poniedziałek, 12 grudnia 2022


Olha Fedorok, która jako wolontariuszka pomaga wojsku od 2014 roku, zaznacza, że nawet takie trudności /brak pradu, wody i ciepła - red./ ciężko porównać z tym, co przeżywają wojskowi na froncie. 

– Jeśli trzeba będzie marznąć i dosłownie walczyć o przetrwanie, to i tak nie są to takie warunki, w jakich żyją nasi obrońcy: siedzą w błocie, pod ostrzałem, bez możliwości ogrzania się, z wielkimi stratami i ciągle walczą – zaznacza. 

Te słowa potwierdza Stanisław Fedorczuk, który pochodzi z Doniecka, ale od 2014 roku mieszka w Kijowie. Musiał wyjechać ze względu na prześladowania ze strony separatystów. Oprócz działalności społecznej w Ukraińskiej Radzie Ludowej Donieczczyzny i Ługańszczyzny, służy także w Gwardii Narodowej Ukrainy. Ostatnio spędził kilka miesięcy na froncie i uważa, że w porównaniu z panującymi w okopach warunkami, w Kijowie sytuacja nie jest trudna. Od razu po przyjeździe ze wschodu zrobił odpowiednie zapasy – ma sto litrów wody technicznej, 10 litrów pitnej, 5 latarek i 6 power banków. 

– Rozumiem, że dla wielu ludzi to dyskomfort, ale po tym, co zobaczyłem i poczułem na froncie, nie mogę powiedzieć, że tutaj są jakieś wielkie problemy. Jestem gotów zjeść nawet zimną konserwę, ale cieszę się, że ona jest – podkreśla. 

Stanisław Fedorczuk podkreśla, że Ukraina zbyt dużo straciła ludzi i terytoriów, żeby teraz iść na kompromis z Rosją. 

– To tak, jak zgodzić się na niewolnictwo bo może ci dadzą jeść, czy włączą prąd. Jeśli pozwolimy Rosjanom zmusić nas do ustępstw, to boję się, że skończymy istnieć jako naród. I nie będzie miało znaczenia, czy widać tutaj światło z kosmosu, czy nie – zaznacza. 

Nie wyobraża sobie tego także Kristina Berdynskych. Jej zdaniem, przytłaczająca większość Ukraińców wie, że za ich problemy odpowiada Rosja, a nie Ukraina. Służby energetyczne działają tak sprawnie, jak mogą i ludzie wiedzą, że problemy potrwają maksimum dzień, czy dwa. Jak zwraca uwagę dziennikarka, żeby pogrążyć Ukrainę w ciemności, pozbawić wody i łączności, Rosjanie powinni bombardować cały kraj kilka dni z rzędu. 

– Ale my widzimy, że oni nie mają tylu rakiet, żeby to robić. Obrona przeciwlotnicza staje się też coraz lepsza. Nie ma paniki, jest dyskomfort – zaznacza. 

belsat.eu

Olga Romanowa, działaczka rosyjskiej organizacji pozarządowej Ruś Siedząca, niedawno alarmowała, że najbardziej zwyrodniali rosyjscy kryminaliści są rekrutowani do oddziałów nazywanych "dzikimi kompaniami". - To słynące z okrucieństwa oddziały Jewgienija Prigożyna. O ich wyczynach słyszymy od więźniów rekrutowanych w koloniach karnych - powiedziała Romanowa w nagraniu opublikowanym w rosyjskim serwisie Telegram.

- Więźniowie idą na wojnę, bo nie walczą zgodnie z regulaminem wojskowym. Jadą tam jako banda, a "dzikie kompanie" to jakby gang w gangu - opisała Romanowa. Przypomnijmy, że działaczka była jednym z pierwszych źródeł, które potwierdziły, że współpracownik Putina, Prigożyn, werbuje żołnierzy w koloniach karnych. Podała m.in., że do tych oddziałów wcielono rosyjskiego zabójcę, który dopuścił się kanibalizmu.

Romanowa przypomniała, że "dzikie kompanie" istniały już w rosyjskim wojsku. Tak nazywano wsławiające się zbrodniami i okrucieństwem oddziały walczące w Czeczenii, podczas walk w Ukrainie 2014 roku, a wcześniej podczas I wojny światowej. Dowodem na istnienie nowego wcielenia "dzikich kompanii" ma być pochówek rosyjskiego żołnierza w mieście Tichoreck w Kraju Krasnodarskim. Nad grobem zatknięto czarną flagę z trupią czaszką, skrzyżowanymi piszczelami i napisem "dzika kompania". Poległy żołnierz miał walczyć w Doniecku.

Według płk. Piotra Lewandowskiego historię o "dzikiej kompanii" trudno jest zweryfikować, ale jest ona prawdopodobna. - Pojawieniu się takich oddziałów sprzyja istniejący w rosyjskich więzieniach system kastowy. Ci, którzy stali wysoko w więziennej hierarchii, rządzili w koloniach karnych, będą chcieli tworzyć własne elitarne grupy, choćby po to, aby wymusić przywileje wobec więźniów z niższych kast - komentuje płk. Lewandowski, weteran misji w Iraku i Afganistanie.

- Czarne naszywki, trupie czaszki pojawiały się w wielu konfliktach, to zazwyczaj było tworzenie mitologii, która nie szła w parze ze zdolnościami bojowymi takich oddziałów. Natomiast tego typu bandy w warunkach wojny mogą dokonywać zbrodni, uwolnić demony, przy których zbrodnia w Buczy to tylko igraszka - dodaje.

Rozmówca Wirtualnej Polski podkreśla, że trzon PKW Wagner stanowią doświadczeni w walkach, byli rosyjscy zawodowi wojskowi - to około 5-10 tys. ludzi. Należy się ich bardziej obawiać, jako że mają lepsze wyposażenie osobiste, sprzęt i broń. Zwerbowani więźniowie (może być ich nawet 20 tys.) mogą otrzymywać najgorsze, najbardziej ryzykowne zadania.

- Sądząc po doniesieniach z frontu, mamy do czynienia z jakąś szaleńczą rosyjską taktyką, że oddział 6-10 ludzi posyła się w stronę ukraińskich pozycji. To nic, że szybko giną, chodzi o to, aby okopani ukraińscy żołnierze zdemaskowali swoje pozycje, które później ostrzela rosyjska artyleria - mówi dalej płk Lewandowski.

Jego zdaniem w kolejnych miesiącach rola najemników PKW Wagner będzie rosła. - Zawodowa rosyjska armia skoncentruje się na przygotowaniu do wiosennych walk 200 tys. zmobilizowanych ludzi. Siły rossgwardii, oddziały republiki DRL słabną i raczej nie będzie zainteresowania ich odbudową. Tymczasem z rosyjskich więzień, gdzie przebywa prawie 500 tys. ludzi, można stale czerpać zasoby, brać mięso armatnie. Dlatego można się spodziewać, że liczba takich najemników będzie rosła, a działania rosyjskie na froncie będą bardziej brutalne - podsumowuje płk Lewandowski.

wp.pl

Od początku inwazji Kreml skierował do udziału w „specjalnej operacji wojskowej" nie tylko jednostki będące w etatowym podporządkowaniu ministerstwa obrony, ale również formacje spoza struktur armii.

Największą liczebnie jest Federalna Służba Wojsk Gwardii Narodowej, zwana powszechnie Rosgwardią. Jest to również najliczniejsza w Federacji Rosyjskiej siłowa struktura bezpieczeństwa wewnętrznego. W momencie powstania, czyli w kwietniu 2016 roku, przewidywano że osiągnie liczebność 340 tysięcy żołnierzy i funkcjonariuszy z możliwością rozbudowy o 30 procent. Powstała w miejsce rozwiązanych wojsk wewnętrznych i przejęła nie tylko ich kadry, ale również i zadania. Natomiast w odróżnieniu od wojsk wewnętrznych, które podlegały ministerstwu spraw wewnętrznych Rosgwardia ma instytucjonalną samodzielność i podlega bezpośrednio prezydentowi Federacji Rosyjskiej.

Do jej głównych zadań należą samodzielne działania policyjno-interwencyjne, ochrona infrastruktury krytycznej państwa, kontrola i nadzór nad organizacjami ochrony i bronią prywatną. Pełni również rolę pomocniczą wobec pozostałych resortów siłowych, w tym resortu obrony. Co ciekawe, Rosgwardia jest nie tylko instytucją nadzorującą sektor prywatnej ochrony, ale jest równocześnie największym w Rosji dostawcą takich usług, świadczonych komercyjnie na podstawie umów cywilno-prawnych, zarówno dla firm państwowych, jak i prywatnych. W ramach nadzoru działalności podlega Rosgwardii ponad 20 tys. prywatnych agencji ochrony, zatrudniających (dane są rozbieżne) od 650 tys. do nawet 1,5 mln pracowników.

W momencie rozpoczęcia inwazji na Ukrainę wg przybliżonych szacunków Rosgwardia dysponowała ok. 80 tys żołnierzy „pierwszej linii". Były to przede wszystkim jednostki specjalnego przeznaczenia OMON (do tłumienia zamieszek) oraz SOBR (oddziały szybkiego reagowania). Brak jest miarodajnych danych w jakiej ilości zostały skierowane w podporządkowanie resortu obrony, natomiast wiadomo, że towarzyszyły już jednostkom pierwszego rzutu od początku inwazji. Zapewne w ramach „wojskowej operacji specjalnej" ich zadaniem było zabezpieczenie tyłów podczas "marszu wyzwoleńczego".

Ponieważ jednak "marsz wyzwoleńczy" okazał się pełnoskalową wojną, zamiast zabezpieczać „wyzwalane" miasta ukraińskie, Rosgwardia prowadziła walki na równi z jednostkami armijnymi. Nie wiadomo jakie straty poniosły bataliony SOBR i OMON, natomiast niedawno oficjalnie strona rosyjska przyznała, że Rosgwardia utraciła znaczną część posiadanego uzbrojenia i pojazdów. Można zakładać, że w wielu przypadkach wraz z użytkownikami. Wiadomo również, że Rosgwardia uzupełnia straty prowadząc intensywną akcję rekrutacyjną głównie wśród pracowników agencji ochrony. Jest to równoległy z mobilizacją, sposób pozyskiwania szeregowych żołnierzy do walki na Ukrainie, przy czym często podpisujący kontrakty ochotnicy nie byli świadomi, że zostaną wysłani na wojnę, a nie do ochrony obiektowej w Rosji.

Walczące na Ukrainie oddziały czeczeńskie posiadają oficjalnie status jednostek Rosgwardii. Liczebność jednostek o strukturze pułkowej lub samodzielnych batalionów oceniana jest wg różnych źródeł na 5 do 10 tys. żołnierzy. Czeczeni znaczących sukcesów bojowych nie odnieśli, natomiast ich obecność miała oddziaływać psychologicznie, jako formacji znanej z brutalności i okrucieństwa. Stąd ich zauważalna obecność w mediach społecznościowych. Skutek był raczej odwrotny od zamierzonego, bo formacja budziła nie tyle strach co politowanie ze względu na nieporadność propagandy, a okrucieństwo spotkało się ze skuteczną odpowiedzią armii ukraińskiej czego widomym przykładem było całkowite rozbicie czeczeńskiego 141. pułku Rosgwardii . Jednostki czeczeńskie stanowią wciąż priorytet w ukraińskim wyborze celów, co przekłada się na wysokie straty i spadek morale. Obecnie zdarza się, że jednostki czeczeńskie pełnią rolę „dyscyplinującą" wobec oddziałów z republik separatystycznych, a nawet rosyjskich odmawiających walki.

Kolejną znaczącą liczebnie formacją walczącą po rosyjskiej stronie są formacje milicyjne z republik separatystycznych czyli Ługańska i Doniecka. Składają się one po części z formacji ochotniczych po części z jednostek stworzonych po ogłoszeniu w republikach mobilizacji, czyli w znacznej części ludzi zmuszonych do odbywania służby. Prezentują różny poziom zdolności bojowych. W przypadku formacji ochotniczych, mowa jest o strukturach batalionowych, posiadających znaczną autonomię. Są to jednostki walczące przeciwko Ukrainie od początku konfliktu czyli od ośmiu lat. Posiadają doświadczoną kadrę dowódczą i składają się w większości ze zmotywowanych i doświadczonych weteranów. W ich szeregach walczą również zagraniczni ochotnicy np. z Serbii. Wyposażenie indywidualne jest często lepszej jakości niż żołnierzy rosyjskich, ponieważ pochodzi z prywatnych źródeł zaopatrywania lub zostało zdobyte w trakcie walk. Natomiast milicyjny charakter formacji sprawia, że nie dysponują nowoczesnymi pojazdami i wystarczającym wsparciem innych rodzajów broni jak artyleria czy lotnictwo, poziom dyscypliny bywa zróżnicowany, często uzależniony od aktualnej sytuacji w rejonie walk. Ich liczebność w momencie rozpoczęcia otwartej inwazji na Ukrainę oceniano na 30-35 tys.

Jednostki sformowane w ramach mobilizacji w Ługańsku i Doniecku po rozpoczęciu inwazji na Ukrainę, mają nieporównywalnie niższy poziom pod względem kadry dowódczej, wyposażenia indywidualnego i uzbrojenia oraz morale. Można powiedzieć, że wiele z tych tzw pułków nie prezentuje żadnej wartości bojowej, czego przykładem był paniczny odwrót jednego z nich w pierwszych godzinach ukraińskiej ofensywy spod Charkowa. Przymusowa mobilizacja pozwoliła podwoić liczebność sił separatystycznych, ale nie zwiększyła ich zdolności bojowych, co więcej, znaczne straty poniesione w trakcie walk sprawiły, że ich zdolności bojowe są obecnie znacznie niższe.

Udział najemników w wojnie na Ukrainie postrzegany jest przede wszystkim poprzez działania Grupy Wagnera. Jej powstanie datowane jest na ok 2016 rok, dokładna data jest o tyle trudna do ustalenia, że organizacja ta oficjalnie nie istnieje. Tworzy ją sieć powiązanych firm i spółek świadczących oficjalnie usługi w zakresie ochrony fizycznej, szkolenia, dostaw sprzętu wojskowego itp. W większości zapisy co do świadczonych usług podlegają ustawie „O działalności ochroniarskiej i detektywistycznej" – są traktowane jako legalne podmioty gospodarcze świadczące usługi z zakresu bezpieczeństwa. Stworzono więc pewien paradoks, swoisty rosyjski „paragraf 44", nie może być nielegalne coś, co oficjalnie nie istnieje.

Co prawda na początku 2018 r. z inicjatywy partii Sprawiedliwa Rosja w Dumie trwały prace nad odrębną regulacją prawną, sankcjonującą istnienie prywatnych organizacji wojskowych, ale jej projekt został odrzucony. Przeciwko wypowiedziały się: Ministerstwo Obrony, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, FSB i Rosgwardia. Decyzję uzasadniano sprzecznością ustawy z rosyjską konstytucją. Tak więc podpisywanie kontraktów na świadczenie usług w ramach „działalności ochraniarskiej i detektywistycznej" z rozmaitymi mniej lub bardziej fasadowymi spółkami nielegalne w Rosji nie jest, natomiast udział pracowników tych firm w konflikcie zbrojnym w świetle rosyjskiego prawa jest już całkowicie nielegalny.

W momencie rozpoczęcia inwazji zasoby Grupy Wagnera oceniano na ok 6 tys. kontraktorów, w chwili obecnej ich liczba przekroczyła 20 tysięcy. Formacja po pojawieniu się na teatrze działań (początkowo nie zakładano jej użycia bądź użycie w ograniczonej ilości jako grupy dywersyjne) wykazała się znacząco większą skutecznością od sił regularnych, szczególnie w walkach miejskich. Złożona w większości z weteranów i dowodzona przez cieszących się autorytetem oficerów (wagnerowcy zachowują stopnie wojskowe), znacznie lepiej wyszkolona i nowocześnie wyposażona, przewyższała standardami kontraktowych rosyjskich piechurów. Od początku też towarzyszyły im oskarżenia o zbrodnie wojenne. Formacja ta okryła się złą sławą w Syrii i Afryce publikując w mediach społecznościowych filmy obrazujące torturowanie jeńców. Kremlowi nie przeszkadzał całkowity brak podstaw prawnych do udziału „wagnerowców" w konflikcie, poszli nawet dalej zezwalając na rekrutację wśród więźniów kolonii karnych. Doszło do swoistego kuriozum, gdzie nieistniejąca oficjalnie prywatna firma wojskowa uzyskała dostęp do więzień Federacji Rosyjskiej oferując amnestię bez jakikolwiek podstaw prawnych w zamian za całkowicie nielegalną walkę w konflikcie z Ukrainą. Witamy w Rosji XXI wieku!.

Reasumując formacje spoza resortu obrony stanowiły w pierwszych fazach konfliktu znaczące wsparcie dla wojsk regularnych. Ze względu na liczebność początkowo pozwalały zabezpieczać drugorzędne kierunki działań lub tyłową strefę działań, a w przypadku jednostek lepiej wyszkolonych i wyposażonych walczyły na kluczowych odcinkach frontu. W wyniku szybko rosnących strat wojsk regularnych, były często wykorzystywane do zadań nieadekwatnych dla tych formacji , co kończyło się znacznymi stratami i spadkiem morale nawet wśród zdeterminowanych oddziałów. W nadchodzącej fazie konfliktu ich wartość bojowa będzie stopniowo malała ze względu na wyczerpanie się możliwości uzupełniania strat, lub uzupełnianie ich znacząco gorszymi rekrutami. Jedynie w przypadku najemników można oczekiwać wzrostu liczebności, Liczbę więźniów w Rosji ocenia się na około pół miliona, więc wciąż istnieje tam potencjał „ochotniczy".

defence24.pl

niedziela, 11 grudnia 2022


Rosyjskie władze planują uruchomienie w Rosji i na okupowanych terytoriach ukraińskich programów przygotowania dzieci do ewentualnej służby wojskowej. Powstanie takich programów wskazuje, że rosyjskie władze inwestują w długoterminowe zdolności generowania sił. Rosyjski antymobilizacyjny serwis informacyjny poinformował 9 grudnia, że rosyjskie władze planują otwarcie ośrodków szkolenia wojskowego w 10 rosyjskich regionach, aby zapewnić dzieciom w wieku od 14 do 18 lat „wojskowy trening sportowy” i „edukację patriotyczną”. Wicepremier Rosji i wysłannik prezydenta do Dalekowschodniego Okręgu Federalnego Jurij Trutniew zapowiedział, że ośrodki będą istnieć, bo każde rosyjskie dziecko powinno „móc obronić swoją Ojczyznę”, a rosyjscy żołnierze walczący na Ukrainie „wrócić żywi do domu”. Trutnev przewidywał, że do programu pilotażowego wiosną 2023 r. zapisze się 45.000 dzieci w wieku szkolnym. Nie jest jasne, w jaki sposób władze rosyjskie planują ustrukturyzować lub zachęcić do zapisania się do tych programów. Szef ukraińskiego obwodu ługańskiego Serhij Haidai oświadczył 10 grudnia, że władze okupacyjne w obwodzie ługańskim również wprowadzają do programów szkolnych szkolenie wojskowe i „kursy dla młodych bojowników”. Programy te są szczególnie skierowane do uczniów w 8. i 10. klasie.

understandingwar.org

Instytut Badań nad Wojną (ISW) w jednej z ostatnich analiz stwierdza, że Kreml nie może zapanować nad przekazem, w rosyjskich mediach społecznościowych (i tak silnie ograniczonych oraz infiltrowanych przez FSB), dotyczącym kolejnej fali mobilizacji. Władimir Putin zaostrza środki, które mają blokować wszelkie bunty wobec mobilizacji oraz informowanie rodzin żołnierzy o warunkach „branki". Zaostrzono przepisy dotyczące protestowania w budynkach rządowych, szpitalach, cerkwiach oraz dworcach. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow nazwał informacje o nowej fali mobilizacji „prowokacjami", chociaż Putin nie odwołał dekretem wrześniowego powoływania w kamasze. Tym sposobem Moskwa będzie chciał tuszować kolejne etapy mobilizacji – skoro oficjalnie nie zakończono „pierwszej".

Z przemowy Władimira Putina wynika, że z 300 tys. zmobilizowanych rezerwistów na front wysłano połowę. Reszta szkoli się w Rosji jako „odwód". Jak piszą dziennikarze niezależnego serwisu Medusa – brak dekretu Putina odwołującego mobilizację oznacza, że będzie ona kontynuowana. Jest to potwierdzane w praktyce. Cały czas wojenkomaty wysyłają karty powołań. Dochodzi do desperackich wręcz prób osiągnięcia „kwot" rezerwistów ściągniętych na wojnę. W jednym z rosyjskich regionów nakazano wydalenie wszystkich studentów z problemami w nauce, a następnie przesłano ich dane rosyjskim komisariatom wojskowym odpowiedzialnym za mobilizację. W niższych kręgach rosyjskiej władzy dochodzi do „stachanowskiego" wyścigu w poparciu dla mobilizacji. Kierownictwo moskiewskiej administracji nakazało pracę swoim pracownikom w nocy, by szybciej dostarczyć karty powołań. Wojenkomaty stosują „fortele" by ściągnąć jak najwięcej osób. Alternatywą dla powołania wobec rezerwisty jest wezwanie go „celem uzupełnienia danych". Rosja zaczęła powoływać obywateli do oddziałów „obrony terytorialnej" z uwagi na „zagrożenie atakiem lądowym ze strony Ukrainy".

Moskwa zmieniła także kolejny raz narrację odnośnie zbrojnej inwazji przeciwko Ukrainie. W pierwszej fazie wojny w rosyjskich mediach obowiązywał ścisły rygor milczenia (lub ograniczonego informowania). Gdy skala klęski okazała się tak duża, że nie dało się tego „zamieść pod dywan" postawiono w mediach na kontrolowaną krytykę obarczając konkretne osoby (w tym ministra Sergieja Szojgu). Na tej fali urosła w siłę frakcja krytyków Prigożyn-Kadyrow. Niepopularność mobilizacji jednak sprawiła, że zmieniono kolejny raz retorykę. Rosja milczy o mobilizacji wysyłając kolejne oddziały nieprzygotowanych „mobików" na front. W międzyczasie publicznie informuje o wojnie nazywając ją w putinowskiej nowo-mowie „specjalną operacją wojskową".

Zmienia się także retoryka odnośnie celów. Moskwa znowu wróciła do narracji o „denazyfikacji" Ukrainy, czyli – jak rozumie to Kreml – obaleniu rządu Wołodymyra Zełenskiego. Od klęski wojsk rosyjskich pod Kijowem do bezprawnej aneksji ukraińskich obwodów narracja Kremla „minimalizowała" cele do wschodniej i południowej Ukrainy. Tak międzynarodowe media odczytały także ostatnie słowa Pieskowa, rzecznika Kremla. Problem w tym, że to właśnie Pieskow powtórzył hasło o "denazyfikacji". Jak ostrzega ukraiński wywiad wojskowy (HUR) Rosjanie chcą wojować przeciwko Kijowowi wcielając w szeregi wojsk inwazyjnych nieletnich ukraińskich obywateli z okupowanych terenów. Objęto ich zakazem wyjazdu. Zdaniem ISW zmieniająca się retoryka Kremla ma być siłą nacisku wobec Zachodu. Ma przymusić Ukraińców do tzw. negocjacji pokojowych, które Putin chciałby wykorzystać jako pauzę operacyjną w niekorzystnej dla siebie sytuacji frontowej.

defence24.pl

Zgodnie z informacjami z 8 grudnia po ataku ukraińskich bezzałogowców z lotniska Engels-2 przebazowano dalej od granic z Ukrainą bombowce Tu-95 i Tu-160 używane do ataków rakietowych. Jak wynika ze zdjęć satelitarnych również z bazy Diagilewo, w której widać ślady gaszenia jednego z bombowców zniknęła większość stacjonujących tam maszyn Tu-22M3. Co ciekawe, dotyczy to również samolotu ze złamanym ogonem który uległ uszkodzeniu w ataku.

Zdjęcia satelitarne bazy Diagilewo w obwodzie riazańskim dostarczyła mediom firma Planet Labs, zajmująca się usługami tego typu. Z dokumentacji wynika przede wszystkim, że w wyniku ataku 5 grudnia został poważnie uszkodzony co najmniej jeden bombowiec naddźwiękowy Tu-22M3. Na zdjęciach widać, że jej kadłub uległ złamaniu o wokół uszkodzenia widać ślady pożaru i środków gaśniczych.

Na zdjęciach datowanych na 7 grudnia widać ślad, świeży, gdyż jeszcze nie pokryty śniegiem, po 9 parkujących na lotnisku Tu-22M3. Z płyty zniknęła też spalona maszyna, czyli dziesiąty samolot. Widać natomiast startujący ciężki samolot transportowy An-124. Maszyna tego typu jest na tyle pojemna, że może służyć do szybkiego przerzutu na znaczne odległości niezbędnego sprzętu jak również uzbrojenia, łącznie z pociskami manewrującymi, takimi jak Ch-22 których używano do ataków na Ukrainę.

Wiele wskazuje więc na to, że podobnie jak na lotnisku Engles również w Diagilewie trwa eksodus maszyn stosowanych dotąd do nalotów na ukraińską infrastrukturę krytyczną. Atak przeprowadzony niewielkimi środkami, prawdopodobnie w postaci dwóch bezzałogowców dalekiego zasięgu przebudowanych ze starych maszyn rozpoznawczych Tu-141 na maszyny kamikaze. Tym bardziej jest to policzek dla Rosjan i ich obrony przeciwlotniczej. To niebezpieczny sygnał o braku zdolności do ochrony kluczowych baz lotniczych i elementów systemu odstraszania atomowego.

(...)

Z drugiej strony, Rosyjskie systemy przeciwlotnicze może są wysoko oceniane, ale jak się wydaje nie tworzą one spójnej struktury i słabo radzą sobie z wymianą danych. Są szczególnie zagrożone przez nowoczesne środki ataku powietrznego, które wykorzystują martwe strefy korzystając z rzeźby terenu lub środków walki elektronicznej. Realnie rosyjskie „kółka na mapie" są znacznie mniejsze i bardziej dziurawe niż pokazuje wielu ekspertów. To ważna kwestia podczas planowania zarówno ataku jak i obrony.

defence24.pl

sobota, 10 grudnia 2022


2 grudnia państwa UE porozumiały się w sprawie ustanowienia od 5 grudnia pułapu cenowego (price cap) na rosyjską ropę na poziomie 60 dolarów za baryłkę (limit cenowy dotyczący produktów naftowych zostanie ustalony w późniejszym terminie). Decyzję przyjęto po uzgodnieniach z państwami G7, które – obok Australii – dołączyły do mechanizmu.

Ustanowiony pułap zmienia zasady przyjętego w czerwcu 2022 r. szóstego pakietu sankcji UE wobec Rosji w części odnoszącej się do handlu ropą i produktami naftowymi. Pakiet ten zakładał embargo na import ropy surowej eksportowanej drogą morską do państw unijnych (weszło w życie 5 grudnia 2022 r.) oraz zakaz importu produktów naftowych (zacznie obowiązywać od 5 lutego 2023 r.). Ponadto zabronione zostało świadczenie usług transportu morskiego, pomocy technicznej, usług pośrednictwa, finansowania lub pomocy finansowej związanych z transportem morskim rosyjskiej ropy i produktów naftowych do państw trzecich.

Zgodnie z treścią podjętej 2 grudnia decyzji, w przypadku gdy surowiec z Rosji będzie sprzedawany po ustalonej cenie (lub niższej), zostanie zwolniony z części wspomnianych wyżej ograniczeń dotyczących państw trzecich. Unia Europejska postanowiła także o regularnym przeglądzie mechanizmu pułapu cenowego. Za jego przeprowadzanie ma być odpowiedzialna Rada UE, która ma uwzględniać ewolucję sytuacji na rynkach energetycznych, w tym w samej UE, oraz brać pod uwagę wpływ mechanizmu na obniżanie dochodów Rosji ze sprzedaży ropy. Przyjęto, że pułap cenowy powinien być o co najmniej 5% niższy od cen rynkowych rosyjskich ropy i produktów naftowych (średnia ma być obliczana we współpracy z Międzynarodową Agencją Energetyczną). Pierwszy przegląd ma nastąpić do połowy stycznia 2023 r., a kolejne – co dwa miesiące.

UE uzgodniła także wprowadzenie okresów przejściowych w stosowaniu limitu cenowego. Po pierwsze, ustanowiono go (wynosi 45 dni) dla statków transportujących ropę pochodzącą z Rosji, która została zakupiona i załadowana przed 5 grudnia 2022 r., a wyładowana w porcie końcowym przed 19 stycznia 2023 r. Po drugie, 90-dniowym okresem przejściowym objęto transport ropy realizowany po każdej zmianie pułapu cenowego.

Opublikowana decyzja UE nie zawiera wszystkich szczegółów dotyczących stosowania nowego mechanizmu. Nie wskazuje m.in., czy ustalona cena obejmuje koszty transportu, ubezpieczenia i ewentualnie inne elementy składające się na wartość rynkową produktu. Zgodnie z doniesieniami medialnymi Komisja Europejska ma w najbliższych dniach przedstawić dokładniejsze wytyczne w kwestii stosowania nowych ograniczeń.

Komentarz

Podjęcie przez UE decyzji w sprawie pułapu cenowego stanowi w istocie złagodzenie wcześniej przyjętych sankcji unijnych. Krok ten był poprzedzony wielomiesięcznym procesem negocjacyjnym, który ujawnił wewnętrzne podziały w kwestii kształtu ograniczeń. Część krajów członkowskich (m.in. Polska i państwa bałtyckie) domagała się ustanowienia limitu cenowego na niskim poziomie (30 dolarów za baryłkę). Inne kraje (m.in. Grecja, Cypr czy Malta) lobbowały za wyznaczeniem ceny nie niższej niż 70 dolarów za baryłkę. Liberalne stanowisko podyktowane było obawami przed negatywnymi konsekwencjami dla funkcjonowania sektora transportowego tych państw – ich flota jest bowiem w znaczącym zakresie wykorzystywana do eksportu rosyjskich ropy oraz produktów naftowych. Co więcej, z treści przyjętych dokumentów wynika, że ograniczenia cenowe dotyczą tylko ropy sprzedawanej i eksportowanej kanałami morskimi, co wyłącza ich stosowanie w odniesieniu do ropy dostarczanej rosyjskimi rurociągami (Drużbą do Europy oraz WSTO do Chin). Według doniesień medialnych stroną szczególnie zainteresowaną wprowadzeniem wysokiego poziomu limitu cenowego były władze USA. Obawiały się one destabilizacji globalnego rynku naftowego, w tym wstrzymania przez Rosję części eksportu ropy i znaczącego wzrostu cen surowca, co pogorszyłoby sytuację gospodarczą w krajach zachodnich.

Nie wydaje się, by ustanowiony przez państwa UE pułap cenowy przyczynił się do osiągnięcia kluczowego celu, jakim jest obniżenie dochodów Rosji ze sprzedaży ropy. Po pierwsze, jest on obecnie wyższy od cen rosyjskiej ropy Urals sprzedawanej w europejskich portach. Zgodnie z danymi publikowanymi przez agencję Argus rosyjska ropa kosztowała 30 listopada w porcie w Primorsku 48 dolarów za baryłkę, w porcie w Rotterdamie – niecałe 53 dolary, a w porcie Augusta – niecałe 58 dolarów. Wysokość pułapu cenowego jest natomiast niższa od kwoty, za którą surowiec rosyjskich marek sprzedawany jest na Dalekim Wschodzie: marka WSTO kosztuje tam 73 dolary za baryłkę, a ropa wydobywana na Sachalinie – 68–70 dolarów. Co więcej, według analiz branżowych eksport naftowy rosyjskich firm pozostaje rentowny nawet przy cenie surowca oscylującej w przedziale od 25 do 30 dolarów.

Nie jest jasne, jak na wprowadzone ograniczenia zareagują państwa spoza UE i G7. W szczególności istotna będzie postawa Chin, Indii i Turcji – stały się one bowiem głównymi odbiorcami, do których Rosja zaczęła przekierowywać znaczące ilości ropy sprzedawanej do tej pory na rynku unijnym. Przykładowo Indie zwiększyły zakupy rosyjskiego surowca marki Urals z 1,5 mln ton od stycznia do października 2021 r. do prawie 20 mln ton w analogicznym okresie br. Z kolei Turcja w tym samym czasie zwiększyła import z 2,9 mln do 9,2 mln ton. Nie można wykluczyć, że kraje te mogą być w pewnym zakresie zmuszone (przynajmniej częściowo) do tego, by dostosować się do przyjętego mechanizmu ze względu na ograniczenia dotyczące świadczenia unijnych usług transportowych, finansowych i ubezpieczeniowych w odniesieniu do kontrahentów z państw trzecich. Do szczególnie newralgicznych należą przy tym usługi ubezpieczeniowe, które w przypadku 80–90% transakcji świadczone są przez podmioty zarejestrowane w krajach należących do G7.

Pewną niewiadomą jest także kwestia rosyjskich zdolności do ewentualnego omijania restrykcji związanych z pułapem cenowym przy wykorzystaniu tzw. floty widmo (zwanej też w niektórych źródłach szarą czy czarną flotą). Choć Rosja zaczęła już jej rozbudowę, m.in. poprzez jednostki służące wcześniej do przewozu objętej sankcjami ropy irańskiej czy wenezuelskiej, to w źródłach branżowych wskazuje się, że skala rosyjskich potrzeb przewyższa podaż w tym zakresie. Powołując się na dane agencji Rystad, „Financial Times” informował, że w 2022 r. Rosja nabyła 103 tankowce. Jeśli zatem uwzględni się pozostałą część floty pozostającej w dyspozycji Moskwy, to rosyjscy eksporterzy będą potrzebować dodatkowo od 60 do 70 tankowców, aby zachować eksport na zbliżonym do dotychczasowego poziomie. Poza tym nie jest jasne, czy importerzy, którzy nie przyłączą się do mechanizmu pułapu cenowego, będą gotowi importować ropę dostarczaną przy wykorzystaniu jednostek należących do tzw. floty widmo.

Choć przyjęty ostatecznie w takim kształcie pułap cenowy nie będzie miał istotnego negatywnego wpływu na sytuację finansowo-gospodarczą Rosji, to jest bardzo prawdopodobne, że Moskwa wykorzysta go jako pretekst do podjęcia kroków odwetowych, nie wyłączając przy tym ewentualności ograniczenia lub odcięcia dostaw ropy do kontrahentów stosujących mechanizm limitu cenowego. Zapowiedzi o takim charakterze znalazły się m.in. w wypowiedziach prezydenta Władimira Putina z października 2022 r., powtórzonych kilkakrotnie przez wicepremiera Aleksandra Nowaka oraz rzecznika Kremla Dmitrija Pieskowa (5 grudnia). Posunięcia Moskwy mogłyby objąć m.in. wstrzymanie eksportu do odbiorców rosyjskiego surowca ropociągiem Drużba (formalnie dostawy te zostały wyłączone spod unijnego embarga na import ropy, a co za tym idzie z mechanizmu pułapu cenowego). Wprawdzie taka decyzja generowałaby dla Rosji kolejne koszty finansowe i reputacyjne (jak w przypadku ograniczania dostaw gazu), jednak wydaje się, że jest ona na to gotowa. Kalkulacja Kremla może opierać się na tym, że ograniczenie podaży rosyjskiego surowca mogłoby doprowadzić do drastycznego skoku cen ropy i pogłębienia kryzysu energetycznego w Europie, to zaś miałoby ostatecznie wymusić na państwach Zachodu rewizję ich polityki sankcyjnej.

osw.waw.pl

Pomoc wojskowa Zachodu odegrała kluczową rolę w utrzymaniu przez Ukrainę niepodległości, ale jest jak dotąd niewystarczająca do złamania rosyjskiego potencjału ofensywnego, odbicia terenów okupowanych przez Rosję, a tym samym do zakończenia wojny. Ukraina nie może polegać na własnym przemyśle obronnym, który został poważnie zniszczony. Z tych powodów konieczne jest zwiększenie zarówno skali, jak i zakresu wsparcia wojskowego dla Ukrainy, które powinno w większym niż dotąd stopniu uwzględniać systemy uzbrojenia w standardach NATO.

Choć sytuacja na polu walki stała się jesienią 2022 r. korzystna dla Ukrainy, to Rosja wciąż ma przewagę w ilości uzbrojenia i rezerwach. Bez złamania rosyjskiego potencjału ofensywnego, które umożliwi zakończenie wojny na korzyść Ukrainy, nie ma szans na zmianę rosyjskich ambicji i kalkulacji strategicznych. Rosja stale będzie dążyć do odzyskania inicjatywy, czego dowodzi decyzja o ogłoszeniu „częściowej mobilizacji” oraz przestawienie przemysłu zbrojeniowego na tryb wojenny.

Przebieg wojny potwierdził, że wynik poszczególnych starć zbrojnych na poziomie tak strategicznym, jak i taktycznym zależy od odpowiedniej koncentracji i sposobu użycia ciężkiego uzbrojenia konwencjonalnego. Sześć podstawowych rodzajów takich zdolności to: ciężka artyleria lufowa i rakietowa, wojska pancerne i zmotoryzowane, rakiety dalszego zasięgu, siły powietrzne, drony i amunicja krążąca oraz systemy obrony przeciwlotniczej. Jak dotychczas Ukraina ma w porównaniu z Rosją poważne luki w każdej z tych kategorii uzbrojenia i asymetria ta utrzymuje się pomimo wysokich rosyjskich strat.

Większość barier dla przekazywania pomocy wojskowej Ukrainie ma charakter polityczny. Partnerzy Ukrainy wykazują się bardzo różnymi kalkulacjami strategicznymi, zakresem, skalą i determinacją w świadczeniu pomocy. Obiektywne przeszkody dla udzielania pomocy wynikają także z ograniczonych rezerw uzbrojenia i amunicji oraz dekad ograniczania zdolności produkcyjnych przemysłu obronnego Zachodu.

Istnieje ogólny schemat udzielania pomocy wojskowej Ukrainie. Pierwszym etapem jest sprecyzowanie luk w jej zdolnościach, w tym dysproporcji wobec potencjału Rosji. Drugim jest analiza dostępnych opcji dostaw uzbrojenia. Rozważane mogą być trzy rozwiązania: broń produkcji ZSRR (lub kompatybilna), broń STANAG (w standardach NATO) oraz opcje asymetryczne (systemy nierównorzędne z daną zdolnością, ale pozwalające na jej zwalczanie, np. pociski przeciwpancerne, jako odpowiedź na rosyjską przewagę w liczbie czołgów przy – jak dotąd – braku gotowości Zachodu do ich przekazania). Trzecim etapem, zwłaszcza partnerów-sąsiadów Ukrainy, może być zapełnienie luk w ich zdolnościach, powstałych w wyniku przekazania własnego sprzętu Ukrainie, przez siły i środki NATO lub ich narodowy wysiłek i przyspieszoną modernizację.

W większości z analizowanych opcji pomocy istnieją poważne ograniczenia dotyczące dostępności sprzętu ekssowieckiego, wynikające z wyczerpujących się rezerw systemów lub amunicji ZSRR w państwach NATO. Opcje asymetryczne muszą być traktowane jako rozwiązania przejściowe lub uzupełniające w sytuacji braku gotowości partnerów do dostaw uzbrojenia analogicznego do rosyjskiego. Dlatego najbardziej pożądane i skuteczne są zdolności oferowane Ukrainie przez systemy i amunicję z opcji STANAG, produkowane w krajach NATO i państwach Azji.

W ciągu kilku miesięcy wojny doszło do przejścia ciężkiej artylerii Ukrainy z systemów sowieckich na haubice, wyrzutnie HIMARS i MLRS oraz amunicję STANAG. Ukraina polega też całkowicie na dronach i amunicji krążącej z Zachodu i dostępie do dronów komercyjnych. Podobnie przejście na sprzęt inny niż opcja ekssowiecka będzie też niezbędne w zdolnościach sił pancernych i zmotoryzowanych, pocisków dalszego zasięgu, sił powietrznych oraz obrony przeciwlotniczej Ukrainy.

Obecnie zdolności artylerii Ukrainy tworzy kilka systemów ekssowieckich oraz 9–10 różnych modeli haubic NATO. Powstała „mozaika” różnych systemów wymaga racjonalizacji pomocy dla Ukrainy, zwłaszcza prostych łańcuchów logistycznych, budowy jednostek wojskowych w jednolitym standardzie uzbrojenia, utrzymania pomocy grup państw, które przekazały identyczne systemy. Taka racjonalizacja byłaby wskazana w latach 2023–2024 także w zakresie innych zdolności Ukrainy z opcji STANAG, a w powojennej perspektywie zwiększyłaby interoperacyjność jej sił z NATO.

Ze względu na wyczerpywanie rezerw czołgów T-72 w Europie w 2023 r. może być konieczne przejście Ukrainy na model czołgu NATO, np. amerykańskie M-60 i M-1 Abrams lub niemieckie Leopard-1 i Leopard-2. Istniejące w NATO i poza Sojuszem rezerwy transporterów opancerzonych M-113 pozwalają też na pełne przezbrojenie na nie Ukrainy. Będzie ona też potrzebowała ciągłości dostaw pocisków przeciwpancernych, zwłaszcza typu Javelin lub TOW.

Rosja dysponuje bezwzględną przewagą nad Ukrainą w pociskach balistycznych i manewrujących. Ukraina nie ma obecnie możliwości rażenia celów rosyjskich na dystansie ponad 100–120 km. W latach 2023–2024 konieczna jest kontynuacja dostaw dla niej pocisków antyradarowych HARM i pocisków przeciwokrętowych Harpoon. Potrzeby wynikające z bieżących wymogów pola walki, wiarygodnego poziomu odstraszania Rosji w sferach konwencjonalnej i nuklearnej, będą jednak wymagać decyzji USA o wyposażeniu Ukrainy w pociski balistyczne ATACMS o zasięgu 300 km.

Ukraina stoi w obliczu degradacji jej lotnictwa opartego na wielozadaniowych samolotach MiG-29 i Su-27 już w 2023 r. Wymaga to jej przejścia na nową flotę maszyn, np. F-16 z USA lub Gripen ze Szwecji. Opóźnianie tej decyzji poza 2024 r. będzie tworzyć niebezpieczną lukę w ukraińskich zdolnościach tego rodzaju. Mniej problemów wiąże się z zapewnieniem Ukrainie sowieckich śmigłowców, co powoduje, że pełna wymiana tej floty na zachodnie systemy może być zrealizowana w późniejszym terminie.
 
Obrona przeciwlotnicza Ukrainy odpowiada za wysokie straty lotnictwa Rosji, ale i w tym zakresie wyczerpują się zasoby sprzętu ekssowieckiego. W 2023 r. konieczne będzie więc zbudowanie nowej sieci radarów i wyrzutni przeciwlotniczych Ukrainy w oparciu o już dostarczone lub obiecane zestawy NASAMS, HAWK i IRIS-T. W tym samym czasie należy zakończyć studia nad nową architekturą jej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej dalszego zasięgu, opartej na systemach Patriot lub SAMP-T.

Uwagi NATO wymagają luki w niektórych zdolnościach sojuszników z Europy Środkowej, powstałe po przekazaniu przez te państwa swojego uzbrojenia dla Ukrainy. Koszty i skala programów modernizacji sił zbrojnych koniecznych do uzupełnienia tych luk są na tyle wysokie, że wymagają wsparcia ze strony państw Europy Zachodniej oraz USA. Siły i środki NATO na flance muszą zapewnić wiarygodne odstraszanie i obronę, które wciąż opierają się głównie na USA. Dopiero działania równoległe: pomoc wojskowa dla Ukrainy oraz wzmocnienie narodowych zdolności państw NATO na flance z pomocą USA i sojuszników z Europy Zachodniej dadzą gwarancje pełnego fiaska planów Rosji w Europie.

pism.pl

piątek, 9 grudnia 2022


5 grudnia weszło w życie unijne embargo na rosyjską ropę. Aby je obejść, tankowce zmieniają właścicieli. Rosja naciska na branżę, aby dalej móc transportować w dużych ilościach surowiec. Branża... cóż, dalej chce dużo zarabiać.

„Ciemna", „szara" lub „mroczna" flota tankowców rośnie i obecnie obejmuje tankowce przewożące nie tylko objętą sankcjami ropę irańską i wenezuelską, ale także coraz większe ilości ropy rosyjskiej oraz produktów naftowych. Unia Europejska i G7 zakazują obecnie transportu morskiego ropy powyżej limitu cenowego 60 dolarów za baryłkę, podczas gdy Rosja twierdzi, że nie akceptuje limitu i będzie handlować z „przyjaznymi" partnerami, którzy są gotowi przyjąć jej ropę nieubezpieczoną przez zachodnie firmy.

Limit cenowy objawia się tym, że kupiec np. z Maroka, który będzie korzystał z usług firm z UE i G7, musi kupić rosyjską ropę za 60 dolarów za baryłkę lub mniej. A UE i G7 to potęgi w kluczowych usługach dla naftowej logistyki – ubezpieczeniach i wynajmie tankowców.  

Miesiące przed 5 grudnia, czyli dniem wejścia w życie embarga UE na import rosyjskiej ropy naftowej, setki statków - głównie starszych, zbliżających się do końca okresu eksploatacji i przeznaczonych na złom - zmieniło właściciela na firmy niezwiązane z UE lub G7, na siedzibę najczęściej wybierając Dubaj. Wiele z tych tankowców pojawiło się już w rosyjskich portach, aby załadować towar.

Wysyłka ropy starymi tankowcami bez ubezpieczenia firm z UE/G7 to katastrofa, która może się zdarzyć - twierdzą analitycy żeglugi i brokerzy. 

"Wiele sprzedaży odbyło się poza rynkiem, a tzw. ciemna flota tankowców nadal rośnie. Renomowani właściciele nie chcą angażować się w tzw. "ciemną flotę", jednak zarobki z tajnej żeglugi mogą być znacznie wyższe niż stawki rynkowe " - mówi Erik Broekhuizen z firmy konsultingowej zajmującej się transportem morskim Poten&Partners. "Te zarobki premium stworzyły silną zachętę dla oportunistycznych, mniej skrupulatnych właścicieli do angażowania się w te transakcje" - dodał Broekhuizen w artykule Riviera Maritime Media .

Od stycznia do początku listopada co najmniej 60 bardzo dużych zbiornikowców (VLCC), 42 zbiornikowce Suezmax i 93 statki Aframax zmieniły właściciela - oszacowała Poten&Partners. Średni wiek tankowców to ponad 15 lat. Zwykle po takim czasie eksploatacji tankowce są oddawane na złom.

"Problem omijania embarga pojawia się natychmiast po nałożeniu tego embarga. Wszystko zależy od tego, jak poszczególne państwa podchodzą do sankcji. Dla krajów respektujących sankcje nie ma żadnego problemu, by na podstawie listy przewozowych odtworzyć źródło pozyskania ropy lub gazu, bez względu na to, jaka jednostka je transportuje. Rosjanie już dzisiaj mogą bowiem ładować swoją ropę lub gaz na dowolne jednostki pływające i je wysłać na morze. Ich problemem jest tylko znalezienie chętnego, który ten ładunek by od nich kupił. Jeżeli się tych chętnych odstraszy, to żadna flota sprzedanych przez Rosjan tankowców nie będzie miała racji bytu" - komentuje Maksymilian Dura, komandor por. rez. Marynarki Wojennej i dziennikarz Defence24.pl.

W rezultacie cena tankowców używanych skoczyła w tym roku. Na przykład cena 20-letniego zbiornikowca Aframax wzrosła o 86 proc. w ciągu roku - z 11,8 mln dolarów 1 stycznia do 22 mln dolarów obecnie - wynika z danych VesselsValue cytowanych przez Reutersa .

"Zbliżające się sankcje spowodowały skokowy wzrost popytu na zabytkowy tonaż tankowców, a w konsekwencji wzrost wartości dla tego sektora. Tankowce, które nadal handlują w 'ciemnej flocie', zacieśnią podaż statków, co może spowodować, że sektor zwiększy zysk" - napisała w zeszłym tygodniu Rebecca Galanopoulos Jones z VesselsValue . "Coraz częściej spekuluje się, że rynek tankowców podzieli się na dwie kategorie; ci, którzy operują na wodach rosyjskich, przejdą teraz do innych branż, oraz ci, którzy szukają możliwości kapitalizacji na premiach wynikających z rosyjskich transakcji pomimo sankcji" – dodała.

Według badań dla TradeWinds, aż 393 tankowce, czyli 43 proc. wszystkich transakcji statkami od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, zostało sprzedanych nieznanym właścicielom lub nowo powstałym firmom. Ponadto dziesiątki zbiornikowców zarejestrowanych w krajach członkowskich UE, takich jak Malta, Cypr i Grecja, opuściły swoje rejestry do tej pory w tym roku – twierdzi Trade Winds opierając się na źródle z maltańskiej administracji.

"Są to nabywcy, których my, jako wieloletni brokerzy, nie znamy. Jesteśmy pewni, że większość tych statków jest przeznaczona dla Rosji" – powiedział Financial Times Anoop Singh, szef badań nad tankowcami w Braemar.

Nawet przy szaleńczym rynku starych tankowców trafiających do nieznanych lub mało znanych nowych właścicieli, Rosja prawdopodobnie będzie miała problemy z umieszczeniem całej swojej wcześniej związanej z Europą ropy na innych rynkach, takich jak jej obecnie najwięksi klienci Chiny, Indie i Turcja, mówią analitycy.  

„Rosnący rozmiar "ciemnej floty" zwiększa ryzyko wypadków" -  twierdzi Poten&Partners.

„Dwa incydenty w ostatnich tygodniach z udziałem tankowców 20 i 21-letnich, w tym jednego przewożącego rosyjską ropę z Primorska do Turcji obrazują potencjalne ryzyko związane z wykorzystaniem starego, niespełniającego norm tonażu sprzętu do transportu ropy naftowej i produktów naftowych" - zauważa firma.

Embargo UE na rosyjski import oraz limit cenowy na rosyjską ropę naftową już stworzyły "dwupoziomowy rynek" w branży tankowców. Menadżerowie z branży ostrzegali przed tym jeszcze przed wejściem w życie sankcji 5 grudnia.

„Wraz z rosnącym wydobyciem ropy naftowej znacznie zwiększyły się odległości, na jakie jest ona transportowana. Europa szuka alternatywnych źródeł surowca, a Azja stopniowo zwiększała import rosyjskiej ropy. W tym okresie rozwinął się dwupoziomowy rynek frachtu, ponieważ niektórzy armatorzy unikają przewozu rosyjskiej ropy z powodu ryzyko sankcji lub samosankcji, podczas gdy inni właściciele decydują się na zaangażowanie. Z drugiej strony, czarterujący mogą starać się unikać statków z rosyjską przeszłością, co zwiększa nieefektywność handlu" – zauważa Frontline, , jeden z największych na świecie właścicieli tankowców.

energetyka24.com

Zachód obwinia Turcję o blokowanie morskich dostaw ropy - podaje „Financial Times”. Zdaniem urzędników nie ma żadnego racjonalnego powodu, aby spowalniać ruch tankowców przez cieśniny czarnomorskie.

Gazeta przypomina, że "zastopowano" co najmniej 22 jednostki (choć liczba ta zmienia się dynamicznie) transportujące ropę naftową z powodu obaw o kwestie ubezpieczeniowe. Chodzi o element zachodnich sankcji, który uniemożliwia świadczenie tego typu usług armatorom przewożącym rosyjską ropę.

Kłopot polega jednak na tym, że większość jednostek, które stanęły w „korku” nie transportuje zakazanego surowca: „Wygląda na to, że wszystkie oprócz jednego z około 20 załadowanych tankowców czekających na przeprawę przez cieśniny, przewożą kazachską ropę” – powiedział Financial Times jeden z zachodnich urzędników.

Zwrócił on również uwagę, że nie ma żadnego powodu, aby status ubezpieczeniowy tych tankowców ulegał zmianie w stosunku do ostatnich tygodni czy miesięcy.

W tym kontekście warto odnotować, co podkreślają także autorzy „FT”, że działania Turcji są kłopotliwe nie tylko dla odbiorców, ale i dla amerykańskich koncernów. Ropa wydobywana przez Exxona czy Chevron na terytorium Kazachstanu jest bowiem transportowana rurociągami do portów na wybrzeżu Morza Czarnego, a następnie słana tankowcami dalej w świat. Nagła pryncypialność Ankary i domaganie się każdorazowego udowadniania posiadania ważnego ubezpieczenia, niewątpliwie stanowi dla tych firm problem.

energetyka24.com

Wieczorem 6 grudnia węgierski rząd wydał nadzwyczajne oświadczenie, w którym ogłosił zniesienie obowiązującego od około roku limitu cenowego na paliwa. Władze zmusiła do tego sytuacja na rynku paliwowym, która – łagodnie mówiąc – była dramatyczna.

Nałożone przez rząd restrykcje cenowe spowodowały wstrzymanie importu, tymczasem kontrolowana przez koncern MOL rafineria w miejscowości Százhalombatta obniżyła przerób do połowy możliwości ze względu na prace konserwacyjne, które mają jeszcze potrwać co najmniej kilka tygodni. Problem dotknął też biegnącego na Węgry rurociągu Przyjaźń – odbiorcy węgierscy, słowaccy i czescy zanotowali przerwy w funkcjonowaniu tego połączenia po ostrzałach rakietowych Ukrainy, które uszkodziły elementy infrastruktury rurociągowej.

Wszystkie te okoliczności spowodowały głęboki kryzys paliwowy na Węgrzech. Jak podaje Agencja Reutera, powołując się na szefostwo koncernu MOL, około 25% węgierskich stacji benzynowych tej firmy nie ma czym tankować pojazdów. Problemy z zaopatrzeniem występują nawet w Budapeszcie, czyli stolicy kraju. Ustabilizowanie sytuacji importowej i podażowej ma zająć około dwa miesiące – wskazuje Reuters. Żeby przyspieszyć ten proces rząd w Budapeszcie zdecydował o zniesieniu limitów cenowych.

„Wczoraj o 23:00 zniknęły urzędowe ceny paliw, po 480 HUF za litr Pb95 i ON. Obowiązywały od 15 października 2021 r.  Obecnie Pb95 kosztuje 641 HUF a diesel 699 HUF (na MOL) Winą za konieczność likwidacji cen urzędowych obarczono obowiązujące od poniedziałku sankcje na ropę. Co ciekawe, w komunikacie rządu podkreślono także, że wniosek o likwidację cen złożył MOL. Nie był on w stanie zapewnić dostaw paliw bez skorzystania z importu. Paliwo z importu było z kolei niemożliwe do sprowadzenia po urzędowych stawkach" – mówi dr Dominik Héjj z Instytutu Nowej Europy.

„Według prezesa MOL uspokojenie sytuacji na rynku potrwa do 2 miesięcy.  Prezes informował także, że Węgry muszą się przygotować na dostawy paliw po kryzysowym momencie, to jest kolejnych sankcjach, które wejdą w życie 5 lutego 2023" – dodaje.

Zsolt Hernadi, prezes koncernu MOL, już teraz ostrzega, że zaplanowane na luty embargo na dostawy produktów naftowych z Rosji do Unii Europejskiej może spowodować zmniejszenie podaży oleju napędowego na unijnym rynku.

Do sytuacji na Węgrzech odniósł się prezes Orlenu, Daniel Obajtek. „Katastrofa paliwowa na Węgrzech to efekt zbytniej ingerencji w zasady 

energetyka24.com