niedziela, 19 maja 2024


Meduza: Jak ten wizerunek ma się do rzeczywistości?

Temur Umariow: W rzeczywistości nawet w tym aspekcie nic nowego nie wydarzyło się od początku wojny. Moskwa i Pekin nadal nieufnie nazywają się nawzajem sojusznikami. W rzeczywistości powody tego pozostają takie same, chociaż wojna uczyniła je bardziej przekonującymi.

Jakie są te powody?

Ani Rosja, ani Chiny nie chcą zrobić kroku w kierunku siebie nawzajem jako sojuszników, ponieważ wiąże się to z dużym ryzykiem. Chiny nie mogą wpływać na decyzje podejmowane przez Władimira Putina i jego otoczenie i obawiają się, że jeśli nazwą się sojusznikiem Rosji, będą musiały ingerować w konflikty, w które wcale nie chcą się angażować.

Takie samo stanowisko zajmuje Rosja. Rozumie, że Chiny mają skomplikowane stosunki z Indiami i Wietnamem, [że istnieje] konflikt terytorialny na Morzu Południowochińskim, problem Tajwanu. Są to dość ryzykowne i chwiejne tematy, w których Rosja nie chce zajmować jednoznacznego stanowiska. Przynajmniej na razie woli pozostać neutralna w tych kwestiach.

W przedostatnim wspólnym oświadczeniu wydanym po wizycie Władimira Putina w Pekinie [w lutym 2022 r.] w przededniu Igrzysk Olimpijskich znalazło się słynne zdanie, że Rosję i Chiny łączy "przyjaźń bez granic". Wszyscy wówczas interpretowali to jako ogłoszenie sojuszu, że Rosja i Chiny są teraz zdecydowanie razem przeciwko całemu światu. W rzeczywistości fraza ta, choć wyglądała bardzo patetycznie, była po prostu próbą uniknięcia słowa "sojusz".

Jeśli spojrzymy na najnowsze wspólne oświadczenie podpisane po wizycie Xi Jinpinga w Moskwie w 2023 r., nie ma tam "przyjaźni bez granic". Mówi się tylko o "partnerstwie".

Czy są jakieś inne zmiany w stosunkach?

Jedyną dużą zmianą od początku wojny jest rosnąca nierównowaga w tych stosunkach. Rosja staje się zależna od Chin w coraz większym stopniu. Stało się tak, ponieważ w wielu aspektach Rosja nie ma już innych alternatyw. Jeśli wcześniej mogła zrównoważyć chińską obecność [w gospodarce] z europejską (na przykład na rynku energii), teraz jest to niemożliwe. Teraz Rosji pozostały tylko Chiny. Jednocześnie Chiny mają wiele możliwości rozwoju swoich stosunków [międzynarodowych].

(...)

Nie tak dawno "Financial Times" napisał, że handel zagraniczny Chin obecnie się odradza, w szczególności dzięki eksportowi do Rosji. W 2023 r. Rosja stała się piątym co do wielkości partnerem handlowym Chin, awansując z dziewiątego miejsca w 2020 r. Jakie problemy są obecnie szczególnie dotkliwe dla chińskiej gospodarki? I w jaki sposób Rosja pomaga je rozwiązać?

Handel z Rosją naprawdę rośnie. Częściowo ten czynnik pozwolił Chinom poprawić swój handel zagraniczny od początku wojny rosyjsko-ukraińskiej. Koronawirus uderzył w tę sferę dość mocno, Państwo Środka nie zniosło kwarantanny przez bardzo długi czas, obawiając się powtórki horroru, przez który przeszedł Wuhan. Musimy jednak zdać sobie sprawę, że problemy chińskiej gospodarki to nie tylko handel — handel nie jest obecnie głównym motorem gospodarki.

Chiny nie produkują już dóbr konsumpcyjnych, ale przechodzą do bardziej wyrafinowanych sektorów globalnej produkcji. Od ok. 2007 r. Chiny starają się przeorientować swoją gospodarkę w kierunku konsumpcji krajowej, tak aby głównym motorem wzrostu była populacja i jej inwestycje. Jest to trudne, ponieważ zaangażowanie państwa w gospodarkę kraju jest bardzo wysokie.

Aby osiągnąć swój cel, chińskie władze muszą przejść transformację strukturalną, w szczególności polityczną. Jest to o tyle trudne, że w ciągu kilkunastu lat istnienia chińskiej gospodarki [w obecnym kształcie] wyłoniły się całe grupy elit, które nie chcą niczego zmieniać

Udział Rosji w tych procesach jest niezwykle niski; nie może ona w żaden sposób wpływać na konsumpcję wewnętrzną w Chinach. Częściowo pomogła przywrócić handel, ale nie może rozwiązać wszystkich innych kryzysów chińskiej gospodarki.

Na początku naszej rozmowy powiedział pan, że jednym z głównych trendów jest rosnąca zależność Rosji od Chin. Co Pekin sądzi o takiej pozycji Moskwy?

Kreml był zależny od Państwa Środka już wcześniej, ale po rozpoczęciu wojny zależność ta stała się znacznie bardziej zauważalna. Widać to w asortymencie chińskich towarów w rosyjskich sklepach. Najbardziej oczywistym przykładem są marki samochodów z Chin, które stały się popularne po tym, jak ceny europejskich marek stały się nieosiągalne dla przeciętnego nabywcy. To samo dzieje się na rynku smartfonów.

Jednocześnie nie twierdziłbym, że Chiny będą teraz aktywnie inwestować w rosyjską gospodarkę i że chińscy producenci telefonów zaczną teraz budować swoje fabryki w Rosji. Pekin postrzega Moskwę jako krótkoterminowy rynek o bardzo wysokim popycie — ale nie jako strategiczną okazję inwestycyjną. Inwestycje zawsze polegają na planowaniu długoterminowym, a w Rosji, jak wiemy, niemożliwe jest teraz planowanie nawet na rok do przodu, ponieważ nikt nie wie, co będzie dalej.

W połowie marca br. dziennikarze "The Moscow Times" i pracownicy organizacji non-profit Arctida opublikowali dochodzenie w sprawie tego, jak europejskie firmy nadal dostarczały sprzęt do rosyjskiego projektu Arctic LNG 2, dostarczając swoje produkty o wartości setek milionów euro w celu obejścia sankcji. Według ich danych europejski sprzęt dla Arctic LNG 2 jest importowany głównie z Chin. Jak pan myśli, dlaczego Chiny są zaangażowane w szarą strefę i mroczny eksport dla Rosji?

Z zewnątrz może się to wydawać tajnym planem, paktem między Xi Jinpingiem a Putinem, ale rzeczywistość, jak widzę, jest znacznie bardziej prozaiczna.

Po pierwsze, Chiny nie są jedynym krajem zaangażowanym w reeksport do Rosji. Zaangażowane są kraje Azji Środkowej, Turcja i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Widzą one ogromny popyt na niektóre towary w Rosji i zdają sobie sprawę, że można go łatwo zaspokoić bez żadnego ryzyka, zwłaszcza jeśli nie mówimy o towarach podwójnego zastosowania.

Wydaje mi się, że w tej kwestii [handlu] wszyscy są bardzo ostrożni w dostarczaniu Rosji towarów niezbędnych do prowadzenia wojny — niektórych elementów celowników, dronów itp. Tylko Korea Północna i Iran mogą to robić publicznie i bezpośrednio. Wszystko inne, tj. towary, które są oficjalnie niedostępne w Rosji i nie są związane z wojną, to szara strefa, w której nie zawsze jest jasne, co dokładnie narusza reżim sankcji. Każdy przedsiębiorca działa tak, jak chce. Nie widzę w tym nic politycznego. Jest to raczej czysto pragmatyczne pragnienie zarabiania pieniędzy.

onet.pl

Milan Jaros: Czy nie jest pan zbytnim optymistą? Włoska premier Giorgia Meloni powiedziała niedawno, że wojna trwa zbyt długo, że wszyscy są nią zmęczeni. Z zewnątrz wydaje się, że w USA też jest coraz więcej takich osób.

Timothy Snyder: Wśród amerykańskiej elity politycznej nadal istnieje bardzo wyraźna większość popierająca Ukrainę — zarówno w Senacie, jak i w Izbie Reprezentantów. W rzeczywistości nie ma kwestii w amerykańskiej polityce, co do której istniałby większy konsensus. Problem leży po stronie kilku bardzo zdeterminowanych republikanów, którzy ciężko pracują nad tym, by wstrzymać dostawy pomocy dla Kijowa. Ze względu na liczebność w Izbie Reprezentantów są oni w stanie blokować rząd USA i swoich partyjnych kolegów oraz robić inne ekstremalne rzeczy. To niewątpliwie daje im silną pozycję. Problemem nie jest więc utrata poparcia większości — a silna zorganizowana mniejszość i nasz system, który daje im większą wagę, niż mają w rzeczywistości.

Podczas wrześniowej wizyty w USA prezydent Zełenski został zapytany przez senatorów z Partii Demokratycznej o to, co by się stało, gdyby Stany Zjednoczone przestały wspierać Ukrainę. Odpowiedział, że Ukraina by przegrała. Czy ten scenariusz jest realny?

Chciałbym zwrócić uwagę na jedną rzecz, o której czasami zapomina się w Europie. Jest to przede wszystkim wojna europejska i Europejczycy muszą ją wygrać. I są do tego dobrze przygotowani. Żaden Europejczyk, oczywiście poza Ukraińcami, nie musi walczyć. Europa musi tylko sfinansować tę wojnę — a jej przewaga gospodarcza nad Rosją jest ogromna. Czasami słyszę z Europy, że Amerykanie nie wspierają Ukrainy wystarczająco lub nie będą tego robić w przyszłości. To najgorsza europejska tradycja, w której całą odpowiedzialność za wszystko, co dobre i złe, zrzuca się na Amerykanów.

Uważam, że administracja Bidena od początku prowadzi właściwą politykę wobec tej wojny. Tuż po jej wybuchu prezydent USA powiedział europejskim sojusznikom: "zrobimy, co w naszej mocy, ale nie możemy tego zrobić bez was, potrzebujemy was tam". To właściwe podejście. Berlin, Paryż, Londyn i Warszawa powinny być w stanie poradzić sobie bez nas — niezależnie od tego, czy Trump będzie w przyszłości w Białym Domu, czy nie.

To europejska wojna, ale nie można jej wygrać bez Stanów Zjednoczonych.

Nie do końca się z tym zgadzam. Niemcy subtelnie zwiększają swoją pomoc dla Ukrainy. Nowy polski rząd, który jest wyraźnie proukraiński, również jest zwiastunem pewnych zmian. Wierzę, że w przeciwieństwie do poprzedniej władzy, znajdzie on nowe sposoby na świadczenie skutecznej pomocy Ukrainie. Nie chcę jednak uciekać od Trumpa. 

(...)

"The Economist" pisze, że wojna w Ukrainie może potrwać przez kolejne pięć lat i stwierdza, że ani Rosja, ani Ukraina nie są skłonne do ustępstw, które doprowadziłyby do zakończenia konfliktu. Jak pana zdaniem dalej potoczą się wydarzenia?

Jako historyk muszę powiedzieć, że wojna to naprawdę nieprzewidywalne zjawisko. Musimy być powściągliwi w snuciu jakichkolwiek scenariuszy. Nieco większą pewność możemy mieć co do tego, jak ona się skończy — wojny dobiegają końca, gdy jedna ze stron doświadcza większej presji politycznej, niż jest w stanie znieść. Niekoniecznie musi stracić całe swoje terytorium.

Amerykanie przegrali w Wietnamie nie dlatego, że stracili całe kontrolowane przez siebie terytorium. Nie było to również spowodowane niemożnością dalszego finansowania wojny. Amerykanie przegrali w Wietnamie, ponieważ politycznie było to dla nich zbyt wiele. Tak zwykle kończą się wojny i tak zakończy się i ta — jedna lub druga strona nie będzie już w stanie poradzić sobie politycznie.

Teraz chodzi o to, kto pierwszy poniesie porażkę.

Myślę, że bardziej prawdopodobne jest, że będzie to Rosja, a nie Ukraina. Rosyjski system polityczny wydaje się silny i odporny, ale jeśli przypomnimy sobie marsz Prigożyna na Moskwę, widzimy, że w każdej chwili może tam dojść do zamachu stanu. Rosyjski system jest bardzo nieprzewidywalny. Ma tę cechę, którą mają wszystkie dyktatury — wygląda stabilnie, aż nagle okazuje się, że to tylko pozory. Myślę, że wojna zakończy się, gdy presja na obecny reżim w Rosji stanie się zbyt duża. Pytanie tylko, co ją wywoła.

onet.pl

Ta historia zaczyna się jakieś 20 lat temu, gdy Chiny postanowiły, że ich gospodarka dogoni świat w branży motoryzacyjnej. Pekin postawił wtedy na rodzącą się dopiero technologię napędu w stu procentach elektrycznego. Przez dwie dekady chiński rząd inwestował w ten projekt gigantyczne publiczne pieniądze, ściągał do fabryk i pracowni projektowych fachowe kadry z Zachodu, swoich inżynierów kształcił na najlepszych na świecie uczelniach i rozwijał technologię czasami metodami dalekimi od uczciwych.

W ten sposób Chiny dojechały do miejsca, w którym są dzisiaj. Tylko jeden z koncernów, BYD, wyprodukował w ubiegłym roku 3 mln elektryków. Z tego ćwierć miliona sprzedał na świecie. Przegonił Teslę i został liderem w swoim segmencie w Tajlandii, Meksyku czy Brazylii. W Japonii, krainie nowoczesnej motoryzacji, co piąty importowany samochód jest marki BYD. Nic dziwnego, bo w ubiegłym roku Chiny przegoniły Japonię w kategorii największy na świecie eksporter samochodów. Chińskie koncerny sprzedały za granicę prawie 5 mln aut, o blisko 60 proc. więcej niż rok wcześniej. Dlatego w portach buduje się specjalistyczne nabrzeża z rampami do załadunku samochodów. A marki motoryzacyjne zamawiają nowe statki do ich przewozu. W tym roku na wodzie ma stanąć co najmniej 30 nowych. Każdy może zabrać za jednym zamachem nawet 7 tys. samochodów i wykonać wiele kursów transoceanicznych. Na przykład do Europy.

Dlatego w europejskich portach zapychają się nabrzeża, place i parkingi, na których stawiane są sprowadzone z Chin auta. Ich liczba jest tak wielka, że porty zgłaszają problemy z rozładowaniem korków i wynajmują place na zewnątrz, by uporać się z klęską urodzaju. Bo chińskich aut jest więcej niż możliwości logistycznych rozwiezienia ich po starym kontynencie. Gardło okazało się wąskie, choć apetyty wielkie. Chińczycy walczą o europejski rynek, bo na swoim się już nie mieszczą. Ich potencjał produkcji samochodów na baterie znacznie przewyższa możliwości chińskich konsumentów. Kto miał kupić auto na prąd, już to zrobił. Wymieni je za kilka lat, a finansowany przez państwo przemysł nie może czekać z produkcją. Z taśm fabryk zjeżdżają tysiące elektryków, na które chętnych trzeba znaleźć za granicą. Stawką jest sukces chińskiej gospodarki. Faktyczny i propagandowy. Za wszelką cenę.

(...)

Amerykanie sięgnęli w walce z chińskim przeciwnikiem, po większy niż do tej pory kaliber - podnieśli cła. I to jak! Z 25 proc. do 100 proc. na chińskie samochody elektryczne. Wzrosną też cła na półprzewodniki, baterie, akumulatory, panele słoneczne, niektóre minerały, stal, aluminium oraz dźwigi i artykuły medyczne. A to znaczy, że chiński samochód elektryczny po zapłaceniu za niego cła będzie w USA kosztował niemal dwa razy więcej niż teraz. I przestanie być atrakcyjnym, tanim zakupem. Amerykanie chronią w ten sposób swój rynek przed zalewem chińskich aut, z którymi nie są w stanie konkurować cenowo. Zaś amerykański przemysł, zwłaszcza motoryzacyjny dostaje ekstra czas na technologiczny pościg za liderami. I to w stosunkowo komfortowej sytuacji, gdy tylko 2 proc. amerykańskiego importu to elektryki z Chin.

tokfm.pl

sobota, 18 maja 2024


Według doniesień siły rosyjskie wykorzystały znaczny potencjał walki elektronicznej (EW) do wsparcia znaczących taktycznie zysków w pierwszych dniach ograniczonej operacji ofensywnej w północnym obwodzie charkowskim. The Washington Post doniósł 17 maja, że elementy ukraińskiej brygady działające w północnym obwodzie charkowskim utraciły połączenie z dronami i systemami komunikacyjnymi z powodu intensywnego zakłócania rosyjskiego EW, gdy 10 maja siły rosyjskie rozpoczęły wtargnięcie do obwodu charkowskiego. Washington Post doniósł, że ukraińscy żołnierze oświadczyli, że rosyjskie zagłuszanie EW całkowicie zakłóciło satelitarne połączenie internetowe sił ukraińskich za pośrednictwem urządzeń Starlink, co podobno jest pierwszym przypadkiem, w którym rosyjski EW całkowicie przerwał ukraińskie połączenie Starlink od rozpoczęcia inwazji na pełną skalę. Ukraiński żołnierz powiedział Washington Post, że te zakłócenia zmusiły siły ukraińskie do komunikowania się wyłącznie za pośrednictwem radia i telefonu i uniemożliwiły siłom ukraińskim prowadzenie podstawowego rozpoznania. Siły rosyjskie i ukraińskie biorą udział w wyścigu ofensywno-obronnym obejmującym systemy EW i adaptacje przeciw EW, i godnym uwagi jest, że siły rosyjskie były w stanie osiągnąć tak powszechny efekt dzięki swoim zdolnościom EW w północnym obwodzie charkowskim. Siły rosyjskie mogły poczekać z rozmieszczeniem nowej adaptacji EW, aby wywołać powszechne zakłócenia na początku swojej ograniczonej operacji ofensywnej w północnym obwodzie charkowskim. 

Wyżsi dowódcy wojskowi NATO potwierdzili (..), że siły rosyjskie nie mają wystarczających sił, aby osiągnąć „strategiczny przełom” na Ukrainie. Naczelny Dowódca Sił Sojuszniczych NATO na Europę i dowódca Dowództwa Stanów Zjednoczonych w Europie generał Christopher Cavoli oświadczył 16 maja, że ​​siły rosyjskie nie posiadają niezbędnej liczby żołnierzy ani umiejętności do prowadzenia operacji na skalę niezbędną do osiągnięcia i wykorzystania przełomu na szczeblu strategicznym na Ukrainie, i wyraził pewność, że siły ukraińskie „utrzymają linię” w pobliżu Charkowa. Cavoli zauważył, że państwa członkowskie NATO nie zaobserwowały, by siły rosyjskie gromadziły zasoby wymagane do takiego przełomu, co dodatkowo potwierdza niedawne oceny ISW, według których jest mało prawdopodobne, aby siły rosyjskie osiągnęły operacyjnie znaczące zyski przeciwko lepiej zaopatrzonym siłom ukraińskim podczas rosyjskiej letniej ofensywy. Dowódcy NATO wskazali jednak również, że siły rosyjskie przygotowują się do długoterminowego wysiłku wojennego. Cavoli stwierdził, że siły rosyjskie poprawiły się w niektórych nieokreślonych obszarach, ale nie poprawiły się w innych, mimo to rosyjskie wojsko udowodniło, że jest organizacją uczącą się. Przewodniczący Komitetu Wojskowego NATO, admirał Rob Bauer stwierdził, że rosyjska baza przemysłowa obronna (DIB) jest bardziej wydajna niż zachodnia baza przemysłowa DIB, ale siły rosyjskie w dalszym ciągu mają trudności z jakością żołnierzy i wyszkoleniem (...).

understandingwar.org

piątek, 17 maja 2024


Kirył Martynow: Jak to się stało, że zostałeś autorem jednego z najbardziej znanych kanałów kontrpropagandowych ("Na froncie Zzzzzzzzzzz bez zmian") i zajmujesz się analizą tak specyficznego materiału?

Iwan Filippow: Od pierwszych dni wojny czytałem kanały Z (chodzi o kanały tzw. korespondentów wojennych szerzących propagandowe narracje dotyczące agresji w Ukrainie — red.). Wyłaniający się z nich obraz wojny bardzo różnił się od tego, który przedstawiały oficjalne wiadomości. Czasami pojawiały się tam bardzo ostre teksty — wysyłałem je często do moich znajomych na czacie.

W pewnym momencie powiedzieli mi: "Wania, jeśli jeszcze raz wyślesz te bzdury, to cię stąd wyrzucimy". Założyłem więc osobny kanał, na którym mógłbym to wszystko umieszczać. Pojawili się subskrybenci, a ja zacząłem pracować z tym materiałem w bardziej systematyczny sposób. Teraz ta analiza zajmuje mi około dwóch i pół godziny dziennie. Monitoruję ok. 200 kanałów Z i wrzucam 6-7 publikacji każdego dnia.

Czego nie wiemy o tzw. rosyjskich korespondentach wojennych? Jakie szczegóły w ich postrzeganiu świata nam umykają, gdy koncentrujemy się na oczywistych aspektach ich propagandy?

A co dla ciebie jest oczywiste?

Przekaz sprowadzający się do jednego: zawsze byliśmy krzywdzeni, więc musimy się zemścić. Teraz przez tę wojnę staniemy się silniejsi. Mamy wiele problemów, ale razem damy radę.

Rzeczywiście tak można w skrócie przedstawić ich przekonania. Co jest mniej oczywiste? Po pierwsze — nie potrafią sprecyzować celu wojny. Nie mają wspólnej odpowiedzi na pytanie, dlaczego walczą. Niektórzy oczywiście powtarzają oficjalne słowa, mówią o "denazyfikacji", "demilitaryzacji" i innych bzdurach. Po tym jednak zaczynają się niuanse. Są tacy, którzy podważają ukraińską państwowość czy odrębność języka. Inni wręcz przeciwnie — uważają, że państwo ukraińskie istnieje i ma odrębny język, ale jest tylko "zła Ukraina" i ta właściwa — czyli rosyjska.

Interesujące jest to, jak w ogóle pojawiła się ta przestrzeń w Telegramie. Istnieje ogromny mechanizm propagandy państwowej — "Komsomolskaja Prawda", RIA Novosti i wiele innych oficjalnych — czyli rządowych — publikacji, przedstawiających jedyny słuszny obraz "specjalnej operacji wojskowej". Dlaczego więc Rosjanie potrzebowali jeszcze osobnych kanałów na Telegramie? Otóż niektórzy z tych, którzy popierają wojnę, nagle zdali sobie sprawę z tego, że są okłamywani w telewizji. Zaczęli więc szukać innych źródeł informacji. Sądząc po dynamice, z jaką ta przestrzeń rośnie, można stwierdzić, że coraz więcej ludzi w Rosji szuka innych niż oficjalne źródeł informacji.

Nawet najbardziej lojalne kanały Z przedstawiają obraz wojny, który różni się od obrazu telewizyjnego — nie tylko pod tym względem, że kanały wojskowe mają mniej lub bardziej adekwatną ocenę strat armii rosyjskiej. Publikują potworne nagrania wideo, filmy przedstawiające rosyjskich wojskowych idących przez pola śmierci. Publikują spalone kolumny sprzętu, cmentarzyska pojazdów opancerzonych, których jest wiele.

Regularnie piszą o nierozwiązanych i nierozwiązywalnych problemach rosyjskiej armii, o których milczy telewizja. O problemach z zaopatrzeniem, z organizacją wojskowej biurokracji. Wprost mówią o tym, że armii brakuje transportu, pancerzy, ochotników do walki.

I jeszcze jedna ważna kwestia — twórcy tych kanałów sami zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo są marginalizowani i jak niewiele znaczą.

Ta społeczność wie, że w Rosji jest bardzo niewielu ludzi, którzy świadomie popierają wojnę. To jest ich główny temat.

Ekonomista Władisław Inoziemcew twierdzi, że po raz pierwszy od czasów cara Aleksieja Michajłowicza w Rosji stworzona została masowa armia najemników, w której głównym mechanizmem angażowania ludzi w wojnę są wysokie płatności. Czy kanały Z są zaniepokojone tym rozdźwiękiem między prawdziwymi motywacjami ludzi do pójścia na wojnę a sposobem, w jaki jest to przedstawiane przez oficjalną propagandę nazywającą najemników altruistycznymi bohaterami?

Istnieje pewna liczba tematów, które kanały Z na Telegramie wolą ignorować lub bardzo ostrożnie omijać. A nawet jeśli je poruszają, nigdy nie dochodzą do ostatecznej konkluzji. Jednym z tych tematów są właśnie pieniądze.

W zeszłym roku kanał Sanctuary Channel Eight napisał w jednym z tekstów, że front trzyma się obecnie na dwóch rzeczach: chciwości i strachu. Strachu żołnierzy przed tym, że trafią do karceru za odmowę wykonywania rozkazów, albo za dezercję i chęć zarobienia jak największej ilości pieniędzy. Bardzo często piszą oni na Telegramie o problemach z wypłatami, o tym, że trzeba dostarczyć wiele dokumentów, jak niechętnie państwo daje pieniądze.

Rzeczą, która mnie w pewnym momencie autentycznie zszokowała, był fakt, że kiedy armia rosyjska posuwa się do przodu, buduje ziemianki i fortyfikacje, robi to wszystko na własny koszt. Ministerstwo obrony może coś dać lub nie. Żołnierze sami naprawiają sprzęt — nie tylko wojskowy, ale i cywilny. Jedna jednostka poprosiła kiedyś o przysłanie jej dużej liczby ubrań, argumentując, że ma trzy zestawy do zmiany, ale są one przesiąknięte trupią trucizną — bo jest wiele ofiar śmiertelnych.

(...)

Na początku wojny Rosja deklarowała, że Kijów upadnie w ciągu trzech dni. Wszyscy oglądali przemówienia generała Igora Konaszenkowa, który teraz gdzieś zniknął. Pamiętam jego zdanie w stylu: "ostatnie neonazistowskie bandy uciekają przed naszymi nacierającymi wojskami w swoich banderowskich samochodach". Jak zmieniło się nastawienie tzw. korespondentów wojennych do ukraińskiej armii w trzecim roku wojny?

Czy można spotkać się z szacunkiem? Można, ale takich wpisów nie ma dużo. Czy jest więcej szacunku w porównaniu z pierwszymi dniami wojny? Nie, teraz jest więcej czystej nienawiści. I zmęczenia. Był taki moment, kiedy kanały Prigożyna rozpowszechniały narrację: "tak, jesteśmy w stanie wojny, tak, zabijemy was, ale jesteście godnymi przeciwnikami". Miało to związek z tym, co Prigożyn mówił w wywiadach. Odnosił się z pewnym szacunkiem do Sił Zbrojnych Ukrainy.

W pewnym momencie — również na początku wojny — autorzy kanałów propagandowych na Telegramie musieli wymyślić jakieś wytłumaczenie dla sukcesów ukraińskiej armii. Postanowili wyjaśnić je stwierdzeniem, że "ukraińskie wojsko walczy dobrze, ponieważ jego żołnierze są Rosjanami".

Ten motyw można znaleźć także dziś, ale teraz pojawia się więcej obelg.

Czy piszą coś o dezercji? Dostrzegają w ogóle taki problem?

Jest kilka kanałów, które o tym piszą, przyznają, że są pojedyncze formacje, które odmawiają wykonywania rozkazów. Rok temu pisali o tym jednak bardziej szczegółowo. Teraz niektóre rzeczy się znormalizowały. Przykładowo rok temu raczej nie pisali o stratach wagnerowców towarzyszących szturmowi na Bachmut. Teraz liczba 15 tys. zabitych podczas jakiegoś ataku stała się czymś powszechnym, nikt nie poświęca temu większej uwagi. /jednocześnie/ Wpisy o nowych ofiarach spotykają się teraz ze znacznie ostrzejszą reakcją — więc jest ich mniej. Dezercja jest gorącym tematem, jest mniej postów na jej temat.

Co sądzą o możliwym szturmie na Charków? Czy zdają sobie sprawę z ceny, jaką za to zapłacą?

Tak, najbardziej boją się teraz prawdziwego, pospiesznego szturmu na Charków, przeprowadzonego bez przygotowania. Boją się też tych, którzy do tego szturmu nawołują. Nie chcą, żeby do niego doszło. Piszą, że trzeba najpierw zebrać rezerwy, ogromną liczbę ludzi. Że nie da się tego zrobić bez mobilizacji. A tego tematu nawet nie zaczynają, bo od razu pojawiają się nieprzyjemne pytania — co zrobimy z pierwszą falą zmobilizowanych ludzi, jeśli nastąpi nowa mobilizacja? Czy pozwolimy im wrócić do domów?

Nieuchronnie dochodzą do odpowiedzi, że tak, oczywiście, pierwsza fala zmobilizowanych ludzi jest fizycznie niezdolna do walki, ponieważ ludzkie ciało po prostu nie jest przystosowane do tak wielu tak długich obciążeń. Ale co, jeśli zmobilizowani wrócą do domu i opowiedzą wszystko, co widzieli na froncie? Ich historie będą radykalnie różnić się od obrazów pokazywanych w telewizji.

Istnieje duże podobieństwo między wojną w Afganistanie a obecną rzeczywistością. Dziesięć lat temu byłem zdumiony, że poza wspomnieniami praktycznie nie ma książek w języku rosyjskim o opowiadających o konflikcie w tym kraju.

Nie ma też praktycznie żadnych filmów. W Ameryce, która również toczyła niesprawiedliwe wojny, stały się one przedmiotem refleksji. Amerykańskie kino bez końca zastanawia się nad tematem złych wojen. To próba odpowiedzi na pytania: jacy jesteśmy? Jak ta wojna na nas wpłynęła? Dlaczego się w nią zaangażowaliśmy? Gdzie popełniliśmy błąd i czego nas ona może nauczyć? Rosjanie nie mieli takiej refleksji dotyczącej wojny w Afganistanie. Powstały o niej góra trzy filmy, półtorej powieści i kilka bardzo niskiej jakości książek z gatunku literatury faktu. W popularnych mediach nie ma refleksji na temat ostatnich wojen rosyjskich — jeśli by była, nie pozwoliłaby władzom tak łatwo rozpocząć potwornej wojny w Ukrainie.

Rozmawiałem z ludźmi w Rosji, którzy wierzą w to, że pewnego dnia wszystko wróci do przedwojennej normy, że teraz muszą po prostu przeczekać, uporać się z tą anomalią. Czy uważasz, że zmiany, które zaszły w rosyjskim społeczeństwie w ciągu tych ponad dwóch lat są jeszcze odwracalne?

Bardzo chciałbym, żeby mieli rację, ale obawiam się, że nie mają. Wystarczy spojrzeć na konsekwencje wspomnianej wojny afgańskiej czy dwóch wojen czeczeńskich. Już pierwszy rok wojny w Ukrainie przewyższył pod kątem ofiar czy ludzi dotkniętych traumą te trzy wojny razem wzięte. Boję się wyobrażać sobie, co się stanie, gdy ta agresja się skończy. Nie sądzę, by po tak strasznej wojnie można było tak po prostu wrócić do sytuacji sprzed wojny.

Co więc stanie się z Rosją?

Rosyjskie społeczeństwo żyje teraz w bańce informacyjnej. Nawet ci, którzy śledzą wojnę, nie widzą wszystkich potwornych rzeczy, które ona generuje. Powiedzmy, że jutro wojna się kończy. Pół miliona ludzi wraca z frontu i zaczyna opowiadać o tym, co widzieli. Kreml nie będzie w stanie ich wszystkich powstrzymać. Podejście społeczeństwa rosyjskiego do wojny szybko ulegnie zmianie — bo historie, które będą słyszeć od żołnierzy, będą dalekie od chwalebnych zwycięstw, niezależnie od tego, kto wygra.

Wierzę, że rosyjskie społeczeństwo jest zdolne do pozytywnych zmian. Wierzę, że nastąpi moment akceptacji, moment skruchy. Mam nadzieję, że tego dożyjemy. Że w pewnym momencie społeczeństwo rosyjskie zda sobie sprawę z tego, co zrobiło.

Wydaje się, że wniosek, jaki rosyjskie społeczeństwo wyciągnęło z pierwszej wojny czeczeńskiej, był taki, że druga wojna czeczeńska nie jest wcale złym pomysłem.

Z tej wojny wyciągnięto fundamentalny wniosek na temat przywództwa w kraju — nie na temat samej wojny, dlaczego Rosja się w nią zaangażowała, o co w niej chodziło i czy była słuszna, czy nie. Wszyscy wiedzieli o błędach popełnionych przez ministerstwo obrony. Zobaczymy, jak będzie tym razem. Ci, którzy wrócą z wojny w Ukrainie, z pewnością będą mieli o czym opowiadać — to gigantyczna beczka prochu pod rosyjskim społeczeństwem.

Obawiam się, że będą powielać propagandę — że w to wszystko wciągnęli ich skorumpowani generałowie i cyniczne zachodnie rządy, więc nie mają innego wyjścia, jak tylko opracować plan zemsty. Uraza po tej wojnie może być znacznie silniejsza niż uraza z lat 90.

W kanałach propagandowych na Telegramie widać inną narrację. Sprowadza się ona do tego, że nawet za duże pieniądze nie warto wracać na front. Jeden z autorów pisze: "Pytałem znajomych, którym udało się wyrwać. Mówili, że za żadne pieniądze, nigdy więcej nie zbliżą się na odległość strzału armatniego do czegokolwiek związanego z rosyjską armią".

onet.pl/Nowa Gazieta

czwartek, 16 maja 2024


Jakie konkretne cele mogą być postawione przed Biełousowem?

Po pierwsze audyt finansów, inwestycji oraz form współpracy Ministerstwa Obrony z innymi resortami. Podsumowując to krótko: Putin chce, żeby amunicja była nie tylko produkowana, co zawsze można poświadczyć na papierze, ale przede wszystkim amunicja musi dotrzeć na linię frontu. W istocie to chęć kontynuowania polityki zbrojnego imperializmu, tylko z próbą jej uskutecznienia.

Poza tym musimy pamiętać, że wojna trwa tak naprawdę nie od 2022, ale od 2014 r. (nie mówiąc o innych kierunkach rosyjskiej aktywności militarnej na świecie). Aktualnie jest ona z jednej strony wielkim problemem i wyzwaniem dla Kremla, ale z drugiej, stanowi też skuteczne narzędzie do utrzymania władzy. I na chwilę obecną W. Putin, żeby ją utrzymać musi wojnę kontynuować i osiągnąć w niej taki sukces (przede wszystkim terytorialny, a najlepiej jeszcze traktatowy), który w sferze wewnętrznej zagwarantowałby mu dalsze ustrojowe, polityczne oraz ideologiczne trwanie. W takim układzie obecne roszady kadrowe to też sygnał do elit państw Zachodnich: my jesteśmy gotowi na długą wojną, więc wasza pomoc dla Ukrainy jest już niewystarczająca. Ergo: lepiej się porozumiejmy, co do Ukrainy. 

Zachodząca zmiana to pewnego rodzaju symboliczna finalizacja przekształcania rosyjskiej gospodarki w gospodarkę wojenną?

(...)

W rosyjskich elitach istnieje przekonanie, że I wojna światowa została przegrana przez Rosję nie tylko z powodu klęsk militarnych, ale przede wszystkim załamaniu się tyłów, zwłaszcza w sferze logistyki i zaopatrzenia. Z kolei II wojna światowa jest uznawana jako efektywny i nawet efektowny przykład mobilizacji wojenno-przemysłowej. Daje się też zauważyć, że W. Putin i jego najbliższy krąg, na podstawie doświadczeń z pierestrojki i upadku ZSRR, wyciągają wniosek następujący: nawet przy obiektywnie trudnych warunkach, obranie twardego, zdecydowanego kursu politycznego (z centralizacją i mobilizacją ideologiczną na czele) może uratować sytuację, czyli władzę i państwo. W tej konstelacji ważna jest rola specjalistów-technokratów (biurokratów), czyli głównie ekonomistów, którzy pod ścisłą kontrolą polityczną doprowadzą do stabilizacji sytuacji w państwie.

Wracając jeszcze do dotychczasowego ministra obrony Federacji Rosyjskiej, Siergieja Szojgu. Wiemy o tym, że zastapić on Nikołaja Patruszewa na stanowisku sekretarza Rady Bezpieczeństwa. Czy tę zmianę możemy postrzegać jako polityczną degradację dla Szojgu?

Trudno to jednoznacznie określić. Z jednej strony odchodzi z Ministerstwa Obrony, ale z drugiej zostaje sekretarzem Rady Bezpieczeństwa (RB), która w ostatnim czasie była ważnym organem w ustroju Rosji. Odbywały się tam między innymi dyskusje o kluczowych strategicznych oraz ideowych decyzjach polityki Federacji Rosyjskiej. Np. po naradzie z liderem CHRL W. Putin przedstawiał informacje o tym spotkaniu właśnie w Radzie Bezpieczeństwa. Podobno też W. Putin kazał każdemu z członków RB wypowiedzieć się przed inwazją na Ukrainie.

Obok tego Szojgu będzie wiceszefem Wojenno-Przemysłowej Komisji, która pełni ważną rolę w koordynacji współpracy głównych resortów w celu zwalczania sankcji i zwiększeniu wysiłku wojennego. A także będzie szefem Federalnej Służby ds. Wojenno-Przemysłowej Współpracy. Wszystko to świadczy, że W. Putin nie utracił politycznego zaufania do S. Szojgu, ale stwierdził, że pod względem profesjonalnym, biurokratycznym S. Szojgu nie jest już w stanie efektywnie wykonywać swoich zadań. Prezydent Rosji w sposób wyraźny potrafi oddzielić te sfery działalności. Na tym tle widać też wyraźnie, że wprowadza do elity władzy młodsze pokolenie, czyli ludzi urodzonych w latach 60. i 70. XX w. 

Wracając do nominacji Biełousowa i wpisu na X, napisał Pan, że „Putin chce powtórzyć manewr z 2020”. O co miałoby konkretnie chodzić?

W styczniu 2020 r. premierem Rosji został Michaił Miszustin. Dmitrija Miedwiediewa na stanowisku szefa administracji centralnej zastąpił nie polityk tej rangi, ale przede wszystkim urzędnik, biurokrata, technokrata, specjalista ds. cyfryzacji administracji, a zwłaszcza modernizacji funkcjonowania sfery podatkowej. A na podstawie dziejów Rosji wiemy, że już carowie doskonale rozumieli tę zależność, że skuteczne wyznaczanie i ściąganie podatków to jeden z podstawowych narzędzi rozbudowy Imperium. Bez tego nie istnieje możliwości prowadzenia wojen.

Manewr z Miszustinem się udał. Tzw. blok ekonomiczny jest z punktu widzenia interesów Kremla efektywny. Ważne jest również to, że ten krąg technokratów, nacechowanych propaństwowo, ma, jak na razie, ograniczone ambicje polityczne i dość słabe zaplecze w innych strukturach władzy i przestrzeni publicznej, więc Putin czuje się przy nich bezpieczniejszy. Na razie nie traktuje ich jako poważne zagrożenie dla siebie.

defence24.pl

Marcin Kędryna: Kiedy Ukraińcy powiedzieli, że dostali propozycję układu pokojowego?

Jakub Kumoch: W okolicach połowy marca. Potem dali nam draft do oceny. Ten, który mam, datowany jest na 17 marca. Była nawet wideokonferencja między nami i ukraińskimi negocjatorami. Uczestniczyłem w niej m.in. z Marcinem Łapczyńskim, jednym z moich najbliższych współpracowników, wicedyrektorem, a potem dyrektorem w KPRP odpowiadającym za Wschód, swoją drogą postacią bardzo zasłużoną. Znaczna część polityki wschodniej prezydenta Dudy to efekt m.in. pracy jego i naszych podwładnych.

Jak wyglądał ten dokument?

Nazwijmy to łagodnie: osobliwie. To był draft z uwagami obu stron. Dokument ewidentnie przygotowany został jeszcze przed rosyjską inwazją i to przez Rosjan. Przewidywał między innymi uznanie aneksji Krymu, tak zwanej niepodległości wschodnich obwodów Ukrainy, ograniczenie liczebności armii ukraińskiej, dwujęzyczność, zakaz wstępowania do NATO, wieczystą neutralność itd. Były też elementy czysto poniżające, takie jak zobowiązanie do przeprowadzenia denazyfikacji albo wprowadzenia kultu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, jak Rosjanie nazywają swój wkład w II wojnę światową. Rzeczy, których państwo A nigdy nie narzuca państwu B. Rosja tymczasem przywiozła cały spis ustaw, które Ukraina ma zmienić. Zaczynał się od konstytucji.

Interesują mnie uwagi i komentarze Ukraińców.

Muszę przyznać że Ołeksandr Czałyj i Mykoła Toczycki (oni mi referowali ten draft, był chyba też Dawyd Arachamia) mi zaimponowali. Nie wiem, czy w warunkach wojennych miałbym na tyle profesjonalizmu, żeby po prostu nie wstać od stołu albo wybuchnąć. Oni jednak grzecznie krok po kroku pisali, dlaczego dany punkt porozumienia powinien zostać usunięty. Ale nie zrywali negocjacji! Było to trochę działanie z premedytacją - czekanie aż Rosjanie się odsłonią. I istotnie Rosjanie okazywali zniecierpliwienie, a w pewnym momencie się mocno zdemaskowali.

?

Ukraińcy wpędzili ich w pułapkę, dopisując fragment o memorandum budapeszteńskim z 1994 roku, bądź co bądź dokumencie, który Rosja podpisała.

… które gwarantowało integralność terytorialną Ukrainy?

Dokładnie. A rosyjski negocjator na piśmie odpowiedział, że to jest nie do zaakceptowania, ponieważ… granice się zmieniły. I tyle. Rosja przyznała się tym samym do tego, że prowadzi próbę podboju ukraińskiego terytorium. Oczywiście, że my o tym wiedzieliśmy, ale co innego są fakty, a co innego oficjalne przyznanie się do tego, że próbuje się wyrzucić zasadę nienaruszalności granic do kosza. Jeżeli tymczasem naruszy się granicę jakiegokolwiek państwa europejskiego, to zacznie się pożar kontynentu. Jest to powszechnie przyjmowane. Nie ma na to zgody. Takie rzeczy o kompromisie to mogą sobie media wypisywać, ale żaden polityk takiej decyzji nie podejmie. Chyba, że chce być odpowiedzialny za miliony trupów, za nowe wojny na Bałkanach, w Europie Wschodniej, a może również na Zachodzie. Niezmienianie granic co 20 lat, jak to miało miejsce w XIX wieku to fundament bezpieczeństwa naszych dzieci i wnuków.

Czy Rosjanie mogli postawić inne warunki?

Jeżeli dziś pomyślę o tym i przypomnę sobie dokładnie wszystkie ówczesne rozmowy, to odnoszę wrażenie, że gdyby wówczas Rosjanie postawili na stole zamrożenie kwestii Krymu oraz wycofanie się na linię 23 lutego, to być może ze względu na interes własnej ludności, Ukraina zgodziłaby się na zawieszenie broni. Podkreślam: być może. Ale podstawowe pytanie pozostawałoby wciąż otwarte: jeżeli Ukraina nie wejdzie do NATO, to kto zagwarantuje, że Rosja nie zaatakuje Ukrainy ponownie. Skoro memorandum z 1994 zawiodło i skoro Rosja domaga się redukcji armii ukraińskiej. Kto da Ukrainie podstawowe gwarancje?

Słowo honoru Putina?

No i tu się całe te rozmowy załamywały.

To, w jaki sposób Ukraina ma się bronić, gdyby Rosja znów zaatakowała?

Ukraińcy mieli na to odpowiedź: gwarancje takie same jak artykuł piąty NATO, czytaj zatem: wejście do NATO tylnymi drzwiami. Mało realne w tamtych warunkach. Ale realny był inny pomysł: neutralność, ale zbrojna. Ukraina poza NATO, ale z potężną armią, gwardią narodową, obroną totalną itd. Taka Finlandia, ale znacznie większa i na sterydach.

i.pl

Ember szacuje, że na całym świecie energetyka wodna odpowiadała za ok. 14,3 proc. wyprodukowanej energii elektrycznej, fotowoltaika i wiatr – za 13,3 proc., a inne odnawialne źródła – ok. 2,6 proc. Razem – i to po raz pierwszy w historii – odnawialne źródła wytwórcze dostarczyły ponad 30 proc. energii elektrycznej w 2023 roku w skali globu. Gdyby doliczyć generację z elektrowni jądrowych (stanowiła 9,1 proc. całości), to zeroemisyjne źródła stanowiły w „światowym miksie energetycznym” niemal 40 proc.

Wynik odnawialnej energetyki mógłby być jeszcze lepszy, ale w roku 2023 - m.in. z powodu susz w Chinach – generacja z hydroenergetyki była najniższa w ciągu ostatnich pięciu lat. Gdyby nie to – dowodzą analitycy – niektóre państwa nie musiałyby zwiększać produkcji energii elektrycznej z paliw kopalnych, w tym węgla. „Wzrost generacji ze źródeł węglowych zaobserwowano w czterech państwach szczególnie dotkniętych suszami: Chinach, Indiach, Wietnamie i Meksyku” – czytamy.

Zdaniem autorów raportu, choć w roku 2023 emisje z sektora elektroenergetycznego wzrosły o 1 proc., to biorąc pod uwagę okoliczności, rok kolejny będzie o wiele lepszy. Oczekiwany przyrost czystych źródeł energii elektrycznej ma niemal dawać pewność, że wkrótce wkroczymy na drogę malejących emisji z sektora elektroenergetycznego. Poczynając właśnie od 2024 r., kiedy produkcja energii elektrycznej z paliw kopalnych powinna spaść o 2 proc. w skali światowej.

energetyka24.com

środa, 15 maja 2024


10 maja wojska rosyjskie przekroczyły granicę w obwodzie charkowskim, uderzając na trzech kierunkach na północ i północny wschód od Charkowa. W ciągu czterech dni wyparły obrońców na głębokość 5–6 km od granicy i doprowadziły do połączenia sił, tworząc nowy odcinek frontu o szerokości do ok. 60 km. Pod kontrolą agresora znalazło się – zależnie od źródeł – od 9 do 13 przygranicznych wiosek oraz część Wołczańska, będącego głównym węzłem komunikacyjnym na północny wschód od Charkowa. Poza trwającymi walkami o Wołczańsk Rosjanie próbują także przełamać ukraińską obronę na północ od stolicy obwodu w rejonie miejscowości Łypci.

Agresor wykorzystał do ataku stosunkowo niewielkie siły – pierwszego dnia działań liczyły one ok. 2 tys. żołnierzy (cztery–pięć batalionów), a w kolejnych dniach wzrosły do kilku tysięcy. Aktualnie trzon rosyjskiego zgrupowania w sile około pięciu batalionów zaangażowany jest w rejonie Wołczańska. Doniesienia szefa Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony Ukrainy Ołeksandra Łytwynenki o zaangażowaniu przez najeźdźców w walki 30 tys. żołnierzy, podczas gdy całe zgrupowanie liczy ich 50 tys., należy traktować jako element wojny informacyjnej. Szczupłość sił agresora podkreślają uspokajające komunikaty Kijowa, że nie ma obecnie zagrożenia uderzeniem na Charków. W przekazie ukraińskim i zachodnim dominuje pogląd, że celem Rosjan jest stworzenie po ukraińskiej stronie granicy strefy buforowej mającej zmniejszyć prawdopodobieństwo ostrzału terytorium FR (głównie Biełgorodu), co Moskwa sugerowała od kilku miesięcy.

Rosyjski atak wykazał słabość obrony ukraińskiej. Mimo trwających kilkanaście miesięcy przygotowań do odparcia potencjalnej rosyjskiej ofensywy linie umocnień nie zostały należycie zorganizowane, a w ukraińskim przekazie pojawiły się oskarżenia o defraudację części przeznaczonych na ten cel środków. Miejscowości leżące przy samej granicy znajdowały się de facto w szarej strefie i najprawdopodobniej w ogóle nie były bronione. Osobną kwestię stanowi nieprzygotowanie odpowiedzialnych za obronę tego odcinka granicy jednostek, będące konsekwencją ogólnego wyczerpania – kadrowego, amunicyjnego i sprzętowego – armii ukraińskiej. 11 maja doszło do zmiany dowódcy Operacyjno-Taktycznego Zgrupowania Wojsk „Charków”, w ramach której mianowanego zaledwie dwa miesiące wcześniej generała Jurija Hałuszkina zastąpił generał Mychajło Drapatyj (pozostaje on zastępcą szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy). Spowolnienie postępu Rosjan wymagało od ukraińskiego dowództwa ściągnięcia odwodów, a według części źródeł – także doświadczonych i lepiej przygotowanych pododdziałów z innych odcinków frontu.

(...)

8 maja Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Ponownie zaatakowali trzy należące do koncernu DTEK elektrownie cieplne – Bursztyńską w obwodzie iwanofrankiwskim, Ładyżyńską w obwodzie winnickim oraz Dobrotwirską w obwodzie lwowskim, a także dwie elektrownie wodne Ukrhidroenerho – Dnieprzańską w Zaporożu i Krzemieńczucką. Trafione zostały obiekty infrastruktury energetycznej w obwodach kijowskim, kirowohradzkim i połtawskim. Operatorzy potwierdzili, że uszkodzenia doprowadziły do wyłączenia obiektów z eksploatacji. Według informacji nieoficjalnych pracuje zaledwie jedna z dużych ukraińskich elektrowni cieplnych – Krzyworoska. W obwodzie lwowskim po raz kolejny zaatakowano obiekt Naftohazu koło miasta Stryj.

Głównym celem rosyjskich ataków na zapleczu frontu pozostaje Charków. W miasto codziennie uderzały pociski rakietowe, drony kamikadze bądź kierowane bomby lotnicze. Dwukrotnie (11 i 12 maja) celem ataku rakietowego były Sumy. 8 maja uszkodzona została infrastruktura kolejowa (w tym dworzec) w Chersoniu, a następnego dnia lotnisko w Mikołajowie oraz najprawdopodobniej infrastruktura wojskowa w obwodach czernihowskim i odeskim. Ogółem od wieczora 7 maja do rana 14 maja agresor miał wykorzystać 87 rakiet (w tym 55 w ataku na infrastrukturę energetyczną 8 maja), z których obrońcy zadeklarowali zestrzelenie 42 (w tym 8 maja – 39), oraz 61 „szahedów” (zniszczonych miało zostać 57).

(...)

Siły ukraińskie kontynuowały ataki na obiekty infrastruktury paliwowej na terenach okupowanych i w głębi Rosji. 7 maja wieczorem celem była baza paliwowa w Ługańsku, w której – najprawdopodobniej w wyniku uderzenia pocisków ATACMS – doszło do pożaru. Dwa dni później celami dronów kamikadze były należąca do Gazpromu rafineria w miejscowości Saławat w Baszkortostanie (1300 km od linii styczności), gdzie doszło do uszkodzenia instalacji i pożaru, oraz baza paliwowa w Juriwce w Kraju Krasnodarskim, która najprawdopodobniej nie została trafiona. Znaczących efektów nie przyniósł także atak na rafinerię w Kałudze 10 maja. Sukcesem zakończyło się natomiast uderzenie w bazę paliwową w Roweńkach w obwodzie ługańskim. 12 maja dron kamikadze wywołał pożar na terenie rafinerii w Wołgogradzie, jednak nie odnotowano poważniejszych zniszczeń, a dzień później – w podstacji energetycznej w obwodzie lipieckim.

Po przekroczeniu przez wojska rosyjskie granicy ukraińskiej w obwodzie charkowskim 11 maja obrońcy zintensyfikowali ostrzał Biełgorodu, będącego główną bazą logistyczną agresora. Dzień później spadające szczątki – według strony rosyjskiej zestrzelonej ukraińskiej rakiety Toczka-U – miały się przyczynić do zniszczenia części budynku mieszkalnego w Biełgorodzie, w wyniku czego śmierć poniosło 15 osób, a 31 zostało rannych.

13 maja doszło do kolejnego ukraińskiego uderzenia na okupowany Krym z wykorzystaniem dronów kamikadze i pocisków manewrujących Storm Shadow. Wedle części źródeł doszło do uderzenia w obiekty „tajnej” bazy 3 pułku radiotechnicznego rosyjskich Sił Powietrzno-Kosmicznych na górze Aj-Petri (zginąć miał m.in. dowódca pułku), nie ma jednak potwierdzenia tej informacji.

osw.waw.pl

Anna Pawłowska: Europejskie agencje wywiadowcze podają, że Rosja planuje akcje sabotażowe i dywersyjne w Europie. Mowa jest o atakach bombowych, podpaleniach i uderzeniach w infrastrukturę krytyczną. Mamy się czego bać?

Piotr Żochowski, ekspert zajmujący się Rosją w Ośrodku Studiów Wschodnich: My nie możemy się bać, tylko musimy temu przeciwdziałać. Czas na obawy już minął, pozostaje przyjąć, że my jako Europa, jako Zachód, w tym Polska będziemy obiektem takich działań. Co więcej – my już nim jesteśmy.

Były już przecież próby sabotażu na liniach kolejowych, przecinanie kabli podwodnych. Nawet w Polsce zatrzymano grupę, która przygotowywał tego typu akcje. Były już ataki cybernetyczne. Więc tu nie ma pytania: "czy Rosjanie to zrobią?". Wiemy, że robili, robią i będą robili. Zmieniają się możliwości, zmienia się technologia, ale zasadnicze cele i metody działania rosyjskich służb są takie same, jak w czasach zimnej wojny.

Każde państwo ma swoje służby specjalne. Czym służby rosyjskie różnią się od służb specjalnych państw zachodnich?

Oczywiście każde państwo ma swoje służby, ma kontrwywiad, ma wywiad zbierający informacje o przeciwniku, ale absolutnie nie da się powiedzieć, że na przykład FSB to taka służba jak ABW tylko w Rosji, może brutalniejsza, może mniej demokratyczna. Albo, że GRU – w zasadzie ta służba nazywa się już inaczej, ale powszechnie używa się dawnego skrótu – to rosyjski odpowiednik naszych służb wojskowych. To jest zupełnie inna filozofia działania. Głównym celem rosyjskich specsłużb nie jest zbieranie informacji, choć oczywiście tym też się zajmują, ale walka. One są na permanentnej wojnie.

Z kim?

Z szeroko rozumianym światem zachodnim. Oczywiście ta wojna inaczej wygląda w Ukrainie, gdzie jest konflikt militarny, a inaczej w Polsce czy innych krajach Europy, jeszcze inaczej w USA. Ona się jednak toczy. I rosyjskie służby są w niej bardzo ofensywne. Zresztą ofensywność jest właśnie tym, co je przede wszystkim odróżnia od służb zachodnich.

My nie mamy naszych farm trolli?

Zachód ma przede wszystkim zupełnie inne cel, a to od tego zależy dobór środków. Bo co jest celem naszych służb specjalnych?

Zbieranie informacji, ochrona bezpieczeństwa państwa, identyfikowanie obcej agentury…

Właśnie. A w Rosji służby oczywiście zajmują się i tym, ale przede wszystkim mają realizować większe cele, które zapewnią Rosji zwycięstwo w wojnie z Zachodem. Te cele to przede wszystkim dezintegracja Unii Europejskiej, wypchnięcie Stanów Zjednoczonych z Europy, osłabienie wschodniej flanki NATO – stąd dążenie do destabilizacji państw bałtyckich. Cel, który udało się już osiągnąć, to utrzymanie, a nawet pogłębienie kontroli nad Białorusią. Teraz walka toczy się jeszcze o kontrolę nad Ukrainą. Więc jeśli mamy takie założenia strategiczne, to ich realizacja na poziomie taktycznym wymaga działania bardzo ofensywnego. I Rosjanie to robią, korzystając z czegoś, co nazywamy środkami aktywnymi.

Chodzi o sabotaż i dywersję?

Nie tylko, choć jak najbardziej akcje dywersyjne i sabotażowe są organizowane. To wszystkie działania destabilizujące, dezinformacyjne, decepcyjne, które mają zmusić przeciwników do działań zgodnych z celami strategicznymi Kremla. Ich zakres jest bardzo różny, od drobnego incydentu do szeroko zakrojonych operacji wpływu, które mają budować w społeczeństwie europejskim określoną narrację i kształtować postawy korzystne dla Federacji Rosyjskiej.

Te działania są skuteczne?

W dużej mierze tak i to od samego początku istnienia systemu sowieckiego. Pamiętajmy, że Rosja porewolucyjna nie była mocarstwem, była osłabiona, a pozycja bolszewików bardzo niepewna. I oni już wtedy, mimo katastrofalnej sytuacji ekonomicznej, przeznaczali znaczące środki właśnie na aktywne działania w Europie Zachodniej. To było budowanie siatek wywiadowczych, dezintegracja rosyjskiej emigracji czy budowanie pozytywnego obrazu Związku Sowieckiego.

Te wycieczki intelektualistów zachodnich do Moskwy…

George Bernard Shaw wrócił zachwycony tym wspaniałym krajem, inni intelektualiści też. To nie byli przecież sowieccy agenci w klasycznym rozumieniu, ale ich działalność była zgodna z interesem Kremla. Więc ta operacja zakończyła się pełnym sukcesem.

Teraz też odbywają się takie wycieczki, tylko już nie do Rosji, a przede wszystkim na terytoria okupowane, Krym czy Donbas.

Jeśli jakaś metoda się sprawdza, to dlaczego ją zmieniać? Rosyjskie służby często sięgają po takie klasyczne rozwiązania dobrze przetestowane w czasach zimnej wojny. To na przykład finansowanie i wspieranie środowisk prorosyjskich, ale też szukanie potencjalnych sojuszników, niekoniecznie już zorientowanych prorosyjsko, ale których można zainspirować do znalezienia obszarów, które ich z Rosją łączą. Wcześniej takim polem porozumienia była ideologia pacyfistyczna, teraz to przede wszystkim konserwatyzm. Bardzo duże wysiłki są nakierowane na kształtowanie obrazu Rosji jako państwa konserwatywnego, będącego alternatywą dla liberalnego, "niemoralnego" Zachodu. Dodajmy – obrazu zupełnie fałszywego. Ale widać wyraźnie, że konserwatywne środowiska są w obszarze zainteresowania rosyjskich służb.

Hasła antywojenne też się pojawiają: "to nie nasza wojna" czy "stop wojnie w Ukrainie"…

W kontekście wojny w Ukrainie obserwujemy wiele środków aktywnych. To właśnie te hasła antywojenne, które łączą z promowaniem rosyjskiej narracji, że NATO chce sprowokować konflikt. Towarzyszy temu lansowanie przekazu, że sprzeciw wobec Rosji jest skazany na porażkę, a w razie konfliktu USA zostawią Europę samą sobie. Do tego podejmowane są próby podsycania animozji narodowościowych między Polakami i Ukraińcami. Tu nie ma niczego świeżego i nowego, jeśli chodzi o treści, zmienia się tylko forma, bo zmieniła się technologia. Są media społecznościowe, jest taki zalew informacji, że trudno je weryfikować. A rosyjskie służby poruszają się w tej przestrzeni bardzo sprawnie. Chodzi nie tylko o te słynne fabryki trolli czy zastosowanie botów, ale na przykład o tworzenie sieci portali, których związki z Federacją Rosyjską nie są jasne, a które, choć z pozoru nie są prorosyjskie, promują przekazy zbieżne z polityką Kremla.

Internet jest też wykorzystywany do werbowania agentów?

Ludzie, którzy w zeszłym roku zostali zatrzymani przez polskie służby w związku z przekazywaniem Rosji informacji i przygotowywaniem ataków dywersyjnych, odpowiedzieli na ogłoszenie w internecie i na Telegramie dostawali zadania. Tylko tu trzeba zaznaczyć, że w taki sposób werbuje się ludzi do jakichś pojedynczych zadań: mają zrobić zdjęcia infrastruktury wojskowej czy krytycznej, umieścić kamerę przy szlakach transportowych, rozrzucić ulotki. To nie są jacyś superwyszkoleni agenci, tylko ludzie, którzy pracują dla rosyjskich służb z niskich pobudek, głównie finansowych. Dostają wynagrodzenie w Bitcoinach i wykonują polecenia. Nie zawsze mają nawet pełną wiedzę na temat tego, kto jest rzeczywistym zleceniodawcą, chociaż oczywiście muszą sobie zdawać sprawę, że to działanie na rzecz Federacji Rosyjskiej.

Takie – dość przypadkowe przecież – osoby mogą stanowić istotne zagrożenie dla nas, a dla rosyjskich służb cenny nabytek?

Tak, co zresztą dobrze pokazuje przykład Ukrainy. Tam SBU wciąż zatrzymuje ludzi, którzy przekazują Rosjanom koordynaty i informacje o sprzęcie i ruchach armii ukraińskiej. W zdecydowanej większości przypadków nie z pobudek ideologicznych, a wyłącznie dla zarobku, przy czym z perspektywy Federacji Rosyjskiej nakłady na ich wynagrodzenie są niewielkie. A każda taka informacja może być skutecznie wykorzystana do kolejnego ataku rakietowego. W kontekście państw zachodnich, szczególnie Polski, te informacje o dostawie sprzętu na Ukrainę też są istotne. Zresztą mówimy tu nie tylko o takiej klasycznej działalności szpiegowskiej czy aktach dywersji. Nie trzeba wysadzać żadnego budynku, już samo rozrzucenie ulotek czy naklejanie plakatów o odpowiedniej treści destabilizuje sytuację i podgrzewa nastroje. Po co były rozklejane w Warszawie ogłoszenia Wagnerowców? Żeby siać zamęt.

Taki był też cel zeszłorocznego nadania sygnału radio-stop i puszczenia hymnu Rosji w pociągach w Zachodniopomorskiem?

Tego rodzaju incydenty są spektakularne, wiadomo, że trafią od razu na nagłówki wszystkich mediów, będą szeroko komentowane. To komunikat "już tu jesteśmy, jeśli to mogliśmy zrobić, to co pomyślcie, co jeszcze możemy"? Jednocześnie podważa to zaufanie obywateli do systemu zabezpieczeń, pokazuje, że państwo jest słabe, nie radzi sobie z ochroną infrastruktury. Przy czym całość przeprowadzana jest tak, że nie ma żadnych ofiar. Rosja nieustająco daje sygnały, że nie traktuje polskich obywateli, polskiego społeczeństwa jako wroga. Przeciwnikiem jest rząd, NATO, Unia Europejska. To kreuje narrację: "nie dajcie się otumaniać swoim władzom, nie dajcie się wciągać w wojnę". Akt terrorystyczny wymierzony w ludność cywilną któregoś z zachodnich państw praktycznie przekreśliłby taki przekaz. Co nie znaczy, że ja tu, w tym momencie z pełną odpowiedzialnością powiem, że do takiego aktu nie dojdzie. W przypadku rosyjskich służb nie można założyć, że nie przekroczą jakiejś granicy. Mają już przecież na koncie zamachy terrorystyczne i zabójstwa polityczne.

businessinsider.com.pl

piątek, 10 maja 2024


Sześćdziesiąt kamer rosyjskiej telewizji pokazywało doroczny pokaz potęgi: Defiladę Zwycięstwa. Mit Pobiedy od lat ma umacniać w Rosjanach poczucie siły. Agresja na Ukrainę i rzucenie rękawicy wrogiemu Zachodowi otworzyło w tej historii nowy rozdział.

9 maja w Moskwie padał śnieg, wiał lodowaty wiatr, a nad miastem wisiały grafitowe chmury. „Robiło się coraz mroczniej. Chmura sunąc ku Jeruszalaim, zalała już połowę nieba, kipiel białych obłoków poprzedzała tamtą, pełną czarnej wody i ognia chmurę. (…) Ciemność okryła Jeruszalaim”. Ten cytat z „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa nasunął mi się, gdy oglądałam transmisję z placu Czerwonego. Imponująca panorama Moskwy miała w widzach wywołać zachwyt, a wywołała raczej trwogę, bo nad patetycznym obrazkiem kłębiły się gigantyczne zasłony czarnych chmur jak zwiastuny nieszczęścia.

Uroczystość odbyła się zgodnie ze scenariuszem. Minister obrony Siergiej Szojgu odebrał meldunek dowódcy sił lądowych o gotowości pododdziałów do parady i zachrypniętym głosem złożył raport głównodowodzącemu. Putin w krótkim wystąpieniu zarzucił Zachodowi, że zniekształca przekaz historyczny, buduje kolonialną politykę na kłamstwie, a zachodnie elity przyklaskują rewanżyzmowi, usprawiedliwiają nazizm i wspierają obecnych wyznawców tej ideologii (to eksploatowany przez rosyjską propagandę motyw, że w Kijowie siedzi szajka uzurpatorów-nazistów). Niemniej Moskwa wyciąga rękę – może rozmawiać, tyle że na własnych warunkach: żadne państwo ani żaden sojusz nie mogą występować z pozycji swej wyjątkowości i cokolwiek narzucać. „Nasze siły strategiczne znajdują się zawsze w gotowości bojowej, ale Rosja będzie robić wszystko, aby nie dopuścić do globalnego konfliktu” – ze szczególnym naciskiem powiedział Putin.

Na trybunie honorowej obok Putina zasiadło kilku prezydentów z państw postsowieckich, a także goście z Kuby, Laosu i Gwinei Bissau. Już nie pierwszy rok Putin świętuje Dzień Zwycięstwa wyłącznie w rzednącym gronie popleczników. W 2005 r. miejsca na trybunie zajmowali prezydenci państw koalicji antyhitlerowskiej, w tym prezydent USA. Kto dziś o tym pamięta? Jedynym takim akcentem było niespodziewane zapewnienie Putina, że „Rosja nigdy nie pomniejszała znaczenia drugiego frontu i pomocy aliantów”.

/Za Putinem w rzędzie siedzieli: starszy porucznik Chałyj Chuldum-ool, major Borys Dudko i kapitan Siergiej Baczerikow. Wszyscy trzej walczyli na Ukrainie i otrzymali tytuły Bohaterów Rosji. Wszyscy trzej oskarżeni są o brutalne zbrodnie wojenne.

Chuldum-ool (od lewej) służył na Ukrainie w 55. Oddzielnej Brygadzie Strzelców Zmotoryzowanych Gwardii. Władze ukraińskie oskarżyły wojsko 55. Brygady o przetrzymywanie w marcu 2022 r. ponad 360 mieszkańców wsi Jagodnoje w piwnicy szkoły, przez prawie miesiąc. Mieszkańcy wsi marzli, zmuszani byli do rozebrania się do naga, a następnie torturowani na różne sposoby. W tym czasie w piwnicy zginęło 10 osób.

Major Borys Dudko (w środku) na Ukrainie był zastępcą dowódcy 124. Samodzielnego Batalionu Czołgów 76. Dywizji Powietrzno-Szturmowej Gwardii Sił Powietrznodesantowych. Wojskowi tej dywizji na Ukrainie oskarżeni są o zabijanie ludności cywilnej podczas okupacji Buczy. - red./

tygodnikpowszechny.pl