piątek, 15 listopada 2024



Żeby dostrzec różnicę, którą powoduje ten fakt należy porównać ceny gazu w głównych hubach handlowych UE oraz USA – są to odpowiednio holenderski TTF oraz leżący w Luizjanie Henry Hub. Przez zdecydowaną większość ostatnich 10 lat amerykańskie ceny gazu były 2-3 razy niższe od europejskich. Dla przykładu, we wrześniu 2014 roku surowiec ten kosztował w USA 3,92 dolara za mmBtu (czyli za milion brytyjskich jednostek termicznych, odpowiednik ok. 30 metrów sześciennych), a w UE – 9,24 dolara za mmBtu. We wrześniu 2019 roku ceny te wynosiły 2,58 dolara za mmBtu (USA) oraz 4,21 dolara za mmBtu (UE).

Od tej zasady były jednak dwa wyjątki. Pierwszy to okres pierwszych lockdownów związanych z pandemią koronawirusa. W lipcu 2020 roku gaz w UE był tak tani, że praktycznie zrównał się cenowo z gazem amerykańskim (1,80 vs. 1,74 dolara za mmBtu). Sytuacja ta nie trwała jednak zbyt długo i już pod koniec I kwartału 2021 roku poziomy cenowe wróciły do normy. Jednakże krótko potem pojawił się drugi wyjątek, który zupełnie zaburzył te proporcje: chodzi oczywiście o kryzys energetyczny związany z rosyjską wojną na Ukrainie.

Szykująca się do agresji Rosja już w połowie 2021 roku zaczęła ograniczać dostawy gazu do Europy (warto przypomnieć: uzależnionej od importów), co spowodowało istotny skok cen tego surowca. Już w październiku tego roku za mmBtu gazu w UE płaciło się 31,05 dolara. W USA cena pozostała na relatywnie niskim poziomie: 5,48 dolara za mmBtu. Amerykanie nie musieli się bowiem obawiać, że ktoś im ograniczy lub odetnie dostawy gazu – dostarczali go sobie sami; jego cena reagowała jedynie delikatnie na zaburzenia odnotowywane na rynku światowym.

Katastrofa spadła na Europejczyków jednak dopiero w roku 2022. W czasie szczytu kryzysu energetycznego – tj. w sierpniu – ceny gazu w hubie TTF osiągnęły astronomiczny poziom 70,04 dolara za mmBtu, były więc ok. 35 razy wyższe niż w sierpniu roku 2020. Zaburzenia na globalnym rynku surowca przelały się również na rynek USA – ale znów w delikatny sposób. Ceny były tam wciąż 8 razy niższe od europejskich (8,79 dolara za mmBtu). Z czasem presja na europejskim rynku gazu zaczęła ustępować: we wrześniu roku 2024 gaz w TTF kosztował 11,78 dolara za mmBtu. Jednakże było to wciąż 5 razy więcej niż w USA (2,25 dolara za mmBtu) i tego rodzaju proporcja utrzymuje się już od pewnego czasu.

(...)

Cena gazu jest absolutnie kluczowa dla zrozumienia różnicy w kosztach energii między USA i UE. Obecnie to właśnie gaz jest najważniejszym surowcem zarówno dla amerykańskiego, jak i europejskiego miksu energetycznego. Odpowiada on a ok. 40% produkcji energii elektrycznej w USA, a także – ze względu na tzw. system merit order – kształtowała cenę energii elektrycznej w UE w ostatnich latach. Jak się bowiem okazuje, to właśnie ekstremalnie drogi gaz, a nie np. koszty uprawnień do emisji, podbiły unijną cenę energii elektrycznej.

(...)

Z czasem ceny energii elektrycznej w UE zaczęły się stabilizować, ale nadal pozostały wysokie – jak podaje analityk Georg Zachmann, jeszcze w pierwszej połowie 2023 roku ceny hurtowe energii elektrycznej w Unii Europejskiej wahały się średnio wokół 110 dolarów/MWh, podczas gdy w kluczowych rynkach Stanów Zjednoczonych wynosiły około 30-50 dolarów/MWh. 

(...)

Warto przy tym zaznaczyć, że węgiel w USA również jest tańszy niż w Europie: wg firmy węglowej Peabody Energy koszt wydobycia tego surowca w USA wynosił w 2024 r. 160 zł/tona. Tymczasem ceny w europejskich portach ARA sięgały w tym roku nawet 489 zł/tona. UE nie ma bowiem dostatecznie dużo własnych zasobów węgla kamiennego i musi importować ten surowiec (wydobywany w Europie węgiel jest zaś ekstremalnie drogi w wydobyciu; za 96% jego produkcji odpowiada Polska, gdzie koszty wydobycia tony sięgają obecnie 824 zł). Z kolei węgiel brunatny z roku na rok traci w UE na znaczeniu; jego udział w wytwarzaniu unijnej energii elektrycznej w 2024 roku będzie wynosił ok. 6%, z czego większość to Niemcy oraz Polska. W USA produkcja energii z węgla brunatnego jest pomijalnie mała, nie uwzględnia się jej nawet w statystykach.

Jednakże, jeśli chodzi o energię elektryczną, to UE może konkurować z USA mocami bezemisyjnymi, które mają bardzo niski koszt generacji energii. Są to zarówno źródła odnawialne (odpowiadające w tym roku za ok. 50% unijnej produkcji energii elektrycznej) oraz atom (w Unii Europejskiej działa obecnie 100 reaktorów jądrowych o łącznej mocy ok. 97 GW, czyli więcej niż w USA, gdzie pracują 94 reaktory o łącznej mocy 96 GW). Konkurencja ta musi się jednak wiązać ze zmianami w kształcie rynku energii. Chodzi przede wszystkim o system merit order, służący do ustalania cen, który narzuca na cały rynek koszt generacji z najdroższego źródła (to z jego powodu energetyka gazowa wywindowała unijne ceny energii). Taki mechanizm działał świetnie w stabilnej sytuacji podażowej, ale w czasie kryzysu okazał się dość niszczycielski dla europejskich gospodarek.

energetyka24.com


Chiński konsument wybudził się z długiego letargu. Sprzedaż detaliczna w Państwie Środka wzrosła w październiku o 4,8% proc., co oznacza duże przyspieszenie z 3,2 proc. odnotowanych we wrześniu oraz najlepszy wynik od lutego. Odczytowi pomogło obchodzone w dniach 1-7 października święto ustanowienia republiki ludowej, będące dniami wolnymi od pracy. Tydzień po jego zakończeniu, 14 października, ruszyły zaś wyprzedaże z okazji Dnia Singla.

(...)

Oprócz tego widoczne skutki zaczynają przynosić też rządowe programy stymulacyjne. Pekin dąży do wzmocnienia konsumpcji, żeby oprzeć na niej w większym stopniu swój wzrost gospodarczy. Kilka miesięcy temu chińskie władze wprowadziły m.in. dopłaty do wymiany sprzętu AGD. Sprzedaż urządzeń z tej kategorii zwiększyła się w październiku o 39,2 proc.

Produkcja przemysłowa w Chinach wzrosła w październiku o 5,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi spowolnienie względem wrześniowego odczytu na poziomie 5,4 proc. Ekonomiści ankietowani przez agencję Reutera spodziewali się, że wskaźnik umocni się o 5,6 proc. Prawdziwy problem gospodarki Państwa Środka ujawniają jednak dane z sektora nieruchomości.

Inwestycje w nieruchomości w okresie styczeń-październik zmniejszyły się o 10,3 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim, co stanowi największy spadek od odczytu z końca sierpnia 2021 roku. Sprzedaż nieruchomości w przeliczeniu na metr kwadratowy okazała się jednak nieco lepsza niż w ubiegłych miesiącach. W okresie styczeń-październik spadła o 15,8 proc. rok do roku, czyli wolniej niż w okresie styczeń-wrzesień, kiedy zmniejszyła się o 17,1 proc.

Pomimo kolejnych prób wsparcia ze strony państwa sektor nieruchomości w dalszym ciągu pozostaje w głębokim kryzysie. Bank centralny obniżył stopy procentowe, władze nakazały zmniejszenie minimalnego wkładu własnego, a największe miasta znoszą kolejne bariery w zakupie mieszkań.

bankier.pl



Według tegorocznego badania globalizacja osiągnęła swój szczyt w 2015 r., kiedy to globalna Północ osiągnęła łącznie 240 bln dol. (prawie 992 bln zł) dodatkowych zysków z globalnego Południa. To 30 razy więcej niż cała pomoc finansowa, jaką globalne Południe otrzymało od globalnej Północy.

Oznacza to, że musimy zrozumieć, że globalne Południe nie jest bynajmniej zamkniętym segmentem świata, który może żyć samodzielnie i obejść się bez globalnej Północy. Wręcz przeciwnie.

Pieniądze nadal są wypompowywane z globalnego Południa do krajów rozwiniętych, ale przepływ inwestycji do tych krajów z Północy już się zmniejszył. Istnieją międzynarodowe obliczenia dotyczące tego, gdzie trafiają inwestycje, i pokazują one, że Północ inwestuje obecnie na Północy dwie trzecie całkowitej kwoty światowych inwestycji.

Jest to zmiana w całym handlu zagranicznym i strukturze technologicznej Północy, rewizja wcześniej ustalonego wzorca współpracy między krajami. Jest to bardzo niebezpieczny trend dla globalnego Południa.

Po pandemii COVID-19 proces ten stał się bardziej intensywny. Pojawiły się trzy ważne terminy, które będą teraz definiować przyszłość: niarshoring, frenshoring, reshoring (inshoring).

Niarshoring to ten sam outsourcing, ale tylko do sąsiedniego terytorium dla kraju rozwiniętego. Na przykład dla USA jest to Meksyk i kraje Ameryki Łacińskiej.

Franshoring — przekierowanie biznesu do krajów bezpiecznych ekonomicznie i politycznie, przyjaznych w swoich reżimach politycznych rządom globalnej Północy.

Reshoring to, można powiedzieć, przeciwieństwo offshoringu: powrót produkcji do krajów globalnej Północy, z których kiedyś eksportowana była do krajów globalnego Południa.

A wszystko to jest restrukturyzacją modelu globalizacji, na którym kiedyś zaczęły rosnąć gospodarki globalnego Południa.

Oznacza to, że zamiast inwestować pieniądze i budować fabryki w Chinach, Indonezji, Malezji, Północ buduje fabryki na własnym terytorium lub, w przypadku Stanów Zjednoczonych, w Meksyku zamiast w Wietnamie czy na Filipinach.

(...)

Pamiętajmy, że kiedy rozpoczęła się globalizacja, logika była bardzo prosta: firmy przenosiły produkcję na Południe, aby zaoszczędzić na kosztach. Istnieją dowody na to, że zachodnie firmy zaoszczędziły do 70 proc. swoich kosztów. Ale był jeszcze jeden czynnik biznesowy, o którym nikt wtedy nie myślał, czyli ryzyko. Południe jest niestabilne, Południe może być wrogie, jest dość daleko stamtąd. A podczas pandemii okazało się, że w krajach rozwiniętych nagle zabrakło towarów medycznych: nie było masek, rękawiczek ani strzykawek.

Wszystko jest produkowane w Chinach, a Chiny niczego nie dostarczają, ponieważ porty są zamknięte. A teraz, podczas wojny w Europie, której globalne Południe, jak widzimy, nie postrzega jako czegoś bardzo poważnego dla siebie, ryzyko w krajach rozwiniętych zaczyna być oceniane inaczej.

Kolejnym tematem w tej serii, o którym niewiele osób mówi, jest zmieniający się miks energetyczny. Energia staje się /raczej "stanie się" - red./ coraz tańsza w krajach rozwiniętych, co rekompensuje różnice w wynagrodzeniach i sprawia, że przenoszenie produkcji do odległych krajów z tanią siłą roboczą, ale wysokimi kosztami logistycznymi, staje się mniej opłacalne.

Chociaż średnia płaca w Meksyku jest nadal nieco wyższa niż w Chinach, ale tylko nieznacznie, koszty transportu są nieporównywalnie niższe w przypadku przesyłek do USA. Innymi słowy, globalne Południe zaczęło tracić swoją przewagę gospodarczą na rzecz Północy, a obraz ten szybko się zmienia.

Nie, globalizacja oczywiście nie umrze, ale przekształca się — główna wymiana towarów, podział pracy, będzie coraz bardziej przebiegać w ramach bloków regionalnych. Stany Zjednoczone, Meksyk, Kanada i niektóre inne kraje Ameryki Łacińskiej utworzą taki blok, a Europa ma już de facto blok w postaci Unii Europejskiej.

onet.pl


"Newsweek": Czy może pan wyjaśnić, dlaczego mieszkania są ulubioną inwestycją polskiej klasy średniej?

Piotr Kuczyński: – Stosunek Polaków do nieruchomości jest wyjątkowy. Może z powodu PRL, w którym jedną z głównych bolączek był stały brak mieszkań. W naszych rodakach po 1989 r. zagnieździła się przemożna potrzeba posiadania własnego mieszkania. To marzenie ponad 90 proc. Polaków. Tymczasem w sąsiednich Niemczech ok. połowa ludzi mieszka w wynajmowanych lokalach i im to nie przeszkadza. Jakby tego było mało, Polacy nie tylko chcą mieć na własność mieszkanie, ale wierzą, że ceny mieszkań nieustannie będą rosły. Przeciętny przedstawiciel klasy średniej, kiedy ma nadwyżkę pieniędzy, inwestuje je w mieszkanie. Co zresztą potwierdzają dane, bo 70 proc. zakupów nieruchomości odbywa się za gotówkę.

Bo to pewna lokata kapitału.

– Pewna to ona była 20 lat temu. Owszem, był okres, kiedy to było super opłacalne, zysk był podwójny — generowany z coraz większej wartości nieruchomości i wynajmu. Ideał. Ale to się zmieniło, tyle że ludzie tego nie przyjmują do wiadomości.

Jest takie powiedzenie, że inwestowanie na rynku walutowym można porównać do pilotowania F-16, który jest szybki, agresywny. Trzeba mieć doskonały refleks. Rynki akcji, to są wielkie Jumbo Jety. Potrzeba rozwagi i odpowiedzialności. A rynek nieruchomości jest jeszcze wolniejszy, inwestowanie na nim to jak pływanie tankowcem. Zanim się zmienią nastroje, trendy, upływają nie sekundy, minuty, ale miesiące, nawet lata.

Jakie wnioski?

– Jak ludzie sobie wbili do głowy, że trzeba kupić mieszkanie, trzymać, wynajmować, to się tego trzymają. A prawda jest taka, że jak pan kupi dzisiaj nieruchomość i ją wynajmie, to otrzyma pan 4-5 proc. z kapitału rocznie. A na dodatek musi się użerać z wynajmującymi, którzy mogą lokal zdemolować, nie płacić, nie chcieć się wyprowadzić. 70 proc. Polaków boi się swoich lokatorów. Tymczasem większy zysk uzyska człowiek, który włoży pieniądze w czteroletnie obligacje skarbu państwa. I nic pan nie musi robić.

To skąd takie uparte trzymanie się tych nieruchomości?

– Wie pan, kiedy najwięcej pieniędzy wpływa na rynek akcji? W końcowej fazie hossy. Wtedy ludzie szaleją i wiadomo, że za chwilę nadejdzie korekta. I tak też jest z rynkiem nieruchomości. Przez całe lata był tworzony ten nawyk: warto kupić, bo mieszkania tylko drożeją. To nie musi być prawda. W latach 2007-2009 w Stanach Zjednoczonych gwałtownie taniały. A teraz widzimy podobny trend w Niemczech, czy w Wielkiej Brytanii. I to może się zacząć również w Polsce.

A trzeba brać pod uwagę, że moje powojenne pokolenie wymiera i zostawiamy mieszkania naszym potomkom. Ich jest jakoś dziwnie mało. W związku z tym można się spodziewać, że za parę lat tych wolnych mieszkań będzie bardzo dużo.

A może my po prostu jako społeczeństwo nie mieliśmy czasu i okazji, żeby się nauczyć inwestowania oszczędności. Bo przez lata ich nie mieliśmy i nie mamy wzorców.

– Osoby, które naprawdę zarabiają duże pieniądze, klasa wyższa, wiedzą jak to się robi. Ich wiedza nie odbiega od światowej normy. W gorszej sytuacji jest klasa średnia, która po prostu nie zdążyła się dorobić, a pracowała bardzo ciężko. Bo co z tego, że niemiecki lekarz zarabia trzy razy więcej niż polski. Tak naprawdę różnica w zamożności jest dużo większa, bo na zachodzie klasa średnia dorabia się od kilkudziesięciu lat, a w niektórych przypadkach to setki lat. Oni nauczyli się żyć w kapitalizmie. W Polsce kapitalizm jest stosunkową nowością. W PRL-u szansę na prawdziwe pieniądze mieli tylko rzemieślnicy i oni weszli w kapitalizm z jakimś startowym pakietem. Ale większość z nas zaczynała od zera. W związku z tym ok. 30 lat to naprawdę nie jest dużo, żeby zgromadzić taki tłuszcz finansowy, żeby czuć się bardzo pewnie.

Na Zachodzie wielu ludzi czuje się pewnie właśnie z tego powodu, że ich rodziny kumulowały przez lata bogactwo. Jeżeli ma pan posiadłość, jacht i 2-3 mln euro oszczędności, to może pan sobie pozwolić na zainwestowanie 100-200 tys. dol. w jakiś niepewny, ale obiecujący biznes.

A polska klasa średnia nie dość, że jeszcze nie ma takich zasobów, to ma poczucie, że strasznie harowała na te swoje oszczędności i drży, kiedy ma je zainwestować. Albo może wybuchnąć kryzys, który może im wszystko zabrać.

(...)

Czy klasa średnia zubożała po pandemii i ostrej inflacji?

– Nie, niech pan zobaczy, jakie wyniki mają Rainbow Tours czy Itaka. Wyjazdy zagraniczne są wykupione. To nie świadczy o zubożeniu. Poza tym pensje w sektorze przedsiębiorstw, które zatrudniają powyżej 10 osób, wynoszą 8300 zł. Wynagrodzenia rosną szybciej niż inflacja. Już jesteśmy po piku inflacyjnym, kiedy niejeden trzymał się za portfel, ale teraz sytuacja się poprawia. Poza tym przyszły obiecane podwyżki; 20 proc. dla budżetówki, 30 proc. dla nauczycieli, wzrosło wynagrodzenie minimalne. Nie można powiedzieć, że Polacy zubożeli.

Przez lata karmiono nas opiniami, że ponad połowa Polaków nic nie oszczędza. A teraz czytam badania Velo Banku, że 73 proc. Polaków oszczędza. Choć tylko co piąty Polak więcej niż 1000 zł miesięcznie.

onet.pl/Newsweek

czwartek, 14 listopada 2024



Siły rosyjskie nadal w dużym stopniu polegają na odnowionych czołgach i pojazdach opancerzonych wyciągniętych z magazynów, aby zastąpić pojazdy utracone podczas trwających działań bojowych, ale prawdopodobnie nie będą w stanie utrzymać tych strat w dłuższej perspektywie. Ekspert ukraińskiego Centrum Strategii Obronnych Viktor Kevlyuk oświadczył 13 listopada, że ​​siły rosyjskie nadal produkują i odnawiają około 150 do 160 nowych czołgów miesięcznie — około 1920 czołgów rocznie — mniej więcej tyle, ile wynosi obecna szybkość wymiany rosyjskich pojazdów. [79] Holenderski projekt open source Oryx poinformował, że siły rosyjskie straciły około 3558 czołgów od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji w 2022 r. Kevlyuk stwierdził, że około 30 procent wszystkich rosyjskich czołgów produkowanych rocznie (czyli około 567 z łącznej liczby 1344 czołgów produkowanych rocznie) to czołgi nowo wyprodukowane, a siły rosyjskie wycofują pozostałe 70 procent z magazynów, zauważając, że ostatnie szacunki brytyjskiego wywiadu sugerują, że Rosja wyczerpie swoje zapasy czołgów i opancerzonych wozów bojowych do jesieni 2025 r., jeśli będzie nadal wycofywać te pojazdy z magazynów w tym tempie. Brytyjski Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS) ocenił w lutym 2024 r., że siły rosyjskie prawdopodobnie będą w stanie wytrzymać około 3000 rocznych strat pojazdów przez co najmniej kolejne dwa lub trzy lata, reaktywując pojazdy z magazynów.  Ukraiński obserwator wojskowy Kostiantyn Maszowec ocenił wcześniej, że rosyjska baza przemysłu obronnego (DIB) może wyprodukować około 250–300 nowych czołgów i naprawić dodatkowe 250–300 czołgów rocznie. 

understandingwar.org


Marta Roels, Business Insider Polska: Kraje nordyckie są uważane za wzór sukcesu społecznego i gospodarczego. Które aspekty tej narracji uważa pan za błędne lub przesadzone?

Dr Tom G. Palmer: Rzeczywiście to kraje odnoszące sukcesy. Pierwszym mitem jest jednak socjalizm. Czasami mówi się na przykład, że Dania jest krajem socjalistycznym. Twierdzą tak politycy pokroju Berniego Sandersa. Duński premier w słynnej odpowiedzi na to zaprzeczył, ponieważ Duńczycy cieszą się gospodarką rynkową opartą na dobrowolnej wymianie i własności środków produkcji. Mają państwo transferowe, ale gospodarka jest mniej socjalistyczna niż w USA, jeśli spojrzeć na własność państwową. Co więcej, ochrona praw własności jest silniejsza niż w wielu innych krajach. Prywatna gospodarka rynkowa generuje ich bogactwo. To po pierwsze.

Drugą kwestią jest to, że choć państwo nakłada podatki i prowadzi redystrybucję poprzez świadczenie usług, opiekę medyczną, edukację itp., to polityka państw skandynawskich nie jest tak hojna, jak sądzi wiele osób z zewnątrz, ponieważ postrzeganie ich przez wielu ludzi jest zakorzenione w latach 70. i wczesnych 80. ubiegłego wieku, kiedy to państwo socjalne zostało znacznie rozbudowane, zwłaszcza w Szwecji. Doprowadziło to jednak do sporego kryzysu w kraju, a wydatki zostały drastycznie ograniczone.

Trzecią kwestią jest to, że państwa opiekuńcze nie są finansowane z podatków od najbogatszych czy miliarderów, ale z podatków od osób pracujących. W przeciwnym razie liczby się nie sumują. Wreszcie z powodu kryzysów w państwach dobrobytu przesunęły się one w kierunku systemów, które są mniej ekspansywne i bardziej zorientowane na swobodę wyboru usług bez monopolizacji państwa. Dotacje można przekazywać różnym usługodawcom. To nie jest monopolistyczny system państwowy, ale z jakiegoś powodu wiele osób postrzega kraje nordyckie jako małe Związki Radzieckie. Tak nie jest. To silne, wolnorynkowe gospodarki.

15 listopada swoją premierę w Polsce będzie miała pana książka "Być wolnym. Jak zachować kontrolę nad swoim życiem w państwie opiekuńczym?". Twierdzi pan, że samokontrola jest lepsza niż kontrola państwa. Wśród czynników, które doprowadziły kraje nordyckie do sukcesu, są wysoka etyka pracy, zaufanie społeczne i podejście, w którym nie chce się nadużywać systemu. Pana zdaniem system ten jednak obecnie zawodzi – jak można to wyjaśnić?

Zawodzi to zbyt mocne słowo, ale widzimy zdecydowane podkopywanie fundamentów dobrobytu. Niedawno ukazała się bardzo ważna książka, której współautorami są Nima Sanandaji i Gabriel Heller-Sahlgren. Przyglądają się w niej wpływowi zasiłków i podatków na zachowanie. Państwo opiekuńcze doprowadziło do załamania norm moralnych – liczba osób skłonnych do oszukiwania systemu wzrosła, zmniejszając zaufanie społeczne. Wiele osób uważa, że akceptowalne jest otrzymywanie świadczeń, do których nie jest się uprawnionym oraz uchylanie się od płacenia podatków, które finansują te świadczenia. W badaniu przyjrzano się wpływowi państwa opiekuńczego na zaufanie społeczne – jeden z fundamentów dobrobytu. Wraz ze wzrostem świadczeń i podatków coraz mniej osób zgadzało się, że oszukiwanie nie jest w porządku. W ostatnich latach nastąpiła niewielka poprawa norm moralnych, które są skorelowane z dwiema rzeczami: workfare, co oznacza system, w którym za otrzymywane świadczenia trzeba wykonywać jakąś pracę oraz zmniejszenie ogólnego obciążenia podatkowego. Kiedy ludzie otrzymują więcej za swoją pracę, a motywacja do korzystania z zasiłków jest mniejsza, zmniejsza się liczba oszustw.

Jest w tym ważna lekcja. Świadczenia państwowe mogą podważyć fundamenty dobrobytu i źródła bogactwa państwa do redystrybucji. Tak więc kraje skandynawskie są dla nas nauką o tym, jak generować dobrobyt i jakie jest niebezpieczeństwo podważenia zaufania społecznego i etyki pracy, jeśli świadczenia są zbyt łatwe, a podatki zbyt wysokie.

businessinsider.com.pl

środa, 13 listopada 2024



10 listopada agresor atakował rekordową liczbą 145 dronów Shahed/Gerań. Od wieczora 5 listopada do rana 12 listopada miał ich łącznie wykorzystać 641. Zniszczone miały zostać 353 bezzałogowce, a 246 uznano za lokacyjnie utracone, co według Kijowa mogło wynikać z oddziaływania systemów walki radioelektronicznej. W tym samym czasie w cele na Ukrainie miały uderzyć 22 rakiety, a obrońcy deklarowali zestrzelenie sześciu. Połowę użytych przez Rosjan dronów mają stanowić tanie wabiki bez części wyposażenia i głowicy bojowej, których głównym celem jest wyczerpywanie zasobów obrony powietrznej przeciwnika. Według szefa ukraińskiego Centrum Przeciwdziałania Dezinformacji efektywność wrogich ataków z wykorzystaniem bezzałogowców wynosi niewiele ponad 10%. Najeźdźcy mają gromadzić w bazach lotnictwa strategicznego liczne pociski manewrujące, co świadczy o zbliżającym się kolejnym dużym ataku rakietowym.

osw.waw.pl


Mając wybór między demokratką, która pomoże Ukrainie przetrwać, a republikaninem, który zerwie wszystkie dotychczasowe zasady i niemal na pewno ograniczy pomoc dla Kijowa, zdecydowali się zaryzykować. Dlaczego? Wystarczy spojrzeć na reakcję Wołodymyra Zełenskiego.

Natychmiast po wstępnym zliczeniu głosów pogratulował Donaldowi Trumpowi zwycięstwa. "Z niecierpliwością czekamy na erę silnych Stanów Zjednoczonych Ameryki pod zdecydowanym przywództwem prezydenta Trumpa" — napisał w serwisie X.

Nie były to puste słowa. Jego współpracownicy prywatnie są coraz bardziej sfrustrowani administracją Joego Bidena i "samoodstraszaniem" — jak nazywają jej postawę względem Rosji. Chodzi im o stale towarzyszące amerykańskim rządzącym obawy przed eskalacją i rosnącą przepaść między retoryką "stania z Ukrainą tak długo, jak to konieczne" a działaniami, które sugerują coś zupełnie przeciwnego.

onet.pl


Gubernator Niżnego Nowogrodu Gleb Nikitin ogłosił w zeszłym tygodniu, że jego region podniesie jednorazową wypłatę dla ochotników zaciągających się do walki w Ukrainie do 3 mln rubli (125 tys. zł).

Według zestawienia prowadzonego przez BBC i Mediazone Niżny Nowogród oferuje obecnie najwyższą ofertę dla rekrutów wojskowych ze wszystkich regionów Rosji.

— Dostarczanie personelu na wojnę stało się czymś w rodzaju kluczowego wskaźnika wydajności dla rosyjskich gubernatorów. Nie mogą sobie pozwolić na pozostawanie daleko w tyle za innymi regionami w tej samej "klasie wagowej" lub sąsiedztwie geograficznym — mówi Maria Wyuszkowa, wiodąca badaczka regionalnych i etnicznych różnic w ofiarach wojennych w Rosji.

W zeszłym roku antywojenna Fundacja Wolna Jakucja opublikowała wyciekłe nagrania wideo z zamkniętych spotkań rządowych, które dowodzą, że Kreml przydziela każdemu regionowi Rosji roczną kwotę na rekrutację ochotników do wojska. Wypełnienie tego limitu stało się odpowiedzialnością lokalnych urzędników, którzy z kolei mają za zadanie informować o swoich postępach byłego prezydenta i obecnego wysokiego urzędnika ds. bezpieczeństwa Dmitrija Miedwiediewa.

(...)

— Szefowie regionów są wynagradzani na podstawie całkowitej liczby osób, które rekrutują i nie ma znaczenia, czy pochodzą oni z ich regionu, czy z sąsiedniego — wyjaśnia Maria Wyuszkowa.

— Stworzyło to swoistą konkurencję między regionami. Każdy z nich stara się zaoferować więcej pieniędzy przyszłym żołnierzom, wiedząc, że analizują oni oferty w poszukiwaniu najwyższej wypłaty — dodaje.

— Ważne jest, aby zrozumieć, że jeśli mamy biedniejszy region obok bogatszego, który oferuje wysokie wypłaty, ludzie z biedniejszego obszaru pójdą podpisać umowę w tym bogatszym — zauważa ekspertka.

Urzędnicy w Baszkiri — liderze pod względem liczby strat wojennych — oferują 1,5 mln rubli (62,7 tys. zł) za podpisanie umowy z ministerstwem obrony.

Przykładowo Tatarstan, drugi w rankingu strat z ponad 2700 potwierdzonymi ofiarami śmiertelnymi, oferuje dwa razy większe wynagrodzenie niż jego sąsiad i kluczowy rywal polityczny i gospodarczy Baszkiria.

Z kolei region Perm, który znajduje się w pobliżu obu republik, oferuje rekrutom znacznie niższą zapłatę w wysokości 800 tys. rubli (33,5 tys. zł), zajmując jednocześnie pierwsze miejsce w krajowym rankingu ofiar, co oznacza, że jego mieszkańcy mogą być zmotywowani do podróżowania w celu podpisania kontraktu gdzie indziej.

Tatarstan i Baszkiria posunęły się nawet do oferowania nagród ochotnikom, których zadaniem jest znalezienie przyszłych żołnierzy i towarzyszenie im do najbliższego biura rekrutacyjnego w celu podpisania kontraktu.

W Tatarstanie rekruter może otrzymać nawet 100 tys. rubli (4,2 tys. zł) za każdą podpisaną umowę z żołnierzem. To niemal trzykrotnie wyższe wynagrodzenie niż średnia miesięczna pensja w regionie.

— Wygląda na to, że Baszkiria i Tatarstan zaczęły doświadczać ofiar na dużą skalę dopiero ostatniej zimy — wskazuje ekspertka, zauważając, że dwie republiki najwyraźniej zamieniły się miejscami z poprzednimi liderami, dalekowschodnią republiką Buriacji i obwodem irkuckim.

Wyuszkowa uważa, że trend ten jest związany z "geografią rosyjskich okręgów wojskowych", ponieważ żołnierze z każdego z nich są przydzielani do różnych obszarów na linii frontu. Przykładowo żołnierze Wschodniego Okręgu Wojskowego, do którego przypisane są obwody buriacki i irkucki, stacjonują na południowym froncie w pobliżu Zaporoża, "gdzie obecnie nie ma dużej aktywności wojskowej".

— To zmieniło proporcje ofiar. Środek ciężkości strat Rosji wydaje się przesuwać na zachód — wyjaśnia ekspertka.

onet.pl


12 stycznia 2017. Czekając na Trumpa

Oni na ciebie czekali, Trumpie. Oni trzymali za ciebie kciuki. Palili świeczki za twoje zwycięstwo i stawiali na nie wszystkie żetony. Dzień i noc wychwalali cię we wszystkich rządowych kanałach telewizyjnych, radiowych i internetowych, jakbyś był ich kandydatem. Jakby to były ich wybory, jakbyśmy mieli w nich prawo głosu. Tak właśnie trudzą się w pocie czoła kaukascy gubernatorzy, zdobywając dla Putina jego dziewięćdziesiąt dziewięć procent miłości ludu.

Oni walczyli o ciebie, Trumpie, zapominając o dumie narodowej, nie zdając sobie sprawy, że skłaniając Rosjan do bliskości z tobą typowymi dla siebie metodami, robią z Rosji kolejny amerykański stan, którego los zależy od polityków w dalekiej stolicy federalnej.

Jesteś tym, czego od dziecka uczono nas nienawidzić w Ameryce. Jesteś bezczelnym oligarchą, Trumpie, jesteś łgarzem, pływasz w złocie i szanujesz tylko szmal, jesteś też imperialistą, ale oni nauczyli nas uwielbiać cię wbrew temu wszystkiemu. Kiedy wygrałeś, oni zgotowali ci owację na stojąco, myśląc, że oklaskują samych siebie. Twoje zwycięstwo było ich zwycięstwem, Trumpie. Ale dlaczego? Dlaczego tak się z ciebie cieszą? Dlatego że złożyłeś im obietnicę, na którą tak długo czekali.

Oni chcą od ciebie tylko jednego: szacunku dla Rosji. Brzmi to dość niewinnie i to żądanie wydaje się wykonalne. Jeśli nie wnikać w znaczenia, które przypisują słowu "szacunek" i słowu "Rosja".

"Rosja" to oni: grupa osób obecnie dzierżących władzę w naszym kraju. Dość wąska grupa związana wspólną przeszłością i licznymi interesami biznesowymi. Większość z nich to weterani służb specjalnych, cierpiący na zawodowe odchylenia psychiczne. Zdobyli wielką władzę przypadkiem i na złość temu przypadkowi przekonali sami siebie o jej sakralnej naturze. Nie są wybranymi, ale wybrańcami, i dlatego postrzegają ludność jako generator chaosu i zagrożeń. Usilnie zapominają o tym, że sami pochodzą z ludu, i dlatego już ludu nie rozumieją i nie czują. Sami nam powiedzieli, że Rosja to Putin, pod słowem "Putin" rozumiejąc oczywiście i siebie. Tak, przez półtorej dekady zachodnie wywiady zdążyły się zorientować, who is ten zbiorowy Putin. Zorientowały się, z jakim wdziękiem stosuje się we współczesnej Rosji kryminalny styl zarządzania, wdrożony jeszcze przez towarzysza Stalina. Rozwikłały zawiłe powiązania wielkiego biznesu, przestępczości zorganizowanej i służb specjalnych, które stanowią w naszym kraju realną politykę. Zdjęły z nich maski. Zobaczyły ich prawdziwe gęby. A teraz wszyscy będziecie musieli te gęby pokochać, Trumpie, dlatego że maski na nie już nie pasują. Oni wyciągają do ciebie rękę, w czymkolwiek by była umazana, Trumpie. Pamiętaj, że "szacunek" to kluczowe pojęcie w świecie "pojęć". Szanuj, uściśnij.

I jeszcze, że "szacunek" oznacza "nieingerencję". Nie powtarzaj błędów Obamy, Trumpie, nie wprowadzaj swojej amerykańskiej reguły do naszego prawosławnego klasztoru. Nasza droga jest szczególna. Rosja od niepamiętnych czasów opiera się na mamieniu i dziesiątkowaniu narodu, na dławieniu wolnomyślicielstwa, na sitwach, na strachu i zachwycie, na amnezji i rekonstrukcjach historycznych, na kłamstwach ideologii i religii, na niekończącej się konfrontacji z potencjalnym przeciwnikiem. Nie, to nie jest zapóźnienie cywilizacyjne. Nie trzeba nas oduczać rytualnego składania ofiar, a nasz feudalny system jest wyjątkowy, piękny, mądry i wieczny. Szanuj cudzą kulturę, Trumpie.

I jeszcze jedno: będziemy musieli ustanowić taki sam suwerenny porządek na sąsiadujących z nami terytoriach. Uwierz mi: żadna forma rządów nie pasuje do nich bardziej niż ta kryminalna, którą zaproponował towarzysz Stalin, by utrzymać porządek wśród mieszkańców łagrów. W końcu jesteśmy sobie historycznie bliscy, to, co nam odpowiada, będzie odpowiadać i naszym sąsiadom. Oto dlaczego oni tak na ciebie czekali, Trumpie. Wszystko, czego chcą od Ameryki, to żeby zostawiła ich w spokoju. Żeby przestała dawać dobre rady. Ich figle z waszymi wyborami to tylko pouczający przykład. Im też się nie podoba, kiedy wtrącacie się w nieswoje sprawy. Dlatego byli szczęśliwi, kiedym im obiecałeś, że odpierdolisz się od Rosji. A my byliśmy szczęśliwi, bo oni powiedzieli nam z telewizora, żebyśmy byli szczęśliwi.

Nie lubimy, gdy ktoś nam mówi, jak mamy żyć, Trumpie. Może i życie mamy nie takie jak u was, może jest krótkie i niełatwe, ale jesteśmy z tego bardzo dumni. My zresztą nie chcemy żyć, wystarcza nam przetrwanie.

Oni na ciebie czekali, Trumpie. Wszyscy czekaliśmy. Nie spieprz tego.

Dmitrij Głuchowski - My. Kronika upadku

wtorek, 12 listopada 2024



Magdalena Rigamonti: Pan był ambasadorem w USA od 2021 r., kiedy prezydentem był Joe Biden. Teraz Donald Trump, już po wygraniu wyborów prezydenckich, powiedział, że skończy wojnę, w zasadzie zmuszając Ukraińców do oddania dużej części ukraińskich terytoriów Putinowi.

Marek Magierowski: Pamiętam swoje wysłuchanie w Komisji Spraw Zagranicznych Sejmu przed moim wyjazdem do Waszyngtonu, gdzie mówiłem bardzo wyraźnie, że Polsce powinno zależeć na tym, żeby utrzymywać dobre relacje i z Demokratami i z Republikanami.

Minister Sikorski zapewnia, że są utrzymywane. Minister Sikorski też o tym mówi od dłuższego czasu. Sprawia mi po części satysfakcję, że pomogłem mu w nawiązywaniu kontaktów ze środowiskiem republikańskim, bliskim prezydentowi Trumpowi. Z ekspertami i politykami, którzy pracowali w jego pierwszej administracji. Miał kilka, czy nawet kilkanaście spotkań z nimi podczas swoich dwóch wizyt w Waszyngtonie.

Pan je umawiał?

Tak, udało się je umówić, a w niektórych z nich sam uczestniczyłem. Były bardzo produktywne.

Czego dotyczyły?

Kiedy chwaliliśmy się naszymi wydatkami na zbrojenia, robiło to ogromne wrażenie i na demokratach, i na republikanach, także na trumpistach. Myślę, że teraz to powinien być jeden z priorytetów naszej polityki zagranicznej i naszych relacji z Waszyngtonem. Te obszary są dla prezydenta Trumpa i dla jego najbliższych współpracowników najważniejsze.

Prezydent Trump mówi, że nie chce wspomagać militarnie Ukrainy, nie chce płacić. Mówi wprost, niech Polska płaci, Niemcy i Francja płacą.

Mowa trochę o rozdwojeniu jaźni, dlatego że z jednej strony powinniśmy przekonywać Donalda Trumpa, jego ego i jego wizję polityczną, że zwiększamy wydatki na obronę między innymi właśnie po to, żeby móc samemu się obronić przed ewentualną agresją, a z drugiej, żeby zwiększał amerykańską obecność militarną Polsce i w Europie. On zawsze powtarzał, że Europa powinna wziąć w swoje ręce własne problemy, także te, które pojawiły się w ostatnim czasie po wschodniej stronie naszej granicy. Powinna się zająć sama sobą, nie oczekując nieustającego wsparcia i politycznego, i militarnego, i finansowego ze strony Stanów Zjednoczonych.

Pan zna jego ludzi i wie pan, że z tamtej strony przychylności we wspieraniu Europy nie będzie.

Pamiętajmy też o trzeciej stronie, a mianowicie o tym, że retoryka kampanijna różni się od tego, co za chwilę zobaczymy. Pamiętajmy, że zaprzysiężenie dopiero 20 stycznia. Wcześniej będą już znane pewne kandydatury, dowiemy się, kto zostanie sekretarzem stanu, kto szefem Pentagonu, a kto narodowym doradcą do spraw bezpieczeństwa prezydenta Trumpa.

Dowiemy się też o innych nominacjach ważnych z naszego polskiego punktu widzenia. Dopiero kiedy te nominacje będą znane, będzie można oceniać trochę głębiej to, co nas czeka podczas drugiej kadencji Trumpa, próbować rozmawiać o nowych relacjach Waszyngton — Warszawa.

Jak mamy się przygotować na te cztery lata? I pytam w kontekście pomysłów Trumpa za zakończenie wojny.

Trzeba się przygotować do tego, że...

Wojna będzie?

Nie.

Trzeba przekonywać samego prezydenta Trumpa i jego środowiska, że to, co proponuje, to nie jest najlepszy pomysł. Oczywiście mówię banały, no ale...

(...)

O pomysłach Donalda Trumpa zakończenia wojny w Ukrainie słyszałem wielokrotnie, również w czasie mniej formalnych rozmów, nie tylko od ludzi związanych ze środowiskiem prezydenta Trumpa. Mówili, w cudzysłowie, o odcinaniu części Ukrainy.

To jest realne odcięcie, a nie w cudzysłowie.

Mówili: dochodzimy do pewnego porozumienia pokojowego z prezydentem Putinem, a jednocześnie doprowadzamy do sytuacji, w której Ukraina będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, także pod względem militarnym i bronić się przed ewentualną następną agresją.

Jednak to wszystko jest wciąż taką magmą geopolityczną i nie wiadomo, jakie będą szczegóły tego planu i czy on kiedykolwiek zostanie położony na stole jako projekt, czy propozycja pewnego porozumienia pokojowego.

Tak czy inaczej, to są oczywiście niepokojące sygnały, również z naszego punktu widzenia. I myślę, że gdybym miał cokolwiek doradzać polskim rozmówcom z prezydentem Trumpem, to powiedziałbym, że powinni go przekonywać do tego, że takie rozwiązanie oznaczałoby zwycięstwo Rosji i porażkę nie tylko Ukrainy, ale też Zachodu, a tym samym porażkę Stanów Zjednoczonych.

To, czego najbardziej obawia się prezydent Trump i czego nie cierpi, to przegrywać. Trzeba więc mówić mu wprost, że tego typu deale z prezydentem Putinem po prostu oznaczają porażkę Stanów Zjednoczonych i ich kapitulację.

Zresztą, gdyby do takiego porozumienia doszło, to jestem przekonany, że rosyjska propaganda od razu wykorzystałaby je właśnie w ten sposób: oto Rosja wygrała w tej wojnie. To byłby triumf również rosyjskiej polityki zagranicznej i potęgi wojskowej. Tak myśli Kreml myśli i tak może zareagować, jeśli do podpisania takiego porozumienia by doszło. A to zabolałoby prezydenta Trumpa. Na pewno by zabolało.

onet.pl