Tragedia zakładników z Dubrowki rozpoczęła się w środę wieczorem. Szturm na teatr ruszył dwie i pół doby później. Terroryści już nie żyli, gdy służby zaczęły w pośpiechu wynosić na zewnątrz dziesiątki nieprzytomnych ludzi. Układano ich na schodach i parkingu przed gmachem.
"Gaz zaczęto wpuszczać na widownię w sobotę około wpół do piątej rano, a pierwszy zakładnik otrzymał pomoc o wpół do ósmej" – relacjonowała potem Tatiana Karpowa, matka jednego z zakładników. Syn Aleksander nie przeżył. Wielu z tych, którzy ocaleli – kilkaset osób – zostało inwalidami.
Matka innej z ofiar wspominała: "Znajomy lekarz powiedział mi: »Tak się cieszyliśmy, kiedy pierwszy dzieciak umarł, że można go będzie pokroić i zbadać, jaki to był gaz«".
Jeden z rosyjskich lekarzy, którzy brali udział w spartaczonej akcji ratunkowej, mówił: "To nie był żaden szatański spisek, lecz typowy sowiecki bałagan". Ale to z pewnością tylko część opowieści o Dubrowce.
– Przybyliśmy do stolicy Rosji, żeby powstrzymać wojnę. Albo żeby zginąć tu w imię Allaha – mówił do kamery Mowsar Barajew, 23-letni dowódca czeczeńskiego komanda, które zaatakowało dom kultury na Dubrowce. Wcześniej krzyczał do zakładników zgromadzonych na widowni: "Wojna przyszła do Moskwy!". Nie da się zrozumieć, jak doszło do tragedii, bez tego kontekstu.
Od trzech lat Czeczenia była pustoszona przez drugą odsłonę brutalnej wojny. Rosji, która chciała spacyfikować niepokorną republikę, pierwsza wojna przyniosła palący wstyd klęski. Zbuntowanej Czeczenii dała krótkotrwałą niezależność. Nie przestała być ona jednak miejscem skrajnie niestabilnym, schronieniem dla islamskich fundamentalistów, terrorystów i porywaczy. A rosyjscy twardogłowi ani na moment nie przestali myśleć o wzięciu jej pod but.
"Operację antyterrorystyczną" (termin brzmi znajomo) w 1999 r. rozpoczął właściwie Władimir Putin – jeszcze nie jako prezydent, ale już jako wschodząca gwiazda w ekipie urzędującego wówczas Borysa Jelcyna. Dowartościowana poczuła się rosyjska armia i resorty siłowe. Społeczeństwo też było zachwycone deklaracjami Putina, że "terrorystów będziemy dopadać nawet w wychodku".
Nie najmniej istotny był też powód (czy raczej: pretekst) do rozpoczęcia "operacji": eksplozje w blokach mieszkalnych w Moskwie, Bujnaksku i Wołgodońsku. Pochłonęły one ponad 300 ofiar cywilnych. Odpowiedzialność przypisano czeczeńskim zamachowcom, choć szereg tropów (w tym nieudana próba podobnego zamachu w Riazaniu) wskazywał, że w atakach maczała palce Federalna Służba Bezpieczeństwa.
Narzędziami rosyjskiej "operacji" w Czeczenii stały się bombardowania i ostrzały ludności cywilnej, zaczystki, obozy filtracyjne, zaginięcia bez wieści, gwałty i grabieże.
Według danych Lekarzy Bez Granic dziewięciu na 10 Czeczenów w jednej lub drugiej wojnie straciło kogoś bliskiego. Jeden na sześciu był świadkiem śmierci bliskiego krewnego. Niemal każdy ankietowany przyznawał, że znajdował się pod ostrzałem, nalotem lub pod ogniem karabinów maszynowych.
Wojna trwała również po upadku stolicy (Grozny), bo kilka tysięcy bojowników uszło w góry i nie złożyło broni. Szamil Basajew, jeden z najważniejszych komendantów (traktowany zarazem jak międzynarodowy terrorysta), obiecał Rosjanom, że i oni zaznają aktów terroru – i to wymierzonych również w cywilów. To Basajew wziął potem na siebie odpowiedzialność za atak na Dubrowkę.
W trakcie kilkudziesięciu godzin kryzysu na Dubrowce do teatru przedostało się kilkoro negocjatorów. Był wśród nich m.in. przedstawiciel Czeczenii w rosyjskim parlamencie, Asłambek Asłachanow, któremu udało się doprowadzić do zwolnienia 39 osób, w większości dzieci.
Była też dziennikarka Anna Politkowska – znienawidzona na Kremlu za uczciwe do bólu relacjonowanie wojny w Czeczenii. Od jednej z zakładniczek, której pozwolono porozmawiać z Politkowską, usłyszała ona: "Jesteśmy jak załoga Kurska".
Zakładniczka nawiązywała do nie tak dawnej (lato 2000 r.) katastrofy rosyjskiego okrętu podwodnego. Kreml zwodził wówczas rodziny ofiar i światową opinię publiczną, a działania ratunkowe pozorował – przez co pośrednio skazał na pewną śmierć tych marynarzy, których można jeszcze było próbować ocalić.
Z terrorystami rozmawiał też Grigorij Jawliński z opozycyjnej partii Jabłoko (która była przeciwna wojnie w Czeczenii). Żadnych ustępstw nie ugrał, a w dodatku podczas narad kryzysowych na Kremlu – na które był jeszcze zapraszany – zorientował się, że negocjacje to kompletna fikcja.
Putin wysłał na zagraniczną wizytę swojego premiera Michaiła Kasjanowa, który był przeciwny rozwiązaniu siłowemu. Decyzje podejmował ze swoimi siłowikami, wśród których był szef FSB, dawny przyjaciel z Leningradu, Nikołaj Patruszew (przypomnijmy: w ostatnich miesiącach 2022 r. wymieniany jako jeden z kandydatów do schedy po Putinie). To właśnie m.in. Patruszew miał naciskać na siłowe rozwiązanie kryzysu na Dubrowce.
Jawliński niedługo po tragedii na Dubrowce wspominał, że zaskoczyły go dwie rzeczy. Jedna to młody wiek zamachowców – wrażenie robiły zwłaszcza "czarne wdowy" (żony, córki i siostry Czeczenów, którzy zginęli na wojnie), z bronią w ręku, obwieszone pasami szahida. Niektóre z nich miały po 18-19 lat.
Drugą było to, jak trudno się było z napastnikami porozumieć. Byli dosłownie "dziećmi wojny", odciętymi od edukacji czy kultury. Trudno było od nich wyciągnąć, jakie właściwie mają żądania; nie umieli nawet powiedzieć, jak wyobrażają sobie zakończenie wojny.
Jedna z teorii wyjaśniających, skąd komando Mowsara Barajewa wzięło się na Dubrowce, wydaje się na pozór zaskakująca.
Chłopak był siostrzeńcem Arbiego Barajewa, jednego z czeczeńskich watażków, który odpowiadał m.in. za porwania obcokrajowców na terenie republiki. Jak twierdzi Krystyna Kurczab-Redlich ("Wowa, Wołodia, Władimir. Tajemnice Rosji Putina"), Arbi Barajew współpracował z rosyjskimi służbami specjalnymi. Podobnie zresztą – jak sugeruje reporterka — jak sam Szamil Basajew.
Przytacza ona relację jednego z byłych oficerów rosyjskich. Według niej to ludzie z FSB (służba bezpieczeństwa) i GRU (wywiad wojskowy) przygotowali zaplecze całej akcji. Działający dla nich Basajew miał wydawać młodemu Barajewowi instrukcje, a uczestników akcji werbowano szantażem i groźbami; byli też wśród nich więźniowie.
Po co rosyjskie służby miałyby inicjować takie przedsięwzięcie? Według Kurczab-Redlich data wydarzeń na Dubrowce nie była przypadkowa: kilka dni później w Kopenhadze miał się odbyć Światowy Kongres Czeczenów, i to z udziałem zachodnich polityków i dziennikarzy. Miał tam zostać przedstawiony kolejny plan pokojowy oraz pomysł rozmów pomiędzy Putinem a Asłanem Maschadowem – wybranym jeszcze przed wojną czeczeńskim prezydentem.
Rozmowy między Czeczenami i Rosjanami na temat rozwiązania konfliktu toczyły się już w 2001 r. Ci pierwsi byli gotowi przystać na autonomię w składzie federacji (Maschadow na tle islamskich bojowników był politykiem umiarkowanym). Jednak Rosjanie oczekiwali przede wszystkim złożenia broni i nie obiecywali nawet amnestii.
Administracja Putina, a w niej m.in. jego przyjaciel i dzisiejszy szef Rosnieftu Igor Sieczin, forsowała dalsze prowadzenie wojny. Opłacała się ona także rosyjskim generałom, którzy dobrze żyli z okradania własnej armii (znów: bardzo aktualne skojarzenie) i mniej lub bardziej jawnego handlu kaukaską ropą.
Tak więc Putin – według tej teorii – nie zamierzał dopuścić, by Asłan Maschadow zdołał złożyć w Kopenhadze wiarygodną propozycję pokojową. W dodatku: popieraną przez reprezentantów czeczeńskich diaspor. Maschadowa i kongres trzeba było skompromitować i pozbawić międzynarodowego poparcia, a przynajmniej zainteresowanie – na przykład przypisując mu odpowiedzialność za krwawy zamach terrorystyczny na wielką skalę.
Cokolwiek sądzić o tej teorii i jej spójności – faktem jest, że kilka dni po Dubrowce Putin okrzyknął Maschadowa i Achmeda Zakajewa (jego przedstawiciela na Zachodzie) międzynarodowymi terrorystami. Zażądał, by Dania wydała Rosji drugiego z nich (Maschadow się ukrywał).
Dania odmówiła – nie dość, że rosyjski wniosek formalnie był nieporozumieniem, to jeszcze część zarzutów wobec Zakajewa była jawnie sfabrykowana. Później odmówiła ekstradycji Zakajewa także Wielka Brytania. Ale kontekst rosyjskich żądań był oczywisty.
Od dłuższego już czasu Putin próbował "sprzedawać" światu wojnę w Czeczenii jako element tej samej tzw. wojny z terrorem, którą po 11 września prowadzili Amerykanie i ich sojusznicy. Minister Siergiej Ławrow porównał nawet ewentualne negocjacje z Maschadowem do propozycji rozmów z Osamą bin Ladenem. Chodziło więc o izolację Czeczenów na arenie międzynarodowej.
Nie mniej znaczące, co dziś widać jeszcze wyraźniej, było dokręcenie śruby w samej Rosji – bodaj pierwsze tak znaczące w trakcie rządów Putina.
Duma wprowadziła pakiet ustawodawstwa antyterrorystycznego, które m.in. nakładało na media cenzurę w razie ewentualnych podobnych kryzysów. Wprowadzono też szlaban na doniesienia z Czeczenii, właściwie odcinając niezależnym dziennikarzom (takim jak np. Anna Politkowska) możliwość informowania o tym, co się dzieje w republice. Kreml mógł kontynuować jej krwawą pacyfikację po cichu.
Co nie mniej wymowne: moskiewska prokuratura, która przez trzy i pół roku prowadziła postępowanie w sprawie zamachu na Dubrowce, nie zdołała ustalić nawet elementarnych szczegółów: ilu dokładnie zakładników uwolniono, ilu dokładnie było zamachowców i kto podjął decyzję o szturmie; nie mówiąc już o ustaleniu, jakiego gazu użyto podczas szturmu i jaką odtrutkę należało zastosować podczas akcji ratunkowej. Śledztwo, mimo protestów rodzin ofiar, stanęło. Duma odmówiła też powołania komisji śledczej, która mogłaby zbadać działania władz w czasie kryzysu.
W moskiewskich sądach przepadły pozwy kilkudziesięciu byłych zakładników z Dubrowki, skierowane przeciwko lokalnym władzom. Już w 2003 r. 80 skarg w sprawie zamachu na Dubrowce (nie tylko Rosjan, ale również obywateli Ukrainy, Holandii czy Kazachstanu) wpłynęło do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Postępowanie trwało osiem lat i zostało utajnione na wniosek rosyjskich władz.
W grudniu 2011 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał Rosji (po czterech latach postępowania) wypłacić 64 skarżącym w sumie 1,3 mln euro zadośćuczynienia. Trybunał uznał, że władze rosyjskie naruszyły Europejską Konwencję Praw Człowieka nie tyle poprzez rozwiązanie kryzysu siłą i użycie gazu, lecz poprzez fatalne planowanie i przeprowadzenie akcji ratunkowej, a także niezapewnienie rodzinom ofiar prawa do uczciwego procesu.
Dzisiejsza Rosja mogłaby wobec takich zarzutów wzruszyć ramionami. W marcu wystąpiła z Rady Europy, co oznacza też wyjście spod jurysdykcji trybunału w Strasburgu. Wprawdzie rosyjski MSZ deklaruje, że Rosja nadal będzie się stosować do już zapadłych orzeczeń, ale tylko wówczas, jeśli nie będą one "sprzeczne z Konstytucją FR". Można się domyślać, jak władze w Moskwie będą to interpretować.
Dopiero zachodni specjaliści, którzy zbadali ubranie i próbki moczu kilku zakładników obywatelstwa brytyjskiego, ustalili, że Rosjanie użyli podczas szturmu na teatr mieszanki dwóch pochodnych fentanylu, silnego środka stosowanego w anestezjologii. Ratownicy i lekarze, którzy po szturmie rozpaczliwie próbowali pomagać nieprzytomnym zakładnikom, nie mieli o tym pojęcia.
Ataki terrorystyczne na Kaukazie nie ustały. W maju 2003 ciężarówka wyładowana materiałami wybuchowymi eksplodowała w kompleksie rządowym w Znamienskoje (zginęło 50 osób, w tym wielu cywilów). W wiosce na wschód od Groznego wysadziły się dwie kobiety-szahidki.
Najbardziej szokującym był zamach na szkołę w Biesłanie, pod pewnymi względami przypominający wydarzenia z Dubrowki: atak uzbrojonego komanda, setki zakładników, kompletny brak pomysłu władz na rozwiązanie kryzysu, wreszcie: chaotyczne rozwiązanie siłowe z jeszcze krwawszym finałem.
W jednym z zamachów bombowych zginął Achmat Kadyrow, namaszczony przez Kreml na władcę Czeczenii. Jego miejsce zajął jego syn Ramzan, postać tyleż groteskowa, co okrutna i bezwzględna – a dziś już znacząca w rosyjskiej strukturze władzy.
"Skończony idiota bez żadnego wykształcenia, pozbawiony rozumu i widocznych talentów – poza umiejętnością okaleczania i rabowania" – pisała o nim krótko przed śmiercią Anna Politkowska. Niewykluczone, że zamordowano ją właśnie na zlecenie Ramzana Kadyrowa.
(...)
onet.pl