czwartek, 20 marca 2025



- Nie wiem, dlaczego wokół minerałów zrobiono tyle szumu. ZSRR miał dobrych geologów i zbadali cały kraj włącznie z Ukrainą. Rosja wie, jakie tam są surowce, ale nikt tego nie próbował wydobywać, bo jest to za drogie. Inwestowanie miliardów dolarów w kopalnie między dwoma armiami nie ma żadnego sensu, dopóki nie będzie trwałego pokoju - uważa prof. Władysław Mielczarski z Zakładu Sieci Elektroenergetycznych Politechniki Łódzkiej.

Jego zdaniem "Trumpowi i amerykańskiemu biznesowi nie są potrzebne ukraińskie elektrownie, które są przestarzałe i na bazie rosyjskiej technologii". Sami mają problemy na tym polu.

- USA nie budują obecnie elektrowni jądrowych. Ostatnie dwa bloki Vogtle 3 i 4 (w stanie Georgia - przyp. red.) oddano z dużymi kłopotami - po terminie i ze znacznie przekroczonym budżetem. Westinghouse, który był najlepszą na świecie firmą w energetyce jądrowej, zbankrutował w 2017 r. i sprzedał technologię do Chin. Amerykanie chcą dostarczać paliwo Ukraińcom, ale sami kupują paliwo do własnych elektrowni za granicą, więc może to być tylko rodzaj pośrednictwa - zaznacza prof. Mielczarski.

Ekspert nie wierzy w to, że USA mogłyby w krótkim czasie przejąć rosyjskie wpływy w ukraińskiej branży.

USA kupują paliwo jądrowe z Rosji i np. w 2022 r. wydali na ten zakup 1,3 mld dol. - przypomina.

Dlatego propozycję Trumpa traktuje jako bezzasadną.

Departament Energii Stanów Zjednoczonych podawał w 2024 r., że Rosja posiada ok. 44 proc. światowej zdolności wzbogacania uranu i dostarcza około 35 proc. importowanego przez USA paliwa jądrowego. W ubiegłym roku Joe Biden zakazał importu wzbogaconego uranu z Rosji.

Westinghouse zbankrutował, bo nie miał zamówień na budowę nowych reaktorów. Amerykanie już pod koniec lat 80. rezygnowali z atomu, bo była to i jest nadal zbyt kosztowana technologia, a opracowana przez nich technologia AP1000 została sprzedana do Chin. Dziś Amerykanie nie są dostawcą reaktorów dla elektrowni jądrowych. A ukraińskie reaktory zostały wybudowane w technologii, jaką ma Rosja i ich remonty wymagają dostawy części w rosyjskich technologiach - kontynuuje prof. Mielczarski.

(...)

Dlaczego Putin miałby oddać Trumpowi tak łakomy kąsek jak elektrownia w Zaporożu? Szczególnie gdy - jak zwraca uwagę Andrian Prokip, ekspert ds. energii z Kennan Institute w Waszyngtonie - Ukraina desperacko potrzebuje elektrowni, aby złagodzić niedobory energii spowodowane rosyjskimi atakami na obiekty elektryczne? Putin od początku wojny stosuje terror energetyczny wobec Kijowa.

- Elektrownia w 2021 r. zaspokajała prawie 25 proc. ukraińskiego zapotrzebowania na energię elektryczną - powiedział Prokip w rozmowie z "NYT". Jego zdaniem Kreml nie odda zaporoskiej elektrowni za darmo. Może być ona kartą przetargową do zniesienia części zachodnich sankcji.

(...)

- Intencją Trumpa jest wyciągnięcie z Ukrainy maksymalnych zysków gospodarczych. Gra toczy się o to, kto pierwszy będzie winny załamania się procesu pokojowego. Chyba że USA naprawdę wierzą w zamrożenie konfliktu, wtedy nurt kolonializmu będzie się nasilać, aż zorientują się, jakie są realia - ocenia prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski z Uniwersytetu Łódzkiego, powołany przez Andrzeja Dudę członek Narodowej Rady Rozwoju ds. Bezpieczeństwa i Obronności.

- Bo Rosjanie pokoju nie chcą, a nie da się nic eksplorować pod latającymi bombami. Chyba że prawdziwy cel USA jest inny - próba izolowania Iranu od Rosji i wtedy Waszyngton byłby w stanie zapłacić pewną cenę w Ukrainie. I gra z Rosją nadal będzie trwać - dodaje.

money.pl


Zwykle tzw. kryzys kubański wskazuje się jako ten moment w historii świata kiedy wybuch wojny jądrowej był relatywnie największy. Kluczowym jest tu wydarzenie z 27 października 1962 r. Kiedy amerykańskie niszczyciele wykryły radziecki okręt podwodny B-59 i zaczęły go bombardować ładunkami głębinowymi, próbując zmusić do wynurzenia. Załoga B-59, znajdująca się na granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej, była przekonana, że wojna już się rozpoczęła. Kapitan okrętu i oficer polityczny zdecydowali się na odpalenie torpedy z głowicą nuklearną. Przyjąć należy, że atak tego rodzaju, niemal na pewno wywołałby pełnoskalową wojnę nuklearną. Trudno wyobrazić sobie żeby USA pozostawiły tego rodzaju akt, dokonany w tej konkretnej przestrzeni geograficznej, bez odpowiedzi.

Do odpalenia torpedy jednak doszło. Wiedzieć należy, że w świetle ówczesnych sowieckich procedur decyzja o użyciu broni jądrowej wymagała jednomyślności trzech oficerów. Trzecim, jak się okazało kluczowym, był kmdr Wasilij Archipow. W atmosferze napięcia, stresu i dezorientacji podjął decyzję sprzeczną z większością, czyli powstrzymał atak. Nie miał pełnej wiedzy, ale instynktownie czuł, że nie można odpalić broni nuklearnej tylko na podstawie tych szczupłych danych, które są w jego posiadaniu. Trudno postawić się w roli Archipow i zrekonstruować to co czuł: strach, odpowiedzialność, obowiązek? W 2002 r. Thomas Blanton (dyrektor Archiwum Bezpieczeństwa Narodowego USA) powiedział „Wasilij Archipow uratował świat”. Uratował.  

gazetamorska.pl

środa, 19 marca 2025



Prezydent Rosji Władimir Putin nie przyjął amerykańsko-ukraińskiej propozycji tymczasowego zawieszenia broni na linii frontu i powtórzył swoje żądania rozwiązania wojny, które jest równoznaczne z kapitulacją Ukrainy. Putin i prezydent USA Donald Trump odbyli rozmowę telefoniczną 18 marca. Oficjalne odczytanie rozmowy przez Kreml stwierdziło, że Putin podkreślił potrzebę zajęcia się „głównymi przyczynami” wojny. Rosyjscy urzędnicy wielokrotnie definiowali te główne przyczyny jako ekspansję NATO na wschód i rzekome naruszenia przez Ukrainę praw rosyjskojęzycznych mniejszości na Ukrainie. Wezwania rosyjskich urzędników do wyeliminowania tych „głównych przyczyn” są równoznaczne z rosyjskimi żądaniami trwałej neutralności Ukrainy i zainstalowania prorosyjskiego rządu w Kijowie.

Putin zażądał 18 marca, aby Ukraina zaprzestała mobilizacji (tj. rekrutacji i szkolenia) sił podczas potencjalnego tymczasowego zawieszenia broni. Putin wezwał również do zaprzestania wszelkiej zagranicznej pomocy wojskowej i wymiany informacji wywiadowczych z Ukrainą, ale nie wspomniał o wsparciu wojskowym Rosji ze strony Korei Północnej, Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) i Iranu. Putin twierdził, że Rosja i Stany Zjednoczone powinny kontynuować wysiłki na rzecz pokojowego rozwiązania w „trybie dwustronnym”, wykluczając Ukrainę lub Europę z przyszłych negocjacji dotyczących wojny na Ukrainie. Żądania Putina z 18 marca są zbieżne z żądaniami, które przedstawił 13 marca.

understandingwar.org


Z tego wynikają dwa wnioski.

Pierwszy, nieoczywisty, jest taki, że co prawda tu i teraz Moskwa wcale nie chce kończyć wojny, ale zarazem przedwczesne byłoby stwierdzenie, że rozmowy z Moskwą nie mają szans powodzenia.

Rosjanie mają pewną cechę, która zasadniczo utrudnia odczytywanie ich intencji. Niezależnie od tego, czy dążą do eskalacji, czy też do porozumienia, zawsze stosują tylko jedną metodę negocjacji, którą jest eskalacja żądań.

Mają też tendencję do przelicytowywania i windowania swoich oczekiwań do takiego poziomu, że nawet gdy chcą się w perspektywie porozumieć, często staje się to niemożliwe. Jako że nie znamy dokładnego przebiegu rozmowy prezydentów, należy stwierdzić więc, że jakkolwiek ta runda rozmów zakończyła się porażką, to zarazem nie należy tych rozmów jeszcze skreślać.

Drugi wniosek dotyczy roli Europy. Zarówno Rosjanie, jak i niestety również Amerykanie z lubością upokarzali w ostatnim okresie państwa naszego kontynentu, sugerując, że w sprawie Ukrainy, Moskwa porozumie się z Waszyngtonem, nawet nie pytając Europy o zdanie. Rzecz w tym, że warunek Moskwy, którym było zaprzestanie dostaw broni dla Ukrainy, nie jest z bardzo prostego powodu czymś, co Waszyngton mógł Moskwie dać. USA nie są bowiem w stanie zakazać Ukrainie przyjmowania, a Polsce, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemcom, Szwecji, Danii i innym państwom wysyłania broni i amunicji. Liczni polscy komentatorzy, którzy świadomie lub nie stali się w ostatnim czasie pudłami rezonansowymi rosyjskiej propagandy i którzy z lubością powtarzali tezy o tym, że Europa nie ma żadnego znaczenia, dostali właśnie dowód tego, że Europę można – owszem – próbować obrażać, ale nie da się jej ignorować.

Paradoks sytuacji polega na tym, że rosyjskie marzenie, którym było porozumienie z Waszyngtonem ponad głowami zarówno Ukraińców, jak i natowskich sojuszników Stanów Zjednoczonych w Europie, stało się niemożliwe do osiągnięcia dzięki samym Rosjanom. Wysuwając bowiem żądania, których Waszyngton, nawet zakładając jego pogardę, arogancję i butę w stosunku do Europy, nie jest w stanie spełnić, Rosjanie zrobili właśnie dokładnie to, co im się regularnie zdarza. Przelicytowali. /liczą na opór w UE - reg./

onet.pl

wtorek, 18 marca 2025



Grzegorz Sroczyński: Co robi Trump?

Krzysztof Wojczal: Próbuje przetestować Władimira Putina, czy jest gotowy do zawarcia jakiegokolwiek pokoju i do współpracy ze Stanami, żeby Ameryka mogła skupić się na Chinach. Taki jest jego pomysł, w każdym razie tak to odczytuję i uważam, że odpowiedź na pytanie Trumpa brzmi "nie". Putin nie jest gotowy na rozmowy pokojowe uczciwe i trwałe, ale prezydent USA ma prawo tę opcję eksplorować. Żeby przetestować intencje Putina, trzeba otworzyć z nim kanały komunikacyjne, wyjść z sercem na dłoni, bo jak zacznie się od kija i nazywania go zbrodniarzem wojennym, to do żadnych negocjacji nie dojdzie. Stąd te wszystkie umizgi, które w Polsce i Europie budzą zgrozę.

A po co Trumpowi było to wygrażanie Ukrainie? Gnębienie Zełenskiego? Musiał?

Zełenski pojawił się w Gabinecie Owalnym i całkowicie podważył sensowność tego planu. Powiedział przy kamerach: wasze rozmowy skończą się fiaskiem, Putin was oszuka, tak jak oszukiwał was po 2014 roku, czy za Obamy, czy za pierwszego Trumpa, czy za Bidena. Zełenski stąpał po cienkim lodzie, bo mówił w zasadzie Trumpowi wprost: jesteś frajerem, że jeszcze raz próbujesz, Putin wszelkie ustalenia już 50 razy złamał.

No ale to jest prawda.

Tak. Tylko można to mówić w zamkniętym gabinecie, a nie przy dziennikarzach. I jeszcze Zełenski zaznaczył: nie oddamy żadnego terytorium, nie będziemy tego negocjować, a w ogóle Putin ma zapłacić za całą tę wojnę. Z takim stanowiskiem Zełenskiego Trump nie mógł otwierać kanałów komunikacyjnych z Putinem, bo zostałby wyśmiany. Usłyszałby od niego: "Zełenski powiedział ci publicznie przy kamerach, że na nic się nie zgadza, więc po co ja mam siadać do stołu?". Jest moralna racja, ale jest też dyplomacja. Zełenski miał przyjechać, podpisać umowę o surowcach, czyli zakotwiczyć interesy amerykańskie w Ukrainie. Ta umowa jest kluczem, żeby sprawy mogły ruszyć dalej.

Dlaczego? Chodzi o ropę, gaz, tytan, beryl i lit?

Chodzi o to, żeby mieć tę umowę w ręku. Trump jej bardzo potrzebuje, żeby mieć pole manewru. W Europie słychać moralizatorskie okrzyki: kolonializm, skandal, Trump wyciska pieniądze z ofiary rosyjskiej agresji! A on to musi mieć i tyle.

Po co?

Po pierwsze na użytek wewnętrzny, bo umowa surowcowa ma pokazać elektoratowi, że Trump znowu jest wielkim "dealmakerem". Flagowy jego postulat brzmiał: doprowadzę do tego, że Amerykanom pomaganie Ukrainie będzie się opłacać, a was - szanowni podatnicy amerykańscy - nie będzie już Zełenski doił. Cały świat nas tylko doi, a tymczasem nasze miasta się sypią itd. Przecież znamy narrację Trumpa. Lud MAGA - wyborcy Trumpa - chcą, żeby politycy zajęli się Ameryką, tymi sypiącymi się miastami, a nie Ukrainą i naprawianiem świata. Trump musi więc mieć podkładkę: "Zobaczcie, Zełenski wyciągał za każdą wizytą po 60 mld dolarów od Bidena z waszych podatków, a jak do mnie przyjeżdża, to robię z nim piękne deale i Ukraina wszystko zwróci, możemy nadal ją wspierać, nadal jej wysyłać broń, bo na tym zarobimy!".

Aha. Czyli Zełenski ma dać Trumpowi dokument, którym ten będzie machał elektoratowi?

No tak. Demokracja. Wyborcy w USA są niezadowoleni z tego, jak wygląda ich kraj, nastroje izolacjonistyczne są tam powszechne, Trump tego nie wymyślił, tylko te nastroje najlepiej wyczuł i wykorzystał. Jeśli wojna dalej będzie trwała, ten kwit pozwoli wytłumaczyć elektoratowi, dlaczego dalej wydajemy pieniądze na wspieranie Ukrainy.

Umowa surowcowa jest też potrzeba Trumpowi do rozmów z Putinem. Bo Trump mu zakomunikuje mniej więcej to, co zapowiadał: "Albo się, Putinie, zgodzisz na jakiś pokój i kompromis, albo ja zaleję Ukrainę taką ilością sprzętu, że nie udźwigną". To są słowa Trumpa. Putin na to może powiedzieć: "Ty chcesz finansować Ukraińców do końca, na przykład przez 10 lat? Opłaca ci się? Będziesz tam topił pieniądze?". Wtedy Trump ma umowę jako podkładkę: "Oto super kontrakt na surowce, więc ja na tym zarabiam. Im dłużej będziesz z Ukrainą walczył, tym więcej zarobię". Trump musi udowodnić Putinowi, że mu się opłaca wspieranie Ukrainy. Że to czysty biznes. I to jest język, który Putin rozumie, bo też ma podejście biznesowe i czysto cyniczne. Innymi słowy, ta umowa to lewar w negocjacjach pokojowych, bo inaczej Putin wszystko podważy: "No to ile ty wydasz? Sto miliardów włożysz znów w Ukrainę? I twoi wyborcy z MAGA to kupią?".

Czyli nie szaleństwo, tylko strategia negocjacyjna, i to niegłupia?

Strategia może niegłupia, ale cel nierealny. Zawarcie pokoju, i to jeszcze takiego, żeby Putin pomógł Ameryce w sporach z Chinami, to mrzonka. Ale - powtórzę - jeśli Trump chce to przetestować, jego prawo.

A te europejskie i polskie lęki, że Trump w trakcie negocjacji nas sprzeda, podzieli z Putinem na nowo strefy wpływów, cofnie NATO do granic z czasów ZSRR, jak chciałby Putin - zasadne?

Zastanówmy się, jaki jest cel tej wojny dla nas, dla Zachodu. Bo Ukraińcy mogą oczywiście mówić, że "pełne zwycięstwo", "odbicie terytoriów sprzed 2014 roku", ale wiemy, że to się nie wydarzy. Trzeba by odbić te terytoria fizycznie, wieś po wsi, miasto po mieście, a Ukraińcy nie są do tego zdolni. Więc jaki jest nasz cel maksymalny, ale jednak realny? Moim zdaniem taki: okrojona Ukraina, ale niepodległa, niezależna i najlepiej, żeby weszła do NATO. Bo wtedy ma realne gwarancje. Z kolei cel strategiczny Putina to zajęcie całej Ukrainy, bo kawałek w ogóle go nie urządza, nic mu to nie daje z perspektywy geopolitycznej. Więc jeśli zawrzemy pokój, w którym Ukraina pozostaje niepodległa, to osiągniemy cel? Osiągniemy. W zasadzie jakikolwiek podpiszesz dzisiaj pokój z Putinem, to będzie jego klęska, a twoje zwycięstwo.

Trump i tak nie odda mu całej Ukrainy, przecież to nielogiczne, abstrakcyjne, o tym nikt nie mówi, to byłaby klęska Trumpa, ruchu MAGA i całego jego pomysłu na spuściznę. W dodatku jakby Ukraińcy usłyszeli, że ktoś w ich imieniu kapituluje, to powiedzą: nic z tego, walczymy do końca. Tak samo Unia Europejska może powiedzieć: "Słuchaj, Trumpie, ten twój deal z Putinem jest w ogóle nieakceptowalny, my będziemy dalej wspierać Ukrainę i trzymać sankcje na Rosję". Przecież Europa trzyma jedne z cięższych sankcji, bez ich zdjęcia Rosjanie nie będą zadowoleni, oni takiego pokoju też nie zaakceptują, więc jeśli Unia i Ukraina mogą wetować złe rozwiązania dla Ukrainy, to pole manewru Trumpa jest tak naprawdę zawężone.

Czyli nie bać się, że w trakcie rozmów Trump-Putin będzie jakaś "druga Jałta"?

Trump może dać Putinowi tylko tyle, ile już Putin sam sobie wziął. Nie może dać wiele więcej. Co Trump może negocjować? Tylko to, co i tak nas urządza: niepodległa Ukraina okrojona o część terytorium. Podejmowanie rozmów z Putinem nie jest dziś obarczone wielkim ryzykiem, w najgorszym wypadku podpisany pokój byłby nietrwały. Ale wtedy zyskalibyśmy na czasie. Europa nie jest gotowa w tej chwili do samodzielnego odstraszania Rosji, potrzebuje czasu na zbrojenia, od nas będzie też zależało, czy przygotujemy Ukrainę na trzecie uderzenie Rosji, więc zyskanie czasu może być nawet korzystne. Pokój - choćby udawany i nietrwały - to nie byłaby wcale jakaś straszna sytuacja. Zresztą odwróćmy na chwilę to pytanie: jaka jest alternatywa, co się stanie, jeśli sytuacja się nie zmieni, wojna będzie trwać na takich samych zasadach, jak trwa teraz?

I?

Wtedy idziemy tylko w jedną stronę: Rosjanie będą walczyć do końca i rozwiązaniem tej sytuacji będzie klęska Ukrainy, bo Ukraina nie jest silniejszym państwem niż Federacja Rosyjska. Po prostu. No wiec jeśli mamy taką alternatywę, to może warto przetestować rozwiązania pokojowe, zobaczyć, czy się uda, czy się nie uda, na ile Putin da się oszukać, a na ile będzie chciał nas oszukać. Oczywiście trzeba to robić przy jednoczesnym wspieraniu Ukrainy, to bardzo istotne. I zresztą Trump pełną pomoc już odblokował, broń i sprzęt płyną do Ukrainy jak wcześniej.

Tak naprawdę nie ma alternatywy dla prób pokojowych Trumpa. Jest taka, że pomagamy Ukrainie, dopóki ona nie przegra, wysyłamy sprzęt, opóźniamy Rosjan, i liczymy, że może stanie się coś w rodzaju cudu nad Wisłą, albo może Putin umrze. Nie ma planu. Nikt nie rozpisał: robimy to, to i to, potem Rosja przegrywa i osiągnęliśmy to, co chcieliśmy osiągnąć. Jest tylko myślenie życzeniowe: może sobie Ukraińcy poradzą, może wytrwają, a jak nie, to się zobaczy.

Trump jako jedyny ma plan. Mówi, że wojna się musi skończyć i trzeba doprowadzić do rozmów. Nieustanne wieszanie psów na Trumpie przez jednych i wychwalanie Trumpa pod niebiosa przez drugich należy traktować jako grę polityczną, gdzie osoby mocno zaangażowane, zwolennicy demokratów i republikanów, a u nas zwolennicy Platformy i PiS-u - wszędzie te same podziały - wykorzystują skomplikowaną sytuację międzynarodową do załatwiania wewnętrznych porachunków. U nas prorządowa część komentariatu wyłapuje i rozdmuchuje prorosyjskie wypowiedzi Trumpa, robiąc z niego wprost agenta Kremla, a strona pisowska z kolei tych wypowiedzi w ogóle nie widzi, jakby ich nie było.

"Trump gra w orkiestrze Putina i sprzedaje mu Ukrainę" kontra "Trump to geniusz, gra z Putinem w szachy 5D".

Tak. Mam informacje z okolic polskiego wywiadu, że rosyjskie wojska propagandowe uruchomiły się teraz w pełnej skali. Ciągną wszystkie sroki za ogon. Podbijają skrajnie antytrumpowe i skrajnie protrumpowe narracje, żeby tych swoich ludzi, swoje silniczki, uwiarygadniać i napędzać. Podobno zaangażowali wszystkie możliwe siły, żeby rozdmuchiwać wojnę polityczną.

(...)

Mówiłeś o rosyjskiej wzmożonej działalności dezinformacyjnej.

U nas polega ona na rozgrzewaniu skrajnych opinii po obu stronach.

Niech się żrą?

Tak.

"Trump to agent, maski opadły". "PiS to agenci, skoro Trumpa popierają, musimy przestać liczyć na Amerykę, NATO przez Trumpa nie działa".

Jak najbardziej.

"Musimy iść tylko z Trumpem, bo Europa nic nie ogarnia, potrafi zajmować się tylko transami i prawami gejów".

Też. Rosja mocno gra na rozdźwięk między Europą i Stanami Zjednoczonymi. Bo jeśli w trakcie negocjacji Trump nie będzie mógł reprezentować całego Zachodu, tylko będzie skłócony z Europą, to zostaną mu słabsze karty. Inna sprawa, że Trump dostarcza dużo paliwa do tych wszystkich europejskich okrzyków i wzmożeń.

Właściwie dlaczego? Po co on wygraża Europie, traktuje ją z buta? Po co on i jego ludzie różnymi głupimi uwagami wywołują ten antyamerykański amok?

To jest bardzo proste. Jeżeli chcesz wynegocjować dobry deal ze swoimi sojusznikami i partnerami, to musisz ich przekonać, że jeśli dealu nie zawrą, to dużo stracą. Do tej pory Amerykanie mówili, że pokrywają wszystko, że gwarancje bezpieczeństwa są nienaruszalne, że jesteś, Europo, naszym najlepszym sojusznikiem. I jak bardzo to mobilizowało Europejczyków do zwiększania wydatków na zbrojenia? W ogóle nie mobilizowało, szliśmy spać spokojnie, bo wiedzieliśmy, że jak w nocy Putin wyciągnie nóż, to przyjdzie Captain America i nas uratuje.

Donald Trump robi to, co robił w czasie swojej poprzedniej prezydentury, wprowadza dużo stanu niepewności. Wysyła sprzeczne komunikaty albo wręcz obraża tych sojuszników Ameryki, z którymi zamierza na nowo negocjować warunki sojuszu. Dlaczego? Bo Trump chce renegocjować warunki amerykańskiej hegemonii. Dotychczas układ był taki, że amerykańscy sojusznicy - dawni wrogowie wojenni - rośli w siłę, Niemcy stali się głównodowodzącym w UE, Japonia w latach 80. prawie rzuciła Ameryce wyzwanie w hegemonii gospodarczej, Chiny stały się potężne, i to wszystko w ramach amerykańskiego układu, który był utrzymywany za amerykańskie pieniądze, przecież to okręty USA dbają o bezpieczeństwo całego światowego handlu. "Myśmy za to płacili, a inni zarabiali" - tak myśli Trump i jego wyborcy. No więc renegocjują te zasady. Teraz sojusznicy będą płacić więcej, a USA ograniczają koszty i maksymalizują zyski.

Tyle że trudno powiedzieć komuś, kto miał wygodne życie i nie musiał płacić za własne bezpieczeństwo, że stare warunki się zmieniają. I słychać duży kwik. "Jak tak można? Przecież są wartości! Jesteśmy sojusznikami!". A Trump uważa, że ten układ musi się zmienić bardziej na korzyść USA. Ameryka chce renegocjować umowy, a sojusznicy nie chcą, bo im wygodnie tak, jak jest, więc trzeba im pokazać, jak bardzo nie dadzą sobie bez Ameryki rady. Jeśli w ten sposób oceniasz Trumpa, to wszystkie szokujące rzeczy, które powiedział, nawet te ocierające się o powtarzanie rosyjskich narracji, możesz traktować jako realizację pewnej strategii. I wydaje mi się, że to realnie tak wygląda.

Czy cokolwiek z działań Trumpa i jego wypowiedzi postawiło ci włosy na głowie?

Nie. Bo ja się tego wszystkiego plus minus spodziewałem. Może raz mi opadły ręce, ale to dotyczyło Muska. Napisał, że Ameryka musi wyjść z NATO i ONZ. Strzał bardzo niebezpieczny. W talii Trumpa są różne karty, ma ludzi uważanych za rozsądnych, jak Rubio, Waltz, Kellogg, i ma takich, którzy uchodzą za nieobliczalnych, jak Vance i Musk. Trump może sięgać po tych ostatnich, gdy chce podpalić debatę i wprawić Europę w stan strachu. Kiedy chce uspokoić, to na pierwsza linię idą "rozsądni". Wydaje mi się, że to celowy zabieg. "Wychodzimy z NATO" - jak to powie Musk, to nikt tego nie weźmie poważnie, a z drugiej strony nie można też tego zupełnie zignorować, więc dochodzi element niepewności. Wszystkie media to cytują i zaczynamy się bać, bo mamy się bać.

Musk to duży kaliber, jeśli chodzi o wprowadzanie narracji, ale mały kaliber, jeśli chodzi o realny wpływ na decyzje. Jak Musk zażądał od urzędników państwowych jakiegoś durnego raportu produktywności - "Opisz, szanowny urzędniku, co robiłeś w ciągu ostatnich pięciu dni pracy punkt po punkcie" - to Hegseth wysłał maila do służb specjalnych, żeby Muska zignorowały i nic mu nie odpisywały. Musk nie ma wysokich notowań wewnątrz administracji Trumpa, ale jest użyteczny.

Okej. Czyli Trump chce przetestować Putina, strategia ma ręce i nogi, tylko testowanie się skończy klapą?

Tak uważam. Z tego względu, że Putin - wbrew pozorom - nie ma dziś żadnych argumentów w negocjacjach z Trumpem. Czym on może straszyć Zachód? Po kolei: do Stanów nie ma podjazdu, co on Stanom zrobi? Nic nie zrobi. Przeciwnie, to Trump może powiedzieć: łaskawie zdejmę z ciebie sankcje, ale coś chcę w zamian. Wobec Europy Putin też nie ma mocnych argumentów, kiedyś to były surowce energetyczne, mógł tym straszyć, ale już tego nie ma. Argumentem mogłaby być wojskowa siła konwencjonalna, ale całe to jego wojsko siedzi na Ukrainie i walczy, więc nie może tym grozić Europie.

Pozycja negocjacyjna Putina jest fatalna, jeśli chodzi o duży stolik z Zachodem, a jeśli chodzi o stolik z Ukrainą, to Rosjanie - owszem - posuwają się do przodu i byliby w stanie coś wymóc na Ukrainie, ale co dokładnie? "Zabierzemy wam terytorium, które już mamy". Czy coś więcej? Nie bardzo. Nie mogą zażądać całego państwa, bo przecież nie zdobyli go przez trzy lata. Nie będzie kapitulacji Ukrainy. Moim zdaniem Rosjanie mają tragicznie słabe karty i nie mogą wynegocjować dobrych dla siebie warunków, a to oznacza, że pokój dla Putina jest obecnie nieakceptowalny.

A kiedy by był akceptowalny?

Żeby Rosja w trakcie rozmów pokojowych coś dla siebie ugrała od Zachodu, musiałaby podbić całą Ukrainę. Bo tylko wtedy zyskuje argument. Uwalniają armię i mogą mówić: będziecie mieli drugą zimną wojnę, będziecie musieli trzymać 500 tysięcy albo i więcej wojska na granicy z Rosją, a to jest kosztowne, to nie będzie dobre dla waszej gospodarki, więc zgódźcie się na nasze warunki. Dlatego dla Putina Ukraina to jest wszystko, tam nie ma kompromisu. Rosjanie muszą zdobyć całe państwo. Póki nie zdobędą, nie może być trwałego pokoju z perspektywy Putina.

Z kolei żeby Zachód uzyskał trwały pokój na swoich zasadach - czyli z niepodległą Ukrainą, której nie grozi trzecia inwazja - musielibyśmy im pokazać, że nie są w stanie zająć Kijowa. Nigdy. Ani zająć, ani podporządkować go sobie politycznie. Co w tym celu trzeba zrobić? Wprowadzić tam wojska zachodnie i powiedzieć: "Nie pójdziesz, Putinie, dalej, bo będziesz się musiał z nami strzelać, a jak będziesz się musiał z nami strzelać, to wybuchnie III wojna światowa, więc chyba tego nie chcesz". Musimy zagrać naprawdę ostro, żeby cokolwiek z Putinem ugrać.

Europa próbuje grać ostro, pomysł Macrona jest właśnie taki, żeby wojska wysłać.

Dlatego ja się cieszę. Jak trzy lata temu mówiłem, że trzeba wprowadzić do Ukrainy zachodnie wojska, żeby odstraszyć Putina, wszyscy się pukali w głowy, że to niemożliwe. A dzisiaj Macron i Starmer budują w tym celu koalicję. Jest duża nadzieja, że Europa zbroi się i w końcu się uzbroi. Skoro politycy zachodni ryzykują swoją karierę polityczną i władzę, bo mówią elektoratowi rzeczy niezbyt popularne - "Wyślemy tam nasze wojsko!" - to znaczy, że jesteśmy w przededniu mocnych decyzji. Oni już rozumieją, że Putina nie da się obłaskawić, dogadać z nim, i są gotowi używać mocnych środków, które są niezbędne do pokoju. Być może niechcący przysłużyli się temu Trump i Zełenski tymi publicznymi kłótniami. Prawie jestem pewny, że za chwilę - kiedy okaże się, że Putin nie jest zainteresowany żadnym pokojem i żadnymi ustępstwami - będziemy dyskutować, że może trzeba te wojska wysłać już teraz. Nie na linię frontu, nie po to, żeby walczyły z Rosją, ale żeby Putin wiedział, że pójście dalej oznacza poważne konsekwencje.

(...)

To skąd się bierze to całe gadanie, że Trump chce zrobić "odwróconego Nixona"? W Stanach w republikańskich kręgach są nieustannie takie głosy.

Bo tam jest taki romantyczny myśliciel, Mearsheimer, który paradoksalnie uważa się za realistę. I z jego szkoły wyszli tacy ludzie jak na przykład Colby. Oni rysują teoretyczne schematy, że można "odwrócić Rosję". Próbowałem ich zrozumieć, ale nie widzę tam poważnych argumentów.

Wokół Trumpa część ludzi magicznie wierzy w tego "odwróconego Nixona", ale wcale nie jestem przekonany, że Trump w to wierzy. Moim zdaniem wierzy w jeden cel: chce renegocjować warunki amerykańskiej hegemonii. I żeby to zrobić, musi przestraszyć świat, a do takiego straszenia świata świetnie się nadaje ogłoszenie negocjacji z Putinem. Zaraz się wszyscy boją: "A nuż nas sprzeda". Dopóki te negocjacje będą trwały, dopóty Trump będzie miał super lewar na rozmowy z Europejczykami, Ukraińcami, ba, nawet Chińczycy będą się bali, czy przypadkiem Rosja jednak nie zmieni frontu. Więc póki Trump rozmawia z Putinem, może rozgrywać innych, i to jest moim zdaniem istota całego tego pomysłu. Ten "odwrócony Nixon" to jest strategia, żeby wynegocjować lepsze warunki z Unią, lepsze warunki z Kijowem, a może nawet uda się coś wynegocjować z Chinami. Putin robi zresztą to samo, pokazuje Chińczykom, że póki rozmawia z Trumpem, to rosyjskie sojusze nie są tak oczywiste, więc może niech Chińczycy coś więcej Rosji dadzą, bo na razie wykorzystują wojnę w Ukrainie, żeby zwiększać swoją potęgę wobec Rosjan. Dla obu stron - USA i Rosji - negocjacje to sytuacja korzystna, bo w im większej niepewności żyją partnerzy tych państw, tym lepiej można się z nimi na nowo ułożyć.

Czyli to trochę taka ustawka, a trwały pokój się nie rysuje?

Może będzie zawieszenie broni. Ale przede wszystkim Ameryka chce wykorzystać ten czas do - powtórzę - renegocjacji warunków hegemonii, chce obniżyć swoje koszty, podwyższyć koszty sojuszników i stworzyć taki obóz amerykański, gdzie obowiązuje "America First", czyli gdzie to oni wydają rozkazy. /nie NATO bis - red./ (...)

W jakiej sytuacji jest teraz Polska?

W dobrej. Mamy prezydenta - co prawda już niedługo - który wyrobił sobie dobre relacje z Trumpem. I mamy proeuropejskiego premiera, który może załatwiać sprawy z Europą. Niezły układ. Wiadomo, że nasze bezpieczeństwo gwarantują Amerykanie, nikt inny nam tego nie da. Musimy iść z Amerykanami, ktokolwiek tam rządzi. Ale z drugiej strony w naszym interesie jest, żeby Europa się wzmocniła.

Uważam, że efekt Trumpa działa na naszą korzyść. Polska wręcz mogłaby powiedzieć: "Słuchaj, Trumpie, my ci jeszcze pomożemy, będziemy straszyć Europę, że jesteś szalony, tak ich nastraszymy, że będą się zbroili po zęby. Jesteśmy z tobą w tej strategii. Ale pokaż, bo wciąż nie pokazałeś światu, co dostają ci, którzy wydają swoją dolę na zbrojenia. Pokaż, jaka jest marchewka, a nie tylko kij. I zrób to na przykładzie Polski. Daj nam technologię na montowanie czołgów w Polsce, produkcję chipów albo kolejną stałą bazę". Ta lista może być różna. A potem możemy pojechać do Europy: "Słuchajcie, chcemy być liderem bezpieczeństwa, mamy największą armię, Trump jest wariatem, musimy się zbroić jeszcze szybciej". Działajmy na dwa fronty.

gazeta.pl


Nie mówi się wiele o warunkach Rosji, ale agencje informacyjne twierdzą, że Putin żąda zaprzestania dostaw broni i wsparcia wywiadowczego podczas 30 dni ewentualnego zawieszenia broni. Ma to dotyczyć USA i Europy, co dla Europy będzie bardzo trudne. Jeśli się Unia nie zgodzi, to Donald Trump zawsze może powiedzieć: "jak nie chcecie pokoju, to sami sobie radźcie" i nałożyć potężne cła na produkty z Unii Europejskiej albo nawet zagrozić wyjściem USA z NATO.

Tym jednak będziemy się martwili później. Teraz te skromne, aczkolwiek oczekiwane wyniki rozmów, mogą doprowadzić do jakiejś korekty na Giełdzie Papierów Wartościowych. W końcu potrzeba było tylko pretekstu, żeby gracze mogli zrealizować część zysków po potężnych zwyżkach indeksów. Byłoby to nawet zdrowe. Rynek walutowy sygnalizuje jednak, że rynki po rozmowie Trump-Putin są bardzo spokojne. Kurs EUR/USD lekko rośnie, co umacnia złotego do dolara i nieznacznie do euro.

Wniosek jest prosty - część rozczarowanych inwestorów może sprzedawać, szczególnie że rynek szykuje się już do wygaszania marcowej linii kontraktów na WIG20, a słońce giełd, czyli Wall Street, wraca do spadków. Jednak nadzieja na zawieszenie broni nie zniknęła. Nawet jeśli ktoś nie bardzo w to wierzy, to jest miejsce na grę pod kolejne rozmowy, ustępstwa itp. A nastroje na rynkach są ważniejsze niż realia.

Poza tym pamiętać trzeba, że na rynkach zapanowała TIARA (There Is A Real Alternative - ang. rzeczywista alternatywa). Wystarczy spojrzeć na indeksy chińskie, tureckie, niemieckie i oczywiście polskie. Wiele wskaźników pokazuje, że pieniądze uciekają z giełd amerykańskich i szukają sobie miejsca w innych, niedocenianych dotychczas miejscach. Trudno o niemieckim indeksie XETRA DAX mówić, że był niedoceniany, ale GPW z pewnością była przez połowę ubiegłego roku w niełasce inwestorów. Ta gra będzie jeszcze trwała, o ile nie dojdzie do potężnej zwady na linii USA-Unia Europejska.

money.pl

poniedziałek, 17 marca 2025



W związku z pogarszającą się sytuacją gospodarczą Chin spodziewano się, że właśnie jej ożywienie będzie w centrum uwagi podczas zjazdu. Było jednak inaczej. Choć chiński premier zapowiedział utrzymanie wzrostu gospodarczego na poziomie ok. 5 proc. PKB i "szybsze działania" w zakresie ożywiania gospodarki, nie ogłoszono żadnych większych programów zwiększenia popytu wewnętrznego, czego przedsiębiorcy najbardziej oczekiwali. Zamiast tego najwięcej uwagi wydaje się, że poświęcono innemu zagadnieniu - bezpieczeństwu.

Tym samym Chiny wydają się całkiem otwarcie kończyć ze stawianiem wzrostu swojej gospodarki na pierwszym miejscu, a zamiast rozwiązywania problemów gospodarczych wytyczyły całkiem nowy priorytet: bezpieczeństwo państwa. Skąd taka zmiana? - Bo ile można mówić, że pobudzamy popyt, i go nie pobudzać? - odpowiada ekspert ds. Chin Ośrodka Studiów Wschodnich, dr Michał Bogusz. - Chińskie władze od lat zapowiadały pobudzanie popytu wewnętrznego i to się już znudziło ludziom, bo nic się nie zmieniało - dodaje.

Jak zauważa, mimo wielokrotnych deklaracji Pekinu, w rzeczywistości "nigdy nawet nie próbowano pobudzać popytu wewnętrznego w Chinach". - A teraz, pod rządami Xi Jinpinga, partia już całkiem otwarcie stawia jedynie na podaż, czyli zwiększanie produkcji, zaplecza przemysłowego. Bo partia wierzy, że wojny wygrywają mocarstwa przemysłowe, a nie gospodarki usługowe - wyjaśnia. 

Rządząca Chinami partia komunistyczna postanowiła więc po wielu latach zmienić retorykę i całkiem otwarcie wytyczyć nowe priorytety. Zapowiedziano "modernizację chińskiego systemu bezpieczeństwa narodowego", które oprzeć ma się na dwóch filarach: inwestowaniu w nowoczesne technologie oraz zbrojeniach. Na pierwszy z nich przeznaczona ma zostać dodatkowo kwota 172 miliardów dolarów. Wzrost wydatków na zbrojenia ma natomiast zostać utrzymany na poziomie 7,2 proc. chińskiego PKB, czyli pochłonąć dodatkowe 245 mld dolarów.

(...)

- Podkreślanie znaczenia nowych technologii w Chinach wynika z faktu, że od lat partia wlewa w nie ogromne pieniądze i w Chinach jest też wielka duma z wszelkich nowych osiągnięć na tym polu, takich jak DeepSeek. Nawet przy ogromnym marnotrawstwie tak wielkie środki muszą przynieść efekty, więc pojawiają się osiągnięcia i coś "rusza", ale czy to mogłoby dać rzeczywiście Chinom samodzielność technologiczną? Tego nie wiem i nikt tego dziś nie wie. Póki co, mówienie o tym ma głównie podnosić nastroje społeczne i rynkowe - wskazuje. 

- Jeśli chodzi o zbrojenia, partia przez lata tłumaczyła, że wydatki na zbrojenia rosną proporcjonalnie do wzrostu PKB Chin. Od kilku lat wydatki na armię rosną już jednak szybciej, więc tłumaczenie to przestało być prawdziwe - zauważa ekspert. - Za wzrost wydatków na zbrojenia w Chinach w rosnącym stopniu odpowiadają jednak rosnące koszty operacyjne armii, ponieważ rośnie ilość sprzętu, zwłaszcza we flocie. Im bardziej chińska marynarka się rozwija, tym więcej "przepala" pieniędzy na własne utrzymanie. Przykładowo, wyprodukowanie okrętu to jakaś 1/3 kosztów, jakie okręt ten pochłonie w ciągu 20 lat służby. Reszta to paliwo, amunicja, konserwacja, naprawy. Marynarka jest niezwykle kosztowna - wyjaśnia dr Bogusz. 

Krótko mówiąc, w gospodarce Chiny zamiast zmierzyć się z realnymi reformami, postanowiły pójść na "łatwiznę" i maskować problemy, skupiając na generowaniu zysków z masowego eksportu, którym zaleją zagraniczne rynki. Jednocześnie rzeczywisty priorytet zmienił się i gospodarkę zastępuje właśnie bezpieczeństwo, rozumiane jako stabilność wewnętrzna, silna armia oraz samowystarczalność technologiczna.

Co to oznacza dla świata? - Na razie Pekin uznał, że będzie czekał i obserwował, co robi Donald Trump. Chiny mają czas, w ostatnich latach stworzyły też sobie nowe narzędzia do ewentualnej konfrontacji handlowej z USA, ale czekają by zdecydować, czy będą musiały ich używać - mówi dr Michał Bogusz. - Na razie więc z Chin nie płynie żaden nowy sygnał dla świata. Także Donald Trump póki co wydaje się, że pozostawił relacje z Chinami na później i skupił na innych obszarach - ocenia.

tvn24.pl

niedziela, 16 marca 2025



Powiemy Państwu tak — nawet w PiS mało jest wiary w to, że Nawrocki wygra wybory. Czołowe postaci w partii dystansują się od jego kampanii — nie pomagają mu m.in. Mateusz Morawiecki, Beata Szydło, Zbigniew Ziobry, czy Daniel Obajtek. Konkurenci do prezydenckiego startu — tacy jak europoseł PiS Tobiasz Bocheński — piszą do prezesa donosy na kampanię Nawrockiego. Szeregowi posłowie nie palą się do organizowania Nawrockiemu spotkań. Jest też coraz więcej zgrzytów między sztabem kierowanym przez Pawła Szefernakera — człowieka Joachima "Jojo" Brudzińskiego — a ścisłym, kilkuosobowym otoczeniem Nawrockiego. Chodzi o ekipę, która jeździ z nim na spotkania — to w większości jego zaufani współpracownicy z Muzeum II Wojny Światowej oraz Instytutu Pamięci Narodowej. Byli sportowcy i nacjonaliści — specyficzny dwór pana Karola.

Te napięcia — jak słyszymy — są dla wielu ludzi w partii ostrzeżeniem, że w razie wygranej Nawrockiego nie wszystko pójdzie tak, jak sobie to wymyślił Kaczyński. Wedle światłej myśli prezesa Nawrocki pozbawiony zaplecza, bez silnych korzeni w PiS stanie się drugim Andrzejem Dudą z początków prezydentury — pokornym wykonawcą woli Kaczyńskiego. Wedle planów Kaczyńskiego Nawrocki jako prezydent będzie podpisywał to, co prezes nakaże mu podpisywać, a zacznie od wetowania wszystkiego, co prezes każe mu wetować — żeby obalić rząd Tuska jeszcze przed wyborami parlamentarnymi w 2027 r.

Ale jeden ze sztabowców mówi nam tak: "Moim zdaniem tak nie będzie. Nawrocki jest oczywiście prawicowcem i taka byłaby jego prezydentura. Ale po pierwsze, to bliżej mu do Konfederacji, niż do PiS i ewidentnie będzie prowadził własną politykę budowania relacji z konfederatami. A po drugie, to jest nieobliczalny gość. Jeśli tylko dostanie stanowisko prezydenta, chronione kadencją i ze sporym zakresem władzy, to kompletnie oleje prezesa. To nie będzie gość, którego Kaczyński będzie miał na telefon".

onet.pl


Potem było jeszcze gorzej. Donald Trump jak zwykle używał retoryki godnej 10-latka i mówił o rzeczach, o których nie ma zielonego pojęcia. Przekazał gawiedzi, że za Teslę, którą "kupuje", chce zapłacić czekiem, bo nie szanuje elektronicznych metod płatności. Zapomniał, że w tym samym czasie promuje i wspiera swoim nazwiskiem bitcoina oraz różne krypto- i memewaluty. Poza tym najbogatszy człowiek świata, który stał obok niego, zarobił pierwsze duże pieniądze właśnie na firmie, która zrewolucjonizowała rynek elektronicznych płatności. Chodzi o PayPala, którego Musk wraz ze wspólnikami sprzedał eBayowi za 1,5 miliarda dolarów w 2002 roku. Elon udawał, że nie słyszy tego fragmentu przemowy i zamiast się obrazić na towarzysza, dalej uśmiechał się i podpowiadał Trumpowi, co powinien mówić o jego samochodach. 

moto.pl


REPORTER: Panie Prezydencie, powiedział Pan, że ceny jaj spadły o 35% w ciągu ostatniego półtora tygodnia, ale najnowsze raporty pokazują, że ceny faktycznie wzrosły. Czy może Pan to wyjaśnić?

TRUMP: Słuchaj, mam najlepsze liczby, okej? Lepsze liczby niż ktokolwiek. Byłem właśnie w niesamowitym sklepie spożywczym — ludzie płakali, byli tak szczęśliwi z powodu cen. Jeden facet, duży facet, silny facet — może 6'5”, 300 funtów — podchodzi do mnie ze łzami w oczach i mówi: „Panie, właśnie kupiłem jajka za pół pensa”. Niesamowite.

REPORTER: Panie, Biuro Statystyki Pracy faktycznie podaje, że ceny jaj...

TRUMP: Ach, Biuro Statystyki Pracy? Pozwól, że opowiem ci coś o tych gościach, okej? Byli wobec mnie bardzo niesprawiedliwi. Bardzo niesprawiedliwi. Nie chcą, żebym odniósł sukces! Chcą jajek Bidena — okropnych jajek, nawiasem mówiąc — drogich jajek. Ty to wiesz, ja to wiem, wszyscy to wiedzą.

REPORTER: Czyli twierdzi pan, że ich oficjalne dane dotyczące inflacji są błędne?

TRUMP: Mówię, że ludzie — piękni, niesamowici prawdziwi ludzie tego kraju — znają prawdę. Czy kiedykolwiek wchodziłeś do sklepu spożywczego, rozglądałeś się i po prostu czułeś ceny? Ja tak. Mam najlepsze wyczucie cen. Lepsze niż ktokolwiek inny. Lepsze niż ekonomiści. Nazywają mnie ekspertem od jajek, okej?

REPORTER: Kto cię tak nazywa?

TRUMP: Wiele osób!

REPORTER: Ale czy nie jest mylące stwierdzenie, że ceny spadły, gdy...

TRUMP: Słuchajcie, fake newsy! Pozwólcie, że zapytam was o coś — kiedy byłem prezydentem po raz pierwszy, czy kiedykolwiek zabrakło nam jajek? Nie. Nigdy. Teraz, za Bidena, był cały kryzys jajeczny. Ptasia grypa, mówili! Jaki żart. To głębokie państwo bawi się kurami.

REPORTER: Zabawa z kurami?

TRUMP: Myślisz, że to przypadek? Wiedzieli, że wrócę! Wiedzieli. Więc sprawili, że jajka były drogie, żebym źle wypadł. Ale wiesz co? Naprawiliśmy to. Naprawiłem to w tydzień.

REPORTER: Panie, ale…

TRUMP: I powiem ci coś jeszcze — kury mnie kochają. Rolnicy mówią mi: „Panie, kury znoszą lepsze jajka, gdy jest pan prezydentem”. To prawda. Nie dostaje się takich jajek pod rządami Sleepy Joe. Słabe jajka. Smutne jajka. Moje jajka? Ogromne jajka.

REPORTER: Panie Prezydencie, ja…

TRUMP: A tak przy okazji, skoro mowa o jajkach — Chiny. Zabierają nam jajka. Kradną je. Dlatego mamy cła. Lubisz cła? Powinieneś. Są piękne.

REPORTER: Ja—

TRUMP: Świetny wywiad. Świetna rozmowa. Powinniśmy to robić częściej. Ale tylko jeśli zaczniesz być milszy

x.com/MrCactus369

sobota, 15 marca 2025



13 lipca 2024 r. zamachowiec próbował zabić Trumpa podczas wiecu. Zaraz potem Elon Musk po raz pierwszy poparł republikańskiego kandydata, a dwa dni później Trump wybrał J.D. Vance'a, również popieranego przez Muska, na swojego kandydata na wiceprezydenta.

W ten sposób wyścig po fotel wiceprezydenta wygrała nowa republikańska technoelita, z prawicowcami z Doliny Krzemowej na czele: Peter Thiel i Elon Musk, ich przyjaciel i partner biznesowy David Sacks, który obecnie pełni funkcję doradcy Białego Domu ds. sztucznej inteligencji i kryptowalut, oraz syn prezydenta Trumpa, Donald Jr. Ich kandydatem był J.D. Vance.

Przedstawiciele starego kapitału medialnego, kierowanego przez republikańskiego potentata medialnego Ruperta Murdocha, który jest właścicielem Fox News Channel i WSJ, przegrali. Byli oni zdecydowanie przeciwni Vance'owi i nalegali, by wiceprezydentem został Marco Rubio (który później został sekretarzem stanu USA) lub Doug Burgum (obecnie sekretarz spraw wewnętrznych).

Podczas kampanii prezydenckiej Vance odegrał kluczową rolę w przyciągnięciu Doliny Krzemowej na stronę Trumpa, w tym elit, które wcześniej głosowały wyłącznie na kandydatów Demokratów i uważały pierwsze wybory Trumpa za katastrofę. W szczególności Vance pomógł Davidowi Sacksowi, którego do tego czasu nazywał "jednym ze swoich najbardziej zaufanych ludzi w polityce", zorganizować protrumpowską kolację dla technoelit i zebrać 15 mln dol. (58 mln zł) na kampanię.

Przez prawie cały wyścig, odkąd Vance został ogłoszony kandydatem na wiceprezydenta, jego wskaźnik poparcia był ujemny. Na początku wyścigu wynosił -3 proc. (co oznacza, że 26 proc wyborców lubiło Vance'a, a 29 proc. go nie lubiło), a miesiąc przed wyborami spadł jeszcze bardziej do -12 proc. Polityk został nazwany najgorszym kandydatem na wiceprezydenta od dziesięcioleci i nawet zwolennicy Trumpa rozważali zastąpienie Vance'a kimś innym w ostatniej chwili.

(...)

Debata kandydatów na wiceprezydenta pomogła podnieść jego notowania — Vance'owi przeciwstawił się Demokrata i gubernator Minnesoty Tim Walz. Podczas debaty Vance dał się poznać jako spokojny i elokwentny mówca, któremu udało się uwypuklić słabości retoryki rywala. Vance wykonał również kilka zabawnych grymasów, które stały się podstawą popularnych memów na jego temat. Ocena polityka po raz pierwszy była pozytywna, ale wkrótce spadła.

Chociaż Vance był przekonującym mówcą i dobrym debatantem, wystarczyło kilka filmów (w jednym z nich, na przykład, rozmawia z personelem w kawiarni), na których był nieporadny w życiu codziennym, aby ugruntować jego status "dziwnej" osoby. Ta "dziwność" została również skutecznie wypromowana przez Demokratów.

Po zwycięstwie Trumpa w wyborach w listopadzie i do jego inauguracji 20 stycznia 2025 r. Vance zniknął z pola widzenia opinii publicznej. Technooligarcha Elon Musk zajął całą przestrzeń obok Trumpa: zamieszkał obok prezydenta-elekta i uczestniczył w wyborze kandydatów na kluczowe stanowiska w nowej administracji.

Pojawiły się plotki, że Vance był postacią czysto dekoracyjną, która nie odegra znaczącej roli w przyszłej administracji, a prawdziwym numerem dwa (a może nawet numerem jeden) był Musk. Miliarder szybko zajął jednak miejsce w Departamencie Wydajności Rządu, a wiceprezydent Vance z każdym tygodniem zyskuje coraz większe znaczenie w nowej administracji.

Vance jest odpowiedzialny za kontakty prezydenta z Senatem, gdzie Republikanie mają obecnie większość. W szczególności odegrał wiodącą rolę w procesie potwierdzania przez Senat nominacji Trumpa na najwyższe stanowiska w nowej administracji: sekretarza obrony Pete'a Hegsetha i sekretarza zdrowia Roberta Kennedy'ego Jr.

"Jest zawsze dostępny", mówi senator Thom Tillis, którego Vance przekonał do głosowania na sekretarza obrony Hegsetha. — Jeśli do niego napiszę, odpowiada szybko, jeśli nie natychmiast". Inny senator, Markwayne Mullin, mówi, że kiedy Vance przychodzi do Senatu, "nie zachowuje się jak wiceprezydent. Zachowuje się, jakby był wśród przyjaciół — i to nam się bardzo podoba".

Vance odgrywa również kluczową rolę w relacjach między rządem a amerykańskim sektorem technologicznym i jest odpowiedzialny za sprzedaż chińskiej sieci społecznościowej TikTok amerykańskim właścicielom. To on musi znaleźć nabywców, w przeciwnym razie TikTok zostanie zakazany w USA.

Ale najważniejszą rzeczą, za którą Vance został zapamiętany w ciągu półtora miesiąca, są jego wypowiedzi na temat polityki zagranicznej USA. Pierwsze europejskie przemówienie Vance'a miało miejsce na szczycie AI Action Summit w Paryżu. Przemówienie amerykańskiego wiceprezydenta rozpoczęło się od krytyki europejskiego podejścia do technologii. Vance powiedział, że Europejczycy muszą podążać za Ameryką Trumpa, patrząc na zaawansowane technologie, takie jak sztuczna inteligencja, "z optymizmem, a nie niepokojem".

Powiedział również, że Europa powinna przestać "dokręcać śrubę" amerykańskim korporacjom technologicznym i ostrzegł Europejczyków przed używaniem sztucznej inteligencji "do cenzurowania i kontrolowania myśli użytkowników". Zwracając się do sali, w której znajdowali się prezydent Francji Emmanuel Macron, kanclerz Niemiec Olaf Scholz i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, polityk zażądał, aby europejscy prawodawcy przestali "blokować dorosłym mężczyznom i kobietom dostęp do opinii, które rząd uważa za dezinformację".

Trzy dni później Vance wygłosił jeszcze bardziej agresywne przemówienie na Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa. Oświadczył, że Europa jest w niebezpieczeństwie, ponieważ zbyt daleko odeszła od wspólnych wartości z Ameryką. Oskarżył europejskie władze o tłumienie wolności słowa i sprzeciwu politycznego, prześladowanie wierzących i narzucanie siłą wartości obywatelom.

Europejscy urzędnicy, którzy spotkali się z Vancem , powiedzieli, że osobiście był on mniej polityczny, a bardziej profesjonalny. Ale ze sceny na konferencji w Monachium wyraził ostrą krytykę, na którą Europejczycy nie byli przygotowani. 40-letni wiceprezydent, zaledwie miesiąc po objęciu urzędu, w ciągu godziny stał się zwiastunem zmian w porządku międzynarodowym po II wojnie światowej.

Dwa tygodnie po przemówieniu w Monachium Vance ponownie znalazł się w epicentrum polityki międzynarodowej, angażując się w publiczny spór między prezydentem Trumpem a ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. Odchodząc od standardów neutralnego zachowania wiceprezydentów, Vance upomniał i skrytykował prezydenta innego kraju przed kamerami.

Później Vance kontynuował głośne oświadczenia, mówiąc, że gwarancje bezpieczeństwa dla Ukrainy nie mają żadnej wagi, jeśli są udzielane przez "jakiś przypadkowy kraj, który nie był w stanie wojny od 30 lub 40 lat", czyli Wielką Brytanię i Francję. Później zaprzeczył, że odnosił się do tych krajów, ale w czasie, gdy to mówił, nikt nie sugerował niczego podobnego.

W następstwie tych ataków dziennikarze zaczęli nazywać Vance'a "psem bojowym Trumpa". Sam wiceprezydent wydaje się cieszyć falą memów na temat swojego wyglądu, które pojawiły się w sieci społecznościowej X po jego medialnych wybuchach. Sam nawet publikuje memy na swój temat.

onet.pl