.

Kongres stał się terenem wojny kulturowej o sile i brutalności wcześniej niespotykanych. I w tej wojnie tkwi klucz do zrozumienia niesłabnącego poparcia, jakim Trump cieszy się wśród milionów, choć kolejne sądy stwierdzają, że naruszył prawo. Sądowe wyroki nie szkodzą jednak Trumpowi. Wręcz przeciwnie, stanowiły i stanowią kolejny dowód, że walczył i walczy z elitami, a one walczą z nim. W obozie MAGA słychać coraz częściej, że sędziowie kwestionujący decyzje Trumpa powinni zostać pozbawieni stanowisk, bo blokują "wolę ludu".

Dla popleczników Trumpa nie jest ważne, za czym, ale przeciw komu i czemu prezydent się wypowiada. Trzon jego wyborców święcie wierzy, że system jest zgniły, świat żeruje na Ameryce, liberalne media kłamią – więc cieszy ich widok energicznego prezydenta, który idzie jak taran i wszystko burzy. Zresztą łamanie konstytucji czy zdrada sojuszników to pojęcia bardziej abstrakcyjne niż deklaracja, że istnieją tylko dwie płci – co wzbudziło entuzjazm w czasie inauguracji.

(...)

Były wieloletni naczelny redaktor "Wall Street Journal", Gerard Baker pisze: "Doskonale wiemy, że zdecydowana większość republikańskich senatorów oraz niektórzy członkowie Izby Reprezentantów – gdyby zamknąć ich w pokoju i podać im serum prawdy – przyznałaby, że polityka handlowa Trumpa to katastrofa, jego atak na Kanadę i groźby siłowej aneksji są obłędem, kara wymierzona Wołodymyrowi Zełenskiemu i Ukrainie jest haniebna, gesty solidarności z Władimirem Putinem i Rosją są niebezpieczne, a dążenie do osłabienia NATO i lekceważenia paktu bezpieczeństwa z Japonią to akty narodowego samookaleczenia. A jednak milczą, widząc, gdy prezydent beztrosko oblewa benzyną nasze bezpieczeństwo narodowe i relacje międzynarodowe, a potem tańczy wokół nich z zapaloną zapałką". "Jestem pewien, że racjonalizują swoje tchórzostwo, wmawiając sobie, że ich polityczna przyszłość jest krajowi niezbędna".

Jedną z manifestacji kultu jednostki w stylu amerykańskim stały się posiedzenia gabinetu, przypominające ceremonie na dworach satrapów. Szefowie departamentów składają hołd, prześcigając się w deklaracjach podziwu i wdzięczności za światłe przywództwo. "London Review of Books" przypomina walory tej plejady gwiazd:

Sekretarz obrony ostrzega, że inwazja na Ukrainę "blednie" w porównaniu z "bezbożnym sojuszem ideologów politycznych i cipek Pentagonu".

Sekretarz zdrowia i spraw społecznych uważa, że tabletki na odrobaczenie koni są skuteczniejsze w walce z COVID-19 niż szczepienia.

Pani Sekretarz bezpieczeństwa wewnętrznego podarowała prezydentowi miniaturę Mount Rushmore z jego twarzą wyrzeźbioną obok Waszyngtona, Jeffersona, Lincolna i Roosevelta.

Dyrektor FBI obiecuje zemstę na nielojalnych dziennikarzach.

Pani sekretarz edukacji, przeciwna istnieniu Ministerstwu Edukacji, wsparła kampanię sumą 21 mln dol.

Specjalny wysłannik ds. Bliskiego Wschodu i negocjacji z Rosją opowiada, jak go wzruszyła wiadomość, że Putin modlił się za wyzdrowienie Trumpa.

onet.pl/Newsweek


Sygnałem do rozpoczęcia prześladowań żydowskich lekarzy i Żydów w ogóle była słynna instrukcja, którą Stalin przekazał podwładnym na skrawku papieru: „Bić, bić, bić. J. Stalin”. Wielki Boss zazwyczaj w ten sposób rozwiązywał hamletowską kwestię: „Bić czy nie bić?”. Jasne, że bić. Stalinizm był systemem regulowanym autopilotem samozagłady. Jego modus operandi polegał na tym, by maksymalnie co pięć lat fizycznie unicestwić tych, którzy przez ostatnie pięć lat unicestwiali poprzedników i na akord wyłapywali miliony ludzi do pracy w łagrach. „Pozyskiwanie” darmowej siły roboczej za pomocą tortur i fałszywych oskarżeń trwało nieustająco, podczas gdy dokonujący łapanki aparat państwowy co pięć lat trafiał do pieca krematoryjnego – wachta palaczy dorzucała do niego, by stać się opałem dla kolejnej wachty. Nie wiem, czy ktokolwiek w historii ludzkości wymyślił coś podobnego: fizyczna samozagłada jako homeostaza systemu politycznego, życia społecznego i gospodarki. Jak w samochodzie wymieniasz olej i filtry co dziesięć tysięcy kilometrów, tak tutaj w równych odstępach czasowych dokonujesz wewnętrznego ludobójstwa, inaczej silnik państwa się zatnie.

Jakub Benedyczak - Oddział chorych na Rosję