piątek, 20 stycznia 2023


19 stycznia, w przededniu kolejnego spotkania grupy kontaktowej państw wspierających wojskowo Ukrainę (tzw. grupy Ramstein), przedstawiciele 11 krajów spotkali się w Estonii. Część z nich zapowiedziała nowe pakiety pomocy dla armii ukraińskiej, a także przedstawiła informacje o realizowanych projektach wsparcia:
  • Dania potwierdziła wcześniejsze zapowiedzi przekazania w porozumieniu z Francją 19 armatohaubic 155 mm na podwoziu samochodowym CAESAR;
  • Estonia obiecała dostawy kilkudziesięciu haubic ciągnionych 155 mm FH70 (wraz z tysiącami sztuk amunicji) i 122 mm D-30 oraz pojazdów zabezpieczenia, ponad 100 granatników przeciwpancernych Carl Gustaf M2 (z ponad tysiącem sztuk amunicji do nich), jak również szkolenie ukraińskich wojskowych. Wartość pakietu szacuje się na 113 mln euro;
  • Litwa zamierza dostarczyć dwa śmigłowce Mi-8 (w 2024 r. mają zostać zastąpione przez amerykańskie śmigłowce Black Hawk), 40 armat przeciwlotniczych Bofors L/70 oraz amunicję. Wartość sprzętu oceniła na 125 mln euro;
  • Łotwa przygotowuje do przekazania dwa śmigłowce Mi-17, kilkadziesiąt przenośnych przeciwlotniczych zestawów rakietowych Stinger, kilkadziesiąt karabinów maszynowych i analogiczną liczbę dronów. Pierwsza partia nowego uzbrojenia ma wyruszyć na Ukrainę 25 stycznia. Ryga zamierza również przeszkolić 2 tys. żołnierzy;
  • Polska zadeklarowała dostarczenie armat przeciwlotniczych 57 mm S-60 i 70 tys. nabojów do nich. Poinformowała też o przekazaniu kolejnej partii 42 bojowych wozów piechoty (BWP) wraz z pakietami szkoleniowymi dla dwóch batalionów zmechanizowanych oraz kontynuowaniu dostaw armatohaubic samobieżnych 155 mm Krab wraz z amunicją (według części źródeł na Ukrainę dotarły już wszystkie z zamówionych przez Kijów 54 dział, wcześniej Polska przekazała ich nieodpłatnie 18; w dotychczasowych działaniach zniszczonych bądź uszkodzonych zostało co najmniej 9 krabów). Warszawa wyraziła także gotowość wysłania kompanii czołgów Leopard 2 (14 pojazdów) wraz z tysiącem sztuk amunicji;
  • Czechy i Słowacja wyraziły m.in. gotowość do zwiększenia produkcji systemów artyleryjskich i amunicji do nich na potrzeby armii ukraińskiej;
  • Wielka Brytania potwierdziła deklaracje z 16 stycznia, zgodnie z którymi ma przekazać Kijowowi kompanię czołgów Challenger 2 (14 sztuk) wraz z wozami zabezpieczenia technicznego, armatohaubice samobieżne 155 mm AS90 (w pierwszej kolejności jedną ośmiodziałową baterię, a w dalszej perspektywie – kolejne dwie; wcześniej informowano o dostawach łącznie 30 AS90), około setki transporterów opancerzonych (w tym gąsienicowe FV430 Mk3 Bulldog) i samochodów o wzmocnionej ochronie przeciwminowej (MRAP), kilkadziesiąt dronów do korygowania ognia artylerii, 100 tys. pocisków artyleryjskich, „setki” rakiet naprowadzanych do wieloprowadnicowych wyrzutni pocisków rakietowych (GMLRS) oraz przeciwlotniczych Starstreak i AMRAAM, a także części zamienne do używanych przez armię ukraińską czołgów i BWP. Dodatkowo 19 stycznia Londyn zapowiedział przekazanie kolejnych rakiet przeciwpancernych Brimstone (w liczbie 600).
W ogłoszonym 19 stycznia nowym pakiecie amerykańskiego wsparcia wojskowego (o wartości 2,5 mld dolarów) znalazło się kolejnych 59 BWP Bradley wraz z 590 przeciwpancernymi pociskami kierowanymi TOW i 295 tys. nabojów kalibru 25 mm, 90 kołowych transporterów opancerzonych Stryker, 53 MRAP­y, 350 samochodów terenowych HMMWV, 12 wozów amunicyjnych, 22 ciągniki artyleryjskie, 8 systemów przeciwlotniczych Avenger (wyrzutnie rakiet Stinger zainstalowane na podwoziu HMMWV), 20 tys. sztuk amunicji artyleryjskiej 155 mm oraz 600 pocisków naprowadzanych tego kalibru, 95 tys. pocisków artyleryjskich 105 mm, 11,8 tys. granatów moździerzowych 120 mm, dodatkowe pociski do wyrzutni NASAMS, HIMARS i rakiety przeciwradiolokacyjne HARM, blisko 2 tys. przeciwpancernych pocisków kierowanych i 3 mln sztuk amunicji do broni strzeleckiej. Wcześniej Amerykanie zapowiedzieli, że nie przekażą Ukrainie czołgów Abrams. USA w porozumieniu z Izraelem rozpoczęły dostawy składowanej w tym kraju amunicji artyleryjskiej kalibru 155 mm (według „The New York Times” łącznie 300 tys. nabojów). Mają także sprowadzać amunicję z baz w Korei Południowej.

Szwecja zamierza dostarczyć 50 BWP CV90, niesprecyzowaną liczbę armatohaubic 155 mm na podwoziu samochodowym Archer (wcześniej pojawiały się informacje o 12 sztukach) oraz wyrzutnie przeciwpancernych pocisków kierowanych NLAW. Szkolenie ukraińskich załóg ma zająć kilka miesięcy. Kanada zamierza wysłać kolejne 200 samochodów opancerzonych Roshel Senator (wcześniej Kijów otrzymał ich 90), a wartość pakietu oceniono na 420 mln dolarów. Deklarację dołączenia do amerykańskich i niemieckich dostaw systemów obrony powietrznej Patriot zgłosiła Holandia. Według strony ukraińskiej ma ona przekazać trzecią baterię tego typu. Amsterdam zgłosił również gotowość do współfinansowania dostaw czołgów Leopard. Finlandia zapowiedziała dostarczenie nowego pakietu sprzętu wojskowego o szacowanej wartości 400 mln euro. Jego składu nie podano do wiadomości publicznej, lecz wiadomo, że znajdzie się w nim uzbrojenie ciężkie i amunicja. Jak dotąd Helsinki udzieliły Kijowowi pomocy wojskowej wartej 190 mln euro. 16 stycznia Słowacja przekazała napadniętemu państwu ósmą, ostatnią z zamówionych przez Bratysławę haubic samobieżnych 155 mm Zuzana 2. KONŠTRUKTA – Defence ma przygotować dla armii ukraińskiej kolejnych 16 dział tego typu, a ich produkcję sfinansują wspólnie Dania, Niemcy i Norwegia.

20 stycznia RFN potwierdziła zapowiedzi z ostatnich tygodni i miesięcy dotyczące dostaw 40 bojowych wozów piechoty Marder, jednej baterii systemu obrony powietrznej średniego zasięgu Patriot, siedmiu artyleryjskich systemów obrony przeciwlotniczej Gepard (do tej pory dostarczono 30 sztuk) oraz kolejnego systemu obrony powietrznej krótkiego zasięgu IRIS-T wraz z pociskami. Nowy niemiecki minister obrony potwierdził, że na spotkaniu w Ramstein rozmawiano o dostawach czołgów Leopard, ale nie podjęto żadnych decyzji.

Siły rosyjskie przełamały obronę przeciwnika w rejonie Kliszczijiwki i wyszły na zachodnie obrzeża Bachmutu, gdzie zostały powstrzymane w okolicach Iwaniwśke. Walki trwają także w granicach miasta i na jego północnych obrzeżach – o miejscowości u wylotu dróg z Bachmutu do Siewierska i Słowiańska (Krasna Hora, Paraskowijiwka). Jednostki agresora przekroczyły też kanał Doniec–Donbas i ponawiają ataki na pozycje obrońców na wschód od Konstantynówki (Ołeksandro-Szultyne, Dylijiwka). Podejmowały również kolejne próby natarcia na południe i wschód od Siewierska, na zachód od Gorłówki, w rejonie Awdijiwki oraz w szerokim łuku na zachód od Doniecka. Ponadto wznowili ataki na pozycje przeciwnika w zachodniej części obwodu donieckiego (Nowosiłka) i na dwóch kierunkach w obwodzie zaporoskim, gdzie do najpoważniejszych starć doszło w okolicach Orichiwa (Mała Tokmaczka). Na kierunku Kreminnej oraz w zachodniej części obwodu donieckiego próby natarcia miały także podejmować siły ukraińskie.

(...)

20 stycznia brytyjski wywiad wojskowy ocenił, że prywatna firma wojskowa Wagner zaangażowała do wojny z Ukrainą ok. 50 tys. „ochotników” i tym samym stała się kluczowym elementem operacji. W ostatnim czasie obserwuje się stopniową legalizację działalności „grupy Wagnera”. 27 grudnia 2022 r. w rosyjskim rejestrze podmiotów gospodarczych pojawiła się informacja, że została ona oficjalnie zarejestrowana jako osoba prawna, a jej głównym polem aktywności jest „doradztwo w zakresie zarządzania”. Ma to prawdopodobnie na celu maksymalizację zysków handlowych i dalszą legitymizację organizacji, odgrywającej istotną rolę w realizowaniu zadań związanych zarówno z kwestiami wojskowymi, jak i zapewnieniem bezpieczeństwa interesów FR poza granicami kraju.

Według danych ukraińskiej służby granicznej na Białorusi znajduje się 11 tys. rosyjskich wojskowych. Liczba ta zmienia się z dnia na dzień ze względu na trwającą rotację jednostek, które po zakończeniu szkolenia są kierowane w rejon Donbasu. W połowie stycznia z lotnisk w Woroneżu i Kursku skierowano na Białoruś sześć bombowców Su-34 i dwa myśliwce wielozadaniowe Su-30SM. Ogólna liczba rosyjskich samolotów i śmigłowców na terytorium tego kraju wynosi obecnie ok. 50. Większość z nich rozmieszczona jest na dwóch lotniskach – Maczuliszczy w obwodzie mińskim i Baranowicze w obwodzie brzeskim.

(...)

19 stycznia w Mińsku doszło do spotkania ministra sprawa zagranicznych FR Siergieja Ławrowa z Alaksandrem Łukaszenką. Ten ostatni oświadczył, że Moskwa nie powinna wątpić we wsparcie Mińska w kwestiach bezpieczeństwa i że Białoruś zapewni funkcjonowanie wojskom rosyjskim na swoim terytorium. Zwrócił też uwagę, że postawa Ukrainy (Kijów unika prowokacji wymierzonych w Białoruś) „miło go zaskakuje”. Ławrow zapowiedział, że wzmacnianie struktur wojskowych NATO u granic obu państw nie pozostanie bez reakcji Moskwy i Mińska, a obie stolice zajmują wspólne stanowisko w kwestii tego, jakie cele należy osiągnąć w trakcie rosyjskiej specjalnej operacji wojskowej na Ukrainie. Podkreślił również znaczenie dwustronnej współpracy wojskowo-technicznej i poinformował, że podpisał ze swoim białoruskim odpowiednikiem Siarhiejem Alejnikiem memorandum w sprawie wzmocnienia bezpieczeństwa biologicznego. Strony mają podjąć kroki na rzecz redukowania zagrożeń w tym obszarze wynikających z działalności resortów wojskowych państw trzecich.

Komentarz

Ogłoszone jeszcze przed zaplanowanym na 20 stycznia kolejnym spotkaniem tzw. grupy Ramstein zapowiedzi dostaw na Ukrainę ciężkiego uzbrojenia stanowią znaczące wyjście naprzeciw potrzebom jej armii. Łącznie z poprzednim pakietem wsparcia, przedstawionym przez Waszyngton 6 stycznia (m.in. 50 BWP, 100 transporterów gąsienicowych i 18 haubic samobieżnych), Kijów otrzyma w najbliższych tygodniach i/lub miesiącach uzbrojenie i sprzęt wojskowy pozwalający mu w pełni wyposażyć co najmniej cztery bataliony zmechanizowane na BWP (łącznie 200 pojazdów z USA, Szwecji i Niemiec), pięć batalionów na transporterach opancerzonych (ok. 250 maszyn z USA i Wielkiej Brytanii) i pięć dywizjonów artylerii (ponad 100 haubic kalibru 155 mm z Danii, Estonii, Szwecji, USA i Wielkiej Brytanii) z pozostawieniem rezerwy sprzętowej.

Do pełnego przezbrojenia w standardzie zachodnim dwóch lub trzech brygad ogólnowojskowych armii ukraińskiej brakuje wyposażenia dla batalionów czołgów. Realizacja deklaracji Londynu i Warszawy o gotowości do wysłania odpowiednio czołgów Challenger i Leopard pozwoliłaby na wystawienie łącznie zaledwie dwóch kompanii. Ewentualna zapowiedź Paryża dotycząca przekazania czołgów Leclerc, co strona francuska rozważa, również nie obejmie więcej niż kompanii. W przypadku leopardów Berlin wciąż blokuje wydawanie pozwoleń na ich dostawy przez inne kraje, a także nie chce dostarczać czołgów z zasobów Bundeswehry i niemieckiego przemysłu, choć nie wyklucza tego w przyszłości.

Zapowiedziane dostawy zmniejszają niedobór ciężkiego uzbrojenia w armii ukraińskiej, ale wciąż są niestarczające. W połowie grudnia braki w tym zakresie szacowano w Kijowie na 300 czołgów, 600–700 BWP i 500 haubic, lecz z początkiem stycznia nastąpiła intensyfikacja rosyjskich działań zaczepnych w Donbasie, skutkująca – co przyznają źródła ukraińskie – dużymi stratami wśród obrońców. Kwestią otwartą pozostaje, jak dalece zwiększą się potrzeby sprzętowe Kijowa do końca lutego, kiedy to do napadniętego kraju zaczną najprawdopodobniej docierać pierwsze egzemplarze nowego uzbrojenia.

Postawa Łukaszenki podczas rozmów z Ławrowem potwierdza, że Białoruś będzie nadal wspierała rosyjską aktywność wojskową na swoim terytorium. Zwraca uwagę, że obie strony położyły nacisk przede wszystkim na wzrost rzekomego zagrożenia ze strony NATO, a dopiero na drugim miejscu znalazły się sprawy związane z „operacją specjalną” na Ukrainie. Wypowiedź Łukaszenki, że Kijów nie prowokuje Białorusi, wskazuje, że reżim w Mińsku zamierza unikać bezpośredniego zaangażowania własnej armii w walki na froncie. Z drugiej strony wciąż będzie zapewniał wsparcie siłom rosyjskim – nie tylko poprzez udostępnianie własnych obiektów wojskowych czy rezerw materiałowych, lecz także intensyfikowanie współpracy pomiędzy przedsiębiorstwami zbrojeniowymi.

osw.waw.pl

Łukasz Dynowski: W styczniu 2022 roku w Genewie odbyło się spotkanie dyplomatów USA i Rosji. Rosjanie zaproponowali na nim, żeby wojska NATO wycofały się z państw, które przyłączyły się do Sojuszu po 1997 roku, a więc m.in. z Polski. Podczas tego spotkania pełnił pan rolę doradcy strony rosyjskiej i sam był zaskoczony tym, co delegacja przywiozła z Moskwy.

Boris Bondariew, w latach 2002-2022 pracował w MSZ Rosji, ostatnio jako doradca rosyjskiej stałej misji przy ONZ w Genewie. Odszedł w proteście przeciwko inwazji na Ukrainę: Kiedy zapoznawałem się z naszą propozycją, stało się dla mnie jasne, że ktoś, kto ją sporządził, ma bardzo specyficzny sposób postrzegania NATO, Stanów Zjednoczonych, w ogóle całego Zachodu. To stanowisko było po prostu z gruntu nieprofesjonalne. Czysta fantazja. Od początku było jasne, że jest nie do zaakceptowania. Ale byłem też zaskoczony postawą USA.

Dlaczego?

Amerykanie stwierdzili, że nie mogą się na to zgodzić, ale że w przedłożonym dokumencie są też punkty, o których można dyskutować. Byli gotowi negocjować.

W jakich sprawach?

To były kwestie dotyczące transparentności, środków budowy zaufania. Nie były to żadne z głównych punktów, raczej rzeczy, które były już omawiane przez USA i Rosję w ramach dialogu dotyczącego strategicznej stabilności.

I co na to Rosjanie?

Odparli, że to nie jest menu w restauracji, z którego można sobie wybrać coś, co się lubi, a innych rzeczy nie jeść. To było ultimatum – albo się na to zgadzacie, albo nie.

Amerykanie oczywiście się nie zgodzili.

I w efekcie spotkanie było bezowocne. Amerykanie byli bardzo zawiedzeni, bo przecież lecieli do Genewy przez ocean, spędzili 12 godzin w samolocie tylko po to, żeby się dowiedzieć, że negocjacje nie wchodzą w grę. Moskwa chciała chyba jedynie sprawić pozór, że jest gotowa negocjować, potem obrócić wszystko przeciwko Zachodowi. I stwierdzić, że to oni nie chcą negocjować, więc to wszystko tak naprawdę ich wina.

Nieco ponad miesiąc później Rosja napadła na Ukrainę. Pana reakcją na inwazję była rezygnacja ze stanowiska doradcy Rosji w stałej misji przy ONZ w Genewie.

Kiedy nastąpiła inwazja, wiedziałem, że to jest moment, w którym trzeba zdecydować, co robić dalej. Czy się przystosować do tej sytuacji, powiedzieć sobie "cóż ja mogę zrobić" i nadal pracować, czy uznać jednak, że miarka się przebrała i nie mogę już tego dłużej tolerować? To był czas na decyzję moralną. Każdy jakąś podjął.

Formalnie ustąpił pan jednak dopiero w maju, nie w lutym.

Potrzebny był czas, żeby się zastanowić, jak to zrobić, jak ten moralny wybór wdrożyć w życie. Wydać jakieś oświadczenie czy zrobić to po cichu? Musiałem też pomyśleć o możliwych konsekwencjach.

W wydanym oświadczeniu napisał pan, że "nie może dłużej uczestniczyć w tej krwawej, bezsensownej i absolutnie niepotrzebnej hańbie". Czy ktoś z Kremla się z panem kontaktował?

Nie.

Jest pan jedynym rosyjskim dyplomatą, który głośno potępił rosyjską agresję i zrezygnował ze stanowiska. Ale takich, którzy zrezygnowali po cichu, jest według pana więcej. Twierdzi pan, że z MSZ w Moskwie mogło odejść ich nawet 30.

Zaznaczam, że to moje szacunki, nie twarda liczba. Ale bazując na tym, co słyszałem od osób, które znam osobiście, a także na nastrojach, jakie panują w ministerstwie i w moim byłym miejscu pracy w Genewie, oszacowałem, że z ministerstwa odeszło ok. 20-30 osób. Może było ich mniej, może więcej. W każdym razie to nie jest dużo. W departamentach MSZ w Moskwie pracuje ok. 3,5 tys. ludzi, do tego dochodzi ok. 7-8 tys. pracowników na misjach zagranicznych.

Mówimy o ludziach, którzy odeszli. A ci, którzy zostali? Zna pan dyplomatów nadal pracujących dla Kremla?

Mnóstwo osób.

I co mówią w prywatnych rozmowach?

Wielu z nich jest niezadowolonych, uważają, że ta wojna to błąd. Ale dalej pracują – z bardzo różnych powodów. Niektórzy mają dzieci, o które muszą zadbać, albo rodziców, których muszą utrzymać. Dyplomaci w Moskwie bardzo dobrze zarabiają i znalezienie pracy równie dobrze płatnej nie byłoby łatwe.

Poza tym dzisiaj ogólnie trudniej jest zrezygnować. Znam ludzi, którzy w lutym czy w marcu – zrobili to bez żadnych problemów. Opowiadali, że kiedy składali rezygnację, pracownicy w dziale kadr patrzyli na nich ze zrozumieniem. Nie było żadnych pytań. Dzisiaj jest inaczej – pytania już są.

Skąd ta zmiana?

Na początku wszyscy myśleli, że wojna skończy się w ciągu kilku tygodni i sytuacja wróci do normy. Tymczasem końca wojny nie widać. Ci, którzy zrezygnowali, mogą być teraz postrzegani jako nielojalni. Jako osoby, które mają wątpliwości, pytania i kto wie – może nawet myślą o dołączeniu do opozycji.

W rosyjskim społeczeństwie poziom wzajemnego zaufania jest bardzo niski. Ludzie wiedzą, że nawet jak czemuś się sprzeciwią, to nikt ich w tym nie poprze, choćby miał takie same poglądy. Osoba, która zdecyduje się na sprzeciw, będzie osamotniona. I to ona będzie miała problemy.

Może mogą się nawet wspólnie naradzać, razem planować protest, ale każda z tych osób w którymś momencie pomyśli: "Może tylko chcą mnie sprowokować, żebym to zrobił? Może przyjdę na protest, ale nie przyjdzie nikt inny?". Ten wzajemny brak zaufania bardzo pomaga Putinowi.

To nowe zjawisko w rosyjskim społeczeństwie? Czy przed wojną było tak samo?

Tak było już w ZSRR. Ale za Putina jeszcze się nasiliło. On wie, że jak ludzie sobie nie ufają, to bardzo łatwo nimi manipulować. Niektórzy się dziwią, dlaczego w Rosji nie ma protestów. Po pierwsze dlatego, że wszyscy liderzy opozycji żyją na wygnaniu, w więzieniu albo są martwi. Po drugie dlatego, że ludzie nie są w stanie się zorganizować. Putin systematycznie zwalczał wszystkie próby budowania wzajemnego zaufania w społeczeństwie.

Podam przykład – w 2010 roku w Rosji doszło do serii pożarów lasów. Wielu ludzi zgłosiło się wtedy jako wolontariusze, żeby pomagać w walce z żywiołem. Zaraz jednak cały ten ruch wolontariuszy, złożony z wielu małych grup, został przekształcony w jedną dużą organizację. I wtedy umarł. Z prostej przyczyny – był postrzegany przez rząd jako zagrożenie. Na Kremlu widzą to tak – dzisiaj ludzie się organizują, żeby pomagać jako ochotnicy przy pożarach, a jutro zajmą się polityką.

Wspomniał pan, że końca wojny nie widać mimo wielkich nakładów ze strony Zachodu, który pomaga Ukrainie. Pana zdaniem państwa zachodnie dalej unikają eskalacji z Rosją?

Oczywiście.

To błąd?

Błędem jest mówić o tym głośno. Nikt, rzecz jasna, nie chce, żeby doszło do wojny nuklearnej. Putin, moim zdaniem, też nie. Ale kiedy mówi się głośno, że nie chce się eskalacji, to daje się przeciwnikowi przewagę.

Starożytny chiński myśliciel Sun Zi mówił, że jeśli jesteś słaby, to podczas wojny musisz pokazać swojemu rywalowi, że jesteś silny. A jeśli jesteś silny, to musisz pokazać, że jesteś słaby.

Oczywiście państwom zachodnim trudniej grać w tę grę, bo są inaczej zbudowane. Na Zachodzie wszystko jest dużo bardziej transparentne, procesy polityczne są otwarte, nie można ukryć swoich ruchów, tak jak Putin może to robić w Rosji. Niemniej uważam, że ta retoryka unikania eskalacji powinna zostać wyciszona.

To jak rozmawiać z Putinem?

Z pozycji siły. Na pewno nie z pozycji pacyfizmu i umiłowania pokoju.

Kiedy w listopadzie w polskiej wsi Przewodowo spadła rakieta…

…to wszyscy na Zachodzie bardzo szybko uznali, że to nie mogła być rosyjska rakieta, musiała być ukraińska. Że to nie mógł być Putin. A kto wam tak powiedział?

Strony polska, amerykańska i NATO twierdzą, że cały materiał dowodowy wskazuje na to, że rakieta została wystrzelona przez ukraińską obronę przeciwlotniczą w odpowiedzi na zmasowany atak Rosji.

Tylko że jak Putin naprawdę wystrzeli rakietę w kierunku Warszawy, to wszyscy też powiedzą, że to nie mógł być on. I to jest właśnie ten lęk przed eskalacją. Powtarzam – nie pokazujcie, że się boicie.

Jak pokazujecie, to wysyłacie Putinowi sygnał, że nie jesteście gotowi się bronić. A jak w Ukrainie zacznie mu iść naprawdę źle, to może się zdecydować na działania asymetryczne i wtedy może zaatakować inny kraj. Może jakieś państwo bałtyckie. Może Polskę. Może wystrzelić kilka rakiet i zawsze powiedzieć, że to przez przypadek, że to wynik jakiejś usterki. A tak naprawdę będzie wtedy myśleć: "Zobaczymy, co zrobią".

Polska powinna się w tej chwili obawiać Rosji?

Nie sądzę, abyście musieli się teraz bać inwazji ze strony Rosji. Ale myślę, że powinniście uważać na różnego rodzaju prowokacje, włącznie z atakami terrorystycznymi.

Obecnie chyba już mało kto sądzi, że Rosjanie – po stratach, jakie ponieśli w Ukrainie – byliby w stanie zaatakować kolejny kraj. Pan w trakcie swojej kariery w MSZ pracował m.in. w departamencie zajmującym się takimi kwestiami jak kontrola zbrojeń i nierozprzestrzenianie broni nuklearnej. Z bliska widział pan, jak negatywnie odbijają się na rosyjskiej armii sankcje nałożone przez Zachód po aneksji Krymu w 2014 roku. Co w dziewięć lat po tej aneksji można powiedzieć o armii Putina?

Wojsko jest źle wyposażone, źle zorganizowane, a żołnierze nie mają motywacji. Armia musi używać najemników i więźniów. Sposoby walki Rosji nie zmieniły się od początków II wojny światowej. Myślę, że rosyjscy generałowie nie spodziewali się, że czeka ich prawdziwa wojna.

Ta armia nie jest tak groźna, jak wszyscy myśleli, ale z drugiej strony ma nadal duże rezerwy, choćby w ludziach. Mobilizacja była dość ograniczona, ale uważam, że jeszcze zostanie rozszerzona.

Rosjanie mogą ściągnąć na wojnę nawet milion osób. Oczywiście dalej będą źle wyposażeni, ale milion to milion. Pomimo wszystkich problemów rosyjskie wojsko się przesuwa, próbuje zajmować kolejne miejscowości w Donbasie.

A Putin jest w stanie poświęcić tylu Rosjan, ilu będzie trzeba. Przynajmniej do czasu, kiedy rosyjskie społeczeństwo będzie mu na to pozwalać. Pozostaje mieć nadzieję, że Rosjanie w końcu powiedzą "dość". Do tego czasu radziłbym jednak nie lekceważyć rosyjskiej armii.

Armii, która – podkreślmy – posiada największą na świecie liczbę głowic jądrowych.

Żeby użyć bomby atomowej, Putin musiałby mieć zgodę ministerstwa obrony i naczelnego dowództwa armii.

Dostałby ją? Wielu ekspertów twierdzi, że nawet jakby Putin chciał użyć broni atomowej, to jego otoczenie mu na to nie pozwoli.

Cóż, ja bym za bardzo nie polegał na rosyjskich urzędnikach i na ich umiejętności niezależnego myślenia. Pamiętajmy, że niemal nikt w otoczeniu Putina nie popierał tej wojny.

Cieszyli się może tylko najbardziej twardogłowi, jak Nikołaj Patruszew i inni KGB-iści. Oni wzrastali w poczuciu nienawiści do USA i Zachodu. Inni wojny nie popierali, ale to przecież Putina nie powstrzymało. Nie pytał ich o zdanie.

Gdyby postanowił, że czas zrzucić bombę atomową na Kijów lub jakiekolwiek inne ukraińskie miasto, to nie wiem, czy w całym łańcuchu dowodzenia znalazłaby się choć jedna osoba, która nie byłaby gotowa nacisnąć czerwonego guzika. Jestem na 90 proc. pewien, że każdy poparłaby jego decyzję.

A potem zachowywaliby się jak niemieccy generałowie, którzy mówili: "Führer nam kazał, to nie nasza decyzja, wińcie jego, nie nas". Tak to działa, tak wygląda niechęć do brania odpowiedzialności.

Czyli pana zdaniem ryzyko rośnie pomimo tego, że Zachód unika eskalacji?

Powtarzam – ta polityka braku eskalacji doprowadzi nas do punktu, w którym Putin będzie musiał użyć broni nuklearnej. Krzyknie: "Zróbcie to i to, bo inaczej sięgnę po bombę atomową", a wtedy wszyscy powiedzą: "Ok, nie chcemy eskalacji, może więc dajmy Putinowi to, czego chce".

Wtedy poczuje się mocny i zaraz powie, że chce czegoś jeszcze. I znowu mu to dacie. A on będzie wymyślał dalej – może uzna na przykład, że Polska powinna się znowu stać Królestwem Polskim wchodzącym w skład Cesarstwa Rosyjskiego, jak to było w XIX wieku. I co wtedy? Zgodzicie się czy odmówicie?

Pytanie retoryczne.

A co, jak powie, że użyje broni jądrowej? Może nadejdzie taki moment, że będzie musiał jej użyć – właśnie po to, żeby pokazać, że jego groźby są prawdziwe. Z nim trzeba rozmawiać tak, żeby się zastanowił dwa razy nad tym, co zamierza zrobić.

Jak mówi, że zrzuci bombę atomową, to trzeba mu odpowiedzieć: "To zrzuć, my wtedy zrzucimy swoją". Wy, Polacy, wiecie dobrze ze swojej historii, że Rosję można pokonać.

A czy można pokonać Putina? Czy będzie rządził Rosją do śmierci?

Myślę, że będzie rządził do śmierci, pytanie tylko, kiedy to nastąpi. Nie wierzę w żadne przekazanie władzy w Rosji.

Ludzie się nie zbuntują? Nie będą mieli dość efektów sankcji gospodarczych?

Pogorszenie gospodarcze to jest coś, co trwa od wielu lat. Dla Rosjan to żadne zaskoczenie – oni są przyzwyczajeni do życia w bardzo trudnych warunkach. Zwłaszcza na prowincji, czyli w tych regionach, z których Putin werbuje żołnierzy.

Jeśli więc ktoś myśli, że sankcje ekonomiczne sprawią, że ludzie odwrócą się od Putina, to nie jest to do końca prawda.

Co zatem sprawi, że się odwrócą?

Rosjanie muszą zrozumieć, że to, co się teraz dzieje, to jest wojna, i że to wojna przegrana. Putin musi zostać wyparty z Donbasu, z Krymu, z całej Ukrainy. Kiedy to się stanie, ludzie zaczną zadawać pytania, a Putin straci swój autorytet pośród elit, które stworzył.

Myślę, że już teraz elity są do niego sceptycznie nastawione, ale wciąż się go boją. Muszą zrozumieć, że Putin ciągnie je na dno. Już stracili swoje aktywa, pieniądze, perspektywę życia na Zachodzie. A co dostali w zamian? Kraj, który staje się wielką Koreą Północną.

Jak ludzie to zrozumieją, to może część z nich nabierze odwagi, by coś zrobić. To jedyna szansa na odsunięcie Putina od władzy. Rosjanie muszą zacząć go postrzegać jako przegranego. Nie zadziała to jednak, jeśli Zachód pozwoli mu osiągnąć zwycięstwo – a jako zwycięstwo Putin może przedstawić właściwie wszystko.

Może na przykład powiedzieć, że nie zdobyliśmy żadnych terytoriów, ale zabezpieczyliśmy Krym i Donbas i to jest wielki triumf. Może powiedzieć, że zdobyliśmy co prawda tylko jedną wioskę w Ukrainie, ale to też wielki triumf.

Gdy nie będzie miał niczego do sprzedania jako zwycięstwa, ludzie zrozumieją, że jest słaby.

I co dalej? Nie bardzo widać alternatywę dla Putina. Bo jak nie on, to kto? Miedwiediew? Raz już tak było.

Nie, na pewno nie Miedwiediew. On nie ma żadnych szans. Wszyscy go postrzegają jako żart, jako bardzo złego polityka, który nie reprezentuje sobą za grosz profesjonalizmu.

Jest tak postrzegany nawet w Rosji?

Przede wszystkim w Rosji. Wszyscy się z niego śmieją. To nieszczęśliwy człowiek z ewidentnymi problemami zdrowotnymi. Nie ma szans. Jeśli Rosja przegra wojnę, wymiana Putina na kogoś równie lub bardziej radykalnego nie będzie w ogóle opcją.

Dlaczego? Część komentujących wskazuje, że jak Putin zostanie pokonany i nie będzie już rządził, to na jego miejsce może przyjść ktoś jeszcze gorszy.

Rosjanie będą wiedzieli, że nic im to nie da. Nawet jakby to był najbardziej radykalny człowiek z otoczenia Putina, grożący Zachodowi bombą atomową, żądający wycofania sankcji i powrotu do normalności – ludzie będą wiedzieć, że to na nic, że tylko zaostrzy konflikt.

Putina może zastąpić wyłącznie ktoś, kto mógłby zaoferować wyjście z tej sytuacji, kto obarczyłby go winą za wszystkie jego błędy i zbrodnie.

Po jego upadku byłaby oczywiście walka o władzę, ale ta walka rozsadzi ten reżim. Najbardziej inteligentni ludzie będą prosić Zachód o pomoc. Byłaby to naturalnie pomoc w zamian za coś – np. demokratyzację. Można oczywiście wypchnąć Putina z Ukrainy i dalej izolować Rosję, żeby się gotowała we własnym sosie, ale to nie jest rozwiązanie.

Bo jeśli Putin i jego reżim dalej będzie rządzić, to zawsze będą stanowić zagrożenie – dalej będą ogromnym źródłem destabilizacji w Europie i Azji. Będą grozić bombą atomową i sprzedażą broni atomowej komukolwiek, kto za nią zapłaci. Jeśli Zachód jest w tej wojnie, to musi w niej być do końca i usunąć Putina.

Twierdzi pan, że Zachód już raz popełnił błąd wobec Rosji – w latach 90. Mógłby pan rozwinąć tę myśl?

Zachód był bardzo naiwny po upadku ZSRR. Założył, że skoro komunizm upadł - i skoro ludzie byli nim rozczarowani, to zbudują demokrację. Sami. Nie wzięto tylko uwagę, że obywatele ZSRR nie mieli żadnego doświadczenia w jej budowaniu.

Zamiast im pomóc, zapewnić ekspertyzę, doradztwo i fundusze, Zachód zostawił wszystko w rękach Borysa Jelcyna. A ten powiedział, że jest demokratą, więc skoro będzie u władzy, to będzie rządzić demokracja. To był błąd. Wierzę, że prezydent Jelcyn – przynajmniej na początku – był szczery, naprawdę chciał coś zrobić.

W trakcie prezydentury musiał jednak wiele poświęcić, żeby utrzymać władzę. To on stworzył oligarchów. On dokonał prywatyzacji, w wyniku której 90 proc. własności jest teraz w rękach mniej niż 1 proc. populacji. Przy takiej strukturze ekonomicznej demokracja nie jest możliwa.

Możliwa jest tylko dyktatura i rządy oligarchów. Wolne wybory nie są teraz możliwe. Ten 1 proc. musi mieć kogoś, kto będzie ich chronił przed pozostałymi 99 proc., które nie mają nic. Chodzi więc nie tylko o budowę demokracji, ale też restrukturyzację gospodarki.

Myślę, że to, co Zachód powinien był zrobić w latach 90., to ustalenie jakiegoś planu Marshalla dla wszystkich postsowieckich republik. To byłoby oczywiście kosztowne, ale bardzo pomocne, ułatwiłoby ludziom przejście na gospodarkę rynkową, sprawiłoby, że ten proces nie byłby tak tragiczny.

Ci ludzie 31 grudnia 1991 roku zaliczali się do klasy średniej, a 1 stycznia 1992 roku – z powodu olbrzymiej inflacji – zaczęli żyć w ubóstwie. Stracili wszystko.

Dlatego słowo "demokracja" zaczęło się w Rosji bardzo negatywnie kojarzyć. Tak samo było w Iraku czy Libii – Zachód stwierdził, że zbombarduje Libię, a oni sobie zrobią demokrację. To naiwne, rzekłbym – zbrodniczo naiwne.

Czy naprawdę pan sądzi, że po tym wszystkim, co Putin zrobił w Ukrainie, Zachód będzie skłonny pomóc Rosji, tyle że tym razem skutecznie?

Po II wojnie światowej nikt nie lubił Niemców. Ale zwyciężył rozsądek. Uznano, że trzeba pomóc przekształcić Niemcy w normalny kraj. To był wielki sukces.

Nie zapominajmy, że XXI wiek to wiek strategicznej rywalizacji pomiędzy USA a Chinami. Rosjanie nie lubią Chińczyków. Nie chcą być ich wasalami ani mniejszymi braćmi. Nie chcą się znaleźć pod chińskim wpływem.

Normalni ludzie w Rosji są prozachodni. Nie mówię, żeby przyjmować zaraz Rosję do NATO czy UE, ale Rosja, która jest otwarta na Zachód i zachodnie biznesy, mogłaby przynieść Zachodowi pożytek.

A jeśli Zachód odrzuci Rosję, to Rosja będzie musiała się zwrócić w stronę Chin, Indii i Korei Północnej.

wp.pl

czwartek, 19 stycznia 2023


Wiadomość, że liczba niemieckich żołnierzy odmawiających służby z powodu konfliktu sumienia wzrosła pięciokrotnie od inwazji Rosji na Ukrainę, wywołała w Niemczech jedynie lekkie poruszenie. Nic dziwnego, bo Niemcy wciąż upajają się swoim pacyfizmem i powołują na "mroczną przeszłość", by unikać angażowania w wielkie zbrojenia, a ostatnio, by hamować wojenne wsparcie dla Ukrainy. Dlatego wciąż nie wiadomo czy zgodzą się na dostawę czołgów Leopard 2 na front, a jeśli już to nie wiadomo kiedy oraz jak wiele czołgów do Ukrainy pojedzie.

Dla wielu Niemców to zupełnie naturalne, że członkowie Bundeswehry nie dotrzymują przyrzeczenia, że będą bronić swojego kraju — jeśli sami Niemcy nie chcą walczyć, to dlaczego ich żołnierze mieliby to robić?

W istocie, w Niemczech żołnierz nie jest żołnierzem, lecz "obywatelem w mundurze". To trafny eufemizm dla społeczeństwa, które przez ponad siedem dekad żyło wygodnie pod amerykańskim parasolem bezpieczeństwa. W znacznym stopniu też wyjaśnia, jak Niemcy stały się problemem NATO od czasu rozpoczęcia wojny w Ukrainie, opóźniając i udaremniając zachodnie wysiłki, aby zapewnić Ukraińcom broń, której potrzebuje, aby bronić się przed niesprowokowaną rosyjską napaścią.

Najnowsza odsłona tej sagi rozpoczęła się zaledwie kilka godzin po lutowej inwazji, gdy niemiecki minister finansów powiedział ambasadorowi Ukrainy, że nie ma sensu wysyłać pomocy, bo jego kraj i tak przetrwa tylko kilka godzin. Kwestia obecnie dotyczy sporu o dostarczeniu Ukrainie potężnych czołgów bojowych.

Niemcy, jeden z największych obok USA producentów takich pojazdów, od miesięcy stanowczo odmawiają dostaw, argumentując, że dostarczenie Ukrainie zachodnich czołgów może wywołać rozszerzenie wojny.

Kanclerz Olaf Scholz próbował też zasłaniać się Stanami Zjednoczonymi, argumentując, że Waszyngton również nie wysłał żadnych czołgów. Wygodnie przy tym zignorował szczegół, że USA przekazały Ukrainie do tej pory 25 mld dolarów pomocy wojskowej, czyli ponad 10 razy więcej niż Niemcy.

Sojusznicy Niemiec, w tym Waszyngton, często przypisują niemiecki opór pacyfizmowi zrodzonemu z lekcji wyciągniętych z "mrocznej przeszłości". Innymi słowy, niemiecka strategia — nie robić nic, obwiniać nazistów — działa.

Oczywiście to nie sumienie Niemiec kieruje ich polityką zagraniczną, tylko ich korporacje.

Podczas gdy Niemcy wstrzymują się od wspierania Ukrainy w jej walce o obronę demokracji przed inwazją tyrana, Berlin nie ma skrupułów, by sprzedawać broń autorytarnym reżimom, jak na przykład na Bliskim Wschodzie, gdzie prowadzą prężne interesy z takimi krajami jak Egipt czy Katar.

Pomimo wszystkiego, co wydarzyło się w ciągu ostatniego roku, Berlin wciąż ma nadzieję, że Ukraina może jakoś naprawić sytuację z Rosją, aby Niemcy mogły wznowić działalność i ponownie zobaczyć, jak odkręca się kurek z gazem. Nawet jeśli Niemcy w końcu wyślą do Ukrainy czołgi — jak wielu teraz przewiduje — to dostarczą ich tak mało, jak tylko będzie to możliwe, i tylko po wyczerpaniu wszystkich możliwych opcji opóźniania.

W ostatnich latach wiele uwagi poświęca się Nord Stream 2, nieudanemu rosyjsko-niemieckiemu projektowi transportu gazu ziemnego. Jednak napięcia między USA a Niemcami związane z uwikłaniem Niemiec w rosyjskie interesy energetyczne sięgają końca lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to Niemcy po raz pierwszy zaczęły zaopatrywać Związek Radziecki w rury o dużej średnicy.

Przez cały okres zimnej wojny zaangażowanie Niemiec w NATO wynikało ze strategii korzystania z ochrony, jaką zapewniał sojusz, przy dostarczaniu nie więcej niż absolutne minimum i jednoczesnym rozszerzaniu stosunków handlowych z Sowietami.

W 1955 r. tygodnik Die Zeit opisał to, co nazwał "marzeniem zachodnioniemieckiego przemysłu" o normalizacji stosunków handlowych z ZSRR. W ciągu kilkudziesięciu lat marzenie to stało się rzeczywistością, w dużej mierze dzięki polityce odprężenia kanclerza Willy'ego Brandta, znanej jako "Ostpolitik".

To jeden z powodów, dla których Niemcy tak bardzo obawiali się prezydenta Stanów Zjednoczonych Ronalda Reagana i jego twardego stanowiska wobec Sowietów. Dalekie od przyjęcia z zadowoleniem jego wezwania "Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur", zarówno niemieckie społeczeństwo, jak i przemysł były nim przerażone. Obawiano się, że Reagan zachwieje łódką i zniszczy ich interesy na wschodzie.

Gdy kilka lat później upadł mur berliński, zachodnioniemiecki eksport do Związku Radzieckiego osiągnął prawie 12 mld marek, co było rekordem.

Dlatego postępowanie Niemiec wobec Ukrainy nie jest odstępstwem od normy. Jest normą.

Rozterki Niemiec w sprawie pomocy dla Ukrainy są logicznym przedłużeniem strategii, która dobrze służyła ich gospodarce od czasów zimnej wojny przez decyzję o zablokowaniu przystąpienia Ukrainy do NATO w 2008 r., aż po Nord Stream.

W zeszłym tygodniu, gdy Rosjanie siali terror nad Dnieprem, minister-prezydent Saksonii Michael Kretschmer wezwał do naprawy rurociągu Nord Stream 1 — który został wysadzony przez nieznanych sabotażystów w zeszłym roku — aby Niemcy "zachowały opcję" zakupu rosyjskiego gazu po zakończeniu wojny.

Nie można go winić za to, że próbuje. Jeśli przyjąć, że niemiecką polityką kieruje logika ekonomiczna, a nie imperatyw moralny, to kapryśność jej politycznych przywódców ma całkowity sens — tym bardziej, jeśli weźmiemy pod uwagę, jak dobrze się sprawdziła.

Pieniądze zaoszczędzone przez Niemcy na obronie umożliwiły im sfinansowanie jednego z najhojniejszych na świecie państw opiekuńczych.

Kiedy kilka lat temu Niemcy znalazły się pod presją sojuszników, aby w końcu osiągnąć natowski cel wydatków na zbrojenia na poziomie 2 proc. PKB, ówczesny wicekanclerz Sigmar Gabriel nazwał ten cel "absurdem". I z niemieckiej perspektywy miał rację — po co kupować krowę, skoro można dostać mleko za darmo?

Oczywiście Niemcy mogli liczyć na dużą pomoc w dojeniu, zwłaszcza ze strony USA.

Amerykańscy prezydenci już od czasów Dwighta D. Eisenhowera ganili Niemcy za ich słaby udział w zachodnim sojuszu, ale nic z tym nie robili.

Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest Donald Trump, któremu przegrana w wyborach pokrzyżowała plany wycofania większości wojsk amerykańskich z Niemiec.

Joe Biden, chcąc odwrócić dyplomatyczne szkody wyrządzone w latach Trumpa, zmienił kurs i zrobił wszystko, by pokazać swoje uznanie dla tego, co niemieckie. Jednak decyzja Bidena o przypodobaniu się Niemcom, zamiast piętnowania ich za niewywiązywanie się ze zobowiązań, nauczyła Berlin, że wystarczy przeczekać kryzys w relacjach transatlantyckich, a problemy same się rozwiążą.

Pod presją Trumpa, by kupować amerykański skroplony gaz, ówczesna kanclerz Angela Merkel zgodziła się w 2018 r. wspierać budowę niezbędnej infrastruktury. Po Trumpie plany te zostały odłożone, by wznowić je dopiero przy okazji obecnego kryzysu energetycznego.

Ze względu na swoją wielkość i położenie geograficzne w centrum Europy Niemcy zawsze będą ważne dla USA, jeśli nie jako prawdziwy sojusznik, to przynajmniej jako dawny partner i miejsce postoju amerykańskiego wojska.

Kto by się przejmował tym, że Bundeswehra stała się obiektem żartów lub że Niemcy są o lata świetlne od spełnienia celów związanych z wydatkami na zbrojenia? W opinii Waszyngtonu Niemcy mogą być złym sojusznikiem, ale przynajmniej pozostają złym sojusznikiem Ameryki.

A nikt nie rozumie korzyści z tego statusu lepiej niż sami Niemcy.

onet.pl/Politico

Pod koniec 2022 roku okazało się, że Homelskie Zakłady Radiowe nieoczekiwanie rozpoczęły procedurę przystąpienia do holdingu Homsielmasz. Dzięki temu będą one mogły korzystać z potencjału produkcyjnego fabryki kombajnów.

10 stycznia państwowa telewizja Homel (kanał „Białoruś 4”) krótko poinformowała o przyłączeniu Homelskich Zakładów Radiowych do holdingu produkującego maszyny rolnicze. W materiale zauważono, że Homsielmasz zwiększa wielkość produkcji „m.in. dzięki białorusko-rosyjskiemu projektowi substytucji importu”. Nie podano, o jaki projekt chodzi.

– Nasi sąsiedzi (czyli Rosja – Radio Swaboda) otrzymają zestawy skomplikowanych części, które wcześniej były importowane z innych krajów – głosił tekst materiału.

Według wersji państwowej propagandy Zakłady Radiowe były potrzebne Homsielmaszowi, ponieważ mają „dodatkowe tereny” i potencjał kadrowy. Według oficjalnych danych w Zakładach pracują obecnie 164 osoby.

– Współpracę z Zakładami Radiowymi rozpoczęliśmy w połowie zeszłego roku, kiedy otrzymaliśmy zamówienie na produkcję produktów zastępujących import – powiedział Wiktar Pinczuk, główny inżynier Homsielmasz”. Nie wyjaśnił jednak, o jakie produkty chodzi.

Homelskie Zakłady Radiowe zostały założone w 1969 roku. W czasach sowieckich pracowało tam około 10 tysięcy osób. W 2010 roku przedsiębiorstwo po okresie upadku postsowieckiego „wstało z kolan” – zajmowało się produkcją wojskową: wykonywano tu naprawę pojazdów opancerzonych, systemów artyleryjskich, sprzętu radarowego. Zamówienia napływały z krajów arabskich, w tym z Syrii i Libii.

W kolejnej fazie upadku, która przypadła na kolejną dekadę (2010-2020), Zakłady oferowały konsumentom konewki, transportery do warzyw, przyczepy, taborety i stoły oraz żyrandole.

Źródło Radia Swaboda poinformowało, że obecnie przedsiębiorstwo zajmuje się naprawą rosyjskiego sprzętu wojskowego, który przyjechał „pobity” z frontu na Ukrainie.

– Przynajmniej obecnie pracownicy Homsielmaszu są oddelegowywani do Zakładów Radiowych i tam malują broń i sprzęt wojskowy. Same Zakłady od dwóch-trzech lat są kompletną ruiną, w ciągu ostatnich trzech lat załogę zmniejszono z 550 do 160 osób, a majątek sprzedano. Teraz mają jakiś tajny „projekt białorusko-rosyjski”, nietrudno zgadnąć, co to jest – sugeruje rozmówca rozgłośni.

Inne źródło mówi, że teraz podziemna część Zakładów Radiowych „jest zajęta przez wojsko”.

– Podziemne warsztaty są zamknięte, teraz jest tam tylko personel wojskowy, cywile nie mają tam wstępu. Wojskowi wjeżdżają tam własnym sprzętem i bez nadzoru – powiedział rozmówca.

Strona internetowa Zakładów Radiowych informuje, że jest to „jedno z najbardziej stabilnych przedsiębiorstw w dziedzinie inżynierii”.

– Przedsiębiorstwo prowadzi remonty kapitalne przeciwlotniczych systemów rakietowych, artyleryjskich i radarowych.

Według tej samej strony w Internecie, Homelskie Zakłady Radiowe produkują m.in. komplety części zamiennych i wyposażenia do haubic Chitin, haubic samobieżnych Akacja i armat Hiacynt-B. Fabryka prowadzi również remonty kapitalne i modernizacje przeciwlotniczych zestawów rakietowych S-300B, Strela-10M, Buk, stacji radarowych Niebo, automatycznego moździerza Wasilok i innych, remontuje i modernizuje sprzęt wojskowy.

belsat.eu/East24.info

Z opublikowanej przez Urząd Kanclerski (UK) pod koniec grudnia listy rządowej pomocy bilateralnej na rzecz Ukrainy (Deutsche bilaterale Unterstützungsleistungen für die Ukraine und Menschen aus der Ukraine) wynika, że Niemcy szacują wartość udzielonego jej wsparcia w okresie od 24 lutego do 21 grudnia 2022 r. na 12,5 mld euro. Taką skalę pomocy wskazał również 6 stycznia kanclerz Olaf Scholz w trakcie rozmowy telefonicznej z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim.

Publikacja listy ma związek z ofensywą niemieckich dyplomatów, urzędników i ekspertów (m.in. na zamkniętych spotkaniach z przedstawicielami prasy zagranicznej), która polega na przedstawianiu RFN jako lidera regionalnej pomocy Ukrainie w każdym wymiarze. Osiemnastostronicowy dokument został przygotowany na podstawie danych zebranych ze wszystkich resortów federalnych i zawiera de facto bardzo szeroki katalog wsparcia na rzecz Kijowa, co sprawia wrażenie systemowej pomocy udzielanej państwu ukraińskiemu. 

W zestawieniu (zob. Aneks 1) połączono środki już przekazane z planowanymi. Ponadto w raporcie pomoc bilateralną niekiedy scala się z programami międzynarodowymi (np. finansowanymi z budżetu MSZ). Dodatkowo z uwagi na niewskazanie dat rozpoczęcia części projektów trudno określić, które z nich (zwłaszcza w obszarze współpracy energetycznej i rozwojowej) wystartowały przed 24 lutego ub.r., a co za tym idzie – które z podanych kwot obejmują tylko zwiększenie lub kontynuację dotychczasowej kooperacji. 

Rząd RFN wlicza do pomocy Ukrainie również pewne środki przekazywane jej sąsiadom (np. Mołdawii, Rumunii lub krajów Partnerstwa Wschodniego) w bardzo szerokim kontekście toczącej się wojny (np. wsparcie w wysokości 11,2 mln euro na rzecz demokratyzacji i stabilizacji w państwach ościennych, a także monitorowanie mediów w Rumunii). Szczególnym przypadkiem jest udzielanie pomocy wybranym rosyjskim NGO, co również zakwalifikowano jako wsparcie dla Kijowa. 

Ważną część pomocy Ukrainie stanowią programy wsparcia dla niemieckich instytucji goszczących tamtejszych naukowców, ekspertów i studentów oraz przekazywanie środków gwarantujących pracę różnych instytucji (np. instytutów Goethego) lub niemieckich fundacji politycznych w państwie ukraińskim. Tworzone są również długofalowe projekty współpracy naukowej Exzellenzkerne – ich wdrażanie zaplanowano po 2024 r. Dodatkowo część środków przeznacza się na doradztwo realizowane w RFN lub online, a także na infolinie dotyczące np. kwestii oclenia pomocy dostarczanej na Ukrainę oraz na pomoc medyczną online (np. klinika Charité w Berlinie). 

Komentarz 

Opublikowany w grudniu dokument to pierwsze zestawienie, w którym całościowo zaprezentowano aktualne wsparcie niemieckiego rządu dla Ukrainy od momentu wybuchu wojny. Dotychczas najpopularniejszym źródłem informującym o skali pomocy były opracowania Instytutu Gospodarki Światowej z Kilonii (IfW – Ukraine Support Tracker). Za granicą zwracano jednak uwagę na słabości metodologiczne IfW – m.in. podawanie przybliżonych wartości przekazywanej pomocy, łączenie deklarowanego oraz faktycznie udzielonego już wsparcia oraz nieuwzględnianie w zestawieniu liderów pomocy pełnego wkładu innych państw, co często wynikało z braku dostępu do wszystkich danych. Przykładem nieścisłości jest podana wartość wsparcia wojskowego Niemiec dla Ukrainy. Według wyliczeń IfW wyniosła ona (od 24 stycznia do 20 listopada ub.r.) 2,34 mld euro, czyli o 90 mln euro więcej, niż wynika z danych rządowych. 

Wszystkie kluczowe resorty zaangażowane w pomoc dla Kijowa utworzyły w widocznych miejscach w Internecie specjalne podstrony informujące w pogłębiony sposób o niemieckim wsparciu. Są one dostępne zazwyczaj również po angielsku, ukraińsku i rosyjsku. Od początku wojny działa też portal Germany4Ukraine, w którym można znaleźć dane o konkretnych formach pomocy oraz rady i praktyczne wskazówki dla Ukraińców szukających schronienia w Niemczech. Powyższe działania wzmacniają promocję niemieckiego wsparcia zarówno w kraju – wobec własnych obywateli – jak i na arenie międzynarodowej.  

Poza doraźnym charakterem udzielana pomoc ma na celu także przyciąganie do RFN kapitału ludzkiego – stąd liczne przykłady finansowania stypendiów oraz tworzenia miejsc pracy dla ukraińskich naukowców, studentów i ekspertów w tamtejszych instytucjach i organizacjach pozarządowych. Berlin liczy na to, że w ten sposób rozszerzy się sieć powiązań przydatna również po zakończeniu działań wojennych, zwłaszcza w obliczu braku wystarczającej liczby pracowników w RFN. Przy okazji pomoc obejmuje niemieckie organizacje, które do tej pory były bardzo luźno związane z Ukrainą (np. Fundacja Badań nad Dyktaturą Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec). 

Większość Niemców niezmiennie opowiada się za wspieraniem Ukrainy. Ponadto wzrasta poparcie dla zwiększenia dostaw broni, co postuluje 25% badanych (+4 p.p. względem listopada, sondaż ośrodka Infratest dimap z 5 stycznia). Zarazem 41% ankietowanych uważa, że obecna pomoc w tym zakresie jest zadowalająca, a 26% chciałoby ograniczenia wsparcia militarnego. Oprócz presji międzynarodowej jest to kolejny czynnik wzmacniający gotowość rządu kanclerza Scholza do kontynuowania oraz zwiększania pomocy dla Ukrainy.

Aneks 1. Wybrane aspekty opublikowanego przez Urząd Kanclerski dokumentu – oba filary stanowią ponad 73% deklarowanej niemieckiej pomocy

Finansowanie pobytu uchodźców: 

• Największa część pomocy bilateralnej (56% z 12,5 mld euro) została przeznaczona na wsparcie uchodźców wewnątrz RFN. Rząd wlicza w to 5 mld euro z budżetu Ministerstwa Finansów na dopłaty dla samorządów opiekujących się przybyłymi z Ukrainy w 2022 i 2023 r. i 2 mld euro zarezerwowane na świadczenia socjalne dla uchodźców (zob. tabela).

• W Niemczech zarejestrowanych jest ok. 1 mln uchodźców z Ukrainy (dane za AZR – Centralny Rejestr Cudzoziemców). Po uwzględnieniu liczby osób zapisanych w Federalnej Agencji Pracy oraz dzieci w szkołach i przedszkolach w RFN przebywa jednak mniej – tj. ok. 809 tys. – uchodźców wojennych, z czego ok. 200 tys. dzieci uczęszcza do szkół (wraz z tymi chodzącymi do przedszkoli i żłobków jest ich łącznie 357 tys.), a 452 tys. osób zarejestrowało się w Federalnej Agencji Pracy. Uchodźcy ukraińscy stanowią łącznie ok. 1% populacji. 

Wsparcie wojskowe:

• Z dokumentu wynika, że do 5 grudnia ub.r. na wsparcie wojskowe przeznaczono 1,93 mld euro (do końca roku miało ono wynieść 2,2 mld euro). Dane obejmują wartość „licencji” eksportowych, a więc włączono w nie pomoc zarówno już udzieloną, jak i obecnie realizowaną oraz planowaną. Nie da się zatem precyzyjne oszacować wartości niemieckiego wsparcia militarnego, jakie już trafiło na Ukrainę. Rzeczywista wartość pomocy, którą otrzymała tamtejsza armia, może być nawet dwukrotnie niższa od deklarowanej (jak dotychczas Kijów otrzymał np. tylko jedną z czterech baterii systemu IRIS-T, będącego najdroższą pozycją w całym pakiecie).

• Należy podkreślić, że rząd wlicza do kategorii „pomoc wojskowa” całokształt darowizn dla służb mundurowych Ukrainy (nie tylko dla Sił Zbrojnych), w tym dostawy m.in. 195 generatorów prądu, 35 ambulansów, 78 wozów dla straży granicznej, 280 ciężarówek, a także minibusów, quadów, paliwa etc. Nie obejmuje ona zatem wyłącznie uzbrojenia, sprzętu wojskowego i materiałów wojennych (pełna lista – zob. Military support for Ukraine).

• Dane rządu RFN pokazują, że najbardziej potrzebne Ukrainie ciężkie uzbrojenie i amunicja stanowią na razie margines niemieckiej pomocy, a wsparcie w tym zakresie jest wielokrotnie niższe od polskiego oraz mniejsze niż m.in. czeskie i słowackie. Dla porównania w wybranych kategoriach:
  • czołgi – min. 260 (PL) : 0 (DE); 
  • bojowe wozy opancerzone – 40 (PL) : 0 (DE); 
  • artyleria 155 mm – 18 (PL) : 14 (DE); 
  • artyleria 122 mm – min. 20 (PL) : 0 (DE); 
  • wieloprowadnicowe wyrzutnie pocisków rakietowych – min. 20 (PL) : 5 (DE); 
  • wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych – bateria S-125 Newa (PL) : bateria IRIS-T (DE). 
Zdecydowanie najdroższym elementem niemieckiej pomocy jest bateria IRIS-T, której wartość to co najmniej 420 mln euro.

osw.waw.pl

Najważniejszy gatunek rosyjskiej ropy naftowej jest wart dużo mniej na rynku światowym niż ustalony przez UE i G7 pułap cenowy na poziomie 60 dolarów za baryłkę – zauważa niemiecki tygodnik „Der Spiegel” w swoim internetowym wydaniu. Jak podaje, według danych brytyjskiej agencji branżowej Argus Media w poniedziałek (16.01.2023) baryłka ropy Urals kosztowała 44,70 dolarów, czyli o około 38 dolarów mniej niż cena ropy referencyjnej Brent.

„Spiegel” wskazuje, że rok temu różnica cen wynosiła nieco ponad 2 dolary, a rosyjscy eksporterzy dostawali na rynkach ponad 80 dolarów za baryłkę ropy Urals. „Spadek ceny od czasu rozpoczęcia wojny (w Ukrainie) staje się problemem: dla kasy Kremla i dla Władimira Putina. Zwłaszcza, że topnieją też dochody państwowego koncernu Gazprom ze sprzedaży gazu ziemnego” – pisze niemiecki tygodnik. 

Cytuje eksperta Argus Media Johna Gawthropa: „Pułap cenowy sprawił, że rosyjska ropa naftowa jest mniej atrakcyjna dla kupców na świecie. A decyzja z lata, aby ograniczyć eksport gazu do Europy, okazuje się wielkim błędem w kalkulacjach. Kreml strzelił sobie w stopę”. 

Jak zastrzega „Spiegel”, Rosja nadal zarabia na sprzedaży ropy naftowej na świecie. Eksperci szacują koszty wydobycia i transportu na 12 do 20 dolarów na baryłkę. „Ale zyski producentów wyraźnie spadają – a tym samym także dochody Kremla” – czytamy.

Według przytoczonych w artykule danych w grudniu ub. roku państwo rosyjskie uzyskało z tytułu podatków naftowych tylko 511,7 rubli (równowartość 6,9 mld dolarów). To o około jedną trzecią mniej niż w grudniu 2021 roku i najmniej od marca 2021 roku.

Rosyjscy eksporterzy muszą oferować wysokie rabaty na swoją ropę. Jak mówi „Spieglowi” Gawthrop, już same istnienie pułapu cenowego działa odstraszająco na niektórych kupców. Do tego dochodzą wyższe koszty transportu do Azji zamiast do Europy – bo UE wprowadziła embargo na ropę transportowaną droga morską. „I najwyraźniej odbiorcy w Chinach i Indiach, gdzie teraz płynie duża część ropy Ural, mają lepszą pozycję negocjacyjną, aby przeforsować ceny dla przyjaciół” – ocenia tygodnik.

„Pułap cenowy na ropę i embargo UE są pierwszymi naprawdę działającymi środkami, które uderzają w rosyjski eksport energii” – mówi tygodnikowi Janis Kluge z niemieckiej Fundacji Nauki i Polityki (SWP).

„Sankcje nie mogą przesądzić o losie wojny” – dodaje. „Ale sankcje pomagają uświadomić każdemu decydentowi w Moskwie, że inwazja na Ukrainę była ogromnym błędem” – ocenia Kluge. 

Jak wskazuje „Spiegel”, dzięki nowemu specjalnemu podatkowi, który uiszczać musi Gazprom, dochody rosyjskiego państwa ze sprzedaży gazu są jeszcze względnie wysokie. Ale i w przypadku tego koncernu „czasy rekordowych zysków dobiegają końca”. W czwartym kwartale 2022 roku Gazprom dostarczył o prawie 80 proc. mniej gazu do dawnych głównych odbiorców w Europie niż w ostatnim kwartale 2021 roku. A cena gazu w Europie spadła o ponad 80 proc. w porównaniu do najwyższego poziomu w sierpniu ubiegłego roku. Eksport do Chin jest zaś skromny – zauważa tygodnik.

Powołuje się na obliczenia fińskiego Centrum Badań nad Energią i Czystym Powietrzem (Crea), według których zyski Kremla ze sprzedaży paliw kopalnych spadły z 771 do 640 mln euro dziennie. Spadek może być jeszcze większy po kolejnym zaostrzeniu sankcji w sektorze energii.

(...)

dw.com

Blisko rzeki, obok bagnistego parku, wznosi się pomnik upamiętniający wielką wojnę ojczyźnianą. Siedem gigantycznych twarzy wyciętych z granitowych płyt spoczywa na wybrukowanym placu, jakby się właśnie wynurzały z dołu. Rzeźbiarza zainspirował dziennik oficera Wehrmachtu, który rozwodził się nad niewzruszonym jak skała rosyjskim oporem wobec niemieckiego natarcia, a zaciśnięte usta i nieustępliwe spojrzenie, ujęte w wielkich blokach, podzielają nagi upór kamienia.

Ten plac upodobali sobie nastoletni deskorolkarze w koszulkach z napisami „Misfit” i „I love NY”. Wirują i stukają głośno po bruku. Jednak kamienne twarze wydają się tkwić w swoim własnym czasie, patrząc w powszechnej alienacji. Są młodsze nawet niż dziadkowie nastolatków.

– Starzy weterani muszą tego nienawidzić – mówię.
– Mało kto z nich jeszcze pozostał – mruczy Aleksander. – Dawniejsze sowieckie trąbienie o wojnie powoli przygasa – dodaje. Pobliskie muzeum czołgów zamieniono na boisko piłkarskie. – Oczywiście w szkole nas o tym uczono, nie uczono za to niczego, co by nam pomogło dzisiaj żyć. Wszystko było przestarzałe, z jakąś bzdurną historią. Chcę, żeby moje dzieci dorastały lepiej przygotowane do współczesnego życia, niezależne.
– Może teraz jest łatwiej niż dawniej – mówię, niewiele o tym wiedząc.
Słyszymy okrzyki i stukot deskorolkarzy.
– Ale jest coraz gorzej. Niemal się tego nie zauważa, ale propaganda się w człowieka wsącza. Gdy pracowałem dla Kanadyjczyków na Czukotce, uświadomiłem sobie, że zaczynam ich nie lubić, wypełniała mnie złość i nie wiedziałem dlaczego. Nigdy nie oglądam naszej telewizji, jest nudna, ale tam, na Czukotce, nie było nic innego do roboty i nagle zdałem sobie sprawę, że gapiąc się w telewizor, jestem obiektem prania mózgu i zaczynam się wrogo odnosić do ludzi z Zachodu. – Uśmiecha się do mnie, jakbym nie był jednym z nich. – Więc się otrząsnąłem i wróciłem do normalności.

Tego wieczoru, w innym barze, nad stołem błyszczącym od rozlanego piwa, myśli o przyszłości tłumią jego dobry humor. Wychodzi na papierosa, wraca. Wielu rzeczy nienawidzi. Nienawidzi miejscowych władz, przestarzałego systemu szkolnictwa, zagrożenia dla dzikich zwierząt, komunizmu, feminizmu i, oczywiście, Chińczyków. Ale przede wszystkim Moskwy.

– Na początku wszyscy głosowaliśmy na Putina – mówi. – Ale teraz ludzie widzą, co się dzieje. Znowu zaczynamy być Związkiem Radzieckim. Wszystkim rządzą i kierują nieliczni bossowie. Na tym polega problem z naszym krajem. Zawsze rządzą nim niewłaściwi ludzie. Nawet do rewolucji przystąpiło wielu wariatów i przestępców. A jeśli chodzi o obecny rząd, czasami myślę, że te kurwy po prostu chcą wyrwać, ile zdołają, zanim kraj popadnie w ruinę, a potem uciec.

Robi się późno, nasze drinki się mnożą, jego czapka bejsbolowa się okręca, a spojrzenie wędrujące po moich oczach traci ostrość. Dużo mówi o głupocie świata, słyszę, jak sam się dołączam do tego wylewu frustracji, aż w końcu ruszamy z powrotem do hotelu.

– A jeśli chodzi o tych pieprzonych Chińczyków, to są jak karaluchy. Wszędzie się wcisną, będą jeść byle co. – Potężny Aleksander idący koło mnie zaczyna wyglądać groźnie. – Przy każdym interesie udają słabość, a potem cię kantują. Myślę, że chcą nas wykupić. Ja bym tych bydlaków wyrzucił na zbity pysk.
– Jednak w Komsomolsku niemal nie widziałem Chińczyków – wtrącam – tylko kilku Uzbeków, wciąż noszących tiubietiejki, i kilku Tadżyków pracujących na budowie.
– Ich nie widać. – Aleksander nie ustępuje. – Jednak wycinają wielkie połacie tajgi. Część naszych lasów wydzierżawiono im na „pięćdziesiąt lat”. Setki kilometrów kwadratowych wokół Czyty i Chabarowska. 

On także widział wielkie, założone wysoko drewnem barki płynące w górę rzeki do Chin i robiło mu się niedobrze.

Colin Thubron - Amur

środa, 18 stycznia 2023


Nie sprawdziły się przypuszczenia, że Putin przy okazji tej ważnej dla niego symbolicznej daty  może ogłosić kolejną falę mobilizacji, albo np. oficjalnie wypowiedzieć Ukrainie wojnę, która dotąd jest formalnie określana mianem „specjalnej operacji wojskowej”. Jednak rosyjski lider, unikając głośnych deklaracji, skupił się na usprawiedliwianiu agresji wobec Ukrainy.

Padły oskarżenia wobec Ukraińców o kolaborowanie z Hitlerem. Według Putina przykładem takiego kolaboranta jest ukraiński nacjonalista Stepan Bandera, a ci, którzy go gloryfikują, to neonaziści.

Ponownie powtórzył tezę, że Wołodymyra Zełenskiego nie można nazwać prawowitym prezydentem, gdyż jego dojście do władzy to efekt nielegalnego puczu w 2014 roku. Tak w rosyjskiej propagandzie jest nazywane usunięcie prezydenta Wiktora Janukowicza w wyniku zwycięstwa Eurmajdanu. Rosyjski prezydent stwierdził, że na Ukrainie wielu ludzi rozumie całą prawdę na temat tego, co się dzieje.

Podkreślił, że Rosja próbowała znaleźć pokojowy sposób rozwiązania konfliktu w Donbasie, ale było to niemożliwe – wróg przygotowywał się do wojny. A zatem decyzja o rozpoczęciu „specjalnej operacji wojskowej” była trudna, ale wymuszona i konieczna.

Na koniec wrócił do motywu, który od dłuższego czasu dominuje w rosyjskiej propagandzie – jakoby ZSRR wygrał wojnę samodzielnie i była to wojna, nie tyle z III Rzeszą, ale ze zjednoczonymi siłami Zachodu.

– Armie krajów zachodnich aktywnie uczestniczyły w blokadzie Leningradu i popełniały zbrodnie wojenne na terytorium ZSRR, nie należy o tym zapominać – podkreślił.

Jeszcze przed 80. rocznicą napaści hitlerowskich Niemiec na ZSRR rosyjska propaganda zaczęła głosić tezy, że na Związek Sowiecki napadła „Unia Europejska” pod postacią ochotniczych dywizji SS i wojsk kilku państw sprzymierzonych z Niemcami. W tym kontekście wymieniono też nieistniejącą w polską „dywizję góralską SS”. Dostępne historyczne źródła mówią, że Niemcom udało się zwerbować jedynie kilkunastu mieszkańców Podhala.

Jednocześnie w rosyjskiej historiografii i w mediach coraz mniejszą rolę w zwycięstwie nad Niemcami odgrywa wysiłek zbrojny i gospodarczy państw Zachodnich. W 2021 roku, podczas świętowania Dnia Zwycięstwa, Putin w ogóle mówił o samotnej walce ZSRR przeciwko “faszyzmowi”.

Blokada Leningradu – okres oblężenia Leningradu (obecnie Petersburg) w czasie II wojny światowej przez wojska niemieckie, które trwało 2,5 roku od 8 września 1941 do 27 stycznia 1944 roku i pochłonęło około 1,5 miliona ofiar po stronie wojsk radzieckich oraz cywilnych mieszkańców miasta. Według niektórych historyków do tak dużych ofiar przyczyniła się nieudolność sowieckiego dowództwa, które mimo istniejących możliwości nie umiało lub nie chciało dostarczyć pożywienia głodującym.

Smutnymi refleksjami nt. wojny z Ukrainą dzielił się dziś też szef rosyjskiej dyplomacji Siergiej Ławrow

– Pewnego dnia ta wojna się skończy. Nadal będziemy bronić naszej prawdy. Ale jak dalej żyć? Nadal nie mogę sobie wyobrazić, wszystko będzie zależeć od tego, jakie wnioski wyciągnie Europa – powiedział Ławrow na konferencji prasowej.

Jak zaznaczył Rosja “wyciągnęła wnioski dla siebie” i obiecał “wyciągnąć wnioski w stosunku do tych, którzy tak szybko i pomocnie poparli agresję na Federację Rosyjską”.

belsat.eu/East24.info/PAP

Na froncie musiał nauczyć się słuchać nieba. Bo gdy Rosjanie odpalają rakietę lub pocisk czołgowy, to w górze rozlega się charakterystyczny, narastający świst. To oznacza, że od wystrzału do wybuchu minie zaledwie chwila. - Można więc już tylko szybko wtulić się w ziemię i liczyć na to, że się nie oberwie. Po eksplozji pozostaje jednak tylko parę sekund, żeby zerwać się z miejsca i szukać lepszego schronienia przed następnymi pociskami – tłumaczy Damian Duda, polski ratownik, który pomaga ukraińskim obrońcom na froncie. 

Jeśli natężenie świstu stopniowo się zmniejsza, by w końcu wpaść w ciszę, to wiadomo, że zaraz jeszcze nastąpi eksplozja pocisku artyleryjskiego. Można jednak zakładać, że dojdzie do niej w bezpiecznej odległości. Duda mówi, że w takich sytuacjach czasem nawet nie wychodzi ze śpiwora. Oczywiście, zawsze bierze poprawkę na to, że źle wsłuchał się w niebo i zaraz w ogóle przestanie słyszeć świat.

Gdy zaś detonacja następuje jeszcze w powietrzu, wie, że ma do czynienia z bombą kasetową. Za chwilę szereg mniejszych eksplozji rozerwie niebo i posypie się z niego deszcz stalowych drobin. Pozostało więc parę sekund, by spróbować znaleźć jakieś schronienie.

Często ostrzały są zmasowane i trwają nawet kilka dni. Bywa, że Duda z kolegami przeczekuje je w wykopanej w ziemi norze. Niewielkiej, najwyżej metr na dwa, i zabezpieczonej jedynie workami z piachem. Chłopaki nazywają ją "mieszkalnym grobem". Nie wychodzą z niego nawet za potrzebą, bo mogłoby się okazać, że była ich ostatnią. Najgorzej jest nocami, gdy robi się zimno. Wskakują wtedy w znalezione na froncie śpiwory Rosjan i przeczekują w nich do rana. Stojący 500-700 metrów dalej rosyjski czołg, który pokrywa ogniem ich dziurę w ziemi, Damian Duda określa mianem "wyjątkowo pretensjonalnego sąsiedztwa".

Kiedy już uda się wyjść spod ostrzału, trzeba ruszyć do roboty. Czasem z "mięsnym batalionem" Ukraińców, czyli pododdziałem piechoty, która jest rzucana na najgorsze odcinki frontu, często bez ciężkiego sprzętu. - Wyciągamy rannego spod ognia w miarę bezpieczne miejsce. Tam ogarniamy masywne krwotoki, opatrujemy rany postrzałowe, udrażniamy drogi oddechowe i staramy się go ustabilizować. Przygotowujemy go do transportu karetką do punktu stabilizacyjnego. To nie jest jeszcze szpital, tylko takie zaimprowizowane ambulatorium, ale wykonuje się w nim nawet skomplikowane operacje - tłumaczy.

Wielu chłopaków przechodzi tam amputacje. Zdarza się, że spod ostrzału artyleryjskiego wychodzą bez nóg i rąk albo z urwanym kawałkiem uda czy mięśnia ramienia. O tym, ilu Ukraińców nie udaje się uratować, Damian Duda nie może mówić. Przyznaje jednak, że nie jest to rzadkość. Niekiedy dostaje informację, że ktoś leży w okopie i się nie rusza. - Gdy do niego docieramy, widzimy już tylko zwłoki – opowiada mój rozmówca.

(...)

Polscy ratownicy są na froncie tuż za obrońcami Ukrainy. Z tak bliskiej odległości czuć, jak wojna śmierdzi – krwią, błotem i spalonymi kończynami. Cuchnie też trupami, które zalegają w pasie "ziemi niczyjej", bo nie można ich wyciągnąć spod ognia Rosjan.

Bywa jednak, że o poranku wojna pachnie – świeżo zaparzoną kawą. Dopiero wtedy można ją położyć na palnik, bo w nocy prawdopodobnie skończyłoby się to śmiercią. Rozgrzany garnek mógłby zostać zauważony przez narzędzia do termowizji i naprowadzić ostrzał Rosjan. Rano jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by wznieść garnuszek z kawą i rzucić żartobliwie: "Pyszna kapuczina z pozdrowieniami dla Putina!".

Taki humor często przeplata się z dramatyzmem w relacjach z frontu, jakie Damian Duda zamieszcza w mediach społecznościowych. Bo jak mówi, wojna to chaos, w którym wszystko miesza ze sobą. Ciągłe zagrożenie życia pewnie byłoby trudne do wytrzymania, gdyby nie uśmierzać go frontowym dowcipem:

- Trochę mi wstyd, że przyjechałeś tutaj, a nasi do nas strzelają – przyznaje ukraiński żołnierz.
- W porządku, wojna ma swoje prawa, rozumiem pomyłki. A długo będą tak w nas strzelać? - pyta Polak.
- Po ilości amunicji, jaką chłopcy brali na szturm, wydaje mi się, że mogą się tak mylić do rana.

W tym chaosie zrywa się komunikacja między Ukraińcami, dlatego bywa, że w stronę Dudy lecą nie tylko pociski Rosjan, ale również friendly fire. - W pewnym momencie już nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi. Dlatego staramy się uspokoić emocje i skupić na konkretnym zadaniu. Już nieważne, kto strzela - ważne, że masz rannego, którym musisz się zająć – opowiada mój rozmówca.

Czasem rannym, którego trzeba ratować, jest rosyjski żołnierz. Być może ten sam, który wcześniej posunął się do okrucieństwa, po którym Damian Duda nabrał przekonania, że gdyby trafił do rosyjskiej niewoli, już by z niej nie wrócił. - W Sołedarze medycy znaleźli zwłoki chłopaka z ukraińskiej armii, któremu Rosjanie wycięli serce. Nie dość, że go zabili, to jeszcze zbezcześcili jego ciało, biorąc serce jako trofeum. Rozmawiałem też z ukraińskimi jeńcami, którzy wrócili z rosyjskiej niewoli. Z ich czterdziestoosobowej grupy ponad połowa została wykastrowana – podkreśla.

To był dobry dzień, udało się chłopcom upichcić pieczeń po rosyjsku. Że mięso średniej jakości, to wysoce się przypaliło. Jeśli ktoś jest zaskoczony lekkością pióra przy opisie śmierci moskiewskich żołdaków, musi wiedzieć, że w zetknięciu z Rosjanami nawet jeśli ktoś przeżyje, wraca z niewoli jak cień.

- Wojna wyciąga z ludzi również to, co najgorsze. Mniemam, że większość żołnierzy Putina do tej pory nie przekraczała granic bestialstwa. A teraz, gdy nakręciła się spirala nienawiści, posuwają się do rzeczy najgorszych. Mimo to ich ratuję. Upewniam się w ten sposób, że wojna nie unicestwiła we mnie człowieczeństwa. Przekreśliłbym je, gdybym uzurpował sobie prawo do decydowania, kto przeżyje, a kto nie. To byłby sygnał, że wojna jest dla mnie zbyt destrukcyjna - stwierdza.

Jak dodaje, gdy ratuje Rosjan, widzi ich rozbiegane, wielkie oczy, w których jest strach. Kiedy podchodzi, zasłaniają się rękami. - Oni naprawdę nie pojmują, jak to jest możliwe, że ich nie dobijamy, tylko udzielamy im pomocy. Nie ma w nich już ani buty, ani tej ich narodowej dumy, tylko ogromne zdziwienie i strach - tłumaczy.

Niektórzy poddają się w walce, gdy uświadamiają sobie, że dla nich jest już stracona i chcą ratować swoje życie. Po ukraińskiej stronie są lepiej traktowani niż po swojej. Bo jak mówi Damian Duda, w armii Putina życie jest niewiele warte. - Niektóre oddziały z góry przeznaczone są na stracenie. Dowódcy wypuszczają je do walk bez hełmów ani kamizelek, z jednym magazynkiem na żołnierza. Albo w nocy z czołówkami na głowach, żeby ściągnęli na siebie ogień i można było określić pozycje bojowe Ukraińców. Dopiero jak to "mięso armatnie" zostanie wytłuczone, to wypuszcza się dobrze wyposażone oddziały. Z pola walki Rosjanie zabierają sprzęt, a zostawiają poległych - podkreśla.

Rannymi nikt po rosyjskiej stronie specjalnie się nie zajmuje. Gdy trafiają do ukraińskiej niewoli, Duda i jego koledzy widzą zarobaczone rany. - Proszę sobie wyobrazić, do jakiego stopnia musiały zostać zapuszczone i jak długo być ignorowane, skoro wylęgły się w nich larwy – mówi ratownik.

Kiedy już udaje się im pomóc, zdarza się, że następnej nocy ich koledzy zachodzą pozycje Ukraińców i wyrzynają ich nożami bez jednego wystrzału.

(...)

Mówi, że jego życie było zagrożone już wiele razy. Np. gdy kilka dni przed naszą rozmową rosyjska kula przeleciała mu parędziesiąt centymetrów od głowy. - Miałem też sytuację, kiedy nie zginąłem tylko dlatego, że pomyliłem drogę. My jechaliśmy, a Rosjanie kryli nas moździerzami. Większość pocisków spadała za nami, ale poszedł jeden wyprzedzający. Wjechalibyśmy w niego, jednak w ostatniej chwili powiedziałem koledze, który prowadził, żeby skręcił. To ocaliło nam życie – wspomina.

Nie chce rozpamiętywać tych chwil ani analizować, jak bardzo jego życie jest zagrożone. Czuje strach, który traktuje jako "system wczesnego ostrzegania", ale stara się, by nie przeszedł on w paraliżujący lęk. - Bo każdego dnia idziemy w ogień – tłumaczy.

Z tego powodu nie chce też szczegółowo opisywać scen, które widuje na wojnie. Nie chce rozpamiętywać np. tamtego dnia, kiedy pod Chersoniem odwoził do punktu stabilizacyjnego chłopaka bez nóg. - Cieszyłem się, że przeżył, ale jak wracałem, to minąłem koparkę, która łychą wywiozła zwłoki innych ukraińskich żołnierzy. Jeśli będę nadawał tym wspomnieniom znaczenie czegoś wstrząsającego, to obniżę odporność swojej psychiki. Po prostu się zablokuję, a jeszcze nie skończyłem roboty. Muszę skupić się na zadaniu i pomagać kolejnym rannym. Może kiedyś te obrazy będą do mnie wracały i będę budził się spocony. Ale jeszcze nie jest na to czas - ocenia.

Próbuję go zapytać, jak rodzina znosi świadomość, że jego życie stale jest zagrożone, ale szybko ucina temat – nie rozmawia o życiu prywatnym. Tłumaczy, że on i jego bliscy są pod ciągłym atakiem środowisk prorosyjskich. - Z fejkowych profilów w mediach społecznościowych wysyłają groźby naszym matkom, dziewczynom, żonom. Piszą, że gdy jesteśmy na froncie, nie możemy ruszyć z pomocą naszym kobietom, a te będą gwałcone. W ten sposób próbują zniechęcić nas do wyjazdów – stwierdza.

Jak dodaje, zna to od 2014 roku, kiedy zaczął pomagać Ukraińcom. Już wtedy na rosyjskojęzycznych forach internetowych miano pisać, że jest najemnikiem i szpiegiem. - Później doszły do tego bzdury, że przyjeżdżamy na front, by sprowadzać stamtąd ludzkie organy i nimi handlować. Nie chcemy dawać pożywki rosyjskiej propagandzie, dlatego pracujemy w Ukrainie za darmo. Poza tym pomagamy tam swoim przyjaciołom – mówi.

Dobra ta amunicja rosyjska, taka nie za świeża! Ma to odzwierciedlenie w ilości niewypałów i głuchych uderzeń w ziemię bez wybuchów, co nas tylko cieszy (...) Takie kwiatki trafiamy na świeżo odbitych pozycjach po wojskach rosyjskich okupujących Ukrainę. Wiadomo, każdy chce nazbierać fajnych pamiątek z wojny! Niestety często płaci za to cenę utraty nogi bądź nawet życia - wycofujący się przeciwnik nasyca prawie każdy metr kwadratowy ziemi minami. Tutaj zdrowy rozsądek podpowiada zasadę: lepiej nie podnosić rzeczy, których sami nie położyliśmy na ziemi.

Do Polski wrócił w ubiegłym tygodniu. Z ukraińskimi żołnierzami pożegnał się zwykłym: "Do zobaczenia, uważajcie na siebie!", jak to robi również z kumplami w Polsce. Tyle że tam ma świadomość, że to pożegnanie brzmi bardziej jak zaklinanie rzeczywistości.

Niektórzy jego znajomi żołnierze nie widzą końca wojny. Gdy poszli się bić za Ukrainę w 2014 roku, mieli ledwie 18 lat, a część była jeszcze niepełnoletnia. Znają więc tylko świat pogrążony w wojnie i nie wyobrażają sobie innego.

Sam Duda też nie zamierza o wojnie zapominać. Do Polski wpadł po to, by przygotować centrum szkolenia dla kolejnych ratowników pola walki. Jak mówi, po kilku tygodniach wróci do Ukrainy. - Musimy przygotować się do wyjazdu. Zrobiliśmy zbiórkę, bo potrzeba nam pieniędzy na bardzo drogie ubezpieczenie, które obejmie prace w rejonie konfliktu zbrojnego. Zbieramy też na opancerzenie naszych samochodów, środki opatrunkowe, sprzęt medyczny i mundury. Bo te od ciągłego spierania plam krwi niszczą się i potem nadają tylko do wyrzucenia – stwierdza.

Po powrocie do Ukrainy pewnie znów usłyszy jeden z tych wojennych dialogów:

- Zbierajcie się, atakują!
- Dajcie nam dwie minuty. Co robimy?
- Jak to co, kontratakujemy! Zbierajcie się, doktory, jedziemy odwiedzić piekło!

tokfm.pl

wtorek, 17 stycznia 2023


17 stycznia władze nieuznanej Republiki Górskiego Karabachu rozpoczęły wydawanie talonów na niektóre produkty żywnościowe, m.in. ryż, kaszę i cukier. Reglamentacja związana jest z rosnącymi trudnościami w zaopatrywaniu parapaństwa w warunkach trwającej od 12 grudnia ub.r. blokady jedynej drogi łączącej Górski Karabach (obszary kontrolowane przez Ormian) z Armenią i światem zewnętrznym. Ustanowili ją azerbejdżańscy „aktywiści ekologiczni”, żądający zgody na monitoring karabaskich złóż złota oraz miedzi i molibdenu, które mają być rabunkowo eksploatowane. Zgodnie z ustaleniami kończącymi drugą wojnę karabaską (jesień 2020 r.), droga znajduje się pod kontrolą rosyjskich sił pokojowych – które nie podjęły wobec blokady żadnych działań – a Azerbejdżan gwarantuje bezpieczeństwo ruchu na tym szlaku. Ze względu na blokadę w Górskim Karabachu już w grudniu zaczęło brakować wielu towarów – przepuszczany jest tylko transport medyczny – a strona ormiańska mówi o kryzysie humanitarnym. Trudną sytuację pogłębiają okresowe odłączenia przez Azerbejdżan dostaw gazu, służącego do ogrzewania domów i instytucji. Z tego powodu w parapaństwie zamykane są m.in. przedszkola. O otwarcie drogi wielokrotnie apelowali przedstawiciele państw zachodnich, m.in. rzecznik Departamentu Stanu USA Ned Price.

Komentarz

•  Blokada korytarza laczyńskiego nie jest spontaniczna. W warunkach azerbejdżańskich nie mogłoby dojść do takiej akcji nie tylko bez zgody, lecz także bez wsparcia władz (na tereny, gdzie się ona odbywa, nie można wjechać bez przepustek). Jak się wydaje, celem Baku jest wymuszenie na Erywaniu otwarcia tzw. korytarza zangezurskiego, łączącego zasadnicze terytorium Azerbejdżanu z azerbejdżańską eksklawą Nachiczewanu i dalej Turcją. Armenia co do zasady zgadza się na tę drogę, jej uruchomienie zapisano również w dokumencie kończącym wojnę w 2020 r. Jest jednak przeciwna, by biegła ona wzdłuż granicy z Iranem (aby nie odcięła dostępu do tego kraju) oraz wyklucza jej eksterytorialny charakter. Blokadę, będącą działaniem o naturze hybrydowej, należy uznać za stopień pośredni pomiędzy metodami dyplomatycznymi (wielomiesięczne negocjacje na temat drogi do Nachiczewanu nie przyniosły dotąd wiążących ustaleń) a militarnymi. Prezydent Ilham Alijew powiedział 10 stycznia, że „korytarz zangezurski” będzie uruchomiony, „czy tego Armenia chce, czy nie”, co można interpretować jako zapowiedź „przebicia” korytarza siłą (we wrześniu 2022 r. Azerbejdżan atakował już cele położone na terytorium Armenii).

•  W Armenii blokada wywołuje skrajne oburzenie i przyczynia się do dalszego wzrostu nastrojów antyrosyjskich. Premier Nikol Paszynian już 22 grudnia oskarżył rosyjskie siły pokojowe o niewypełnianie swoich funkcji, a na początku stycznia oświadczył, że nie widzi celowości organizowania na terytorium kraju w rozpoczynającym się roku ćwiczeń sił Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Szef dyplomacji Ararat Mirzojan wezwał w rozmowie telefonicznej sekretarza generalnego ONZ António Guterresa do przysłania do Górskiego Karabachu misji, która zbadałaby na miejscu sytuację humanitarną. Apel spotkał się z protestem Moskwy – rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow stwierdził, że wszelkie misje mogą być wysyłane do Górskiego Karabachu wyłącznie za zgodą obu stron konfliktu, co oznacza bojkot propozycji Erywania. 8 stycznia ormiańscy działacze zamknęli drogę dojazdową do rosyjskiej bazy wojskowej w Giumri, wzywając rosyjskich żołnierzy do interwencji w sprawie blokady pod groźbą nazwania ich okupantami. Władze rozproszyły protestujących – około 100 osób zostało zatrzymanych przez policję – jest jednak wysoce prawdopodobne, że do podobnych akcji będzie dochodzić w przyszłości. Zastosowanie wobec demonstrantów siły może doprowadzić do antyrządowych protestów.

•  Bezczynność rosyjskich sił pokojowych pokazuje, że Rosja lekceważy zobowiązania wobec formalnie sojuszniczej Armenii i manifestuje życzliwość dla Azerbejdżanu. Motywy takiej postawy Moskwy nie są do końca jasne. Można domniemywać, że wynika ona ze świadomości, iż Armenia jest skazana na współpracę z Rosją w sferze bezpieczeństwa i Erywań nie ma instrumentów nacisku, by wymusić wsparcie Kremla. Prawdopodobne Rosjanie są również zainteresowani zmuszeniem Ormian do zgody na forsowaną przez Baku drogę przez południową Armenię. W sposób pośredni rosyjska bierność może być też sygnałem gotowości do respektowania interesów wspierającej Baku Turcji, która – choć na Kaukazie jest dla niej konkurentem – w kontekście wojny na Ukrainie i nałożonych na rosyjską gospodarkę sankcji traktowana jest jako partner strategiczny. Ponadto wystąpienie Moskwy w obronie Armenii, która domaga się od Rosji interwencji, mogłoby – wobec azerbejdżańskiej determinacji – doprowadzić do militarnej eskalacji na Kaukazie, co w sytuacji zaangażowania znaczących sił rosyjskich na Ukrainie byłoby dla Kremla scenariuszem niekorzystnym. Bierna postawa Rosji wobec Armenii osłabia prestiż i pozycję Moskwy jako sojusznika państw należących do rosyjskich formatów integracyjnych (m.in. Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan), jednak te straty wizerunkowe muszą być w kalkulacji Moskwy opłacalne.

osw.waw.pl

Przypomnijmy, od początku wybuchu wojny w Ukrainie Rosja bardzo szeroko wykorzystuje swój arsenał rakietowy. Do ataków używano głównie lądowych pocisków balistycznych Toczka-U o zasięgu 120 km oraz Iskander-M o zasięgu 500 km. Na mniejszą skalę Rosja korzystała też z morskich pocisków samosterujących Kalibr o zasięgu 1500 km i różnych pocisków przenoszonych przez bombowce. Z dnia na dzień celami ataków rakietowych Rosji coraz częściej stawały się największe miasta Ukrainy.

Na początku grudnia ukraińskie wojsko informowało, że znalazło na zachodzie kraju wystrzelone przez Rosję fragmenty rakiet zdolnych do przenoszenia broni jądrowej. - Wystrzelenie tych rakiet ma na celu odwrócenie uwagi ukraińskiego systemu obrony powietrznej i jego zmęczenie, gdy nowoczesne rosyjskie rakiety są wystrzeliwane w obiekty infrastruktury krytycznej – mówił wówczas przedstawiciel jednostki badawczej ukraińskich sił zbrojnych Mykoła Daniluk.

Podobną taktykę Rosjanie zaczęli stosować w przypadku ostatnich ataków rakietowych, żeby "oszukać" ukraińskie systemy obrony przeciwlotniczej S-300. System, który skądinąd Rosjanie znają "od podszewki", bowiem został wprowadzony do wyposażenia sowieckich sił zbrojnych pod koniec lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Jednym z powodów, dla których Rosjanie zmienili taktykę, są coraz bardziej pustoszejące magazyny z rakietami. Pod koniec listopada, minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow informował, że Rosjanom pozostało 13 proc. rakiet Iskander, 37 proc. Kalibrów i połowa zapasów Ch-101 i Ch-555, a także 43 rakiety Kindżał (73 proc.).

Metodę oszukania ukraińskiego systemu OPL Rosjanie zastosowali w sobotę 14 stycznia, kiedy doszło do blisko 28 ataków z użyciem rakiet różnych klas oraz pięć ataków z użyciem kierowanych rakiet lotniczych. Najpierw zaatakowano Kijów z użyciem rakiet S-400/S-300, odpalonych z kierunku północnego. Następnie, w godzinach popołudniowych i wieczornych, Rosjanie zastosowali broń precyzyjną: pociski manewrujące Ch-101/Ch-555/Ch-22, pociski manewrujące Kalibr oraz pociski Ch-59. Zostały one wykorzystane do uderzeń w obiekty infrastruktury krytycznej Ukrainy.

Najtragiczniejszy w skutkach był atak rakietowy na blok mieszkalny w Dnieprze, w którym zginęło co najmniej 40 osób.

Jak mówi Wirtualnej Polsce Sławek Zagórski, ekspert ds. wojskowości, metoda, po którą sięgnęli Rosjanie, była stosowana już we wcześniejszych konfliktach wojennych.

- Obrona przeciwlotnicza działa punktowo. Tzn. broni dostępu na najczęściej wykorzystywanych trasach i tuż w okolicy potencjalnych celów. Atakujący zawsze stara się ominąć takie rejony koncentracji, aby ponieść jak najmniejsze straty. Tak działo się podczas II wojny światowej, wojny w Korei czy w Wietnamie. W latach 70. XX wieku pojawiły się tzw. Dzikie Łasice, które miały za zadanie paraliżować i niszczyć obronę przeciwlotniczą. Rosjanie takich jednostek nie mają, więc muszą stosować taktykę sprawdzoną od wojny światowej – mówi Wirtualnej Polsce Sławek Zagórski.

W podobnym tonie wypowiada się gen. Tomasz Drewniak, były szef wojsk lotniczych i były inspektor Sił Powietrznych RP.

- Takie "chwyty" stosowano już we wcześniejszych konfliktach. Przykładowo w Wietnamie czy w Libanie, w 1982 roku w Dolinie Bekaa, gdzie siły izraelskie zniszczyły 19 syryjskich baterii rakiet przeciwlotniczych. Na całe szczęście Rosjanie nie mają już tak dużo rakiet, żeby móc często stosować tę metodę. Mówi się o zużyciu ok. 70-75 proc. z całości arsenału. I to jest dobra wiadomość dla Ukrainy – ocenia gen. Tomasz Drewniak.

Jednak, jak równocześnie podkreśla, Ukraina stale musi bronić ok. 1200-1500-kilometrowego odcinka frontu.

- Rosjanie będą więc ciągle wyszukiwać luki i miejsca do ostrzału rakietowego, żeby zadać jak największe straty. Nie da się zbudować systemu obrony przeciwlotniczej, który by bronił przed wszystkimi rakietami. Rosjanie wiedzą o tym i strzelają raz z kierunku południowego, innym razem z północnego, a innym ze wschodniego. Szukają słabych punktów Ukrainy i próbują obejść OPL. Najpierw wykonują rozpoznanie, gdzie są umieszczone poszczególne systemy. A później planują ostrzał, by rakiety ominęły możliwość strącenia – mówi WP były inspektor Sił Powietrznych RP.

Jego zdaniem, żeby zmylić ukraińską OPL, Rosjanie mogą wypuszczać irańskie drony, które poruszają się z prędkością ok. 200 km/h i są często niszczone.

- Problem pojawia się, kiedy Rosja użyje rakiet manewrujących, które przemieszczają się z prędkością ok. 800 km/h. W takiej sytuacji czas na reakcję jest minimalny – uważa gen. Tomasz Drewniak.

Według Sławka Zagórskiego, eksperta ds. wojskowości, w najbliższym czasie możemy się spodziewać kolejnych podobnych "perfidnych" ataków rakietowych ze strony Rosji.

- Rosjanie wysyłają różnymi trasami pociski, których zadaniem jest nie tylko uderzenie w cel, ale także uruchomienie ukraińskiej OPL, aby można było rozpoznać rejony koncentracji systemów i zmienić trasę lotu kolejnych pocisków manewrujących czy bezzałogowców. Aby temu przeciwdziałać, Ukraińcy zorganizowali ok. 300 mobilnych grup przeciwlotniczych, które są wpięte w system OPL i na podstawie danych rozpoznania przemieszczają się na trasach lotu pocisków. Tak więc trwa zabawa w ciuciubabkę – mówi WP Sławek Zagórski.

wp.pl