środa, 26 października 2022


Rosyjskie służby w dalszym ciągu, pomimo trwającej wojny, nie wyciągnęły wniosków z braku możliwości wytworzenia jednolitego produktu informacyjnego i nie zdecydowały się na powołanie wspólnoty wywiadowczej. W wypowiedzi dla serwisu informacyjnego Vox, zastępca dyrektora ds. analiz w Centrum Bezpieczeństwa i Nowych Technologii Uniwersytetu Georgetown Rita Konaev podkreśla, że Rosjanie mają problem z analizą i dystrybucja informacji wywiadowczych. Wynika to z ich dezorganizacji, braku wzajemnego zaufania, strachu o potencjalne niepowodzenia oraz chaosu w dowodzeniu i kontroli występującym w służbach, co prowadzi do ich "instytucjonalnego ubezwłasnowolnienia". Nie wiadomo "kto odpowiada za zbieranie, przetwarzanie i koordynację danych wywiadowczych, na którym froncie i czy rozmawiają ze sobą", a "jest tam wiele skonfliktowanych i często rywalizujących służb wywiadowczych i grup, które są tam aktywne" - powiedziała Konaev. Prezydent Władimir Putin w maju br., po niepowodzeniach FSB, wskazał GRU jako wiodącą służbę wywiadowczą w trakcie wojny z Ukrainą, ale w dalszym ciągu "funkcjonuje wiele sprzecznych, a często rywalizujących ze sobą organów i grup wywiadowczych (,,,)". "I to wielowarstwowe, zdezorganizowane i niespójne podejście do zbierania, analizy i koordynacji danych wywiadowczych osłabiło je na każdym etapie wojny. (...) Wywiad jest niezwykle trudny do prawidłowego i skoordynowanego działania, zwłaszcza w takim kraju jak Rosja, gdzie służby wywiadowcze zgromadziły tak wiele władzy (...), mają znaczący wpływ na poziomie politycznym, a także ogromne możliwości kontroli nad informacjami, które mogą ujawnić lub zdecydować się ich nie udostępniać, ale jednocześnie wciąż bardzo obawiają się konsekwencji ujawnienia czegoś, co mogłoby nie spodobać się Putinowi" - uważa Rita Konaev.

(...)

Do tego dochodzi problem tzw. kryminalnych "Siłowników", do których zalicza się m.in. Jewgienija Prigożina, Ramzana Kadyrowa oraz sprzymierzonego z nimi Wiktora Zołotowa. Jak stwierdził rosyjski politolog Stanisław Biełkowski, w wypowiedzi dla portalu gordonua.com, zarówno Kadyrow jak i Prigożin są tradycyjnie wrogo nastawieni do federalnych sił bezpieczeństwa z racji tego, że mają własne armie. Stali się swoistym państwem w państwie. Rosnące wpływy służb nie są im na rękę, dlatego m.in. ujawnili morderstwo Borysa Niemcowa, ale potem, z woli politycznej Władimira Putina, wyniki śledztwa zostały zmienione. Według ukraińskiego analityka wojskowego Michaiła Samusa, FSB jest dyskredytowana ponieważ jest obecnie w konflikcie z Kadyrowem, a on sam widzi w Prigożinie i GRU szansę na zniszczenie władz FSB.

infosecurity24.pl

wtorek, 25 października 2022


Bliskim współpracownikiem Władimira Putina, który pozwolił sobie podczas rozmowy z prezydentem na otwartą krytykę ministerstwa obrony Rosji i sposobu prowadzenia wojny na Ukrainie, był Jewgienij Prigożyn, znany jako właściciel prywatnej firmy wojskowej, tzw. grupy Wagnera - informuje dziennik "Washington Post".

7 października "Washington Post" oznajmił, że jeden z najbliższych współpracowników Putina wygłosił w rozmowie z prezydentem krytykę wojny na Ukrainie i popełnianych podczas niej błędów. W ocenie źródeł dziennika "konfrontacja" członka kremlowskich elit z Putinem została uznana za na tyle istotną, że informację o niej włączono do codziennego briefingu, jaki prezydent USA otrzymuje od służb specjalnych.

Według raportu wywiadu Prigożyn miał wyrazić pogląd, że Ministerstwo Obrony nadmiernie polega na wagnerowcach, nie zapewniając im przy tym wystarczających środków finansowych i wyposażenia. Amerykańskie służby przypuszczają także, że Prigożyn zainscenizował niedawne nagranie wideo, które pojawiło się w mediach społecznościowych i ukazywało żołnierzy z grupy Wagnera narzekających na brak żywności i podstawowego zaopatrzenia. Był to instrument nacisku na Kreml, mający na celu uzyskanie dodatkowych pieniędzy na potrzeby wagnerowców - czytamy na łamach amerykańskiej gazety.

onet.pl

Według szefa Głównego Zarządu Wywiadu Ministerstwa Obrony Ukrainy (HUR) nie można powiedzieć, że "właśnie teraz Rosjanie uciekają z Chersonia".

— Pod wieloma względami (informacje o ewakuacji) to operacja informacyjna i manipulacja. Są pewne fakty. Wywożą np. Promswiaźbank, inne struktury finansowe Rosjan. Przy tym wywożona jest gotówka, serwery, tak zwane władze okupacyjne, przewożone są osoby niechodzące, ciężko ranni są wywożeni. Ze szpitali wypisywani są ci, którzy mogą samodzielnie chodzić. Prowadzona jest ta szalona kampania informacyjna: "my dbamy o ludzi" itd. – powiedział Budanow.

Jak zaznaczył, Rosjanie "tworzą iluzję, jakoby wszystko przepadło". — A jednocześnie przerzucają tam nowe oddziały wojsk i przygotowują ulice miasta do walk — dodał. Nexta informuje, że Rosjanie wywożą nawet pomniki.

Według wojskowego Rosjanie przygotowują się na wypadek, gdyby "musieli szybko podejmować decyzje", np. pod naporem ukraińskiej ofensywy, jeśli siłom ukraińskim uda się przejąć kontrolę, chociażby nad zaporą kachowską, obecnie jedyną w pełni działającą trasą transportową.

— Albo (będą musieli) bardzo szybko opuścić miasto i wycofać się, albo ryzykują, że znajdą się w sytuacji podobnej do tej, w której były nasze wojska w Mariupolu. Sytuacja jest trochę inna, ale koncepcyjnie bardzo podobna. Rozumiejąc to wszystko, oni przygotowują warunki do tego, by można było szybko się wycofać w razie potrzeby – powiedział Budanow.

— Ale oni nie przygotowują się do odwrotu teraz. Teraz szykują się do obrony – zaznaczył.

Budanow wypowiedział się też m.in. o ryzyku wysadzenia przez Rosjan zapory kachowskiej elektrowni wodnej na Dnieprze. Jego zdaniem całkowite wysadzenie zapory doprowadziłoby do zalania lewego (wschodniego) brzegu Dniepru (na którą wycofywaliby się Rosjanie) i zmusiło rosyjskie siły do wycofania się na Krym.

Zniszczenie zapory odcięłoby całkowicie możliwość dostarczania wody na okupowany Krym, a także uniemożliwiłoby funkcjonowanie Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej.

Szef HUR zaznaczył również, że według informacji strony ukraińskiej zaminowana jest na razie część zapory, a do wysadzenia całości obiektu potrzebne byłyby dodatkowe ogromne i odpowiednio rozlokowane ładunki, bo wysadzenie takiego obiektu wymagałoby "dziesiątek ton materiałów wybuchowych".

Celem ewentualnego wysadzenia zapory przez Rosjan miałoby być zatrzymanie ukraińskiej kontrofensywy. Budanow ocenił, że nawet gdyby do tego doszło, ten efekt byłby ograniczony w czasie.

Władze Ukrainy alarmowały wcześniej, że Rosjanie mogą wysadzić zaporę, by osłonić swój odwrót i utrudnić działania sił ukraińskich. Oznaczałoby to ogromną katastrofę i zalanie ok. 80 miejscowości.

onet.pl/PAP

poniedziałek, 24 października 2022


Główną areną walk pozostaje Donbas, gdzie wojska ukraińskie miały odeprzeć kolejne próby ataku na Bachmut i jego obrzeża, a także na okoliczne miejscowości. Siły agresora bezskutecznie nacierały również na wschód od Siewierska, na obrzeżach Awdijiwki, na północny zachód od Gorłówki i w łuku na zachód od Doniecka. Z doniesień ukraińskich wynika, że 21 października Rosjanie atakowali też w rejonie odzyskanego kilka tygodni wcześniej przez obrońców Łymanu (mogła być to rosyjska grupa dywersyjno-rozpoznawcza). Najeźdźcy ponawiają także ataki w graniczącej z Rosją części obwodu charkowskiego, na zachód i wschód od Wołczańska oraz na północny wschód od Wełykyjego Burłuku. Z kolei wojska ukraińskie próbują przerwać linie obrony przeciwnika na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego na wschód od Kupiańska. Część źródeł ukraińskich potwierdza, że walki toczą się również w obwodzie chersońskim, lecz próby przełamania rosyjskich pozycji pomiędzy Dawydiwym Bridem a Dudczanami wciąż nie przyniosły powodzenia. Najeźdźcy mają przygotowywać się do walk ulicznych w Chersoniu, a także systematycznie naprawiać i wzmacniać przeprawy przez Dniepr.

22 października szef administracji okupacyjnej rejonu nowokachowskiego poinformował o trwającym trzy dni spuszczaniu wody ze Zbiornika Kachowskiego, co ma jakoby zmniejszyć rozmiary katastrofy naturalnej w przypadku zniszczenia tamy przez stronę ukraińską. Dwa dni później szef ukraińskiego wywiadu wojskowego Kyryło Budanow oskarżył Rosjan o zamiar zniszczenia obiektu. Zaznaczył zarazem, że powstrzyma to ukraińską kontrofensywę w obwodzie chersońskim najwyżej przez dwa tygodnie, a przy tym uniemożliwi funkcjonowanie Kanału Północnokrymskiego (ponownie uruchomionego przez okupanta w celu dostarczania wody na Krym) i Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej.

Również 22 października najeźdźcy przeprowadzili kolejne zmasowane uderzenie na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Ataki rakietowe i z wykorzystaniem dronów kamikadze miały miejsce w obwodach chmielnickim, czerkaskim, czernihowskim, czerniowieckim, kijowskim, kirowohradzkim, mikołajowskim, odeskim, wołyńskim, rówieńskim i zaporoskim. Według zbiorczej informacji ukraińskiego Sztabu Generalnego obrońcy zestrzelili 20 z 40 rakiet i 11 z 16 dronów. Rakiety spadły ponadto na Mikołajów i Zaporoże, a ostrzeliwano też Charków, Nikopol i Wołczańsk. Rosyjskie artyleria i lotnictwo nie zaprzestają uderzeń na pozycje i zaplecze wojsk przeciwnika wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. Ukraińcy mieli zaś kontynuować działania dywersyjne w obwodzie biełgorodzkim w Rosji.

24 października Budanow przedstawił poszerzone dane na temat wykorzystywanych przez wroga rakiet i dronów kamikadze. Poza rakietami Iskander, których miało pozostać 13% stanu z 24 lutego, armia agresora ma utrzymywać tzw. bezpieczny poziom zapasów (według Budanowa wynosi on co najmniej 30%) głównych typów rakiet skrzydlatych – Kalibr (43%) i Ch-101/Ch-555 (45%). Rosja miała zamówić w Iranie blisko 1700 dronów Shahed-136, Shahed-131 i Mohajer-6, z których dotychczas otrzymała dwie partie po 300 sztuk. Do 22 października miała wykorzystać 330 dronów, z których 222 (ok. 70%) zestrzelono. Dane różnią się od podanych dzień wcześniej przez rzecznika Dowództwa Sił Powietrznych Ukrainy Jurija Ihnata, który informował o zestrzeleniu łącznie 273 dronów Shahed-136 i 4 Mohajer-6. Z kolei minister obrony Ołeksij Reznikow ocenił ogólną skuteczność ukraińskiej obrony powietrznej na 60%.

Niemcy przekazały Kijowowi pierwszą stację radiolokacyjną TRML-4D do wcześniej dostarczonej baterii systemu obrony powietrznej IRIS-T (łącznie armia ukraińska ma otrzymać cztery takie radary – po jednym do każdej baterii), pięć wozów zabezpieczenia technicznego, siedem ciężkich i pięć średnich systemów mostowych, 167 tys. sztuk amunicji do broni strzeleckiej, 100 namiotów, 183 generatory oraz odzież zimową (116 tys. kurtek, 80 tys. par spodni i 240 tys. czapek). Z kolei Holandia ogłosiła przekazanie Ukrainie 500 mln euro w ramach szóstego pakietu wsparcia.

23 października minister obrony Rosji Siergiej Szojgu przeprowadził rozmowy ze swoimi odpowiednikami z USA, Francji, Wielkiej Brytanii i Turcji. Ich głównym tematem było ostrzeżenie, że Ukraińcy są rzekomo gotowi użyć brudnej bomby na południu Ukrainy. Wcześniej rosyjska agencja RIA Nowosti podała, że siły przeciwnika przygotowują się do „zdetonowania bomby atomowej”, aby oskarżyć Moskwę o użycie broni masowego rażenia. Prezydent Wołodymyr Zełenski uznał wypowiedź Szojgu za zapowiedź dalszej eskalacji konfliktu, a minister spraw zagranicznych Dmytro Kułeba określił ją jako absurdalną.

Sytuacja sił rosyjskich w rejonie Chersonia pogarsza się. Sztab Generalny Ukrainy potwierdził, że od 19 października w leżącym ok. 80 km na północny wschód niego Berysławiu wszystkie organy władz okupacyjnych przestały funkcjonować, a kolaboranci odeszli z miasta. 22 października administracja okupacyjna zażądała, aby mieszkańcy Chersonia „natychmiast opuścili miasto i przeszli na lewy brzeg Dniepru”. Według niej ewakuowano już kilkadziesiąt tysięcy osób, a większość z nich kierowana jest na Krym.

Również 22 października gubernator obwodu biełgorodzkiego oznajmił, że ok. 500 mieszkańców Biełgorodu i obszarów graniczących z Ukrainą zostanie ewakuowanych w okolice Moskwy. W obwodzie wzmocniono ochronę obiektów energetycznych i szlaków komunikacyjnych, a w miejscowościach przygranicznych zalecono pracę zdalną. Z kolei w obwodzie kurskim zakończono budowę dwóch umocnionych linii obrony.

Zgodnie z danymi armii ukraińskiej w rejonach pińskim i stolińskim (obwód brzeski) na Białorusi służby specjalne intensyfikują działania o charakterze kontrwywiadowczym. Zabroniono nagrywania filmów wideo, w tym korzystania z kamer samochodowych. Podjęte kroki mają uniemożliwić przekazywanie informacji o ruchach jednostek rosyjskich. Miejscowe służby w ramach współpracy z FSB zatrzymują Rosjan chcących uniknąć służby wojskowej i usiłujących przez Mińsk przedostać się do Turcji.

21 października ukraińskie Siły Zbrojne zainicjowały operację informacyjną skierowaną do obywateli Białorusi. Na portalach społecznościowych opublikowano film w języku rosyjskim, w którym zaapelowano, aby nie walczyli oni z Ukrainą i by bojkotowali ewentualne rozkazy przystąpienia do wojny.

Dzień później Służba Bezpieczeństwa Ukrainy powiadomiła o aresztowaniu w Zaporożu 83-letniego Wiaczesława Bohusłajewa, byłego dyrektora i właściciela strategicznego przedsiębiorstwa przemysłu lotniczego Motor Sicz (znacjonalizowanego w ub.r.) oraz niegdyś prominentnego działacza politycznego. Podejrzewa się go o zdradę państwa i udział w nielegalnym procederze sprzedaży silników i części zamiennych do Rosji przez pośredników z Azji, Bliskiego Wschodu i Europy. SBU zebrała dowody potwierdzające jego współpracę z przedstawicielami rosyjskiego koncernu zbrojeniowego Rostech. Dostarczane z Ukrainy towary trafiały do producentów i zakładów remontowych rosyjskich śmigłowców wojskowych typu Mi-8, Ka-52 Aligator i Mi-28N.

Komentarz

Ostrzeżenia dotyczące rzekomej gotowości użycia przez Ukrainę brudnej broni nuklearnej, które minister obrony Rosji formułował w rozmowach ze swoimi odpowiednikami z państw NATO, należy uznać za próbę szantażu. Grożenie drastyczną eskalacją konfliktu i podkreślanie domniemanej możliwości dokonania przez Kijów prowokacji przeciwko FR to stały element rosyjskiej gry. Używanie tego argumentu ma siać panikę na Zachodzie, a w rezultacie doprowadzić do oczekiwanej przez Kreml sytuacji, w której zaniepokojeni partnerzy przekonają Ukraińców do wstrzymania działań ofensywnych i ograniczą pomoc wojskową.

Obie strony konsekwentnie oskarżają się wzajemnie o zamiar zniszczenia tamy Zbiornika Kachowskiego i doprowadzenie w ten sposób do katastrofy naturalnej. Z perspektywy wojskowej posunięcie takie może być korzystne wyłącznie dla Rosjan. W przypadku przerwania ich linii obrony w obwodzie chersońskim i konieczności wycofania wojsk na lewy brzeg Dniepru wysadzenie obiektu może okresowo spowolnić natarcie Ukraińców, a także zniszczyć część ich sił (jeśli te będą się wówczas znajdowały na terenie zalewowym). Przerwanie tamy nie musi jednak nastąpić wskutek celowego działania stron. Przeprowadzony przez okupantów spust wody wskazuje, że obawiają się oni jej przypadkowego zniszczenia i sytuacji, w której głównymi ofiarami (poza lokalną ludnością) staliby się żołnierze rosyjscy. Nie można tego wykluczyć tym bardziej, że konstrukcja tamy mogła już zostać częściowo naruszona w wyniku ukraińskich ataków na przebiegający przez nią most Kachowski. Obniżenie lustra wody w Zbiorniku Kachowskim sprawia, że w razie przerwania tamy powódź obejmie dużo mniejszy obszar i najprawdopodobniej nie dotrze do Chersonia. Mogąc decydować o poziomie wody w zbiorniku, który w porze jesiennej będzie względnie łatwo ponownie podnieść, strona rosyjska wciąż zachowuje możliwość wykorzystania tamy jako „broni”.

Z podawanych przez stronę ukraińską danych o zestrzeleniach rosyjskich rakiet i dronów wynika, że musi ona pogodzić dwa przekazy. W komunikatach do własnego społeczeństwa konieczne jest unaocznienie, że obrona powietrzna względnie skutecznie zwalcza wrogie ataki, które zamiast zysków w pierwszym rzędzie generują dla Rosji koszty (weźmy pod uwagę wartość wystrzelonych rakiet i niemożność szybkiego uzupełnienia arsenałów ze względu na zachodnie sankcje). W przekazie dla Zachodu Kijów musi z kolei wykazywać, że bez wsparcia w postaci dostarczenia zdecydowanie większej liczby nowoczesnych systemów obrony powietrznej (w tym momencie armia dysponuje symboliczną jedną baterią systemu krótkiego zasięgu IRIS-T, systemy średniego zasięgu NASAMS w podobnej liczbie mają niebawem dotrzeć, a zapowiedzi dostaw na rok 2023 są niewiele większe), w tym dalekiego zasięgu, nie da się osłonić terytorium państwa. Trwające od 10 października planowe niszczenie infrastruktury energetycznej należy traktować jako bezpośrednie potwierdzenie konieczności jak najszybszego wzmocnienia obrony powietrznej Ukrainy.

Zatrzymanie byłego właściciela koncernu Motor Sicz to w wymiarze politycznym przykład karania polityków i biznesmenów mających bliskie kontakty z agresorem. Postawienie zarzutów dostaw wyrobów dla rosyjskiego przemysłu zbrojeniowego ujawniło słabość ukraińskiego kontrwywiadu i wywiadu wojskowego, które z nieznanych przyczyn nie reagowały dotąd na ten proceder. Aresztowanie Bohusłajewa może wywołać zmiany personalne w służbach specjalnych i/lub kierownictwie koncernu zbrojeniowego Ukroboronprom.

osw.waw.pl

Tragedia zakładników z Dubrowki rozpoczęła się w środę wieczorem. Szturm na teatr ruszył dwie i pół doby później. Terroryści już nie żyli, gdy służby zaczęły w pośpiechu wynosić na zewnątrz dziesiątki nieprzytomnych ludzi. Układano ich na schodach i parkingu przed gmachem.

"Gaz zaczęto wpuszczać na widownię w sobotę około wpół do piątej rano, a pierwszy zakładnik otrzymał pomoc o wpół do ósmej" – relacjonowała potem Tatiana Karpowa, matka jednego z zakładników. Syn Aleksander nie przeżył. Wielu z tych, którzy ocaleli – kilkaset osób – zostało inwalidami.

Matka innej z ofiar wspominała: "Znajomy lekarz powiedział mi: »Tak się cieszyliśmy, kiedy pierwszy dzieciak umarł, że można go będzie pokroić i zbadać, jaki to był gaz«".

Jeden z rosyjskich lekarzy, którzy brali udział w spartaczonej akcji ratunkowej, mówił: "To nie był żaden szatański spisek, lecz typowy sowiecki bałagan". Ale to z pewnością tylko część opowieści o Dubrowce.

– Przybyliśmy do stolicy Rosji, żeby powstrzymać wojnę. Albo żeby zginąć tu w imię Allaha – mówił do kamery Mowsar Barajew, 23-letni dowódca czeczeńskiego komanda, które zaatakowało dom kultury na Dubrowce. Wcześniej krzyczał do zakładników zgromadzonych na widowni: "Wojna przyszła do Moskwy!". Nie da się zrozumieć, jak doszło do tragedii, bez tego kontekstu.

Od trzech lat Czeczenia była pustoszona przez drugą odsłonę brutalnej wojny. Rosji, która chciała spacyfikować niepokorną republikę, pierwsza wojna przyniosła palący wstyd klęski. Zbuntowanej Czeczenii dała krótkotrwałą niezależność. Nie przestała być ona jednak miejscem skrajnie niestabilnym, schronieniem dla islamskich fundamentalistów, terrorystów i porywaczy. A rosyjscy twardogłowi ani na moment nie przestali myśleć o wzięciu jej pod but.

"Operację antyterrorystyczną" (termin brzmi znajomo) w 1999 r. rozpoczął właściwie Władimir Putin – jeszcze nie jako prezydent, ale już jako wschodząca gwiazda w ekipie urzędującego wówczas Borysa Jelcyna. Dowartościowana poczuła się rosyjska armia i resorty siłowe. Społeczeństwo też było zachwycone deklaracjami Putina, że "terrorystów będziemy dopadać nawet w wychodku".

Nie najmniej istotny był też powód (czy raczej: pretekst) do rozpoczęcia "operacji": eksplozje w blokach mieszkalnych w Moskwie, Bujnaksku i Wołgodońsku. Pochłonęły one ponad 300 ofiar cywilnych. Odpowiedzialność przypisano czeczeńskim zamachowcom, choć szereg tropów (w tym nieudana próba podobnego zamachu w Riazaniu) wskazywał, że w atakach maczała palce Federalna Służba Bezpieczeństwa.

Narzędziami rosyjskiej "operacji" w Czeczenii stały się bombardowania i ostrzały ludności cywilnej, zaczystki, obozy filtracyjne, zaginięcia bez wieści, gwałty i grabieże.

Według danych Lekarzy Bez Granic dziewięciu na 10 Czeczenów w jednej lub drugiej wojnie straciło kogoś bliskiego. Jeden na sześciu był świadkiem śmierci bliskiego krewnego. Niemal każdy ankietowany przyznawał, że znajdował się pod ostrzałem, nalotem lub pod ogniem karabinów maszynowych.

Wojna trwała również po upadku stolicy (Grozny), bo kilka tysięcy bojowników uszło w góry i nie złożyło broni. Szamil Basajew, jeden z najważniejszych komendantów (traktowany zarazem jak międzynarodowy terrorysta), obiecał Rosjanom, że i oni zaznają aktów terroru – i to wymierzonych również w cywilów. To Basajew wziął potem na siebie odpowiedzialność za atak na Dubrowkę.

W trakcie kilkudziesięciu godzin kryzysu na Dubrowce do teatru przedostało się kilkoro negocjatorów. Był wśród nich m.in. przedstawiciel Czeczenii w rosyjskim parlamencie, Asłambek Asłachanow, któremu udało się doprowadzić do zwolnienia 39 osób, w większości dzieci.

Była też dziennikarka Anna Politkowska – znienawidzona na Kremlu za uczciwe do bólu relacjonowanie wojny w Czeczenii. Od jednej z zakładniczek, której pozwolono porozmawiać z Politkowską, usłyszała ona: "Jesteśmy jak załoga Kurska".

Zakładniczka nawiązywała do nie tak dawnej (lato 2000 r.) katastrofy rosyjskiego okrętu podwodnego. Kreml zwodził wówczas rodziny ofiar i światową opinię publiczną, a działania ratunkowe pozorował – przez co pośrednio skazał na pewną śmierć tych marynarzy, których można jeszcze było próbować ocalić.

Z terrorystami rozmawiał też Grigorij Jawliński z opozycyjnej partii Jabłoko (która była przeciwna wojnie w Czeczenii). Żadnych ustępstw nie ugrał, a w dodatku podczas narad kryzysowych na Kremlu – na które był jeszcze zapraszany – zorientował się, że negocjacje to kompletna fikcja.

Putin wysłał na zagraniczną wizytę swojego premiera Michaiła Kasjanowa, który był przeciwny rozwiązaniu siłowemu. Decyzje podejmował ze swoimi siłowikami, wśród których był szef FSB, dawny przyjaciel z Leningradu, Nikołaj Patruszew (przypomnijmy: w ostatnich miesiącach 2022 r. wymieniany jako jeden z kandydatów do schedy po Putinie). To właśnie m.in. Patruszew miał naciskać na siłowe rozwiązanie kryzysu na Dubrowce.

Jawliński niedługo po tragedii na Dubrowce wspominał, że zaskoczyły go dwie rzeczy. Jedna to młody wiek zamachowców – wrażenie robiły zwłaszcza "czarne wdowy" (żony, córki i siostry Czeczenów, którzy zginęli na wojnie), z bronią w ręku, obwieszone pasami szahida. Niektóre z nich miały po 18-19 lat.

Drugą było to, jak trudno się było z napastnikami porozumieć. Byli dosłownie "dziećmi wojny", odciętymi od edukacji czy kultury. Trudno było od nich wyciągnąć, jakie właściwie mają żądania; nie umieli nawet powiedzieć, jak wyobrażają sobie zakończenie wojny.

Jedna z teorii wyjaśniających, skąd komando Mowsara Barajewa wzięło się na Dubrowce, wydaje się na pozór zaskakująca.

Chłopak był siostrzeńcem Arbiego Barajewa, jednego z czeczeńskich watażków, który odpowiadał m.in. za porwania obcokrajowców na terenie republiki. Jak twierdzi Krystyna Kurczab-Redlich ("Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina"), Arbi Barajew współpracował z rosyjskimi służbami specjalnymi. Podobnie zresztą – jak sugeruje reporterka — jak sam Szamil Basajew.

Przytacza ona relację jednego z byłych oficerów rosyjskich. Według niej to ludzie z FSB (służba bezpieczeństwa) i GRU (wywiad wojskowy) przygotowali zaplecze całej akcji. Działający dla nich Basajew miał wydawać młodemu Barajewowi instrukcje, a uczestników akcji werbowano szantażem i groźbami; byli też wśród nich więźniowie.

Po co rosyjskie służby miałyby inicjować takie przedsięwzięcie? Według Kurczab-Redlich data wydarzeń na Dubrowce nie była przypadkowa: kilka dni później w Kopenhadze miał się odbyć Światowy Kongres Czeczenów, i to z udziałem zachodnich polityków i dziennikarzy. Miał tam zostać przedstawiony kolejny plan pokojowy oraz pomysł rozmów pomiędzy Putinem a Asłanem Maschadowem – wybranym jeszcze przed wojną czeczeńskim prezydentem.

Rozmowy między Czeczenami i Rosjanami na temat rozwiązania konfliktu toczyły się już w 2001 r. Ci pierwsi byli gotowi przystać na autonomię w składzie federacji (Maschadow na tle islamskich bojowników był politykiem umiarkowanym). Jednak Rosjanie oczekiwali przede wszystkim złożenia broni i nie obiecywali nawet amnestii.

Administracja Putina, a w niej m.in. jego przyjaciel i dzisiejszy szef Rosnieftu Igor Sieczin, forsowała dalsze prowadzenie wojny. Opłacała się ona także rosyjskim generałom, którzy dobrze żyli z okradania własnej armii (znów: bardzo aktualne skojarzenie) i mniej lub bardziej jawnego handlu kaukaską ropą.

Tak więc Putin – według tej teorii – nie zamierzał dopuścić, by Asłan Maschadow zdołał złożyć w Kopenhadze wiarygodną propozycję pokojową. W dodatku: popieraną przez reprezentantów czeczeńskich diaspor. Maschadowa i kongres trzeba było skompromitować i pozbawić międzynarodowego poparcia, a przynajmniej zainteresowanie – na przykład przypisując mu odpowiedzialność za krwawy zamach terrorystyczny na wielką skalę.

Cokolwiek sądzić o tej teorii i jej spójności – faktem jest, że kilka dni po Dubrowce Putin okrzyknął Maschadowa i Achmeda Zakajewa (jego przedstawiciela na Zachodzie) międzynarodowymi terrorystami. Zażądał, by Dania wydała Rosji drugiego z nich (Maschadow się ukrywał).

Dania odmówiła – nie dość, że rosyjski wniosek formalnie był nieporozumieniem, to jeszcze część zarzutów wobec Zakajewa była jawnie sfabrykowana. Później odmówiła ekstradycji Zakajewa także Wielka Brytania. Ale kontekst rosyjskich żądań był oczywisty.

Od dłuższego już czasu Putin próbował "sprzedawać" światu wojnę w Czeczenii jako element tej samej tzw. wojny z terrorem, którą po 11 września prowadzili Amerykanie i ich sojusznicy. Minister Siergiej Ławrow porównał nawet ewentualne negocjacje z Maschadowem do propozycji rozmów z Osamą bin Ladenem. Chodziło więc o izolację Czeczenów na arenie międzynarodowej.

Nie mniej znaczące, co dziś widać jeszcze wyraźniej, było dokręcenie śruby w samej Rosji – bodaj pierwsze tak znaczące w trakcie rządów Putina.

Duma wprowadziła pakiet ustawodawstwa antyterrorystycznego, które m.in. nakładało na media cenzurę w razie ewentualnych podobnych kryzysów. Wprowadzono też szlaban na doniesienia z Czeczenii, właściwie odcinając niezależnym dziennikarzom (takim jak np. Anna Politkowska) możliwość informowania o tym, co się dzieje w republice. Kreml mógł kontynuować jej krwawą pacyfikację po cichu.

Co nie mniej wymowne: moskiewska prokuratura, która przez trzy i pół roku prowadziła postępowanie w sprawie zamachu na Dubrowce, nie zdołała ustalić nawet elementarnych szczegółów: ilu dokładnie zakładników uwolniono, ilu dokładnie było zamachowców i kto podjął decyzję o szturmie; nie mówiąc już o ustaleniu, jakiego gazu użyto podczas szturmu i jaką odtrutkę należało zastosować podczas akcji ratunkowej. Śledztwo, mimo protestów rodzin ofiar, stanęło. Duma odmówiła też powołania komisji śledczej, która mogłaby zbadać działania władz w czasie kryzysu.

W moskiewskich sądach przepadły pozwy kilkudziesięciu byłych zakładników z Dubrowki, skierowane przeciwko lokalnym władzom. Już w 2003 r. 80 skarg w sprawie zamachu na Dubrowce (nie tylko Rosjan, ale również obywateli Ukrainy, Holandii czy Kazachstanu) wpłynęło do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Postępowanie trwało osiem lat i zostało utajnione na wniosek rosyjskich władz.

W grudniu 2011 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał Rosji (po czterech latach postępowania) wypłacić 64 skarżącym w sumie 1,3 mln euro zadośćuczynienia. Trybunał uznał, że władze rosyjskie naruszyły Europejską Konwencję Praw Człowieka nie tyle poprzez rozwiązanie kryzysu siłą i użycie gazu, lecz poprzez fatalne planowanie i przeprowadzenie akcji ratunkowej, a także niezapewnienie rodzinom ofiar prawa do uczciwego procesu.

Dzisiejsza Rosja mogłaby wobec takich zarzutów wzruszyć ramionami. W marcu wystąpiła z Rady Europy, co oznacza też wyjście spod jurysdykcji trybunału w Strasburgu. Wprawdzie rosyjski MSZ deklaruje, że Rosja nadal będzie się stosować do już zapadłych orzeczeń, ale tylko wówczas, jeśli nie będą one "sprzeczne z Konstytucją FR". Można się domyślać, jak władze w Moskwie będą to interpretować.

Dopiero zachodni specjaliści, którzy zbadali ubranie i próbki moczu kilku zakładników obywatelstwa brytyjskiego, ustalili, że Rosjanie użyli podczas szturmu na teatr mieszanki dwóch pochodnych fentanylu, silnego środka stosowanego w anestezjologii. Ratownicy i lekarze, którzy po szturmie rozpaczliwie próbowali pomagać nieprzytomnym zakładnikom, nie mieli o tym pojęcia.

Ataki terrorystyczne na Kaukazie nie ustały. W maju 2003 ciężarówka wyładowana materiałami wybuchowymi eksplodowała w kompleksie rządowym w Znamienskoje (zginęło 50 osób, w tym wielu cywilów). W wiosce na wschód od Groznego wysadziły się dwie kobiety-szahidki.

Najbardziej szokującym był zamach na szkołę w Biesłanie, pod pewnymi względami przypominający wydarzenia z Dubrowki: atak uzbrojonego komanda, setki zakładników, kompletny brak pomysłu władz na rozwiązanie kryzysu, wreszcie: chaotyczne rozwiązanie siłowe z jeszcze krwawszym finałem.

W jednym z zamachów bombowych zginął Achmat Kadyrow, namaszczony przez Kreml na władcę Czeczenii. Jego miejsce zajął jego syn Ramzan, postać tyleż groteskowa, co okrutna i bezwzględna – a dziś już znacząca w rosyjskiej strukturze władzy.

"Skończony idiota bez żadnego wykształcenia, pozbawiony rozumu i widocznych talentów – poza umiejętnością okaleczania i rabowania" – pisała o nim krótko przed śmiercią Anna Politkowska. Niewykluczone, że zamordowano ją właśnie na zlecenie Ramzana Kadyrowa.

(...)

onet.pl

niedziela, 23 października 2022


Michał Bruszewski: Generał Sergiej Surowikin, szef wojsk inwazyjnych, zaczął się wypowiadać publicznie, udzielił wywiadu. Jego poprzednik funkcję dowódcy zgrupowania pełnił nieoficjalnie. Co się Pana zdaniem zmieniło?

Piotr Żochowski, OSW: Jego poprzednik Aleksandr Dwornikow nie miał nadanego oficjalnie tytułu dowódcy sił rosyjskich na Ukrainie. To sygnalizowało, że w rosyjskim sztabie generalnym były problemy z kierowaniem operacją, dowódca zgrupowania nie posiadał wystarczającej autonomii w dowodzeniu czy planowaniu działań. Zdecydowano się na usamodzielnienie dowódcy. To wskazuje, że obecnie on personalnie odpowiada za efekty militarne, za powodzenie, za sposób prowadzenia walk. Jest to także zabieg propagandowy, operacja medialna. Opinie na temat generała Surowikina,  nazywanego „generał Armagedon" czy „rzeźnik z Syrii", to część medialnego przekazu skierowanego do Rosjan. Ma ich utwierdzić w przekonaniu, że na czele wojsk stanął wreszcie dowódca z dużym doświadczeniem, w domyśle – skuteczny wojskowy. To jest jedyny generał, który dwukrotnie dowodził operacją w Syrii. Zasłynął on z brutalnego używania zgrupowania lotniczego przeciwko obiektom cywilnym. Był znany z tego, że prowadził operacje, w których nie oszczędzano ludności cywilnej. Nie można mu odmówić dużego doświadczenia wojskowego, ale spójrzmy na obecną sytuację. Jest mobilizacja w Rosji, której przebieg wskazuje na trudności w sprawnym wyposażeniu i przeszkoleniu żołnierzy. Surowikin nadal pełni funkcję dowódcy sił powietrzno-kosmicznych. Sądzę, że Surowikin będzie kładł nacisk właśnie na działania lotnictwa. Nie można wykluczyć, że postawi na intensyfikację bombardowania ukraińskiej infrastruktury krytycznej.

Tak jak w ostatnich dniach?

Rosjanie obecnie dążą do sparaliżowania ukraińskiej energetyki. Prezydent Wołodymyr Zełenski zapowiedział okresowe wyłączenia prądu na całej Ukrainie. Ta faza działań rosyjskich jest bolesna dla Ukraińców. Co do możliwości ponowienia rosyjskie ofensywy lądowej wiele zależy od przebiegu mobilizacji w Rosji i być może odtworzenia zgrupowania uderzeniowego. Nie można tego wykluczyć, że Moskwa to zrobi w ciągu kilku miesięcy.

Czy ta seria rosyjskich ataków powietrznych to pierwsza decyzja Surowikina?

Ukraińcy twierdzą, że mieli informacje, iż takie ataki były planowane od początku września, więc by to wykluczało. Pamiętajmy też, że zmasowane ataki rakietowe rozpoczęły się po uszkodzeniu mostu Krymskiego za które Kreml oskarżył ukraińskie służby specjalne i uznał za „akt terroru". Jak wspomniałem sytuacja wokół Surowikina to także operacja medialna, która ma pokazać Rosjanom, że jest to wybitny dowódca, który może zmienić oblicze wojny. Ale jego nominacja nie wpłynęła znacząco na  sytuację wokół Chersonia.

Wyprzedził Pan moje kolejne pytanie. Rosjanie robią nerwowe ruchy pod Chersoniem, mówi się o wywożeniu cywilów z zachodniego brzegu Dniepru, być może nawet w głąb Rosji. Co tam się dzieje?

Należy podkreślić sprawę wprowadzenia przez Putina stanu wojennego na okupowanych terytoriach obwodów chersońskiego, zaporoskiego, donieckiego i ługańskiego. Wcześniej po przeprowadzeniu sfałszowanego „referendum" włączono te terytoria w skład Rosji uznając je w granicach administracyjnych. Oznacza to, że anektowano obszary częściowo kontrolowane przez siły ukraińskie. Putin, więc zastosował taką typową rosyjską grę – wprowadzając stan wojenny oskarżył Ukrainę o bezpośredni atak na terytorium Rosji. Rosyjska ustawa o stanie wojennym stanowi, że można go wprowadzić w odpowiedzi na  agresję na jej obszarze. Anektował i stwierdził, że został zaatakowany. „Legalizacja" wojny w typowy rosyjski sposób. Natomiast sytuacja militarna pod Chersoniem, z perspektywy rosyjskiej, jest zła. Świadczy o tym apel kolaboracyjnych władz o ewakuowaniu ludności cywilnej z okolic Chersonia. Mają się tam toczyć ciężkie walki a Rosjanie chcą ufortyfikować linie obrony. Przeprawy przez Dniepr są uszkadzane przez Ukraińców, co utrudnia Rosjanom zaopatrzenie sił broniących Chersoń. Surowikin w udzielonym wywiadzie z resztą stwierdził, że sytuacja jest trudna i można oczekiwać „trudnych decyzji". Nie można wykluczyć, że Rosjanie liczą się z wycofaniem się z miasta. Rosyjski generał podkreślił w wywiadzie, że Rosja musi skończyć z obecnym stylem walki, czyli kontynuowania uporczywych bojów o kolejne wioski czy miasteczka powodujących duże straty własnych wojsk. Surowikin stwierdził, że głównym zadaniem jest zmniejszenie strat armii rosyjskiej. Nie możemy przesądzić, że Rosjanie oddadzą Chersoń. Siły Zbrojne Ukrainy pewnie na to liczyły, ponieważ celnymi ostrzałami wokół wyizolowali to miasto. Ale wycofanie się z Chersonia byłoby dużą porażką polityczną Rosji, ponieważ jest to jedyne ukraińskie miasto obwodowe okupowane przez Rosjan. Czas pokaże, na razie trwają tam walki.

A niepokojące ruchy na Białorusi?

Do tego dochodzi wspomniany przez Pana czynnik uruchomienia zgrupowania białorusko-rosyjskiego. To są siły demonstrujące gotowość powtórzenia uderzenia z końca lutego, gdy ruszyli na Kijów. Moim zdaniem ma to jednak w chwili obecnej raczej charakter polityczny – demonstrację siły wobec rzekomej agresywnej polityki NATO na wschodniej flance sojuszu. Pamiętajmy przy tym, że terytorium Białorusi jest wykorzystywane przez siły rosyjskie do kontynuowania ataków rakietowych czy lotniczych na Ukrainę.

Dziękuję za rozmowę

defence24.pl

Plan niesamowity. Ale z drugiej strony Putin ma coraz mniejszy manewr polityczny wewnątrz Rosji. Jak wygląda dążenie do realizacji takiego planu z punktu widzenia systemu politycznego Federacji Rosyjskiej? Jak ona to wszystko ma "strawić"?

Sytuacja Putina gwałtownie się pogarsza, ale on tak nie uważa. To jest hasło przewodnie wszystkiego, co się dzieje. Putin konsekwentnie traci kontrolę nad regionami, elitami regionalnymi, a one zachowują coraz bardziej samodzielnie. Przywódcy regionalni otrzymali takie możliwości już podczas pandemii i wtedy zaczęli powoli oswajać się z podmiotowością. Teraz Kreml nic z nimi nie może zrobić.

Putin nie może zwalniać gubernatorów w obecnej sytuacji, zwłaszcza w regionach przygranicznych. W dużych regionach też, bo dzięki nim gospodarka do tej pory nie załamała się zupełnie.

Jednocześnie Putin wierzy, że zachowuje kontrolę. Teraz stara się w najprostszy sposób przeforsować stan wojenny w całym kraju bez nominalnego wprowadzanie go - tak, jak zarządził "częściową mobilizację", która była totalną łapanką. Jednocześnie on tym krokiem nadał podmiotowość nowym grupom rosyjskiej klasy rządzącej.

A co z innymi, mniej oczywistymi grupami?

One są już dość wyraźne. Jest grupa Siergieja Szojgu, który dostaje po głowie za niepowodzenia na wojnie, ale próbuje robić dobrą minę do złej gry - wybiegając przed lokomotywę. Na przykład gubernator obwodu moskiewskiego Andrej Worobjow - syn wieloletniego przyjaciela Szojgu - był najbardziej aktywny w budowaniu infrastruktury mobilizacyjnej.

Kiedy już nawet burmistrz Moskwy Siergiej Sobianin "kończył" niepopularną mobilizację w mieście, Worobjow spotkał się z rodzinami zmobilizowanych i uroczyście raportował, że utworzył 60 ośrodków kontroli "postępów mobilizacji". I tu nagle, prawie w nocy, odwołał również mobilizację w swoim regionie. Najwyraźniej na polecenie Kremla.

To polecenie z Kremla zorganizował Siergiej Sobianin. On jest szefem innego klanu, w którym jest co najmniej kilkunastu rosyjskich gubernatorów - w tym z republik nierosyjskich. Ta grupa ma własne interesy i są one bliskie interesom Kadyrowa. Z tą różnicą, że Kadyrow ma ambicje wojenne, a oni nie.

Sobianin nigdy nie mówił o wojnie w Ukrainie, o ile wiem.

Chodził z Putinem na wiece, ale zawsze stał z tyłu. Jednocześnie Marat Chusnullin, bliski współpracownik Sobianina, jest kuratorem wszystkich projektów z odbudowy na terytoriach okupowanych. Czyli Sobianin dostaje z tego pieniądze i w tym przypadku nie ma problemów z wojną.

On oczywiście nie jest "gołębiem pokoju", jak niektórzy próbują go przedstawiać - jest pragmatyczną częścią stronnictwa wojennego. Stara się wyjść z trudnej sytuacji, zdobywając maksymalną ilość zasobów i zwiększając swoje wpływy. Od dawna chciał zostać przynajmniej premierem.

A kim właściwie jest premier Michaił Miszustin? Zachowuje się tak, jakby nie było go teraz w Rosji.

W rzeczywistości nie jest premierem, jest administratorem. Dlatego teraz Putin wraz z dekretem o stanie wojennym, stworzył dla Miszustina "radę koordynacyjną na potrzeby specjalnej operacji wojskowej".

Tłumacząc na ludzki język, Miszustin został przydzielony do posprzątania bałaganu. To pierwszy znak, że Putin zaczyna powoli uświadamiać sobie, jak bardzo system wymknął się spod kontroli. Co prawda nadal uważa, że da się stworzyć taką radę, że wszyscy pójdą do teraz do Miszustina, Miszustin ich zbeszta, a system odzyska sprawność.

Odzyska?

Nie, bo wojna wciąż trwa. Gdyby nagle teraz udało się wszystko zamrozić, może Miszustin i przywróciłby jakiś porządek. Ale wojna trwa, mobilizacja jeszcze się nie skończyła - w listopadzie zaczyna się masowy pobór 120 tys. ludzi, a poborowych z wiosennego poboru, mimo protestów matek, trzeba będzie wysłać do strefy walk. W takiej sytuacji nie da się wszystkich przywołać do porządku.

To najważniejszy moment, który teraz obserwujemy. Wokół Putina krystalizuje się pewna grupa, a Putin przestaje być arbitrem dla innych grup. Nawet jego sekretarz prasowy Pieskow zaczął odgrywać większą rolę, niż wcześniej. Jest też osobna grupa propagandystów.

Ci, którzy są teraz prześladowani.

Niektórzy już wrócili na łono Kremla i krytykują ostrożniej. Do tego jest pewna liczba nacjonalistów, monarchistów itd., którzy w swoich poglądach są bardzo bliscy Putinowi, ale jednocześnie są bardziej radykalni niż on.

Już zajęli własne przyczółki i powoli zaczynają atakować. Z drugiej strony Putin jest zaangażowany w wielką wojnę, a jak mówisz, marzy o wielkim uderzeniu w lutym. Co z tego wyjdzie w rzeczywistości?

We wrześniu obliczenia opierały się na tym, co obiecał mu Szojgu. To on zmusił Putina do ogłoszenia mobilizacji, przecież Putin nie chciał tego przeprowadzić. Szojgu powiedział Putinowi, że istnieją dwa warianty.

Pierwszy - oddajemy Chersoń i ewentualnie całą południowo-wschodnią Ukrainę, okopujemy się na Krymie, w Doniecku i Ługańsku. Tam jest podpora, od dawna budowane są linie obrony i nie strzelają w plecy.

Drugi - ogłaszamy mobilizację, rzucamy pierwsze 100 tys. na śmierć za utrzymanie Chersonia, przeprowadzamy nowe ataki na infrastrukturę Ukrainy, a w międzyczasie przygotowujemy poborowych, robimy z nich żołnierzy i wysyłamy na front.

Oto cała nowa strategia pisana na kolanie. Strategia rozpadła się na naszych oczach. Chersoń już nie jest do utrzymania, mimo że wysłano tam ludzi (którzy nie wiedzą nawet, jak trzymać broń w rękach).

Musieli wymyślić inną strategię. Najwyraźniej nie wymyślili niczego nowego jak wycofać się za naturalną linię obrony, Dniepr. Ta strategia ma setki lat, odkąd przez Ukrainę przechodziły wojny w jedną i drugą stronę, wszyscy próbowali wyrównać front wzdłuż Dniepru. W ramach tej prostej strategii będą siedzieć po drugiej stronie rzeki i czekać, aż znów odzyskają przewagę.

A odzyskają?

Oczywiście, że nie. Każde kolejna działanie Putina tylko pogarsza sytuację. Jakie są jego opcje? Poborowi? Ale czy to silna armia? Nie. Czy zmotywowana? Nie. Atak nuklearny? Bądźmy szczerzy - ludzi szkoda, ale front się od tego nie zmieni. Wprowadzenie do akcji armii białoruskiej? Jest jeszcze mniej zmotywowana niż Rosjanie! Wręcz przeciwnie, ta armia może pociągnąć za sobą Rosjan na dno przez masowe dezercje czy strzelanie do swoich. Ten sojusznik może być groźniejszy niż wróg.

A innych zasobów Kreml już nie ma.

wp.pl

sobota, 22 października 2022


Ukraiński Sztab Generalny znacząco ograniczył informacje o sytuacji w rejonach walk. Siły rosyjskie podejmują kolejne próby natarcia na Bachmut i jego obrzeża, a także na południowy zachód i północny wschód od miasta. Obrońcy odpierali też ataki na północny wschód od Siewierska oraz w łuku na zachód od Doniecka. Według źródeł lokalnych ciężkie starcia miały się również toczyć na pograniczu obwodów charkowskiego i ługańskiego oraz na północnym pograniczu obwodów donieckiego i ługańskiego.

Niejasna pozostaje sytuacja w obwodzie chersońskim. Początkowo ukraińskie źródła wojskowe zawiadamiały o rosyjskim ostrzale linii styczności w celu powstrzymania prowadzonego przez jednostki ukraińskie kontrnatarcia, a także rozbudowywaniu przez wroga pozycji obronnych. Kilkadziesiąt godzin temu przestały jednak podawać informacje wskazujące na prowadzenie przez obrońców aktywnych działań na prawym brzegu Dniepru. 21 października ukraińskie Dowództwo Operacyjne „Południe” zakomunikowało ogólnie o stosowaniu przez przeciwnika taktyki aktywnej obrony, a Sztab Generalny – o wzmocnieniu wrogiego zgrupowania o 2 tys. nowo zmobilizowanych żołnierzy. Według nieoficjalnych doniesień wojska agresora mają wycofywać na lewy brzeg Dniepru część wyposażenia. O ponawianiu przez Ukraińców nieudanych ataków na pozycje przeciwnika na północ od Chersonia informowały natomiast źródła rosyjskie.

20 października zastępca szefa Głównego Zarządu Operacyjnego Sztabu Generalnego Ukrainy Ołeksij Hromow stwierdził, że pierwszoplanowym zadaniem armii rosyjskiej jest utrzymanie linii frontu i powstrzymanie ukraińskiej ofensywy w rejonie Chersonia. Wróg koncentruje się na utrzymaniu połączenia lądowego łączącego Krym z Rosją i utworzeniu przyczółku do ewentualnego uderzenia na Mikołajów i w kierunku obwodu odeskiego. Aby powstrzymać postęp sił ukraińskich, na południu skoncentrowano 45 batalionowych grup taktycznych. Rosjanie fortyfikują linie obronne i podejmują kolejne próby przywrócenia do użytku przepraw przez Dniepr. Hromow nie wyklucza też, że wojska nieprzyjaciela częściowo wycofają się z prawego brzegu obwodu chersońskiego i pozostawią tam siły mające blokować postępy Ukraińców.

Komentując sytuację na Białorusi, Hromow stwierdził, że być może zostanie wznowiona rosyjska ofensywa na froncie północnym. Uderzenie mogłoby nastąpić wzdłuż zachodniej granicy Ukrainy i mieć na celu przecięcie głównych arterii logistycznych dostaw wojskowych idących przez Polskę. Strona rosyjska podejmuje działania na rzecz rozmieszczenia lotnictwa i innych jednostek Sił Zbrojnych FR na Białorusi, a na tamtejszych lotniskach znajdują się samoloty MiG-31.

20 października Ministerstwo Obrony Białorusi poinformowało o rozpoczęciu poboru jesiennego. Ma on objąć 10 tys. rekrutów z 60 tys. zobowiązanych do stawienia się na komisje wojskowe, a także 200 żołnierzy rezerwy. Jego zakończenie zaplanowano na 4 listopada (do Sił Zbrojnych Republiki Białorusi) lub 30 listopada (do pozostałych formacji wojskowych, głównie podległych MSW).

Również 20 października białoruski minister obrony Wiktar Chrenin stwierdził, że „sprowokowany przez Zachód na Ukrainie” konflikt stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa RB. Oznajmił, że dostarczana Ukraińcom broń jest sprzedawana na czarnym rynku i może trafić w ręce „radykalnie myślących obywateli”, a na Białoruś mogą przedostać się „formacje nacjonalistyczne” z udziałem obywateli obcych państw. Powiedział też, że Regionalne Zgrupowanie Wojsk Białorusi i Rosji prowadzi dyżury bojowe i działania rozpoznawcze na południowej granicy, ale jest gotowe odpowiedzieć „na prowokacje na kierunkach zachodnim i północno-zachodnim”. Z kolei sekretarz Rady Bezpieczeństwa Białorusi Alaksandr Walfowicz uściślił, że pod szyldem „formacji nacjonalistycznych”, czyli białoruskich oddziałów ochotniczych na Ukrainie, mogą zostać użyte regularne jednostki państw NATO, które mogą dążyć do „rozpętania krwawej masakry na białoruskiej ziemi”.

Siły rosyjskie kontynuują zmasowane uderzenia na ukraińską infrastrukturę energetyczną. Pociski znów spadły na elektrociepłownie w obwodach dniepropetrowskim, iwanofrankiwskim i winnickim (odpowiednio: Krzyworoską, Bursztyńską i – po raz kolejny – Ładyżyńską). Ataki objęły także infrastrukturę w Kijowie, Charkowie, Czernihowie, Mikołajowie, Słowiańsku i Zaporożu. Obrońcy kolejny raz informowali o zestrzeleniu części rakiet i większości dronów. Gwardia Narodowa Ukrainy stworzyła 250 stacjonarnych i 130 mobilnych zespołów ogniowych przeznaczonych do ich niszczenia. Według ocen Ministerstwa Energetyki od 10 października uszkodzono 40% infrastruktury energetycznej kraju.

Trwają uderzenia artylerii i lotnictwa agresora na pozycje i zaplecze wojsk ukraińskich wzdłuż linii styczności oraz w przygranicznych rejonach obwodów czernihowskiego i sumskiego. 21 października po raz pierwszy od trzech i pół miesiąca nie doszło do nocnego ostrzału i bombardowań w obwodzie dniepropetrowskim. Strona ukraińska potwierdziła kolejny atak na most Antonowski na wschód od Chersonia, a pośrednio również fakt, że w momencie ostrzału trwała nim ewakuacja cywilów z administracji okupacyjnej.

Komentarz

Kijów unika podawania szczegółów dotyczących zniszczeń, przez co trudno ocenić, na ile szacunki o uszkodzeniu 40% systemu elektroenergetycznego odpowiadają rzeczywistości, jednak sytuacja jest poważna. 20 października operator sieci elektroenergetycznych Ukrenerho zdecydował o awaryjnych wyłączeniach prądu w kilku obwodach, a w wielu miastach wyłączono oświetlenie uliczne, ograniczono komunikację miejską (metro i trolejbusy) oraz zużycie energii przez zakłady przemysłowe. Według DTEK – właściciela ok. 70% elektrociepłowni na Ukrainie – głównym celem ostrzałów nie są bloki elektrowni, lecz węzłowe stacje rozdzielcze wysokiego napięcia. Ich szybka naprawa ma charakter jedynie prowizoryczny, a pełen remont będzie trwał co najmniej kilka miesięcy. W tej chwili nie wiadomo, czy Rosji uda się sparaliżować sieci w całym kraju, ale jeśli ograniczenia dostaw prądu utrzymają się w najbliższych tygodniach, odbije się to negatywnie na – i tak skrajnie trudnej – sytuacji gospodarczej.

Ataki na infrastrukturę energetyczną nie wpływają bezpośredniego na działania sił ukraińskich, a ich ewentualne skutki dla obronności Ukrainy byłyby pochodną pogorszenia sytuacji gospodarczej kraju. Wojsko dysponuje bowiem własnymi, alternatywnymi źródłami zasilania (głównie generatorami), a do transportu materiałów wojennych – w przypadku wyłączeń elektrycznej trakcji kolejowej – wykorzysta lokomotywy spalinowe. Z tego względu niszczenie przez Rosjan infrastruktury energetycznej należy postrzegać jako mające na celu wyłącznie utrudnienie funkcjonowania państwa i doprowadzenie do wielkiego kryzysu humanitarnego.

Rosnący problem z dostępem do danych o sytuacji militarnej w obwodzie chersońskim potwierdza, że strona ukraińska bądź rozpoczęła tam już aktywne działania, bądź są one kwestią najbliższych kilkudziesięciu godzin. Za bardziej prawdopodobną należy uznać pierwszą ewentualność, zaś brak komunikatów – za konsekwencję niepowodzenia pierwszych prób przełamania obrony przeciwnika. Nie można jednak wykluczyć, że w ciągu ostatniego miesiąca Kijów zdołał zdyscyplinować media internetowe i stworzyć skuteczną blokadę informacyjną. Niespójność przekazu o sytuacji na froncie należała do największych przeszkód w formowaniu polityki komunikacyjnej władz, a – według dowództwa armii – utrudniała też prowadzenie operacji.

Informacje o skali poboru do armii białoruskiej świadczą o tym, że Mińsk nie zamierza przekraczać jej liczebności w stanie pokoju (ok. 45 tys. żołnierzy). Udział Białorusi w Regionalnym Zgrupowaniu Wojsk (RZW) ograniczy się więc realnie do ok. 15 tys. wojskowych (łączna liczba żołnierzy Wojsk Lądowych i Sił Operacji Specjalnych z wyłączeniem służby garnizonowej), którzy mogliby zostać wykorzystani we wspólnej operacji z Rosją. Łącznie z deklarowanymi siłami, jakie FR przerzuca obecnie na Białoruś, liczebność RZW ograniczałaby się do 25 tys. żołnierzy. Nawet w przypadku bezpośredniego zaangażowania armii białoruskiej w działania przeciwko Ukrainie siły te nie wystarczą do przeprowadzenia kolejnej ofensywy na północy.

Rozwijanie wspólnego zgrupowania wojsk Białorusi i Rosji reżim w Mińsku wykorzystuje do odwrócenia uwagi własnego społeczeństwa od wojny z Ukrainą. Władze prowadzą szeroko zakrojoną operację propagandową i dezinformacyjną pokazującą, że zagrożenie ze strony NATO i ryzyko wdarcia się na Białoruś oddziałów dywersyjnych rosną. Pozwala im to na kontynuowanie polityki represji i zarządzania państwem w ramach nieformalnej, ogłoszonej werbalnie przez Łukaszenkę operacji antyterrorystycznej. Wspierając Rosję w agresji na Ukrainę, Mińsk usiłuje jednak ograniczyć prawdopodobieństwo włączenia własnej armii do działań bojowych, co niosłoby duże zagrożenie dla samego Łukaszenki.

osw.waw.pl

piątek, 21 października 2022


Potrzeba opracowania strategii pojawia się zawsze, gdy droga do celu nie jest prosta i oczywista. Ogólne definicje strategii zazwyczaj zasadzają się na konieczności uzyskania balansu między trzema elementami: celami, środkami i metodami. Strategia zakłada więc identyfikację celów, poszukiwanie dostępnych zasobów, wreszcie wypracowanie adekwatnych metod efektywnego spożytkowania zasobów dla uzyskania założonych celów. W tym duchu strategię definiował Basil Henry Liddell Hart. Strategia, postrzegana z wąskiego, wojskowego punktu widzenia, była dla niego „sztuką rozdziału i użycia środków militarnych w taki sposób, by osiągnąć cel polityczny”.

Strategia jest jednak czymś więcej. To nie tylko założona sekwencja wydarzeń pozwalająca przechodzić od jednego stanu rzeczy do kolejnego w sposób oczywisty i z góry ustalony. Strategia nigdy nie jest oczywista, bo realizowana ma być w nieprzyjaznym środowisku. Jeśli funkcjonujemy w realiach, które generalnie sprzyjają naszym zamierzeniom, nie potrzebujemy strategii. Wtedy wystarczy plan. Strategie znajdują zatem zastosowanie w warunkach realnego lub potencjalnego konfliktu, starcia sprzecznych interesów. W sposób obrazowy różnicę między planem a strategią nakreślił Lawrence Freedman, przytaczając słowa bokserskiego mistrza świata wagi ciężkiej Mike’a Tysona. Amerykański champion, znany z wyjątkowo agresywnego stylu walki, mawiał o swoich przeciwnikach: „Każdy z nich ma plan, dopóki nie dostanie pięścią w twarz”. Strategia jest więc czymś więcej niż planem, musi ona bowiem uwzględniać wysiłki oponenta. Jej potrzeba pojawia się wtedy, gdy inny podmiot może zechcieć, i zazwyczaj będzie próbował to zrobić, zniweczyć nasze zamierzenia. Na ten aspekt zwracał uwagę generał André Beaufre definiując strategię jako „sztukę opierającą się na dialektyce pomiędzy dwiema przeciwstawnymi ośrodkami woli, używającymi siły do rozstrzygnięcia sporu”.

Strategia nie jest więc nauką, w odróżnieniu od analizy strategicznej i studiów strategicznych. Jest sztuką, z przynależnym do świata sztuki brakiem ściśle zdefiniowanych reguł, z nieprzewidywalnością i zależnością od niemożliwego do racjonalnego „ujęcia w ramy” pierwiastka ludzkiego. Przedmiotem owej sztuki jest kreacja potęgi (siły), a najwyższym osiągnięciem uzyskanie takiego wymiaru potęgi, który jest znacznie bardziej korzystny dla podejmującego ten wysiłek podmiotu niż wskazywałaby na to sytuacja wyjściowa. Tak jak w sporcie często kibicujemy stronie pozornie słabszej, skazanej na porażkę, tak i najbardziej interesujące dla badacza są strategie „psa do bicia”. Sytuacja, gdy wyjściowa relacja potęgi sugeruje porażkę danej strony wymaga sięgnięcia po rozwiązania nieoczywiste. To właśnie takie sytuacje są prawdziwym testem kreatywności. To one w największym stopniu przyczyniają się do rozwoju myśli strategicznej.

Rafał Kopeć - Przemysław Mazur - Odstraszanie militarne w XXI wieku. Polska-NATO-Rosja

Obecna dyplomacja irańska (po wymianie niemal całego MSZ po wygranej Raisiego) zachowuje się zresztą mało profesjonalnie i nie ma żadnych sukcesów. Nieudolna próba lawirowania w odniesieniu do wojny rosyjsko-ukraińskiej jest tego najlepszym przykładem. Dostarczenie dronów jest więc logiczną konsekwencją obranej drogi, przy czym motywowane jest to zacietrzewieniem ideologicznym Ebrahima Raisiego oraz jego obozu, a nie interesem Iranu. W interesie Iranu, i to zarówno państwa jako takiego, narodu, jak i obecnej władzy, byłoby szybkie doprowadzenie do reaktywacji porozumienia w sprawie irańskiego programu nuklearnego i wykorzystanie derusyfikacji europejskiej energetyki do zdecydowanego i zmasowanego wejścia na rynek ze swoją ropą oraz gazem. Potencjalna zdolność Iranu do ograniczenia negatywnych skutków kryzysu energetycznego w Europie jest zresztą nawet poważniejsza, gdyż zdaniem ekspertów import produktów petrochemicznych z Iranu do Europy zmniejszyłby zapotrzebowanie na gaz.

Kontynuowanie przez ekipę Raisiego negocjacji w sprawie reaktywacji JCPOA stwarzało wrażenie, że nowy prezydent rozumie jakie może z tego odnieść korzyści, zwłaszcza po wybuchu wojny na Ukrainie i nagłym wzroście zapotrzebowania na alternatywne źródła dostaw surowców energetycznych do Europy. Władze Iranu powinny też być świadome pogarszających się nastrojów społecznych, które ostatecznie doprowadziły do trwających wciąż protestów, a także tego, że reaktywacja JCPOA uspokoiłaby te nastroje, gdyż poziom życia podniósłby się dzięki zniesieniu sankcji. W tym kontekście jeszcze raz warto podkreślić, że wojna na Ukrainie i sankcje nałożone na Rosję sprzyjałyby Iranowi.

Raisi jednak postanowił nie wykorzystywać sprzyjających okoliczności, a zamiast tego całkowicie przeorientować Iran na Wschód, w tym współpracę z Rosją. Warto przy tym podkreślić, że Rosja nie jest bynajmniej tradycyjnym sojusznikiem Iranu, a historycznie była raczej jego geopolitycznym przeciwnikiem. Nie jest to też element tradycyjnej polityki Republiki Islamskiej, gdyż jej twórca ajatollah Ruhollah Chomeini promował wizję równego dystansu do dwóch wrogów: Wschodu i Zachodu. Zbliżenie rosyjsko-irańskie nastąpiło dopiero ok. 20 lat temu, a lansowana obecnie przez Teheran wizja strategicznego partnerstwa handlowego z Moskwą jest ideą kuriozalną, zważywszy na to, że kraje te są konkurentami na rynku energetycznym. Poprzednik Raisiego, Hasan Rowhani, lepiej to rozumiał i za jego czasów Iran dawał do zrozumienia, że chętnie zastąpi Rosję jako dostawca. Gospodarcze partnerstwo Iranu i Rosji najlepiej sprawdziłoby się w przemyśle lotniczym, gdzie oba kraje są odcięte od części zamiennych i mogłoby przebiegać pod hasłem „wspomagał ślepy kulawego". Poza tym udział Iranu w rosyjskim bilansie handlowym to raptem 1%, a mimo znacznego wzrostu handlu rosyjsko-irańskiego w 2021 r. według deklaracji rosyjskich wyniósł on 4 mld USD.

(...)

Zaangażowanie irańskie w wojnę na Ukrainie po stronie rosyjskiej oddala perspektywę reaktywacji JCPOA, a co za tym idzie zwiększa prawdopodobieństwo pogłębienia się kryzysu wewnętrznego w Iranie. Co prawda, trwające od ponad miesiąca protesty wciąż nie stanowią realnego zagrożenia dla systemu (głównie z braku przywództwa i spójnego programu zmian) ale pojawia się coraz więcej sygnałów, które powinny niepokoić władze Iranu. Po pierwsze, sam fakt, że demonstracje nie wygasają, a władze nie są w stanie ich skutecznie spacyfikować, pokazuje słabość władzy. Po drugie, niezdecydowanie władz może wynikać ze świadomości braku wsparcia ze strony religijnego ośrodka w Kom. Choć Iran często postrzegany jest jako państwo rządzone przez ajatollahów to jest to daleko idące uproszczenie. Niektórzy ajatollahowie, tacy jak Assadollah Bajat Zandżani i Mohammad Dżawad Alawi Borudżerdi, skrytykowali represyjną politykę władz. Większość zachowuje milczenie, niemniej przez ostatnie kilkanaście lat wsparcie w Kom dla polityki wewnętrznej władz Iranu drastycznie spadło.

Po tym jak Iran rozpoczął dozbrajanie Rosji, USA i UE zapowiedziały, że JCPOA przestało być priorytetem w ich polityce wobec Iranu, a stały się nim protesty. Zapowiedziano też nowe sankcje. Iran strzela sobie zatem w stopę. Tymczasem zamierza iść dalej w tym kierunku i planuje dostarczenie Rosji rakiet balistycznych. Jeśli nastąpi użycie irańskich rakiet w atakach na Ukrainie, zapewne na obiekty cywilne, to nie będzie najmniejszych wątpliwości co do współodpowiedzialności Iranu, bez względu na to jak bardzo by temu zaprzeczał. Spowoduje to również to, że jakiekolwiek porozumienie w sprawie irańskiego programu nuklearnego, które pomijałoby kwestię irańskiego programu balistycznego, stanie się w zasadzie niemożliwe i wzmocni głos Izraela w kwestii zastosowania rozwiązania siłowego wobec Iranu. Choć obecnie można wykluczyć, by administracja Bidena na to poszła, to takie działania władz Iranu sprzyjają perspektywie wygranej Republikanów w listopadowych wyborach do Kongresu i ewentualnego powrotu Trumpa do władzy w 2025 r. A to nie są dobre wiadomości dla Iranu, gdyż wzmocni się wówczas wsparcie USA nie tylko dla Izraela, ale również dla sunnickich rywali Iranu, takich jak Arabia Saudyjska.

defence24.pl

Olesia Szyszkanowa nagrała swoją rozmowę telefoniczną z bratem Władimirem, który niedawno został zmobilizowany. "Armia nie ma nic. Musieliśmy sami kupić cały sprzęt" — skarżył się siostrze 23-letni Władimir. "Musiałem nawet pomalować swoją broń, aby zakryć rdzę. To jest koszmar... Wkrótce każą nam kupić własne granaty" — dodał. Jak podkreśla "The Guardian", historii jak ta jest wiele. W całym kraju nowo zmobilizowani mężczyźni kupują wszystko, od bielizny termicznej po kamizelki kuloodporne.

Na Telegramie żony i siostry zmobilizowanych mężczyzn dzielą się radami, gdzie najlepiej kupić kamizelki kuloodporne i inne rzeczy niezbędne walczącym na froncie.

Anastazja jest członkinią grupy "Pomoc dla żołnierzy", która ma siedzibę w rosyjskim obwodzie swierdłowskim w pobliżu gór Ural. W rozmowie z "The Guardian" mówi, że biuro rekrutacyjne w Jekaterynburgu doradziło nowo zmobilizowanym żołnierzom, aby przynieśli swój własny sprzęt, pomimo zapewnień Ministerstwa Obrony, że wszyscy będą ubrani i wyposażeni.

Zdaniem Anastazji to żenujące, że musieli wydać miesięczną pensję na sprzęt dla zmobilizowanego męża. Ze względu na duże zainteresowanie w sklepach z odzieżą outdoorową i w internecie nastąpił gwałtowny wzrost cen sprzętu wojskowego. Właściciel sklepu turystycznego w Jekaterynburgu Aleksiej mówi, że śpiwory wyprzedały się w dwa dni po ogłoszeniu mobilizacji. Jak podaje dziennik "Kommersant", ceny kamizelek kuloodpornych wzrosły o 500 proc. i obecnie są sprzedawane nawet za 50 tys. rubli (ok. 3,9 tys. zł).

W środę 19 października przewodnicząca Rady Federacji Rosyjskiej Walentina Matwijenko nakazała agencjom antymonopolowym kraju uregulować ceny rynkowe sprzętu wojskowego. Później premier Rosji Michaił Miszustin wezwał przedsiębiorstwa do "szybkiego zwiększenia produkcji sprzętu".

(...)

onet.pl/The Guardian/Kommersant/BBC