czwartek, 20 czerwca 2024



Dania i Szwecja poszukują możliwości ograniczenia aktywności „floty cienia” na swoich morzach terytorialnych i w wyłącznych strefach ekonomicznych (WSE). Problem dotyczy głównie Danii, gdyż żegluga odbywa się przez Cieśniny Duńskie. Tamtejsze media za ośrodkiem badawczym CREA podają, że od początku 2023 r. do maja br. przez Wielki Bełt przepłynęło 2,5 tys. tankowców z rosyjską ropą, z czego połowa należała do „floty cienia” (obecnie jest to już 61%). Z kolei Szwecja zaobserwowała ich obecność w swojej WSE przy Gotlandii, gdzie cumują one, by przeładować surowiec. Sztokholm obawia się wykorzystania statków do rozpoznania radioelektronicznego. Oba państwa dostrzegają ryzyko katastrofy ekologicznej wskutek sprowokowanego lub przypadkowego wycieku ropy czy kolizji (załogi tankowców są niedoświadczone), tym bardziej że w marcu br. doszło do takiego incydentu z udziałem nieubezpieczonej jednostki w Cieśninach Duńskich (globalnie odnotowano już kilkadziesiąt podobnych zdarzeń). Zwracają uwagę, że w razie katastrofy z udziałem tankowca „floty cienia” prawne możliwości przypisania odpowiedzialności czy uzyskania odszkodowania są ograniczone ze względu na niejasną strukturę właścicielską oraz wadliwe lub fałszywe ubezpieczenia tych jednostek. Siły zbrojne Danii i Szwecji podwyższyły w związku z tym gotowość do reagowania na potencjalny incydent oraz wzmocniły monitoring żeglugi.

Duńskie dyskusje na temat powstrzymania „floty cienia” trwają od jesieni 2023 r. Pole manewru tego państwa ograniczają Konwencja kopenhaska (1857) dotycząca swobody żeglugi w Cieśninach Duńskich i Konwencja o prawie morza (UNCLOS, 1982), gwarantujące swobodę przepływu przez Sund, Wielki Bełt i Mały Bełt. Debatuje się jednak nad opcjami wykorzystania UNCLOS, np. art. 220(2). Stwierdza on, iż w wypadku uzasadnionych przypuszczeń, że statek płynący po morzu terytorialnym naruszył ustawy i inne przepisy prawne danego państwa lub normy międzynarodowe i standardy środowiskowe, kraj ten może przeprowadzić fizyczną inspekcję statku i wszcząć postępowanie, łącznie z zatrzymaniem jednostki. Oznacza to, że Dania i Szwecja mogłyby dokonać takowej inspekcji tankowców „floty cienia” pod kątem przestrzegania przez nie norm środowiskowych czy sankcji UE oraz weryfikacji ubezpieczenia. Otwartą kwestią pozostaje wola polityczna obu państw do poczynienia takiego kroku i ewentualnego zatrzymania statków, co mogłoby wywołać wrogą reakcję Moskwy. Dlatego Kopenhaga i Sztokholm zabiegają przede wszystkim o objęcie floty skutecznymi restrykcjami unijnymi w ramach 14. pakietu. Inspiracją mogą być obostrzenia nałożone 13 czerwca br. przez Wielką Brytanię na cztery jednostki „floty cienia” i ich ubezpieczyciela.

Wdrożenie systemowego rozwiązania ograniczającego działalność „floty cienia” – a tym samym wpływy do rosyjskiego budżetu – jest trudne ze względu na obawy Zachodu przed wzrostem światowych cen ropy i paliw, a także na niechęć Węgier i unijnych armatorów (Cypru, Malty, Grecji) do nakładania stosownych restrykcji. Dotychczas ta ostatnia grupa państw doprowadzała do znacznego łagodzenia części zapisów sankcyjnych, m.in. tych dotyczących odsprzedaży tankowców. Brak determinacji ze strony UE unaocznia nieefektywność ustanowionego przez kraje G7 mechanizmu limitu cenowego (zob. Konieczność rewizji sankcji na rosyjską ropę), którego egzekucja jest fragmentaryczna. Do tej pory najskuteczniejszą – choć o ograniczonym czasie działania – metodę walki z łamaniem obostrzeń stanowi wpisywanie konkretnych armatorów i statków na listy sankcyjne USA ze względu na naruszenie price cap, co utrudnia Rosjanom eksport.

Ograniczenie bałtyckiej żeglugi tankowców przewożących rosyjską ropę i paliwa skutkowałoby poważną redukcją dochodów Kremla. Rosyjskie porty na Morzu Bałtyckim odpowiadają za od 30% do nawet 50% eksportu surowca drogą morską oraz za znaczną część sprzedaży produktów ropopochodnych. Ze względu na bariery infrastrukturalne przekierowanie tych wolumenów do innych portów jest obecnie niemożliwe. Dlatego należy się spodziewać zdecydowanej próby przeciwstawienia się przez Rosję ewentualnym ograniczeniom – zarówno na polu dyplomatycznym (dalsze groźby i zarzuty o eskalację), jak i sądowym (np. w marcu br. po objęciu sankcjami jednego z rosyjskich ubezpieczycieli – AlfaStrachowanie – firma zaskarżyła tę decyzję do unijnych sądów). W przypadku faktycznego zamiaru blokowania żeglugi floty poprzez regularne inspekcje i zatrzymania statków nie można wykluczyć rosyjskiego „testu” determinacji Szwecji i Danii – eskortowania tankowca przez okręty Floty Bałtyckiej. Takie posunięcie miałoby jednak charakter przede wszystkim demonstracyjny – zapewnienie eskorty wszystkim lub chociażby większości tankowców wiozących rosyjską ropę i paliwa jest nierealne ze względu na skalę zjawiska.

osw.waw.pl


Oleg Pszeniczny: Według pana w 1917 r. Rosjanie mieli wybór między lewicową a prawicową dyktaturą. Okazuje się, że wtedy wybrali lewicę. Czy teraz wybrali prawicę?

Borys Akunin: Cały okres Putina to nie zwrot, ale stopniowy powrót do pierwotnego modelu państwa, w którym nie może być ani federacji, ani podziału władzy, ani wolnej prasy, ani niezależnego sądu. To powrót do 1985 r. Pozostaje tylko przywrócić republiki związkowe — w rzeczywistości istnieje taka próba. Prowadzona ukradkiem, lecz wytrwale.

Czy Rosję Putina można uznać za kontynuację Rosji Lenina?

Nie Lenina. Lenin nie chciał przywrócić imperium, ale zorganizować światową rewolucję. Putin jest kontynuatorem nie tylko polityki Breżniewa i Stalina, ale także polityki państwowej Romanowów. Znowu "prawosławie — autokracja — narodowość", znowu "Trzeci Rzym", który jest teraz rozumiany jako światowa twierdza reakcyjno-konserwatywnych wartości.

Istnieje opinia, że zarówno Stalin, jak i Putin to "szarzy, mali ludzie". Na ile ten pogląd jest uzasadniony?

Nie wydaje mi się, by Stalin i Putin byli szarymi ludźmi. Są dla mnie bardzo niesympatycznymi, ale niewątpliwie utalentowanymi postaciami politycznymi. Są podobni w swojej megalomanii i łatwości, z jaką niszczą ludzi (choć Putinowi wciąż daleko do Stalina pod tym względem). Jest jednak między nimi — jako władcami — jedna zasadnicza różnica, o której piszę w książce.

Stalin był silnym strategiem i słabym taktykiem. Oznacza to, że był w stanie opracować wielkie cele (w tym zbrodnicze), ale często potykał się na drodze do ich osiągnięcia, co kosztowało kraj ogromne ofiary.

Z drugiej strony Putin jest dość zręcznym taktykiem, ale strategiczne cele, do których dąży, są samobójcze lub nieosiągalne.

Nie stanie się światowej klasy przywódcą politycznym ani władcą supermocarstwa. Jedyne, co może osiągnąć, to to, że zamiast być młodszym partnerem Zachodu, stanie się młodszym partnerem Chin.

onet.pl/The Insider

środa, 19 czerwca 2024



Pierwszym ewolucyjnym odejściem, które ostatecznie doprowadziło do powstania naszego gatunku, wcale nie były powiększenie się mózgu ani umiejętność budowania narzędzi, lecz dwunożność — strukturalnie nieprawdopodobna i niosąca ze sobą gigantyczne konsekwencje adaptacja, której początki sięgają czasów sprzed siedmiu milionów lat [Johanson 2006]. Ludzie są jedynymi ssakami, których naturalną sylwetką podczas chodzenia jest pozycja wyprostowana (inne ssaki naczelne robią to tylko okazjonalnie), stąd dwunożność może być postrzegana jako krytyczna przełomowa adaptacja, dzięki której ostatecznie staliśmy się ludźmi. Mimo to dwunożność — będąca zasadniczo sekwencją powstrzymywanych upadków — jest ze swej natury niestabilna i niezgrabna: „Ludzkie chodzenie to ryzykowna sprawa. Bez idealnego wyczucia, którego dokładność sięga ułamków sekundy, człowiek upadłby płasko na twarz; prawdę mówiąc, każdy wykonywany przez niego krok to balansowanie na krawędzi katastrofy” [Napier 1970, s. 165]. Oprócz tego, że jesteśmy bardziej podatni na urazy mięśniowo-szkieletowe, dwunożność powoduje również utratę masy kostnej, osteopenię (spadek gęstości kości poniżej normy) i osteoporozę [Latimer 2005] u osób w podeszłym wieku.

Zaproponowano wiele różnych odpowiedzi na oczywiste pytanie: „Dlaczego w takim razie to robimy?”. Niektóre z nich, w tym krótka argumentacja Johansona [2006], wydają się mało przekonujące. Sprawianie wrażenia wyższego po to, żeby zastraszyć drapieżników, nie przyniosłoby żadnego skutku w kontakcie z dzikimi psami, gepardami czy hienami, które nie boją się ssaków dużo większych od siebie. Chodzenie w wyprostowanej pozycji tylko po to, żeby wyglądać na wyższego, niepotrzebnie przyciągnęłoby uwagę drapieżników; sięganie po owoce z niskich gałęzi było możliwe bez rezygnacji z szybkiego biegania na czterech kończynach; a efekt ochłodzenia organizmu można było osiągnąć, odpoczywając w cieniu i szukając pożywienia tylko podczas chłodniejszych poranków lub wieczorów. Najlepszym wytłumaczeniem mogą być różnice w ogólnym zużyciu energii [Lovejoy 1988]. Hominini, podobnie jak wiele innych ssaków, większość swojej energii tracili na rozmnażanie się, jedzenie i zapewnianie bezpieczeństwa, a skoro dwunożność pomogła im osiągać te wszystkie cele, cecha ta została przyjęta na stałe.

Cytując Johansona [2006, s. 2]: „Naturalna selekcja nie może wykreować takiego zachowania jak dwunożność, ale może doprowadzić do wybrania tego zachowania, jeśli ono już się pojawiło”. Patrząc na to z węższej perspektywy, trudno stwierdzić, czy dwunożność przyniosła wystarczającą biomechaniczną przewagę, która przyczyniła się do jej rozpowszechnienia tylko ze względu na koszt energii chodzenia [Richmond i in. 2001]. Sockol, Raichlen i Pontzer [2007] zmierzyli koszt energetyczny spacerujących szympansów i dorosłych ludzi; odkryli, że u ludzi chodzenie kosztuje około 75% mniej energii niż chodzenie na czterech lub na dwóch kończynach u szympansów. Różnica ta jest rezultatem różnic biomechanicznych w anatomii i chodzie — przede wszystkim rozszerzonego biodra i dłuższych kończyn tylnych u ludzi.

Dwunożność rozpoczęła kaskadę gigantycznych zmian ewolucyjnych [Kingdon 2003; Meldrum, Hilton 2004]. Kiedy hominini zaczęli chodzić w wyprostowanej pozycji, zyskali swobodę do noszenia broni w rękach i zanoszenia jedzenia do siedlisk (wcześniej musieli spożywać je na miejscu). Dwunożność była niezbędna do wykształcenia większej zręczności dłoni i rozwinięcia umiejętności korzystania z narzędzi. Hashimoto i jego współpracownicy [2013] doszli do wniosku, że adaptacje, które umożliwiły używanie narzędzi, ewoluowały niezależnie od tych, które były potrzebne do wykształcenia dwunożności, ponieważ zarówno u ludzi, jak i u małp każdy palec ma osobną reprezentację w pierwotnej korze somatosensorycznej, tak samo jak jest fizycznie odseparowany od pozostałych palców u dłoni. Dzięki temu palce mogą być używane niezależnie od siebie w złożonych ruchach podczas używania narzędzi. Należy jednak zwrócić uwagę na to, że bez dwunożności niemożliwe byłoby używanie korpusu ciała jako dźwigni, która przyspiesza działanie dłoni podczas wytwarzania i używania narzędzi. Dwunożność wyswobodziła również usta i zęby, umożliwiając im wykształcenie bardziej złożonego systemu przywoływania, który jest warunkiem wstępnym do powstania języka [Aiello 1996]. Wszystkie te formy rozwoju wymagały większych mózgów, których koszt energii z czasem zwiększył się aż 3-krotnie w porównaniu z mózgami szympansów i osiągnął poziom aż jednej szóstej całkowitego podstawowego tempa metabolizmu [Foley, Lee 1991; Lewin 2004]. Średni współczynnik encefalizacji (rzeczywista/szacowana masa mózgu podzielona przez masę ciała) wynosi 2 – 3,5 dla ssaków naczelnych i wczesnych homininów, natomiast u ludzi jest to nieco ponad 6. Trzy miliony lat temu Australopithecus afarensis miał mózg o pojemności niecałych 500 cm3; 1,5 miliona lat temu pojemność ta była 2-krotnie większa u Homo erectus, a potem wzrosła średnio jeszcze o 50% u Homo sapiens [Leonard, Snodgrass, Robertson 2007].

Wyższy współczynnik encefalizacji był kluczowy dla zwiększenia złożoności społecznej (która poprawiła szanse na przetrwanie i odróżniła homininów od innych ssaków) i był ściśle związany ze zmianami jakości spożywanego jedzenia. Zapotrzebowanie mózgu na energię jest mniej więcej 16 razy większe niż zapotrzebowanie mięśni szkieletowych, a mózg człowieka potrzebuje 20 – 25% energii metabolizmu spoczynkowego w porównaniu z 8 – 10% u innych ssaków naczelnych i jedynie 3 – 5% u pozostałych ssaków [Holliday 1986; Leonard i in. 2003]. Jedynym sposobem na utrzymanie dużego mózgu przy zachowaniu ogólnego tempa metabolizmu (metabolizm spoczynkowy u człowieka nie jest wyższy niż u innych ssaków o podobnej masie) było zmniejszenie masy innych tkanek o wysokich wymaganiach metabolicznych. Aiello i Wheeler [1995] wysunęli tezę, że zmniejszenie długości przewodu pokarmowego było najlepszą opcją, ponieważ masa jelit (w przeciwieństwie do masy serca czy nerek) może być bardzo różna w zależności od diety.

Fish i Lockwood [2003], Leonard, Snodgrass i Robertson [2007], a także Hublin i Richards [2009] potwierdzili, że istnieje ważna pozytywna korelacja między jakością diety a masą mózgu u ssaków naczelnych, a lepsza dieta homininów, zawierająca mięso, wspomagała większe mózgi, których wysokie zapotrzebowanie na energię było po części rezultatem skrócenia układu pokarmowego [Braun i in. 2010]. Podczas gdy u pozostałych ssaków naczelnych niebędących ludźmi ponad 45% masy przewodu pokarmowego stanowi jelito grube, a tylko 14 – 29% jelito cienkie, u ludzi ten stosunek jest odwrócony: jelito cienkie stanowi ponad 56%, a jelito grube tylko 17 – 25% masy przewodu pokarmowego, co wyraźnie świadczy o dostosowaniu się człowieka do spożywania wysokojakościowych produktów o dużej gęstości energii (mięsa, orzechów), które mogą być trawione w jelicie cienkim. Zwiększona konsumpcja mięsa pomaga również wyjaśnić przyrost masy ciała oraz większy wzrost człowieka, a także mniejsze szczęki i zęby [McHenry, Coffing 2000; Aiello, Wells 2002]. Jednak wzrost spożycia mięsa nie mógł zmienić podstaw energetycznych ewoluujących homininów: aby zdobyć dowolne pożywienie, musieli oni polegać wyłącznie na swoich mięśniach i stosowaniu prostych forteli podczas zbierania, wygrzebywania, polowania i łowienia.

(...)

Nigdy nie poznamy najwcześniejszych dat kontrolowanego używania ognia do ogrzewania się i gotowania: na otwartych przestrzeniach wszystkie znaczące dowody zostały usunięte przez sekwencję wielu wydarzeń, natomiast w jaskiniach zostały zatarte przez następne pokolenia, które również używały ognia. Najwcześniejsza data potwierdzonego użycia kontrolowanego ognia została ostatnio cofnięta: Goudsblom [1992] określił ją na około 250 000 lat temu, a 12 lat później Goren-Inbar ze współpracownikami [2004] cofnęli ją aż do 790 000 lat temu. Tymczasem informacje zawarte w skamielinach sugerują, że konsumowanie jedzenia poddanego obróbce cieplnej zaczęło się dużo dawniej — 1,9 miliona lat temu. Nie ma jednak żadnych wątpliwości co do tego, że w okresie paleolitu górnego (30 000 – 20 000 lat temu), w którym Homo sapiens sapiens wyparł europejskich neandertalczyków, używanie ognia było już powszechne [Bar-Yosef 2002; Karkanas i in. 2007].

Przyrządzanie mięsa na ogniu zawsze było postrzegane jako ważny element ewolucji człowieka; Wrangham [2009] uważa wręcz, że miało ono „gigantyczny” wpływ na naszych przodków, bo znacząco zwiększyło zakres i jakość dostępnego pożywienia, a także przyniosło wiele zmian fizycznych (włącznie z mniejszymi zębami i mniej pojemnym przewodem pokarmowym) i behawioralnych (takich jak potrzeba bronienia zapasów nagromadzonej żywności, która sprzyjała tworzeniu więzi opiekuńczych między kobietami a mężczyznami), które ostatecznie doprowadziły do kompleksowej socjalizacji, osiadłego trybu życia i „samoudomowienia”. Wszystkie prehistoryczne metody gotowania wykorzystywały otwarty ogień: mięso było zawieszane nad płomieniami, zakopywane w gorącym żarze, kładzione na gorących kamieniach, okrywane twardą skórą, pokrywane gliną albo wkładane razem z gorącymi kamieniami do skórzanych worków wypełnionych wodą.

(...)

Bailey i współpracownicy [1989] doszli do wniosku, że nie istnieją żadne jednoznaczne etnograficzne dowody na istnienie zbieraczy-łowców, którzy żyliby w tropikalnych lasach deszczowych i nie żywili się udomowionymi zwierzętami i roślinami hodowlanymi. Później Bailey i Headland [1991] zmienili ten wniosek, gdy dowody archeologiczne z Malezji pokazały, że duże zagęszczenie sagowca i świń pozwalało na wyjątki. Podobnie zbieractwo często przynosiło zaskakująco niezadowalające rezultaty w bogatych gatunkowo tropikach i lasach strefy umiarkowanej. Ekosystemy te obejmują większość masy roślinnej na naszej planecie, jednak ma ona głównie formę martwych tkanek pni wysokich drzew składających się z celulozy i ligniny, których ludzie nie potrafią strawić [Smil 2013a]. Bogate energetycznie owoce i nasiona stanowią bardzo niewielki odsetek ogólnej masy roślinnej i często nie są dostępne, bo rosną na wysokich koronach drzew; nasiona natomiast często są chronione przez twarde łupiny, które sprawiają, że ich spożycie musi być poprzedzone przez proces obróbki pochłaniający duże ilości energii. Zbieractwo w lasach tropikalnych wymagało również przeprowadzania większych poszukiwań; duża różnorodność gatunków jest bowiem przyczyną znaczących odległości między tymi drzewami lub pnączami, których części są gotowe do zbioru (...).  Zbieranie orzechów brazylijskich jest doskonałym przykładem tych ograniczeń (...).

W przeciwieństwie do często frustrujących łowów w lasach tropikalnych i borealnych, łąki i otwarte tereny leśne oferowały dużo lepsze możliwości  zbierania i łowienia. Wprawdzie charakteryzowały się one dużo mniejszą ilością energii na jednostkę powierzchni niż gęste lasy, ale większą część tej energii stanowiły łatwe do zbierania i wysoce odżywcze nasiona i owoce, a także skupiska korzeni i bulw bogatych w skrobię. Wysoka gęstość energetyczna orzechów (aż do 25 MJ/kg) przyczyniła się do wzrostu ich popularności, a niektóre z nich, takie jak żołędzie i kasztany, były również bardzo łatwe do zebrania. I w przeciwieństwie do terenów leśnych wiele zwierząt pasących się na terenach trawiastych mogło dorastać do bardzo dużych rozmiarów, często przemieszczało się w ogromnych stadach i przynosiło imponujący zysk energetyczny w przypadku zainwestowania energii w łowy.

Hominini mogli zdobywać mięso na terenach trawiastych i leśnych, nawet nie posiadając żadnej broni — jako padlinożercy, niezrównani biegacze albo sprytni kombinatorzy. Wobec skromnych fizycznych uzdolnień pierwszych ludzi i braku skutecznej broni najbardziej prawdopodobne jest, że nasi przodkowie początkowo byli lepszymi specjalistami od zdobywania padliny niż od łowów [Blumenschine, Cavallo 1992; Pobiner 2015]. Duzi drapieżcy — lwy, lamparty, koty szablozębne — często porzucali częściowo zjedzone roślinożerne ofiary. Ich mięso, albo przynajmniej odżywczy szpik kostny, mogli zjadać czujni ludzie pierwotni, zanim zdążyły je wyczuć sępy, hieny lub inni padlinożercy. Jednak Domínguez-Rodrigo [2002] twierdzi, że padlina zawierała niewystarczająco dużo mięsa i tylko polowania mogły zapewnić odpowiednią ilość białka zwierzęcego ludziom żyjącym na terenach trawiastych. Tak czy inaczej dwunożność i większa zdolność do pocenia się człowieka w porównaniu z dowolnym innym ssakiem umożliwiły ściganie nawet najszybszych roślinożerców aż do ich wyczerpania (...).

(...)

Niezwykła zdolność człowieka do termoregulacji wynika z jego zdolności do wydzielania dużych ilości potu. Konie tracą wodę w tempie 100 g na 1 m2 skóry na godzinę, wielbłądy tracą do 250 g/m2, tymczasem ludzie tracą ponad 500 g/m2, a maksymalne tempo wydzielania potu może u nich wynieść ponad 2 kg na godzinę [Torii 1995; Taylor, Machado-Moreira 2013]. Tempo pocenia się przekłada się na utratę ciepła na poziomie 550 – 625 W, co wystarczy do regulowania temperatury ciała nawet podczas wykonywania bardzo ciężkiej pracy. Ludzie mogą również pić mniej, niż wydalają pod postacią potu, a każde tymczasowe częściowe odwodnienie potrafią wyrównać kilka godzin później. Dzięki umiejętności biegania ludzie dołączyli do grupy drapieżników o wysokiej temperaturze ciała prowadzących dzienny tryb życia, które potrafią ścigać zwierzęta aż do ich wyczerpania [Heinrich 2001, Liebenberg 2006]. Przykładem takich udokumentowanych wyścigów są między innymi biegi Indian Tarahumara z północnego Meksyku ścigających jelenie oraz biegi Pajutów i Nawahów, którzy potrafią wyprzedzić antylopę widłorogą. Ludzie z plemienia Basarwa z Kalahari potrafili gonić dujkery, oryksy, a w porze suchej nawet zebry aż do wycieńczenia tych zwierząt, a niektórzy australijscy Aborygeni robili to samo z kangurami. Łowcy biegający boso zdołali zmniejszyć koszty energii o około 4% (i rzadziej doznawali ostrych urazów kostki i chronicznych urazów podudzia) w porównaniu ze współczesnymi biegaczami noszącymi sportowe buty [Warburton 2001].

Carrier [1984] uważa, że imponujące tempo odprowadzania ciepła przez człowieka stanowi ważną przewagę ewolucyjną, która pomogła naszym przodkom przejąć nową niszę zarezerwowaną dla drapieżników prowadzących dzienny tryb życia i mających wysoką temperaturę ciała. Zdolność do obfitego pocenia się, a co za tym idzie, do ciężkiej pracy w gorącym środowisku, charakteryzuje również te populacje, które wyemigrowały do chłodniejszych klimatów: nie obserwuje się znaczących różnic w gęstości rozmieszczenia gruczołów ekrynowych u ludzi zamieszkujących różne strefy klimatyczne [Taylor 2006]. Ludzie ze średnich i dużych szerokości geograficznych już po krótkim okresie aklimatyzacji zaczynają się pocić w takim tempie, jak osoby, które mieszkają w gorącym klimacie.

Kiedy wynaleziono odpowiednie narzędzia, szybko zaczęto masowo ich używać do ścigania ofiar. Faith [2007] po przebadaniu 51 znalezisk ze środkowego paleolitu i 98 znalezisk z późnego paleolitu potwierdził, że pradawni afrykańscy łowcy byli doskonale wyszkoleni w zabijaniu dużych ssaków kopytnych, w tym również bawołów. Wymagania dotyczące energii podczas polowania na duże zwierzęta również wniosły nieoceniony wkład w socjalizację gatunku ludzkiego. Trinkaus [1987, s. 131 – 132] doszedł do następującego wniosku: „większość cech wyróżniających człowieka, takich jak dwunożność, zręczność manualna, złożona technologia i wyraźna encefalizacja, może być postrzegana jako efekt wymagań stawianych przez oportunistyczny system zbieracko-łowiecki”.

Rola, jaką odegrały polowania w ewolucji społeczności ludzkich, jest oczywista. Indywidualne polowania na duże zwierzęta przy użyciu prymitywnych narzędzi niezwykle rzadko kończyły się sukcesem, a skuteczne grupy myśliwych musiały zachować minimalną wielkość umożliwiającą współpracę, żeby były w stanie śledzić zranione zwierzęta, zabić je, przetransportować ich mięso, a potem podzielić się łupem. Wspólne łowy z pewnością przynosiły najlepsze rezultaty dzięki dobrze zaplanowanemu i przeprowadzonemu zaganianiu zwierząt w ograniczone stada (przy pomocy zasieków zrobionych z krzewów i kamieni, drewnianych płotów albo ramp) i schwytaniu ich do wcześniej przygotowanych zagród lub naturalnych pułapek bądź też — i jest to być może najprostsze i najgenialniejsze rozwiązanie — wywołaniu wśród nich takiej paniki, że spadały z urwiska [Frison 1987]. W ten sposób zabijano wielu dużych roślinożerców — mamuty, bizony, jelenie, antylopy i dzikie owce — i pozyskiwano duże ilości mięsa, które następnie można było zamrozić albo przetworzyć (uwędzić lub wysuszyć na słońcu).

(...)

Przed nastaniem rolnictwa ludzie byli wszystkożercami, bo nie mogli sobie pozwolić na zignorowanie jakichkolwiek dostępnych zasobów żywności. Chociaż różnorodność gatunków i roślin spożywanych przez zbieraczy-łowców była duża, zazwyczaj w ich diecie dominowało tylko kilka podstawowych produktów. Wykształcenie się preferencji dla ziaren wśród zbieraczy było nieuniknione. Oprócz tego, że zbieranie i przechowywanie ziaren jest zazwyczaj proste, łączą one w sobie dużą wartość energetyczną ze stosunkowo dużą ilością białka. Ziarna dzikich traw są tak samo kaloryczne jak ziarna zbóż uprawnych (dla pszenicy jest to 15 MJ/kg), podczas gdy gęstość energetyczna orzechów jest aż do 80% większa (dla orzechów włoskich wynosi 27,4 MJ/kg).

(...)

Nasza niezdolność do zrekonstruowania prehistorycznych bilansów energetycznych sprawiła, że pewni naukowcy dokonali niedopuszczalnych generalizacji. W niektórych grupach ogólny wysiłek podejmowany w celu zdobycia pożywienia był stosunkowo niski i trwał zaledwie kilka godzin dziennie. To odkrycie sprawiło, że zbieracze-łowcy zaczęli być postrzegani jako „pierwotne zamożne społeczeństwo” cieszące się obfitością dóbr materialnych i spędzające czas na rozrywce i spaniu [Sahlins 1972]. Co istotne, uznano, że członkowie plemienia Dobe !Kung, żyjącego na pustyni Kalahari w Botswanie i żywiącego się dziką roślinnością i mięsem, stanowią doskonałe odzwierciedlenie prehistorycznych zbieraczyłowców, którzy żyli w zadowoleniu, ciesząc się siłą i zdrowiem [Lee i DeVore 1968]. Wniosek ten, oparty na bardzo ograniczonych i wątpliwych dowodach, musi zostać zakwestionowany — i tak właśnie się stało [Bird-Davin 1992; Kaplan 2000; Bogin 2011].

Uproszczone teorie na temat zamożnych społeczności zbierackołowieckich ignorują zarówno aspekt ciężkiej i często niebezpiecznej pracy związanej ze zdobywaniem pożywienia, jak i częstotliwość, z którą czynniki środowiskowe i choroby zakaźne dziesiątkowały większość tych społeczności. Sezonowe niedobory żywności zmuszały ludzi do zjadania niestrawnych tkanek roślin, co prowadziło do utraty wagi, a często też wywoływało niszczycielskie klęski głodu. Powodowały również wysoką śmiertelność niemowląt (której jedną z przyczyn było dzieciobójstwo) i obniżało dzietność. Nic więc dziwnego, że ponowna analiza kosztów energetycznych i danych demograficznych zebranych w latach 60. XX w. potwierdziła, iż stan odżywienia oraz zdrowie członków plemienia Dobe !Kung „były w najlepszym razie wątpliwe, a w najgorszym sugerowały, że społeczności tej grozi wyginięcie” [Bogin 2011, s. 349]. Froment [2001, s. 259] napisał: „Zbieracze-łowcy, którzy musieli stawiać czoło niebezpieczeństwom i zmagać się z groźnymi chorobami, nie żyją — i nigdy nie żyli — w rajskim ogrodzie; nie byli zamożni, lecz biedni; mieli ograniczone potrzeby i ograniczonypoziom zadowolenia”.

(...)

Najwyższą wydajność w złożonych społecznościach zbierackołowieckich przypisuje się wykorzystywaniu zasobów wodnych [Yesner 1980]. Wykopaliska z czasów mezolitu w południowej Skandynawii ujawniły, że kiedy łowcy z okresu polodowcowego doprowadzili do wyginięcia całych populacji dużych roślinożerców, zaczęli urządzać polowania na morświny i wieloryby, łowić ryby albo zbierać muszle (Price 1991]. Mieszkali w większych, często stałych osadach i budowali w nich cmentarze. Plemiona z rejonu Wybrzeża Północno-Zachodniego, uzależnione od połowów ryb, budowały osady dla kilkusetosobowych grup, które mieszkały w solidnych drewnianych domach. Regularne wędrówki gatunków łososia były gwarancją niezawodnego i łatwo dostępnego źródła odżywczego mięsa, które można było z łatwością przechowywać w postaci wędzonej. Dzięki dużej zawartości tłuszczu (około 15%) gęstość energetyczna łososia (wynosząca 9,1 MJ/kg) prawie 3-krotnie przewyższa gęstość energetyczną dorsza (3,2 MJ/kg). Imponującym przykładem wysokiej gęstości zaludnienia wynikającej z uzależnienia od połowów zwierząt morskich są Inuici z Alaski, których zwrot energii netto z zabijania migrujących fiszbinowców był ponad dwa tysiące razy większy niż poniesione nakłady [Sheehan 1985] (...).

Dostawy żywności uzależnione od kilku sezonowych przepływów energii wymagały stworzenia rozbudowanego i często skomplikowanego systemu magazynowania. Oto przykładowe sposoby przechowywania jedzenia: wkładanie go do wiecznej zmarzliny; suszenie i wędzenie owoców morza, jagód i mięsa; przechowywanie ziaren i korzeni; konserwowanie w oleju; wytwarzanie kiełbas; przygotowywanie ciast na bazie zmielonych orzechów oraz różnych rodzajów mąki. Przechowywanie żywności przez długie okresy i na dużą skalę zmieniło nastawienie zbieraczyłowców do takich kwestii jak czas, praca i natura, a także pomogło ustabilizować gęstość zaludnienia na wyższym poziomie [Hayden 1981; Testart 1982; Fitzhugh, Habu 2002]. Potrzeba planowania i budżetowania czasu była prawdopodobnie najważniejszą korzyścią ewolucyjną. Ten nowy tryb funkcjonowania uniemożliwił częste przemieszczanie się i wprowadził nową formę egzystencji opartą na gromadzeniu nadwyżek zapasów. Proces ten miał charakter samowzmacniający: konieczność zarządzania jeszcze większą ilością przepływów energii słonecznej zapoczątkowała drogę do jeszcze większej złożoności społecznej.

Vaclav Smil - Energia i cywilizacja

wtorek, 18 czerwca 2024



W artykule opublikowanym we wtorek na pierwszej stronie oficjalnej partyjnej gazety "Rodong Sinmun" rosyjski dyktator napisał, że oba kraje opracują alternatywne, "niekontrolowane przez Zachód" systemy handlu i wzajemnych rozliczeń oraz wspólnie stawią opór "jednostronnym i nielegalnym" restrykcjom Zachodu.

"Jesteśmy głęboko przekonani, że wspólnymi siłami przeniesiemy dwustronną współpracę na wyższy poziom", co przyczyni się do wzmocnienia suwerenności obu krajów oraz pogłębienia stosunków gospodarczych między nimi - napisał Putin.

"Bardzo doceniamy, że KRLD (Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna) zdecydowanie wspiera specjalną operację wojskową Rosji na Ukrainie, wyrażając solidarność z nami w najważniejszych kwestiach międzynarodowych oraz prezentując (...) wspólne stanowisko w ONZ" - dodał.

"Cieszymy się, że nasi przyjaciele z KRLD bardzo skutecznie bronią swoich interesów pomimo amerykańskiej presji gospodarczej, prowokacji, szantażu i gróźb militarnych, które trwają od dziesięcioleci" - napisał Putin, odnosząc się do rozwoju programu nuklearnego i rakietowego Pjongjangu.

PAP

poniedziałek, 17 czerwca 2024



Paulina Siegień: Pisze Pan w książce, że reżim traktuje ludzi jako zasób naturalny. Jest takie powszechnie używane rosyjskie słowo „nasielenije”, którego najbliższym polskim tłumaczeniem jest „populacja”. Ale w Polsce nikt nie będzie mówić np. o populacji Warszawy albo województwa mazowieckiego.

Siergiej Miedwiediew: Dla reżimu rosyjskiego ludzie to statystyczna masa. W Rosji nie ma jednostki i nie ma obywatela. Jest „nasieleniec” (najbliższe polskie tłumaczenie to „osadnik”). To jednostka statystyczna, człowiek żywotnie zależny od państwa. A dla państwa to zasób biologiczny, nabierany teraz czerpakiem i wrzucany do maszynki do mielenia mięsa. I za sprawą tej mielonki Rosja na razie ma przewagę w Ukrainie.

Czy ten zasób jest w takim razie wyczerpywalny?

Jeśli dojdzie do wojny z NATO, to być może tak. Ale na wojnę w Ukrainie Rosja z łatwością wyśle kolejny milion i straci kolejny. Milion ludzi umarło w czasie pandemii, ale przeszło to zupełnie bez echa. Bo kto ma umrzeć, to i tak umrze. To zabójczy rosyjski fatalizm.

Pewna znajoma z Kaliningradu powiedziała mi jakiś czas temu, że choć zawsze była daleka od teorii spiskowych, to teraz byłaby gotowa uwierzyć, że wirus COVID-19 został spreparowany w laboratorium – ale nie chińskim, a rosyjskim. Bo pandemia doskonale przygotowała w Rosji grunt pod wojnę.

Bardzo dobrze to ujęła. Pandemia stworzyła warunki dla putinowskiej reformy politycznej, czyli zmian w konstytucji. Wprowadziła też nowe metody głosowania, tzw. wybory na pieńkach, czyli głosowanie poza lokalami wyborczymi, wybory wielodniowe. Ale przede wszystkim pandemia wprowadziła kraj w stan wyjątkowy, który płynnie przeszedł w wojnę 24 lutego 2022.

Czy sądzi Pan, że gdyby nie było pandemii, to nie byłoby tej wojny?

Nie, wojna i tak by była. Może rok później, może rok wcześniej. COVID-19 przyspieszył przygotowania, przekonał Putina, że ma kraj pod kontrolą, że wszystkie procesy zarządzania przebiegają sprawnie w sytuacji nadzwyczajnej. I że ludzie są gotowi pogodzić się ze śmiercią. Pandemia pokazała mu, że Rosjanie są gotowi umierać, nie zadając przy tym żadnych niewygodnych pytań. Pandemia była jak próba generalna, a realizacją scenariusza stała się wojna 2022 roku.

(...)

Mówi Pan, że po pierwszym szoku, że Rosja otwarcie zaatakowała Ukrainę, nastąpił drugi – że Rosjanie tę wojnę zaakceptowali. Zapowiada Pan narodzenie nowego rosyjskiego człowieka. Jaki on jest?

Spodziewałem się, że jeśli Rosjanie zajrzą w otchłań, to się przestraszą. Ale oni zajrzeli i skoczyli w nią. Twierdzą, że tak trzeba, że to jest to, czego chcą. Więc wojna nie była momentem otrzeźwienia, stała się momentem prawdy. Obnażyła prawdziwy stan rosyjskiego społeczeństwa.

W tym kontekście pisze Pan o dobrowolnym samozniszczeniu. To jest coś, co tutaj, w Europie, bardzo trudno nam zrozumieć.

Samozniszczenie nie zawsze musi być aktem fizycznym. Życie w Moskwie nie ma teraz nic wspólnego z autodestrukcją. Ludzie żyją cudownie, zarabiają dużo pieniędzy, teatry działają, miasto kwitnie, otwierają się nowe stacje metra. Prognoza PKB Rosji wzrosła dwukrotnie. Rosyjska gospodarka rośnie na krwi jak na drożdżach.

To przerażające, że wojna może stać się modelem rozwoju.

Im więcej krwi, tym bardziej wszystko w Rosji rozkwita, rozwija się. O śmierci nikt nie chce pamiętać. To dla mnie druzgocąca konstatacja. Kraj utożsamił się z tą wojną i absolutnie nie ma zamiaru się jej przeciwstawiać. Rzeczywiście, na naszych oczach rodzi się nowy człowiek. Uważam, że obecna sytuacja jest porównywalna do tej z 1917 roku. Po rewolucji wielu wyjechało, a tam, w ZSRR, rodził się nowy człowiek. Podobne jest teraz i przyglądam się temu procesowi ze strachem, ale i z pewną fascynacją. Co będą mieć w głowie rosyjskie dzieci, które z każdych stron słyszą wojenną propagandę, słuchają o banderowcach, żydobanderowcach, faszystowskiej gejropie itd.? Nie mają możliwości filtrowania tego przekazu. W społeczeństwie panuje strach porównywalny do okresu stalinowskiego terroru, kiedy ludzie boją się rozmawiać ze swoimi najbliższymi przyjaciółmi, a rodzice ze swoimi dziećmi. Nie można pozwolić na żadne nieostrożne słowo wypowiedziane w obecności niewłaściwej osoby.

Bardzo mnie zaciekawiła w Pana książce teza, że wśród rosyjskich kobiet zamiast feminizmu rozwinęła się mizandria, nienawiść do mężczyzn.

Badacze zwracają uwagę na fenomen rosyjskich kobiet, które bardzo chętnie wysyłają mężczyzn na front. Bo jeśli mąż pije, bije, nie zarabia, a za paręnaście lat ma umrzeć na marskość wątroby, to lepiej niech jedzie na wojnę. Przy dobrym obrocie sprawy jest szansa, że taki mąż nie wróci, a żona dostanie 7 milionów rubli, spłaci kredyt, kupi mieszkanie w większym mieście, zabezpieczy dzieci na przyszłość. Dla niej to początek nowego życia. Czytałem badanie socjologów z Nowosybirska, którzy mówią, że w prowincjonalnych, depresyjnych regionach Rosji taka mizandria jest bardzo rozwinięta w niższych warstwach społecznych. Rosyjski mężczyzna po trzydziestce jest tam nikomu do niczego niepotrzebny.

A więc to kobiety są siłą napędową tego nowego rosyjskiego faszyzmu? A mężczyźni okazują się ofiarami struktury społecznej i państwowej ideologii?

To bardzo ciekawa myśl. Na pewno kobiety to społeczne spoiwo. Rosyjskie społeczeństwo trzyma się na „babach”. Nie na kobietach, a właśnie na takich babach, które dyscyplinują wszystkich dokoła, są strażniczkami porządku społecznego. Bo mąż jest zawsze nieobecny. Albo w pracy, albo łowi ryby, albo z kolegami pije. Albo w ogóle gdzieś wyjechał, zaginął. Dzieci wychowują jednopłciowe rodziny, składające się matek i babć. Mnie wychowała taka jednopłciowa rodzina. Putin rzeczywiście stoi na plecach ruskiej baby. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych było zapotrzebowanie na nowy typ lidera, przeciwieństwo zapitego, pozbawionego samokontroli Jelcyna. Stał się nim młody, niepijący funkcjonariusz służb. Proszę zauważyć, że Putina od początku kreowano na figurę naseksualizowanego samca alfa. Rosyjskim kobietom ta figura się spodobała. A te kobiety, czy też baby, jak mówiłem, to klej, którzy trzyma razem państwo i społeczeństwo. Pracownice budżetówki, urzędniczki, nauczycielki, lekarki. One czekały na „takiego jak Putin” [nawiązanie do słów popularnej piosenki – red.], fantazjowały o nim. Bo ten mężczyzna, który jest w domu, do niczego się nie nadaje. To taki wykoślawiony rosyjski feminizm. Najlepszy mąż to ten, który wraca w czarnym worku z Donbasu.

W książce można znaleźć takie zdanie: „Cała Rosja to nasza Bucza”. Co Pan chciał przez to powiedzieć?

To parafraza słów Czechowa „Cała Rosja jest naszym ogrodem”. Zdanie „Cała Rosja to nasza Bucza” to tak, jakby Tomasz Mann powiedział w 1945 roku: „Całe Niemcy to nasz Auschwitz” – że to jedna wielka przestrzeń moralnej katastrofy. Rosja stoi przemocą, trzyma się na kodeksie przemocy. To, co Rosja pokazała w Buczy, to jej immanentna cecha, która została przeniesiona na zewnątrz. Bucza to nie jest wydarzenie zewnętrzne dla Rosji. To nie tak, że ktoś gdzieś popełnił zbrodnię wojenną. Cała Rosja jest jedną wielką zbrodnią wojenną.

new.org.pl

niedziela, 16 czerwca 2024



KIEDY w środę i czwartek, 5 i 6 czerwca, pojawiły się dwie informacje: o śmierci ranionego na granicy polsko-białoruskiej żołnierza Mateusza Sitka oraz o zarzutach postawionych żołnierzom za strzelanie do migrantów, internet rozgrzał się do czerwoności. Nie dlatego, że tak intensywnie o wymienionych wydarzeniach rozmawiali użytkownicy.

Temat został natychmiast wykorzystany politycznie. Politycy PiS uruchomili wielokrotnie używane hasło #MuremZaPolskimMundurem i publikowali wyjątkowo emocjonalne wpisy uderzające w rząd i Koalicję Obywatelską. Z okazji skorzystała także Konfederacja, publikując szereg wpisów na platformach społecznościowych.

Mimo to 6 czerwca wieczorem dane z monitoringu internetu wskazywały, że ich wpisy nie dotarły do szerokiego odbiorcy. Prawdopodobnie nie przebiły baniek informacyjnych, w których funkcjonują stali zwolennicy tych partii. Odetchnąć z ulgą mógł premier Donald Tusk, bo jego wpisy z mediów społecznościowych na temat granicy polsko-białoruskiej i polskich żołnierzy miały wtedy ogromne zasięgi. Większymi mógł się pochwalić jedynie TVN24.

Sytuacja zmieniła się 7 czerwca, w ostatni dzień kampanii wyborczej, a także w weekend. Właśnie wtedy coraz większe zasięgi zaczęły generować wpisy lidera Nowej Nadziei Sławomira Mentzena. Przez ostatnie tygodnie słabo widoczny, teraz trafił do pierwszej piątki liderów przekazu w kontekście zdarzeń z granicy. W jego przekazie wszyscy migranci zostali bandytami, czyli dokonał on nieprawdziwego uogólnienia. Nawoływał też do dymisji polityków rządzących.

(...)

Ale to nie on stał się liderem przekazu. Na pierwsze miejsce nie wybił się także kandydujący w wyborach do PE Patryk Jaki, który w sobotę późnym wieczorem, w czasie ciszy wyborczej, tuż przed dniem głosowania, zamieścił w sieci zdjęcie stadionowej trybuny z transparentem: „Strzelać zabraniacie, żołnierzy zabijacie!”. Jego post do poniedziałku rano miał na Facebooku 18 tysięcy reakcji i 1,6 tysiąca udostępnień.

Tytuł lidera przekazu w sprawie żołnierzy na granicy przypadł jednak Kanałowi Zero i dwóm politycznym influencerom – Krzysztofowi Stanowskiemu i Robertowi Mazurkowi. Od 6 do 8 czerwca Kanał Zero opublikował na YouTube cztery materiały, dotyczące (w całości lub w części) śmierci 21-letniego żołnierza oraz zarzutów stawianych innym żołnierzom za strzelanie do migrantów. Do poniedziałku rano wygenerowały one w sumie dwa miliony wyświetleń, zdobyły 181 tysięcy polubień oraz 27,5 tys. komentarzy. To rekordowe wyniki, jeśli chodzi o oba zdarzenia dotyczące granicy.

Były też oskarżenia wobec PiS – jednak znacznie mniej eksponowane. Zaatakowano również Barbarę Kurdej-Szatan, aktorkę, która w 2021 roku w sposób negatywny i emocjonalny skomentowała działania Straży Granicznej na granicy polsko-białoruskiej.

Jeden z materiałów Kanału Zero został opublikowany w sobotę, 8 czerwca, w czasie trwania ciszy wyborczej. W weekend wyświetlono go prawie 500 tysięcy razy.

Programy były bardzo emocjonalne. Faktów znalazło się w nich niewiele i to tylko te, które już wszyscy znali. Najwięcej było odautorskich komentarzy. To programy publicystyczne, w przekazie przypominają jednak popularne w branży influencerskiej „dymy” przed freak fightami, czyli silnie konfliktowe i agresywne wypowiedzi osób szykujących się do walki na gali MMA, atakujące ich przeciwników.

„Dymy” mają za zadanie rozgrzać publiczności i pobudzić zainteresowanie transmisją walki – im większe emocje przed, tym więcej osób chce na własne oczy zobaczyć siłowy finał konfliktu. Programy Stanowskiego i Mazurka dotyczące granicy mają sporo z tego właśnie klimatu, choć ubrane są w formę akceptowalną dla mainstreamu.

„Macie wszyscy razem krew na rękach” – mówił Stanowski w programie opublikowanym w piątek wieczorem na Kanale Zero.

Adresował te słowa do polityków, ale nie tylko do nich. Jak przekonywał: „Cała ta polityczno-celebrycka hałastra przez długie, długie miesiące odbierała żołnierzom możliwość skutecznej służby. To jeżdżenie na granicę, roznoszenie śpiworów, jedzenia, uciekanie przed żołnierzami, jakby nie mieli lepszych rzeczy do robienia jak pilnowanie i ganianie posłów.”

Odniósł się również do Władimira Putina: „Putin musi dostawać zajadów ze śmiechu. On tu wysyła przestępców na granicę, a polscy politycy przynoszą im jedzenie i śpiwory. Przecież on jak to opowiada na Kremlu swoim kumplom, to oni mu nie wierzą, myślą, że sobie z nich żartuje. Bo to jest nie do wiary po prostu! (…) Jestem jako Polak przyzwyczajony, że politycy śmieją mi się w twarz, ale k… (wulgaryzm – przyp. aut.) bez przesady, wszystko ma swoje granice. Więc teraz, zamiast składać kondolencje, złóżcie lepiej mandaty. Jesteście współodpowiedzialni za śmierć tego chłopaka”.

Warto zauważyć, że Stanowski, tak samo jak Mentzen, dokonał uogólnienia i z całej grupy migrantów zrobił przestępców.

I chociaż wspomniał, że to Putin jest „twórcą” granicznego kryzysu, to jednak odpowiedzialnością za śmierć żołnierza obarczył polskich polityków i celebrytów, a nie prezydenta Rosji.

W żadnym z piątkowo-sobotnich programów Kanału Zero nie zauważyłam również informacji wyjaśniającej sprawę zatrzymania żołnierzy za strzały. Tymczasem już w czwartek portal wp.pl podał, że zarzuty postawiono żołnierzom, ponieważ według prokuratury strzelali oni do migrantów nawet po tym, jak migranci wycofali się na stronę białoruską, w tym strzelali do nich przez płot. Takie zachowanie grozi natychmiastową eskalacją. Wystarczyłoby, żeby po drugiej stronie płotu ranny został białoruski pogranicznik, aby powstało realne niebezpieczeństwo ataku sił białoruskich.

W Kanale Zero dostało się również ministrowi sprawiedliwości. „A Adam Bodnar już złożył kondolencje czy na razie założył kolejną grupę, która ma ścigać żołnierzy i sprawdzać, czy byli wystarczająco mili dla migrantów? To jest nie do wiary. To jest po prostu nie do uwierzenia” – atakował Krzysztof Stanowski.

I dla niego, i dla współprowadzącego w sobotnim programie Roberta Mazurka, Barbara Kurdej-Szatan stała się swoistą „dziewczynką do bicia” (werbalnego). Wszystko dlatego, że wcześniej miała obrażać Straż Graniczną, a teraz na Instagramie złożyła kondolencje z powodu śmierci Mateusza Sitka. Stanowski zrobił z niej symbol – „przedstawicielkę całej tej grupy rozhisteryzowanych aktorów, tej instagramowo-pudelkowej pseudoelity”. I zaatakował:

„Kobieto – tu się zwracam do Kurdej-Szatan – gdyby nie Twoje histerie, medialne histerie, to być może nie tak dawno na polsko-białoruskiej granicy polski żołnierz wyjąłby broń i zastrzelił napastnika. Ale ty, twoje koleżanki i twoi kumple, wy doprowadziliście do tego, że polski żołnierz nie może strzelać. (…) Dlatego PiS i całe wojsko byli sparaliżowani przez takich jak wy. (…) Sparaliżowaliście państwo, sparaliżowaliście polityków i armię”.

oko.press


- Zachód ignoruje nasze interesy, zabrania Kijowowi negocjacji i cały czas obłudnie nawołuje nas do jakichś rozmów. Wygląda to po prostu idiotycznie: z jednej strony zabrania się im z nami negocjować, ale nawołują nas do negocjacji i jednocześnie dają do zrozumienia, że nie negocjujemy. Nonsens - przekonywał w piątek prezydent Rosji Władimir Putin podczas piątkowego spotkania z kierownictwem rosyjskiego resortu dyplomacji.

- Jesteśmy gotowi nawet jutro zasiąść do stołu negocjacyjnego. Rozumiemy jednocześnie wyjątkowość sytuacji prawnej, ale tam są legalne władze, nawet zgodne z Konstytucją, jest z kim negocjować. Proszę, jesteśmy gotowi. Nasze warunki rozpoczęcia takiej rozmowy są proste - podkreślił. Jak dodał, "należy całkowicie wycofać wojska ukraińskie z Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej, obwodów chersońskiego i zaporoskiego".

- Gdy tylko w Kijowie zadeklarują, że są gotowi na taką decyzję i rozpoczną realne wycofywanie wojsk z tych rejonów, a także oficjalnie powiadomią o rezygnacji z planów wstąpienia do NATO, nasza strona natychmiast, dosłownie w tej samej minucie, zastosuje się do rozkazu zawieszenia broni i rozpoczęcia negocjacji. Powtarzam: zrobimy to natychmiast. Naturalnie jednocześnie gwarantujemy swobodne i bezpieczne wycofanie ukraińskich jednostek i formacji - zadeklarował Władimir Putin.

- Chcielibyśmy oczywiście oczekiwać, że taka decyzja o wycofaniu wojsk, o statusie neutralnym i rozpoczęciu dialogu z Rosją, od którego zależy przyszłe istnienie Ukrainy, zostanie podjęta niezależnie w Kijowie, bazując na panujących realiach i kierując się autentycznymi interesami narodowymi narodu ukraińskiego, a nie według zachodnich porządków, choć są co do tego oczywiście duże wątpliwości - stwierdził polityk.

"Próba Putina, który zaplanował, przygotował i przeprowadził wraz ze swoimi wspólnikami największą agresję zbrojną w Europie od czasów II wojny światowej, zaprezentowania się jako rozjemcy i przedstawienia możliwości zakończenia rozpoczętej przez siebie wojny, która podważa podstawy międzynarodowego porządku prawnego i Kartę Narodów Zjednoczonych, jest absurdalna" - komentowało ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. "Putin nie szuka pokoju, on dąży do podziału świata" - dodano.

- Wiadomo, że Putin okupuje, nielegalnie okupuje suwerenne terytorium Ukrainy. Nie ma on możliwości dyktowania Ukrainie, co ma zrobić, aby zaprowadzić pokój. (...) Nie chcemy, aby przywódca jednego kraju mógł obudzić się pewnego dnia i zdecydować, że chce znieść granice i zaanektować terytorium swojego sąsiada. To nie jest świat, w jakim ktokolwiek z nas chciałby żyć. I dlatego myślę, że on nie jest stanie dyktować Ukrainie, co musi zrobić, aby dążyć do pokoju - podkreślał w piątek sekretarz obrony USA Lloyd Austin po spotkaniu ministrów obrony NATO w Brukseli.

- Putin może zakończyć tę wojnę już dziś. On rozpoczął tę wojnę niesprowokowany. Kilkaset tysięcy jego żołnierzy zostało rannych i zabitych w tej niesprawiedliwej i niesprowokowanej inwazji. Mógłby to zakończyć dzisiaj, gdyby tak zdecydował. I wzywamy go, aby to zrobił i opuścił suwerenne terytorium Ukrainy - podkreślił Austin.

gazeta.pl


25-letni influencer stojący za hitami YouTube'a, takimi jak "Stałem przez cztery dni z rzędu", postanowił kandydować do Parlamentu Europejskiego i zajął trzecie miejsce na Cyprze. Ma 2,1 mln subskrybentów, jego film "Zmusiłem Elona Muska, by mnie przytulił" ma ponad milion odsłon, a "Mieszkałem na lotnisku przez 7 dni za darmo" — 5 mln wyświetleń.

(...)

76-letnia Galata Alexandraki jest emerytowaną hodowczynią bydła, która prowadzi sklep mięsny w Alexandroupolis w północnej Grecji. W sieci nie ma jej zdjęć. Ani jednego. Ale w swojej okolicy jest tak dobrze znana, że nie musiała prowadzić kampanii ani nie udzieliła żadnego wywiadu. Mimo to zdobyła mandat dla nacjonalistycznej partii Greckie Rozwiązanie, która zajęła drugie miejsce po stowarzyszonej z EPP Nowej Demokracji. Alexandraki nie powiedziała jeszcze, czy obejmie mandat.

39-letnia włoska nauczycielka i antyfaszystowska działaczka jest oskarżona o usiłowanie zabójstwa po tym, jak rzekomo zaatakowała ludzi na skrajnie prawicowym wydarzeniu w Budapeszcie. Kobieta została zatrzymana na Węgrzech. Jej sprawa wywołała dyplomatyczną aferę, gdy pojawiła się na sali sądowej z rękami i nogami w kajdanach.

W kwietniu Sojusz Zielonych i Lewicy (AVS) ogłosił, że partia doda polityczkę do swojej listy w wyborach europejskich, zastrzegając, że gdyby Salis zdobyła mandat, skorzystałaby z immunitetu parlamentarnego i teoretycznie zostałaby uwolniona.

Działaczka została wybrana i teraz jest chroniona immunitetem.

(...)

31-letnia /Sarah/ Knafo jest partnerką 65-letniego skrajnie prawicowego francuskiego rewolucjonisty Erica Zemmoura. Została wybrana z listy jego partii Rekonkwista. Najważniejszym posłem do PE z ramienia ugrupowania będzie siostrzenica Marine Le Pen, Marion Marechal — żona polityka włoskiej partii Bracia Włosi, Vincenza Sofy.

Tym razem Sofo nie zdołał wrócić do europarlamentu. Gdyby Marechal i Zemmour nie byli uwikłani w walkę o kontrolę nad partią, pary mogłyby nadal chodzić na podwójne randki.

Hiszpan Luis Perez, znany jako Alvise, chce "zniszczyć system i odbudować go od podstaw". Razem z grupą Se Acabo la Fiesta — Koniec imprezy — Perez zdobył trzy miejsca w europarlamencie, prawdopodobnie kosztem skrajnie prawicowej partii Vox.

Perez — dawniej liberalny demokrata w Wielkiej Brytanii — ma setki tysięcy obserwujących na swoich kanałach na YouTube, Instagramie, Telegramie i prawie każdej innej platformie. Samozwańczy prokurator "skorumpowanych i przestępców" słynie z antyaborcyjnych protestów, chwalenia się planami budowy największego więzienia w Europie oraz atakowania dziennikarzy i imigrantów, jak podaje "El Pais".

(...)

/Sibylle/ Berg postanowiła odłożyć pióro, aby dołączyć do Parlamentu Europejskiego. Autorka i dramatopisarka jest ostatnią posłanką do PE wybraną z ramienia niemieckiej partii satyrycznej Die PARTEI. Priorytetami Berg są inwigilacja, prywatność i walka klasowa.

— Osiągnęłam taki poziom politycznego i społecznego niezrozumienia, że chciałabym stać się aktywna poza wąsko zdefiniowanymi ramami literatury — powiedziała w wywiadzie. Mając zapewnione miejsce w PE, Berg nie planuje w najbliższym czasie nowej książki.

— Ratowanie świata to praca fizyczna — stwierdziła.

onet.pl/Politico


Obecnie sytuacja pod względem zaostrzenia unijnych sankcji jest niezwykła. To nie Węgry, ale Niemcy uniemożliwiają przyjęcie 14. pakietu sankcji. 12 czerwca, nie osiągnięto w tej sprawie porozumienia na spotkaniu ambasadorów 27 krajów UE, właśnie z powodu "nie" Berlina - informuje "SZ".

Zdaniem dziennika w Brukseli stanowisko Niemiec jest krytykowane w stopniu, jakiego nie słyszano od dawna. - Jesteśmy w punkcie, w którym Węgrzy mogą zaakceptować te sankcje, ale Niemcy wciąż je odrzucają - skarży się jeden z unijnych dyplomatów. "Mając takich przyjaciół", Rosja prawdopodobnie nie ma się czego obawiać. To "więcej niż zaskakujące", że niemiecki rząd jest zaangażowany w "systematyczne osłabianie" sankcji wobec Rosji - skrytykował inny przedstawiciel rządu, cytowany przez "Süddeutsche Zeitung".

Jak pisze gazeta, powołując się na unijnych dyplomatów, Berlin jest szczególnie zaniepokojony szeregiem środków, które mają pomóc lepiej zapobiegać obchodzeniu przez Moskwę sankcji zawartych w trzynastu już przyjętych pakietach. Obchodzenie sankcji to główny problem unijnych restrykcji nałożonych na Kreml, "ponieważ Rosja może po prostu importować wiele zakazanych produktów z UE za pośrednictwem krajów trzecich". Jako przykłady "SZ" wymienia Turcję i Kazachstan.

Gazeta przypomina, że tzw. reeksport towarów objętych sankcjami za pośrednictwem krajów trzecich jest zabroniony, jeśli produkty te mają związek z wojną. Nie dotyczy to wyłącznie broni i amunicji, ale także np. komponentów elektronicznych. Mimo zakazu takie przypadki mają jednak miejsce, co pokazują fragmenty rosyjskiej broni znalezionej w Ukrainie.

Jak informuje monachijski dziennik, 14. pakiet sankcji ma zawierać ostrzejszą klauzulę "No Russia". Zgodnie z projektem dostępnym "SZ" "firmy z UE będą musiały zobowiązać swoje zagraniczne spółki zależne do zastrzegania w umowach biznesowych, że ich towary nie mogą być odsprzedawane z kraju trzeciego do Rosji" - czytamy.

Unijne firmy będą również odpowiedzialne za monitorowanie i egzekwowanie tych umów pod groźbą kary. "W nagłych przypadkach państwo powinno mieć możliwość zakazania eksportu towarów lub ich sprzedaży podejrzaną drogą, jeśli istnieje ryzyko obejścia sankcji nałożonych przez Rosję" - informuje dziennik. Gazeta zwraca uwagę, że przyjęcie przepisów oznacza znaczną ingerencję w sektor prywatny, a także m.in. większy wysiłek administracyjny i dokumentacyjny.

Według Berlina koszty nowych przepisów przekroczyłyby korzyści, a krajowe firmy ucierpiałyby bardziej niż rosyjska gospodarka - czytamy. Niemcy są jednak w tym podejściu osamotnione. "Niemcom najwyraźniej bardzo trudno jest wyjaśnić swoje obawy innym partnerom UE, nie mówiąc już o przekonaniu ich i znalezieniu sojuszników. 26 innych rządów - w tym, jak wspomniano, Węgry, które są notorycznie uparte, jeśli chodzi o sankcje wobec Rosji - wydają się uważać planowane środki za odpowiednie, a koszty za akceptowalne" - pisze gazeta.

Jak informuje niemiecka agencja prasowa DPA, sprawa zaostrzenia sankcji wywołuje ostre nieporozumienia wewnątrz rządu Olafa Scholza. Agencja podaje, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych uważa zastrzeżenia Urzędu Kanclerskiego do pakietu sankcji za problematyczne i szkodliwe dla wizerunku Niemiec.

"Przed nowymi rozmowami, które odbędą się 14 czerwca w Brukseli, z MSZ słychać, że minister spraw zagranicznych Annalena Baerbock (Zieloni) ciężko pracowała przez ostatnie dwa lata, aby przywrócić utracone zaufanie wśród europejskich partnerów w wyniku starej polityki wobec Rosji. Zaufanie to nie powinno zostać ponownie roztrwonione przez Urząd Kanclerski kierowany przez SPD" - czytamy.

DPA cytuje także unijnego urzędnika, który powiedział, że w ostatnim czasie można odnieść wrażenie, iż "Niemcy są nowymi Węgrami".  Ze źródeł niemieckiego MSZ słychać zaś, że wprawdzie nie można lekceważyć obaw, o których mówi Urząd Kanclerski, ale jednocześnie należy przyznać, że zdecydowana większość innych państw UE nie widzi żadnych niedopuszczalnych problemów.

Rozmowy na temat zaostrzenia sankcji będą kontynuowane 14 czerwca w Brukseli. W tym celu ma odbyć się specjalne spotkanie ambasadorów unijnych państw. Na marginesie szczytu G7 przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen powiedziała, że oczekuje szybkiego porozumienia.

gazeta.pl

Na koniec swojego wystąpienia szef gabinetu Andrzeja Dudy zasłonił oczy i zaczął parodiować Jarosława Kaczyńskiego. - Pozornie zwyciężyliśmy, nic się nie stało, doliczmy Konfederację i wszystko jest w porządku. No nie, tak się przegra - mówił zmienionym głosem i kiwał się na krześle z zasłoniętymi oczami. - Nie może być tak, że ktoś jednoosobowo będzie sobie siedział i mówił, w którą stronę jedziemy - dodał Mastalerek.

gazeta.pl

sobota, 15 czerwca 2024



Nie była Polką urodzona w Szczecinie Katarzyna II – miała niemieckie pochodzenie. Ale już drugą po carycy osobą w państwie rosyjskim okazał się Polak – książę Grzegorz Potempski (Potępski), znany w Rosji jako kniaź Grigorij Potiomkin (tak, tak – to ten od pancernika „Potiomkina” i „potiomkinowskich wiosek”). Katarzyna II 19 kwietnia 1783 roku wydała manifest włączający Krym do Rosji (było to pogwałcenie traktatu pokojowego zawartego z Turcją w 1774 roku w Küczük Kajnardży). Głównym projektodawcą przyłączenia Krymu do Rosji był właśnie Potiomkin. Otrzymał za to od Katarzyny tytuł księcia Taurydzkiego (Krym bowiem nazywano w Rosji Taurydą, od plemienia Taurów zamieszkującego w przeszłości ten półwysep). Zaszczyt ten był wynikiem jego ogromnego zaangażowania w wojnę z Turcją, a zwłaszcza w sprawę oderwania Półwyspu Krymskiego od Turcji. Marzyło mu się tam nawet zupełnie oddzielne księstwo. Po otrzymaniu władzy na Krymie rozpoczął intensywną akcję budowlaną i osadniczą. Założył Jekaterynosław i Odessę. Rozbudował w miastach istniejące twierdze: Bałakławę, Teodozję, Kercz, Jenikale. Był twórcą Floty Czarnomorskiej stacjonującej na Krymie po dziś dzień. W 1784 roku Potiomkin został feldmarszałkiem i prezydentem Kolegium Wojskowego.

(...)

Co prawda z polskim pochodzeniem Potiomkina nie zgadza się profesor Hieronim Grala. Tak do mnie napisał na ten temat: „Ich ród posiada udokumentowaną historię na Rusi Moskiewskiej, chociażby w razriadnych knigach, wcześniejszą od późnej tradycji pochodzenia od Potempskich, zaczerpniętej z polskich herbarzy (gdzie zresztą o żadnych Potiomkinach ni słowa). (…) Sam kniaź Taurydzki, jako potomek „zdrajcy”, bo tego Potiomkina, który dochował wierności przysiędze złożonej królewiczowi polskiemu Władysławowi Wazie jako carowi elektowi, po elekcji Romanowów uszedł do Rzeczypospolitej w kompanii Sałtykowow, Trubeckich itd. i osiadł na Smoleńszczyźnie, był zainteresowany upowszechnianiem takiej legendy. Odwoływanie się do »polskiego« rodowodu zdejmowało z niego zarzut zdrady przodków, a co więcej – pozwalało udawać w Rzeczypospolitej Polaka: to znana praktyka – robili to Streszniewowie, podszywając się pod Strzeszewskich, czy Bułgakowowie – udając Bułhaków, czy Wołyński – udający potomka Koriatowiczów. Pozwalało to również starać się o polski indygenat, by nabywać w Rzeczypospolitej dobra. Niemniej, od dawna wiadomo, iż wszystkie te genealogie są bałamutne”.

Mariusz Świder - Jak budowaliśmy Rosję