poniedziałek, 11 marca 2024



Angola to już czwarty kraj, po Ekwadorze, Katarze i Indonezji, który opuścił OPEC w ostatniej dekadzie. Jeszcze w 2010 r. OPEC miała udział w światowym rynku ropy naftowej na poziomie 34 proc. Teraz, po odejściu Angoli, spadł on do poziomu około 27 proc. Do tego spadku w znacznym stopniu przyczyniła się też konkurencja zza granicy – głównie produkcja w Stanach Zjednoczonych, która szybko rośnie od 2010 r. Od 2018 r. USA są największym na świecie producentem ropy. Większość surowca zużywają na własne potrzeby, a najważniejszym eksporterem pozostaje Arabia Saudyjska, czyli drugi producent świata. Saudyjczycy są też najbardziej wpływowym członkiem zarówno OPEC, jak i OPEC+. W styczniu tego roku do OPEC+ dołączyła co prawda Brazylia, co wzmacnia pozycję organizacji na świecie, ale kraj nie przyłączył się do cięć wydobycia ogłoszonych przez organizację.

Według Jorge’go Leóna kraje OPEC+ są silnie zdeterminowane, aby utrzymać dolny próg cenowy powyżej 80 USD za baryłkę w drugim kwartale tego roku. Jednakże mimo cięć oraz napięć politycznych związanych z atakami Hutich na Morzu Czerwonym ceny ropy pozostają stosunkowo niskie – znacznie poniżej poziomu 100 USD za baryłkę z lata 2022 r. 

Rynek w dużej mierze spodziewał się decyzji o przedłużeniu ograniczeń, a ceny surowca wzrosły jeszcze przed ogłoszeniem. Kolejne decyzje powinny zapaść 1 czerwca na spotkaniu ministrów OPEC+. Kraje członkowskie mają nadzieję na „powrót baryłek na rynek”, ale wszystko zależy od warunków rynkowych – z pewnością nie będą chciały tworzyć nadwyżki podaży. Przewidywania dotyczące popytu w drugiej części roku są rozbieżne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) prognozuje wzrost zapotrzebowania o 1,2 mln bpd, a same kraje OPEC – o 2,2 mln bpd.

Wszystko to odbywa się na tle przemian gospodarczych w Arabii Saudyjskiej. Książę koronny Muhammad ibn Salman realizuje swoją wizję zawartą w Saudi Vision 2030. Zgodnie z nią planuje dywersyfikację gospodarki i zmniejszenie zależności kraju od ropy naftowej. Zwrot w polityce królestwa jest ewidentny. Pod koniec stycznia 2024 r. Rijad nakazał państwowemu koncernowi Saudi Aramco porzucenie projektu zwiększenia mocy produkcyjnych z obecnego poziomu 12 do 13 mln baryłek do 2027 roku. Zaoszczędzone środki posłużą m.in. transformacji energetycznej kraju. W ocenie Financial Times książę potrzebuje ceny ropy na poziomie około 100 USD za baryłkę, aby sfinansować swoje reformy.

energetyka24.com


Sukcesywne zacieśnianie zachodniego reżimu sankcyjnego wobec rosyjskiego sektora LNG nasila problemy branży, która zmaga się z poważnymi trudnościami zagrażającymi jej dalszemu rozwojowi. Embargo technologiczne i inne restrykcje doprowadziły do opóźnień w budowie nowych instalacji skraplających oraz spiętrzenia wyzwań związanych z logistyką i finansowaniem. Sankcje generują również dodatkowe koszty dla państwa oraz obniżają dochody ze sprzedaży gazu.

Rosyjscy decydenci upatrują w rozwoju LNG szansę na uniezależnienie się od ograniczeń infrastrukturalnych i politycznych, które charakteryzują rurociągowy przesył gazu. Wskutek decyzji Kremla Gazprom utracił znaczną część rynku europejskiego, a przekierowanie dostaw na rynki azjatyckie pozostaje niepewne. Stąd konieczność rozbudowy zdolności eksportowych gazu skroplonego jawi się jako jeszcze pilniejsza. Problemy sektora LNG oddziałują zatem negatywnie na perspektywę eksportu rosyjskiego gazu jako takiego.

W związku z trwającą na Zachodzie dyskusją o dalszym zaostrzaniu sankcji wobec Federacji Rosyjskiej (FR) warto rozważyć podjęcie działań w celu spowolnienia wzrostu sprzedaży rosyjskiego LNG. Oprócz dalszego obejmowania sankcjami podmiotów zaangażowanych w tę gałąź eksportu uzasadnione jest wprowadzenie unijnego embarga na rosyjski gaz skroplony. Biorąc pod uwagę prognozowaną zwyżkę podaży LNG na rynku globalnym w perspektywie najbliższych dwóch–trzech lat, odejście od jego importu z FR jest możliwe. W ten sposób zlikwidowano by europejską zależność od Kremla w tym obszarze (rosyjski LNG stanowi blisko 14% całości importu skroplonego surowca do UE), oddalając zagrożenie w postaci jej politycznego wykorzystywania i przybliżając Unię Europejską do zadeklarowanego celu rezygnacji z dostaw z tego kierunku od 2027 r.

Przed 2022 r. znaczenie sektora LNG dla rosyjskiego budżetu było relatywnie nieduże – i to pomimo formułowanych przez Kreml planów skokowego zwiększenia eksportu. Ten stan rzeczy wynikał zarówno z ulgowego traktowania pod względem fiskalnym podmiotów zaangażowanych w rozwój tej branży, jak i relatywnie niewielkiego wolumenu LNG w całości struktury sprzedaży rosyjskiego gazu. W 2021 r. z FR wyeksportowano 40,1 mld m3 tego paliwa przy ponad 200 mld m3 eksportu gazu rurociągowego. LNG odpowiadało zatem za 16% realizowanej przez Moskwę sprzedaży surowca za granicę.

W ciągu ostatnich dwóch lat znaczenie gazu skroplonego dla Rosji istotnie się jednak zwiększyło. W 2023 r. surowiec w tej postaci stanowił jedną trzecią jej eksportu gazu ogółem. Paradoksalnie wzrost roli sektora nastąpił nie dzięki zwiększeniu wolumenu wywożonego LNG, lecz wskutek drastycznego spadku sprzedaży gazu rurociągowego. Od 2021 r. Kreml jednostronnie ograniczył eksport surowca do Europy, aby wywołać kryzys energetyczny w UE. W efekcie w 2023 r. Rosja wyeksportowała o 116 mld m3 gazu mniej niż w 2021 r. Całość tej redukcji przypadła na kierunek zachodni.

Decyzja Moskwy o zmniejszeniu przesyłu gazu na Zachód wraz z sukcesywnym odchodzeniem UE od dostaw z Rosji przyczyniły się do znaczącego spadku realizowanego eksportu gazu rurociągowego. W tej sytuacji, przy niepewnej możliwości przekierowania „utraconych” wolumenów na inne rynki, Kreml stoi przed koniecznością poszukiwania nowych szlaków eksportu surowca.

Skokowe zwiększenie rurociągowego wywozu do Azji jest obecnie wykluczone ze względu na brak połączeń pomiędzy magistralami przesyłającymi surowiec ze złóż zachodnio- i wschodniosyberyjskich, a także niewystarczającą przepustowość gazociągów eksportowych do Chin i Azji Centralnej. W tym kontekście rozwój mocy skraplających oraz idący za tym wzrost sprzedaży LNG miałyby rekompensować spadek eksportu rurociągowego.

Rosyjscy decydenci widzą w eksporcie LNG sposób na włączenie się w globalny rynek bez konieczności oglądania się na przeszkody infrastrukturalne i polityczne. Świadomość potrzeby rozwoju tego sektora sprawia, że Kreml podejmuje bezprecedensowe działania mające stymulować ten proces poprzez m.in. umożliwienie skraplania surowca pochodzącego z systemu przesyłowego na szerszą skalę, co narusza dotychczasową pozycję Gazpromu. Od 2023 r. odnotowuje się również zwiększenie opodatkowania eksporterów LNG, co uwidacznia znaczenie tego sektora dla państwa.

Eksport gazu skroplonego realizowany drogą morską za pomocą metanowców (statków przeznaczonych do transportu LNG) daje większą swobodę wyboru odbiorcy – elastyczność globalnego rynku pozwala na przekierowywanie wolumenów tam, gdzie jest popyt i pochodzenie surowca jest akceptowalne. Aktualne uwarunkowania transportu LNG działają jednak na niekorzyść Rosji. O ile strukturalne właściwości światowego handlu ropą (duża podaż tankowców, obecność traderów funkcjonujących poza zachodnim systemem finansowym, zjawisko „floty cienia” transportującej surowiec z m.in. Iranu i Wenezueli) umożliwiły Rosji zredukowanie wpływu sankcji na poziom eksportu tego surowca, o tyle w przypadku wywozu gazu skroplonego podobne zabiegi – jak chociażby korzystanie z usług transportowych podmiotów gotowych do poniesienia ryzyka sankcyjnego – będą z kilku powodów mało skuteczne.

Po pierwsze liczba metanowców na świecie jest o wiele mniejsza niż tankowców. W 2023 r. aktywnych było 668 jednostek transportujących LNG, podczas gdy ropę i produkty ropopochodne przewozi blisko 9 tys. statków[4]. Relatywnie niewielka flota przystosowana do przewozu gazu skroplonego zawęża perspektywy wypracowania alternatywnych łańcuchów dostaw, angażujących traderów i armatorów gotowych do operowania w „szarej strefie”. Ograniczona liczba metanowców ułatwia także ewentualną identyfikację tych jednostek, które łamałyby potencjalne sankcje.

Po drugie szlaki logistyczne rynku LNG nie są tak elastyczne jak w przypadku ropy – tankowce mogą bowiem zmieniać swój punkt docelowy w trakcie żeglugi bądź cumować na otwartym morzu przez długi czas, podczas gdy jednostki przewożące gaz skroplony takiej swobody nie mają (wydłużenie szlaku transportowego z wykorzystaniem przewożonego ładunku jako paliwa napędzającego silnik statku jest utrudnione ze względu na konieczność eksploatacji odparowującego gazu).

Co więcej, techniczna specyfika rozładunku LNG zawęża możliwość ukrywania pochodzenia ładunku poprzez niejawne działania, jak chociażby przeładunek burta w burtę (przeładowanie paliwa na otwartym morzu z jednego statku na drugi w celu uniknięcia sankcji). W tym kontekście istotne jest położenie geograficzne zakładów skraplających LNG w Rosji, dodatkowo zmniejszające elastyczność dostaw. Do wywozu produkcji z instalacji znajdujących się za kołem podbiegunowym (Jamał LNG, Arktyczny LNG 2) konieczne są statki zdolne do operowania na zamarzających wodach, których liczba jest ograniczona.

Po trzecie globalne dostawy LNG bazują głównie na długoterminowych kontraktach, co dodatkowo redukuje potencjał pojawienia się „szarej strefy”.

Faktyczna rozbudowa rosyjskich mocy skraplających oraz idące za tym zwiększenie eksportu LNG są niełatwe do urzeczywistnienia ze względu na zapóźnienie technologiczne. Słaby punkt stanowi przede wszystkim dotychczasowe uzależnienie od zachodniego know-how, czego przykładem są istniejące w Rosji zakłady skraplające. Wszystkie funkcjonujące linie produkcyjne operują na bazie zachodnich technologii, które obecnie trudno jest zastąpić własnymi bądź wypracowanymi poza krajami G7. Wyjątek stanowi jedna instalacja przy zakładzie Jamał LNG, która pomimo zastosowania rodzimych rozwiązań technologicznych i tak korzysta w znacznej mierze z komponentów sprowadzonych z zagranicy[5].

Wprowadzając sankcje, zachodni decydenci wykorzystują w celu zwiększenia ich efektywności zarówno rosyjskie zapóźnienie technologiczne, jak i specyfikę rynku. Odcięcie FR od zachodnich technologii poskutkowało spowolnieniem tempa prac nad podniesieniem mocy zakładów skraplających dużej skali. Wbrew rządowym deklaracjom z 2021 r. Rosji nie udało się osiągnąć zakładanych celów – do końca 2024 r. zamierzano bowiem uzyskać zdolność produkcyjną na poziomie 46–65 mln ton LNG rocznie, podczas gdy rzeczywista zdolność nominalna wynosi aktualnie ok. 35 mln ton rocznie (przy uwzględnieniu pierwszej linii Arktycznego LNG, operującej od początku br. jedynie z 50-procentową przepustowością).

Embargo technologiczne zmusiło rosyjskich producentów LNG do zmiany terminów oddania do użytku zakładów skraplających na późniejsze. W praktyce może to oznaczać zaniechanie budowy części z nich. Gazprom ponownie poinformował o przesunięciu rozpoczęcia eksploatacji pierwszej linii Bałtyckiego LNG (wspólne przedsięwzięcie z Rusgazdobyczi) z 2023 na 2026 r.[6], co i tak wydaje się założeniem optymistycznym. Przyczyną decyzji było wycofanie się z projektu niemieckiej firmy Linde – generalnego wykonawcy i zarazem dostawcy technologii.

W założeniu władz FR w sferze technologicznej zachodnich kontrahentów mają zastąpić rodzime podmioty. Dotychczas Novatek – największy eksporter LNG z Rosji – opatentował dwie technologie skraplania, z których jedna jest już stosowana (nie wiadomo, w jakim stopniu operuje ona na rosyjskich komponentach). Należy przy tym zaznaczyć, że przepustowość wykorzystującej tę technologię linii wynosi jedynie 0,9 mln ton LNG rocznie, a żadnego z krajowych rozwiązań nie wdrożono w dużej skali. Rodzi to wątpliwości co do ich szerokiej komercjalizacji w krótkim horyzoncie czasowym. Dość powiedzieć, że plany dotyczące zakładów funkcjonujących w całości na bazie rodzimych technologii nie wyszły do tej pory z fazy projektowej.

Ponadto, ze względu na brak możliwości współpracy z zachodnimi podmiotami, przed Rosjanami pojawiły się także przeszkody infrastrukturalne i logistyczne, zmuszające ich do zmian koncepcyjnych w zakresie instalacji. Koronnym przykładem jest tutaj projekt Murmański LNG, który boryka się z konsekwencjami nałożenia na Rosję embarga technologicznego. Z uwagi na niedostępność zachodnich turbin gazowych zakład ma być zasilany energią elektryczną przesyłaną bezpośrednio z elektrowni. Założenia tego projektu przyczyniły się do konfliktu na linii Novatek–Gazprom, m.in. o to, która z firm będzie finansować budowę gazociągu do instalacji[7].

Innym problemem jest obsługa całego sektora przez metanowce – w obliczu sankcji zagraniczne stocznie bądź firmy zaangażowane w dostarczanie konkretnych komponentów dla jednostek wycofały się z kooperacji z Rosjanami bądź zerwały kontrakty[8]. Nawet w wypadku oddania do eksploatacji nowych zakładów LNG może się zatem okazać, że ich produkcja zostanie celowo obniżona przez niemożność wywozu wytworzonego tam skroplonego surowca.

(...)

Biorąc pod uwagę znaczenie sektora LNG dla Kremla, kontynuowanie unijnego importu gazu skroplonego z Rosji stoi w sprzeczności z deklaracjami o zachodnim wsparciu dla Ukrainy. Wielkość wolumenu tej wymiany uległa w ub.r. jedynie niewielkiemu spadkowi względem roku 2022 – o ok. 5%, do poziomu 17,8 mld m3 (obniżenie wartości wymiany wynika z niższych cen gazu w 2023 r.). Stanowi to dowód na to, że do tej pory w UE nie zaistniała wola całkowitego odejścia od rosyjskiego LNG ani nawet znacznej redukcji sprowadzanych wolumenów – stąd brak embarga na to paliwo.

Dla części państw UE (Belgii, Hiszpanii, Francji) gaz skroplony z Rosji stanowi średnio ponad 10% całości importu gazu (częściowo wolumen trafia do odbiorców z innych krajów za pośrednictwem lądowej sieci przesyłowej). Opór wobec implementacji zakazu wykazują przede wszystkim firmy z tych państw unijnych, które podpisały długoterminowe kontrakty na dostawy jeszcze przed 2022 r. (m.in. francuski TotalEnergies i hiszpański Naturgy)[18], obawiające się m.in. reperkusji związanych z zerwaniem umów. Co więcej, znajdujące się w UE terminale służą również jako punkt przeładunkowy[19] – w trzech pierwszych kwartałach 2023 r. ok. 20% całości rosyjskiego importu LNG do UE przyjęto w Belgii i Francji, skąd następnie reeksportowano surowiec na rynki pozaunijne.

Biorąc pod uwagę znaczenie sektora LNG dla Kremla, kontynuowanie unijnego importu gazu skroplonego z Rosji stoi w sprzeczności z deklaracjami o zachodnim wsparciu dla Ukrainy. Wielkość wolumenu tej wymiany uległa w ub.r. jedynie niewielkiemu spadkowi względem roku 2022 – o ok. 5%, do poziomu 17,8 mld m3 (obniżenie wartości wymiany wynika z niższych cen gazu w 2023 r.). Stanowi to dowód na to, że do tej pory w UE nie zaistniała wola całkowitego odejścia od rosyjskiego LNG ani nawet znacznej redukcji sprowadzanych wolumenów – stąd brak embarga na to paliwo.

Dla części państw UE (Belgii, Hiszpanii, Francji) gaz skroplony z Rosji stanowi średnio ponad 10% całości importu gazu (częściowo wolumen trafia do odbiorców z innych krajów za pośrednictwem lądowej sieci przesyłowej). Opór wobec implementacji zakazu wykazują przede wszystkim firmy z tych państw unijnych, które podpisały długoterminowe kontrakty na dostawy jeszcze przed 2022 r. (m.in. francuski TotalEnergies i hiszpański Naturgy)[18], obawiające się m.in. reperkusji związanych z zerwaniem umów. Co więcej, znajdujące się w UE terminale służą również jako punkt przeładunkowy[19] – w trzech pierwszych kwartałach 2023 r. ok. 20% całości rosyjskiego importu LNG do UE przyjęto w Belgii i Francji, skąd następnie reeksportowano surowiec na rynki pozaunijne.

osw.waw.pl

niedziela, 10 marca 2024



Z wyłączeniem okresu pandemii COVID-19 wzrost PKB Chin był w ubiegłym roku najniższy od 1990 r. Wskazuje to na strukturalne spowolnienie gospodarcze pogłębione przez bieżące problemy[1], ale świadczy też o akceptacji Pekinu dla niższego tempa ekspansji. Głównym priorytetem władz ChRL jest bowiem obecnie wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego państwa – m.in. poprzez promowanie przemysłu i eksportu.

Ogłoszony przez premiera Li Qianga w Davos wzrost PKB w 2023 r. na poziomie 5,2% podawany jest w wątpliwość, choć dynamika gospodarcza w istocie zwiększyła się po porzuceniu przez władze strategii „zero COVID” pod koniec 2022 r. Według urzędu statystycznego wzrost PKB w 2022 r. osiągnął 3%. Wiarygodność tych wyliczeń jest jednak niska, a faktyczna dynamika – nieznana. Analitycy wyraźnie różnią się w ocenie. Szacunki zebrane przez agencję Bloomberg dotyczące wzrostu PKB w 2023 r. oscylują w przedziale od 1,5% do 7,2%.

Podstawowym problemem w ocenie odczytu wskaźnika za 2023 r. jest podstawa porównań – wyniki z pandemicznego roku 2022. Oficjalne statystyki zapewne wówczas zawyżono w obliczu gwałtownego spowolnienia w drugim i czwartym kwartale z powodu kolejnych fal COVID-19. Jest mało prawdopodobne, aby wzrost PKB wyniósł 3% w 2022 r. i 5,2% rok później. Przynajmniej jedna z tych dwóch liczb musi mijać się z prawdą. Wbrew oficjalnym danym wzrost gospodarczy w 2022 r. najpewniej oscylował w pobliżu 0, a w 2023 r. również był niższy niż przed pandemią, gdy miał regularnie przekraczać 6%.

Wskaźnik PKB od lat pozostaje narzędziem wewnętrznej i zewnętrznej propagandy Pekinu. Jako podstawowy wyznacznik kondycji gospodarczej ma świadczyć o sukcesach Chin pod rządami partii komunistycznej. Badania ekonomiczne dowodzą, że chińscy statystycy manipulują wielkością deflatora PKB (miarą zmiany cen w gospodarce) i dostosowują w ten sposób wartość nominalną do pożądanej wartości realnej, która jest powszechnie porównywana międzynarodowo[2]. W przeszłości wprost wskazywano na fałszowanie wskaźnika[3]. Ponadto raportowany wzrost PKB jest nie tyle skutkiem aktywności gospodarczej, ile jej przyczyną – władze wyznaczają bowiem co roku oczekiwaną dynamikę na kolejny okres. W efekcie część aktywności nie jest motywowana ekonomiczne i nie ma produktywnego charakteru.

(...)

Tymczasem zadłużenie i tak wzrosło najmocniej w historii ChRL. Zobowiązania z tytułu zagregowanego finansowania realnej gospodarki zwiększyły się w ubiegłym roku o rekordowe 33,9 bln juanów, czyli o niemal 27% PKB. Jak wynika z oficjalnych danych, na koniec 2023 r. sięgnęły 299,9% PKB. Aby wygenerować jednego juana wzrostu PKB, potrzebowano 6,7 juana nowego długu. W ostatnich dwóch dekadach tylko w 2020 r. bilans był gorszy. W chińskich realiach, w których władze państwowe mają niebagatelny wpływ na wielkość i kierunek akcji kredytowej, istotny wzrost zadłużenia oznacza stymulację gospodarki przez Pekin.

Szybko rosnące i wysokie zadłużenie stanowi zagrożenie dla stabilności finansowej państwa oraz świadczy o nieefektywnym ekonomicznie wydawaniu pieniędzy. Inne miary zjawiska wskazują, że w ciągu ostatnich 15 lat chińskie zobowiązania w stosunku do PKB podwoiły się: z ok. 140% wzrosły do przeszło 300%. To bardzo wysoki poziom zadłużenia jak na relatywnie niski poziom rozwoju gospodarki (zob. wykres 4). Szeroki strumień pieniądza napędzał inwestycje i pompował PKB. Ten model gospodarczy stawał się jednak coraz mniej skuteczny – potrzeba coraz więcej środków, by osiągnąć podobne efekty. Historia pokazuje, że po okresie gwałtownego wzrostu zadłużenia nadchodzi moment korekty – w formie kryzysu, jak w USA, albo wieloletniej stagnacji, jaką znamy z Japonii. Tymczasem dla Xi Jinpinga fundamentalne znaczenie ma kwestia stabilności, będąca podstawą bezpieczeństwa i uodpornienia na zewnętrzne wpływy.

(...)

Niska konsumpcja od lat jest problemem ChRL, świadczy bowiem o wyjątkowym niezbalansowaniu gospodarki, w której wyjątkowo znaczącą rolę odgrywają inwestycje. W efekcie Chińczycy w ograniczonym zakresie korzystają z owoców wzrostu PKB. Konsumpcja w chińskich gospodarstwach domowych utrzymuje się na poziomie poniżej 40% PKB, podczas gdy w Polsce jest to ok. 60%, a w USA – ponad 70%. Władze ChRL od lat deklarują potrzebę wspierania konsumpcji, ale za słowami nie idą czyny[6]. Obecnie główny priorytet Pekinu to wzmacnianie bezpieczeństwa ekonomicznego. Cel ten zamierza on osiągnąć poprzez inwestycje oraz produkcję przemysłową. De facto władze wracają więc częściowo do starego modelu gospodarczego, tyle że zamiast inwestycji w nieruchomości znacznie zwiększają nakłady w sektorze energetycznym. Eksport jest efektem ubocznym rozbudowy mocy produkcyjnych, umożliwiającym osiągnięcie zysku przez przedsiębiorstwa prywatne.

osw.waw.pl


Kilka tygodni po odbiciu Awdijiwki wiele wskazuje na to, że Rosjanie posuwają się naprzód. Priorytetem ukraińskiej armii jest teraz zapobieganie poważnemu przełomowi. — Pociski artyleryjskie są walutą tej wojny — twierdzi Gustav Gressel, ekspert wojskowy z Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych.

Ogromne braki amunicji w Ukrainie są również porażką europejskiej polityki. UE złamała swoją najważniejszą obietnicę z wiosny 2023 r., kiedy zobowiązała się do dostarczenia do marca 2024 r. 1 mln sztuk pocisków dla sił Kijowa. Do stycznia do kraju dotarła tylko jedna trzecia wsparcia. Według szefa unijnej dyplomacji Josepa Borrella do końca marca liczba może wzrosnąć do pół miliona.

Dochodzenie, które zostało przeprowadzone przez "Welt am Sonntag", ukazuje, dlaczego projekt musiał zakończyć się niepowodzeniem: najpierw sojusz na wiele miesięcy zagubił się w dyskusjach, a następnie państwa ponownie poszły własną drogą. Fakt, że na przestrzeni wielu lat moce produkcyjne Europy zostały zmniejszone, a działania USA są obecnie ograniczone z powodu wewnętrznych politycznych sporów, zbiera swoje żniwo.

W tej sytuacji pomysł prezydenta Czech Petra Pavla może być ratunkiem dla Ukrainy. Jak powiedział czeski przywódca, jego kraj zgromadził środki na zakup poza UE 800 tys. sztuk pocisków artyleryjskich dla Ukrainy (większość to standardowy kaliber NATO 155 mm). Zapasy mają zostać dostarczone w najbliższych miesiącach.

(...)

Jednym z powodów niepowodzenia jest inercja UE. W marcu 2023 r. cel został uzgodniony przez Radę Europejską. W maju Josep Borrell zaprosił do Brukseli przedstawicieli największych europejskich firm zbrojeniowych. Jednak gdy jesienią umowy ramowe zostały ostatecznie uzgodnione, państwa UE nagle się zawahały.

Według informacji "Welt am Sonntag" jeden z głównych europejskich producentów zaoferował Brukseli około 400 tys. sztuk pocisków artyleryjskich. Oferta obowiązywała do końca 2023 r., a EDA miała zająć się transakcją. Jednak tylko siedem krajów było gotowych zamówić łącznie 50 tys. pocisków — a jedno z zamówień obejmowało 80 sztuk. Ostatecznie producent sprzedał amunicję krajom trzecim, które natychmiast skorzystały z oferty.

Za wahaniami stały również osobiste interesy. Zamówienia na amunicję w ramach inicjatywy trafiły w całości do Ukrainy. Jednak niektórzy szefowie rządów chcieli również uzupełnić braki we własnych zapasach.

Viola von Cramon, niemiecka posłanka do Parlamentu Europejskiego z ramienia Zielonych, oskarża o to m.in. decydentów w Niemczech. — Z moich informacji od kolegów wynika, że decydujący organ w federalnym ministerstwie obrony przez długi czas nie chciał składać zamówień na niezbędną broń i amunicję, aby nie musiały one być natychmiast przekazywane do Ukrainy zamiast do własnych zapasów — tłumaczy polityczka.

Gustav Gressel zakłada również, że Berlin zahamował zamówienia "ponieważ przez długi czas pojawiały się tylko skargi, że umowy ramowe są zbyt drogie i że wolą oni kupować granaty na własną rękę". Od czasu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji ceny ciężkich i szczególnie pożądanych granatów kalibru 155 mln wzrosły wielokrotnie, a jedna sztuka kosztuje od 4 tys. do 8 tys. euro (17 tys. do 34 tys. zł). Przed wojną było to ok. 1 tys. euro (4 tys. zł).

Jednak Francja również odegrała tu niechlubną rolę. Przez długi czas Paryż nalegał, aby amunicja była zamawiana wyłącznie w UE — także, aby wzmocnić własny przemysł obronny. Od tego czasu prezydent Emmanuel Macron porzucił to stanowisko i popiera plan Czech.

Jasne jest jednak to, że o ile obecnie Emmanuel Macron przedstawia się jako bojownik o Ukrainę, działania Francji nie idą w parze ze słowami. Pod względem całkowitej wartości dostaw wojskowych Paryż od 2022 r. jest daleko w tyle za liderami wśród ukraińskich sojuszników: USA i Niemcami.

onet.pl/Die Welt

sobota, 9 marca 2024


Historyk prof. A. Roger Ekirch z Virginia Tech (wcześniej Virginia Polytechnic Institute and State University) – jeden z nielicznych ekspertów od historii nocy i snu – na określenie „pierwszy sen” po raz pierwszy natknął się w zeznaniach sądownych pewnej dziewczynki z XVII w. Nie znał go, tymczasem zostało użyte w taki sposób, jakby była mowa o czymś oczywistym. Potem natrafił na kolejne wzmianki. W pamiętnikach, tekstach medycznych, dziełach literatury i modlitewnikach w wielu językach (np. „first sleep” po angielsku, „premier sommeil” po francusku, „primo sonno” po włosku). Niekiedy zwany był także „pierwszą drzemką” lub „martwym snem”. W tekstach pojawiał się też i „drugi sen”, określany również jako „poranny sen”.

Ekirch do dziś znalazł na ten temat ponad 2 tys. odniesień z różnych epok, poczynając od starożytności. W źródłach zjawisko zaczyna się przerzedzać dopiero w późnym wieku XVII, a znika zupełnie w latach 20. XX w. Zebrany materiał uzmysłowił Ekirchowi, że nasze wyobrażenie o tym, jak sypiali nasi przodkowie, było dotychczas błędne. Otóż przed nadejściem wieku pary i elektryczności normą był sen dwufazowy.

Ludzie chodzili spać niedługo po zmroku, spali kilka godzin, mniej więcej do północy (ale mogła to być też np. godzina pierwsza czy druga), po czym robili przerwę i ponownie udawali się na spoczynek, który kończył się wraz z pierwszymi promieniami słońca. Taki schemat pojawia się m.in. w „Odysei” Homera, „Eneidzie” Wergiliusza, dziełach pisarzy nowożytnych, w tym np. Charlesa Dickensa, wspomina go John Locke (filozof stwierdza, że fakt, że „wszyscy ludzie śpią z przerwami”, jest normalną cechą życia), a jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych Benjamin Franklin radzi nawet, co warto robić pomiędzy pierwszym a drugim snem (proponuje tzw. kąpiele powietrzne, w czasie których on sam nago czytał lub pisał – następujący po nich drugi sen jest ponoć „najprzyjemniejszy, jaki można sobie wyobrazić”).

Co ciekawe, ten dziwny i – jak za chwilę zobaczymy – nasączony ezoteryką czas pomiędzy pierwszym a drugim snem nie ma swojej nazwy. W języku angielskim był określany po prostu jako „watch” lub „watching” (czyli czuwanie), z kolei Francuzi używali słowa „dorveille”, natomiast określenie to odnosi się do stanu oznaczającego pół jawę, pół sen.

Wzmiankom o pierwszym i drugim śnie nie towarzyszą zwykle żadne wyjaśnienia, co pokazuje, jak powszechne było to zjawisko. Natomiast nie oznacza to, że wszyscy i wszędzie w ten sposób sypiali, co lubią podkreślać badacze, którzy polemizują z Ekirchem. Na przykład wzmianki o śnie dwufazowym są o wiele rzadsze w kontekście klas wyższych, szczególnie od początku XVII w., gdy późne chodzenie spać wśród elit zaczynało stawać się modne.

Od statusu społecznego zależało też to, czym na śródnocnej jawie się zajmowano. Na tych na dole drabiny społecznej czekał znój. Pracującym na roli zdarzało się przeganiać wędrujące bydło, a służące wykonywały obowiązki domowe. Myśliciele i mężowie stanu ślęczeli nad papierami. Złodzieje wychodzili na łowy. „Wiedźmy” po kryjomu praktykowały czary. Uaktywniali się nawet mordercy.

Większość osób się jednak modliła – istniały specjalne modlitwy na tę okazję – i kontemplowała, nie wstając nawet z łóżka, a jeśli już, to na chwilę. Dla tych, którzy mieszkali w przepełnionych izbach, to był jedyny moment w ciągu całej doby, kiedy mieli chwilę spokoju. Rozmyślano o wydarzeniach minionego dnia i o tym, co nastąpi kolejnego. Rozmawiano też ze swoimi nocnymi towarzyszami o doświadczonych właśnie marzeniach sennych.

Niektórzy twierdzili, że podczas „dorveille” doznawali olśnień i wpadali na genialne pomysły, część trzymała nawet przybory do pisania przy łóżku. Nie wszyscy jednak cenili sobie moment pauzy pomiędzy pierwszym i drugim snem – niekiedy jest on opisywany jako pełen dezorientacji i zagubienia.

Seks jest osobnym zagadnieniem – można postawić pozornie tylko śmiałą hipotezę, że zbliżenia w środku nocy skutkowały wyższym wskaźnikiem urodzeń, niż gdyby stosowano sen jednofazowy. W okresie przedindustrialnym chłopi i rzemieślnicy byli po całym dniu tak zmęczeni, że seks wieczorem był dużym wyzwaniem. Stąd np. w XVI-wiecznym francuskim podręczniku medycznym znajdziemy wskazówkę, że do zapłodnienia powinno dochodzić po pierwszym śnie.

onet.pl/Forbes

środa, 6 marca 2024


Zastępca szefa Rady Bezpieczeństwa FR i zarazem przewodniczący partii władzy Jedna Rosja Dmitrij Miedwiediew przedstawił 4 marca na Światowym Festiwalu Młodzieży pod Soczi strategiczne cele Kremla na kontynencie eurazjatyckim w sytuacji wojny Rosji z Ukrainą i konfliktu z Zachodem. Wobec Ukrainy takim celem jest doprowadzenie do kapitulacji „nazistowskiej” władzy w tym państwie. Zakończenie wojny będzie możliwe tylko wtedy, gdy w Kijowie pojawi się tam nowa władza, gotowa uznać rosyjskie aneksje.

Miedwiediew nie określił przy tym w jasny sposób zasięgu pretensji terytorialnych FR wobec Ukrainy. Z jednej strony sugerował, że państwo ukraińskie powinno ulec całkowitej likwidacji, głosząc, że jego istnienie jest „zgubne” dla ludności tego kraju, zaś „Ukraina to [jest] bezwarunkowo Rosja”. Z drugiej strony „ograniczył” rosyjskie roszczenia do jej południowej i wschodniej części. Ilustrowała to demonstrowana podczas wykładu mapa, na której Rosja obejmowała całe wybrzeże czarnomorskie Ukrainy do granicy z Rumunią i Mołdawią („Noworosja”) oraz leżące na wschód od Dniepru obwody czernihowski i charkowski („Małorosja”), a także położony na zachód od Dniepru obwód czerkaski.

Miedwiediew zasugerował również, że rosnące w siłę mocarstwa mają prawo – ze względu na konieczność zapewnienia sobie bezpieczeństwa – do posiadania stref wpływów („granic strategicznych”), które wykraczają poza ich formalne granice państwowe („granice geograficzne”), ale jednocześnie mogą być węższe od „granic cywilizacyjnych”.

W przypadku Rosji jej „granice strategiczne” opierają się o Karpaty, góry Kaukazu, wyżyny Iranu i łańcuch Pamiru oraz obejmują cały szelf kontynentalny pod wodami Arktyki. Państwa leżące wewnątrz tej granicy stanowią dla Rosji „naturalny pas strategicznego bezpieczeństwa” oraz „rdzeń naszej strategicznej przestrzeni” i powinny być rządzone przez reżimy zapewniające wewnętrzną stabilność i politycznie lojalne wobec Moskwy („suwerenne” – tzn. w kremlowskim żargonie nieprowadzące prozachodniej polityki). Jako wzorzec relacji Rosji z sąsiadami Miedwiediew wskazał Państwo Związkowe Białorusi i Rosji.

osw.waw.pl

Zło, które się tu wydarzyło, rozwijało się powoli. 27 lutego do miasta weszły pierwsze oddziały rosyjskie. Chwilę później stały się one symbolem porównywalnym do wysłanego na chuj rosyjskiego okrętu wojennego przy Wyspie Wężowej. A wszystko za sprawą virala, nagranego przez brodatego mężczyznę przypominającego krasnoluda z Władcy Pierścieni. Człowiek, który przedstawia się jako w pięćdziesięciu procentach Ukrainiec, w dwudziestu pięciu procentach Polak i dwudziestu pięciu procentach Żyd, mówi:

„Cześć, Artur, cześć, szanowni polskie państwo. Choczu opowieść, jak my walczym. Państwo widzi, kurwa, szo my tutaj narobili. Rozjebane ruskie gówno. Tam dalej pokażycie blia. Tego gówna bliać cała droga jest. Różnego, kurwa. I to, kurwa, kobieta ukraińska nawodziła artyleriu na to gówno. My ich z początku tam rozjebali z przodu, a oni zaczali odchodzić do tyłu i ich tu wszystkich rozjebali. Smiert ich nastała. […] Tak szo walczym, państwo polskie. […] A w agóle, jak polska pohaworka jest? Pasłowica? Da? Jak, kurwa, po polsku będzie to? No nieważne. Szo bić ruskich to, kurwa, pryjemność, a nie praca. Pa etamu my zanimajemsia pryjemnostiu tutaj. Nam tutaj pryjemno. […] Tak szo walczym. Nie tilki za Ukrajinu. I za Polsku walczym, szoby to hówno rosyjskie więcej dalej nie szło do Ukrajiny i później do Polski”.

W tle widać spalone rosyjskie wozy bojowe i ciężarówki na ulicy Wokzalnej w Buczy, która przebiega z północy na południe, w kierunku Irpienia. 

Rosjanie zostali skompromitowani. Do miasta udało im się wrócić dopiero na początku marca. Swoje pozycje ulokowali na ulicy Jabłunśkiej – prostopadłej do Wokzalnej i równoległej do rzeki Bucza. Gdy wjeżdżali do miasta drugi raz, mieli już listy proskrypcyjne. Było na nich także nazwisko mera Anatolija Fedoruka, najpewniej jednak zostało zapisane z błędem i w rosyjskiej transkrypcji – jako Fedorczuk. Przez niedbalstwo okupantów darowano mu drugie życie.

Podobnie jak w miejscowościach okupowanych na wschodzie Ukrainy, w Buczy wprowadzono od 16 godzinę policyjną i nakazano ludności nosić białe opaski na ramionach. Od 10 do 21 marca pozwalano jeszcze na ewakuowanie cywilów. Sami Rosjanie w Buczy ugrzęźli. Nie mogli z niej wyjść dalej niż na przedmieścia Irpienia, gdzie zadawano im poważne straty. Sfrustrowani, zaczęli mordować. Na oślep. O ile na początku udawali jeszcze, że szukają weteranów z Donbasu – czy szerzej: żołnierzy ukraińskich – o tyle w drugiej połowie marca urządzali już regularne polowania na ludzi.

Na początku kwietnia rozmawiałem z mieszkańcami Buczy o tym, co wydarzyło się przed wyjazdem Rosjan. Wielu nie odpowiadało szczerze. Jakby nie dowierzali, że Ukraina powróciła na stałe. Albo wypierali to, co się tu wydarzyło.

„Pierwsi Rosjanie w mieście nie interesowali się cywilami” – opowiadał pięćdziesięcioletni mężczyzna. Podejrzliwi byli jedynie wobec tych w wieku poborowym, których było niewielu. Strzelali w powietrze, gdy widzieli żuli rabujących sklepy. Nowi mścili się jednak za spaloną na Wokzalnej kolumnę zmechanizowaną. – „Strzelali do wszystkich. Mówili, że takie mają rozkazy. Sami rabowali sklepy, kradli alkohol. Ci pierwsi Rosjanie nie pili”. 

W pierwszym rzucie w Buczy byli wojskowi z jednostek specjalnych i powietrznodesantowych. Część świadków relacjonowała, że przed wycofaniem się i nadejściem tych z Dalekiego Wschodu, z Kraju Chabarowskiego, ostrzegali, że sytuacja znacznie się pogorszy. „O ile na początku sklepy rabowali miejscowi żule, o tyle później alkohol kradli sami Rosjanie. Wojsko było agresywne. Nie było sensu wchodzić z nimi w jakiekolwiek dyskusje. Terroryzowali miasto. Rabowali” – opowiadał inny mieszkaniec Buczy, potwierdzający wcześniejsze doniesienia.

Na początku kwietnia, tuż po wyzwoleniu, na nagraniu wrzuconym do sieci o systemowych rabunkach mówił ten sam brodaty mężczyzna od „rozjebanego ruskiego gówna”.

„Cześć, szanowni polskie państwo. Przedwczoraj wyszli Ruski z miasta Bucza. A u mojego komandira mieszkanie w mnogapiętrowce, dziewięciopiętrowka. Kożne mieszkanie jest otwarte. Złamali drzwi i każde mieszkanie jest obrabowane. U mojego komandira też zabrali wszystkie rzeczy. Drogie i niedrogie. Nawet telewizju nie mogli zabrać, to zepsuli. Karabinem ją pobili. Takije marudjory. […] Oni nic nie robili, tylki grabili mieszkanie. […] Nie wiem, dlaczego ta Rosja w ogóle istnieje? […] Ile ona tych reparacji zapłaci Ukrainie, nawet nie wiem”.

Na początku kwietnia powoli zaczęto w pełni zdawać sobie sprawę ze skali zbrodni. Rabunki okazały się nieważne. Jeden z mieszkańców Buczy mówił mi, że naliczono dwadzieścia sześć punktów, w których albo znajdowano ciała, albo odkrywano masowe groby. To wszystko w mieście, które od początku XX wieku było podkijowskim letniskiem, kojarzonym z zapachem drzew iglastych, daczami, baniami i szaszłykami.

(...)

Rosjanie w Buczy więzili i torturowali. Dokonywali pozorowanych egzekucji i zabijali naprawdę. Wiele ofiar znaleziono na ulicy z reklamówkami w rękach – ci ludzie po prostu wychodzili, żeby zdobyć coś do jedzenia. Część ciał palono, aby zatrzeć ślady. Okazało się, że jednak nieprofesjonalnie. Wszystko udało się ustalić. 

Amatorskie było pozostawienie w kwaterze wojskowej w Buczy sprzętu elektronicznego, a w nim plików komputerowych, które pozwoliły zidentyfikować sprawców. Na podstawie tych danych Dmytro Repliańczuk z redakcji Slidtsvo.info odnalazł w mediach społecznościowych profile żołnierzy, w tym oficerów, którzy działali w mieście.

Według ukraińskiej prokuratury Rosjanie podczas okupacji Buczy zamordowali czterysta sześćdziesiąt osób. W zbiorowych grobach znaleziono dwieście osiemdziesiąt ciał. Część z nich miała ślady tortur, wielu ofiarom związano z tyłu ręce. ONZ podawała odmienne dane. W opublikowanym 22 kwietnia 2022 roku dokumencie czytamy, że Rosjanie dokonali pięćdziesięciu egzekucji. Organizacja zaznaczyła jednak, że sprawa wymaga dalszego badania.

(...)

Analogiem Buczy na wschodzie Ukrainy okazało się Izium, które wyzwolono na początku września. Naprawdę trzeba było mieć wiele złej woli, żeby w tym rosyjskojęzycznym mieście dostrzec banderowców i faszystów. Podczas gdy Bucza jest zamożnym, zadbanym przedmieściem stolicy, Izium to niedofinansowane zadupie. Do wojny miasto słynęło głównie z położonego niedaleko, na wapiennych skałach, monastyru męskiego w Swiatohirśku. Od września 2022 roku jest znane z odkrytych w nim czterystu pięćdziesięciu grobów, w których pochowano ofiary rosyjskiej okupacji, i z co najmniej dziesięciu katowni. A także z tego, że przewodzące w tym czasie Unii Europejskiej Czechy wezwały do powołania międzynarodowego trybunału do zbadania i osądzenia zbrodni takich jak te dokonane w Buczy i Iziumie.

(...)

Podobnie jak w Buczy, wiele ekshumowanych ciał miało zawiązane z tyłu ręce. Na innych odnajdowano ślady tortur. Prokuratura ukraińska i policja informowały, że byli to albo wojskowi, albo ochotnicy broniący miasta, albo też cywile – ofiary ostrzałów artyleryjskich i bombardowań. I również tak jak w przypadku Buczy, Rosjanie oświadczyli, że całe to zamieszanie jest ustawką Ukraińców, a oni nie mają z tym nic wspólnego.

Zbigniew Parafianowicz - Śniadanie pachnie trupem

Przeprowadzona na początku marca seria ukraińskich kontrataków wyhamowała wrogie natarcie od strony Awdijiwki, niemniej Rosjanom udało się częściowo opanować drugą linię miejscowości na zachód od tego miasta. Wprowadzone przez Ukraińców do działań rezerwy pozwoliły na wyparcie agresora z części zajętych w poprzednich dniach miejscowości Berdyczi, Orliwka i Toneńke, a dzięki temu na względne ustabilizowanie frontu. Wciąż toczą się walki o kontrolę nad tymi miejscowościami i tereny leżące pomiędzy nimi. Główny napór Rosjan skierowany jest na leżącą na wzniesieniach po zachodniej stronie linii stawów Semeniwkę, do której próbują się dostać z dwóch kierunków (od północnego wschodu przez Berdyczi i południowego wschodu przez Orliwkę).

Dzięki powstrzymaniu rosyjskiego natarcia i tym samym uniemożliwieniu siłom agresora szybkiego przekroczenia linii stawów na zachód od Awdijiwki Ukraińcy zyskali czas na wzmocnienie drugiej linii obrony, zdecydowanie słabszej i praktycznie nieufortyfikowanej (według części źródeł ukraińskich brak inwestycji w fortyfikacje miał wymusić na byłym dowództwie z generałem Wałerijem Załużnym na czele utrzymanie Awdijiwki). Kwestią otwartą pozostaje, czy Rosjanie zdecydują się na wprowadzenie do walki dodatkowych jednostek w celu szybkiego wznowienia natarcia i – po wkroczeniu w pas wzniesień na zachód od linii stawów – podjęcia próby rozwinięcia powodzenia i wyjścia w przestrzeń operacyjną. Dotychczasowe stosunkowo wysokie tempo działań agresora (w ciągu nieco ponad dwóch tygodni od rozpoczęcia wycofywania obrońców z Awdijiwki Rosjanie zajęli obszar o powierzchni blisko 100 km2) nie było bowiem efektem przejścia jednostek rosyjskich do ofensywy. Wykorzystały one relatywną słabość wojsk ukraińskich i niemożność zorganizowania przez nie skutecznej obrony w niekorzystnych warunkach terenowych (początkowo na linii Stepowe–Łastoczkyne–Siewerne, a następnie Berdyczi–Orliwka–Toneńke).

Siły rosyjskie odnotowały kolejne postępy na zachód od Bachmutu, a także na północ, zachód i południe od Marjinki. W rejonie Bachmutu trwają walki o Iwaniwśke na drodze T0504 do Konstantynówki. W ciągu tygodnia pod kontrolą rosyjską znalazło się ok. 50% powierzchni tej miejscowości, a agresor posunął się również na północ od niej w stronę Czasiw Jaru. W rejonie Marjinki Rosjanie zajęli południowe kwartały w Krasnohoriwce, wkroczyli też do centralnych części Heorhijiwki i Mychajliwki.

osw.waw.pl

wtorek, 5 marca 2024


Angola to już czwarty kraj, po Ekwadorze, Katarze i Indonezji, który opuścił OPEC w ostatniej dekadzie. Jeszcze w 2010 r. OPEC miała udział w światowym rynku ropy naftowej na poziomie 34 proc. Teraz, po odejściu Angoli, spadł on do poziomu około 27 proc. Do tego spadku w znacznym stopniu przyczyniła się też konkurencja zza granicy – głównie produkcja w Stanach Zjednoczonych, która szybko rośnie od 2010 r. Od 2018 r. USA są największym na świecie producentem ropy. Większość surowca zużywają na własne potrzeby, a najważniejszym eksporterem pozostaje Arabia Saudyjska, czyli drugi producent świata. Saudyjczycy są też najbardziej wpływowym członkiem zarówno OPEC, jak i OPEC+. W styczniu tego roku do OPEC+ dołączyła co prawda Brazylia, co wzmacnia pozycję organizacji na świecie, ale kraj nie przyłączył się do cięć wydobycia ogłoszonych przez organizację.

Według Jorge’go Leóna kraje OPEC+ są silnie zdeterminowane, aby utrzymać dolny próg cenowy powyżej 80 USD za baryłkę w drugim kwartale tego roku. Jednakże mimo cięć oraz napięć politycznych związanych z atakami Hutich na Morzu Czerwonym ceny ropy pozostają stosunkowo niskie – znacznie poniżej poziomu 100 USD za baryłkę z lata 2022 r. 

Rynek w dużej mierze spodziewał się decyzji o przedłużeniu ograniczeń, a ceny surowca wzrosły jeszcze przed ogłoszeniem. Kolejne decyzje powinny zapaść 1 czerwca na spotkaniu ministrów OPEC+. Kraje członkowskie mają nadzieję na „powrót baryłek na rynek”, ale wszystko zależy od warunków rynkowych – z pewnością nie będą chciały tworzyć nadwyżki podaży. Przewidywania dotyczące popytu w drugiej części roku są rozbieżne. Międzynarodowa Agencja Energetyczna (MAE) prognozuje wzrost zapotrzebowania o 1,2 mln bpd, a same kraje OPEC – o 2,2 mln bpd.

Wszystko to odbywa się na tle przemian gospodarczych w Arabii Saudyjskiej. Książę koronny Muhammad ibn Salman realizuje swoją wizję zawartą w Saudi Vision 2030. Zgodnie z nią planuje dywersyfikację gospodarki i zmniejszenie zależności kraju od ropy naftowej. Zwrot w polityce królestwa jest ewidentny. Pod koniec stycznia 2024 r. Rijad nakazał państwowemu koncernowi Saudi Aramco porzucenie projektu zwiększenia mocy produkcyjnych z obecnego poziomu 12 do 13 mln baryłek do 2027 roku. Zaoszczędzone środki posłużą m.in. transformacji energetycznej kraju. W ocenie Financial Times książę potrzebuje ceny ropy na poziomie około 100 USD za baryłkę, aby sfinansować swoje reformy.

energetyka24.com

poniedziałek, 4 marca 2024


Sytuacja na zachód od Awdijiwki pozostaje niezwykle trudna dla Sił Zbrojnych Ukrainy. Ze względu na brak wcześniej przygotowanej rezerwowej linii obrony, ukraińscy wojskowi nie są w stanie utrzymać się na nowych rubieżach i są zmuszani do naprzemiennego wycofywania się i kontratakowania.

– Najsmutniejsze jest to, że gdyby dowództwo zorientowało się w porę, zatrzymalibyśmy wroga na linii Orliwka-Berdyczi. Tam jest wzgórze i wróg szturmowałby je długo i z dużymi stratami. Na „górze” nie myślą o fortyfikacjach, a na „dole” rzucają wszystkie dostępne zasoby do odbicia utraconych pozycji lub decydują się na utrzymanie okopów niszczonych przez KABy [kierowane bomby lotnicze] i artylerią. I wypalają rezerwy nie dlatego, że są głupi, ale dlatego, że za nimi nie ma nikogo i niczego – opisuje sytuację na froncie awdijiwskim Ołeksij Swynarenko, żołnierz Sił Zbrojnych Ukrainy.

Walki toczą się już na pierwszej linii naturalnych wzgórz, wzdłuż której rozciąga się kaskada zbiorników wodnych. Biegnie ona od Karliwki do wsi Berdyczi. Jeśli ukraińskim siłom zbrojnym nie uda się utrzymać tej linii, kolejne wzgórza, o które można oprzeć obronę, znajdują się ponad pięć kilometrów na zachód.

W międzyczasie Rosjanie szturmują wsie Berdyczi, Orliwka, Toneńke i Pierwomajśke, gdzie pozycje nieustannie przechodzą z rąk do rąk, czasem kilka razy dziennie. To tutaj rosyjskie lotnictwo przeprowadza najbardziej zmasowane naloty, zrzucając KAB-y. Amunicja ta może być zrzucana bez wchodzenia w strefę rażenia ukraińskich systemów obrony powietrznej, w odległości do 40 kilometrów od celu.

Według Ołeksandra Kowalenki, politycznego i wojskowego obserwatora kijowskiej grupy Information Resistance, w lutym 2024 roku rosyjskie siły powietrzne ustanowiły rekord pod względem liczby bomb zrzuconych na ukraińskie pozycje. Ich liczba przekroczyła 1500 sztuk, z czego znaczna część została wykorzystana w walkach o Awdijiwkę. Kowalenko nazywa te precyzyjne bomby „jedynym narzędziem do niszczenia linii obronnych i fortyfikacji ukraińskich sił zbrojnych”.

Ukraińscy żołnierze walczący w pobliżu Awdijiwki twierdzą, że Rosjanie użyli „każdej dostępnej im broni z wyjątkiem broni jądrowej”, aby przełamać ich obronę. Niemniej jednak po stronie rosyjskiej nie ma euforii w związku z sytuacją w rejonie Awdijiwki. Z-blogerzy piszą o ciężkich walkach i zawziętym oporze Ukraińców.

– Wróg utrzymuje linie obrony i umiejętnie wykorzystuje nasze błędy: nasi strzelcy zmotoryzowani nie mieli granatników przeciwko lekko opancerzonemu Bradleyowi, a dowództwo rysuje mapy na podstawie pięknych raportów z naszymi flagami w wioskach, które nie zostały jeszcze wyzwolone – donoszą prorosyjskie źródła.

Siemion Piegow, podobnie jak wielu innych rosyjskich korespondentów wojskowych, donosi o „brutalnych kontratakach” Ukraińców w rejonie Awdijiwki.

Krasnohoriwka jest ostatnią częścią aglomeracji donieckiej kontrolowaną przez Siły Zbrojne Ukrainy. Miasto liczące przed wojną około 16 tys. mieszkańców znajduje się kilka kilometrów na północ od okupowanej Marjinki. Otoczona zbiornikami wodnymi i wzgórzami, ze skupiskami dzielnic mieszkalnych i strefą przemysłową, miejscowość oferuje wiele korzyści dla obrońców. Od upadku Marjinki Rosjanie szturmują Krasnohoriwkę od wschodu i południa, a na początku zeszłego tygodnia udało im się po raz pierwszy wedrzeć do miasta.

Jednostki rosyjskie wjechały do Krasnohoriwki pojazdami opancerzonymi, przedzierając się przez pola minowe. Ich manewr zaskoczył obrońców miasta.

W celu zatrzymania natarcia jednostek armii rosyjskiej i wyparcia ich z zabudowy, ukraińskie dowództwo ściągnęło 3. Samodzielną Brygadę Szturmową, z której pomocy często korzysta w sytuacjach kryzysowych. W połowie tygodnia poinformowali oni, że zadanie wykonali, a obrzeża Krasnohoriwki całkowicie oczyścili z sił wroga.

– W krótkim czasie wróg zdołał przygotować się do długiej obrony, ale pomimo oporu i ciężkich walk, grupy szturmowe brygady zadały wrogowi straty, około 100 zabitych i rannych okupantów – podała brygada w oświadczeniu.

Według ukraińskich wojskowych Rosjanie odmówili poddania się i zostali zabici w zajmowanych przez siebie domach.

Ukraiński bloger wojskowy Bohdan Mirosznikow uważa, że to właśnie w Krasnohoriwce może rozstrzygnąć się los walk na kierunku donieckim. Według niego utrzymanie miasta na tym etapie działań wojennych jest bardzo ważne dla Ukrainy. Nawet po wymuszonym odwrocie na przedmieścia, Rosjanie kontynuują codzienne operacje szturmowe.

(...)

Czasiw Jar w obwodzie donieckim pozostaje jednym z najgorętszych punktów na całej, liczącej ponad tysiąc kilometrów linii frontu. Jednostki armii rosyjskiej stopniowo zbliżają się do tego strategicznie ważnego dla obu stron miasta. Obecnie główne wysiłki rosyjskich sił zbrojnych koncentrują się na wsi Iwaniwśke, położonej przy drodze T0504. Jej zdobycie zagroziłoby głównemu szlakowi logistycznemu, który łączy garnizon Czasiwego Jaru ze światem zewnętrznym.

W ciągu ostatniego tygodnia Rosjanie poczynili znaczące postępy – udało im się zdobyć około połowy wioski. Rosyjscy korespondenci wojenni również donoszą o zaciętych walkach o miejscowość. Przejęcie nad nią kontroli zagraża nie tylko Czasiwemu Jarowi.

– Jeśli sytuacja wkrótce się nie ustabilizuje (co jest mało prawdopodobne), kwestia dalszego utrzymywania przez naszych żołnierzy linii Kliszczijiwka-Andrijiwka, którą zajęliśmy w zeszłym roku w wyniku operacji ofensywnych, znacząco się utrudni – mówi ukraiński analityk wojskowy Kostiantyn Maszowiec o możliwych konsekwencjach rosyjskich sukcesów na tym odcinku frontu.

Szef służby prasowej zgrupowania wojsk Chortyca, Ilja Jewłasz, nazwał ofensywę wojsk rosyjskich sił „potężnym porywem”. Zauważył, że Rosjanie aktywnie posuwali się szerokim frontem, szukając słabych punktów w ukraińskiej obronie, a gdy tylko je znaleźli, natychmiast rzucili rezerwy, aby poszerzyć wyłom.

Zdaniem Jurija Fedorenki, dowódcy batalionu dronów szturmowych 92. Samodzielnej Brygady Szturmowej SZU, miasto Czasiw Jar znajduje się na dominującym wzniesieniu. Jeśli Rosjanie je zdobędą, będą mogli ostrzeliwać Kostiantyniwkę, Drużkiwkę, a nawet dosięgnąć do strategicznie ważnego Kramatorska. Co więcej, Czasiw Jar może stać się niezawodnym i solidnym przyczółkiem dla dalszej ofensywy rosyjskich sił zbrojnych na inne miasta Donbasu, począwszy od Kostiantyniwki. Zdobywając Czasiw Jar, Rosjanie zrobią ważny krok w kierunku dalszej okupacji całego Donbasu.

(...)

Od połowy lutego ukraińskie siły zbrojne odnotowały znaczny wzrost zestrzeleń rosyjskich samolotów, które dowództwo rosyjskiego lotnictwa masowo wykorzystuje do atakowania ukraińskich pozycji za pomocą bomb kierowanych KAB. Według oficjalnych danych SZU 13 rosyjskich samolotów – głównie bombowców taktycznych Su-34 i myśliwców wielozadaniowych Su-35 – zostało zestrzelonych w ciągu ostatnich dwóch tygodni lutego. Na początku marca poinformowano, że dwa kolejne Su-34 zostały zniszczone.

(...)

Według holenderskiego projektu Oryx, który rejestruje tylko wizualnie potwierdzone zniszczenia sprzętu wojskowego obu stron, rosyjska armia od początku inwazji straciła w sumie 105 samolotów bojowych, w tym 25 Su-34 i siedem Su-35.

Jednak znacznie trudniej jest wizualnie zarejestrować zniszczenie samolotów niż pojazdów lądowych, które zwykle są trafiane na linii frontu. Obecnie rosyjskie siły powietrzne zrzucają KAB w odległości około 40 kilometrów od celu, co wykracza poza zasięg ukraińskich systemów obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu. Mogą one zostać zestrzelone przez systemy S-200, S-300, Buk, a także zachodnie Patriot, których dostarczenie na linię frontu jest wysoce ryzykowne. Sfilmowanie samolotów uderzających z takiej odległości jest praktycznie niemożliwe.

Zachodni analitycy powszechnie uznają fakt, że straty rosyjskiego lotnictwa bojowego ostatnio znacznie wzrosły. Jednocześnie eksperci z amerykańskiego Instytutu Badań nad Wojną (ISW) zauważają, że nawet pomimo znacznego wzrostu strat, Rosjanie nadal aktywnie wykorzystują myśliwce i bombowce w pobliżu linii frontu, starając się zapewnić wysokie tempo natarcia wojsk lądowych na zachód od Awdijiwki. Rosjanie przerzucają samoloty, które jeszcze nie brały udziału w walkach, aby zastąpić zniszczone.

Profesor Justin Bronk, starszy pracownik Royal United Services Institute for Defence Studies (RUSI), uważa, że wzrost rosyjskich strat w powietrzu wynika z podjęcia przez ukraińskie dowództwo ryzyka i przesunięcia zachodnich systemów obrony powietrznej dalekiego zasięgu bliżej linii frontu.

belsat.eu

niedziela, 3 marca 2024


Zanim Rosja w lutym 2022 roku rozszerzyła prowadzoną przez siebie wojnę z Ukrainą do rozmiarów pełnoskalowego konfliktu, 140-osobowa flota Su-34 była głównym repozytorium wiedzy taktycznej w rosyjskich siłach powietrznych. W badaniu z 2022 roku Justin Bronk, analityk z Royal United Services Institute w Londynie, wyjaśnia, że załogi Su-34 udoskonaliły swoje umiejętności w zakresie precyzyjnego naprowadzania amunicji podczas rosyjskiej wojny w Syrii, która rozpoczęła się w 2015 roku.

Rosyjskie floty myśliwców Su-35 i Su-30, z których każda liczy około stu samolotów, mogą używać amunicji kierowanej powietrze-ziemia, ale zwykle tego nie robią.

W konsekwencji „większość rosyjskich pilotów szybkich odrzutowców nie ma znaczącego doświadczenia w stosowaniu amunicji precyzyjnie kierowanej” — pisze Bronk w osobnym badaniu, również z 2022 roku. „Wyspecjalizowana flota” bombowców frontowych „Su-34 jest wyjątkiem”.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego Rosjanie używają do ataków z użyciem broni kierowanej niemal wyłącznie Su-34 tkwi w konstrukcji tego samolotu. „Jako dedykowany samolot do ataków naziemnych, Su-34 ma wysuwany czujnik elektrooptyczny z możliwością oznaczania laserowego o nazwie »Platan«” — wyjaśnia Bronk w badaniu przeprowadzonym w 2023 r. dla CNA w Wirginii [centrum analiz amerykańskiej marynarki wojennej — przyp. red.].

„Platan” nie jest najlepszym czujnikiem na świecie — nie w porównaniu z najnowszymi amerykańskimi i europejskimi urządzeniami — ale jest lepszy niż nic. A nic nie jest tym, czym dysponuje w tym przypadku reszta rosyjskich myśliwców.

„Brak zasobników celowniczych i wypracowanych umiejętności w pełnieniu funkcji myśliwca wielozadaniowego [w przypadku większości rosyjskich myśliwców] pozostawia flotę Su-34 jako jedyny [...] element teoretycznie zdolny do skutecznych działań opartych o dynamiczne celowanie w trybie standoff [przy użyciu precyzyjnej amunicji kierowanej — przyp. red.] przeciwko siłom ukraińskim poruszającym się na otwartej przestrzeni” — piszą Bronk oraz Nick Reynolds i Jack Watling w badaniu RUSI [Royal United Services Institute] z 2022 roku.

Żeby była jasność: mimo że Su-34 mogły stosować amunicję precyzyjną, w pierwszym roku pełnoskalowej wojny z Ukrainą zwykle tego nie robiły. „Najczęściej używaną bronią były zapasy niekierowanych bomb” — stwierdza Bronk w raporcie dla CNA. I przypisuje częstsze używanie przez Rosjan bomb niekierowanych „ograniczonym zapasom” amunicji precyzyjnej.

Gdy jednak wojna wkroczyła w drugi rok, Kreml w końcu, z opóźnieniem, zajął się niedoborem precyzyjnej amunicji. Rosyjskie siły powietrzne zaczęły przykręcać zestawy naprowadzania satelitarnego i wyskakujące skrzydła do 500-kilogramowych i funtowych i półtoratonowych bomb KAB [rosyjska seria bomb lotniczych naprowadzanych laserowo — przyp. red.] w celu przekształcenia ich w prymitywne, ale skuteczne precyzyjne bomby szybujące.

Su-34 były oczywistymi platformami dla tej nowej broni. Stały się niemal wyłączne „bombowcami szybującymi”. Lecąc wysoko i szybko w kierunku linii frontu, załogi zrzucały nawet cztery bomby KAB jednocześnie w odległości do 40 km od celu.

Bomby KAB nie są tak celne, jak na przykład amerykańskie bomby szybujące Joint Direction Attack Munition (JDAM), ale nie muszą być, ponieważ są ogromne. „Te bomby całkowicie niszczą każdą pozycję” — pisze w mediach społecznościowych Egor Sugar, żołnierz 3. Brygady Szturmowej armii ukraińskiej, która walczyła w krwawej, czteromiesięcznej bitwie o Awdijiwkę na wschodzie Ukrainy.

Tamta bitwa zakończyła się dwa tygodnie temu prawdziwą burzą bomb KAB. Aż 250 z nich uderzyło w ukraińskie pozycje w Awdijiwce w ciągu zaledwie dwóch dni, stopniowo czyniąc miasto pozycją nie do obrony. „Wszystkie budynki i konstrukcje po prostu zamieniają się w dół po uderzeniu tylko jednego KAB-a” — pisze Sugar.

Zajęło to dwa lata, ale rosyjskie siły powietrzne w końcu wymyśliły, jak stosować precyzyjną amunicję w dużych ilościach i ze znaczącym skutkiem. Nie udałoby się to jednak bez wyposażonych w zasobniki celownicze Su-34 — i bez ich wykwalifikowanych załóg.

onet.pl/Forbes