sobota, 17 sierpnia 2024



W marcu 2024 r. po raz kolejny odwiedziłem moje dawne miejsce zamieszkania — Szanghaj. Nie poznałem tego niegdyś tak dynamicznego i kosmopolitycznego miasta. Międzynarodowe lotnisko Pudong było opustoszałe, mimo że zostało otwarte 1 października 1999 r. jako prestiżowy budynek z okazji 50. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej. Puste były również promenady i centra handlowe.

Powrót Xi do ideologii komunistycznej uderzył w gospodarkę tak samo mocno, jak ekstremalny lockdown podczas koronawirusa. Renmin Guangchang — "Plac Ludowy" w sercu miasta — również był pusty. W strefach dla pieszych co sto metrów stał policjant, migający czerwono-niebieski radiowóz, a nawet cały policyjny autobus. Wszędzie były kamery monitorujące — czasami po pięć w jednym miejscu. Żaden kąt nie pozostawał poza kontrolą.

Dawniej tak rozmowni taksówkarze podczas podróży milczeli lub zdawkowo odpowiadali na niewinne pytania dotyczące polityki i gospodarki. — Nie wolno nam rozmawiać o decyzjach centralnego kierownictwa — powiedział mi jeden. — Policja, policja, wszędzie policja — dodał drugi. — Nawet jeśli nic nie robią, tworzy to atmosferę strachu.

Partia obawia się wszelkich zgromadzeń ludzi. Nawet altanki dające cień, które są szczególnie popularne wśród osób starszych, są obecnie w wielu miejscach zakazane. — Niedawno poszedłem na Plac Ludowy z grupą wycieczkową i zatrzymała nas policja. Powiedzieli, że to demonstracja, tylko dlatego, że niosłem flagę, aby turyści mogli mnie zobaczyć — powiedział przewodnik.

onet.pl/Die Welt

piątek, 16 sierpnia 2024



Ukraiński żołnierz walczący w rejonie Pokrowska powiedział 15 sierpnia, że siły rosyjskie mają przewagę piechoty 10 do 1 na tym obszarze i przeprowadzają ataki piechoty od wschodu do zachodu każdego dnia. Inny ukraiński żołnierz stwierdził, że siły rosyjskie znajdują się mniej niż sześć kilometrów od Sełydowe, które znajduje się na południowy wschód od Pokrowska, co jest zgodne z oceną ISW dotyczącą rosyjskich postępów na tym obszarze.

Władze ukraińskie przyspieszają ewakuację Pokrowska we wschodniej Ukrainie, do którego "w szybkim tempie" zbliżają się Rosjanie — podała w piątek agencja AP.

Geolokalizacja z 14 i 15 sierpnia wskazywała, że siły rosyjskie posunęły się naprzód w Grodiwce na wschód od Pokrowska, Mykołajiwce na południowy wschód od Pokrowska, prawdopodobnie zajęły też miejscowości Żełanne i Orliwkę. Rosyjskie źródła twierdziły, że siły rosyjskie posunęły się naprzód w pobliżu i w obrębie Żurawki, które znajduje się południowy wschód od Pokrowska.

onet.pl


Rosja nie zwróci się do sojuszników z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB) w obliczu zajęcia przez Ukrainę terytoriów w obwodzie kurskim, ponieważ to godziłoby w jej wizerunek i świadczyło o przyznaniu się Władimira Putina do słabości — pisze portal Radia Swoboda.

Portal cytuje wypowiedź Konstantina Zatulina, deputowanego do Dumy Państwowej i pierwszy zastępca przewodniczącego Komitetu Dumy ds. Wspólnoty Niepodległych Państw, Integracji Euroazjatyckiej i Stosunków z Rodakami, który powiedział, że Rosja nie ma zamiaru zwracać się o pomoc do ODKB. — Byłoby dziwne, gdyby Rosja, która jest głównym krajem w ODKB prosiła kogoś o pomoc na swoim terytorium. Kogo zamierzacie sprowadzić, by pomógł Rosji w obwodzie kurskim? Kazachów? A może Ormian? (...) Proszę nie zadawać głupich pytań — powiedział Zatulin, odpowiadając na pytania dziennikarzy o możliwość zwrócenia się o pomoc do ODKB.

Kazachski analityk polityczny Dimasz Ałżanow powiedział, że Moskwa wie, że członkowie ODKB nie udzielą jej pomocy, a słowami deputowanego Zatulina Dumy Kreml wysyła wiadomość, że nie ma zamiaru zwracać się do sojuszu o pomoc. — Putin rozpoczął tę wojnę  i wie, że członkowie ODKB go nie poprą. Zwrócenie się o pomoc i odmowa jej otrzymania byłoby dla niego druzgocące (...) Państwa ODKB nie biorą udziału w tej wojnie. Nawet dla Białorusi taka decyzja niesie poważne ryzyko dla przetrwania reżimu, nie wspominając o Kazachstanie i innych krajach Azji Centralnej. Udział sił ODKB jest możliwy jedynie w charakterze misji pokojowej po zawieszeniu broni i odpowiedniej decyzji ONZ — powiedział Ałżanow.

onet.pl

czwartek, 15 sierpnia 2024



Rosja dostosowuje się, jeśli ma na to czas. Rosja nie zmienia się jednak szybko, częściowo ze względu na awersję Putina do ryzyka. Adaptacja zajęła Putinowi miesiące po nieudanej trzydniowej inwazji w 2022 r. Kontynuował realizację swoich maksymalistycznych celów na Ukrainie przy użyciu niewystarczającej siły i zarządził mobilizację dopiero po rozgromieniu sił rosyjskich z obwodu charkowskiego we wrześniu 2022 r. Zajęło Putinowi rok, zanim zaczął wprowadzać rosyjską gospodarkę w stan pełnej wojny. Podobnie Kreml z opóźnieniem zareagował na ofensywę na kierunku kurskim. (...)

Jego najodważniejsze posunięcia wynikały z przemyślanych przygotowań, które Zachód często ignorował lub przeoczał. Dekada rosyjskich działań informacyjnych na Ukrainie poprzedziła hybrydową operację Kremla na wschodniej Ukrainie w 2014 roku. Rosja rozpoczęła inwazję na Ukrainę na pełną skalę dopiero po ponownym umocnieniu władzy przez Putina zmianami w konstytucji w 2020 r. i normalizacji obecności wojskowej Rosji na Białorusi w 2021 r., o którą Kreml zabiegał od lat. Podejmując kluczowe decyzje wojskowe, Putin wykazał się wyrachowanym podejściem i często niechęcią do ryzyka. Zamiast uznać potrzebę powszechnej mobilizacji Putin zadeklarował mniejszą, mniej kosztowną politycznie częściową mobilizację we wrześniu 2022 roku. Decyzja ta ostatecznie doprowadziła do tego, że Putin podciął potencjał mobilizacyjny Rosji.

Putin stawał w obliczu prawdziwego ryzyka w chwilach, gdy stawiał czoła ciągłej presji. Sukcesy ukraińskiego pola walki jesienią 2022 roku wywołały histerię w rosyjskiej przestrzeni informacyjnej, gdyż militarne upokorzenie kontrastowało z próbą Putina kreowania obrazu „wielkiej Rosji”. Kolejne wstrząsy związane z wycofywaniem się Rosji z obwodu charkowskiego i chersońskiego doprowadziły do ​​podziałów w nacjonalistycznej bazie Putina i położyły podwaliny pod spór pomiędzy nieżyjącym już finansistą PMC Wagnera Jewgienijem Prigożynem a rosyjskim establishmentem wojskowym, który ostatecznie doprowadził do buntu Prigożyna w 2023 roku. Szok wywołany tymi porażkami skłonił także Putina do podjęcia znaczących zmian retorycznych, przedstawiając wojnę Rosji na Ukrainie jako przedłużającą się wojnę przeciwko NATO i Zachodowi, a nie Ukrainie.

Gdyby Zachód pośpieszył z pomocą wojskową dla Ukrainy i planował kolejne operacje po klęsce Rosji w bitwie pod Kijowem wiosną 2022 roku lub nawet po kulminacji rosyjskiej ofensywy w Siewierodoniecku latem 2022 roku, Ukraina byłaby bliżej trwałego pokoju niż obecnie.

Wręcz przeciwnie, zachodni inkrementalizm w zapewnianiu pomocy wojskowej zakłócił dynamikę pola bitwy Ukrainy i zapewnił Rosji potrójną przewagę: szansę dla sił rosyjskich na dogłębne zbudowanie swojej obrony, co monumentalnie skomplikowało ukraińską kontrofensywę 2023 /na Zaporożu - red./; szansa dla Kremla na przejęcie narracji na arenie międzynarodowej; oraz zmniejszenie presji wewnętrznej na Putina.

Inkrementalizm Stanów Zjednoczonych i chęć telegrafowania swoich decyzji zmniejszyły skuteczność amerykańskiej polityki.  Opóźnienia w podejmowaniu decyzji przez USA dały Rosji czas na opracowanie środków zaradczych wobec zdolności USA. Rosja wykorzystuje zakłócanie EW i GPS, aby zmniejszyć skuteczność amerykańskich naziemnych systemów dalekiego zasięgu. Wysyłanie wiadomości przez Stany Zjednoczone na temat wewnętrznych debat o ograniczeniach nałożonych na Ukrainę na użycie amerykańskiej broni, daje Kremlowi czas na odizolowanie Rosji od szkód. Rosja przeniosła zasoby powietrzne znajdujące się w zasięgu ATACMS do baz lotniczych położonych dalej od Ukrainy, aby chronić je przed potencjalną zmianą polityki USA wobec Ukrainy. Szok wywołany wykorzystaniem przez Ukrainę nowych zdolności będzie prawdopodobnie miał większe skutki, jeśli Zachód przestanie ogłaszać lub ujawniać swoje decyzje dotyczące dostarczenia Ukrainie zaawansowanych zdolności, ponieważ rosyjska armia powoli zmienia swoje stanowisko w obliczu nowych zagrożeń.

Rosja jest zależna od woli innych bardziej, niż wielu ludzi zdaje sobie sprawę. W dużej mierze zdolność Rosji do podtrzymania wojny na Ukrainie nie jest wrodzona i dlatego jest bezbronna. Kreml zdobył część swoich możliwości siłą, manipulacją lub eksploatacją zachodnich zasobów i sanktuariów. Rosja jest uzależniona od bazy na Białorusi, aby zaatakować Ukrainę od północy. Rosja jest uzależniona od zagranicznych szlaków handlowych i pośredników w przemycaniu towarów objętych sankcjami. Rosja jest zależna od zagranicznych maszyn i komponentów do produkcji zaawansowanej broni. Rosja jest zależna od Korei Północnej i Iranu, jeśli chodzi o kompensowanie niedoborów materiałowych. Rosja jest zależna od „flot cieni”, jeśli chodzi o transport energii. Rosja jest zależna od zachodnich mediów, jeśli chodzi o rozpowszechnianie fałszywych narracji. Rosja jest zależna od ciągłej woli Stanów Zjednoczonych, aby zapewnić Rosji bezpieczną przestrzeń, z której może bezkarnie uderzyć Ukrainę – bez odwetu Ukrainy za pomocą systemów dalekiego zasięgu dostarczonych przez USA. Kreml jest uzależniony od dalszego wyboru Zachodu, aby nie wydalać kremlowskich agentów wpływów i dochodów, takich jak rosyjski państwowy operator nuklearny Rosatom.

Przede wszystkim Kremlowi zależy na akceptacji przez Zachód sfabrykowanych przez Rosję twierdzeń na temat rzeczywistości, które często powodują, że Zachód wyciąga wnioski, które służą interesom Rosji, a nie naszym. Kluczowymi przykładami są fałszywe twierdzenia, że Rosja ma prawo do samodzielnie określonej strefy wpływów, a zatem prawo do robienia, co chce z osobami znajdującymi się w tej strefie – łącznie z inwazją – bez żadnych konsekwencji. Innym przykładem jest fałszywe twierdzenie, że jakiekolwiek zapewnienie Ukrainie zaawansowanego potencjału wojskowego stanowi czerwoną linię, która doprowadzi do eskalacji nuklearnej, w związku z czym Stany Zjednoczone powinny de facto przyznać weto jakiemukolwiek mocarstwu nuklearnemu w sprawie amerykańskiej polityki bezpieczeństwa narodowego. Strategia Kremla na Ukrainie w nieproporcjonalnym stopniu zależy od akceptacji tych założeń przez Zachód, co czyni Rosję podatną na zmiany w zachodnim postrzeganiu. Zależności rosyjskie dają Zachodowi możliwości wykorzystania lub zlikwidowania zdolności Rosji do kontynuowania wojny z Ukrainą.

Rosja nie może z dnia na dzień wysysać potencjału od innych. Zabezpieczenie zdolności za pomocą manipulacji lub siły oraz przekształcenie partnerstw w potencjał wymaga czasu. Zmuszenie Białorusi do tego, aby stała się de facto rosyjską bazą wojskową, zajęło Putinowi co najmniej sześć lat. Rozpoczęcie wspólnej produkcji UAV z Iranem w Tatarstanie zajęło Rosji miesiące. Rosja jest bezbronna wobec przeciwnika, który jest w stanie przewidzieć i zakłócić działania Kremla, zanim Kreml będzie w stanie przekształcić je w potencjał wojenny.

(...)

Wiele relacji Rosji nie ma trwałych fundamentów i może się rozpaść, jeśli „partnerzy” dostrzegą stratę Rosji. Wykazanie, że zwycięstwo Rosji nie jest nieuniknione, będzie miało złożony wpływ na zdolność Rosji do kontynuowania wojny. Chiny wspierają Rosję w tej wojnie, ale nie zapewniły Rosji otwarcie pomocy wojskowej. Chiny zachowują się w sposób wyważony, który prawdopodobnie nie poprze mocno propozycji, która może przegrywać. Kreml alienuje nawet swoich bliskich partnerów. Kremlowscy propagandyści i urzędnicy grożą Armenii i Kazachstanowi, jeśli którekolwiek z nich odwróci się od Rosji. Armenia dystansuje się od Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym pod przywództwem Rosji (OUBZ), ponieważ Rosja okazała się nierzetelnym partnerem, gdy nie udało jej się obronić Armenii przed atakiem Azerbejdżanu w 2023 r. Zagrożone są także rosyjskie partnerstwa o charakterze czysto transakcyjnym. Zdolność Rosji do zapewnienia wartości, takiej jak niezawodny eksport sprzętu wojskowego, będzie jeszcze bardziej spadać, jeśli Zachód szybciej wyczerpie rosyjski potencjał. Pomoc Rosji w szybszej przegranej na Ukrainie prawdopodobnie przyspieszy proces dystansowania się innych państw od Kremla.

(...)

Kreml podważa przyszłe zdolności Rosji.  (...) Rosja spala znaczną część swojego sprzętu w pogoni za ograniczonymi korzyściami taktycznymi. Rosyjska baza przemysłowa obronna (DIB) i wsparcie „partnerskie” mogą prawdopodobnie wesprzeć rosyjską strategię stopniowego zdobywania pola bitwy w perspektywie krótkoterminowej. Jednakże zdolność rosyjskiego DIB do konsekwentnego wspierania obecnego tempa działań Rosji lub do pełnego wykorzystania rosyjskich rezerw siły roboczej nie jest oczywista. Polityka Kremla podważa podstawy rosyjskiej produkcji obronnej, w tym stabilność makroekonomiczną i siłę roboczą. Z drugiej strony Zachód może zwiększyć swój wielki, ukryty potencjał wsparcia Ukrainy. Perspektywa trwałego wsparcia USA dla Ukrainy, obejmującego zwiększenie amerykańskiej produkcji obronnej i pomoc Ukrainie w odzyskaniu inicjatywy na polu bitwy, stanowi bezpośrednie zagrożenie dla strategii stopniowych zysków Putina. (...)

Kontrola Putina nad Rosją jest silna, ale opiera się na słabościach i sprzecznych strukturach. Putin od lat jednoczy rosyjskie społeczeństwo i swój reżim wokół tych, którzy chcą podporządkować się jego programowi. Putin jest w coraz większym stopniu zależny od tych, którzy wspierają jego reżim i wojnę (rosyjscy nacjonaliści), tych, którzy chcą walczyć z Ukrainą z powodów ideologicznych, finansowych lub innych (mobilizowalna siła Rosji) i tych, którzy chcą chronić reżim (aparat represji Kremla). Nieudany bunt Prigożyna w 2023 r. i ofensywa Kurska na Ukrainie w 2024 r. obnażyły ​​słabości rosyjskiego bezpieczeństwa wewnętrznego. Inwazja Rosji na Ukrainę również wprowadziła nowe podziały i pogłębiła stare podziały. Wzmocnienie pozycji ksenofobicznych ultranacjonalistów w połączeniu z ukierunkowaniem Kremla na nieetnicznych Rosjan w celu mobilizacji zaostrza napięcia etniczne w Rosji. Rosnący ultranacjonalizm – którego Putin potrzebuje, aby podtrzymać wojnę – jak na ironię stanowi bezpośrednie zagrożenie dla zasadniczo imperialnych sposobów rządzenia Rosją przez Putina poprzez jego wieloletnie wysiłki mające na celu przedstawienie Rosji (nawet jeśli fałszywie) jako inkluzywnej, wieloetnicznej i wielowyznaniowej federacji. Brutalność powracających żołnierzy rosyjskich, z których wielu to skazani przestępcy, powoduje napięcia w społeczeństwie rosyjskim w postaci powtarzających się przypadków przemocy żołnierzy wobec ludności cywilnej, a nawet przemocy cywilnej wobec powracających żołnierzy.

Strategia Putina – jak dotąd skuteczna – polega na kontrolowanej akumulacji ryzyka. Liczył, że Rosja pochłonie ogromne koszty, a Putin skrupulatnie ograniczył kilka wybranych ryzyk związanych ze stabilnością reżimu. Na przykład Kreml od lat systematycznie zacieśnia kontrolę nad przestrzenią informacyjną w Rosji. Putin oferuje wysokie rekompensaty finansowe dla rosyjskich żołnierzy zmobilizowanych, kontraktowych i ochotniczych, aby zapewnić, że rosyjskie społeczeństwo pozostanie posłuszne wobec rosnących żądań Kremla dotyczących poświęceń. Putinowska strategia kontrolowanej akumulacji ryzyka sprawdzała się przez dwadzieścia pięć lat, częściowo dzięki zdolności rosyjskiego społeczeństwa do akceptowania coraz gorszej rzeczywistości. (...)

Podejście Putina polegające na ograniczaniu ryzyka może nadal działać, wymaga jednak od Putina ciągłego zarządzania znaczną częścią ryzyka. Takie podejście jest podatne na ataki przeciwnika, który może stworzyć warunki nadwyrężające zdolność Putina do zarządzania ryzykiem i pozbawiające Kreml czasu na normalizację gorszej rzeczywistości w Rosji.

(...)

Kreml jest świadomy swoich słabych punktów i zachodnich możliwości ich wykorzystania. Głównym wysiłkiem Putina w jego wojnie z Ukrainą było zapewnienie, że zachodnia polityka wobec Ukrainy nigdy nie osiągnie trwałości ani tempa. Amerykańska polityka kontrolowanej eskalacji dała Putinowi właśnie to: środowisko, w którym nigdy nie jest rzucane wyzwanie Rosji z taką szybkością w czasie i przestrzeni, aby koszty i ryzyko przekroczyły zdolność Kremla do zarządzania nimi.

Wytrwałość i dynamika Stanów Zjednoczonych są kluczem do pozbawienia Rosji zdolności do kontynuowania wojny przeciwko Ukrainie.  Skuteczna kampania miałaby na celu degradację, zakłócenie i zniszczenie zdolności i źródeł zdolności Kremla do podtrzymywania wojny na Ukrainie na różnych teatrach i w wielu obszarach w sposób, który pozbawiłby Kreml czasu na przystosowanie i odtworzenie tej zdolności. (...) Stany Zjednoczone i ich partnerzy mogą odzyskać kontrolę nad tempem wojny i zmusić Kreml do stawienia czoła rosnącym naciskom, bez łatwych sposobów ich zrównoważenia. Rosyjski potencjał można sprowadzić do jego prawdziwych rozmiarów, pozbawiając Kreml jego sanktuariów i sieci bezpieczeństwa.

understandingwar.org


Rosyjska armia ponosi obecnie największe straty od początku wojny i kurczy się szybciej, niż rekrutuje nowych żołnierzy — powiedziały Bloombergowi trzy źródła zbliżone do Kremla i rosyjskiego ministerstwa obrony. Według osoby zaznajomionej z sytuacją władze regionalne są w stanie zmobilizować nie więcej niż jedną trzecią żołnierzy kontraktowych z kwot ustalonych przez Moskwę.

Obecna sytuacja może zmusić władze do rozważenia nowej mobilizacji — podały dwa źródła Bloomberga. Według jednego z nich może to wynikać z potrzeby rotacji jednostek na froncie. Jego zdaniem już pod koniec roku Moskwa może ogłosić pobór do wojska.

Analizy brytyjskiego wywiadu wojskowego i wpisy rosyjskich "korespondentów wojennych" dają obraz niewiarygodnych kosztów, jakie ponosi Rosja w związku z działaniami wojennymi w obwodach donieckim i charkowskim.

Wywiad brytyjskiego ministerstwa obrony donosi, że w maju i czerwcu rosyjska armia traciła 35 tys. żołnierzy miesięcznie — chodzi o zabitych i rannych. W lipcu liczba ofiar w siłach zbrojnych Kremla spadała, ale w sierpniu ponownie wzrosła. Wspomniani specjaliści szacują, że rosyjska armia może tracić ponad tysiąc żołnierzy dziennie. Innymi słowy — straty poniesione przez nią w ciągu czterech miesięcy mogą sięgać ok. 140 tys. osób.

Mimo to Rosja nie zmniejsza presji na ukraińskie pozycje na Donbasie. Naciera tam mimo ofensywy Sił Zbrojnych Ukrainy na obwód kurski. Tam armia Putina, pomimo jego rozkazów i oświadczeń o ogromnych stratach ukraińskich, jak dotąd nie była w stanie stawić poważnego oporu. Z różnych doniesień wynika, że Kreml ściągnął nawet do tego obwodu najemników Grupy Wagnera z Afryki.

(...)

Tymczasem mobilizacja nowych rekrutów do rosyjskiej armii przebiega opornie, o czym świadczy m.in. stały wzrost wypłat za udział w wojnie. W Moskwie żołnierz kontraktowy za pierwszy rok służby może obecnie otrzymać 5,2 mln rubli (ok. 220 tys. 540 zł) — oczywiście jeśli przeżyje. W lipcu mer Moskwy Siergiej Sobianin obiecał 1,9 mln rubli (ok. 80 tys. 582 zł) za samo tylko podpisanie kontraktu, oprócz 600 tys. rubli (ok. 25 tys. 447 zł) rocznie wypłacanych przez moskiewski rząd (do tego dochodzi wynagrodzenie wypłacane przez ministerstwo obrony).

Wskaźnikiem problemów z rekrutacją do armii może być też fakt, że wiceprzewodniczący Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew, który regularnie chwalił się, że do wojska zaciąga się tysiąc osób dziennie lub więcej, ostatnio przestał wypowiadać się na ten temat.

Jak donosi Bloomberg, presja ze strony Kremla na wypełnienie ustalonych limitów rekrutacji jest tak duża, że aby je wypełnić, bogatsze regiony starają się zachęcać do rekrutacji mieszkańców biedniejszych części kraju.

Brak "świeżych" sił i ogromne straty na froncie sprawiają, że rosyjskiej armii coraz trudniej jest trzymać się obecnej strategii powolnego, ale wytrwałego posuwania się naprzód — powiedziała agencji osoba zaznajomiona z sytuacją. Dodała, że z powodu niedoboru żołnierzy rosyjskie kierownictwo nie omawia już planów zdobycia Kijowa i innych miast.

Temat niedoboru żołnierzy jest jednym z głównych tematów "blogerów wojennych". Anastazja Kaszewarowa jakiś czas temu mówiła o "niedostatecznie leczonych rannych o kulach, bez oczu, z ciężkimi ranami", którzy są wysyłani z powrotem na front. "Nie ma ludzi. Liczba ofiar jest wysoka. Dla tych, którzy nie rozumieją — FIZYCZNIE NIE MA LUDZI DO ATAKOWANIA. Żywe siły zostały wyczerpane" — napisał Wojenkor Kotenok.

onet.pl/The Moscow Times


Według danych jednolitego punktu obsługi kontraktów od połowy lata 2023 r. do początku sierpnia 2024 r. zainteresowanie umowami z ministerstwem obrony Federacji Rosyjskiej spadało. W sierpniu 2023 r. na udział w wojnie zgodziło się ponad 3 tys. osób, a w czerwcu 2024 r. — nieco ponad 1 tys.

Jednak decyzja mera Moskwy Siergieja Sobianina o zwiększeniu płatności za podpisanie kontraktu do 1,9 mln rubli (według aktualnego kursu 81 tys. zł) od 1 sierpnia trzykrotnie zwiększyła liczbę chętnych na wojnę.

(...)

Ci, którzy chcą podpisać kontrakt, są wysyłani na wojnę pod przykrywką pracowników instytucji budżetowych. Wynika to z faktu, że wszystkie organizacje budżetowe mają kwoty na rekrutację kontraktową.

Zawarcie kontraktu zajmuje cały dzień: osoba najpierw wypełnia kwestionariusz i wniosek, następnie podpisuje umowę z jedną z państwowych instytucji budżetowych, a potem przechodzi badania lekarskie i udaje się do centrum szkoleniowo-metodycznego ministerstwa obrony. Kilka dni później ochotnicy wyjeżdżają do jednostek wojskowych.

Korespondent Wierstki usłyszał w punkcie selekcji, że formalnie kontrakt obowiązuje przez rok, ale w rzeczywistości będzie trwał do końca wojny. "Jak dotąd żaden z chłopców nie został zwolniony" — podsumował jeden z pracowników.

onet,pl

środa, 14 sierpnia 2024



Rozmowa zaczęła się od tematu próby zamachu na życie Trumpa. Następnie rozpoczął on serię monologów na temat swoich przeciwników w wyścigu o Biały Dom, imigracji, inflacji, prawa i porządku, rolnictwa, swoich relacji z różnymi dyktatorami na świecie i groźby wojny nuklearnej.

Były prezydent Stanów Zjednoczonych nie złapał jednak przynęty, gdy Musk próbował nakłonić go do zaatakowania Brukseli za jej stanowisko w sprawie dezinformacji (w ubiegłym roku wiceprzewodnicząca Komisji Europejskiej Vera Jourova powiedziała, że spośród największych platform społecznościowych portal X jest najbardziej podatny na dezinformację — red.).

Musk odniósł się do listu otwartego skierowanego do niego przez Thierry'ego Bretona, cyfrowego "egzekutora" Unii Europejskiej. Przypomniał w nim miliarderowi o unijnych przepisach dotyczących promowania mowy nienawiści.

— Jest wiele prób cenzury i wymuszania cenzury, nawet na Amerykanach z innych krajów. Co o tym sądzisz? — zapytał Musk Trumpa.

Ten nie dał się jednak złapać. Zamiast tego rozpoczął tyradę na temat deficytu handlowego USA z UE. Powiedział, że "bardzo wykorzystują one [kraje unijne] Stany Zjednoczone w handlu" i że "nie są tak twardzi jak Chiny, ale są źli".

Następnie podjął temat pieniędzy, które UE przeznacza na pomoc Ukrainie. Porównał tę kwotę z wydatkami USA na ten cele. Nie mówił jednak, że Waszyngton powinien zmniejszyć rozmiary wsparcia finansowego, a wydawał się sugerować, że Bruksela powinna zwiększyć wielkość swojej pomocy świadczonej Ukrainie.

— Pytam: dlaczego nie zamierzają wyrównać [tej kwoty]? Dlaczego nie płacą tego, co my płacimy? Dlaczego Stany Zjednoczone płacą nieproporcjonalnie więcej za obronę Europy niż Europa? To nie ma sensu. To niesprawiedliwe i należy się tym zająć — powiedział Trump.

Następnie pochwalił Zełenskiego za rozmowę telefoniczną, którą odbył z nim w 2019 r. Doprowadziła ona do jego impeachementu — został wówczas oskarżony o próbę wpłynięcia na wybory w 2020 r. poprzez wywieranie nacisków na ukraińskiego przywódcę, aby ten wszczął dochodzenie w sprawie obecnego prezydenta Joego Bidena i jego syna Huntera.

— Szczerze mówiąc, nie ma nikogo, kto czułby się gorzej w związku z sytuacją w Ukrainie niż ja. Znam Zełenskiego. Był dla mnie bardzo honorowy. Kiedy przyszli z rosyjskim oszustwem i powiedzieli, że rozmawiałem z nim przez telefon, on stwierdził, że to była idealna rozmowa telefoniczna (w czasie tej rozmowy Trump próbował wymusić na Zełenskim wszczęcie dochodzenia przeciwko Hunterowi Bidenowi — red.).

Trump ponownie rozmawiał z Zełenskim w zeszłym miesiącu — po raz pierwszy od rozpoczęcia inwazji przez Rosję.

onet.pl


W sierpniu 2015 r. napisałem, rozważając możliwość, że być może Trump mógłby wygrać: "kiedy niezadowoleni wyborcy odkrywają moc, z której nie zdawali sobie sprawy, mogą nastąpić bardzo nieoczekiwane konsekwencje".

Nawet abstrahując od Trumpa, amerykańska opinia publiczna od dawna wykazuje chęć zerwania z "normalną" polityką. Oznacza to na przykład, że wyborcy w Kalifornii mogą — po raz pierwszy w historii — odwołać urzędującego gubernatora i umieścić na jego miejscu byłego kulturystę, aktora Arnolda Schwarzeneggera.

W 2016 r. wyborcy Trumpa powiedzieli: tak, możemy umieścić kandydata bez doświadczenia i kwalifikacji w Gabinecie Owalnym; tak, możemy zignorować ostrzeżenia prasy głównego nurtu; tak, możemy głosować za zmianą bardziej radykalną niż jakakolwiek w naszej historii.

Jednak w 2024 r. twierdzenia Trumpa o zmianie są znacznie mniej wiarygodne. Po pierwsze, Trump był już wcześniej w Białym Domu.

Po drugie, Trump wydaje się niezdolny do odłożenia na bok swojej porażki w 2020 r. Uparcie powraca do swoich fałszywych twierdzeń o kradzieży wyborów, nawet do tego stopnia, że atakuje niezwykle popularnego republikańskiego gubernatora Georgii. Cokolwiek to jest, to nie jest zmiana.

onet.pl/Politico



Entuzjazm wobec kandydatury Kamali Harris z internetu (o tym aspekcie można przeczytać w ostatniej części tego tekstu) przeniósł się do prawdziwego życia. Harris na wiece wynajmuje hangary, bo ludzie nie mieszczą się w mniejszych przestrzeniach. Do tłumów czekającego na płycie lotniska przylatuje wiceprezydenckim samolotem. Wygląda to jak materiał z trasy koncertowej Taylor Swift... albo z kampanii Trumpa sprzed czterech lat, kiedy sam, jako prezydent, latał na spotkania wyborcze Air Force One. W ostatnich dniach do stanów, które odwiedzała Harris, jeździł też JD Vance, kandydat na wiceprezydenta Trumpa. Ale na jego spotkania przychodziła - w porównaniu z wiecami Kamali - garstka osób.

Jak reaguje Trump? Nie bardzo umie sobie poradzić z wybuchem euforii wobec konkurentki. Do tego stopnia, że kłamliwie oskarżył sztab Harris o fabrykowanie zdjęć wiwatujących tłumów przy pomocy AI. "[Kamala] oszukuje na lotnisku", "nikogo tam nie ma" - pisał. Ale sam w ostatnich dniach raczej unikał dużych spotkań z wyborcami. W internecie mnożą się już teorie, co za tym stoi. Jedni zgadują, że Trump po zamachu w Pensylwanii żyje w paranoicznym strachu, że teraz wszyscy dybią na jego życie. Inni na odległość diagnozują zespół stresu pourazowego. Kiedy na konferencji prasowej w Mar-a-Lago Trump został bezpośrednio spytany o to, dlaczego częściej nie spotyka się z wyborcami, wypalił: "Głupie pytanie". A sztab Kamali bezlitośnie wykorzystuje niską aktywność przeciwnika. Wiralowo rozeszła się ta grafika z porównaniem liczby kampanijnych wieców. I widać, że ktoś poświęcił dużo czasu, żeby znaleźć takie zdjęcie Trumpa, na którym wygląda na jak najbardziej starego i zmęczonego.

Kampania Bidena była stonowana, elegancka i - jak pokazywały sondaże - średnio skuteczna. Sztab Harris nie bierze jeńców. Największą furorę robi dziś narracja, z której jako pierwszy zasłynął Tim Walz. "Oni są po prostu dziwni" - tak mówił Walz o trumpistach. To proste, mocne hasło, które doskonale się nadaje do internetowych ripost. I brzmi wiarygodnie, zwłaszcza wypowiadane przez kogoś, w kim nie ma dosłownie nic "dziwnego". Walz - mąż, ojciec, były żołnierz, wieloletni nauczyciel - wygląda i zachowuje się jak uosobienie miłego amerykańskiego taty z sitcomu.

Co na to republikanie? Wszelkie próby odwrócenia albo zneutralizowania retoryki Walza na razie kończą się fiaskiem. JD Vance w niedawnym wywiadzie zaczął komentować, że Walz podczas wiecu "dziwnie" przywitał się z żoną - i zrobił to, opisując, jak on sam, JD, przytula i całuje swoją. Przy innej okazji, zapytany, czy Trump ma poczucie humoru, powiedział, że tak, ma znakomite, bo wyśmiewa się ze wszystkich naokoło. Kamali Harris republikanie nadają wydumane ksywki - "Cum-Allah" albo "Kamabla" (to ostatnie to autorski pomysł Trumpa i nie, nikt nie wie, dlaczego tak). Na Walza wymyślili "Tampon Tim Walz" (chodzi o to, że jako gubernator Minnesoty wprowadził bezpłatne produkty menstruacyjne do szkolnych łazienek). Ale całkowicie oddolne hity też są. Jeden ze zwolenników Trumpa zaczął snuć na Twitterze teorie o "niezasymilowanych imigrantach z Niemiec" i "germanoidalnych Amerykanach", sugerując, że do nich właśnie należy Walz, w którego żyłach "nie płynie krew ojców założycieli". Czy to wszystko brzmi normalnie, czy też "dziwnie" - niech każdy sobie oceni sam.

Ani Trump, ani JD Vance, ani ich sztab, ani cywilni fani Trumpa nie wiedzą dziś, jak podejść do walki z teamem Harris-Walz. Minęły czasy, kiedy wystarczyło opowiadać o "Śpiącym Joe" i patrzeć, jak rosną sondażowe słupki. I Donald Trump o tym wie. Do tego stopnia, że napisał posta z rozbudowaną fantazją o tym, jak by to było, gdyby Biden powrócił. Niech to będzie puenta tego tekstu - i najlepszy dowód na to, jak dobrze demokraci wyszli na zmianie składu.

"Jakie są szanse na to, że Pokręcony Joe Biden, NAJGORSZY prezydent w historii USA, którego Prezydenturę Niekonstytucyjnie ukradli Kamabla, Barack HUSSEIN Obama, Szalona Nancy Pelosi, Chytry Adam Schiff, Zapłakany Chuck Schumer i inni na Zwariowanej Lewicy, ROZWALI Narodową Konwencję Demokratów i spróbuje z powrotem przejąć nominację, zaczynając od tego, że wyzwie mnie na jeszcze jedną DEBATĘ. On czuje, że popełnił tragiczną historyczną porażkę, przekazując Prezydenturę USA - ZAMACH STANU - ludziom, których najbardziej na Świecie nienawidzi, i chce jej z powrotem, TERAZ!!!"

gazeta.pl


Ludowy Bank Chin poinformował, że w trzecim kwartale 2023 r. po raz pierwszy od co najmniej 25 lat odnotowano odpływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Dane te nie oddają jednak w pełni realnych procesów gospodarczych. Zagraniczne firmy od dawna cenią Chiny za atrakcyjne warunki prowadzenia działalności, choć w ostatnich latach klimat inwestycyjny w tym kraju pogarsza się za sprawą polityki wewnętrznej Pekinu oraz zaostrzenia rywalizacji z Waszyngtonem. ChRL pod panowaniem Xi Jinpinga nadała szczególny priorytet bezpieczeństwu gospodarczemu, wprowadzając szereg regulacji uderzających w zagranicznych inwestorów. Odpowiedź biznesu na narastające wyzwania – zachęcanego przez władze USA i UE do de-riskingu – jest jednak zróżnicowana. Niektóre firmy redukują inwestycje, aby zmniejszyć ryzyko wynikające z silnych powiązań z rynkiem chińskim, inne zwiększają nakłady, by umocnić i wyizolować lokalne operacje. Właściwe ustalenie proporcji stanowi wyzwanie, lecz ze złożonej mozaiki danych wyłania się obraz strukturalnego spadku inwestycji zagranicznych w Chinach. Wskaźniki ilustrujące to zjawisko mogą wprawdzie ulec w najbliższych latach koniunkturalnej poprawie, niemniej motywowane ekonomiczną kalkulacją i polityczną presją procesy strukturalne będą zapewne prowadzić do dalszego ograniczania inwestycji w Chinach w ramach stopniowej, szerokiej redukcji zależności zagranicznego biznesu od tamtejszej bazy przemysłowej.

W zapoczątkowanym pod koniec lat siedemdziesiątych okresie „reform i otwarcia” Chiny stały się jednym z największych odbiorców bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ) na świecie. Włączenie do globalnych łańcuchów dostaw stało za wielkim sukcesem gospodarczym ChRL ostatnich dekad. Napływ kapitału nie tylko pozwolił stworzyć miliony miejsc pracy, lecz także wiązał się z transferem wiedzy, umiejętności i technologii, które stanowiły fundament rozwoju. Zarazem stopniowo rosło uzależnienie zagranicznego biznesu od Chin jako kluczowego miejsca produkcji oraz źródła dostaw, a w późniejszych latach – również ważnego rynku zbytu.

W momencie wzrostu napięcia na linii Waszyngton–Pekin stało się jasne, że zależność ekonomiczna od ChRL to istotny problem dla Zachodu, o implikacjach zarówno ekonomicznych, jak i politycznych. Prezydent USA Donald Trump zaczął nawoływać do tzw. decouplingu, czyli zerwania powiązań gospodarczych z Chinami. Postulat ten spotkał się z silnym sprzeciwem środowiska biznesowego, które przekonywało, że jego realizacja jest co najmniej nieopłacalna, o ile nie niemożliwa. W kolejnych latach, także w wypowiedziach liderów Unii Europejskiej, termin ten wyparło określenie de-riskingu, czyli bardziej punktowego identyfikowania i ograniczania potencjalnie niebezpiecznych zależności.

osw.waw.pl

wtorek, 13 sierpnia 2024



W tym czasie, jesienią 2019 r., González-Rubcow funkcjonuje już w Warszawie.

Nawiązuje relację z dziennikarką Natalią K. (nie wiemy, kiedy i gdzie dokładnie się poznają). Wynajmują mieszkanie w Warszawie, razem podróżują. Podobnie jak sam Pablo do tej pory – w rejony zapalne.

On publikuje w baskijskich lub hiszpańskich mediach (Gara, Público, laSexta), współpracuje też ze znanym na całym świecie Voice of America i Deutsche Welle. Ona – energiczna, znająca języki – relacjonuje wydarzenia z Polski i ze świata dla komercyjnych, głównie zagranicznych stacji. Od lat także jeździ do Donbasu i Ukrainy, na granicę polsko-białoruską, bywa w Nagornym Karabachu, w Senegalu, na Zachodnim Brzegu. Nie wiemy, w ilu podróżach biorą udział razem z Pablo od czasu, gdy są parą. Wiemy, że współpracują zawodowo.

„Uwierzyła mojej legendzie” – tak według  El Independiente miał powiedzieć  Pablo w jednej z rozmów, przechwyconej przez polskie służby.

Zaraz po przyjeździe do Polski González zaczyna się w Warszawie „legendować” towarzysko. Może dzięki temu rozpracować środowiska dziennikarzy i korespondentów, a także fotoreporterów i lewicujących aktywistów. Według jednego z naszych źródeł w służbach, w tym czasie usiłuje również budować relacje w biznesowym zapleczu prawicy. W 2019 r. występuje w panelu na Forum w Karpaczu. Temat? „Długi cień propagandy – wojna informacyjna z Ukrainą i Zachodem”. González przekonuje, że z Rosją trzeba prowadzić dialog, a sankcje są niepotrzebne.

(...)

Znają wszystkich i wszyscy ich znają. Przez warszawskie mieszkanie Natalii i Pablo przewijają się znajomi, w tym ze świata mediów. Językiem dyskusji często jest angielski. Wpadają korespondenci, przychodzą pogadać aktywiści. Opowiada jeden ze znajomych, który chce pozostać anonimowy: – Dzisiaj patrzę na to inaczej, ale czasem komuś  brakowało prądu w komórce czy w laptopie. Nie mówiąc o pracy na wyjeździe, tam zawsze dużo się działo, latały ładowarki, powerbanki. Teraz się zastanawiam, czy on mógł zasysać od nas jakieś dane, kogoś rozpracowywać. 

González chętnie jeździ na festiwale fotograficzne – w sieci znajdujemy jego zdjęcia z FotoCampu (2020 r.), z plakietką VIP, którą otrzymał jako „osoba towarzysząca” – Z perspektywy czasu nie dziwi mnie to, ponieważ na FotoCampie przewija się m.in. elita dziennikarzy i fotoreporterów – więc impreza może być wartościowa, jeśli chodzi o kontakty, informacje. Z tego co pamiętam, trzymał się raczej na uboczu – opowiada nam nieoficjalnie jeden z uczestników. Gonzaleza interesuje fotografia dokumentalna.

– Dzięki relacji z Natalią miał dostęp do różnych kontaktów, środowisk, chodził na piwo z korespondentami, budował relacje, wzbudzał zaufanie – pamięta inny z naszych rozmówców z kręgu Pablo i Natalii.

– Miły, nie do przepicia, poglądy lewicowe – charakteryzuje inny.

Znajomy Natalii i Pablo (jak wszyscy pozostali, chce pozostać anonimowy) wspomina: – Czasem nagrywał jakieś filmiki, wywiady, robił zdjęcia, mówił, że to dla hiszpańskich mediów. Nie wiem co z tego publikował, nie zwracaliśmy na to uwagi.

Pablo – przynajmniej ten z warszawskiej „legendy” GRU – to zagorzały fan Star Wars. Wielbiciel złowieszczego Imperium. To ciemna strona mocy, żartuje, walczyła o ład w Galaktyce.

Nikomu nie zapala się czerwona lampka choć to, co pisze González, gdy mieszka w Polsce, jest zastanawiające.

W 2019 r. pisze w Eulixe o rozczarowaniu Ukraińców Majdanem, o wyborach w Ukrainie (wspomina o możliwych oszustwach wyborczych), silnych podziałach i niepokojach w społeczeństwie. Analizuje wybory w Polsce i Hiszpanii, w 2020 r. publikuje tekst podważający historię II wojny światowej w sposób zgodny z narracją Kremla (utrzymującą, że Polska przyczyniła się do wojny prowadząc agresywną politykę wobec ZSRR). Artykuł kończy cytatem ze Stalina. Publikuje też analizę akcji otrucia Nawalnego – z hipotezą, że nie stali za tym Rosjanie (niedługo później Bellingcat ujawni skład komanda rosyjskich służb, które próbowało zabić Nawalnego nowiczokiem).

W jednym z wywiadów dla hiszpańskiego portalu bagatelizuje słynne śledztwo Fundacji Nawalnego o pałacu Putina, uznając je za „dziecinne i dla naiwnej publiczności”: „Nie mam wątpliwości, że prezydent Rosji ma wielu bogatych znajomych – ale czy ten pałac został opłacony z publicznych pieniędzy? Nie. Został kupiony przez prywatnych ludzi za ich własne pieniądze, które przypuszczalnie zarobili uczciwie, choć z przychylnością Kremla.”

W tym samym wywiadzie opowiada o nazistach w Ukrainie i o tym, że Polska nie chce silnej Ukrainy, bo marzy jej się „Polska od morza do morza”.

González jest skuteczny, udaje mu się opublikować tekst w prestiżowym polskim piśmie. W październiku 2020 r. wypuszcza w eulixe.com tekst o uchodźcach z Syrii w Górnym Karabachu, w tym samym czasie tekst na ten sam temat ukazuje się w „Tygodniku Powszechnym”. 

Sytuacja w Górnym Karabachu się wówczas zaostrza, na granicy z Armenią jest rosyjskie wojsko. Opowiada jeden z korespondentów, który spotkał Gonzáleza-Rubcowa w Stepanakercie: – Był miły, ale zachowywał się z dystansem. Przyjechał wcześniej, pokazał nam lokalną knajpę, bo trudno było dostać jedzenie. Pracował w Stepanakercie przez trzy dni, a później, co mnie bardzo zaskoczyło, nagle pojechał na spotkanie z premierem Armenii. To o tyle dziwne, że  sytuacja była gorąca i trudno było z kimkolwiek umówić się na wywiad.

Jesienią 2021 r. González dalej relacjonuje m.in. wojnę w Karabachu i protesty w Kazachstanie. Jeździ też pod granicę polsko-białoruską, relacjonuje kryzys uchodźczy i protesty kobiet, pojawia się na forum w Karpaczu (ponownie), wrzuca zdjęcie spod siedziby Radia Maryja i przeprowadza wywiad z ludźmi z Ordo Iuris. 

Na przełomie 2021 i 2022 r. wokół Gonzáleza-Rubcowa robi się gęsto. O jego działalności wiedzą już hiszpańskie służby, wie brytyjskie MI6 i polskie ABW. Sieć zaciska się, gdy na początku lutego 2022 r., krótko przed wojną, González w okolicach Donbasu zostaje zatrzymany przez ukraińskie SBU podczas nagrywania rzekomego wejścia na żywo w telewizji – kamera jest ustawiona w ten sposób, że w kadrze znajdują się wojskowy sprzęt i ukraińscy żołnierze. González o zatrzymaniu przez SBU napisze na swoim profilu na Twitterze

SBU zabiera mu paszport i telefon, każe jechać z linii frontu na przesłuchanie do Kijowa. Tam González-Rubcow dostaje wilczy bilet, ma natychmiast opuścić kraj i nie wracać na Ukrainę.

Wiemy, że na wiele miesięcy przed wybuchem wojny Natalia K. sama nabiera wątpliwości, czy jej partner nie współpracuje z rosyjskimi służbami (nie możemy ujawnić źródła tej informacji). Nie wiemy, co robi ze swoimi wątpliwościami. Gdy kilka dni temu chcemy ją o to dopytać, w odpowiedzi grozi, że jeśli ujawnimy jej nazwisko – zasypie nas kosztownymi pozwami (twierdzi, że reprezentuje ją wpływowy warszawski prawnik).

Od czasu zatrzymania pary w nocy z 27 na 28 lutego 2022 r. Natalia K. ma zarzut pomocnictwa w szpiegostwie, sprawa nie trafiła jednak do sądu. Czy powrót Pablo Gonzáleza-Rubcowa do Moskwy coś zmieni? Od rzecznika Prokuratury Krajowej dostajemy krótką odpowiedź: „Ma w tej sprawie zarzuty pomocnictwa do przestępstwa z art. 130 par. 1 kk. Postępowanie w tym zakresie jest normalnie kontynuowane.” (Na pytanie, co stanie się formalnie ze śledztwem w sprawie Gonzaleza po jego wymianie – prokuratura odmawia odpowiedzi). 

(...)

Poza grupą znajomych pary, którzy są przekonani, że Natalia padła ofiarą nieszczęśliwej miłości, o śledztwie nikt nie słyszy. Po aresztowaniu Gonzáleza w nieformalnych rozmowach Natalia długo broni partnera, bagatelizuje ustalenia prokuratury, załatwia mężczyźnie książki do aresztu. 

Według hiszpańskiego El Independiente Natalia K. po zatrzymaniu nie wie, że Pablo nie ma rozwodu, że była żona z trójką dzieci jest nadal  oficjalną i aktualną żoną. Początkowo kobieta ma organizować nawet pieniądze na prawników dla Gonzáleza. Jej znajomi w nieoficjalnych rozmowach z FRONTSTORY.PL twierdzą , że dopiero w ostatnich miesiącach zaczyna odcinać się od szpiega GRU.

Jeszcze zimą 2022 r. Natalia K. wraca na pierwszą linię newsów. O swoich zarzutach nigdy publicznie nie wspomina – choć zabiera głos w ważnych debatach. Bywa w Sejmie, relacjonuje sytuację na granicy, uczestniczy w konferencji NATO, opowiada o sytuacji w Polsce dla czołowych zagranicznych mediów. 

Nic nie wskazuje na to że redakcje, dla których pracuje, wiedzą o tym, że ma zarzut w głośnej, szpiegowskiej aferze.

Po aresztowaniu polscy znajomi Gonzáleza długo mają wątpliwości co do jego winy  – zwłaszcza aktywiści, którzy na własnej skórze doświadczyli działań ziobrowej prokuratury. González trafia za kraty w momencie, gdy niezależni dziennikarze w Polsce są atakowani przez rząd, służby i propagandowe media. 

Wątpliwości podsyca fakt, że śledztwo się przedłuża, sprawa po dwóch latach wciąż nie trafia do sądu. Do części aktywistów, do zachodnich organizacji dziennikarskich trafia narracja o niesłusznie uwięzionym „hiszpańskim reporterze”.

Wkrótce po aresztowaniu w sieci rusza kampania #FreePablo: powstaje strona internetowa i konta w mediach społecznościowych, na których pojawiają się doniesienia o rzekomo bezpodstawnym aresztowaniu Gonzáleza. To operacja dezinformacyjna: ma „wyczyścić” wizerunek oficera GRU na Zachodzie, wśród dziennikarzy i intelektualistów (intelektualiści rzeczywiście podpiszą list w jego obronie), wprowadzić zamieszanie i niepewność.

Kampania jest skuteczna. Hiszpańskie media relacjonują sprawę, organizacje broniące praw dziennikarzy, z Reporterami bez Granic (RSF) na czele wydają gromkie oświadczenia. Kataloński parlament kontrolowany przez secesjonistów domaga się uwolnienia Gonzáleza, o Gonzáleza regularnie upominają się politycy hiszpańskiej skrajnej lewicy.

(...)

W kampanię w Hiszpanii zaangażowana jest oficjalna, hiszpańska partnerka Gonzáleza i matka trójki jego dzieci, Oihana Goiriena. Po zatrzymaniu Goiriena regularnie udziela wywiadów w mediach. Jak opisuje El Independiente, Goiriena co miesiąc otrzymuje przelewy z Moskwy od ojca Rubcowa. 

Ale realnym spiritus movens kampanii jest wpływowy prawnik Gonzáleza, Gonzalo Boye. Często pojawia się w sprawach z rosyjskimi wątkami w tle – jest adwokatem byłego premiera Carlosa Puigdemonta, który szukał wojskowego i finansowego wsparcia Rosji dla secesji Katalonii. 

Dziennikarskie śledztwo OCCRP ujawniło, że w przeddzień głosowania w sprawie niepodległości Katalonii w 2017 r. Puigdemont spotkał się w Barcelonie z Nikolau Sadovnikovem, który miał mu w imieniu Rosji zaoferować pomoc gospodarczą i wojskową dla niepodległej Katalonii w zamian m.in. za przepisy, które sprzyjałyby wykorzystaniu kryptowalut.

W Hiszpanii toczy się śledztwo w sprawie powiązań katalońskich separatystów z Kremlem – jest nim objęty zarówno Puidgemont, jak i prawnik Gonzalo Boye, który odwiedzał Gonzáleza w radomskim areszcie.

Po wymianie Gonzáleza Boye cieszył się w Russia Today, że doszło do „humanitarnej wymiany dziennikarzy”. Puidgemont pojawił się ostatnio w buzującej Katalonii na jeden dzień i zniknął – szuka go hiszpańska policja.

frontstory.pl