środa, 1 maja 2024


Oto jak to działa. Wyobraź sobie kobietę o imieniu Marcela. Ma telefon Google Pixel z zainstalowaną aplikacją Weather Channel. Wychodząc na zewnątrz, żeby pobiegać, widzi zachmurzone niebo. Marcela otwiera więc aplikację, aby sprawdzić, czy prognoza przewiduje deszcz.

Klikając niebieską ikonę Weather Channel, Marcela wywołuje szaleństwo działań cyfrowych, których celem jest zaprezentowanie jej spersonalizowanej reklamy. Zaczyna się od podmiotu zwanego giełdą reklamową, czyli w zasadzie ogromnego rynku, na którym miliardy urządzeń mobilnych i komputerów powiadamiają scentralizowany serwer, gdy tylko dostępna jest wolna przestrzeń reklamowa.

W mgnieniu oka aplikacja Weather Channel udostępnia tej giełdzie reklam mnóstwo danych, w tym adres IP telefonu Marceli, wersję Androida, na którym działa, operatora oraz szereg danych technicznych na temat sposobu, w jaki telefon jest skonfigurowany, aż do rozdzielczości ustawionej rozdzielczości ekranu. Co najcenniejsze, aplikacja udostępnia dokładne współrzędne GPS telefonu Marceli oraz pseudonimowy numer identyfikacyjny reklamowy przypisany jej przez Google, zwany AAID. (Na urządzeniach Apple nazywa się to identyfikatorem IDFA.)

Dla laika identyfikator reklamowy to ciąg bełkotu, coś w rodzaju bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912. Dla reklamodawców to kopalnia złota. Wiedzą, że bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 posiada urządzenie Google Pixel z aplikacją Nike Run Club. Wiedzą, że bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 często odwiedza Runnersworld.com. I wiedzą, że bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 pożąda pary nowych butów wyścigowych Vaporfly. Wiedzą o tym, ponieważ Nike, Runnersworld.com i Google są podłączone do tego samego ekosystemu reklamowego, a wszystkie mają na celu zrozumienie zainteresowań konsumentów.

Reklamodawcy wykorzystują te informacje podczas kształtowania i wdrażania swoich reklam. Załóżmy, że Nike i Brooks, inna marka butów do biegania, próbują dotrzeć do miłośniczek biegania w określonym przedziale dochodów lub w określonych kodach pocztowych. W oparciu o ogromne ilości danych, które mogą pobrać z eteru, mogą zbudować „odbiorcę” – zasadniczo ogromną listę identyfikatorów reklam klientów, o których wiadomo lub podejrzewa się, że interesują się rynkiem butów do biegania. Następnie podczas natychmiastowej, zautomatyzowanej aukcji prowadzonej w czasie rzeczywistym reklamodawcy informują cyfrową giełdę reklam, ile są skłonni zapłacić, aby dotrzeć do konsumentów za każdym razem, gdy ładują aplikację lub stronę internetową.

Istnieją pewne ograniczenia i zabezpieczenia dotyczące wszystkich tych danych. Technicznie rzecz biorąc, użytkownik może zresetować przypisany mu numer identyfikacyjny wyświetlania reklam (choć niewiele osób to robi lub nawet wie, że taki posiada). Użytkownicy mają pewną kontrolę nad tym, co udostępniają, za pośrednictwem ustawień aplikacji. Jeśli konsumenci nie zezwolą aplikacji, której używają, na dostęp do GPS, giełda reklam nie będzie mogła na przykład pobrać lokalizacji GPS telefonu. (A przynajmniej nie powinno. Nie wszystkie aplikacje przestrzegają zasad i czasami nie są odpowiednio sprawdzane, gdy znajdą się w sklepach z aplikacjami).

Co więcej, platformy licytacji Ad Exchange dokładają minimalnej staranności w stosunku do setek, a nawet tysięcy podmiotów obecnych na ich serwerach. Dzięki temu nawet przegrywający licytanci nadal mają dostęp do wszystkich danych konsumentów, które pobrano z telefonu podczas zapytania o ofertę. Na tym zbudowano cały model biznesowy: pobieranie danych z sieci licytacyjnych w czasie rzeczywistym, pakowanie ich i odsprzedaż, aby pomóc firmom zrozumieć zachowania konsumentów.

Geolokalizacja to najcenniejsza część danych komercyjnych pobieranych z tych urządzeń. Zrozumienie ruchu telefonów to obecnie branża warta wiele miliardów dolarów. Można go używać do wyświetlania reklam ukierunkowanych na podstawie lokalizacji, na przykład dla sieci restauracji, która chce wyświetlać reklamy kierowane osobom w pobliżu. Można go wykorzystać do pomiaru zachowań konsumentów i skuteczności reklamy. Ile osób zobaczyło reklamę, a następnie odwiedziło sklep? Analitykę można wykorzystać do planowania i podejmowania decyzji inwestycyjnych. Gdzie najlepiej umieścić nowy sklep? Czy będzie wystarczający ruch pieszy, aby utrzymać taki biznes? Czy liczba osób odwiedzających danego sprzedawcę będzie w tym miesiącu rosnąć czy spadać i co to oznacza dla ceny akcji tego sprzedawcy?

Ale tego rodzaju dane przydadzą się do czegoś innego. Ma niezwykły potencjał nadzoru. Dlaczego? Ponieważ to, co robimy na świecie za pomocą naszych urządzeń, nie może być tak naprawdę anonimowe. Fakt, że reklamodawcy znają Marcelę jako bdca712j-fb3c-33ad-2324-0794d394m912 i obserwują, jak porusza się po świecie online i offline, prawie nie zapewnia jej ochrony prywatności. Podsumowując, jej nawyki i rutyna są dla niej wyjątkowe. Nasz ruch w świecie rzeczywistym jest bardzo specyficzny i osobisty dla każdego z nas.

wired.com

Kaczyński nie chciał być naiwny. Nie chciał postępować jak większość jego własnej inteligenckiej grupy, która ledwie minął 1989 r., uznała, że jedynym problemem jest tłum, który chce chleba, nie reform, oraz chybotliwa scena partyjna. Cała reszta miała być doskonała, demokracja, państwo, prawo, elity. Do tego świata Kaczyński wdarł się z ważnymi pytaniami.

Czemu komunizm upadł tak łatwo? Czy na pewno upadł? Czy pozostawił w Polsce ludzi wobec Moskwy lojalnych? Czy można wierzyć dawnym generałom? Dawnym dyplomatom? Czy w ogólności można wierzyć postkomunistom? Czy tacy ludzie stanowią dobry materiał do budowy nowego państwa? Czy nie lepiej wziąć ludzi nowych, choćby z ulicy?

Czemu ludzie starego sytemu biorą całą własność? Przez lata nomenklaturę, czyli dyrektorów państwowych firm, uważano za najgłupszych ludzi w systemie, teraz nagle stali się fachowcami. Czemu nie zmieniamy prawników? Przecież wiadomo, że prawo to prawnicy. Na podstawie tej samej konstytucji amerykańscy prawnicy dowodzili, że niewolnictwo jest normalne, aby potem na podstawie tej samej konstytucji uznać je za nienormalne. Co pokazywało, że od litery prawa ważniejsze jest to, w co wierzy sędzia stosujący prawo. Skoro pozostaną sędziowie komunistyczni, pozostaną praktyki komunistyczne.

To, co mówił Kaczyński, wprowadzało ożywczy ferment. Liderów tamtej epoki nie dało się słuchać. Mazowiecki i Geremek, prywatnie bystrzy ludzie, publicznie mówili nie tylko okrągłymi zdaniami, ale przede wszystkim głupimi zdaniami. W ich intencji miały to być uspokajające masy slogany, było odwrotnie. Kiedy mówili o postkomunistach, że nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, że kultura demokratyczna, że etos, że standardy, ciarki przechodziły po plechach.

– Oni nic nie rozumieją – to była pierwsza myśl, jaka przychodziła do głowy – na wielkiej politycznej wojnie zachowują się jak obłąkani, jeden podszedł do wroga, włożył kwiatek w lufę, drugi dał broszurkę o pacyfizmie.

Sceptycyzm Kaczyńskiego wobec tego, co mówią liberalne elity, był zasadny. Zagrożenie związane z byłymi komunistami było realne. Ale od początku budziło zdziwienie, że opisując komunistyczne zagrożenie, Kaczyński nie bije w komunistów. Obiektem krytyki byli wyłącznie inteligenccy przeciwnicy plus Wałęsa. Kwaśniewski, Miller, Oleksy nigdy nie pojawiali się w jego diagnozach, nawet gdy w pełni sformułował diagnozę postkomunistycznego układu, a postkomuniści przejęli pełnię władzy nad państwem.

Nadal skupiał się wyłącznie na liderach liberalnych elit. Skanował rzeczywistość nie pod kątem tego, co robi układ, ale co źle zrobiła solidarnościowa inteligencja. Problemy postkomunistycznego państwa interesowały go, o ile były winami związanymi z inteligencką diagnozą.

Potwierdził to fakt, że samego układu nigdy nie opisał, postkomunistyczny układ pozostał wyłącznie metaforą zła. Nie wiadomo było, jakie siły społeczne składają się na niego, jakie sektory państwa i gospodarki kontrolują, jakie panują w układzie wewnętrzne hierarchie.

Było sporo mglistych uwag o dawnych służbach, o bankach, o agenturalnych powiązaniach, o WSI, ale nie tak się opisuje grupę rządzącą realiami. Kaczyński mówił tak okrągło, tak zdawkowo, jakby układ miał siedzibę na Marsie. Do dziś trudno zrozumieć, czemu prawica zadowoliła się takim półproduktem.

Układy, owszem, istnieją. Postkomunistyczne również. Ale wtedy je widać. Kiedy mówimy o układzie, stworzonym wokół Jelcyna, czy potem wokół Putina, mamy przed oczami wyraźne portrety społeczne, polityczne, ekonomiczne. Nazwiska, zasoby, kryminalne powiązania. Nie wiemy wszystkiego, nie wiemy nawet jednej setnej, ale wiemy wystarczająco dużo, aby sprawnie analizować zjawisko. Podobnie dużo wiemy o układzie w Ukrainie za czasów Janukowycza. Albo o układzie na Węgrzech wokół Orbana.

Brak precyzji w opisie polskiego układu można było zrozumieć na początku lat 90., kiedy układ ponoć się rodził. Ale po piętnastu latach rzekomej hegemonii nie miało to sensu. Hegel mówił: "Istota musi się przejawiać". Nie może być tak, że coś jest istotą rzeczywistości, jej władcą, jej motorem, jej tworzywem, a nikt tego nie widzi, nikt nie wie nawet, jak to może wyglądać. To polityczna metafizyka, to mit.

I tak właśnie było. Pojęcie układu zostało skonstruowane nie po to, żeby ujawnić praktyki postkomunistów, ale żeby podważyć kompetencje umysłowe i moralne Geremka, Michnika i Mazowieckiego. Zakres i treść pojęcia układu z czasem będą się zmieniać, ale jego istotą pozostanie oskarżenie liderów liberalnej inteligencji. Konkretem, prawdą o pierwszej epoce III RP było to, że Polska tkwiła w błocie do kostek. Błocie korupcji, bezkarności, bezwolności. Racjonalnym oskarżeniem elit było stwierdzenie: stoicie po kostki w błocie, a udajecie, że go nie ma. Ale Kaczyńskiemu było za mało, dowodził, że błoto sięga po szyję.

Prawdziwe schody zaczęły się wtedy, gdy Kaczyński przedstawiał swoją diagnozę godziny zero. Lepszego początku III RP, który opierać się miał na bardziej realistycznym rozumieniu demokracji, rynku i prawa. Pojawiły się diagnozy, które pokochała prawica i nie tylko, również inteligenckie centrum.

Pierwsza wielka teza Kaczyńskiego, kładąca lepszy fundament, brzmiała: do zbudowania autentycznej demokracji zabrakło zburzenia Bastylii. Zabrakło osądzenia systemu. Zabrakło wyraźnej granicy. Zabrakło społecznego przeżycia, moralnej rewolucji. Zdrowy system polityczny musi się oprzeć na mocnych symbolach, na kilku wyrazistych moralnych gestach. Musi dobitnie intronizować swoje wartości, musi sprawić, aby te wartości ze stolicy rozbłysły na cały kraj, dając wszystkim sygnał, że zaczęło się nowe. Inaczej demokracja zwiędnie, zanim zdoła wyrosnąć.

Kłopot był jeden, żadna realna demokracja tak nie powstała. Odwrotnie, wszystkie narodziły się w paskudnych warunkach, zwykle dużo gorszych niż w Polsce po 1989 r. Tworzyły się w epokach wielkiej smuty, po przegranych wojnach, po narodowych upokorzeniach, po hańbie kolaboracji, po nierozliczonych zbrodniach i nierozliczonych autorytarnych reżimach. Po II wojnie tak się tworzyła demokracja japońska, niemiecka, tak się odnawiała francuska, włoska. Bez osądzenia elit, bez społecznego entuzjazmu, bez chęci na moralne samooczyszczenie, bez nadziei na sprawiedliwszą przyszłość.

Tworzenie demokracji miało logikę wyczołgiwania się z kryzysu, a jedynym wysiłkiem, do jakiego były zdolne złamane społeczeństwa, było rzucenie się w wir pracy. Odsetek byłych nazistów w wielu sektorach niemieckiego państwa był większy niż w Trzeciej Rzeszy. Demokracja austriacka była horrorem, nie rozliczyła nikogo, była budowana przez byłych nazistów, hiszpańska przez byłych faszystów.

W żadnym z tych krajów nie zburzono Bastylii. W żadnym nie było rewolucji moralnej, odwrotnie, społeczeństwa były sponiewierane i zdemoralizowane. Nikt niczego nie budował na prawdzie, na rozliczeniach, ale na kłamstwach, obłudzie i zapomnieniu. Niemcy swoją przeszłość zaczną rozliczać dopiero w drugim pokoleniu, dwadzieścia lat po wojnie. Cała opowieść Kaczyńskiego o warunkach budowy zdrowej demokracji nie miała nic wspólnego z realiami, była wyłącznie inteligencką projekcją.

Druga wielka teza na temat zdrowego fundamentu III RP głosiła, że potrzebna była nowa struktura społeczna, wprowadzająca równowagę sił, w szczególności równowagę własności. Kaczyński dowodził, że sprawiedliwe zasady w państwie, czyli prawo, oraz uczciwe reguły w gospodarce, czyli rynek, mogą powstać i zadziałać tylko w przypadku równowagi graczy. Brzmiało to przekonująco, realistycznie, nienaiwnie, więc prawicowa inteligencja w to uwierzyła.

Kłopot w tym, że ani jeden kraj nie zbudował kapitalizmu w ten sposób. Kapitalizm wszędzie powstawał w dziki sposób, nie znał innej drogi, wszędzie rodził się w brutalnej logice eksploatacji, grabieży, nierównowagi, monopolu.

Najciekawszym fragmentem drugiej tezy Kaczyńskiego były uwagi na temat postkomunistycznego kapitału. Dramatycznie przestrzelone. Uważał, że ten kapitał jest tak wielki, że wszystko – demokracja, prawo, rynek – jest parawanem dla jego brutalnej dominacji.

Kłopot w tym, że to nie była Kompania Wschodnioindyjska ani rosyjscy oligarchowie posiadający największe na świecie złoża surowców naturalnych. Choć nomenklaturowa elita kradła, jak mogła, nie miała majątku pozwalającego na społeczną hegemonię. Kaczyński miał rację: za dużo czerwonych było na starcie, za dużo służb, za wielkie łupy wpadały im w ręce, choćby banki.

Ale nawet w przypadku największych czerwonych fortun ich pułapy były nisko osadzone. Podobnie było z politykami, byli głodni, ale na zwykłą miarę, wystarczał im poziom korupcji typowy dla polityków we Francji czy w Niemczech – łapówki pozwalające na spore mieszkanie, nic więcej. Ciągle zatem błoto po kostki, nie wyżej. Gdyby postkomunistyczny kapitał był taki jak w opowieściach Kaczyńskiego, Sojusz nigdy by nie przegrał wyborów. Nie powstały fortuny takie jak na Ukrainie, nie powstały nawet takie jak w Czechach.

Bardzo szybko okazało się, że dominującą rolę ma kapitał zachodni, co dla polskiej gospodarki wcale nie było lepsze. Już w drugiej połowie lat 90. Jadwiga Staniszkis sygnalizowała, że polityczna barwa własności przestała mieć znaczenie, że czerwony kapitał nie jest już balastem, ale aktywem, jedynym kapitałem lokalnym. I że problemem nie jest to, że jest zbyt wielki, ale że jest zbyt mały. Polski biznes mówił to samo: dawniej państwo pomagało przynajmniej czerwonym, teraz nie pomaga nikomu. Cały tort pomocy zagarniają zagraniczni gracze.

Trzecia wielka teza na temat nowego początku dotyczyła państwa. Owego sławnego "nowego państwa", które można było ustanowić po 1990 r. i które mogło przeprowadzić Polaków ponad błotem transformacji. Kaczyński opowiadał o tym państwie bardzo dużo, stanowi ono rdzeń jego przemyśleń sprzed 2005 r., najważniejszy element jego politycznej mitologii.

Dla prawicowych elit "nowe państwo" stanowiło sztandar, ale też zaklęcie, które wystarczy wypowiedzieć. Coś w rodzaju "Niech się stanie" albo "Sezamie, otwórz się". Coś z góry udanego, co na pewno nastąpi, kiedy zaklęcie wypowiemy.

Kaczyński opowiadał, czym miało być "nowe państwo", poprzez opis zadań, których miało się podjąć. Miało uczciwie rozdzielić własność, miało zwalczyć korupcję, zaprowadzić skuteczny ład prawny. Nowe państwo miało odwołać dawne elity i powołać nowe. Znacznie lepsze. Najważniejszym aktem nowego państwa miała być zmiana struktury społecznej. Czyli ci, którzy byli górą, będą teraz dołem, ci którzy byli dołem, będą teraz górą.

Kaczyński twierdził, że nowe państwo mogło ulepić nowe społeczeństwo. Dać mu nowe hierarchie, ale też nowe poglądy. Inny ład medialny oraz instytucje kultury miały podyktować pożądane poglądy. W opisie Kaczyńskiego skumulowana wola nowego państwa nie znała granic. Mówił, że opisuje państwo, ale tak naprawdę opisywał Boga. To była skrajnie nierealistyczna wiara w moce polityki.

Kaczyński poległ, opisując polską rzeczywistość. Wszystkie jego diagnozy były chybione. W jego opowieściach było mnóstwo trafnych obserwacji cząstkowych, ale wszystkie wnioski ogólne były fałszywe. Wielki realizm szczegółu zderzył się z kompletnym irrealizmem ogółu. Do tego dochodziła całkowita asymetria wzroku, Kaczyński widział wyłącznie mechanizmy hamujące rozwój, a przegapił wszystkie mechanizmy rozwojowe, które jak wiemy, były radykalnie silniejsze.

Czemu tak inteligentny człowiek pomylił się tak bardzo? Czemu widział tylko defekty, a nie widział porządkującej ręki, która pracowała silniej niż te defekty? Czemu widział dezorganizującą rękę układu, a nie widział porządkującej ręki Zachodu? Czemu nie dostrzegł najważniejszego wydarzenia epoki, czyli owczego pędu społeczeństwa ku demokracji i Zachodowi, nawet u takich grup jak postkomuniści? Mówiąc brutalnie – czemu widział wszystko poza realną Polską, rozwijającą się w zawrotnym tempie?

Bo wiecznie patrzył w złą stronę. Na elity. Skanował ich wąskie horyzonty, ich miałkie teorie. A nie widział rzeczy najważniejszej, że polski statek płynie w dobrą stronę. Spisywał listę wad kapitana, nie widząc potężnego prądu historii pchającego nas wiecznie we właściwym kierunku.

Robert Krasowski - Klucz do Kaczyńskiego

wtorek, 30 kwietnia 2024


"Nikt nie powinien mieć wątpliwości co do armii i marynarki wojennej" — apeluje Tulenkow na końcu książki. I nic dziwnego, bo wcześniejsze 200 stron upływa mu na nieustannej dyskredytacji rosyjskich sił zbrojnych. Przyznaje nawet, że armia rosyjska jest pod wieloma względami gorsza od ukraińskiej: "jesteśmy jak dzikusy z epoki wojen kolonialnych, z łukami i strzałami przeciwko Maximom (to aluzja do karabinu maszynowego Maxim z końca XIX w., który był używany przez Europejczyków w koloniach – red.) białych sahibów (grzecznościowy zwrot pod adresem Europejczyków w kolonialnych Indiach – red.)".

Tulenkow nie skąpi nam opisu degrengolady w rosyjskim wojsku. Już podczas przygotowań na tyłach frontu autor doświadczył kradzieży, braku wody i okropnego jedzenia. Po przybyciu pierwszy raz na linię frontu zorientował się, że dowódca nie wiedział, gdzie jest wróg, a przybyli z nim żołnierze byli jak stado owiec. Generalnie rosyjscy dowódcy nie słuchają żołnierzy i wysyłają ich na rzeź; nakazują też ostrzały artyleryjskie pozycji, gdzie mogą znajdować się rosyjscy żołnierze lub zniszczenie jakiegoś czołgu bez sprawdzenia, czy to swój, czy obcy. Co gorsza jednostki wsparcia – takie jak artyleria — nie spieszą się z pomocą w odparciu ukraińskiego ataku.

Autor nie szczędzi opisów kompletnego braku dyscypliny w jednostkach: "pijaństwo, grabieże, kłótnie, kompletny brak dyscypliny i — co najważniejsze — brak dowódców". Brak pomocy dla rannych graniczy z sabotażem: "wyładowaliśmy rannych na odległej leśnej polanie. Tam zajął się nimi lekarz wojskowy pomagając im najlepiej jak potrafił w warunkach polowych. A oni godzinami czekali na przyjazd sprzętu, który miał ich zabrać. Niektórzy umierali tam, nie doczekawszy transportu".

Najgorsi według Tulenkowa byli oficerowie.

"Wyżsi rangą dowódcy postrzegali nas jako dwunożne bydło pociągowe i nawet nie ukrywali swojego nastawienia. Byliśmy dla nich czymś w rodzaju hiwich (sowieccy cywile, którzy podczas II wojny światowej pomagali jednostkom niemieckim; słowo podchodzi od niem. "Hilfswillige", czyli "chętni do pomocy" — red.) w dywizji piechoty Wehrmachtu".

Jednym z takich przełożonych był były oficer Rosgwardii, który w towarzystwie szydził ze swoich podwładnych — dla przykładu bijąc za słabe przygotowanie fizyczne 65-letniego ochotnika, który poszedł na front, aby zdobyć pieniądze dla wnuczki. Tulenkow pisze jednak o nim ciepło, ponieważ członek Rosgwardii niemal codziennie wyjeżdżał na misje bojowe.

Autor raczy nas też karykaturalnym obrazem pewnego dowódcy sztabowego: przystrzyżonego, ubranego w drogi mundur, który nie nosił hełmu, po ojcowsku rozmawiał z żołnierzami, namawiał ich do niebrania jeńców i sprowadzał do sztabu prostytutki – a sam kradł rzeczy poległych i bał się iść na linię frontu. Jak na ironię po jednej z nieudanych operacji został ukarany zesłaniem do okopów.

Tulenkow wyraźnie nie lubi tych, którzy okazują jakąkolwiek słabość. Szczególnie irytują go żołnierze, którzy zostali zmobilizowani — nazywa ich "mobikami". Byli cywile, mężczyźni w wieku 30 lub 40 lat (a nawet starsi), którzy często nie zamierzają dzielnie wypełniać swoich obowiązków.

Na przykład pewnego razu do walki wysłanych zostało siedmiu skazańców. Jeden zginął, dwóch uciekło. Na tyłach była cała kompania "mobików".

"Ale mobiki siedzą skuleni pod ścianą okopu i ściskają swoje karabiny. Na sugestię naszego dowódcy, aby nam pomóc, odwracają wzrok: »to nie nasze zadanie«".

Tulenkow nisko ocenia też ich walory bojowe. Twierdzi wręcz, że gdyby do ich okopu wpadli Ukraińcy, nawet nie próbowaliby nic zrobić: "uciekliby gromadą, tratując się nawzajem, gubiąc broń i sprzęt" — pisze Tulenkow.

Być może źródłem niechęci jest refleksja, jaką Tulenkow dzieli się pod koniec książki, kiedy roztoczył już przed czytelnikiem heroiczny obraz oddziałów "Szturm Z" wysyłanych do samego piekła. Pisze wtedy, że czasem odnosił wrażenie, iż dowództwo starało się zachować życie tylko tych zmobilizowanych — fikcyjnego "ajtisznika z Wołgogradu" (ajtisznik, od ang. IT, czyli "technologie informacyjne", to potoczne określenie na informatyka w języku rosyjskim – red.), który ma żonę i dzieci.

Kolejnym wątkiem jest "pięćsetka", czyli dezerterzy. Nie ci, którzy jawnie uciekli — ale ci, którzy odmówili wyjazdu na misję, "zgubili się" w ostatniej chwili lub uchylali od wykonania zadań.

Pod koniec książki Tulenkow opisuje epizod, w którym sam brał udział. Podczas jednego z wypadów na wrogie pozycje dowódca uciekł, inny żołnierz upił się i zgubił karabin, a zastępca dowódcy (narkoman) postanowił nie wykonać zadania bojowego. Udał więc, że stacja łączności nie działa, a następnie wrócił na rosyjskie pozycje, przynosząc ze sobą dla niepoznaki znalezioną w lesie broń jako ukraińskie trofeum.

onet.pl

Szczyt społecznej piramidy zajmują Władimir Putin i starannie wyselekcjonowani ludzie z jego najbliższego otoczenia. Również członkowie jego rodziny. Ich życie i majątki są ściśle chronioną tajemnicą. Od czasu do czasu dziennikarzom śledczym udaje się zajrzeć za kulisy i dotrzeć do informacji o jachtach, rezydencjach, winnicach i innych przejawach zamiłowania do luksusu członków klasy panującej.

(...)

Na wojnie w sposób pośredni lub bezpośredni zarabiają również czołowi przedstawiciele elity biznesowej. Jak wynika z materiałów publikowanych przez „Forbesa”, na liście najbogatszych ludzi planety – których majątki szacowane są na co najmniej miliard dolarów – znalazło się 125 Rosjan (w zeszłym roku było 110). Łączna wartość majątków rosyjskich miliarderów w ciągu roku zwiększyła się z 505 do 576,8 mld USD. Sankcje sobie, a interesy sobie. Z gry na warunkach ustanowionych przez Kreml (pełne podporządkowanie władzy politycznej, realizowanie jej interesów, dzielenie się zyskami) wyłamały się nieliczne jednostki – rosyjski świat biznesu popiera Putina, nie ryzykuje podejmowania samodzielnej gry, zgrzyta zębami na nowe ograniczenia, ale zagryza uzdę i ciągnie rydwan władcy dalej. Żadnych niepotrzebnych ruchów, żadnych deklaracji politycznych, zwłaszcza tych krytycznych wobec państwa. Pieniądze lubią ciszę. Nawet gdy tuż obok rozrywają się pociski, biznes tego nie komentuje.

Pierwsze miejsce wśród najbogatszych Rosjan zajął Wagit Alekpierow – 28,6 mld, firma Łukoil; kolejne: rodzina Michelsonów – 27,4 mld, firma Novatek; Władimir Lisin – 26,6 mld, metalurgia, przewozy; rodzina Mordaszowów – 25,5 mld, ropa, gaz, bankowość, wydobycie złota itd.; Władimir Potanin – 23,7 mld, firma Nornikiel, holding Interros (pełna lista tutaj). Od lat te same nazwiska, raz trochę w górę, raz trochę w dół, w zależności od zwyżki lub spadku notowań na giełdzie.

Ale jest wyjątek. Na ósmym miejscu został sklasyfikowany z majątkiem 15,5 mld dolarów Paweł Durow, założyciel i właściciel komunikatora Telegram – Durow mieszka za granicą i nie przynależy do „rodzinki” putinowskich krezusów, obsługujących interesy Kremla. Ostatnio udzielił wywiadu Tuckerowi Carlsonowi, amerykańskiemu lobbyście (temu, który w lutym przeprowadził głośny wywiad z Putinem). W rozmowie wyjaśnił: „Zaproponowano mi dwa warianty: albo podporządkować się wymaganiom władz, albo wyjechać z kraju. Wybrałem drugi wariant”. Durow odciął się od rosyjskiego państwa, które, jego zdaniem, wywiera ogromny nacisk na sferę biznesu.

Zejdźmy z polityczno-biznesowych wyżyn, by zlustrować to, co się dzieje z tymi, co nie mają szans na wpisanie na listę „Forbesa”. Osią, wokół której obraca się życie wielu Rosjan, jest wojna. Jednym podcięła skrzydła i zmusiła do wyjazdu z kraju, innym dała zajęcie i uchyliła okienko niewielkich, bo niewielkich, ale jednak możliwości zmian. Motywacją dla wielu z tych, którzy sami zgłaszają się, by iść powojować z Ukrainą, są pieniądze wypłacane przez ministerstwo obrony. Ludzie z prowincji, niemający przez lata pracy albo zarabiający niewiele, podpisują kontrakty, aby zarobionymi na krwi środkami spłacić kredyt albo kupić wymarzony samochód.

Nie wszystkim udaje się zrealizować marzenia. Dochodzi do kuriozalnych sytuacji. Kobieta z Ałtaju skarży się, że za odszkodowanie za śmierć starszego syna, który zginął na ukraińskim froncie, nie udało się zrobić remontu rozwalającego się domu: wystarczyło tylko na wymianę okien. Miejscowi urzędnicy odwiedzają kobietę, ściskają jej rękę, na ścianie domu przymocowali tablicę pamiątkową na cześć poległego. Ale mówią, że pomóc z remontem nie mogą: w lokalnym budżecie nie ma na to pieniędzy. „W lokalnym budżecie są pieniądze tylko na zapewnienie mieszkań dzieciom urzędników” – dopowiada komentator. Nadzieją matki jest młodszy syn: „Może gdy pójdzie walczyć, to zarobi chociaż na wymianę dachu”.

tygodnikpowszechny.pl

poniedziałek, 29 kwietnia 2024


Newsweek: Kiedy niedawno pisaliśmy, jaka jest statystyczna Polka, jedna z naszych bohaterek mówiła: "Wykańcza mnie mój perfekcjonizm. Chcę wszystko robić na więcej niż 100 proc.". Też słyszy pani w gabinecie takie wyznania?

Cveta Dimitrova: Takie słowa padają często nie tylko w gabinetach terapeutycznych, ale też w wielu codziennych rozmowach. Wszyscy mniej lub bardziej cierpimy na tę chorobę.

Właściwie jaką?

– To stan umysłu, w którym mnóstwo energii psychicznej kierowanej jest na osiągnięcie celu, jakim jest ideał. Tak jakby codzienne życie i realne potrzeby już się nie liczyły. Uwierzyliśmy, że nasze życie ma być perfekcyjne: mamy osiągnąć doskonałość w jodze, gotować zdrowe posiłki, utrzymać wagę, dobrze wyglądać, nadążać za tym, co ważne, interesujące… Ale wtedy właściwie przestajemy być sobą, cała energia jest skierowana na realizację projektu idealnego siebie. Kiedy dbanie o siebie nie jest sprawianiem sobie radości, ale staje się zadaniem, ludzie stają się śmiertelnie zmęczeni. To ciężka praca: być idealnym rodzicem, kochanką, pracownikiem, kobietą, mężczyzną, przyjacielem. I to nieosiągalne dla jednostki.

Ale dalej próbujemy.

– Wiele osób nie potrafi zaakceptować, że są obszary, w których nie potrafią być idealni, że mogą być świetni albo bardzo dobrzy tylko w jakimś wycinku. Bo to strata wyobrażeń na swój temat, a to zawsze boli.

Po co szukamy kolejnych wyzwań?

– Ludzie stracili zaufanie do świata, społeczeństwa, polityków, religii. Wierzą tylko sobie. Karmimy się iluzją, że możemy osiągnąć jakiś stan ideału, który będzie nas chronił przed różnymi rozczarowaniami, które przynosi życie. Jeżeli będę doskonała, to nikt mi nie zrobi krzywdy, świat mnie nie zrani, nie odrzuci. Kiedyś dzięki rodzinie, szerzej – strukturze społecznej, ludzie byli osadzeni w międzypokoleniowym systemie, sieć tych relacji dawała siłę. Teraz jesteśmy coraz bardziej samotni w świecie i wydaje nam się, że jeżeli nie będziemy doskonali, to w nim nie przetrwamy. Nie mamy wpływu na wojny, kryzysy gospodarcze, zmiany klimatu, relacje z bliskimi są trudne i wymagające, to co nam pozostaje?

Inwestycja w siebie: lepszą sylwetkę, bycie idealnym rodzicem, kochankiem, maratończykiem, hodowcą roślin doniczkowych…

– Dokładnie tak. Dodatkowo wspiera to przekaz społeczny, który mówi: trzeba cały czas się rozwijać, udoskonalać. Perfekcjonizm zajął miejsce poszukiwania egzystencjalnego sensu, odpowiadania sobie na pytania: kim jestem. Współczesne społeczeństwa zachodnie odwróciły się od życia introspekcyjnego. To widać w prymacie kultury wizualnej, liczy się obraz, szybkie wnioski.

onet.pl

sobota, 27 kwietnia 2024


Aby zrozumieć, o co chodzi w aresztowaniu Iwanowa, The Moscow Times porozmawiał z dwoma źródłami w rosyjskim rządzie i z jedną osobą zbliżoną do Kremla. Wszyscy zgodzili się z nami porozmawiać wyłącznie z zachowaniem pełnej anonimowości. I wszyscy powiedzieli nam to samo: posłanie wiceministra za kratki świadczy o erozji wpływów Siergieja Szojgu, wieloletniego zausznika Putina i o wzroście znaczenia ludzi związanych ze służbami.

— Przede wszystkim aresztowanie Iwanowa to redystrybucja "korytka". Iwanow nadzorował nie tylko budowy, ale także kontrakty wojskowe, czyli najsmaczniejsze i największe kąski. To oznacza, że jest to bardzo poważny cios polityczny dla całej frakcji ministra Szojgu — mówi The Moscow Times jeden z urzędników państwowych.

(...)

Dla służb bezpieczeństwa, a także dla rosyjskich elit nie było jednak tajemnicą, że Iwanow bardzo lubił wystawne i luksusowe życie (które polubiła także jego rodzina).

— Rzeczywiste nadużycia w zakresie dysponowania majątkiem armii były liczne. Ale za to powinni aresztować [Iwanowa] wiele lat temu — mówi The Moscow Times źródło zbliżone do Ministerstwa Obrony.

Nasze źródło wskazuje jednocześnie, że aresztowanie — które miało miejsce zaledwie kilka tygodni przed uroczystym rozpoczęciem przez Putina piątej kadencję i początkiem formowania nowego rządu — "dużo mówi o przyczynach politycznych i nie najsilniejszej pozycji Szojgu".

Nasi informatorzy zgadzają się co do tego, że aresztowanie Iwanowa nie będzie miało wpływu na zdolność rosyjskiej armii do kontynuowania inwazji na Ukrainę, ponieważ Iwanow "nie miał nic wspólnego ze sprawami wojskowymi". — Najprawdopodobniej nie przeszkodzi to nawet Siergiejowi Szojgu w utrzymaniu stanowiska w nowym rządzie. Ale jego pozycja zostanie zauważalnie osłabiona — mówi nam jeden z urzędników.

— Ogólnie rzecz biorąc, to, co się stało, leży również w interesie Putina. On nigdy nie pozwala żadnej grupie stać się zbyt silną. A [samo aresztowanie] zostanie przedstawione opinii publicznej jako walka z korupcją — dodaje kolejny informator.

Jak mówi nam Andriej Sołdatow z think tanku Center for European Policy Analysis, aresztowanie Iwanowa prawdopodobnie oznacza, że FSB zbiera również brudy na cały resort obrony i jego szefa. — Iwanow będzie teraz zeznawał przeciwko wszystkim. Ale uwaga: zazwyczaj jest to sposób kontroli, a nie represji. W ten sposób kremlowski reżim dba o utrzymanie porządku wśród podwładnych — mówi nam ekspert.

onet.pl

Wszystko wskazuje jednak na to, że wspaniała historia Spirydona Putina jest efektem kreacji kremlowskich propagandzistów. Przeszłość prezydenckiego przodka usiłował zbadać Witold Szabłowski. "W Petersburgu rozmawiałem z wieloletnim, legendarnym dyrektorem restauracji Astoria. On powiedział mi wprost, że o dziadku prezydenta nigdy nie słyszał. Ale później, na wszelki wypadek, poprosił, żeby nie podawać jego nazwiska" — pisał dziennikarz w książce pt. "Rosja od kuchni".

O dziadku prezydenta nie chciał rozmawiać również dyrektor zabytkowego pałacu w Gorkach Moskiewskich, gdzie Spirydon miał gotować dla Włodzimierza Lenina. Urzędnik usiłował przekonać polskiego dziennikarza, że jego podwładni wciąż szukają dokumentów, które potwierdzą istnienie słynnego kucharza. Gdy Szabłowski zauważył, że przecież Lenin miał inną kucharkę, dyrektor stwierdził jedynie: skoro prezydent powiedział, że jego dziadek tu pracował, to pracował.

Bezskuteczne poszukując informacji o dziadku rosyjskiego przywódcy, polski dziennikarz "zrozumiał, że nie znajdzie żadnych dowodów na to, że Spirydon Putin gotował w Astorii i że Rasputin podarował mu złotą monetę".

"Podobnie jak nie ma dowodów, że gotował dla Lenina albo dla Stalina. Spirydon Putin przez całe życie gotował w sanatoriach, w tym w sanatorium dla członków partii – i tyle. I owszem, mogli być wśród nich i Nikita Chruszczow, następca Stalina, i Wiaczesław Mołotow, bo tak powiedział w wywiadzie wujek Władimira Putina, Aleksander. I może raz albo dwa został poproszony, żeby ugotować coś na bankiet, na którym gościem był Stalin" — konkluduje w swojej książce Witold Szabłowski.

onet.pl

piątek, 26 kwietnia 2024



— Rosja również nie ma złudzeń co do swojej zdolności eksportowej do Indii — mówi Cowshish, odnosząc się do tego, że jej krajowe potrzeby obronne uległy zwielokrotnieniu. Na przykład Indo-Russian Rifles Private Limited — fabryka założona w 2019 r., aby współprodukować ponad 600 tys. karabinów szturmowych dla indyjskich sił zbrojnych — podobno wciąż czeka na dostawę transz rosyjskich kałasznikowów.

Według Rahula Bediego, dziennikarza zajmującego się obronnością w New Delhi, to tylko jeden z wielu produktów, których Rosja nie dostarczyła. — Nikt publicznie o tym nie mówi, ponieważ jest to tak delikatna sprawa — zauważa ekspert.

— Rosja miała dostarczyć pięć systemów obrony powietrznej S-400 — pozostały dwa i nie poczyniono żadnych postępów. Następnie chcieliśmy wydzierżawić rosyjski atomowy okręt podwodny, który miał być u nas do 2025 r. Teraz, jak rozumiem, leasing mógł zostać wycofany. Ponadto były cztery fregaty — dwie rosyjskie, a pozostałe dwie miały być wspólnie wyprodukowane w Goa. I w tym obszarze również nic się nie wydarzyło — mówi Bedi. — To ogromny bałagan — dodaje.

Część sprzętu nie dotarła, ponieważ Moskwa jest zajęta produkcją broni dla własnych wojsk i nie ma przepustowości na eksport. Inne elementy utknęły, ponieważ Indie nie chcą naruszać zachodnich sankcji nałożonych na Rosję.

Co więcej, jeszcze przed wojną Indie uznały, że jakość niektórych rosyjskich produktów importowanych — takich jak myśliwce MiG-29K — nie spełnia norm. Wydajność rosyjskiego sprzętu na ukraińskim polu bitwy również okazała się szokiem.

(...)

Mimo wszystko Indie nadal będą pielęgnować swoje stosunki z Rosją — nawet w obliczu spadku importu sprzętu obronnego. Coraz cieplejsze relacje Chin i Rosji niepokoją indyjskie władze. Dlatego New Delhi będzie chciało utrzymać Moskwę w gronie swoich przyjaciół.

970 mln głosujących i największe wybory świata. Waży się przyszłość strategicznego sojusznika Zachodu. Może być ratunkiem przed Chinami
A w związku z tym, że prawie 65 proc. indyjskiego sprzętu — w tym helikoptery, czołgi i myśliwce — pochodzi z Rosji, kraj ten nie może z dnia na dzień odciąć się od importu.

Mimo to, z niemal samodzielnego uzbrajania indyjskich sił obronnych w latach 60., Rosja została zdegradowana do bycia tylko jednym z wielu partnerów. To nieoczekiwana strata dla rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego, która jest spowodowana głównie inwazją Putina na Ukrainę.

onet.pl


Kolejnym wyzwaniem dla sił ukraińskich po wycofaniu się z Awdijiwki jest słabość linii obrony położonych dalej za frontem. Według serwisu DeepState, który monitoruje sytuację na froncie, deklarowane przez dowództwo SZU "przygotowane pozycje" okazały się zupełnie nieprzystosowane do potrzeb.

W rezultacie wycofujące się siły nie były w stanie ufortyfikować się na linii Stepowoje — Lastoczkino — Opytne na zachód od Awdijiwki i musiały wycofać się na linię Berdyczów — Orłowka — Tonienkoje — Wodianoje. Sytuacja z fortyfikacjami tam też pozostawiała wiele do życzenia, lecz obronę wspomagał łańcuch w większości sztucznych zbiorników wodnych. Pokonanie tej linii obronnej zajęło rosyjskim siłom zbrojnym ponad miesiąc i wiązało się z poważnymi stratami.

Przysparzają Rosjanom bólu głowy. Pięć systemów uzbrojenia, które mogą odmienić losy wojny w Ukrainie
Ogólnie można powiedzieć, że pomimo zdobycia Awdijiwki, siłom rosyjskim jak dotąd nie udało się wykorzystać sukcesu i uzyskać przestrzeni operacyjnej w północno-zachodniej części obwodu donieckiego.

Podobna sytuacja miała miejsce po ostatecznym zdobyciu Marinki. Po rozszerzeniu strefy kontroli wokół miasta rosyjskie siły zbrojne ugrzęzły w walkach w sąsiednich miejscowościach, podczas gdy perspektywy dotarcia do Wuhłedaru pozostają mgliste.

Jedną z przyczyn tego stanu rzeczy jest wyjątkowo niska jakość nowych żołnierzy kontraktowych, którzy często nie są odpowiednio wyszkoleni, oraz dowódców "średniego szczebla" do poziomu brygady włącznie. Konsekwencją tego są "ataki mięsne" bez minimalnego niezbędnego wsparcia zwiadowczego, artyleryjskiego i UAV.

Ta taktyka (a raczej jej brak) prowadzi do ogromnych strat w pojazdach opancerzonych (przez pół roku walk w rejonie Awdijiwki tylko wizualnie potwierdzone straty przekroczyły 1 tys. sztuk), a co za tym idzie — do ich niedoboru w oddziałach. Na polu bitwy coraz częściej pojawiają się przestarzałe czołgi T-62 i T-54/55 (często używane jako "taksówki dla piechoty"), tzw. samochody golfowe (czyli chińskie nieopancerzone pojazdy Desertcross), a nawet motocykle (te ostatnie dają jednak pewną przewagę w szybkości i skrytości, pozwalając żołnierzom dotrzeć do okopów wroga). Ponadto coraz więcej rosyjskich żołnierzy jest dowożona na pole bitwy na czołgach, co czyni ich podatnymi na ataki dronów.

Próbując zachować czołgi, Rosjanie wzmacniają pancerz tak bardzo, jak tylko mogą, rezygnując nawet z możliwości obracania wieżyczki (tym samym skutecznie ograniczając ich rolę do dział szturmowych wspierających piechotę).

Oczywistym jest, że przy braku dużych dostaw pojazdów opancerzonych np. z KRLD czy Chin sytuacja Rosji będzie się nadal pogarszać — według niektórych źródeł w 2026 r. w rosyjskich magazynach zabraknie czołgów i wozów bojowych, a tempo "uzdatniania" i modernizacji sprzętu nieuchronnie spadnie ze względu na zły stan pozostałych zasobów (co do zasady, z magazynów najpierw wyciąga się lepiej zachowane egzemplarze, a później sięga po te gorsze).

(...)

Problemy z uzupełnianiem strat mają jednak także rosyjskie siły zbrojne. Deklarowane przez władze dostawy czołgów i wozów bojowych za 2023 r. są imponujące (odpowiednio 1 tys. 530 i 2 tys. 518 sztuk), lecz najprawdopodobniej nie pokryły one nawet strat na froncie. Ponieważ Kreml nie radzi sobie z zapewnieniem wystarczających dostaw, na froncie pojawiają się przestarzałe maszyny z czasów radzieckich.

Jak jednak wynika z obliczeń ukraińskich śledczych OSINT (czyli korzystających z tzw. otwartych źródeł) liczba czołgów wyciąganych przez Rosjan każdego miesiąca z magazynów od dłuższego czasu nie rośnie. To oznacza, że Rosjanie osiągnęli maksimum, jeśli idzie o swoją zdolność przywracania temu sprzętowi zdatności. Jednocześnie rosyjski "przemysł obronny" zdołał zwiększyć produkcję amunicji artyleryjskiej, która wraz z dostawami z Iranu i KRLD zapewnia Kremlowi przewagę na polu bitwy (choć pojawiają się skargi na jakość koreańskich nabojów).

Rosjanie mogą się pochwalić, że liczba planowanych zrzutów bomb lotniczych przekroczyła 2 tys. miesięcznie, a produkcja dronów Shahed i rakiet pozwala na regularne naloty na terytorium Ukrainy. Jedynym obszarem, w którym rosyjskie siły zbrojne nie zdołały jeszcze osiągnąć pewnej przewagi lub przynajmniej parytetu z SZU są małe drony szturmowe. Wojenni blogerzy obwiniają za to państwo, które "kupiło 1 mln dronów z jednym typem oprogramowania na pokładzie, więc kiedy wróg znalazł na nie sposób, to ów 1 mln dronów stał się stosem części".

(...)

Pomimo oświadczeń o planowanej, nowej ukraińskiej kontrofensywie oczywiste jest, że SZU spędzą większość 2024 r. w defensywie. Kijów przygotowuje się do tego, przeznaczając fundusze na budowę linii obronnych przypominających "Linię Surowikina", która powstrzymała ukraińską kontrofensywę na południu w 2023 r.

Michael Kofman, jeden z czołowych zachodnich ekspertów do spraw wojny rosyjsko-ukraińskiej uważa, że przy wystarczającym wsparciu Zachodu i problemach z uzupełnieniami Ukraina będzie w stanie utrzymać w tym roku front, po czym przewaga Rosji może zacząć się kurczyć.

Nie jest też do końca jasne, jak dokładnie Rosja zamierza wygrać wojnę. Rusłan Puchow, dyrektor Centrum Analiz Strategicznych i Technologicznych – think tanku bliskiego rosyjskiemu ministerstwu obrony — uważa ukraińską obronę za "dość stabilną" i wiąże ewentualne sukcesy sił rosyjskich z koniecznością podjęcia nowych działań mobilizacyjnych.

Nowa mobilizacja zależy od decyzji o podjęciu ewentualnej ofensywy na Charków, ponieważ nie można tego zrobić obecnymi siłami. Jednak Kreml może nie zdecydować się na taki środek (zwłaszcza, że zmobilizowane oddziały prawdopodobnie nie otrzymają wystarczającej ilości sprzętu), pozostawiając wojnę na obecnym poziomie intensywności i z głównym celem, czyli zajęciem całego obwodu donieckiego.

Do radykalnych decyzji na froncie może skłonić rosyjskie dowództwo fakt, że czas działa na jego niekorzyść. Jak szacują eksperci Royal United Services Institute (RUSI) – brytyjskiego think tanku specjalizującego się w kwestiach obronności — szczyt potęgi militarnej Rosji przypadnie na 2024 r., a w 2025 r. zaczną narastać problemy z dostawami broni. Do 2026 r. zapasy radzieckiej broni w magazynach wyczerpią się, a nowa produkcja nie będzie w stanie zaspokoić potrzeb frontu. Do tego momentu rosyjskie władze powinny więc zmusić Ukrainę do kapitulacji lub przynajmniej do zawarcia w tym czasie korzystnego dla Rosji porozumienia pokojowego.

Biorąc pod uwagę obecne tempo ofensywy, nadal nie jest jasne, jak dokładnie to zrobić. W związku z tym Kreml może mieć tylko nadzieję albo na całkowite wyczerpanie się SZU w wyniku niepowodzenia mobilizacji i/lub niewystarczającej zachodniej pomocy wojskowej, albo na katastrofę humanitarną wywołaną zniszczeniem infrastruktury energetycznej i grzewczej.

onet.pl


Prezydent Rosji Władimir Putin uzasadnił 25 kwietnia ciągłe wysiłki Rosji na rzecz nacjonalizacji rosyjskich przedsiębiorstw, w tym przedsiębiorstw bazy przemysłowej sektora obronnego (DIB). Putin oświadczył na Kongresie Rosyjskiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców, że rosyjskie organy ścigania wszczęły bliżej nieokreśloną liczbę spraw w celu nacjonalizacji przedsiębiorstw, gdy działania właścicieli znacjonalizowanych przedsiębiorstw spowodowały bezpośrednią szkodę dla rosyjskich interesów, co Putin określił jako jedyną akceptowalną okoliczność, aby państwo rosyjskie przejęło spółkę. Rosyjska opozycyjna gazeta „Nowaja Gazieta” na wygnaniu podała 12 marca, że ​​od czasu inwazji Rosji na Ukrainę na pełną skalę w 2022 r. władze rosyjskie złożyły 40 żądań nacjonalizacji ponad 180 firm o wartości ponad biliona rubli (około 10,8 miliarda dolarów, czyli około 0,6 procent rosyjskiego PKB). 25 kwietnia północno-zachodnia stacja Radia Wolna Europa/Radio Liberty Sever Realii oświadczyła, że ​​Rosja znacjonalizowała firmy produkujące metale ziem rzadkich, produkty przemysłu obronnego, elektronikę, metanol, żelazostopy i materiały wybuchowe, a także kilka firm niezwiązanych z potrzebami wojskowymi, jak salon samochodowy Rolf należący do byłego deputowanego Dumy Państwowej Siergieja Pietrowa, który krytykował rosyjski rząd.

understandingwar.org


Według doniesień siły rosyjskie rozmieszczają w krytycznych sektorach frontu drony przystosowane do większej odporności na ukraińskie zdolności w zakresie walki elektronicznej (EW), prawdopodobnie w celu wykorzystania nowych możliwości technologicznych do wykorzystania ograniczonego czasu, zanim amerykańska pomoc w zakresie bezpieczeństwa dotrze na Ukrainę.  15 kwietnia Ukraińska Prawda podała, że jej źródła w ukraińskim Sztabie Generalnym podały, że liczba rosyjskich dronów w „gorących” sektorach linii frontu „co najmniej się podwoiła” w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Źródła ukraińskiego Sztabu Generalnego podały, że siły rosyjskie używają zmodernizowanych dronów działających na częstotliwościach od 700 do 1000 MHz, które dla ukraińskich EW są trudne do zagłuszania, ponieważ ukraińskie systemy EW są przeznaczone głównie do zakłócania rosyjskich dronów działających na częstotliwościach około 900 MHz. Źródła podały, że Ukraina opracowuje ujednolicony system gromadzenia informacji o adaptacjach rosyjskich dronów, aby szybko dostosować ukraińskie systemy walki elektronicznej do zwalczania rosyjskich dronów. ISW oceniło wcześniej, że siły rosyjskie próbują dostosować swoją technologię i taktykę dronów na linii frontu w ramach wyścigu zbrojeń w zakresie ataku i obrony, aby złagodzić ukraińskie dostosowania technologiczne mające na celu zrównoważenie rosyjskich przewag materialnych. Rosyjskie wojsko prawdopodobnie zdecydowało się na rozmieszczenie dronów działających na częstotliwości trudniejszej do zagłuszenia dla ukraińskiego EW, aby wesprzeć dalsze operacje naziemne w krytycznych sektorach linii frontu w celu dalszego wykorzystania ukraińskich niedoborów sprzętu. Rosyjskie wojsko mogło ocenić, że siły ukraińskie ostatecznie dostosują swoje systemy EW do zakłócania dronów w większym zakresie częstotliwości i zatrudnią je teraz do wspierania trwających operacji ofensywnych, podczas gdy siły ukraińskie czekają na przybycie pomocy z USA. Schemat wykorzystywania przez jedną stronę przelotnej przewagi technologicznej w celu wspierania natychmiastowych operacji naziemnych przez cały czas jej trwania prawdopodobnie stanie się cechą charakterystyczną tego rodzaju konfliktu.

understandingwar.org