piątek, 16 września 2022


Kreml prawie na pewno wykorzystał dużą część sił, pierwotnie stacjonujących w rosyjskich bazach w byłych państwach sowieckich, od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę w lutym, co prawdopodobnie osłabiło rosyjskie wpływy w tych państwach. Śledztwo Radia Wolna Europa/Radio Wolność (RFE/RL) poinformowało 14 września, że od czasu rozpoczęcia inwazji na pełną skalę rosyjska armia rozmieściła już na Ukrainie około 1500 rosyjskich pracowników z 201. bazy wojskowej Rosji w Duszanbe w Tadżykistanie, w przyszłości przemieści 600 dodatkowych pracowników z obiektów w Duszanbe i Bokhatar, mieście na południu Tadżykistanu. RFE/RL dodatkowo poinformował 13 września, że Rosja prawdopodobnie przerzuciła około 300 żołnierzy z Tuwy, z rosyjskiej bazy lotniczej Kant w Kirgistanie do walki na Ukrainie w różnych punktach od końca 2021 r.

Wycofanie się z państw Azji Centralnej jest godne uwagi w kontekście starć granicznych między Kirgistanem a Tadżykistanem. Tadżyccy i kirgiscy strażnicy graniczni wymienili ogień w trzech oddzielnych incydentach 14 września, zabijając co najmniej dwie osoby. Wzrost przemocy między Tadżykistanem a Kirgistanem, które są członkami kontrolowanej przez Rosję Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ), towarzyszy odnowionej agresji Azerbejdżanu na Armenię, państwo członkowskie OUBZ. Siły rosyjskie wycofały również 800 personelu z Armenii na początku wojny, aby uzupełnić straty na Ukrainie, jak wcześniej informował ISW.

understandingwar.org

Finansujący Grupę Wagnera Jewgienij Prigożyn staje się twarzą rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” na Ukrainie. Prigożyn wygłosił przemówienie rekrutacyjne 14 września, informując, że rosyjscy jeńcy uczestniczą w wojnie od 1 lipca, kiedy to odegrali kluczową rolę w zajęciu Elektrowni Cieplnej Wuhlehirska. Rosyjski milblogger zauważył, że Prigozhin wprowadza „stalinowska” metodę, która pozwala Kremlowi uniknąć nakazu ogólnej mobilizacji, jaka mogłaby wywołać napięcia społeczne w rosyjskim społeczeństwie. Milbloggerzy konsekwentnie chwalą sukces Prigożyna na Ukrainie, a niektórzy nawet stwierdzili, że powinien on zastąpić rosyjskiego ministra obrony Siergieja Szojgu, którego milbloggerzy i kremlowscy eksperci obwiniają o rosyjską klęskę wokół obwodu charkowskiego. Rosyjski korespondent wojskowy i milblogger Maksim Fomin (pseudonim Vladlen Tatarski) twierdził, że rozmawiał z Prigożynem o sytuacji na granicy ukraińsko-rosyjskiej po wycofaniu się wojsk rosyjskich z tego obszaru. Jeśli doszłoby do spotkania Prigożyn-Fomin, mogłoby to wskazywać, że Kreml próbuje zająć się wielomiesięcznymi skargami milblogerów, że rosyjskie Ministerstwo Obrony nie usłyszało ich krytyki podkreślającej nieskuteczność rosyjskiego wyższego dowództwa. Prigożyn jest bliskim powiernikiem Putina, a jego rozwijające się relacje z milblogerami mogą pomóc utrzymać poparcie milblogerów dla działań wojennych Kremla, jednocześnie robiąc kozła ofiarnego z Szojgu i rosyjskiego Ministerstwa Obrony za klęskę wokół obwodu charkowskiego.

understandingwar.org

czwartek, 15 września 2022


W marcu Kamby-lama Tuwy Gelek Nacyk-Dorżu (najwyższą rangą duchowny buddyjski w Tuwie, gdzie buddyzm jest dominującą religią) odprawił modlitwę i buddyjski rytuał oczyszczenia dla Tuwańczyków walczących na Ukrainie. Od tego czasu buddyjscy duchowni w republice prawie nie wypowiadają się publicznie na temat wojny. Mnisi z klasztoru Cecenling w Kyzyle wyjaśniają nam niechęć do mówienia o tym: — Chłopcy idą tam i umierają. To smutne. Kiedy mówisz o nich, ranisz dusze ich bliskich.

(...)

Nad świeczkami w centrum szamańskim powiewają wstążki. Po jednej stronie są kolory biały, niebieski i czerwony, czyli kolory flagi rosyjskiej, po drugiej żółty i niebieski, czyli kolory flagi Tuwy. Obok sanktuarium na starym krześle siedzi najwyższy szaman Rosji, Kara-ool Dopczun-ool, który został wybrany na to stanowisko na Pierwszym Wszechrosyjskim Kongresie Szamanów w 2018 r.

Według jego własnych słów 99 proc. delegatów głosowało na niego, bo przeprowadził "masową hipnozę szamańską". Od tego czasu został wybrany jeszcze trzykrotnie. Ręce trzyma na piersi, jego palce zakończone są długimi, zakrzywionymi paznokciami. W rozmowie z korespondentem Meduza Dopczun-ool twierdzi, że "tymi szponami" "chwyta komórki rakowe, bakterie i wirusy — i wyrzuca je przez okno".

Do końca istnienia Związku Radzieckiego syberyjscy szamani żyli w izolacji, często walcząc ze sobą, dlatego nie istniały instytucje szamańskie. W końcu zaczęli przenosić się do większych miast, gdzie mieszkali zamożniejsi klienci, i się jednoczyć. Pierwsza oficjalna organizacja szamańska w Kyzyle, Dungur, powstała w 1992 r. Założył ją Mongusz Kenin-Lopsan, pisarz i folklorysta, który później obronił pracę doktorską na temat problemów badań etnograficznych nad tuwańskim szamanizmem w Radzie Dysertacji Muzeum Antropologii i Etnografii im. Piotra Wielkiego.

Kenin-Lopsan zaczął oferować usługi szamańskie klientom "zza Sajanów" i dzielić się swoim doświadczeniem z zagranicznymi kolegami i badaczami. Do Tuwy zjeżdżali ezoterycy z całego świata, często bardzo znani i bogaci. Sam Kenin-Lopsan gościł w swoim domku Borysa Jelcyna i Dalajlamę. W 2000 r. Dopczun-ool, trzeci dyrektor Dunguru, założył własne centrum Duch Niedźwiedzia.

Kara-ool Dopczun-ool z dumą opowiada, że podczas II wojny światowej Stalin umieścił trzech tuwańskich szamanów, z których jeden był jego dziadkiem, w samolotach, "aby czarować nad Stalingradem, pomagając wygrać bitwę". Opowieść kończy się hojną nagrodą: za półtoraroczną służbę generalissimus dał każdemu z nich walizkę pełną pieniędzy i konserw, a co najważniejsze, pozwolił im bez przeszkód uprawiać szamanizm w ich rodzinnej republice (Meduza nie znalazła potwierdzenia tej historii).

Po przejściu przez salę recepcyjną — z portretami Putina, Szojgu i Subedeja — Dopczun-ool prowadzi nas do swojego biura. Na ścianie naprzeciwko wejścia chaotycznie wiszą głowy zwierząt — niedźwiedzi, wilków i saren. W pobliżu znajdują się rozciągnięte skóry. Zanim został szamanem, Dopczun-ool zbierał futra, więc wybrał odpowiednie ereny, czyli pomocników ducha.

Wśród futer wisi wiele różnych przedmiotów: miecz, drewniana maska i trzystrunowa czanza. Pomiędzy nimi znajdują się dziesiątki współczesnych zdjęć młodych Tuwańczyków w mundurach. — Chłopaki walczą w Ukrainie od samego początku — wyjaśnia najwyższy szaman. — Niektórzy [już wrócili i] zrobili zdjęcia. Bardzo silna ochrona! Kula przechodzi obok.

Dopczun-ool zapala w misce kilka gałązek jałowca i najpierw otacza zdjęcia płomieniem, a następnie je pali. — Duchy przodków pomagają. Odprawiamy obrzędy w miejscach mocy. Dbamy, żeby nie działy się złe rzeczy, żeby byli nietykalni — uzasadnia szaman. — To Czyngis-chan i jego generał Subedej jako pierwsi zdobyli Kijów, spalili go i ruszyli na Zachód, do Europy.

W latach 40., jak mówi Dopczun-ool, brat jego ojca, kapitan Keczil-ool, wraz ze swoimi kawalerzystami wyzwolił Ukrainę — za co otrzymał tytuł Bohatera Związku Radzieckiego i "piękną szablę". Na potwierdzenie szaman wyjmuje szablę, która wisi między rogatą czaszką a wypchanym wężem, i groźnie nią potrząsa. Kiedy jednak rozmowa schodzi na temat tego, jak Siergiej Szojgu i inni rosyjscy przywódcy traktują szamanów, w głosie Dopczun-oola nagle pojawia się szczera uraza: — Szojgu został oszukany przez byłego szefa Tuwy, który ciągnie go w stronę buddystów.

Najwyższy szaman obwinia buddystów za wszystkie nieszczęścia. Nawet nacjonalizm w Ukrainie, jak uważa, rozprzestrzenił się po wizycie Dalajlamy w Kijowie, co spowodowało "natychmiastowe wykopanie Bandery i obalenie prezydenta" (Dalajlama nigdy nie był w Ukrainie).

— Ci, którzy przychodzą do mnie, walczą i żyją. A ci, którzy zwracają się do lamów, wracają jako trupy — mówi surowo Dopczun-ool. — Buddyzm jest filozofią, nie pomoże człowiekowi. Ale natura może pomóc. Szamanizm jest naturą.

Pokazuje rogaty totem ze skrzydłami i mówi, że to anioł stróż żołnierzy z Tuwy. Do czarnej piersi anioła przyczepionych jest osiem zdjęć tuwińskich żołnierzy. Dwa kolejne wiszą obok, na rogach martwej sarny.

onet.pl/meduza.io

Według Ramzana Kadyrowa Siły Zbrojne Federacji Rosyjskiej „podczas specjalnej operacji wojskowej nigdzie się nie wycofały”. Oznajmił też, że Rosja ma „bardziej subtelną taktykę walki niż Ukraina”.

– Pozwolę sobie uspokoić najbardziej entuzjastycznych i sceptycznych komentatorów. Nie wycofujemy wojsk podczas specjalnej operacji wojskowej. To wszystko są wrzutki i prowokacje ze strony Zachodu. Nie dajcie się nabrać. Istnieją takie pojęcia jak taktyka i strategia. Nasi żołnierze mają je wysublimowane – napisał Kadyrow na swoim kanale w komunikatorze Telegram.

Dodał jednocześnie, że dla Rosji ważne jest, by „chronić życie wojskowych i cywilów”.

– Nie możemy sobie pozwolić na masowe strzelanie do wszystkich, w tym do cywilów, tylko po to, by zaspokoić maniakalne pragnienia kanapowych ziemniaków. Rosja stara się zminimalizować liczbę ofiar w tej specjalnej operacji. Natomiast banderowscy naziści mogą sobie na to pozwolić do tego stopnia, że strzelają do własnych obywateli. Stąd różnice w taktyce – przekonywał Kadyrow.

Zaapelował, by nie „machać szabelką na kanapie”, ale znaleźć „odpowiednie słowa wsparcia dla naszych żołnierzy i modlić się za nich, by wszyscy wrócili bez szwanku i zwycięsko”.

W opublikowanym przez szefa Czeczenii filmiku stwierdził on również, że gdyby to od niego zależało, ogłosiłby w Rosji stan wojenny i zacząłby używać na Ukrainie „wszystkich rodzajów broni”, ponieważ w jego ocenie Rosja jest tam „w stanie wojny z całym blokiem NATO”.

– To jest moja osobista opinia. Nie mówię tego jako głowa republiki, ale jako obywatel, patriota i wolontariusz, który pomaga naszym chłopakom, choć nikt mnie do tego nie zobowiązywał ani nie kazał. Zgłosiłem się do pomocy i staram się to robić jak najskuteczniej – powiedział.

belsat.eu

środa, 14 września 2022


– Wczesnym wrześniem 2022 roku prezydent Władimir Putin powiedział, że ukaże Europę za przeciwstawianie się burzeniu porządku światowego przez Rosję i wsparcie Ukrainy w sposób głośny i wyraźniejszy niż dotąd – czytamy w analizie Jamestown Foundation. Putin odpowiedział na plan wprowadzenia ceny maksymalnej dostaw gazu z Rosji groźbą zatrzymania całkowicie dostaw. Wcześniej zatrzymał dostawy gazu przez gazociąg Nord Stream 1 do Niemiec pod pozorem usterki technicznej.

– Przed Europą może być trudna zima, ale Putin zlecił zatrzymanie Nord Stream 1 do Niemiec za wcześnie – piszą analitycy Fundacji. – Dał Unii Europejskiej pełno czasu na przygotowanie środków kryzysowych. Główni komentatorzy w Moskwie przekonują, że dobrobyt ekonomiczny w najważniejszych krajach Unii Europejskiej jest nie do utrzymania bez dużych więzi energetycznych z Rosją. To myślenie życzeniowe jest podważone przez staranne wysiłki unijne na rzecz dostosowania odpowiedniej odpowiedzi na szantaż energetyczny Rosji z pomocą strategii całkowitego uniezależnienia od tego nieakceptowalnego dostawcy.

Jamestown przekonuje, że Gazprom stracił najbardziej na zatrzymaniu Nord Stream 1 bo musi spalać nadwyżki gazu we flarach na Półwyspie Jamalskim. Premier Rosji Michaił Miszutsin mówił, że jego kraj będzie miał problem z równoważeniem budżetu w następnych trzech latach. W tym świetle ruch Putina jest oceniany jako „raczej desperacki niż wykalkulowany”. Rosjanie nie mają wciąż alternatywy do rynku europejskiego, choć przekonują, że zwrócą się do Chin.

biznesalert.pl

Kilkaset metrów dalej ukraińskie czołgi rozgrzewają silniki. Wszyscy czekają na swoich dowódców, którzy lada chwila mają wrócić ze spotkania ze swoimi szefami. Nikt nie ma wątpliwości, że kontrofensywa rozpocznie się już dziś. Nerwowość wisi w powietrzu. Nagle rozlega się dźwięk nadjeżdżającego samochodu.

Na miejscu pojawia się dowódca batalionu i natychmiast zbiera dowódców oddziałów uderzeniowych. Kilka minut później ziemia się trzęsie. Za linią frontu słychać kilka wybuchów, którym towarzyszy ryk silników. Czołgi odjeżdżają. W sąsiedniej wsi Werbiwka zajętej przez wojska rosyjskie, w niebo leci kilkadziesiąt flar. Ukraińska armia posuwa się do przodu.

"Niech Bóg będzie z wami, chłopcy!" — mówi Ołeksandr. Jego oczy są czerwone od chronicznego braku snu, broda zakurzona, spojrzenie zmęczone. Walczy w Ukrainie od początku rosyjskiej inwazji.

Na moje ciche pytanie: "Co robimy?", odpowiada spokojnie, dopinając kamizelkę kuloodporną: "Teraz nasze małe misie (tak ukraińska armia nazywa czołgi) przedzierają się przez korytarze. Następnie nasi spadochroniarze oczyścimy pozycje rosyjskie. Zostaniesz ze mną tutaj, w punkcie dowodzenia i obserwacji. Z tego miejsca będziemy koordynować pracę tej jednostki lotniczej".

Nagle słyszę wybuchające pociski artyleryjskie. Mimowolnie wzdrygam się. Spadochroniarze się śmieją. Jeden z nich klepie mnie po ramieniu: "Nie martw się. To jest daleko. Ukraińska artyleria robi w tej chwili swoje".

Kilka godzin później w mediach rozeszły się nagłówki: "Ukraińska armia rozpoczyna kontrofensywę pod Charkowem". O przygotowaniach do tej ofensywy wiedzieli nieliczni. W absolutnej tajemnicy sprowadzono paliwo do czołgów i amunicję dla artylerii oraz zgromadzono znaczną liczbę wojska.

Dowódcy oddziałów uderzeniowych otrzymali swoje zadania i ruszyli do przodu. Nie słychać było ani potężnej kanonady artyleryjskiej zwyczajowo stosowanej przez armię radziecką jako wstęp do ofensywy, ani beznamiętnych przemówień oficerów politycznych, ani wezwań do wyzwolenia ojczyzny od rosyjskich najeźdźców.

Zamiast tego rzeczowa i skoordynowana współpraca różnych oddziałów.

Do naszego punktu dowodzenia i obserwacji docierają pierwsi ranni żołnierze ukraińscy. Ratownicy medyczni szybko ładują ich z samochodów terenowych przerobionych do transportu ran na prawdziwe wozy transportowe intensywnej terapii. Bez migających niebieskich świateł i syren, odjeżdżają.

Dostaję propozycję towarzyszenia żołnierzom w ich podróży na linię frontu. Aż mnie ciarki przechodzą — to nie jest przecież wymyślona hollywoodzka wojna.

Wsiadamy do japońskiego samochodu terenowego i jedziemy w kierunku Werbiwki. Dzięki ukraińskim ochotnikom, którzy w całej Europie kupują dziesiątki tysięcy używanych SUV-ów, ukraińska armia jest bardzo mobilna. Na przykład Nissan Patrol, którym obecnie jeździmy, jest o wiele szybszy i bardziej zwrotny niż pojazdy radzieckie, które nadal przeważają w armii rosyjskiej.

Werbiwka jest północną bramą Bałakliji, które jest ważne dla rosyjskiej obrony w tym regionie. Obok punktu kontrolnego przy wjeździe do miasta płonie rosyjski czołg. Inny, porzucony przez swoją załogę, stoi nieopodal, nieuszkodzony.

Na ziemi leżą niektóre ciała rosyjskich żołnierzy. Wszędzie brud, plastikowe torby i jedzenie rozrzucone na drodze. Przejeżdżamy powoli obok punktu kontrolnego. Jest opuszczony.

W trawie leży zdeptana rosyjska flaga. Ogień z broni automatycznej i wybuchy słychać bez przerwy.

Oleksandr patrzy spokojnie przed siebie. Nagle z jednej z bocznych uliczek wsi niemal wprost przed nas wyjeżdżają trzy czołgi z ukraińskimi flagami i gwałtownie się zatrzymują. Jeden obraca swoją wieżyczkę strzelniczą w naszym kierunku. Wszystko we mnie stygnie. To już chyba mój koniec, tak myślę.

Oleksandr i kilku jego bojowników wyskakuje z SUV-a i biegnie w stronę tanka. Jego broń nadal jest wycelowana groźnie w moją stronę. Otwiera się właz czołgu, wychodzi z niego mężczyzna. Oleksandr próbuje zagłuszyć ryk silników i coś mu wytłumaczyć. W końcu mężczyzna wspina się z powrotem do środka.

Czołgi kontynuują wyścig. Oleksandr wskakuje do samochodu i mówi: "Te czołgi trochę się pogubiły. Zamiast jechać w kierunku Bałakliji i wzmocnić tam oddziały ukraińskie, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu prawie opuścili Werbiwkę. Takie rzeczy się zdarzają, niestety. To jest wojna!"

Dojeżdżając do dużego skrzyżowania na wschodzie Bałakliji, skręcamy w kierunku wsi Wołochiw Jar. Spotykamy tu jednostkę specjalną, która wróciła ze swojej misji we wsi Jakowenko. Właśnie schwytano tam rosyjskich żołnierzy. Podchodzi do mnie jeden z mężczyzn z jednostki specjalnej i prosi o papierosa. Już dawno przestałem palić, ale zawsze mam przy sobie paczkę.

Żołnierz pali z tak oczywistą przyjemnością, że i ja mam ochotę na papierosa. Pytam go: "Co tu się w ogóle dzieje?". Śmieje się nerwowo i mówi "Nic specjalnego. Rosjanie uciekają. Zostawiają za sobą wszystko oprócz zrabowanych rzeczy. Chodź, pokażę ci, co ci żołnierze dostają do jedzenia i wszystko, co ukradli ludziom". Prowadzi mnie do jednego z ich samochodów terenowych i pokazuje pudełko z rosyjskimi racjami marszowymi z przekroczoną datą ważności.

Następnie wyciąga plecak wypełniony tanimi naczyniami, kilkoma łyżkami, widelcami, artykułami higienicznymi, ale przede wszystkim damską bielizną. Nadal nie rozumiem, dlaczego rosyjski żołnierz miałby je ukraść. Czy rosyjskie kobiety nie mają własnej bielizny, dlatego ich mężczyźni muszą ją podkradać ukraińskim kobietom?

Więźniowie siedzą w pickupie, oczy mają zasłonięte niebieską taśmą. Jeden z nich ciężko oddycha i łapczywie łyka powietrze. "To przez adrenalinę" — tłumaczy mi oficer sił specjalnych.

Inny z przestrzelonymi nogami leży na pace pickupa, od czasu do czasu głośno krzycząc i prosząc o wodę. Jego nogi są szczelnie owinięte specjalnymi bandażami. Na jego spodniach widać krew. Przychodzi do nas dowódca jednostki specjalnej, wita się ze mną i mówi: "Musimy już wychodzić. Niektórzy są ciężko ranni, mamy ich uratować, a następnie wymienić na naszych jeńców. Miałem dwóch towarzyszy w hucie w Dolinie Azowskiej. Musimy ich wyciągnąć z tego piekła".

Gdy zbliżamy się do wsi Jakowenkowo, oddziały uderzeniowe ukraińskich sił zbrojnych otaczają już wieś Wołochiw Jar. Sytuacja zmienia się w każdej sekundzie. Po drodze mnóstwo zniszczonego rosyjskiego, ale i nadającego się do użytku sprzętu bojowego, który w panice po prostu zostawiono.

Wieczorem jesteśmy w pobliżu wioski. Oddziały ukraińskie przegrupowują się, by zwiększyć nacisk na armię rosyjską. Głównym celem jest teraz zdobycie wsi Szewczenkow, stamtąd otwiera się droga do największego centrum logistycznego armii rosyjskiej — miasta Kupyńsk.

Kiedy budzę się następnego dnia, Ołeksandr mówi mi, że zaawansowane ukraińskie oddziały uderzeniowe są już w Szewczenkowie. Zdobycie Kupiańska to tylko kwestia kilku dni. Wyruszyliśmy w kierunku Iziumu, które leży około 50 km na południowy wschód od wsi Wołochiw Jar. To jednak, jak mówi przysłowie, zupełnie inna historia.

Całkiem trafne jest stwierdzenie, że siłom ukraińskim udało się w ciągu pięciu dni zniszczyć wszystkie kosztowne i długotrwałe mity rosyjskiej propagandy o niezwyciężoności ich armii. Rosjanie uciekają w zapierającym dech w piersiach tempie.

Wszyscy główni moskiewscy propagandyści są wstrząśnięci. Rosyjskie wojsko masowo porzuca swoje czołgi, składy amunicji i paliwa, a także najlepsze egzemplarze sprzętu, stając się tym samym głównym dostawcą broni dla sił ukraińskich.

Ale rosyjska propaganda wymyśliła już nowy mit: To nie Ukraińcy zwyciężają nad Rosjanami na polu walki — mówią — ale wyłącznie zagraniczni najemnicy.

onet.pl/Die Welt

To, co miało być dla Rosji trzydniowym spacerkiem na Kijów, stało się dla niej już siedmiomiesięczną katorgą. Twierdzi pan, że to nie jest wyłącznie wina złego rozpoznania sił przeciwnika.

To także wina odrzucenia przez Putina i jego akolitów czegoś, co nazywam nowym średniowieczem lub neomediewalizmem. To wojna nowośredniowiecznego Zachodu – w tym Unii Europejskiej, z antyneomediewalną Rosją.
 
Nowe średniowiecze? Co to w ogóle znaczy?

To czas pojawienia się rozproszonych, lecz powiązanych ze sobą struktur politycznych właściwych wiekom średnim. Mamy dziś równocześnie centralizację na poziomie ponadnarodowym oraz rozpad centralizacji na poziomie narodowym – czyli pełzającą fragmentację państwa, a przy tym centralizację poniżej progu narodowego, przez renesans tożsamości regionalnych. Tę dynamikę spajają interesy różnych koterii i bloków biznesowych. Tak w skrócie.
 
I UE jest w tym sensie neomediewalna, a Rosja nie? I dlatego przegrywa?

Unia tę nową sieciową rzeczywistość – pochodną globalizacji – chce ogarnąć i na tej podstawie stworzyć działający nieporządek. Z kolei Rosja i Chiny przeciwstawiają się temu trendowi. Choć ostatnio Pekin poszedł jednak po rozum do głowy i próbuje do gry w sieciowanie dołączyć, budując nowy jedwabny szlak. Ale idzie mu średnio. Zaś Rosja pozostaje na uboczu. Ten kraj nie ma zdolności sieciowania cywilizacyjnego, to dlatego ichniejsza geopolityka rozumuje wyłącznie w kategoriach bilateralnych: jakie Kreml ma interesy i które inne państwo można napaść lub wykoleić, aby te interesy zaspokoić. Rosja demonstracyjnie nie liczy się np. z instytucjami międzynarodowymi, mając je za podrzędne i nieważne.
 
To jest właśnie to, co eksponują realiści ze szkoły Johna Mearsheimera: państwowe potęgi, ich wpływy i interesy.

Tylko przytomny realizm widzi w grze sieci międzynarodowe. Zaś Moskwa uważa, że to, co usieciowione, zdecentralizowane, ponadnarodowe, musi upaść. Darja Dugina w jednym z ostatnich wywiadów dla rosyjskiej telewizji mówiła, że UE właśnie przez tę sieciowość niechybnie się rozpadnie. To mantra rosyjskiej propagandy: kres UE jest szybki i przesądzony. Putin odrzuca nowe średniowiecze, a jego zaplecze rozumuje w kategoriach służących rozbijaniu europejskiej złożoności kraj po kraju, na małe kawałki. Kreml koncentruje się na niszczeniu sieci, a nie na budowaniu własnej. I popełnia błąd.
 
Bo?

Bo ta rzekomo słaba, usieciowiona, nowośredniowieczna UE, czy szerzej Zachód, jest w stanie mu się przeciwstawić. Gdy wydawano na Kremlu rozkaz do ataku, nie tylko nie doszacowano zdolności obronnych Ukrainy. Przyczyna rosyjskiej nieporadności w wojnie tkwi głębiej – w niezrozumieniu nowego średniowiecza. Moskwa nie założyła, że to, co robi w Ukrainie, rozejdzie się jak kręgi na wodzie po reszcie Europy i w końcu po całym globie. Nie zauważyła, że świat się zmienił – wielkie państwa nie mogą już otwarcie narzucać swojej woli innym. To trudne do przełknięcia dla niej, bo na nieskrępowanym narzucaniu woli słabszym, jak mawiał Dostojewski – narzucaniu „swojewolie”, polega specyfika jej cywilizacji. Od szkoły podstawowej po szczyt polityki obowiązuje tam zasada, że kto silny, ten rządzi. Prawo się nie liczy, bo reguły są dla maluczkich. Polski filozof Feliks Koneczny wywodził tę regułę z surowych azjatyckich stepów Turanu i nazywał Rosję cywilizacją turańską. Turanizm objawia się pewną ślepotą: nie dostrzegasz, że nowe średniowiecze stwarza też szanse wynikające ze współzależności od innych. Bo przecież każda współzależność to ograniczenie twojej woli.

(...)

Używamy zwrotu „cywilizacja rosyjska”, lecz czy nie odpowiedniejsze byłoby spojrzenie na to państwo jak na strukturę mafijną, rządzoną przez kryminalistów i na przestępczy sposób – szantażem, przekupstwem, przemocą? Może Rosja to po prostu wyjątkowo duży gang?

Wielu teoretyków cywilizacji, np. Oswald Spengler, twierdziło, że Rosja już nie jest społecznością pierwotną, ale jeszcze nie jest cywilizacją wyższego rzędu z uwagi na to, że właśnie ten wrośnięty w jej strukturę element mafijno-korupcyjno-plemienny nieustannie sabotował jej rozwój. Inni mówią wręcz, że Rosja to więzienie narodów. W XIV w. Księstwo Moskiewskie było relatywnie niewielkim fragmentem dzisiejszej Rosji, potem ten reżim rozlał się, wyżynając do cna setki mniejszych organizmów państwowych, eksterminując nie tylko ich mieszkańców, lecz także ich kulturę, pamięć, tradycje. Możliwe więc, że nie ma rosyjskiego narodu, a jedynie rosyjski knut: wiele stłamszonych narodów pod batem moskiewskiego centrum. Ciekawe jest też spojrzenie na demografię Rosji – dwie trzecie ludności, niemal 100 mln ludzi, żyje na moskiewskim, eurazjatyckim zachodzie, w trójkącie Murmańsk-Krasnodar-Omsk. To jest centrum grawitacji demograficznej i politycznej, natomiast odległy wschód pozostaje na łasce lokalnych baronów. Może nie jest tak, jak mówił amerykański polityk John McCain, że Rosja to wielka stacja benzynowa udająca państwo, ale faktycznie znajduje się ona na innym etapie rozwoju niż wiodące cywilizacje: zachodnia i konfucjańska.

Jeśli już myśleć o Rosji jako cywilizacji, to jaka jest jej przyszłość?

W książce „The Rise of Civilizational State” Christopher Coker opisuje Rosję jako państwo cywilizacyjne. Jest z jednej strony zwykłym krajem, ale z drugiej – ze względu na posiadanie większej niż sąsiedzi mocy w stosunkach międzynarodowych postrzega siebie jako centrum grawitacyjne jakiegoś rodzaju porządku, który można rozprzestrzeniać na zewnątrz. W tym sensie państwem cywilizacyjnym są też Chiny. Kreml sięgał po Białoruś, Kazachstan, chciał sięgnąć po Polskę, lecz praktycznie wszystkie państwa ościenne czują obecnie, że Rosja to partner nieatrakcyjny kulturowo. Przerażający. Nawet politycy niegdyś prorosyjskiego Kazachstanu robią wszystko, by się uniezależnić od tego „przyjaciela”. Dotychczas wydawało się, że Rosja to silny kraj, ale słaba cywilizacja. Ale ta cywilizacja dziś się już zapada. Widać to choćby po upadku tamtejszego prawosławia: dziś odcinają się od niego prawie wszystkie cerkwie świata. Nie ma się co dziwić. Gdy widzimy, jak palą się ukraińskie świątynie i jak patriarcha moskiewski błogosławi bomby, to wiemy, jakie wartości niesie za sobą Rosja.
 
(...)

A co jeśli Rosja poniesie naprawdę sromotną klęskę w wojnie? Będzie to impuls do dogłębnej zmiany czy zrobienia z Rosji obozu koncentracyjnego?

Trwa tam rywalizacja ludzi o aspiracjach imperialno-totalitarnych i tych o chłodniejszych umysłach. Dlatego oba scenariusze są obecnie prawdopodobne.

wei.org.pl

wtorek, 13 września 2022


W nocy z 12 na 13 września doszło do lokalnych walk na granicy Armenii i Azerbejdżanu, a siły azerbejdżańskie dokonały ostrzałów pozycji ormiańskich przy użyciu artylerii, moździerzy i dronów (m.in. w okolicach miejscowości Sotk i Wardenis oraz miast Dżermuk, Goris i Kapan). Według Baku była to odpowiedź na ormiańskie prowokacje, według Erywania – niesprowokowana agresja. Na chwilę obecną pełna liczba ofiar ani skala zniszczeń pozostają nieznane. Zdaniem premiera Nikola Paszyniana zabito co najmniej 49 ormiańskich żołnierzy. 13 września ok. 7.00 czasu polskiego strony poinformowały o wstrzymaniu ognia, choć na razie nie można stwierdzić, że kryzys został zakończony (według doniesień ormiańskich wciąż dochodziło do starć).

Jeszcze w trakcie trwania walk armeńska Rada Bezpieczeństwa podjęła decyzję o złożeniu formalnej prośby o pomoc do władz Rosji i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (w styczniu br. OUBZ wysłała misję do ogarniętego zamieszkami Kazachstanu). Paszynian odbył rozmowy telefoniczne z prezydentami Rosji i Francji oraz sekretarzem stanu USA. MSZ FR wyraził „skrajne zaniepokojenie” sytuacją i wezwał strony do powstrzymania się od dalszej eskalacji napięcia, lecz Moskwa nie podjęła do tej pory żadnych realnych działań ani ich nie zapowiedziała. Z kolei Turcja oskarżyła Armenię o sprowokowanie starć.

Komentarz

Nie jest jasne, dlaczego doszło do eskalacji i jak dokładnie przebiegały wydarzenia, ale wszystko wskazuje na to, że siłą sprawczą były posunięcia strony azerbejdżańskiej. Azerbejdżan prawdopodobne odpowiedział na nieproporcjonalnie wielką skalę na lokalne incydenty, do których od początków września dochodziło wzdłuż granicy armeńsko-azerbejdżańskiej i w strefie konfliktu o Górski Karabach. Erywań konsekwentnie odrzuca jednak oskarżenia Baku o ostrzały Azerbejdżanu z terytorium Armenii, choć nie można wykluczyć, że w większym stopniu stała za nimi strona ormiańska, w tym środowiska niechętne Paszynianowi, dążące do zakłócenia procesu pokojowego. Według drugiej wersji Baku – korzystając ze wsparcia Ankary i bierności Rosji, zaangażowanej w wojnę z Ukrainą (część żołnierzy tamtejszych sił pokojowych, którzy od jesieni 2020 r. stacjonują w Górskim Karabachu, przerzucono na Ukrainę) – zdecydowało się wymusić na Erywaniu jak najszybszą zgodę na otwarcie szlaku łączącego zasadnicze terytorium kraju z eksklawą Nachiczewanu i dalej z Turcją.

Wydaje się pewne, że nowa wojna na pełną skalę, łącznie z siłowym odzyskaniem niekontrolowanej przez Baku części Górskiego Karabachu, nie leży aktualnie w interesie Azerbejdżanu, zajętego zagospodarowywaniem ziem zdobytych w czasie wojny 2020 r. Liczy on też na finalizację procesu pokojowego z Armenią (włącznie z ustanowieniem stosunków dyplomatycznych), a także jest zaangażowany w zwiększanie dostaw surowców energetycznych do państw UE.

Obecna eskalacja najpewniej znacząco utrudni karabaski proces pokojowy. 31 sierpnia premier Armenii i prezydent Azerbejdżanu spotkali się w Brukseli (po raz czwarty w ciągu roku), gdzie zapowiedzieli kontynuowanie dialogu (m.in. szefowie dyplomacji obu państw mają przygotować projekt traktatu pokojowego). Paszynian dysponuje silnym mandatem społecznym (zdecydowanie wygrane wybory parlamentarne w 2021 r.). Musi jednak liczyć się z opozycją, kojarzoną z tzw. klanem karabaskim i obejmującą środowiska skupione wokół byłych prezydentów kraju – Roberta Koczariana i Serża Sarkisjana – oraz elity rządzące w separatystycznym Górskim Karabachu. Wydaje się wysoce prawdopodobne, że z grupą tą sympatyzuje przynajmniej część wyższej kadry dowódczej armii Armenii. Każda eskalacja napięcia to dla oponentów premiera argument, że rozmowy z Baku nie niosą perspektyw. Ewentualny upadek jego rządu – obecnie mało prawdopodobny – przyniósłby usztywnienie stanowiska Erywania wobec procesu pokojowego z Azerbejdżanem i trwających rozmów z Turcją o otwarciu granicy. Należy zauważyć, że spowalnianie negocjacji służy Moskwie, która chciałaby przedłużyć okres stacjonowania w regionie swoich sił pokojowych (upływa w listopadzie 2025 r.; Erywań oraz – w znacznie większym stopniu – Baku optują za ich wycofaniem po tym terminie).

Zaostrzenie sytuacji stanowi test możliwości sprawczych i intencji Rosji. Gdyby Moskwie udało się wymóc na sojusznikach z OUBZ (prócz Armenii i Rosji są w niej również Białoruś, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan) wysłanie w rejon konfliktu nawet symbolicznej wspólnej misji pokojowej, świadczyłoby to o zachowaniu przez nią w tych państwach – zwłaszcza w Kazachstanie – wystarczająco dużych wpływów do egzekwowania swoich interesów. Miałoby to silny wydźwięk propagandowy w kontekście nadchodzącego szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy, zaplanowanego na 15–16 września (ma na nim dojść m.in. do spotkania przywódców Rosji i Chin). Brak zdecydowanej reakcji Moskwy na ostatnie wydarzenia będzie w każdym wypadku dowodem na postępującą erozję jej oddziaływania na obszarze południa byłego ZSRR. Niezależnie od tego prestiż Rosji już obniża fakt, że jej siły pokojowe nie są w stanie przeciwdziałać kolejnym eskalacjom napięcia.

osw.waw.pl

— Dlaczego rosyjski wywiad nie ustalił wcześniej miejsca i kierunku ukraińskiej ofensywy? Czy też tak się stało, ale dowódcy zlekceważyli te informacje? Przecież już na początku września nawet rosyjscy korespondenci wojenni wielokrotnie informowali, że w pobliżu Bałakliji przygotowywana jest ofensywa. A może rosyjska armia po prostu nie miała wystarczających sił do obrony na kilku kierunkach jednocześnie?

Paweł Łużin, rosyjski ekspert wojskowy: Przede wszystkim jest to brak sił, potworny brak personelu wojskowego. Bo kiedy walczysz przez pół roku, ponosząc dziesiątki tysięcy strat, niewiele zostaje z sił lądowych.

Ponadto istnieje problem z wywiadem. Rozpoznanie elektroniczne jest ograniczone. Zwiad z powietrza jest prowadzony przez drony, ale są one zestrzeliwane. Nasze dwa optyczne satelity zwiadowcze mają taką rozdzielczość, że można ich użyć tylko do wyznaczenia celów dla rakiet. Poza tym satelity te przechodzą przez ten sam punkt tylko raz na 16 dni, więc nie ma możliwości szybkiego odbioru danych.

Są oczywiście jawne dane, ale żeby je wykorzystać, potrzeba ludzi z mózgiem i systemu, który pozwoli na swobodny przepływ danych w ramach hierarchii wojskowej.

Załóżmy więc, że wojskowi widzieli zbliżający się atak — ale co dalej? Skąd mieliby wziąć żołnierzy? Sprzęt? W końcu wszystko się skończyło. Minęło sześć miesięcy i z armii nie zostało prawie nic.

Henry Schlottman, analityk, weteran armii USA: Czytam rosyjskie kanały na Telegramie — oni naprawdę wiedzieli, gdzie Ukraińcy będą kontratakować. Myślę, że rosyjski sztab generalny też wiedział, ale prawdopodobnie uznał, że sobie poradzi.

Rosjanie nie do końca chyba rozumieli, jak wiele rezerw zgromadzili Ukraińcy. Rosyjskie źródła na Telegramie podawały nawet dość dokładne dane o siłach ukraińskich, ale Sztab Generalny albo w nie nie wierzył, albo po prostu nie doceniał Ukraińców. Albo sądzili, że główny cios i tak spadnie na Chersoń. Sam korzystałem z technik OSINT (czyli jawnych danych dostępnych np. w mediach społecznościowych i w mediach), kiedy służyłem w armii amerykańskiej — i wiem, że dowództwo nie zawsze traktuje te dane poważnie. Wojsko ma również własne, niejawne sposoby zbierania informacji wywiadowczych, które czasami mogą być sprzeczne z informacjami OSINT.

Innym powodem udanego kontrataku sił ukraińskich jest to, że siły rosyjskie nie zdołały w porę zareagować na działania Ukraińców. W regionie było mnóstwo rosyjskich wojsk — zwłaszcza w okolicach Iziumu. Widziałeś te zdjęcia opuszczonych rosyjskich pozycji? Ileż tam zostało sprzętu wojskowego!

Dlaczego Rosja nie potrafiła skutecznie skoncentrować wojsk? Z powodu problemów z utrzymaniem i naprawą sprzętu, z logistyką. Gdyby czołgi porzucone w pobliżu Iziumu w porę ruszyły w rejon ukraińskiego ataku, wynik mógłby być inny. Kupiańsk mógł pozostać pod kontrolą Rosji. Ale rosyjskie siły mają rozpaczliwie mało części zamiennych do czołgów. Są na froncie już od pół roku — możliwe, że niektóre czołgi są demontowane w celu zdobycia części zamiennych na funkcjonowanie innych.

Na atak Ukraińców odpowiedziały też oddziały i rezerwiści z Gwardii Narodowej, oczywiście przy wsparciu sił Zachodniego Okręgu Wojskowego, ale to Gwardia broniła się pierwsza. Miesiąc temu, nawiasem mówiąc, ten odcinek frontu był lepiej broniony, ale siły Wschodniego Okręgu Wojskowego zostały przeniesione stamtąd na południe, do Chersonia — a stało się to tuż po serii ukraińskich oświadczeń, że ich armia skoncentruje się właśnie na Chersoniu.

Mick Ryan, emerytowany generał dywizji armii australijskiej: Z pewnością były sygnały, że coś się szykuje — i blogerzy wojskowi o tym donosili. Jednak dla rosyjskich dowódców wojskowych sytuacja mogła nie wydawać się tak jednoznaczna. Historia zna wiele przykładów wojskowych "niespodzianek", które miały miejsce tylko dlatego, że generałowie zignorowali ostrzeżenia ludzi na miejscu. Operacja Garden Market w 1944 r. w Holandii jest tego klasycznym przykładem.

Nie jest też jasne, czy Rosja ma w ogóle siłę, by odpowiedzieć na to zagrożenie. Na południu zgromadzono sporo formacji, ale Ukraina to duży kraj i przejście z południa na wschód zajęłoby sporo czasu.

Czy rosyjska armia ma jeszcze jakieś rezerwy? Jeśli tak, to gdzie one są? Czy to możliwe, że rosyjskie dowództwo odpowie własną ofensywą?

Henry Schlottman: Trudno powiedzieć. Oczywiście w Rosji powstają bataliony ochotnicze, ale w regularnych siłach lądowych pozostało niewiele rezerw.

Mick Ryan: W teorii rezerwy powinny pozostać. Trzeci Korpus Armijny został rzeczywiście utworzony, a niektóre jego jednostki mogły zostać wysłane na wschodnią i północno-wschodnią Ukrainę.

Paweł Łużin: Armia rosyjska nie przygotowywała żadnej własnej ofensywy i w lipcu straciła już zdolność do ofensywy. W niektórych miejscach udało im się przeprowadzić pojedyncze akcje ofensywne, ale ofensywa na dużą skalę nie jest już możliwa.

Nie ma żadnych rezerw. Teraz rosyjskie siły zbrojne uzbrajają marynarzy, zabierają ich z marynarki, przebierają w mundury maskujące, rozdają im broń automatyczną, a oni stają się żołnierzami piechoty i członkami załogi czołgu.

Żołnierze batalionów ochrony mają dobre wyszkolenie fizyczne i taktyczne, ale nie nadają się do działań ofensywnych. Mają swoje zadania: pilnowanie i obrona bardzo specyficznych instalacji, eskortowanie konwojów w czasie marszu, walka z sabotażem. Ale nie są po to, by być w okopach i walczyć z regularną armią.

Co sądzicie o praktyce, w której rezerwy — nowe oddziały, a nawet całe formacje — są tworzone w całości z tzw. ochotników? Dlaczego rosyjskie dowództwo nie wysyła tych "ochotników" do istniejących formacji?

Henry Schlottman: Sam się nad tym zastanawiam. Amerykańska armia ma inne podejście: na przykład podczas wojny w Wietnamie czy II wojny światowej wysyłała rekrutów do istniejących jednostek, gdzie byli weterani, którzy mogli przekazać swoje doświadczenie nowicjuszom. Może jednostki, które były już na Ukrainie, były tak zużyte i wyczerpane, że rosyjskie dowództwo po prostu zdecydowało, że trzeba tworzyć nowe?

Mick Ryan: Szkolenie nowych rekrutów może być prowadzone przez doświadczonych oficerów tylko wtedy, gdy sami nie są oni na froncie. Powierzenie im odpowiedzialności za obie te sprawy nie przyniesie oczekiwanych rezultatów.

Paweł Łużin: Czy wiesz, ilu jest tych "ochotników"? W tysiącach, na palcach jednej ręki można ich policzyć. W rzeczywistości nie ma żadnych "rezerw ochotniczych" — to wymysł biurokracji, sposób, w jaki regiony odpowiadają na polityczne zamówienie z Moskwy. Rozwieszają ogłoszenia: "Mężczyźni, rekrutujemy! Do 60. roku życia, doświadczenie nie ma znaczenia!". Zbierają 150 mężczyzn i wysyłają ich: połowa z nich odpada w ciągu pierwszych dwóch tygodni szkolenia bojowego — wracają do domu z własnej woli albo z powodu "zaostrzonego zapalenia prostaty". A pozostała połowa przychodzi na front i umiera.

I jak uzupełnić nimi już istniejące jednostki? Ci, którzy już są w Ukrainie, nie mogą [równolegle z działaniami bojowymi] pracować z nowymi rekrutami. A jeśli te jednostki zostaną wycofane do Rosji w celu uzupełnienia obsady, to znowu: oficerowie nie są gotowi do pracy z "szumowinami społecznymi". To oczywiste, że nasza armia nie jest pełna fanów zwiedzania Ermitażu, ale ci tak zwani "ochotnicy" są jeszcze gorsi. To oni stanowią społeczne dno. Dlatego są łączeni w osobne jednostki. Kto [z doświadczonych oficerów] chciałby nimi dowodzić?

W Rosji nie ogłoszono mobilizacji i brakuje teraz żołnierzy na froncie. Czy to jest główna przyczyna rosyjskiej klęski?

Paweł Łużin: Główną przyczyną porażki jest idiotyzm rosyjskich władz. To są idioci i psychopaci, ponieważ wyznaczyli cel, którego nie może osiągnąć żadna armia. Ponadto sam autorytaryzm rosyjskiego rządu uniemożliwia istnienie oficerów, którzy wiedzą, jak pracować mózgiem — podczas gdy przeciwko nim walczy dobrze zmotywowana i wyszkolona regularna armia, która rozumie, dlaczego walczy.

Ale również samodzielna armia mobilizacyjna nie jest możliwa w Rosji od dziesięcioleci. Regularna praca z rezerwistami została przerwana w latach 70.: sprzęt i taktyka były już tak skomplikowane, że praca z rezerwistami była po prostu nierozsądna. Daremne stało się gromadzenie raz czy dwa razy w roku na poligonie tłumu rezerwistów i absolwentów wydziałów wojskowych, by próbować ich czegoś nauczyć.

Ówcześni sowieccy generałowie nie rozumieli jeszcze, że armia musi stać się zawodowa i kontraktowa, i po prostu skupiali się na pracy z tym, co mieli — z regularną armią, rezygnując z pracy z rezerwami.

Kontrreformy byłego ministra obrony Anatolija Sierdiukowa — które wprowadziliśmy w latach 2009-2012 — rozmontowały instytucje armii mobilizacyjnej: rozwiązano jednostki kadrowe. Nie ma regularnych obozów szkoleniowych dla rezerwistów, co oznacza, że w ciągu 3-4 lat osoba, która służyła, traci swoje umiejętności. Mechanizm rejestracji wojskowej w miejscu zamieszkania również nie działa: istnieje tylko w przypadku rejestracji wstępnej. A jeśli osoba, która służyła i stała się częścią rezerwy, przeniosła się, to znaczy, że armia straciła z nią kontakt.

To jest aspekt techniczny, ale jest też polityczny: ogłaszając mobilizację, przekazujesz władzę generałom. A Kreml nie ufa generałom. Mogą oczywiście próbować to zrobić, ale będzie to ostatnia rzecz, jaką zrobią. Nastąpi całkowity upadek — gospodarki i społeczeństwa.

Mick Ryan: Ukraińcy walczą teraz o istnienie swojego kraju, a sama armia ukraińska od 2014 r. przeszła znaczące reformy. Z kolei rosyjscy żołnierze byli wysyłani na front bez odpowiedniego przeszkolenia — albo wręcz myśleli, że dopiero jadą na ćwiczenia.

Henry Schlottman: To właśnie z tego powodu [różnica w liczebności sił przeciwnika] Rosja może przegrać całą wojnę. Jednak ostatnia porażka jest raczej konsekwencją niepowodzenia wywiadu wojskowego i logistyki. Nie sądzę, żeby Ukraińcy mieli tu zdecydowaną przewagę liczebną — po prostu siły rosyjskie nigdy nie znalazły się w odpowiednim miejscu, żeby powstrzymać Ukraińców.

Dlaczego armia rosyjska straciła inicjatywę, którą miała latem?

Paweł Łużin: Armia rosyjska nie miała szans na wygranie tej wojny, jak pisali jeszcze przed wojną emerytowani generał Leonid Iwaszow i pułkownik Michaił Chodrak. Rosyjska armia straciła inicjatywę w czerwcu, w lipcu — co za różnica?

Henry Schlottman: Problemy z logistyką, oczywiście. Wojna na wyniszczenie zbiera swoje żniwo: jednostki tracą ludzi i sprzęt.

Mick Ryan: Po pierwsze, Ukraińcy zdecydowali się nie walczyć w sposób, który narzucili im Rosjanie, czyli stosując metody, do których Rosja przywykła przez ostatnie 100 lat swojej historii militarnej. Wojsko ukraińskie zaczęło atakować rosyjskie siły zbrojne na osłabionych odcinkach frontu, przenikając na tyły i odcinając linie zaopatrzenia. Podkopały morale rosyjskiej armii.

Czy to prawda, że rosyjska armia nie potrafi walczyć zgodnie z własną doktryną?

Paweł Łużin: Nie mogła walczyć zgodnie z własną doktryną, ponieważ nie przewidywała ona zniszczenia sąsiednich państw oraz ludobójstwa. Przewidywała za to udział w krótkoterminowych operacjach o charakterze czysto obronnym (w ramach koalicji i sił międzynarodowych) lub w operacjach o charakterze ofensywnym z dala od granic Rosji.

Henry Schlottman: Rosyjska doktryna wojskowa opiera się na artylerii i rozpoznaniu, ale gdy niektóre z tych rzeczy przestają działać prawidłowo — na przykład, gdy rozpoznanie nie dostarcza artylerii na czas dokładnych danych o celach wroga — wszystko się psuje. A teraz rosyjska artyleria, mimo swojej siły ognia, nie zadaje Ukraińcom decydujących obrażeń.

Mick Ryan: Rosjanie rzeczywiście z jakiegoś powodu postanowili zignorować swoją własną doktrynę. Postawili na scenariusz, w którym Ukraińcy mieli powitać swoich "wyzwolicieli", a wojna miała się skończyć w ciągu kilku dni. Rosjanie przygotowali się do zwycięskiego marszu na Kijów, a nie do długotrwałej wojny, dlatego przystąpili do bitwy z nie w pełni przygotowaną logistyką, artylerią i wojną elektroniczną.

Jakie są główne słabości w organizacji armii rosyjskiej i jej metodach prowadzenia wojny?

Mick Ryan: Rosyjska armia za bardzo polega na sile ognia swojej artylerii — tak jakby to był jedyny sposób na zwycięstwo. Ponadto dobrzy dowódcy zazwyczaj starają się oszczędzać życie swoich żołnierzy. Dowódcy armii rosyjskiej udowodnili, że jest inaczej.

Paweł Łużin: Główną słabością jest autorytarne państwo i nierynkowa gospodarka. I szaleństwo liderów, którzy wyznaczają kanibalistyczne cele.

Henry Schlottman: Brak elastyczności taktycznej i operacyjnej. Rosjanie nie zareagowali na czas na działania armii ukraińskiej. Sztab Generalny mógł rozumieć, co się dzieje, a w dół łańcucha dowodzenia, do dowódców dywizji i brygad, informacje były przekazywane zbyt wolno. Jeśli nic się nie zmieni, Rosjanie będą po prostu powoli przegrywać tę wojnę.

onet.pl/meduza.io

6-7 września zarysowało się okrążenie operacyjne Bałakliji, rejonowego miasta nad rzeką Bałaklijka, ok. 90-95 km na południowy-wschód od Charkowa, znanego przede wszystkim z ogromnego arsenału amunicji, którego część eksplodowała w 2017 r. (miasto w 2017 r. liczyło ok. 29 tys. ludności). Siły obrony w rejonie Bałakliji zostały rozbite i zmuszone do odwrotu. Już 8 września było jasne, że celem atakującego zgrupowania ukraińskiego nie jest sama Bałaklija, ale plany są znacznie ambitniejsze i siły czołowe zagrażają już samemu Kupiańskowi.

Wg stanu z 9 września widać było już wyraźnie, że siły ukraińskie nacierają po na trzech kierunkach: z rejonu Bałakliji na południowy-wschód przez Wesele-Kune na Izium oraz na północny-wschód przez Wołchow Jar i Szewczenkowo na Kupiańsk. Trzeci kierunek to natarcie prosto z zachodu na wschód, na Szewczenkowo i Kupiańsk.

Po kilku dniach kontruderzenia można przypuszczać, że celem ofensywy jest co najmniej wyjście na flankę lub tyły rosyjskiego iziumskiego zgrupowania operacyjnego i zmuszenie go do odwrotu za rzekę Oskoł. 10 września zaczęto meldować o ataku SZU pod Limanem, co oznaczało, że w zasadzie zgrupowanie w rejonie Iziumu siły rosyjskie mogły nie tylko zostać odcięte od zaopatrzenia, ale de facto otoczone.

Przez wiele miesięcy zgrupowanie operacyjne w rejonie Iziumu stanowiły przede wszystkim Batalionowe Grupy Taktyczne (BGT) Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, z silnym komponentem pancerno-zmechanizowanym, jednakże w ostatnim czasie zostały one osłabione, m.in. na spokojny dotąd front pod Bałakliją, na zachodniej flance zgrupowania, przybywały oddziały Rosgwardii oraz mało wartościowe bojowo oddziały zmobilizowane w Donbasie (tzw. mobików), złożone ze zmobilizowanych siłowo ludzi, bez doświadczenia wojskowego, z niskim morale i uzbrojeniem na poziomie II Wojny Światowej.

To osłabienie frontu zostało właśnie wykorzystane przez Siły Zbrojne Ukrainy. (...)

Do kontruderzenia pod Bałakliją przygotowano znaczące siły z doborowych, ostrzelanych jednostek, na tą chwilę ofensywy zidentyfikowano grupy taktyczne m.in. z: Jednostki Specjalnego Przeznaczenia HUR MO "Kraken" (8 września wieszała sztandar w Bałaklei), 92 Brygady Zmechanizowanej, 25 i 80 Brygad Desantowo-Szturmowych, 1 Brygady Specjalnego Przeznaczenia, 15 Pułku Operacyjnego Gwardii Narodowej i inne pododdziały SZU, SBU (jednostka specjalna "Alfa"), GN i Prawego Sektora (np. kompania szturmowa "Da Vinci").

Na szpicy natarcia są m.in. eks-polskie czołgi T-72M1. W operacji zastosowano wiele rodzajów pojazdów NATO-wskich, m.in. eks-australijskie M113AS4 i eks-duńskie M113G4DK, z nowinek można wspomnieć transportery kołowe VAB i Kirpi, albo MTLB z modułem bojowym Serdar tureckiego Aselsana. Grupy mobilne (rajdowe) przemieszczają się m.in. na uzbrojonych w kaemy Humvee.

Silna jest zapewne grupa wsparcia artylerii 155 mm; zauważono m.in. PzH 2000. Istnieje ciekawy film pokazujący dwie PzH 2000 oraz wóz oficera ogniowego baterii 1W13, co może wskazywać również na to, że bateria Panzerhaubitze to realnie dwa wozy ogniowe. Z białymi krzyżami na kierunku charkowskim, a więc w rejonie ukraińskiej operacji zaczepnej, operują również eks-polskie armatohaubice Krab i eks-norweskie М109A3GN. W rejonie m. Bałakleja, już po jego zajęciu, widziane były też amerykańskie F142 HIMARS i M270. 

Jak już wspomniano siły agresora na odcinku pod Bałakleją i bezpośrednio na tyłach były dość słabe. Odcinka frontu pod Bałakliją, frontem na zachód, broniła kombinowana grupa taktyczna złożona z jednostek mobilizowanych milicji ŁRL (tzw. mobików), nielicznych oddziałów rosyjskiej armii oraz kilku oddziałów Rosgwardii, m.in. SOBR-u i OMON-u.

Już 6 września wieczorem w rosyjskich mediach pojawiła się informacja, że w rejonie Bałakliji w operacyjne okrążenie wpadły nie tylko pododdziały separatystów z 2 KA ŁRL, którymi rosyjskie media jakoś się nie przejmowały, ale też dwa rosyjskie oddziały Rosgwardii: oddział SOBR "Omega" z Samary oraz SOBR "Tołpar" z Baszkirii (Baszkortostanu). 7 września informowano, że oba oddziały wyszły z okrążenia (jakoby z nieznacznymi stratami, tylko ranni). Później kanały specjalizujące się w tematyce specnazu informowały, że pod Bałakleiją były również dwa oddziały OMON-u, Orłan z Toliatti i Smiercz z Samary. Oddziały te poniosły pewne straty, bowiem osłaniały odwrót, jako ostatni z miasta wyjść miał oddział "Orłan", Smiercz miał stracić dowódcę kompanii.

Uderzenie pod Bałakliją wyprowadzono na kilku kierunkach, zmierzając do otoczenia (okrążenia) Bałakliji, od północy i południa, z uniknięciem walk miejskich i jak najszybszym wyjściem w przestrzeń operacyjną, w ogólnym kierunku na wschód, nad rzekę Oskoł.

Północne kleszcze okrążenia Bałakliji to zgrupowanie nacierające z rejonu Pryszyb na Werbowkę i dalej na wschód. Prawdopodobnie zgrupowanie to miało zabezpieczyć prawą flankę natarcia po osi Pryszyb-Wołochiw Jar-Szewczenkowe. Łatwo zajęto Werbiwkę i Jakowliwkę i przeskrzydlono miasto, wychodząc na północno-wschodnie jego obrzeża, zajmując ogromne składy amunicji pod miastem (wioska Werbiwka).

Południowe kleszcze okrążenia Bałakliji to zgrupowanie nacierające z rejonu Husariwka na Bairak i Nowa Husariwkę, zajmując obie miejscowości, a potem zamykające kleszcze z południowego-wschodu. Wieś Nowa Husariwka zajął batalion specjalnego przeznaczenia "Dzikie Pole" (Dike Pole) 1 Samodzielnej Brygady Specjalnego Przeznaczenia. W m. Bairak Rosjanie porzucili na pozycji m.in. armatę ppanc MT-12 Rapira z amunicją. Wraz z przełamaniem frontu straty przeciwnika rosły - w zabitych i rannych, jeńcach, sprzęcie.

Przeskrzydlenie miasta Bałakliji zadecydowało o jej losie - po krótkich bojach z ariergardami miasto zostało zdobyte. Prawdopodobnie nie było zbyt mocno bronione, bowiem zagrożenie okrążeniem wymusiło jego oddanie i wycofanie się (rozbitego?) garnizonu na wschód.

Nieco bardziej na północ od Bałakliji zaznaczyła się jeszcze jedna ważna oś natarcia - być może kluczowy kierunek kontrofensywy - przez Wołchiw Jar i Semeniwkę na Szewczenkowe, i dalej na bezpośrednie przedpole Kupiańska. Na tym kierunku rejonem koncentracji SZU była miejscowość Pryszyb, gdzie przerwano front. Zgrupowanie taktyczne zajęło ważny lokalny węzeł drogowy Wołochiw Jar, potem Semeniwkę i już po dwóch dniach podeszło do wioski Szewczenkowe, kluczowego węzła drogowego na trasie do Kupiańska. Tempo natarcia było bardzo duże, ok. 30 km w linii prostej, w trudnym terenie, z broniącymi się oddziałami przeciwnika po drodze.

Warto zauważyć, że na kierunku kupiańskim w ataku na Szewczenkowe wyprowadzono również uderzenie czołowe (pomocnicze?) po osi Czkałowski-Szewczenkowe, które związały walką siły npla w tym rejonie.

Atak, a raczej jego skala, zaskoczył lokalne dowództwo rosyjskie, mimo, że siły koncentrowane były w rejonie na zachód od Bałakliji od wielu dni, o czym alarmowali rosyjscy analitycy-blogerzy. Po pierwszych sukcesach siły rosyjskie podciągnęły odwody, które weszły z marszu do walki na głównych kierunkach natarcia SZU, ale jak widać z późniejszego rozwoju sytuacji nie były w stanie zatrzymać atakujących. Prawdopodobnie jedynym sukcesem w tym czasie było utrzymanie korytarza na wschód od Bałakliji i umożliwienie wycofania się sił broniących miasta.

Rzucono do akcji również lotnictwo.

Specjalizujący się w tematyce lotnictwa kanał FighterBomber" w serwisie Telegram w dniu 8 IX podał kilka ciekawych szczegółów użycia WKS. Otóż lotnictwo miało atakować cele na wezwanie piechoty, a więc głównie były to misje wsparcia własnych sił lądowych, przy czym atakować miano nie tylko rakietami niekierowanymi, ale również bombami, przenosząc pełny komplet uzbrojenia (bomb i rakiet). Zgrupowanie ukraińskie miało silną obronę przeciwlotniczą, co miało skutkować zestrzeleniem 7 września, w rejonie Wołochiw-Jar rosyjskiego Su-25 (pilot jakoby przeżył).

Niewątpliwie I faza ofensywy przyniosła rozbicie wielu oddziałów separatystyczno-rosyjskich i duże straty w sprzęcie i ludziach. Tylko z materiału foto i wideo można sądzić, że do 7 września wzięto co najmniej ok. 40 żołnierzy (głównie mobików z ŁRL), co jak na warunki wojny w Donbasie nie jest liczbą małą. Wzięto nie tylko jeńców, ale i sprzęt. m.in. broń piechoty na punkcie oporu "Moskwa", całkiem sprawny MTLB, przejęto też dwa porzucone obok siebie T-72B3 wz. 2016. To był jednak dopiero początek, później zdobyto m.in. porzuconą baterię haubic Msta-S, radar rozpoznania artyleryjskiego Zoopark-1M itd.

Po południu 8 września SG SZU poinformował, że w wyniku kontrofensywy pod Charkowem wyzwolono 20 miejscowości, przełamano linię frontu i wbito się w głąb obrony przeciwnika na ok. 50 km. Po przełamaniu frontu na szpicy natarcia przemieszczają się m.in. mobilne grupy rozpoznawczo-dywersyjne (siły specjalne i rozpoznawcze), które starają się jak najszybciej uchwycić kluczowe punkty terenowe (np. most na Oskole, obrzeża Kupiańska itd.), siejąc również dezorganizację na tyłach wroga, urządzając zasadzki. Jednym z takich oddziałów rajdowych jest grupa rozpoznawcza "Bars" z oddziału rozpoznawczego 25 Brygady Des-Szt, która pod Bałakleją wbiła się głęboko w pozycje npla. W jednym z przypadków urządziła zasadzkę na rosyjską kolumnę (...).

9 września natarcie SZU rozwijało się na Kupiańsk i Izium. Awangarda ukraińska miały podejść do miejscowości Senkowe, około 20 km na południe od Kupiańska, gdzie znajduje się ważny most na rzece Oskił (droga Kupiańsk-Izium) i na przedpole samego Kupiańska.

Dla utrzymania chwiejącego się frontu siły rosyjskie podciągały rezerwy pancerno-zmechanizowane, do przerzutu operacyjnego wojsk zastosowano również masowo ciężkie transportowe śmigłowce Mi-26 przewożące w szczere pola pod Kupjańskiem ludzi i sprzęt (MTLB, BMD-2). Rosyjskie rezerwy wchodziły do walki z marszu, wpadały w zasadzki, były niewystarczające do zatrzymania natarcia ukraińskiego, np. pod Kupiańskiem.

Wg stanu na 10 września obrona Kupiańska została oparta na rzece Oskoł: wschodnia część miasta z zakładami przemysłowymi jest kontrolowana przez siły agresora, natomiast zachodnia część została już zajęta przez ukraińską awangardę (1 batalion 92 BZmech).

Izium miał zostać opuszczony - najpewniej zgrupowanie operacyjne w rejonie Iziuma wykonuje odwrót (ucieczkę) za rzekę Oskoł, żeby uniknąć okrążenia.

defence24.pl

poniedziałek, 12 września 2022


Zgodnie z koncepcją Elisabeth Kübler-Ross nieuleczalnie chory pacjent i jego rodzina przechodzą pięć etapów akceptacji niechybnej śmierci. Są to: zaprzeczenie, gniew, negocjacje, depresja i akceptacja. W przekazach rosyjskich mediów odnaleźć możemy już trzy pierwsze stadia.

„Nawet porażki od zwycięstwa sam nie powinieneś odróżnić”. Ten cytat z Borysa Pasternaka rosyjscy propagandyści najwyraźniej przyjęli dosłownie. Po tym, jak wojska Rosji zaczęły doznawać porażek na charkowskim odcinku frontu, wydawało się, że retoryka telewizji powinna się zmienić. Ale nie, tak się nie stało. Propagandyści nie chcą uznać porażki.

W piątek 9 września o godzinie 18.00 było już wiadomo, że Siły Zbrojne Ukrainy odbiły Bałakliję i Szewczenkowe. W tym samym czasie prowadzący Rossija 1 opowiadali, jak rosyjskie wojsko niszczy tam ukraińskich żołnierzy.

– Na kierunek chersoński przerzucono świeże siły: ciężką artylerię, kolumny pancerne, haubice. „Krowy”, jak ich nazywają wojskowi, wspierane są przez oddziały specjalne w celu odparcia ataku przeważających sił przeciwnika. Zaciekłe walki toczą się o miasto Bałaklija, SZU zmuszone są do ściągania odwodów, jednak lotnictwo Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji wykonało silne uderzenia w maszerujące kolumny. Na ziemi na SZU czekali już zwiadowcy wspierani przez jednostki czołgów. Mimo uderzenia na Bałakliję SZU szykowały kilka operacji, jednak siły przeciwnika zostały wykryte i zniszczone – powiedział telewidzom rosyjski parlamentarzysta i propagandysta Jewgienij Popow.

„Porażka, odwrót, katastrofa”. Rosyjskie kanały w Telegramie rozkwitły katastroficznymi nagłówaki i tekstami. W tym samym czasie telewizyjni prezenterzy kontynuowali swoją opowieść o zwycięstwach.

Najcięższym dniem dla rosyjskiej armii była sobota. Wtedy wojska Rosji zaczęły oddawać ogromne tereny, w tym stolicę okupowanej części obwodu charkowskiego – Kupiańsk oraz kluczowe miasto regionu – Izium. Zła sytuacja Rosjan na froncie zaczęła być widoczna dla wszystkich.

Mimo to w państwowej telewizji dalej żadnych wiadomości o odwrocie nie było. Dopiero późnym wieczorem na Pierwszym Kanale podano:

– Ministerstwo Obrony FR oświadczyło, że przeprowadzone zostało przegrupowanie rosyjskich wojsk. Siły znajdujące się w rejonach Bałakliji i Iziumu były przerzucone na kierunek doniecki.

Informacja ta pojawiła się na antenie już po relacji z obchodów Urodzin Moskwy, otwarcia najwyższego w Europie koła widokowego i innych stołecznych imprez.

Należy osobno podkreślić, że niczego o odwrocie oraz tym, że Bałakliję i Izium zajmują Ukraińcy, nie powiedziano. To znaczy, że według rosyjskich propagandystów widzowie telewizji nie powinni wiedzieć o porażkach na froncie.

– W gazetach, z których stary kniaź po raz pierwszy dowiedział się o porażce pod Austerlitz, było napisane, jak zawsze bardzo krótko i niezrozumiale o tym, że Rosjanie po błyskotliwych bataliach musieli zrejterować i rejteradę przeprowadzili we wzorowym porządku. Stary kniaź pojął z tej oficjalnej wiadomości, że nasi zostali wzorowo rozbici – napisał 150 lat temu w „Wojnie i pokoju” Lew Tołstoj, a jego słowa znów okazały się aktualne.

Najostrzej na obecne wydarzenia reagują patriotyczne kanały w Telegramie spod znaku Z. Niektóre z nich domagają się natychmiastowego zadania kilku uderzeń jądrowych w Kijów i zachodnią Ukrainę.

Telewizja nie widzi jeszcze takiej potrzeby. Większość prezenterów jest jeszcze w stadium odrzucenia, ale powoli pojawia się gniew.

– Dla Rosji nie istnieje pojęcie nieakceptowalnych strat. Wojna w dowolnej jej formie będzie trwać ile potrzeba – oświadczono w materiale NTW.

Ta myśl koresponduje z wypowiedzią Władimira Putina, który w tym tygodniu oświadczył, że „w wyniku specjalnej operacji wojskowej Rosja niczego nie straciła”.

Życie żołnierzy dla rosyjskich władz nie jest stratą. Najwyraźniej ludzkie życie nic dla nich nie znaczy. W poprzednich epokach w Rosji ukuło się hasło na takie okazje: „Baby nowych rodzą”.

Nie uznając porażek na froncie, rosyjscy propagandyści zaczęli co drugie zdanie wtrącać, że Rosja walczy nie z Ukrainą, a z całym światem. Trwa więc przygotowanie gruntu pod tłumaczenie niepowodzeń.

– Zamysł przeciwnika jest zrozumiały. Obecnie kijowski reżim przy wsparciu państw NATO, przy wsparciu natowskich doradców stara się wziąć w okrążenie rosyjską iziumską grupę wojsk – tłumaczył z frontu korespondent wojenny Jewgienij Poddubny.

Dodał przy tym: „Obrona Kupiańska jest stabilna. Są siły i środki, by stawiać opór ugrupowaniom reżimu kijowskiego.” Jak wiadomo, Kupiańsk został już odbity przez Ukraińców.

belsat.eu