wtorek, 15 października 2024



Wielu urzędników amerykańskich zakładało, że Iran nie ma wyrafinowanych zespołów uderzeniowych i prawdopodobnie nie byłby w stanie przeprowadzić ataku na dobrze chronioną osobę w Stanach Zjednoczonych. Jednak dwie próby zamachu na Trumpa tego lata podały w wątpliwość to stwierdzenie.

— Nigdy nie mieliśmy byłych wyższych urzędników bezpieczeństwa narodowego i członków gabinetu, którzy byliby tak zagrożeni ze strony zagranicznego przeciwnika, jak teraz — twierdzi były wysoki rangą urzędnik administracji Trumpa, który wiedział o zabójstwie Sulejmaniego.

Irańskie wysiłki inwigilacyjne przeciwko amerykańskim urzędnikom związanym z atakiem na Sulejmaniego obejmują próby uzyskania dostępu do harmonogramów podróży, czy nawet zrozumienia codziennych nawyków celów Iranu, wyjaśnia urzędnik.

— Wiedzą, gdzie jesteś, znają twój schemat życia — mówi jeden z byłych wysokich rangą urzędnik Pentagonu, posiadający bezpośrednią wiedzę na temat zamachów.

— Irańczycy nie są dobrzy, ale są bardzo entuzjastyczni i oczywiście muszą mieć szczęście tylko raz — mówi były urzędnik Pentagonu.

— Kiedy wydają te fatwy, one są na całe życie — mówi wysoki rangą urzędnik ds. bezpieczeństwa narodowego o odwetach Iranu.

Jednak wciąż nie jest jednak jasne, kiedy i w jaki sposób Iran może dokonać odwetu.

(...)

Brak ochrony dla byłych urzędników Rady Bezpieczeństwa Narodowego jest szczególnie niepokojący, ponieważ mieli oni jedne z najbliższych spotkań z Teheranem. Jednym z najbardziej zagrożonych atakiem jest były doradca Trumpa ds. bezpieczeństwa narodowego, John Bolton. Był on jednym z najbardziej stanowczych polityków Białego Domu, którzy przyjęli twardą politykę wobec Iranu.

Pod koniec 2020 lub na początku 2021 r. Bolton otrzymał pierwsze ostrzeżenie od FBI o irańskich groźbach wobec niego. Następnie otrzymał serię takich ostrzeżeń w 2021 r., które były coraz bardziej niepokojące. Bolton nie miał wówczas rządowej ochrony. Podczas spotkania z ponad 15 urzędnikami FBI, Departamentu Sprawiedliwości i Secret Service w 2021 r. poprosił o pomoc.

— Cóż, doceniam, że mi o tym mówicie, ale co zamierzacie z tym zrobić? — wspomina Bolton.

Ostatecznie w grudniu tego roku John Bolton otrzymał ochronę Secret Service, ale było to i tak za późno. Na początku listopada członek irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej zaczął nakłaniać sojuszników do zabicia Boltona, podczas gdy jeszcze nie miał on ochrony.

Bolton ponownie zwrócił się wtedy po ochronę, argumentując, że nie jest to "czcza internetowa paplanina" lub "jakiś świr siedzący w piwnicy swojej matki", a realne zagrożenie zamachem na jego życie. Nazwał również 300 tys. dol. (ok. 1,2 mln zł) nagrody, którą Iran wyznaczył za jego głowę "obraźliwie niską".

Bolton nie jest jedynym byłym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, który stał się celem irańskich zabójców.

onet.pl


Na samym początku inwazji na Ukrainę w 2022 r. Roskomnadzor poczynił spektakularne kroki, przez co stał się ważnym narzędziem dyktatury wojennej. Aby nie dopuścić do krytyki pod adresem Kremla oraz formowania się ośrodków ewentualnego protestu, już 24 lutego – w dzień rozpoczęcia pełnoskalowej agresji – zobowiązał nadające w kraju media (pod groźbą kar, w tym blokad stron internetowych) do informowania o wydarzeniach na Ukrainie wyłącznie na podstawie oficjalnych rosyjskich źródeł. Wymóg ten umocowano prawnie: znowelizowany 4 marca tegoż roku przepis kodeksu karnego wprowadził surowe kary za „celowe rozpowszechnianie fałszywych informacji na temat aktywności Sił Zbrojnych FR” (obejmuje ono m.in. nazywanie „operacji specjalnej” wojną). Za wykroczenie to grozi nawet 15 lat pozbawienia wolności.

Bezpośrednim skutkiem tych regulacji było zamknięcie lub zawieszenie działalności szeregu mediów niezależnych (w tym telewizji internetowej Dożdˈ i radia Echo Moskwy). Do wycofania się z kraju zmuszono wiele zachodnich podmiotów, m.in. rosyjski serwis BBC, Radio Wolna Europa czy Głos Ameryki. Nadal jednak publikują one inne niż oficjalne informacje o wojnie, podobnie jak rosyjskie redakcje nadające z zagranicy – m.in. Meduza, Radio Swoboda. Strony internetowe mediów antykremlowskich (zarówno zachodnich, jak i rosyjskich) są jednak blokowane. W marcu postąpiono tak z serwisami Facebook, Twitter i Instagram – moskiewski sąd rejonowy uznał firmę Meta Platforms Inc. (właściciela Facebooka, Instagrama i WhatsAppa) za organizację ekstremistyczną, co oznacza zakaz prowadzenia działalności w Rosji. Jako alternatywę władze narzucają społeczeństwu korzystanie z rosyjskich sieci i komunikatorów, jak VKontaktie czy Odnokłassniki, które zmuszono do współpracy ze służbami specjalnymi. Wzrost zainteresowania rejestracją kont w tych serwisach jest symptomem nasilenia prorządowej propagandy i antyzachodniej kontrpropagandy w internecie.

Według Katarzyny Chawryło kremlowska propaganda wojenna przybrała charakter totalny – przekaz rządowych mediów całkowicie poświęcono wojnie i skoordynowano z narracją administracji i najważniejszych instytucji, jak armia czy Cerkiew. Monopol państwa na relacjonowanie wydarzeń na Ukrainie, cenzura nałożona na nieliczne niezależne źródła informacji, propaganda i agitacja wojenna wewnątrz Rosji oraz zastraszanie obywateli okazały się skuteczne. Pod znakiem zapytania znalazło się natomiast poparcie dla celów inwazji w Runecie, „extra territorium byłego ZSRR”, a zwłaszcza w mediach społecznościowych.

Jolanta Darczewska - Zawładnąć umysłami i urządzić świat


WELT: Jak oceniasz nastroje wśród ludności rosyjskiej dwa i pół roku po wybuchu wojny?

Jens Siegert: Od początku wojny nastroje w Moskwie są podzielone. Z jednej strony, konflikt jest tutaj praktycznie niezauważalny w życiu codziennym. Z drugiej strony, zawsze jest obecny w tle jako pewnego rodzaju ciężar. Ta dwuznaczność tworzy dziwne napięcie. Jednak zasadniczo ludzie ignorują wojnę. Życie w Moskwie toczy się tak, jak przed wybuchem wojny. Obywatele chodzą do kawiarni, do teatru i do pracy. Jak dotąd Moskwa prawie nie została trafiona dronami, a już na pewno nie ukraińskimi rakietami. Pod tym względem wśród Rosjan nie ma paniki.

WELT: Czy w rosyjskim społeczeństwie wojna jest tematem w prywatnych rozmowach?

Siegert: Ludzie nie lubią za bardzo rozmawiać na ten temat. W Rosji nie ma obecnie entuzjazmu do wojny, gdyż jest postrzegana jako coś koniecznego, ale złego. Rzadko ktoś wyraża swoją opinię na temat konfliktu, jeśli już to w prywatnych kręgach, ale rzadko w przestrzeni publicznej. Ludzie mają tendencję do mówienia o tym w sposób ogólny, że "to trudne czasy i miejmy nadzieję, że wkrótce się skończą". Jest to jednak stosunkowo normalny proces w przypadku takich autorytarnych społeczeństw. Wyrażanie opinii krytycznych jest w gruncie rzeczy niebezpieczne, dlatego lepiej tego nie robić.

WELT: Czy unikasz rozmów o wojnie?

Siegert: Dostosowuję się i nie narzucam nikomu rozmowy, która mogłaby doprowadzić do konfliktu, ale nie powstrzymuję się od korzystania z sieci społecznościowych i publikowania swoich poglądów. Nie jest to pozbawione ryzyka, ponieważ moja opinia, że ​​jest to wojna zbrodnicza i że Ukraina musi ją wygrać, narusza rosyjskie prawo.

WELT: Czy boisz się, że staniesz się celem władz?

Siegert: Do tej pory nie miałem żadnych problemów z władzami, ale oczywiście sytuacja jest niestabilna. Retoryka staje się coraz ostrzejsza i stale publikowane są nowe, represyjne przepisy. W marcu 2023 roku amerykański dziennikarz Evan Gershkovich był pierwszym obcokrajowcem aresztowanym z powodu poglądów politycznych. Od tego czasu wśród Niemców pozostających w Moskwie, toczy się dyskusja na temat możliwego niebezpieczeństwa.

WELT: Dlaczego ryzykujesz, mieszkając w Moskwie?

Siegert: Moja żona jest obywatelką Rosji, mamy tam swoje mieszkanie, wielu przyjaciół i znajomych. Gdybym miał się wyprowadzić z tego kraju, musiałbym się z tym wszystkim pożegnać. Nie chcę tego robić.

(...)

WELT: Ile osób w społeczeństwie rosyjskim popiera obecnie wojnę na Ukrainie?

Siegert: Na podstawie danych z Centrum Lewady zakładam, że około 20 proc. Rosjan, a może trochę więcej, uważa za słuszne prowadzenie tej wojny. Ta grupa widzi wielką wartość w konfrontacji z Zachodem. Jest jeszcze kolejne 20 proc., może trochę mniej, które uważa, że wojna jest zasadniczo zła.

A pomiędzy nimi jest ogromna masa ludzi, około 60 proc., którzy zasadniczo nie chcą wojny, ale podążają za narracją Kremla. Uważają, że Zachód wykorzystuje Ukrainę, aby zaszkodzić Rosji. Powszechnie uważa się, że w czasie wojny nie można wystąpić przeciwko własnemu rządowi. Mówią sobie: "możemy przedyskutować różnice, jakie nas dzielą po wojnie, ale teraz popieram mój kraj”.

WELT: Jak mieszkańcy Rosji postrzegają gospodarcze skutki wojny i sankcji?

Siegert: Obecnie ludzie rzeczywiście radzą sobie lepiej niż kilka lat temu. Przejście na gospodarkę wojenną spowodowało boom, który doprowadził do stosunkowo wysokiego wzrostu gospodarczego w tym roku – wyższego niż w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Przede wszystkim znacząco wzrosły płace. Wiąże się to z trzema rzeczami. Po pierwsze, z wypłatami dla żołnierzy, w tym dla osób, które poza tym nie są w tak dobrej sytuacji ekonomicznej i które stosunkowo szybko wydają pieniądze, bo nie mogą oszczędzać.

Po drugie, istnieje znaczny niedobór siły roboczej. Putin właśnie pochwalił się, że w Rosji obecnie praktycznie nie ma bezrobocia. To prawda, w końcu do wojska wcielono około 800 tys. młodych mężczyzn, a nieznana liczba osób uciekła za granicę. Po trzecie, fabryki broni pracują pełną parą. Muszą płacić wysokie pensje, aby pozyskać specjalistów, a także zatrudniać nowych ludzi, ponieważ przeszli z jednej lub dwóch zmian na trzy zmiany przez siedem dni w tygodniu. Dlatego ludzie zauważają znacznie więcej pieniędzy na swoich kontach. Jednocześnie szybko wzrosła inflacja, która prawdopodobnie jest znacznie wyższa od dwunastu proc. podanych przez bank centralny. Jednak najważniejszy jest efekt psychologiczny - ludzie widzą więcej pieniędzy w swoich kieszeniach.

WELT: I ten efekt występuje tylko w dużych miastach czy w całym kraju?

Siegert: Rosja jest krajem wyjątkowo niesprawiedliwym w zakresie podziału dochodów. W miastach ludzie są znacznie bogatsi. Jednak obecny rozwój sytuacji w znacznym stopniu wyrównuje tę sytuację, ponieważ duża część pieniędzy trafia do osób z biedniejszych i odległych obszarów. Żołnierze zazwyczaj nie są synami miejskich rodzin z klasy średniej.

onet.pl/Welt

poniedziałek, 14 października 2024



TVN i Polsat pod lupą nie tylko inwestorów: Przypomnijmy, że "Financial Times" poinformował w pierwszej połowie sierpnia, że Warner Bros. Discovery chce sprzedać TVN. Wyceniono go na 8-10 mld zł. Z nieoficjalnych informacji "Newsweeka" wynika, że sprawą zainteresowała się amerykańska administracja, a także polski kontrwywiad. Chodzi o ewentualne zaangażowanie rosyjskich pieniędzy za pośrednictwem węgierskich inwestorów. Służby mają również śledzić sytuację w Polsacie, gdzie właśnie toczy się wojna o sukcesję. - Nie ma co ukrywać, że sprawa największych polskich mediów dotyka bezpieczeństwa narodowego - wyjaśniają źródła. 

gazeta.pl


Historia Rosji zaczyna się w Kijowie, a potem opuszcza to miejsce na zawsze. Zaczyna się od kłamstw i przemocy, które stały się archetypem rosyjskiej tożsamości. W VIII wieku bandy Wikingów zaczęły coraz dalej zagłębiać się na tereny Europy Wschodniej w celu plądrowania okolicznych terenów i handlowania z arabskim Wschodem. Do oddziałów tych stopniowo dołączali przedstawiciele miejscowej ludności – Słowianie i ludy ugrofińskie. W procesie wzajemnej akulturacji powstała nowa grupa etnospołeczna, tzw. Ruś, która różniła się zarówno od Skandynawów, jak i Słowian, a której nazwa pochodzi od skandynawskiego słowa drōts oznaczającego grupę wioślarzy.

Uwierzmy mnichowi kijowskiemu Nestorowi, domniemanemu autorowi najstarszej kroniki Europy Wschodniej zatytułowanej Powieść minionych lat, która opisuje dzieje państwa ruskiego od czasów najdawniejszych po początek XII wieku. Pod koniec IX stulecia banda Rusów zbliżyła się do Kijowa. Ich książę Oleg przedstawił się jako kupiec, a nie wojownik. Uwierzywszy mu, mieszkańcy Kijowa przyjęli go z otwartymi ramionami, po czym Oleg zabił Askolda i Dira, miejscowe książęta, zdobywając jednocześnie miasto. W ten sposób Kijów stał się metropolią Rusów nad środkowym Dnieprem – Ziemią Ruską, ale bynajmniej nie „matką miast rosyjskich”, jak stara się tłumaczyć kronikę rosyjska historiografia i propaganda.

Z biegiem czasu Kijów jako centrum Ziemi Ruskiej zaczął rozszerzać swoją władzę na inne tereny Europy Wschodniej, traktując je jak swoje kolonie: zbierano z nich daninę, wysyłano urzędników, kierowano tam przesiedleńców. Rezultatem była dziwaczna pozioma konfederacja ziem, która w niczym nie przypominała pionowego państwa unitarnego. Mieszkańcy tych ziem oczywiście uznawali znaczenie Kijowa, ale nie uważali go za swoją stolicę. Co więcej, sami nie postrzegali siebie jako Rusów. W Nowogrodzie mieszkali mężowie nowogrodzcy, w Haliczu – haliccy, we Włodzimierzu – włodzimierscy, a w Kijowie – ruscy. Nie przeszkodziło to jednak zachodnim i północnym sąsiadom Ukrainy – Węgrom, Polakom i Litwinom – nazywać mieszkańców Halicza i Wołynia Rusami lub Rusinami. Analogicznie ludzi z Rosji i ZSRR na Zachodzie nazywano Rosjanami bez względu na ich pochodzenie etniczne.

Ruś Kijowska – jako zjednoczone, potężne państwo z jednym ludem staroruskim i wspólnym systemem władzy, sądów, podatków i granic od Morza Białego do Morza Czarnego i od Bugu do Wołgi – została wymyślona przez sowieckich historyków dopiero w latach 30. XX wieku. Była to po prostu koncepcja zjednoczonego i potężnego ZSRR, przeniesiona do średniowiecza, dzięki czemu nowo powstały twór otrzymał tysiącletnią legitymację, a Kijów – efemeryczny status pierwszej stolicy imperium rosyjskiego (sowieckiego).

Wróćmy jednak do przeszłości. W Europie Wschodniej Kijów i Ziemia Ruska zyskały na prestiżu. W XIII wieku, jeszcze przed pogromem mongolskim, rozpoczęła się walka o dziedzictwo kijowskie przede wszystkim między władzą halicko-wołyńską a ziemią włodzimiersko-suzdalską, czyli przyszłym księstwem moskiewskim. Ziemia halicka wkrótce znalazła się w Koronie Polskiej, a Wołyń i Kijowszczyzna weszły w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Szanse na niezależny rozwój polityczny zostały utracone na wiele stuleci. Moskiewski Rurykowicz nie miał od tej pory żadnych konkurentów. Już w XIV wieku moskiewscy władcy tradycyjnie używali dynastycznego tytułu Księcia Wszechrusi, ale pod koniec XV wieku taka retoryka otrzymała uzasadnienie ideologiczne: Moskwa ogłosiła się „Nową Ruską Ziemią”. Ci, którzy znaleźli się pod władzą Moskwy, nie tylko stali się moskiewskim poddanymi, ale i stopniowo asymilowali się w wyłaniającym się społeczeństwie imperialnym, które zmusiło ich do przyjęcia nowej tożsamości. Z tego powodu mieszkańcy Nowogrodu, Tweru czy Riazania przeobrazili się w Moskali, czyli w mieszkańców „nowej Rusi”, która pod koniec XV wieku zaczęła nazywać się Rosją.

new.org.pl


Niedawny wyciek dokumentów z moskiewskiej firmy Social Design Agency (SDA), która prowadzi kampanie dezinformacyjne na zlecenie Kremla, odsłania szeroko zakrojony rosyjski plan wpływów wymierzony w Izrael. Z ujawnionych materiałów wynika, że działania te miały na celu nie tylko szerzenie dezinformacji w internecie, ale także utworzenie fizycznego przedstawicielstwa w Izraelu, wywieranie wpływu na wybranych polityków, aby wspierać rosyjską agendę geopolityczną. Plany obejmowały nawet utworzenie nowej partii imigranckiej, która mogłaby zdobyć mandaty w Knesecie, co miałoby wzmocnić prorosyjskie narracje w Izraelu i osłabić wsparcie dla Ukrainy.

Z dokumentów wynika, że ​​plany obejmowały promowanie wypowiedzi premiera Benjamina Netanjahu m.in. na tle jego stanowiska w sprawie wojny na Ukrainie, utworzenie partii, która ma spełniać oczekiwania prorosyjskich Izraelczyków i otrzyma „3-4 mandaty w Knesecie”; współpraca z politykami rosyjskojęzycznymi; kolportaż ulotek przeciwko Ukrainie w synagogach; Prowokacyjne graffiti w regionach arabskich i nie tylko. Za granicą Rosjanie byli zaangażowani w szerzenie i promowanie treści antysemickich i antyizraelskich, próbując podważyć stosunki Izraela z kluczowymi krajami Zachodu.

(...)

Izrael był kluczowym celem rosyjskiej kampanii dezinformacyjnej. Sytuacja wewnętrzna kraju, zwłaszcza masowe protesty przeciwko reformom prawnym, była postrzegana przez SDA jako doskonała okazja do wywarcia wpływu na izraelską opinię publiczną. W jednym z wewnętrznych dokumentów z 2023 roku stwierdzono, że protesty stanowią „idealne warunki” do rozpoczęcia kampanii dezinformacyjnej, której celem było zwiększenie poparcia dla Rosji oraz osłabienie wsparcia dla Ukrainy.

Kluczowym celem Kremla było również zapewnienie, że żadna partia w Knesecie nie poprze przekazania pomocy wojskowej Ukrainie. Aby to osiągnąć, SDA planowała wywierać wpływ na izraelskich polityków pochodzenia rosyjskiego, w tym na przewodniczącego Komisji Spraw Zagranicznych i Bezpieczeństwa Knesetu, Juli Edelsteina, mimo że jest on znany z pro-ukraińskiego stanowiska.

Jednym z bardziej kontrowersyjnych planów było utworzenie nowej partii imigranckiej, która miałaby zdobyć 3-4 mandaty w Knesecie. (...)

Jednym z kluczowych elementów rosyjskiej kampanii było skierowanie działań dezinformacyjnych na arabską społeczność w Izraelu. Fałszywe artykuły w języku arabskim rozpowszechniane przez SDA sugerowały, że Izrael nie posiada wystarczających zasobów militarnych, ponieważ przekazał je Ukrainie. Narracje te miały na celu wzbudzenie poczucia nieufności wobec izraelskiego rządu oraz wsparcie wrogów Izraela.

W jednym z fałszywych artykułów stwierdzono, że „polityka rządu izraelskiego doprowadzi do jego porażki”, a „świat muzułmański wesprze walkę wyzwoleńczą przeciwko okupantowi”. Te treści miały wywołać niepokoje społeczne i agitację w społeczności arabskiej.

Wojna w Gazie, która wybuchła 7 października, została uznana przez Rosjan za doskonałą okazję do realizacji swoich celów. W jednym z dokumentów, które wyciekły, sugerowano, że Netanjahu unikał sprzedaży systemów Żelaznej Kopuły Ukrainie, co miało rzekomo zapobiec osłabieniu obrony wewnętrznej Izraela. Była to narracja, którą Rosjanie próbowali promować, aby wzmocnić pozycję Netanjahu w kraju.

(...)

Dokumenty ujawniają również, że SDA monitorowała wpływowe osoby w Izraelu, w tym dziennikarzy, polityków i blogerów, w celu dostosowania narracji propagandowych. Na przykład w jednym z dokumentów wymieniono przypadek, gdy prorosyjska narracja o dostawach broni z Ukrainy do Hamasu została powtórzona przez prawicowego komentatora w izraelskim programie telewizyjnym.

disinfodigest.pl

niedziela, 13 października 2024



Inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 r. i zapewnieniu Kijowowi zachodniej pomocy wojskowej towarzyszyły obawy, że Moskwa, jeśli zostanie zmuszona za mocno, może podnieść stawkę w sposób, który wciągnie NATO w bezpośrednią konfrontację — czego administracja Bidena i kluczowi sojusznicy USA ostrożnie starają się uniknąć. Ale Zachód systematycznie pogłębiał swoje zaangażowanie w wojnę na Ukrainie, w tym poprzez dostarczanie nowych rodzajów broni i podwajanie wysiłków, aby dostarczyć Ukrainie informacji o celach i innych danych wywiadowczych bez wywoływania katastrofalnej reakcji Rosji.

Pozorna bezczynność Kremla w odpowiedzi na to aktywne zaangażowanie Zachodu doprowadziła niektórych obserwatorów do wniosku, że czerwone linie Rosji są niczym więcej niż psychologicznym podstępem Kremla mającym na celu odwieść Zachód od pomocy Ukrainie. W zakresie, w jakim Moskwa ma rzeczywiste czerwone linie, argumentuje się, że są one tak odległe od wszystkiego, co robi teraz Zachód, że nie ma się czym martwić. Waszyngton i Londyn mogą zatem bezpiecznie pozwolić Ukrainie uderzyć wewnątrz Rosji i zwiększyć dostawy broni do Kijowa bez obawy przed odwetem.

To lekceważące podejście do zarządzania eskalacją, choć wygodne z punktu widzenia zachodnich decydentów, opiera się na niebezpiecznym niezrozumieniu rosyjskiego myślenia strategicznego. To prawda, że ​​Rosja próbowała i poniosła porażkę, mniej poprzez konkretne działania, a bardziej poprzez groźną retorykę, odstraszyć Zachód od zaangażowania się w wojnę. Jednak próg Kremla dla zaangażowania się w eskalację nie jest uzależniony od żadnych konkretnych działań Zachodu. Nie ma precyzyjnej pułapki, że tak powiem, która automatycznie wywołałaby rosyjski atak na NATO lub użycie broni jądrowej.

Zamiast tego czerwone linie Moskwy są kontekstowo określone przez sytuację na polu bitwy na Ukrainie. Putin niechętnie eskaluje, ponieważ uważa, nie bez uzasadnienia, że ​​Rosja wygrywa wojnę w obecnym tempie i nie ma nic do zyskania, wpychając ją w nową, bardziej niebezpieczną fazę.

Putin pokazał od czasu nieudanej kontrofensywy Ukrainy w 2023 r., że nie chce zakłócać tego, co uważa za korzystny status quo militarny, za pomocą działań eskalacyjnych, które osłabiłyby pozycję Rosji. Strategia Rosji wydaje się opierać na założeniu, że gwałtowne zaostrzenie konfliktu może sprowokować bezpośrednią interwencję Zachodu na Ukrainie, co niesie ze sobą widmo szerszej wojny, którą zarówno Moskwa, jak i Waszyngton słusznie uważają za katastrofalną w swoich konsekwencjach.

Na froncie politycznym Kreml starał się zapewnić kluczowych partnerów międzynarodowych, w tym Chiny, Brazylię i Indie, że robi wszystko, co w jego mocy, aby szybko zakończyć wojnę w drodze negocjacji. Otwarcie nowego szczebla na drabinie eskalacji unieważniłoby tę długoletnią pozycję i kosztowałoby Moskwę wsparcie ze strony krajów, których nie może sobie pozwolić na alienację, podczas gdy stara się złagodzić skutki międzynarodowych sankcji.

Zamiast tego Kreml stara się utrzymać kurs w tym, co uważa za swoją skuteczną strategię wyniszczania, wykorzystując swoje ogromne przewagi w sile roboczej i uzbrojeniu, aby powoli zmiażdżyć siły ukraińskie wzdłuż linii kontaktu. Odwrotna sytuacja jest również prawdziwa: prawdziwą „czerwoną linią” Moskwy nie jest konkretne działanie, ale raczej sytuacja, w której dochodzi ona do wniosku, że nie może wygrać wojny bez rozpoczęcia poważnej eskalacji. Ten wniosek, jeśli zostanie osiągnięty, popchnie Putina w stronę opcji, które wcześniej odrzucono jako zbyt ryzykowne lub kontrproduktywne.

Co najważniejsze, ta percepcja nie musi spełniać standardu, że siły rosyjskie na Ukrainie znajdują się na skraju porażki na polu bitwy. Wystarczy, że Kreml dojdzie do wniosku, że Rosja jest na trajektorii porażki, aby zaczął rozważać opcje wysokiego ryzyka, w tym bezpośrednie konwencjonalne ataki na cele na terytorium NATO, a nawet rozważania na wysokim szczeblu, jak mogłaby wyglądać opcja nuklearna.

(...)

Problem leży jednak w postrzeganiu Rosji – wyraźnie przedstawionym w niedawnym ostrzeżeniu Putina skierowanym do NATO – że Zachód będzie nadal stopniowo pogłębić swoje zaangażowanie na Ukrainie, aż potencjalnie poprzez rozmieszczenie wojsk lub bezpośrednie przechwycenie rosyjskich rakiet przez Zachód, ostatecznie uda mu się zapobiec osiągnięciu przez Rosję czegoś, co Kreml uważa za zwycięstwo.

(...)

Sposób na ucieczkę z tego cyklu eskalacji nie polega, jak sugerowano, na wyposażeniu Ukrainy w nową broń i zdolności w błędnej nadziei na danie Kijowowi przewagi, a tym samym drogi do zabezpieczenia pokoju na korzystnych warunkach. Nie polega też na całkowitym odcięciu pomocy Zachodu. Obecny poziom wsparcia wojskowego i politycznego NATO, w połączeniu z międzynarodowym reżimem sankcji wobec Rosji, daje mu już znaczny wpływ na torowanie drogi do negocjacji na najlepszych możliwych warunkach dla Zachodu i Ukrainy.

thehill.com

sobota, 12 października 2024



Trzy lokalne kanały telewizyjne zostały skazane na kary grzywny za odmowę pokazywania przedwyborczego filmiku rządzącej partii Gruzińskie Marzenie. Każdy z kanałów telewizyjnych - Formuła, Mtavari i TV Pirveli - skazano na 5 tys. lari  [7.220 zł] - donosi rosyjska służba BBC.

Nagranie zawierało kadry zniszczonych w wyniku wojny budynków na Ukrainie z napisem „Nie dla wojny!”. Obok tych ujęć zostały umieszczone fotografie gruzińskie budynki z napisem „Wybierz pokój”.

x.com/Bielsat_pl


Główny strateg makroekonomiczny Saxo Bank, John J. Hardy, wskazuje, że choć Kamala Harris prowadzi w ogólnokrajowych sondażach z przewagą około 3%, to w decydujących siedmiu stanach różnice są znikome. Z perspektywy rynków zakładów szanse na zwycięstwo Harris i Trumpa są zbliżone i wynoszą około 50%. Hardy podkreśla, że nadchodzące wybory prezydenckie w USA będą miały ogromne znaczenie, a kluczowym czynnikiem w wyścigu wyborczym będzie frekwencja – Harris będzie musiała zmobilizować młodszych wyborców, podczas gdy Trump musi przekonać tych, którzy obwiniają Demokratów za problemy gospodarcze i inflacyjne.

(...)

Eksperci Saxo Bank ostrzegają, że polityczne wybory Muska mogą wpłynąć na postrzeganie Tesli jako marki. Przejęcie Twittera (obecnie X) oraz antyestablishmentowe wypowiedzi CEO Tesli spowodowały spadek aktywności na platformie o 25% w USA i o ponad 30% w Wielkiej Brytanii. Dodatkowo, poparcie dla Trumpa wywołało mieszane reakcje wśród akcjonariuszy Tesli o lewicowych poglądach, co pokazują wyniki sondażu NBC – tylko 6% Demokratów ma pozytywną opinię o Musku, podczas gdy 79% wyraża negatywne zdanie.

strefainwestorow.pl

piątek, 11 października 2024



Wysoki rangą generał ma jednak plan, jak odstraszyć Rosję lub, w najgorszym przypadku, jak zadać druzgocący cios. — Jeśli zaatakują choćby centymetr litewskiego terytorium, odpowiedź nadejdzie natychmiast. Nie pierwszego dnia, ale w pierwszej minucie. Uderzymy we wszystkie strategiczne cele w promieniu 300 km. Zaatakujemy bezpośrednio Petersburg — powiedział polski były wojskowy Andrzejczak.

Jego pilny apel: "musimy zmienić narrację i przejąć inicjatywę". Rosja musi zdać sobie sprawę, że atak na Polskę lub kraje bałtyckie oznaczałby również jej koniec. Nawet bez użycia bomb atomowych. To jedyny sposób, aby odstraszyć Kreml od takiej agresji. W tym celu Polska kupuje obecnie "800 rakiet o zasięgu 900 km", które zostałyby użyte w przypadku rosyjskiego ataku, ostrzega Rajmund Andrzejczak.

Dowódca litewskiej armii, Raimundas Vaiksnoras, mówi również, że w przypadku rosyjskiego ataku na jego kraj: "Musimy być w stanie natychmiast odpowiedzieć samodzielnie, bez konieczności czekania na decyzję w niektórych stolicach NATO, czy powołać się na artykuł 5".

Dlatego też Litwa nabywa obecnie liczne systemy HIMARS z USA, a także inną ciężką broń. W przypadku rosyjskiego ataku chce być w stanie użyć ich do uderzenia na głębokości kilkuset km.

Ekspert ds. cyberbezpieczeństwa z regionu, który nie chciał zostać wymieniony z nazwiska, powiedział również portalowi Bild: — Jeśli Rosja nas zaatakuje, jesteśmy dobrze przygotowani. Nie chcemy, aby uwierzyli, że w Moskwie nadal będzie działać metro lub windy. Jego kraj opracował koncepcję, aby dać Rosji "szok systemowy", który, miejmy nadzieję, odstraszy Kreml od "wojny na wyniszczenie, której nie możemy wygrać" w bardzo krótkim czasie, powiedział ekspert portalowi.

(...)

Tymczasem według doniesień "The Wall Street Journal", na które powołuje się Bild, Zełenskiemu "wyjaśniono, że całkowite zwycięstwo Ukrainy nad Rosją kosztowałoby setki mld dol., na co ani Waszyngton, ani Europa nie mogą sobie pozwolić. Wysocy rangą urzędnicy amerykańscy mówią o dalszym wsparciu. Jednak nie mówią już o tym, że Ukraina jest w stanie odzyskać wszystkie terytoria".

onet.pl

czwartek, 10 października 2024



9 października na sesji plenarnej Parlamentu Europejskiego (PE) Viktor Orbán zaprezentował priorytety węgierskiego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej (RUE). Premier koncentrował się na powszechnie akceptowanym postulacie wzmocnienia konkurencyjności w UE, pozytywnie nawiązując do raportu Maria Draghiego oraz polityki prezydenta Emmanuela Macrona. Wśród pozostałych priorytetów wymienił zwalczanie kryzysu migracyjnego (sugestia utworzenia ośrodków recepcyjnych poza Unią i regularnych szczytów państw strefy Schengen), wzmocnienie unijnego przemysłu obronnego i bazy technologicznej oraz rozszerzenie UE, które powinno objąć przede wszystkim Serbię jako „gwaranta stabilności na Bałkanach”.

W odpowiedzi na wystąpienie premiera szefowa Komisji Europejskiej (KE) Ursula von der Leyen wytykała, że pominął on zupełnie kwestię Ukrainy, którą czeka trzecia zima wojny, i skupiła się na ostrej krytyce Węgier za ich prorosyjską orientację. Choć Orbán poświęcił swoje przemówienie samej prezydencji i jej aspektom programowym, to trzygodzinna wymiana zdań z europosłami nie dotyczyła przedstawionej agendy, lecz zarzutów skierowanych pod adresem Budapesztu w związku z jego polityką wobec Ukrainy i Rosji oraz sytuacji na samych Węgrzech.

osw.waw.pl