wtorek, 28 maja 2024



W Jednej Rosji odbyły się prawybory („primaries”), w których wybierano kandydatów. Ponieważ zarówno sam Putin, jak i jego partia nie przegrywają głosowań w Rosji, wybranie na kandydata oznacza prawie stuprocentową pewność znalezienia się w organie, do którego się kandyduje.

Ale spośród 103 byłych żołnierzy (zarówno zawodowych, jak i ochotników), którzy na wezwanie Putina chcieli zacząć tworzyć „nową elitę”, aktyw putinowskiej partii dopuścił prawdopodobnie tylko jednego – w Tatarstanie. Do obsadzenia w jesiennych wyborach regionalnych będzie 591 mandatów.

Od początku obecnego roku rosyjski lider kilkakrotnie mówił o powstającej „nowej elicie” kraju, złożonej z ludzi „obmytych krwią”, czyli „weteranów Specjalnej Operacji Wojskowej” (jak uporczywie, trzeci rok rosyjska propaganda nazywa wojnę z Ukrainą). Zarówno oni, jak i ich rodziny posiadają już znaczne przywileje materialne, wynoszące ich ponad lokalne społeczności.

W lutym, w orędziu przed Zgromadzeniem Federalnym Putin mówił o ludziach, którzy byli na wojnie (nie tylko o żołnierzach, ale i pracownikach tyłów): „główne kadry solidnej przyszłości naszego kraju”. Jeszcze na początku inwazji wśród rosyjskich urzędników średniego i wyższego szczebla była moda na wyjazdy na wojnę (a dokładniej na jej zaplecze, jako członkowie okupacyjnych władz). Uważano, że będzie to sprzyjało szybkiemu awansowi („wyniesieniu przez windę kariery” – jak mówią w Rosji).

Ale obecnie nikomu to nie pomogło w oczach aktywistów putinowskiej partii w prawyborach. Najgorzej weterani wypadli w Moskwie, próbując zostać kandydatami do rady miejskiej. „W większości wypadków zajęli ostatnie albo przedostatnie miejsca, dostając sto razy mniej głosów niż zwycięzcy” – napisał niezależny portal Wiorstka, który dokonywał żmudnych podliczeń z obszaru całej Rosji.

Kogo wybierała partyjna nomenklatura najlepiej widać na przykładzie jednego z najbardziej znanych medialnie w Rosji weteranów. To Konstantin Ryżak, syn deputowanego parlamentu z formalnie opozycyjnej partii Sprawiedliwa Rosja (zawsze popierającej Putina) Nikołaja Ryżaka. Ojciec ponadto miał dodatkową wartość w oczach imperialnej publiczności - był generałem KGB.

Jednak prawybory wygrał też syn, ale piosenkarza Olega Gazmanowa, Rodion. Ojciec jest hołubiony przez rosyjską propagandę, śpiewa bowiem pod dyktando Kremla. Syn kagebisty dostał 34 głosy na „primaries”, a syn piosenkarza – 5186.

Nawet na okupowanych terenach Ukrainy (np. na Krymie czy w Sewastopolu) dawni separatyści donieccy (nie wszyscy później służyli w rosyjskiej armii przeciw Ukrainie, ale wszyscy mają status weteranów) ponieśli klęskę.

W całej Rosji putinowska partia ich odrzuciła, nie dopuszczając na pierwszy szczebel politycznej kariery jakim są mandaty w regionalnych parlamentach, czy radach dużych miast.

Już wcześniej obserwatorzy dziwili się, że przy okazji majowej rekonstrukcji rządu nawet jednej teki ministerialnej nie dostał weteran. – Putin nie mógł znaleźć spośród nich kogoś choćby na stanowisko ministra sportu? – dziwił się opozycyjny politolog, emigrant i były współpracownik Kremla Abbas Gałliamow.

Jego zdaniem jedynym powodem, dla którego obecnie pojawiła się ta setka kandydatów-weteranów była tylko „dodatkowa agitacja za wstępowaniem do wojska”. (...)

- Jasno widać, że sama w sobie ta publika nie ma żadnej wartości dla systemu sprawowania władzy. A system się zamknął: wszyscy są już na swoich miejscach (i nie wpuszczają nowych - red.). Gdyby Putin naprawdę wierzył w to wszystko, co sam mówił o „nowej elicie”, to przecież - gdy formował nowy gabinet ministrów - wprowadziłby tam jakiegoś weterana – dodał Gałliamow.

rp.pl


Rosyjscy analitycy są oszołomieni. Eksperci wojskowi z grupy "Starszije Eddy" (611 tys. subskrybentów na Telegramie) piszą, że Ukraińcom udało się "uderzyć w naszą rakietową stację wczesnego ostrzegania za pomocą wolno latających lekkich dronów typu samolotowego, nagrać wyniki uderzenia na zdjęciach i filmach wideo oraz opublikować wszystko w internecie".

Jednocześnie podkreślają, że "od roku" wojskowi alarmują, że armia rosyjska potrzebuje środków przeciwdziałania takim samolotom bezzałogowym.

Z kolei członkowie grupy "Rybar" (1,2 mln subskrybentów na Telegramie) są rozsierdzeni. Piszą, że drugi atak był "logiczną konsekwencją braku odpowiedniej reakcji na pierwszy atak". Rosyjska "bezczynność" miała ogromny "wpływ na wydarzenia", ponieważ "zachęciła" ukraińską armię do działań.

Rosjanie ostrzegają: "Jeśli nie będzie reakcji, użycie zachodniej broni rakietowej przez ukraińskie jednostki przeciwko starym rosyjskim terytoriom (tj. rosyjskim terytoriom nuklearnym – red.), w tym obiektom strategicznym, jest tylko kwestią czasu".

onet.pl


Według ustaleń SBU zatrzymany jest obywatelem kraju Azji Południowej, a na początku 2000 roku przybył do Ukrainy. Po zwiększeniu ataku Rosji na Ukrainę mężczyzna organizował nielegalny transport ludzi do krajów europejskich.

"Materiały SBU pomogły w ekstradycji do Polski biznesmena, który swoimi przestępczymi działaniami zaostrzył kryzys na granicy UE i Białorusi" - czytamy w komunikacie ukraińskich służb. Mężczyzna miał organizować masowy przemyt ludzi m.in. z Nepalu, Bangladeszu czy Pakistanu do Unii Europejskiej.

Według ustaleń SBU w zeszłym roku dzięki współpracy polskich i ukraińskich służb udało się zatrzymać część migrantów, którzy trafili do UE. W Chmielnickim zatrzymano z kolei organizatora całego przedsięwzięcia. Podczas przeszukania miejsca jego zamieszkania znaleziono sprzęt komunikacyjny, komputerowy oraz protokoły z dowodami prowadzonej działalności.

W mieszkaniu znaleziono również pieniądze, które prawdopodobnie pochodziły z przestępstwa. "Sprawca został poddany ekstradycji do Rzeczypospolitej Polskiej, gdzie znajdował się na międzynarodowej liście osób poszukiwanych. Tam cudzoziemiec będzie ścigany za przestępstwa przeciwko bezpieczeństwu europejskiemu" - podała SBU. Operacja została przeprowadzona pod nadzorem Prokuratury Generalnej, wraz z Prokuraturą Okręgową w Kijowie i Chmielnickim.

"'Szlak uchodźców' przebiegał przez terytorium Rosji i Białorusi, a następnie do Rzeczypospolitej Polskiej, omijając ustanowione punkty kontrolne. Do jego obsługi mężczyzna stworzył międzynarodową grupę przestępczą, w skład której wchodziło kilkadziesiąt osób z różnych krajów" - przekazała SBU.

Jak wynika z ustaleń ukraińskich służb, mężczyzna miał wydawać instrukcje, dotyczące tras transportu migrantów oraz ich czasowego pobytu. Do komunikacji używano popularnych komunikatorów. "Przestępcy próbowali 'rozproszyć' do stu nielegalnych imigrantów w różnych krajach europejskich, którzy zostali podzieleni na oddzielne grupy. Każda grupa miała swój własny cel i przywódcę" - podała SBU.

gazeta.pl

poniedziałek, 27 maja 2024



Jeśli chodzi o projekty gazowe, stanowisko Chin w sprawie udziału w nich zostało jasno nakreślone przez jednego z wicepremierów chińskiego rządu, gdy po raz kolejny przekonano go do wyrażenia zgody na ułożenie nowych tras gazociągów przez granicę podczas jego wizyty w Moskwie.

Według uczestników rozmów chiński gość powiedział, że współpraca gazowa powinna być "zintegrowana".

Poproszony o wyjaśnienie znaczenia tego terminu, powiedział, że udział chińskich firm w rosyjskim przemyśle gazowym jest możliwy, jeśli spełnione zostaną trzy warunki:
  • chińskie firmy będą mogły pracować nad poszukiwaniem i produkcją gazu w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły budować gazociągi w Rosji,
  • chińskie firmy będą mogły niezależnie eksportować swoją część wyprodukowanego gazu.
Rosja nie może spełnić żadnego z tych warunków bez zreformowania ram prawnych, które określają status monopolu Gazpromu, co uniemożliwia Chińczykom przejęcie (choćby tylko części) projektów gazowych, w które zaangażowany jest monopolista.

To, na co Chińczycy chętnie się zgodzili, to współpraca z Novatekiem w dwóch projektach dotyczących skroplonego gazu ziemnego: Yamal LNG i Arctic LNG-2. Tam otrzymują prawo własności i mogą niezależnie eksportować i sprzedawać swoją część produkcji na rynku światowym (29,9 proc. w konsorcjum Jamał LNG i 20 proc. w Arctic LNG-2).

Przejęcie aktywów produkcyjnych Gazpromu nie ma sensu dla Chińczyków. Gazprom sam, wykorzystując własne i państwowe fundusze, może produkować gaz, budować gazociągi i transportować ten gaz przez granicę z ChRL.

Jednocześnie zainteresowanie rosyjskiego kierownictwa "otwarciem nowych szlaków eksportowych na wschód" jest tak duże, że cena dostarczanego gazu nie pokrywa ani inwestycji kapitałowych w infrastrukturę, ani nawet kosztów operacyjnych produkcji i transportu.

onet.pl/The Moscow Times


Według danych Krajowej Administracji Energetycznej (NEA) do końca pierwszego kwartału tego roku moc magazynów energii w Chinach sięgnęła 35,3 GW. Oznacza to ponad dwukrotny (2,1) wzrost rok do roku. Podobnie jak w innych wypadkach wzrost napędzają regulacje i rządowe wsparcie.

Przede wszystkim to dotacje do budowy źródeł OZE, których niestabilność silnie wspiera zapotrzebowanie na magazynowanie energii, ale także wymogi regulacyjne. Przykładowo chińska prowincja Qinghai wymaga, by przy budowie źródeł wiatrowych wystawiać także magazyny, mające 10 proc. mocy budowanych wiatraków.

Najszybciej rozwijają się pod tym względem północno-zachodnie regiony Chin. Według NEA w roku 2023 zainstalowano tam 222 GW generacji OZE, zarówno wiatrowej jak i słonecznej. Zbudowało to wielkie zapotrzebowanie na magazynowanie energii i pozwoliło na zbudowanie w tym regionie magazynów o mocy 10,3 GW. Według NEA to 29,2 proc. wszystkich postawionych w kraju mocy magazynowania.

- Wraz z uruchomieniem licznych projektów opartych na odnawialnych źródłach energii o mocy gigawatów w północno-zachodnich Chinach, lokalny system sieciowy musi zintegrować moce odnawialne, zoptymalizować moc wyjściową i rozwiązać problemy z nieciągłościami powodowanymi przez energię wiatrową i słoneczną - powiedział cytowany przez China Daily Deng Simeng, starszy analityk ds. odnawialnych źródeł energii i badań energetyki w globalnej firmie doradczej Rystad Energy.

Przyrost mocy energetyki odnawialnej jest przy tym obecnie wolniejszy niż rozbudowa magazynów. Według NEA w ubiegłym roku moce zainstalowane źródeł OZE wzrosły o 14,5 proc., sięgając 2,99 mld kW. Najszybciej rosną moce energetyki słonecznej, które po wzroście o 55 proc. sięgnęły 660 mln kW. W przypadku energetyki wiatrowej przyrost mocy sięgnął 21,5 proc. Wynosi ona obecnie 460 mln kW.

"Magazynowanie baterii, które wymaga mniejszych urządzeń, elastycznych lokalizacji i krótszych okresów budowy w porównaniu z energią wiatrową, słoneczną i innymi konwencjonalnymi źródłami energii, cieszy się dużym zainteresowaniem ze względu na swoją kluczową rolę i korzyści" - podaje NEA.

W pierwszym kwartale tego roku największe chińskie firmy energetyczne miały, według NEA, zainwestować w rozwój magazynów energii około 136,5 mld juanów (18,84 mld dolarów). Chińskie firmy inwestują przy tym nie tylko w magazynowanie oparte o baterie. China Daily podaje, że na opublikowanej w początku roku rządowej liście projektów pilotażowych znalazło się 56 pozycji, wśród których 17 dotyczyło magazynów opartych o baterie litowo-jonowe, ale było tam na przykład także 11 projektów opartych o sprężone powietrze.

W maju włączono do sieci energetycznej zbudowany kosztem niemal 1,5 mld juanów (210 mln dolarów) zakład magazynujący energię w postaci sprężonego powietrza, który China Daily określa jako największy tego typu magazyn energii na świecie. Ma on moc 300 MW.

Zakład może rozładowywać zmagazynowaną energię przez 6 godzin. Oferując rocznie 600 mln kWh ma on zapewnić energię dla potrzeb 200-300 tysięcy gospodarstw domowych.  

wnp.pl

niedziela, 26 maja 2024



Właśnie od niemieckiego sterowca wzięła się nazwa Hindenburg Research, agencji białego wywiadu, która tak definiuje swoją misję na rynku finansowym: „naświetlać katastrofy, za które winę ponosi człowiek i których można było uniknąć – zanim przyciągną więcej ofiar”. W Polsce zrobiło się o niej głośno 15 marca, kiedy opublikowała raport o LPP, ikonie polskiej giełdy, jednej z ulubionych spółek inwestorów. Zarzuciła jej, że wciąż prowadzi handel w Rosji, mimo że komunikowała wycofanie się z tego rynku tuż po najeździe Putina na Ukrainę.

– Dla niezorientowanych: Hindenburg Research to nie jest jakaś buda z kebabem z analizami, ale jeden z najbardziej znanych funduszy typu „short seller” – napisał wtedy na platformie X Konrad Ryczko, analityk DM BOŚ.

Hindenburg twierdzi, że deklarowana sprzedaż rosyjskiej części biznesu LPP do Chin była pozorna. W dużym skrócie tak widzi prawdę: biznes kupiła spółka z Dubaju założona na dzień przed ogłoszeniem porozumienia w sprawie transakcji, nieznane są nazwiska jej reprezentantów; rosyjskie sklepy są wciąż pod faktyczną kontrolą LPP, pojawiają się te same kolekcje, które dostępne są w Polsce, a kody kreskowe towarów są niby chińskie, lecz faktycznie fałszowane w celu potajemnego śledzenia ubrań przez systemy informatyczne. Hindenburg relacjonuje, że osoby z bliskiego otoczenia Marka Piechockiego przyznawały, że założyciela i prezesa „nie obchodziła jakaś tam tymczasowa wojna”, która krzyżowała mu plany silnej ekspansji w Rosji. Wskazuje też, że jedna z azjatyckich „firm przykrywek” została założona przez kluczowego członka Fundacji Semper Simul, która jest powiązana z Piechockim i jest głównym akcjonariuszem LPP.

Tym samym spora część przychodów LPP miałaby pochodzić „zza linii wroga”, choć spółka kreowała opinię, że tak dobrze idzie krajowy biznes – co inwestorzy doceniali, windując kurs akcji. Na skutek publikacji raportu Hindenburga kapitalizacja giganta odzieżowego, do którego należą marki Reserved, Sinsay, Cropp, House i Mohito, w jeden dzień stopniała z 33 mld zł do 21 mld zł. Inwestorzy stracili 36 proc.

(...)

Dotychczas Hindenburg wydał ponad 60 raportów. Jak wynika z danych Bloomberga, spośród 15 najbardziej medialnych spraw w pierwszym dniu po publikacji w przypadku 13 spółek kurs spadł, najczęściej dwucyfrowo. Jeśli spojrzeć na perspektywę 3-miesięczną, zniżkę odnotowało 9 spółek – zazwyczaj spadki się pogłębiły, sięgając nawet 80–90 proc. Większość z tych kursów już się nie podniosła. To oznacza, że Hindenburg często – choć nie zawsze – mógł mieć rację. Akcje LPP trochę odbiły i miesiąc po wybuchu afery utrzymywały się kilkanaście procent na minusie.

Ale taka agencja nie jest instytucją dobroczynną, która jedynie dostarcza światu „prawdy”. Gdy inni tracą, ona zyskuje. Tuż przed publikacją raportów zajmuje krótkie pozycje na akcjach danej spółki (czyli z nastawieniem na zarabianie na spadkach, stąd nazwa: short-seller). Może w jeden dzień zarobić kilkadziesiąt procent i zamknąć temat. W połowie marca na polskim rynku często można było usłyszeć pytanie: gdzie leży etyczna granica praktyk short-sellerów? Główny zarzut wobec nich to manipulacja rynkiem (raporty pisane są pod tezę, mogą być przesadzone), która dodatkowo negatywnie odbija się na dużej grupie „niewinnych inwestorów”, także tych zgromadzonych w funduszach. Do tego negatywny wpływ na pracowników, którzy w wyniku pogorszenia sytuacji spółki nieoczekiwanie tracą pracę.

– Short-sellerzy są potrzebni. To brutalna, ale skuteczna regulacja. Miarą etyki jest tu rynek, który z określoną siłą reaguje na publikowane informacje. A na- wet jeśli kurs odbija, bo inwestorzy dają kredyt zaufania, to problematyczny obszar jest naświetlony, spółka musi trzymać się na baczności, poprawić błędy. To też przestroga dla innych – mówi Rafał Zaorski, inwestor, najbardziej znany polski spekulant. – W USA to jest popularna i uznawana praktyka, tam tacy inwestorzy są chronieni wolnością konstytucyjną. U nas nadzorca od razu uznaje to za manipulację kursem i działanie na szkodę rynkowi. KNF działa jak PRL: próbuje ludziom przedsiębiorczym powiedzieć, że źle wpływają na rynek. Akurat Hindenburg nie musi się niczego obawiać, bo nie jest zarejestrowany w Polsce – tłumaczy.

(...)

Widać, że wybiera w przemyślany sposób. Przede wszystkim dotyka tematów krzykliwych, szokujących, źle przyswajalnych społecznie – które trafią do mainstreamu, wywołają masowe oburzenie i spotęgują giełdowe spadki.

– Sygnaliści dostarczają ci wstępne info, że w spółce są tajemnice. Jeśli pasuje ci tematyka, zaczynasz od zmapowania inwestorów. Musisz sprawdzić, czy będzie siła sprzedających: na przykład fundusze, które będą podążały za benchmarkiem albo fundusze algorytmiczne. I czy nie ma przypadkiem silnego udziału zamożnego właściciela, który by skupował akcje – opowiada osoba, która ma doświadczenie w takich działaniach. – Potem delegujesz ludzi, którzy najpierw analizują oficjalne dane, a następnie idą w teren. Wyciągają informacje ze źródeł niezależnych i z wewnątrz spółki. Kluczową rolę odgrywa miękki wpływ na ludzi. Często zespół wchodzi do firmy jako kontrahenci lub pracownicy – dodaje nasz rozmówca.

onet.pl/Forbes

sobota, 25 maja 2024



Luty 2022 r. Rosja dokonuje inwazji na Ukrainę. W tym czasie w zakładach Stellantis w Kałudze (PSMA RUS) wciąż jeszcze trwa produkcja samochodów. Z linii montażowych zjeżdżają m.in. dostawcze modele Citroena (m.in. Berlingo, Jumpy, Space Tourer), Opla (Zafira, Vivaro, Combo) i Peugeota (Traveller, Expert, Partner). Nie brakuje także aut osobowych. Z Kaługi wysyłano do salonów Citroeny C4, C5 Aircross czy Peugeoty 408 oraz Mitsubishi. Do czasu. Już w kwietniu 2022 r. władze koncernu Stellantis zamknęły fabrykę i ewakuowały swój zagraniczny personel.  

Do grudnia 2023 r. w kompletnie wyposażonej fabryce (Stellantis pozostawił całą linię produkcyjną oraz niewykorzystane podzespoły do produkcji kilku modeli) nic się nie działo. Rosjanie szukali inwestorów, by wykorzystać zakłady i znaleźć pracę dla ponad 2,7 tys. pracowników. Nietrudno zgadnąć, gdzie znaleźli wsparcie. Pomoc przyszła z Chin. W ciągu ostatnich tygodni 2023 r. uruchomiono pilotażową produkcję 48 egzemplarzy. Wówczas jeszcze trzymano w tajemnicy informacje o marce i modelu. Oczywiście do czasu.

Po kilku miesiącach Rosjanie odkryli karty. Już w marcu pochwalili się, że w zakładach w Kałudze wznowiono produkcję popularnego SUVa. Po uzupełnieniu zapasów części ruszyła linia, na której powstaje Citroen C5 Aircross. Znamienne, że zakłady wznowiły wytwarzanie modelu bez wiedzy i zgody producenta. Reakcje Francji i Holandii były łatwe do przewidzenia. We francuskich mediach wspominano o szoku i bezczelnym fałszowaniu produktów oraz pirackich praktykach Rosjan.

A co na to najbardziej poszkodowany? Władze Stellantis (firma ma siedzibę w Amsterdamie) ograniczyły się do dość skromnego protestu i oświadczenia o utracie kontroli nad fabryką. Zapewne w tym czasie trwały zakulisowe rozmowy (dziennik Liberation informował, iż Stellantis przypomniał Chińczykom, iż nie mają prawa do eksportu części do C5 Aicross) z chińskim partnerem (Dongfeng). To on odpowiada za produkcję C5 Aicross w Chinach. Nie jest bowiem tajemnicą, że odpowiedniego wsparcia w postaci części i komponentów udzielił chiński państwowy koncern Dongfeng Motor. Francuscy dziennikarze alarmowali, że zespawane i pomalowane nadwozia Citroena C5 Aircross transportowano do Rosji koleją. Tę samą drogą wysyłano także pozostałe części.

Francuska bezradność stała się zachętą. Rosjanie wspólnie z Chińczykami poszli o krok dalej. W maju 2024 r. ruszyła sprzedaż nowych Citroenów składanych w Rosji. Prócz C5 Aircross można jednak także zamówić także inne fabrycznie nowe samochody z gamy koncernu Stellantis. Tak oto ofertę poszerzono o wytwarzane w Chinach trzy modele Peugeota (2008, 4008 i 5008) oraz Citroena C5X. Dostępne są nie tylko w dawnych salonach marki, ale także na nowej platformie internetowej, by zamawiać auta w trybie online. Nie każdy jednak może z niej skorzystać. Na początek ruszyła sprzedaż w Moskwie oraz w promieniu 250 km od rosyjskiej stolicy. I tak wystarczy, by wystarczająco dobrze wzbudzić wściekłość w Amsterdamie czy w Paryżu.

moto.pl


Joanna Gąska: Kiedy wybuchnie wojna, jaki korpus i jakie siły przyjdą na pomoc Polsce?

Szef Sztabu Dowództwa Sił Połączonych NATO w Brunssum gen. broni Krzysztof Król: - Chciałbym uspokoić. Żadna wojna na razie nie wybucha. Sojusz Północnoatlantycki i Polskie Siły Zbrojne przygotowują się do tego, żeby być permanentnie w gotowości do odparcia jakiegokolwiek ataku na Polskę. Najważniejsze jest budowanie zdolności i gotowości do obrony. Przez ostatnie dwa lata NATO buduje właściwe plany i przygotowuje się do ich potencjalnej egzekucji.

Nowa strategia NATO to nie tylko obrona, ale też odstraszanie. Co pan przez to rozumie? Jakie działania musi podjąć polska armia, żeby odstraszać?

- Najważniejsza zmiana, która zaszła w 2021 roku, kiedy NATO dowiedziało się, że Rosja ma bardzo agresywne plany, jeśli chodzi o Ukrainę, to przygotowywanie się do wdrożenia starej kultury NATO, czyli odstraszania, budowania zdolności do przesuwania sił na granie Sojuszu i budowanie zdolności do karania ewentualnego agresora. NATO jest też sojuszem nuklearnym. Tu chcę uspokoić. NATO było, jest i będzie sojuszem, który ma właściwie zbalansowaną zdolność, jeśli chodzi o wojska konwencjonalne i zdolności nuklearne.

Ta poetyka o zdolnościach nuklearnych, poetyka strachu i dominacji się powtarza. Od jakiegoś czasu wojska NATO wdrażają teorię odstraszania nuklearnego. Co to znaczy? Czy w tych szkoleniach uczestniczą żołnierze polscy?

- Strategia odstraszania nuklearnego i konwencjonalnego została przyjęta przez wszystkie państwa NATO. Nazywamy to strategią elastycznego odstraszania, czyli pokazywania naszemu potencjalnemu przeciwnikowi naszych zdolności, możliwości i woli użycia wszystkich środków, które mamy w arsenale, żeby bronić każdego członka Sojuszu. Polska jest najlepszym przykładem. NATO już kilka miesięcy przed agresją Rosji na Ukrainę i po agresji, prowadziła szereg operacji w przestrzeni powietrznej i na terytorium Polski, żeby dawać Rosji jasny sygnał: atak na członka NATO rozpocznie kolejną wojnę. NATO się nie wycofa o metr z terytorium członków Sojuszu.

Miecz i tarcza – co to jest w kontekście Polski?

- Wiele mówiłem na temat tarczy i miecza. W kontekście Polski tarcza to wojska konwencjonalne. Ustalenia ze szczytu w Madrycie i w Wilnie w 2023 roku są takie, że NATO zdecydowało o rozbudowie swoich zdolności konwencjonalnych, o budowie wojsk lądowych, które będą dyslokowane na wschodniej flance NATO: krajach bałtyckich, Polsce, Słowacji, Węgrzech, Rumunii i Bułgarii. Do tego budowa zdolności sił powietrznych, marynarki wojennej, budowa zdolności do działania w wymiarze cybernetycznym. To wszystko będzie tworzyć operacje wielodomenowe.

Czy w polityce odstraszania musi być obecna proporcjonalna odpowiedź w kontekście liczebności armii? To konieczne by odstraszać? Nie mamy tak licznej populacji w Polsce, przegrywamy z Rosją. Potencjał militarny jest konieczny by odstraszać?

- Tu bym wrócił do doświadczeń NATO z lat Zimnej Wojny. Wtedy my byliśmy po tej złej stronie. W latach 60., 70. i 80. NATO nie zbudowało identycznych sił, jakie mieli Rosjanie i nigdy nie chciało takich zbudować. NATO zbudowało doktrynę opartą na zdolności i jakości tych sił. Nie to, ile będzie czołgów, ale co one będą potrafiły zrobić, na jakich dystansach razić, z jaką celnością, jaka będzie amunicja. Na przykład samoloty: czy będzie to jednorazówka, jak w Układzie Warszawskim? Tam piloci szkolili się tylko do realizacji jednego rodzaju zadań. Piloci samolotów NATO w tym samym czasie szkolili się do realizacji kilku zadań. To różnica podejścia.

To nowa kultura operacyjna?

- Tak. Nowe podejście. Budujemy jakość, ale też ilość, jaka jest nam potrzebna, by odstraszyć przeciwnika.

Ta kultura operacyjna to nie tylko zbrojenie i szkolenie żołnierzy, ale też wojna kognitywna. Jak pan widzi potencjał Polski? Jaką wojnę kognitywną prowadzi obecnie Rosja z zachodem?

- Nie da się ukryć, że odstraszanie jest zjawiskiem społecznym. Ono z jednej strony polega na tym, że komunikujemy nasze zdolności i wolę walki z przeciwnikiem. Także komunikujemy poprzez pokazywanie, że jesteśmy zdolni broni naszych domów, zapewnić bezpieczeństwo każdej rodzinie, każdemu obywatelowi. Kierujemy również komunikację do nas samych. To jest budowanie spójności społecznej. Jednym z elementów Zimnej Wojny było to, że państwa NATO-wskie zdecydowały, iż będą się nie tylko przygotowywać do wojny, ale też realizować wszystkie zadania poniżej progu wojny. Była to walka z dezinformacją, partiami opłacanymi przez Kreml, budowanie siatki wywiadowczej, siatki wpływów, siatki decydentów rosyjskich. Na stronie internetowej Rand - brytyjskiego ośrodka analiz można znaleźć informację dotyczącą wstępnej oceny tego, jak Ukraina była kompletnie nieprzygotowana na wojnę z Rosją pod względem wojny poniżej progu.

Co to znaczy?

- Rosjanie byli w stanie doprowadzić do sytuacji, w której szpiedzy, rosyjscy oficerowie wywiadu zajmowali bardzo wysokie stanowiska w strukturach. Są nazwiska tych ludzi. Oni werbowali sobie siatkę Ukraińców, którzy nawet nie byli świadomi, że pracują na korzyść Rosji. Tak samo było w trakcie Zimnej Wojny. Rosjanie mają wielkie doświadczenie w prowadzeniu wojny różnymi metodami: wywiad, kontrwywiad, wywiad ekonomiczny, pozyskiwanie informacji o społeczeństwie. Nie tylko przez wojsko, ale przez firmy współpracujące z wojskiem.

radiokrakow.pl

piątek, 24 maja 2024



W totalitaryzującej się Rosji nie istniałoby życie polityczne bez YouTube’a i rosyjskiego komunikatora – Telegrama. Opozycja wobec Putina, jeszcze przed ostatecznym wypchnięciem poza granice kraju, nie miała praktycznie dostępu do tradycyjnych mediów, może poza koncesjonowanym quasi-liberalnym radiem Echo Moskwy. W sytuacji, gdy coraz częściej mówi się o kontroli Telegrama przez kremlowskie służby, YouTube pozostaje właściwie jedyną platformą umożliwiającą efektywną komunikację z obywatelami. W praktyce zmusza to przedstawicieli rosyjskiej opozycji do przekształcania swoich organizacji w firmy specjalizujące się w produkcji medialnej i filmowej.

Prym w tej sferze od lat wiedzie Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego (FBK), która politykę robiła wokół śledczo-dokumentalnych filmów takich jak „On wam nie Dimon” o korupcji byłego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa czy słynny „Pałac Putina”, wyemitowany już po zatrzymaniu Nawalnego i dotychczas obejrzany na YouTubie przez 132 milionów użytkowników.

Ich ostatni hit na YouTubie to już nawet nie streamy czy filmy. Tym razem to trzyodcinkowy serial pt. „Zdrajcy” (Predateli). Maria Piewczych, szefowa oddziału śledczego FBK oraz należącego do nich kanału na YouTubie „Popularna polityka”, która jest autorką i narratorką w serialu, określa go skromnie jako nowy gatunek bez nazwy. Według niej to coś pomiędzy dziennikarstwem śledczym, dokumentalistyką i true crime. To gatunkowe odkrycie, publikowane na YouTubie w odcinkach od 16 kwietnia do 1 maja 2024 roku i którego odtworzenia łącznie zbliżają się do 20 milionów, wstrząsnęło Rosjanami mocniej niż wydarzenia na froncie czy dymisja Siergieja Szojgu.

Serial „Zdrajcy” opowiada o latach 90. w Rosji i pokazując ewolucję systemu politycznego, rekonstruuje drogę Putina na szczyty władzy.

(...)

Serialowe śledztwo polityczne rozpoczyna się na początku lat 90., kiedy to Boris Jelcyn, przejeżdżając rządową limuzyną, zauważa pustostan na ulicy Jesiennej i każe go odbudować. Następnie widz dowiaduje się, że w budynku poza rodziną samego Jelcyna zakwaterowani zostają kolejno ludzie z jego najbliższego otoczenia, w tym nikomu nieznany dziennikarz Walentin Jumaszew. Ta z pozoru niewinna sekwencja serialu otwiera rozumowanie skoncentrowane na wczesnych źródłach korupcji nowej władzy, obudowanej niejasnymi powiązaniami, transakcjami, manipulacją medialną i innymi podejrzanymi praktykami. Te wątki nie mogą się obejść bez takich postaci jak Boris Bieriezowski, Michaił Chodorkowski, Roman Abramowicz czy Piotr Awen. Dzięki nim przypominamy sobie kulisy prywatyzacji, która była gigantycznym przekrętem zbliżonych do Jelcyna ludzi. Widzimy też, jak Bieriezowski dzięki spiskom z Kremlem buduje imperium medialne wokół kanału ORT, a potem pomaga Abramowiczowi przejąć kontrolę nad firmą Sibneft, która ma dokapitalizować telewizję. Wszystko to dzieje się pod okiem Jelcyna i motywowane jest przygotowaniem zaplecza do wyborów 1996 roku.

Te wybory to punkt zwrotny w historii Rosji. Jelcyn ma już za sobą masę wpadek, jak ta, kiedy pijany dyryguje orkiestrą wojskową w Berlinie. Jest schorowany i praktycznie niewybieralny. Trwa wojna czeczeńska, a w gospodarce panuje kryzys. Na tym tle rośnie w siłę Giennadij Ziuganow i jego Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, spadkobierczyni Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. W tym czasie rodzi się kolejny spisek oligarchów z Bieriezowskim na czele, którego celem jest jednak przepchnięcie Jelcyna na wyborach i sprywatyzowanie klejnotów w koronie podupadającej postsowieckiej gospodarki. Powstaje pomysł schematu „pożyczek za akcje” (zalogowyje aukciony) firmowany przez Czubajsa. W ten sposób w 1995 roku sprzedano za marne grosze dziś potężne przedsiębiorstwa, m.in. Lukoil, Jukos, Nornikiel, Surgutnieftiegaz.

W kontekście Jukosu jako złodziejski charakter występuje jeden z głównych dziś opozycjonistów Kremla: Michaił Chodorkowski. Kupił on akcje firmy na ustawionej aukcji, którą zresztą organizował należący do niego bank. Innymi słowy, według serialu „Zdrajcy” Chodorkowski za psi grosz kupił sam u siebie naftowego giganta, który należał do państwa.

W obawie przed powrotem do władzy komunistów Bieriezowski, Chodorkowski i Gusinski dogadują się, żeby za wszelką cenę i we własnym interesie wybrać Jelcyna na prezydenta. Mają do dyspozycji pieniądze i dwa największe kanały telewizyjne ORT i NTV. Zaczyna się więc brutalna kampania. Jelcyn jest pokazywany wszędzie, popierają go kupione gwiazdy estrady z Ałłą Pugaczową na czele, a Ziuganowa atakuje zmasowany czarny PR. Jelcyn wygrywa w drugiej turze, dostaje zawału i może przemawiać tylko 45 sekund. Według Piewczych wybory z 1996 roku są oszukane i „ukradzione”, co stanie się potem normą. Wygrywają oligarchowie, a władzę nieformalnie przejmuje Familia, czyli rodzina i otoczenie Jelcyna.

Tymczasem w Petersburgu wybory przegrywa Anatolij Sobczak, a jego protegowany, niejaki Putin, zostaje bez pracy. Dzięki znajomościom dostaje pracę w Moskwie, gdzie awansuje w prezydenckiej administracji, aż w końcu przypada mu funkcja szefa FSB. Jest 1998 rok, trwa kryzys. Putin okazuje się dobrym załatwiaczem i chroni ludzi zbliżonych do Familii przed działaniami aparatu śledczego. To prawdopodobnie decyduje o tym, że w 1999 roku Jelcyn ogłasza, że to właśnie on będzie kontynuatorem jego dzieła, i wyznacza Putina na premiera. Kampania wyborcza zaczyna się faktycznie od serii ataków terrorystycznych, na tle których zdecydowane frazy premiera o bezwzględnej walce z wrogami nie mogą się nie spodobać przestraszonym ludziom. Putina popiera też Bieriezowski. W ostatnich minutach 1999 roku schorowany Jelcyn ustępuje ze stanowiska i od tego momentu Rosjanie mają do wyboru tylko Putina.

(...)

Oskarżycielski ton „Zdrajców” wywołał reakcję żyjących bohaterów filmu, reprezentujących obóz antagonistów prawdziwej demokracji, która się nie wydarzyła. Tutaj głównym argumentem staje się czas, a dokładniej zły timing. Chodorkowski w specjalnym nagraniu-polemice mówi wprost: po co mówić o korupcji sprzed 25 lat, kiedy za oknem wojna? Jak zrzucimy całą odpowiedzialność za zło na Jelcyna i jego oligarchów, to nie będzie czego zrzucić na ekipę Putina. Argumentuje, żeby nie rozmywać odpowiedzialności i aktualnych celów, czyli zatrzymania wojny. W filmiku Chodorkowskiego pojawiają się w tym momencie kadry bombardowań ukraińskich miast. Ale dalej Chodorkowski daje się wciągnąć w polemikę wokół przedstawionych w serialu wydarzeń. Rozważa, czy przejęcie bloku przez Jelcyna to prawda i tłumaczy jakieś detale o akcjach ORT Bieriezowskiego. Wszystko to może się wydawać śmiechu wartą drobnicą, ale Chodorkowski wcale nie kończy swojego wystąpienia z uśmiechem, co pokazuje, że dyskursywna walka wokół „Zdrajców” nie toczy się jedynie o wyprostowanie prawdy historycznej. Chodorkowski wspomina o prywatyzacji Sibnieftu (nie Jukosu) i stawia zarzut, że Piewczych mówi w tym kontekście z sympatią o Abramowiczu, że go wybiela. W tym momencie sam przypuszcza atak na FBK. Bo skoro nawalniści sympatyzują z takimi oligarchami jak Abramowicz, to znaczy ze skandal z pismem popierającym Michaiła Fridmana niczego ich nie nauczył i nadal liczą na podziały w elitach.

Chodorkowski pije do skandalu, którego bohaterem stał się kolega Piewczych – Leonid Wołkow. Wiosną 2023 roku wyszło bowiem na jaw, że Wołkow jedną ręką nawoływał do sankcji wobec popleczników Putina, a drugą podpisywał kierowane do organów Unii Europejskiej pisma w obronie objętych sankcjami rosyjskich oligarchów. Chodorkowski nie odpuszcza też samej autorce, kiedy mówi: a co wyście zrobili w walce z Putinem? Poszliście pod kule albo siedzieliście w więzieniu? Nie! Żyliście sobie spokojnie za kasę z grantów i pieniądze tatusia. Tajemnicą poliszynela jest bowiem to, że ojciec Marii Piewczych sam w niejasny sposób sprywatyzował kilka pensjonatów na Kubaniu, co pozwoliło Marii na podjęcie studiów na prestiżowej London School of Economics. Chodorkowski ucieka się więc do ataku nie w samą narrację „Zdrajców”, ale we wiarygodność autorów filmu.

Napięcie, jakie wywołuje opublikowany przez Fundację Walki z Korupcją cykl, dobrze obrazuje porównanie, którego użył Chodorkowski. Były oligarcha uważa, że dokumentalny serial, w którym jemu – jako bezpośredniemu uczestnikowi wydarzeń – nie udzielono prawa głosu, przypomina proces, w którym reżim putinowski osądził go na 10 lat kolonii. Chodorkowski swój komentarz do „Zdrajców” kończy polityczną groźbą wysokiego kalibru, oświadczając, że zrobi wszystko, by osoby, które osądzają bez wysłuchania drugiej strony, nigdy nie miały możliwości sądzić w prawdziwych procesach.

Paniczna reakcja Chodorkowskiego na serial wyprodukowany przez środowiska Nawalnego dowodzi, że nie chodzi w nim wcale o przepisanie historii, ale o napisanie przyszłości politycznej Rosji. Jewgienij Cziczwarkin, znany rosyjski biznesmen, który uciekł do Londynu i teraz stamtąd zbiera na ukraińską armię, uważa, że „Zdrajcy” to film, poprzez który autorzy chcieli zaskarbić sobie poparcie ludzi niebogatych, którzy mają prawo się czuć oszukani tym, co ich dotknęło w dobie transformacji lat 90. Innymi słowy, wprost zarzuca autorom tani populizm. Rozpoznanie Cziczwarkina, że jest to film polityczny, jest słuszne, ale co do reszty się myli.

Piewczych i FBK nie grają o oszukanych i skrzywdzonych, lecz o wszystkich, którzy będą w przyszłości wybierać. To gra o kształt całego przyszłego pola politycznego postputinowskiej Rosji. Piewczych się z tym w ogóle nie kryje. Kiedy mówi o Czubajsie, który cichaczem opuścił Rosję po wybuchu pełnosalowej wojny i jeździ po świecie z odczytami, prezentując swoje plany reform, pyta widzów wprost: czy mamy pozwolić, żeby ten człowiek wrócił kiedykolwiek do Rosji i znowu zaczął sobie coś reformować? Jej odpowiedź to zdecydowane „nie”. Piewczych innymi słowy twierdzi, że wszyscy, którzy byli uwikłani w latach 90. w tworzenie systemu, z którego wyrodziła się epoka putinizmu, powinni zostać w Rosji wykluczeni z przyszłej polityki. Być może prawdą jest to, co powiedział Dmitrij Bykow, znany pisarz, również przebywający na emigracji, że tak naprawdę to wszystkie elity chciały wyniesienia kogoś takiego jak Putin do władzy i w tym sensie był on swego rodzaju koniecznością systemową. Teraz FBK zdaje się mówić podobnie: skoro wszystkie elity lat 90. faktycznie stworzyły kakistokratyczny ustrój, który dziś przerodził się w putinowski totalitaryzm, to znaczy, że każdy bohater tamtego czasu niesie na sobie nieusuwalne piętno współodpowiedzialności. Ci, którzy byli wtedy za młodzi lub ich nawet jeszcze nie było na świecie, nie życzą sobie, by współtwórcy putinizmu mieli cokolwiek do powiedziana we Wspaniałej Rosji Przyszłości. „Zdrajcy” to zapowiedź lustracji, prowadzona przez FBK za pomocą dostępnych narzędzi, a więc filmowej produkcji i publiczności YouTube’a.

Ogromne wzburzenie w odpowiedzi na „Zdrajców” nie wynika zatem z nieścisłości historycznych, narracyjnych nadinterpretacji czy złego timingu. To początek politycznej walki o to, kto będzie miał prawo tworzyć politykę w Rosji bez Putina / Rosji po Putinie, a kto zostanie z niej wykreślony. Fundacja Walki z Korupcją i ludzie skupieni wokół Julii Nawalnej, która przejęła prowadzenie rozpoczętej przez zmarłego męża działalności, stawiają się poprzez serial w roli sędziów i są gotowi iść na zwarcie z opozycyjnym establishmentem, umoczonym w putinizmie. Dlatego ludziom takim jak Chodorkowski nie pozostaje nic innego, jak zaciekle ich zwalczać.

new.org.pl


Analiza Władimira Miłowa zaczyna się od rzeczywistych celów Putina. Jest on kleptokratą i dyktatorem, który nie wykazuje chęci sukcesji. Nie jest zainteresowany ograniczeniem korupcji. Chce skierować wpływy na siebie i swoich kolesiów. Od 2004 r. Putin i jego klika w składzie: Giennadij Timczenko, Arkadij i Borys Rotenbergowie oraz Jurij Kowalczuk żyją z pieniędzy Gazpromu.

Mój zmarły przyjaciel Borys Niemcow, a także Władimir Miłow, ocenili, że w ciągu czterech lat 2004-2007 najbliższy krąg Putin zdefraudował łącznie 60 mld dol. (ok. 235 mld zł), głównie poprzez zamówienia publiczne bez przetargów. Ich działania pogrążyły rosyjską giełdę w 2008 r.

Doskonała analiza Sbierbanku z 2018 r. wykazała, że krąg Putina nadal pobierał od Gazpromu ok. 15 mld dol. (ok. 58 mld 750 mln zł) rocznie.

Ale w wyniku inwazji na Ukrainę eksport gazu Gazpromu do Europy spadł z poziomu 153 mld m sześc. w 2021 r. do zaledwie 30 mld m sześc. w 2023 r. W rezultacie Gazprom w 2023 r. odnotował stratę netto w wysokości 6,8 mld dol. (ok. 26 mld 630 mln zł).

Cały schemat kradzieży Putina nagle się skończył. Co teraz ukradnie Putin?

Milow oferuje oczywistą odpowiedź — prezydent zainteresował się zamówieniami na broń. W sobotę 11 maja Putin przyjął u siebie Siergieja Czemiezowa, czyli swojego starego przyjaciela z lat 80. — z czasów służby w KGB w Dreźnie. Człowiek ten mianowany jest szefem wszechwładnej państwowej firmy zbrojeniowej Rostec.

Czemiezow przybył ze swoim adeptem, wieloletnim ministrem Denisem Manturowem, który następnego dnia został awansowany na pierwszego wicepremiera do spraw gospodarki. Należy zauważyć, że premier Michaił Miszustin nie został zaproszony na to ważne spotkanie.

Miłow wyjaśnia, że 70 proc. wydatków Ministerstwa Obrony to zakupy broni, z czego połowa jest kontrolowana przez giganta Rostec. 20 proc. to pensje, co pozostawia maksymalnie 10 proc. na wydatki uznaniowe.

Rosyjskie wydatki wojskowe gwałtownie wzrosły. Oficjalnie wynoszą one 120 mld dol. (ponad 470 mld zł), ale 30 proc. rosyjskich wydatków budżetowych jest utajnionych. Analityk Martin Kragh ocenił, że prawdopodobnie nie stanowią one 7 proc. PKB, ale 10 proc. PKB, czyli ok. 160 mld dol. (ok. 627 mld zł). Nic w Rosji nie jest bardziej tajne niż zakupy broni, co pozwala kręgowi Putina wyciągać duże pieniądze.

Przypuszczalnie Putin pozwoli, aby zamówienia na broń zastąpiły Gazprom w celu jego osobistego wzbogacenia się.

Nie wydaje się, aby Putin był wcześniej zaangażowany w zamówienia na broń, więc jego nowatorska orientacja biznesowa wymagała zmiany warty w ministerstwie obrony, aby powstrzymać niepożądaną kradzież dokonywaną przez byłego ministra obrony Siergieja Szojgu.

(...)

Znałem nowego ministra obrony Rosji Andrieja Biełousowa dość dobrze w latach 90. i na początku XXI w. Należał do kręgu liberalnych ekonomistów skupionych wokół nieżyjącego już profesora Jewgienija Jasina w Wyższej Szkole Ekonomicznej, do którego należała również szefowa rosyjskiego banku centralnego Elwira Nabiullina. Biełousow zawsze był wśród nich najbardziej sowiecki, choć łagodny, ostrożny i uprzejmy. Koncentrował się na neutralnych politycznie prognozach.

Znałem również jego ojca Rema (imię będące zlepkiem słów "rewolucja", "Engels" oraz Marx) Biełousowa, który był konserwatywnym marksistowsko-leninowskim profesorem ekonomii w Akademii Nauk. Andriej był bardzo lojalnym synem.

Biełousow nie jest siłaczem. Jest nie do pomyślenia, aby miękki Biełousow, który nie ma doświadczenia na stanowisku kierowniczym, w wieku 65 lat oczyścił ogromne, skorumpowane ministerstwo obrony Rosji.

Poglądy gospodarcze Biełousowa prawdopodobnie odpowiadają Putinowi, ponieważ preferuje on scentralizowane planowanie państwowe, własność państwową i wysokie podatki, a jednocześnie nie lubi oligarchów. Ale przede wszystkim Biełousow jest lojalny wobec władzy, czyli Putina. (...)

Generał Walerij Gierasimow, długoletni szef Sztabu Generalnego Rosji, prawdopodobnie będzie nadal dowodził wojną w swoim starym, niekompetentnym radzieckim stylu. Jego przeciętność może odpowiadać Putinowi. 

(...)

Najważniejszą kwestią, którą większość obserwatorów przeoczyła, jest to, że Putin decyduje się na więcej nepotyzmu. Putin nie chce żadnego następcy, ale konkurujących ze sobą nepotycznych obozów, które wzajemnie się kontrolują. Premier Michaił Miszustin pozostaje na stanowisku, ale jego uprawnienia zostały ograniczone. Kosztem merytokracji powstało kilka nepotycznych grup.

Dyrektor generalny rosyjskiej państwowej korporacji Rostiech Siergiej Czemiezow oraz Denis Manturow, były minister przymysłu i handlu, zdobyli władzę. Nikołaj Patruszew został zwolniony ze stanowiska sekretarza bezpieczeństwa narodowego, ale jego syn Dmitrij został awansowany na wicepremiera, a dwóch jego ludzi mianowano ministrami.

Potężni bracia Jurij i Michaił Kowalczukowie kontrolują Rosatom, większość telewizji i znaczną część rosyjskiej bankowości. Ich główny polityk, były premier Siergiej Kirienko, pozostaje pierwszym zastępcą szefa administracji prezydenckiej, a jego zespół powiększył się o nowego ministra przemysłu i handlu Antona Alichanowa, a także syna oligarchy Jurija Kowalczuka, Borysa, jako przewodniczącego Izby Obrachunkowej.

Tajny plan Xi Jinpinga dotyczący Zachodu. Ekspertka wywiadu USA: jeśli uda mu się przekonać Putina, może zyskać przewagę nad Europą
Bracia Rotenberg pozyskali ministra transportu Romana Starowoyta. Najciekawszą nową nominacją jest minister energetyki Siergiej Cywilew, który ożenił się z ambitną Anną Putiną, córką kuzyna Putina.

Żaden klan nie otrzymał namaszczenia od Putina, ale wszyscy z kręgu Putina, z wyjątkiem oligarchy Giennadija Timczenki, zyskali większą reprezentację w rządzie.

onet.pl/Kyiv Post

(...) transkrypcja z wypowiedziami obu polityków, Ilhama Alijewa i Ebrahima Raisi, które wygłosili w dniu 19 maja 2024 podczas oficjalnych uroczystości nad rzeką Araks.

Ten pierwszy komplementował wyjątkową zażyłości stosunków z Iranem, opartych o braterstwo i partnerskie porozumienie. Podkreślał znaczenie współpracy dla stabilności i bezpieczeństwa regionu, argumentując że żadne zewnętrzne, odległe o „tysiące kilometrów” państwa nie powinny ingerować w „nasze sprawy”. Argumentował, że Armenia liczyła na pomoc innych, ale się przeliczyła i lepiej żeby nie popełniła drugi raz tego samego błędu.

– Nie damy się poróżnić! – stwierdził.

Skrytykował przy okazji powstałą po pierwszej wojnie karabaskiej Grupę Mińską OBWE, za to, że „doprowadziła do zamrożenia konfliktu”, zamiast jego rozwiązania. To udało się jego zdaniem dopiero Baku, z pomocą środków politycznych i militarnych, ale z poszanowaniem prawa międzynarodowego.

Pozostałą część wystąpienia wypełniły zapewnienia o owocnej i dynamicznej współpracy w zakresie rozbudowy infrastruktury pogranicza, w tym powstaniu autostrady i linii kolejowej, które połączą kraj z Nachiczewanem, a szerzej, wepną cały region do budowanych od wielu lat międzynarodowych korytarzy transportowych. Przy czym przemilczał fakt, że połączenia te powstają głównie po azerskiej stronie granicy.

W mojej interpretacji, Alijew starał się osłodzić Iranowi koncept korytarza Zangezur, opisując go jako element budowy międzynarodowej trasy transportowej, na której można dobrze zarobić. Na przykładzie rozbudowy infrastruktury (elektrowni i tam) wskazywał, że współpraca daje lepsze efekty niż rywalizacja czy wrogość. Brał Iran pod włos, starając się sugerować mieszanie się zewnętrznych mocarstw w sprawy regionu, co miało stanowić ukłon w kierunku antyamerykańskiej retoryki teokratów. Jednocześnie przemycał obliczone na użytek wewnętrzny wątki sprawiedliwej wojny, którą trzeba ostatecznie zakończyć pokojem, jeśli Armenia wykaże się rozsądkiem.

Przemawiający po Alijewie Raisi był równie wylewny, celebrując współpracę i wyraźnie nawołując do jeszcze większego zbliżenia, a jednocześnie nie dawał się zwodzić. Podchwycił temat gospodarczy, wskazując na korzyści płynące z budowy projektów dla prowincji Wschodniego Azerbejdżanu i całego regionu. Wskazał na głęboką wspólnotę historii, kultury, religii oraz bliskie pokrewieństwo obydwu narodów, jednakże jego zdaniem to Iran i Najwyższy Przywódca „zdecydowali się” na pogłębienie relacji z Azerbejdżanem. W podobnie tonie dodał, że rozwój Azerbejdżanu „jest naszym własnym rozwojem”, odnosząc się tym samym do faktu wspomnianej budowy nowych dróg głównie po azerskiej stronie granicy. Zaznaczył przy okazji, że Iran chętnie przystąpi do odbudowy Karabachu, co stanowiło moim zdaniem zakomunikowaną publicznie cenę dalszej kooperacji w tym zakresie. Wyraził także oczekiwanie, że współpraca polityczna przeniesiona zostanie na fora międzynarodowe, np. Szanghajską Organizację Współpracy, a Azerbejdżan wykaże się „solidarnością” w sprawie Palestyny.

Powiedział: – Nie mamy wątpliwości, że mieszkańcy Azerbejdżanu gardzą syjonistycznym reżimem.

Oczywiście, miał na myśli rząd w Jerozolimie, z którym Baku nieustannie współpracuje. Podejrzewa się zresztą, że azerskie terytorium było wykorzystywane do ataków na Iran.

Na koniec przekonywał, że każdy czynnik zagrażający statusowi granicy między oboma państwami może stanowić dla nich potencjalne zagrożenie. Iran nie chciałby się o to martwić, przeciwnie, wolałby aby granice dawały nadzieję na współpracę i rozwój polityczno-gospodarczy.

Trudno mi uciec od wrażenia, że Raisi całkowicie pominął element partnerstwa, ustawiając Azerbejdżan w roli młodszego brata, któremu potrzebna jest tak pomoc, jak i pewna dyscyplina. Można wręcz powiedzieć, że użyta retoryka była paternalistyczna i zaborcza, wyraźnie w kontrze do powszechnie przyjmowanej wśród Azerów koncepcji wspólnoty z Turkami („dwa państwa, jeden naród”). Pod lukrową polewą zachęcającą do zbliżenia, Raisi dał do zrozumienia, że Iran oczekuje konkretów. Wsparcia na arenie międzynarodowej, przy czym nie toleruje współpracy Azerbejdżanu z Izraelem, jak i nie wyrazi zgody na siłowe rozwiązanie statusu korytarza Zangezur.

globalnagra.pl