poniedziałek, 22 sierpnia 2022


Z najnowszych danych i szacunków Gaz-Systemu wyłania się obraz mocnego spadku zużycia błękitnego paliwa. Operator poinformował, że od stycznia do lipca tego roku wolumen gazu, który przepłynął systemem przesyłowym wyniósł 11,7 mld m sześc.

To dokładnie 10 proc. proc. mniej niż w tym samym okresie 2021 r., kiedy to przesył był na poziomie 13 mld m sześc. Wolumeny te są w praktyce tożsame ze zużyciem gazu, Gaz-System wlicza do nich jeszcze eksport, który jednak w tym roku był pomijalny, a w zeszłym – niezbyt znaczący. Operator przewiduje też, że w całym 2022 roku zapotrzebowanie na usługę przesyłową spadnie do 18,4 mld m sześć. z 21,3 mld m sześc. w całym 2021. Prognoza ta jest oparta na własnym szacunku spadku zużycia gazu o 13,8 proc.

Jak widać, jesteśmy bardzo blisko europejskiego celu i to bez żadnych odgórnych nakazów oszczędzania. Gaz jest bardzo drogi i odbiorcy sami redukują jego zużycie. Widać to chociażby w półrocznych danych PGNiG. Gazowy koncern w I połowie roku sprzedał w Polsce o 7% mniej gazu, ale hamowanie jeszcze lepiej widać w segmencie największych odbiorców, gdzie spadek wyniósł aż 19%.

Przemysł reaguje w ten sposób na horrendalne ceny na rynku, które i tak jeszcze wzrosły. Wystarczyła zapowiedź 3-dniowego zatrzymania Nord Stream, aby ceny spot w Europie przekroczyły 260€ za MWh. Na pewno pociągnie to za sobą dalszy spadek zużycia. Chodzi nie tylko op duży przemysł – w najgorszej sytuacji są małe firmy. Polskie media są pełne doniesień o kolejnych niekoniecznie dużych biznesach w rodzaju barów czy piekarni, które przybite rachunkami albo ograniczają działalność, albo wprost ją zamykają. Tym tematem zamierzamy zająć się w najbliższym czasie.

Największy europejski konsument gazu, Niemcy także reaguje zgodnie z rynkowymi mechanizmami. Wstępne dane niemieckiego związku przemysłu energetycznego BDEW pokazują spadek zużycia o 14,7% w I półroczu w stosunku do 2021. Co prawda tegoroczna wiosna była cieplejsza, ale BDEW szacuje, że nawet biorąc pod uwagę wpływ wyższej temperatury, spadek konsumpcji wynosi co najmniej 8 proc. Ponieważ wytyczne Komisji Europejskiej nic nie mówią o uwzględnianiu pogody przy stopniu redukcji, to i Niemcy bez problemu powinny dojść do 15% w całym roku. Z danych BDEW wynika bowiem, że ograniczenie popytu się pogłębia. W czerwcu, a więc poza sezonem grzewczym, kiedy temperatura nie wpływa już na zużycie, spadek konsumpcji wyniósł bowiem 22,6%. 

Włochy to nie tylko czołowy konsument gazu, ale też państwo, w którego energetyce nie bardzo jest czym gaz zastąpić. Elektrownie węglowe są już od dawna pozamykane. Włosi dostali od KE niższy cel redukcyjny niż reszta Unii – tylko 7%. Co przekłada się na nieco ponad 4 mld m sześc. gazu. Italia w ramach uwalniania się od dostaw z Rosji zwiększyła import LNG, dostawy z Algierii i zaczęła sprowadzać znaczące wolumeny z Azerbejdżanu.

Rządowy program oszczędność zakłada spadek zużycia w tym roku o ok. 5 mld m sześc., czyli nieco ponad 9% zeszłorocznej konsumpcji. Ile to będzie w praktyce, dopiero się okaże, ale oszczędności mają mieć dość proste źródła, typu wyłączenie części nocnego oświetlenia ulic, galerii handlowych, itp. W kraju, gdzie prawie połowa prądu pochodzi z elektrowni gazowych, oszczędność energii elektrycznej od razu przeradza się to w znaczący spadek konsumpcji gazu.

Z danych niderlandzkiego urzędu statystycznego jasno wynika skala hamowania. O ile w styczniu 2022 zużycie gazu w Niderlandach było niższe o 23% niż przed rokiem, to w maju – gdzie temperatura nie odgrywa już takiej roli – spadło o 30% w stosunku do maja 2021. Za cały okres styczeń-maj 2022 zużycie było niższe od 26% od tego samego okresu zeszłego roku. Holendrzy słyną z oszczędności, a nawet ze skąpstwa, więc pewnie i tutaj pewnie dadzą radę. 

Najwięksi europejscy przemysłowi konsumenci gazu robią to, co dyktuje im rynek. Szczególnie widać to w europejskiej metalurgii. Koncern Nyrstar z początkiem września zatrzymuje produkcję w swojej hucie cynku w Bedel w Niderlandach. Przerwa zostanie wykorzystana na przeglądy urządzeń itp., ale nie wiadomo jak długo potrwa. Już w zeszłym roku Glencore wstrzymało produkcję cynku w swojej włoskiej hucie Portovesme. Po cynku kryzys gazowy uderza też w produkcję aluminium. Pod koniec września NorskHydro zatrzyma produkcję w Slovalco – hutę aluminium na Słowacji. Rumuńskie Alro już ograniczyło produkcję. 

Największe obawy mają Niemcy. Tam bije, jak to ładnie określił Bloomberg, „serce europejskiego przemysłu”. – “Wzrost cen energii jest tu większym dramatem niż gdzie indziej – mówił agencji Ralf Stoffels, szef BIW Isulierte Stoffe, producenta silikonowych części dla przemysłu samochodowego i lotniczego. – Obawiam się stopniowej deindustrializacji niemieckiej gospodarki.

Fabryki u naszych zachodnich sąsiadów przestawiają się tam gdzie to tylko możliwe na olej opałowy, w rezultacie import tego surowca z Rosji wzrósł w ostatnich miesiącach niemal o połowę. BMW, które ma 37 małych elektrociepłowni gazowych zasilających fabryki, rozważa przestawienie się na prąd z sieci. Ale czy będzie on dostępny, tego nie wiadomo. – Jeśli przemysł będzie musiał skracać tydzień pracy i redukować płace z powodu kryzysu energetycznego to zrobi się nerwowo – mówi Bloombergowi Martin Devenish z S-RM Intelligence & Risk Consulting. – Ryzyko niepokojów społecznych jest niedoceniane.

W Polsce pierwszą oznaką problemu może być krok Zakładów Azotowych Puławy, które w pierwszej dekadzie sierpnia ograniczyły o produkcję melaminy do 20% mocy wytwórczych. Melamina służy głównie do produkcji żywic o szerokim zastosowaniu, a wytwarza się ją z mocznika. Ten z kolei produkuje się z amoniaku w syntezie, gdzie surowcem jest metan, czyli gaz ziemny. ZA Puławy tłumaczą czasowe ograniczenie produkcji wysokimi cenami gazu i nieatrakcyjnymi warunkami sprzedaży melaminy. Spółka podkreśliła, że na teraz trudno oszacować negatywne skutki finansowe tego kroku.

PKN Orlen, największy konsument gazu w Polsce poinformował, że „od końca 2021 roku wdrażał dodatkowo działania po stronie technologicznej zmniejszające zależność zakładu głównego w Płocku od dostępności gazu ziemnego”. W drugim półroczu 2022 r. o 8 proc. spadła też (rok do roku) produkcja prądu z gazowych elektrociepłowni koncernu. Jak czytamy w sprawozdaniu za drugie półrocze stało się to „w efekcie niekorzystnych warunków makroekonomicznych dla jednostek gazowych”.

wysokienapiecie.pl

Rosyjscy rekruterzy do wojska prawdopodobnie pozwalają rosyjskim ochotnikom zachowywać się w sposób bezprawny i chaotyczny podczas szkolenia, przed ich rozmieszczeniem na Ukrainie, aby nie zniechęcać ograniczonej liczby zainteresowanych rekrutów. Rosyjska platforma opozycyjna Verstka przeprowadziła wywiady z 12 mieszkańcami Mulino w Niżnym Nowogrodzie i zebrała w mediach społecznościowych skargi od mieszkańców, którzy omawiali zachowanie wolontariuszy w mieście. Mulino jest domem dla ogromnego rosyjskiego poligonu wojskowego i podobno jest bazą dla nowego 3 Korpusu Armii. Miejscowi powiedzieli Verstce że „kilka tysięcy żołnierzy” przybyło do Mulino przed rozmieszczeniem w Donbasie, a sześć grup o nieokreślonej wielkości przeszło od lipca szkolenie (i są przypuszczalnie na Ukrainie). Miejscowi stwierdzili, że ochotnicy są głównie w wieku od 40 do 50 lat, co potwierdza wcześniejsze obserwacje ISW, że niektórzy rekruci wydają się być starsi niż tradycyjny wiek dla nowych i surowych rekrutów. Mieszkańcy Mulino poinformowali, że wolontariusze popełniają rabunki, nękają kobiety, podżegają do bójek i intensywnie nadużywają alkoholu, po tym jak ich dni treningowe kończą się o siódmej wieczorem. Władze Mulino podobno rozpoczęły patrolowanie miasta od zeszłego tygodnia, ale mieszkańcy spekulują, że lokalna policja wypuszcza aresztowanych wolontariuszy, ponieważ są potrzebni do rozmieszczenia na Ukrainie.

Verstka Raport być może wskazuje, że rosyjskie władze wojskowe nie chcą dyscyplinować tych nowych rekrutów, zwabionych do służby wielkim kosztem i wysiłkiem. Brak dyscypliny i de facto odporność na dyscyplinę podczas szkolenia najprawdopodobniej przełoży się na słabo wyszkoloną i uprawnioną siłę ochotniczą, przyzwyczajoną do popełniania przestępstw i braku konsekwencji za nie. Takie zachowanie wśród wolontariuszy może prowadzić do konfliktów z innymi rosyjskimi żołnierzami, nieposłuszeństwa, nadużywania alkoholu i narkotyków, grabieży i potencjalnej wiktymizacji Ukraińców na okupowanych terenach. Raport potwierdza również, że siły rosyjskie wysłały na Ukrainę pewne nieokreślone grupy ochotników po krótkim okresie szkolenia. Wiek wolontariuszy oraz zgłaszane zachowania przestępcze i uzależnienie od używek wskazują również, że rosyjscy rekruterzy do wojska walczą o jakichkolwiek ochotników, niezależnie od przeszłości kryminalnej, wieku czy doświadczenia wojskowego. Negatywne komentarze mieszkańców na temat rekrutów mogą też w przyszłości zaszkodzić opinii o rosyjskich Siłach Zbrojnych, potencjalnie jeszcze bardziej zmniejszając i tak już niską skłonność do służby wojskowej wśród Rosjan.

Opozycyjna rosyjska Nowaja Gazeta poinformowała, że 33 rosyjskie podmioty federalne tworzą 52 bataliony ochotnicze i jednostki wojskowe. Nowaja Gazeta ustaliła również, że Kreml tworzy 10 innych formacji wojskowych – w ramach prywatnych firm wojskowych (PKW) Wagner i Redut, oddziałów kozackich, Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej (DNR i ŁNR) oraz Rezerwy Armii Bojowej (BARS) – które konkurują o wolontariuszy. Nowaja Gazeta poinformowała, że rosyjskie Ministerstwo Obrony nadzoruje rekrutację do regionalnych batalionów ochotniczych, programu BARS (obejmującego jednostki „Rusich”, „Legion Imperski”, „Legion Ruski” i „Sojuz Dobrowolcew Donbasa”) oraz Redut (w tym m.in. batalionu „Weteran” i Brygady Kozackiej „Don”). Wagner również selektywnie rekrutuje ochotników, a DNR i LNR tworzą Batalion Ochotniczy „Sparta” i Brygadę Ochotniczą „Piatnaszka”. W raporcie stwierdzono, że rosyjskie jednostki ochotnicze szkolą się w następujących rejonach: Olgino, Severyanin i Ługa (wszystkie w pobliżu Petersburga); Mulino; poligon Kazańskiej Wyższej Szkoły Dowodzenia Czołgami; na południowy wschód od Tambowa; Tockoje; oraz Bambyrovo i Ussuriyskiy Zaliv (oba w Kraju Nadmorskim). Wolontariusze PKW przechodzą szkolenie w pobliżu Rostowa nad Donem, Molkino (Kraj Krasnodarski).

Rosyjscy rekruterzy do wojska nadal obiecują ekstrawaganckie stawki mężczyznom, którzy podpisują kontrakty wojskowe i są częścią jednostek, które zdobywają terytorium na Ukrainie. Wojskowe Centrum Rekrutacyjne Miasta Armavir w Kraju Krasnodarskim opublikowało ogłoszenie, w którym obliczono, że szeregowiec może zarobić 1,9 miliona rubli (około 32.000 dolarów) w ciągu jednego miesiąca, jeśli jednostka jest w natarciu o kilometr dziennie. Rekruterzy obiecali każdemu żołnierzowi 50.000 rubli (około 840 dolarów) za każdy kilometr, który rekrut pokonuje na linii frontu. Rosyjscy poddani federalni starają się średnio zwerbować oddział ochotniczy złożony z 350 osób, więc jeśli cała hipotetyczna jednostka posunie się o kilometr (i wszyscy w niej przeżyją), Kreml będzie winien zapłatę w wysokości 17,5 mln rubli (około 294 tys. USD). Ta reklama ujawnia kilka ważnych informacji o tym, jak Rosja walczy na tej wojnie i stara się znaleźć żołnierzy, którzy nadal będą to robili. Po pierwsze, zakłada dzienne tempo postępu podobne do wzorców z I wojny światowej – 30-kilometrowy postęp w ciągu miesiąca jest niewiarygodnie powolnym tempem postępu naprzód dla sił zmechanizowanych, ale zgodnym z tempem zaawansowania sił rosyjskich w ostatnich miesiącach, kiedy w ogóle się posunęli naprzód. Po drugie, pokazuje, jak desperacko rekruterzy próbują nakłonić mężczyzn do dołączenia do jednostek ochotniczych i jak trudno im ich znaleźć. Po trzecie, pokazuje, że Kreml wciąż próbuje rozwiązać swoje problemy kadrowe, rzucając w nich pieniędzmi, aby zachęcić do wolontariatu, a nie rozważając przymusu. 

understandingwar.org

Impuls sił rosyjskich spowodowany zdobyczami terytorialnymi wokół Bachmutu i Awdijiwki pod koniec lipca prawdopodobnie się wyczerpał, a rosyjskie ataki na wschodniej Ukrainie przypuszczalnie osiągną punkt kulminacyjny, chociaż bardzo niewielkie rosyjskie postępy będą być może kontynuowane. Siły rosyjskie zajęły Novoluhanske i Vuhlehirska Thermal Power Plant (TPP) na południowy wschód od Bachmutu odpowiednio 25 i 26 lipca, konsolidując rosyjską kontrolę nad trudnymi terenami po wielu tygodniach walk. Źródła rosyjskie świętowały te zdobycze jako znaczące zwycięstwo militarne, nie zauważając, że ukraińskie siły wojskowe z powodzeniem zerwały kontakt i wycofały się z tego obszaru. Siły rosyjskie świętowały także zdobycie ukraińskich fortyfikacji wokół szybu wentylacyjnego Kopalni Węgla Kamiennego Butivka na południowy zachód od Awdijiwki, po tym jak 30 lipca siły ukraińskie wycofały się z tego obszaru. Siły rosyjskie w ograniczonym stopniu wykorzystały te zdobycze i atakują w kierunku Bachmutu z północnego wschodu i południowego wschodu oraz wokół Awdijiwki, ale ataki te są teraz w martwym punkcie.

Niepowodzenie sił rosyjskich w kapitalizacji wcześniejszych zdobyczy wokół Bachmuta i Awdijiwki jest przykładem bardziej fundamentalnego rosyjskiego problemu militarnego – wykazanej niezdolności do przełożenia taktycznych zdobyczy na sukcesy operacyjne. Siły rosyjskie konsekwentnie nie wykorzystywały przełomów taktycznych do manewrowania na ukraińskich tyłach lub odryglowania znacznej części ukraińskich linii obronnych. Dlatego nieustannie dają Ukraińcom czas na taktyczne wycofanie się i ponowne ustanowienie pozycji obronnych, przeciwko którym Rosjanie muszą następnie przeprowadzić nowe, celowe ataki. Zjawisko to wyjaśnia niezwykle powolne tempo rosyjskich postępów na wschodzie i wyraźnie sugeruje, że w najbliższych miesiącach Rosjanie nie będą w stanie zająć znacznie większego pola, chyba że sytuacja rozwinie się w nieprzewidziany sposób. Siły rosyjskie zapewne nie dadzą rady przeznaczyć wystarczających zasobów na jakąkolwiek operację ofensywną, aby odzyskać rozmach niezbędny do znaczących postępów terytorialnych, które przełożą się na sukcesy operacyjne.

understandingwar.org

niedziela, 21 sierpnia 2022


Namawiam, by nie wyciągać pochopnych wniosków i nie wyrokować jeszcze, kto dokładnie zabił córkę Aleksandra Dugina, który — co warto przypominać, zwłaszcza publicystom z Zachodu — jest ikoną, ale marginalną.

Dugin, owszem, dużo mówi, ale o niczym nie decyduje. Zwracam natomiast uwagę na fakt, że zaraz po tym morderstwie cześć propagandystów, zwłaszcza na prokremlowskim kanale Nezigar na Telegramie, zaczęła nazywać go "ofiarą sakralną", która powinna zapoczątkować całkowitą czystkę zdrajców i "piątej kolumny" wewnątrz Rosji.

Poprzedni post kanału Nezigar, który opublikował także kanał Dugina, informuje, że "rozpaczliwy opór kijowskiego reżimu atlantycko-nazistowskiego wymaga od Rosji dokonania istotnych przekształceń wewnętrznych".

Ten post gani Putina za próbę rządzenia tak, jakby nie było wojny i jest pisany z pozycji Girkina (byłego pułkownika FSB i byłego dowódcy prorosyjskich bojówek w Donbasie), czyli imperialnego skrzydła oficerów tajnych służb, którzy domagają się powszechnej mobilizacji i totalitaryzmu w celu "konfrontacji z euroatlantyckim Zachodem". Z Putinem lub bez niego.

Możemy więc stwierdzić, że na Kremlu rozpoczął się pokazowy mecz, w którym głowę podnoszą zwolennicy powszechnej mobilizacji i triumfu totalitaryzmu. Ukraińcy bombardują Krym. Rosja nie ma czym zareagować. Girkin idzie na front ze starym paszportem z przykrywką, wydanym zapewne nie bez udziału rosyjskiego wywiadu. Następuje uderzenie na siedzibę Grupy Wagnera w Popasnej.

I jakoś tak nagle następuje to doniosłe morderstwo.

(...)

Tydzień temu zapytałam Ołeksija Arestowycza, doradzę prezydenta Wołodymyra Zełenskiego: "Jak Putin odpowie na uderzenia na Krym?". Problem w tym, że Putin nie ma czym odpowiedzieć. Jego oddziały doskonale zajmują się imitacją działań agresywnych. Udają, że atakują, nie atakując. Oddziały rzucone pod Chersoniem zostają przecięte na trzy części, a ukraińskie lotnictwo likwiduje obronę przeciwlotniczą.

(...)

Wojska rosyjskie wystrzeliły z Morza Czarnego w kierunku Kijowa cztery Kalibry, a nad Dniepropietrowskiem wszystkie cztery zostały przechwycone. Ukraińskie ATACMS (a zakładam, że są to ATACMS), bezkarnie rozbijają składy wojskowe na Krymie. Wszystko, co się dzieje, to wciąż tylko strzelanina.

Owszem, wojska ukraińskie nie posuwają się naprzód, bo nie mają pojazdów pancernych, ale uderzenia na Krym szkodzą wizerunkowi Putina.

Na to wszystko trzeba jakoś odpowiedzieć, a problem polega na tym, że Putin nie ma jak odpowiedzieć z zewnątrz.

Więc odpowie od wewnątrz. Odpowie tam, gdzie jest to łatwiejsze. Jeszcze raz: w żadnym wypadku nie spieszyłbym się z wymienieniem sprawców tego morderstwa. W obecnej gorącej atmosferze nienawiści wszystko jest możliwe.

Ale jeśli jest to ukraińska operacja, to nie jest jasne, dlaczego wybrali jako pierwszy cel nie kogoś z wojskowych, którzy zabili w Buczy — na których poprzysięgli publiczną zemstę — ale człowieka marginalnego.

onet.pl

Jeśli wybuchy na Krymie wstrząsnęły rosyjskimi mediami w ostatnich tygodniach, to wczorajszy zamach na Darię Duginę (Płatonową), córkę znanego rosyjskiego propagandysty, można porównać do wybuchu nuklearnego, pod względem medialnego efektu. Zebraliśmy i przetłumaczyliśmy najciekawsze reakcje wielu rosyjskich influencerów, polityków i ekspertów wojskowych. Wiele z tych reakcji podważa ukraiński ślad w tym zamachu.

Należy zauważyć, że szczegóły wydarzenia dopiero teraz zaczynają docierać do opinii publicznej. Po tym incydencie rosyjskie oficjalne serwisy informacyjne wprowadziły całkowitą blokadę informacyjną, w czasie której przez kilka godzin żadne ze znaczących rosyjskich źródeł informacyjnych nie donosiło o wydarzeniu. Dopiero po północy w Rosji tak zwany przywódca „DPR” Puszilin ogłosił śmierć kobiety, co jest z pewnością niezwykłe, biorąc pod uwagę, że eksplozja miała miejsce w rejonie Moskwy, z dala od rozdartego wojną Donbasu.

Zaraz po wiadomościach większość komentarzy pochodziła z różnych kanałów Telegram prowadzonych przez wspomniane znane osobistości z Rosji. Większość potępiła atak i bezpośrednio obwiniała za niego Ukraińców. Ale kiedy odkładaliśmy wiadomości na około 12 godzin, zaczęły pojawiać się ciekawsze wnioski.

(...)

Ukraiński dezerter i polityk Oleg Cariow otwarcie kwestionuje ważność Dugina jako ofiary ataku Ukraińców, mówiąc, że nie byłby celem o wysokim priorytecie:

Bardzo dziwny wybór celu. Teraz w ukraińskiej telewizji usilnie starają się powiedzieć widzom, kim jest ten Dugin. Dugin był najsłynniejszym na Zachodzie współczesnym filozofem rosyjskim. Wkład Aleksandra Dugina w świat idei i filozofii jest bezprecedensowy, ale na Ukrainie był on bardzo mało znany. Aleksander Gelyevich z definicji nie mógł mieć konfliktów biznesowych. Nie mam wątpliwości, że wielu próbowałoby zakołysać łodzią i obwiniać władze rosyjskie, ale dzięki Bogu okres tarcia Dugina z władzami już dawno minął. Zarówno ojciec, jak i córka byli często zapraszani na kanały federalne. Sugeruje to, że ich punkt widzenia pokrywał się z państwowym mainstreamem. I nie znam rządu bardziej tolerancyjnego wobec swoich krytyków, jak obecny rosyjski.

Ten atak terrorystyczny nie do końca wpisuje się w logikę podejmowania decyzji na Ukrainie. Komik jest na czele państwa. Dla niego najważniejszy jest aplauz publiczności. Spójrz, armie są rzucane na rzeź ze względu na piękny obraz. Wydaje mi się, że Ukraina wybrałaby cel ważniejszy dla mediów.

Jeśli spojrzysz na to, z kim skrzyżowała ścieżki Dasha, wersji jest jeszcze mniej. Wydaje mi się, że jeśli sprawców nie uda się zatrzymać w najbliższym czasie, to niestety sprawa pozostanie nierozwiązana.

(...)

Projekt reportera wojennego WarGonzo, który był mocno zaangażowany w relacjonowanie wojny na Ukrainie ze strony rosyjskiej, twierdzi, że nie była to pierwsza próba ataku w sercu Rosji i że „dobrze zorganizowana siatka” dywersantów działa w regionie moskiewskim:

W ostatnich tygodniach w stolicy udaremniono co najmniej dwa kolejne ataki terrorystyczne. Nie mamy moralnego prawa mówić, przeciwko komu dokładnie były skierowane, ale zapewniamy, że terrorystom udało się zajść wystarczająco daleko. Zawsze jesteśmy przeciwni paranoicznym polowaniom na czarownice (jesteśmy za obiektywną i prawdziwie kompetentną oceną sytuacji), ale trzeba przyznać, że przynajmniej w jednym przypadku terroryści nie byliby w stanie przemycić IED bez pomocy agenta wewnątrz systemu. Tragedia Darii Duginy, która miała miejsce w tym terrorystycznym kontekście, również pokazuje, że nie był to tylko jakiś radykalny psychopata, który został zwerbowany dla rzadkiego i przypadkowego szczęścia SBU. Działała dobrze zorganizowana sieć. Działała rozważnie, metodycznie i skoordynowanie. Faktycznie, w stolicy częściowo przeprowadzono atak terrorystyczny. Nie, teraz do nikogo nie dzwonimy. Ale musimy zmierzyć się z prawdą. Za późno na panikę. Nie ma na to środków ani czasu. Najprawdopodobniej nie jest to ostatnia komórka wykorzystywana przez terrorystów z UG („Państwa Ukraińskiego”). Będzie więcej. Im szybciej naprawdę zdamy sobie z tego sprawę, tym szybciej możemy wygrać.

Dość obszerna "analiza" przeprowadzona przez wpływową grupę reporterską Rybar wyraźnie stwierdza, że Ukraińcy nie mają nic wspólnego z atakiem, a za tym muszą stać szersze mocarstwa zachodnie:

Morderstwo Daszy Duginy: sprawcy, organizatorzy i przyczyny – analiza Rybara.

Postawmy sprawę jasno: szczerze wątpimy, czy to Ukraińcy stoją za zabójstwem Daszy Duginy. Ponieważ większość zespołu projektowego @rybar znała Dashę i pracowała z nią razem, postanowiliśmy podzielić się naszą wizją sytuacji.

Ale czekaj, Ukraińcy na tym korzystają!

Ukraińcy są gotowi wziąć odpowiedzialność za wszystko i wykorzystać media, aby każdą porażkę Rosji obrócić na swoją korzyść.

Możesz być liberałem i śpiewać pochwały armii ukraińskiej, którą zaopatruje cały świat, ile chcesz, pisać pochlebne ody do ukraińskich centrów informacyjnych, których działaniami kierują brytyjscy specjaliści, a także podziwiać pracę ukraińskie siły specjalne, pod których „legendą” działają jednostki SAS.

Nie jesteśmy skłonni bagatelizować niebezpieczeństwa projektu antyrosyjskiego, nie doceniać możliwości ukraińskiego Sztabu Generalnego i wojsk. Ale doskonale zdajemy sobie sprawę, że „Ukraińcy” mają tylko kolor flagi, a za wszystkim innym stoi zbiorowy Zachód.

I nie można zaprzeczyć obiektywnej rzeczywistości: typowy zachodni Ukrainiec jest mistrzem łagodzenia zachodnich partnerów w dzień, a wieczorami przedstawia się z pistoletem jako wściekłość całego cywilizowanego społeczeństwa. Który może nawet wystrzelić.

Ukraińcy potrafią zrobić drona z gówna i patyków, i zrzucić minę na kwaterę dowództwa Floty Czarnomorskiej. Ukraińcy potrafią napompować w mediach kibel wysadzony w Niżnym Tagile, ukazując to jako największe zwycięstwo ukraińskich dywersantów.

Próbować zlikwidować ojca wielkoruskiego nacjonalizmu? Nie ich poziom, nie ich charakter pisma, nie ich styl.

– Ok, ale kto wtedy? Żydzi? Brytyjczycy? Amerykanie? Sataniści?

Zawsze w takich przypadkach należy zadać typowe pytania: Cui bono? Cui prodest?

Dopóki Aleksander Dugin „pozostawał w grze” i odgrywał znaczącą rolę w kwestiach ideologicznych za Władimira Putina, nikt go nie dotykał. Ale około 2018 roku zaczął stopniowo przechodzić na emeryturę. I w takich sprawach – kiedy dana osoba zajmuje się innymi ważnymi i denerwującymi rzeczami – wejście jest zawsze rublem, a wyjście w ogóle nie jest zapewnione.

A za pomysły dotyczące nacjonalizmu wielkoruskiego wielu chciało żywcem zerwać skórę Dugina. Jest to wystarczający powód nie tylko do negatywności, ale do osobistej nienawiści ze strony sił zewnętrznych, których nawiedza istnienie Rosji na mapie świata.

Można przypuszczać, że niektórzy specjaliści – z pomocą z wewnątrz Rosji – pod postacią uchodźców wkroczyli na terytorium Rosji z Ukrainy i przeprowadzili operację, w wyniku której przez pomyłkę zginęła Dasza. Ale jest zbyt mało danych, aby z całą pewnością stwierdzić, kto dokładnie był sprawcą. Tak, i to nie jest takie ważne.

Ale organizatorzy – są tam, siedzą na trybunach transhumanistycznych ONZ, OBWE, UE i NATO.

Ale to jest atak terrorystyczny w samym sercu Rosji, to nawet nie są regiony graniczące z Ukrainą!

TAK. A to czyni go jeszcze bardziej szalonym.

Bo jeśli w regionach Briańsk, Kursk i Biełgorod już zrozumieli, że istnieje prawdziwa wojna o przetrwanie, to tutaj, w centrum, wydarzenia na Ukrainie są postrzegane jako irytująca opera mydlana.

Już sam fakt, że coś takiego jest możliwe, a tym bardziej nie gdzieś na pograniczu, ale w Moskwie, wywołuje głęboki żal.

A jeśli rządzący nie wyciągną wniosków z tej tragedii, to... Ktoś inny będzie musiał wyciągnąć wnioski.

wartranslated.com

Wszystko wskazuje na to, że Daria Dugina zginęła zamiast swojego ojca, gdyż miała, według wstępnych doniesień, skorzystać z jego samochodu w którym, jak wszystko na to wskazuje, zainstalowana była bomba.

Teoretycznie istnieją cztery hipotezy co do sprawców. Za zamachem mogły stać:
  • służby ukraińskie, dla których Dugin był logicznym celem;
  • partia wojny w rosyjskich służbach, które mogły chcieć zamordować Dugina (lub jego córkę) po to, by następnie wskazać palcem na służby ukraińskie jako sprawców i przez to doprowadzić do spadku poparcia dla Ukrainy na Zachodzie;
  • partia pokoju w rosyjskich służbach, która – jeśli chce zwyciężyć – musi doprowadzić do wygaszania nastrojów nacjonalistycznej histerii, a to nie jest możliwe bez zastraszenia czołowych propagandzistów rozkręcających wojenną histerię;
  • Kreml, który ma coraz więcej powodów, by obawiać się hipernacjonalistów na własnym zapleczu.
Śmieć córki Dugina — jeśli potwierdzą się informacje o tym, iż jechała samochodem ojca — oznacza, iż nie miał on dostatecznej ochrony. To by z kolei oznaczało, że rosyjskie elity nie czuły się zagrożone. Fakt, iż to się zmieni to dobra wiadomość. Z drugiej strony Rosjanie doszli do takiego poziomu szowinistycznego szaleństwa, że – zakładając, że za zamachem stały ukraińskie służby (lub też, jeśli nawet za nim nie stały, ale zostaną o to oskarżone) – nie zrozumieją, że był to odwet. Rosjanie są przekonani, że oni Ukraińców zabijać mają prawo, ale gdy sami giną, traktują to jako niesprowokowany niczym atak, na który mają prawo odpowiedzieć.

onet.pl

sobota, 20 sierpnia 2022


W ramach planu redukcji zależności od rosyjskich surowców energetycznych Komisja Europejska (KE) 8 marca 2022 roku przedstawiła propozycję zmniejszenia zależności Unii Europejskiej (UE) od rosyjskiego gazu o dwie trzecie do końca 2022 roku i uniezależnienia się od wszystkich rosyjskich paliw kopalnych do 2030 roku. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosiła, że Unia Europejska  będzie dążyć do wprowadzenia zakazu importu rosyjskiej ropy naftowej do końca 2022 roku.

Jeśli w tym roku UE nie będzie miała wystarczającej ilości rosyjskiego gazu, aby przetrwać kolejny sezon grzewczy będzie musiała uzupełnić deficyt gdzie indziej. Po części próbuje to zrobić poprzez import większej ilości gazu LNG od znanych już dostawców takich jak USA i Katar

W związku z tym, że Europa poszukuje różnych źródeł dostaw gazu, kontynent afrykański staje się dobrą alternatywą na pozyskanie tego surowca. Widać to po ostatnich wizytach europejskich przywódców w państwach Afryki, np: wizyta premiera Włoch w Algierii jak również wizyta kanclerza Niemiec Olafa Scholza w Senegalu w maju 2022 roku.

Europejscy przywódcy pokładają duża nadzieję w dostawach gazu z czarnego lądu dlatego wzmożono rozmowy do wznowienia inwestycji z Europy w projekty związane z gazem ziemnym w Afryce. Dotychczas eksport gazu ziemnego z Afryki do Europy odbywa się przede wszystkim za pomocą dwóch mechanizmów: transportu rurociągami oraz przewozu skroplonego gazu ziemnego tankowcami z portów gazowych. Z uwagi na dynamiczną sytuację na Ukrainie, Europa chce zainwestować w oba rodzaje infrastruktury w celu przyspieszenia eksportu gazu.

Dyskusje między krajami afrykańskimi, takimi jak Algieria, Nigeria i UE, dotyczące budowy i uruchomienia nowych rurociągów oraz rozbudowy istniejących, takich jak Gazociąg Transsaharyjski (TSGP) i podmorski Gazociąg Nigeria-Maroko (NMGP), nabrały tempa. Algieria, Niger i Nigeria również prowadziły rozmowy między sobą i utworzyły w czerwcu 2022 roku grupę zadaniową w celu ożywienia propozycji TSGP. Deklarowana przepustowość gazociągu ma wynieść 30 miliardów metrów sześciennych rocznie. Finansowanie projektu będzie pochodzić z UE, a władze Nigerii prowadzą obecnie rozmowy w odniesieniu do dokładnych zasad finansowania.

Czołowe europejskie spółki mocno spenetrowały gazowe inwestycje w Afryce, aby zwiększyć dostawy LNG do Europy. British Petroleum zdecydowało się nadać priorytet pierwszej fazie projektów gazowych Yakaar-Teranga i BirAllah odpowiednio w Senegalu i Mauretanii. Yakkaar-Teranga to rozległe pole gazowe o dużych zasobach, którego komercyjne wydobycie ma się rozpocząć od 2024 roku. Natomiast projekt BirAllah w Mauretanii ma przynosić 2,5 mln ton gazu ziemnego rocznie począwszy od 2023 roku.

W pobliżu tych dwóch obiektów znajduje się projekt Greater Tortue Ahmeyim LNG, prowadzony przez British Petroleum. Projekt ma na celu rozpoczęcie produkcji wydobycia gaz od 2023 roku z wydajnością 2,5 miliarda metrów sześciennych ton rocznie. Londyński Shell zaplanował ponowne skupienie się na projekcie rozwoju Tanzania LNG o wartości 30 miliardów dolarów, którego celem jest budowa terminalu eksportowego LNG na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, podczas gdy włoska spółka naftowa ENI planuje zainwestować w projekt Coral FLNG w Mozambiku.

Powyższe wydarzenia pokazują, że zarówno Unia Europejska, jak i państwa afrykańskie starają się zacieśnić współpracę w celu przyspieszenia dostaw energii dla tych pierwszych. Obie strony postrzegają to jako działanie korzystne dla obu stron. Podczas gdy UE szuka prawdopodobnej alternatywy dla rosyjskiego importu energii, dochody państw afrykańskich prawdopodobnie zostaną zwiększone, ponieważ międzynarodowe ceny ropy naftowej w ostatnich kilku miesiącach wykazują wzrost. Odzew ze strony Afryki również jest pozytywna. Państwa takie jak Nigeria zapowiedziały, że są gotowe zwiększyć wydobycie, aby zaspokoić rosnący popyt w Europie. Podobnie prezydent Senegalu Macky Sall podkreślił w maju 2022 roku, że Senegal rozpocznie znaczące wydobycie gazu do 2023 roku, a następnie będzie dostarczał LNG na rynek europejski.

Afryka ma ogromny potencjał w postaci zasobów surowcowych, które sprawiają, że ma wyjątkową pozycję do zaspokojenia potrzeb energetycznych Europy. Szacuje się, że Afryka posiada 221,6 bilionów metrów sześciennych rezerw gazu ziemnego, co sprawia, że jest w stanie znacząco poprawić sytuację energetyczną Europy. Większość złóż znajduje się w posiadaniu Nigerii, Algierii i Mozambiku. Eksport gazu z Afryki Północnej zaspokaja około 7 procent całkowitej obecnej europejskiej konsumpcji gazu (39,5 mld metrów sześciennych). Istnieje więc możliwość dalszego zwiększania udziału eksportu do Europy. Ponadto narody afrykańskie posiadają więcej rezerw niż potrzeba na ich rynki krajowe, stąd potencjał eksportowy do Europy jest bardzo wysoki.

Dodatkowo, główną zaletą Afryki jest to, że posiada już istniejącą transkontynentalną infrastrukturę rurociągową, która jest połączona z szerszą siecią europejską. Trzy rurociągi łączące Afrykę z Europą to: Transmed, z Algierii do Włoch (przez Tunezję), Medgaz, z Algierii do Hiszpanii (droga morska) oraz Greenstream, który łączy Libię z Sycylią. Wspomniane wcześniej nowe gazociągi, takie jak TSGP i NMGP mogą skutecznie wykorzystać istniejącą już sieć gazociągów transkontynentalnych i być w odpowiedni sposób zintegrowane.

biznesalert.pl

Śmigłowcowy desant w Hostomelu, na tzw. lotnisko "Antonowa", był jednym z najważniejszych wydarzeń pierwszego dnia wojny, który miał wpływ na przebieg pierwszej fazy całej kampanii kijowskiej. Przypuszcza się, że celem desantu było opanowanie lotniska, zabezpieczenie możliwości przyjmowania samolotów transportowych, a zatem przyjęcie na lotnisku sił wzmocnienia - zmechanizowanego komponentu Wojsk Powietrznodesantowych (WDW) transportowanego samolotami Ił-76. Siły te mogłyby operować na bezpośrednim przedpolu Kijowa, a w kolejnych dniach lotnisko Hostomel przemieniłoby się w ogromny logistyczno-wojskowy hub.

Tak się jednak nie stało, walki o lotnisko przedłużały się, sam pas startowy był pod ukraińskim ostrzałem, desant samolotów transportowych w takich warunkach był niemożliwy, lub wiązał się zbyt wielkim ryzykiem. Powszechnie uważa się, że obrona lotniska, a zatem uniemożliwienie wykorzystania jego pasa startowego, była jednym z najważniejszych sukcesów ukraińskiej obrony na odcinku kijowskim, a sam desant zakończył się operacyjną porażką.

Tymczasem odmienna ocena tej sytuacji jest po stronie rosyjskiej, gdzie w RUNecie lansowana jest teza, również przez ekspertów militarnych, że desant przejdzie do historii, jako przykład bohaterskiej, udanej operacji rosyjskiej elity spadochronowej. Przedstawia się nawet tezę, że atak na lotnisko nie miał na celu przyjmowanie kolejnej fali desantu, ale związanie sił npla, aby ułatwić przemarsz pod stolicę sił pancerno-zmechanizowanych. Logicznym jest jednak, chociaż nie ma na to oficjalnego potwierdzenia, że celem desantu było szybkie opanowanie lotniska, jego zabezpieczenie i wzmocnienie siłami przerzucanymi samolotami Ił-76.

Taki scenariusz kreślony był już przez analityków przed wojną - rosyjskim celem będzie szybka operacja sił pancerno-zmechanizowanych i powietrznodesantowych na Kijów, co z chaosem wewnątrz miasta i dezorganizacją sił obrony, miało doprowadzić do upadku stolicy i kapitulacji rządu.

Taki scenariusz kijowski przewidywali np. analitycy z białoruskiego thin-thanku "Belarus Security Blog", którzy zwracali uwagę na to, że uderzenie z obwodu homelskiego na Kijów, pozwala na operację bez konieczności forsowania Dniepru. Przy uderzeniu dwoma drogami, po osi Jelsk-Owrucz-Irpień-Kijów i Narowla-Iwanków-Kijów, zgrupowanie operacyjne wchodziłoby do zachodniej części miasta, gdzie „mieści się większa część budynków administracji", a co więcej zachodnia kolumna może „zająć lotnisko, w którym potem mogą lądować IŁ-76MD z pododdziałami WDW".

Zakładając, że punkt ciężkości uderzenia na Kijów, już pierwszego dnia, miałby leżeć na siłach uderzeniowych nacierających z obwodu homelskiego, po zachodniej stronie Prypeci i Dniepru, w grę wchodziły dwa lotniska - lotnisko Antonow w Hostomelu, lub "głębiej" ulokowany port lotniczy Kijów-Żuliany, w mniejszym stopniu bardziej odległe lotnisko (baza lotnicza) w Wasylkowie. Port lotniczy Kijów- Boryspol w tym przypadku nie wchodził w grę, bowiem leżał po drugiej stronie Dniepru, raczej nie było możliwe dotarcie do niego tego samego dnia szpicy sił lądowych. Oczywiście lotniska ukraińskie, w tym te podkijowskie, uznawane były jako obiekty o strategicznym znaczeniu, i miały - w miarę możliwości - wcześniej wydzieloną ochronę.

Z perspektywy czasu, znając kierunki głównych natarć sił rosyjskich, lotnisko "Antonow", z długim na 3,5 km pasem startowym zdolnym przyjąć najcięższe samoloty, położone jest niemal idealnie - ok. 25-30 km od centrum kijowa, na zachodnim brzegu Dniepru, na drodze głównego uderzenia sił lądowych. Zdobycie lotniska Antonowa, Żuliany, czy Wasylkowa, umożliwiałoby przerzut dodatkowych sił na pokładach samolotów transportowych Ił-76 i An-124 i wejście do miasta, ewentualnie zamknięcie pierścienia okrążenia stolicy, od strony zachodniej, czy południowej.

Nie znamy jeszcze pełnego obrazu wstępnej fazy operacji kijowskiej, ale intrygujące jest, że przed 24 lutego wydzielona grupa samolotów Ił-76 i grupa taktyczna WDW przygotowana była również do klasycznej operacji powietrznodesantowej - desantowania sił i środków metodą spadochronową (włącznie z BMD). Mógł to być element dezinformujący, ale równie dobrze może to świadczyć o tym, że w warunkach korzystnych dla agresora, np. w sytuacji załamania się morale i obrony strony przeciwnej, zakładano nie tylko desanty śmigłowcowe, ale również klasyczny desant, ze zrzutem spadochronowym. Jeśli takie były plany, można przypuszczać, że desant taki odwołano, np. po niepokojących doniesieniach o wysokiej skuteczności ukraińskiej OPL, lub po prostu nadmiernego ryzyka takiej operacji, która łatwo mogłaby się skończyć masakrą samolotów transportowych i ogromnymi stratami.

Mimo, że operacja desantowa na lotnisko "Antonowa" w Hostomelu miała miejsce kilka miesięcy temu, wciąż trudno jest odtworzyć pełną chronologię wydarzeń. Kluczowym dzisiaj jest jednak konstatacja, że siły rosyjskie miały chyba dobrze rozpoznane siły i środki obrony lotniska, z kolei strona ukraińska przypuszczała, że są plany zajęcia tego lotniska.

Bezpośrednią obronę lotniska stanowiła kompanijna grupa taktyczna (KGT) ze składu hostomelskiej 4 Brygady Operacyjnej Gwardii Narodowej (GN), zwanej również Brygadą Szybkiego Reagowania, silnej i uznawanej za elitarną jednostki bojowej GN. W krótkiej, oficjalnej notce z 26 lipca, zamieszczonej na oficjalnej stronie ukraińskiej GN czytamy: "Kompanijna grupa taktyczna brygady (ukr. rotno-takticzna grupa) pierwsza podjęła walkę z elitarnymi rosyjskimi pododdziałami specjalnymi w rejonie lotniska "Antonow" (Hostomel), co odegrało kluczową rolę w obronie stolicy, nie pozwalając okupantom szybko przerzucić główne siły bezpośrednio pod Kijów".

Głównym celem desantu było najprawdopodobniej zajęcie i zabezpieczenie pasa startowego na przyjęcie ewentualnie samolotów transportowych. Pas zastawiony był pojazdami technicznymi, ale te można było szybko usunąć, oczyścić pas, zabezpieczyć perymetr bazy.

Taktyczny desant śmigłowcowy składał się prawdopodobnie z 2-3 fal, najpierw leciała grupa wsparcia, czyli śmigłowce szturmowe Ka-52, mająca za zadanie "wyczyszczenie" rejonu lądowania, a następnie grupa szturmowych Mi-24/Mi-35M i wielozadaniowych Mi-8AMTSz z desantem na pokładzie. Według kanału Zwiezda, śmigłowcowy trzon desantu stanowiło 8 Mi-24 jako osłona i 8 Mi-8 z transportowanym desantem.

Desantowała się z przyziemienia kombinowana grupa bojowa, prawdopodobnie ok. 200 żołnierzy z lekką bronią. Zakładano zapewne krótki opór, i szybkie połączenie się z siłami naziemnymi nacierającymi z terenu Białorusi, dlatego desant nie był nazbyt liczny, a przede wszystkim nie miał lekkich pojazdów, chociaż wsparcie zapewniała desantowana bateria moździerzy. Żołnierze wyposażeni byli w granatniki i ppk, natomiast grupa saperów w lekkie miotacze ognia RPO-97 i miny OZM-72 i MON-50. Co ciekawe materiał wideo z 26 lutego pokazuje ogień załogi moździerza 82 mm 45 Brygady, korygowany przez dron DIJ Mavic-2, być może ze wspomnianej baterii moździerzy.

Zakłada się, że główne siły śmigłowcowego desantu stanowili specnazowcy z elitarnej 45 Brygady WDW (Kubinka), jednakże najpewniej była to kombinowana grupa taktyczna sformowana na potrzeby zadania z różnych jednostek. Świadczy o tym fakt, że kapitan Iwan Romanow, uczestnik operacji desantowej, służył w 16 Brygadzie Specjalnego Przeznaczenia.

Jak wspomniano obronę lotniska organizowała kompania operacyjna (piechoty) GN, wsparta plutonem przeciwlotniczym z brygadowego dywizjonu OPL, uzbrojonym m.in. w wyrzutnie naramienne typu "Igła" (nad samą płytą lotniska z "Igły" zniszczono Ka-52). Śmigłowce szturmowe były pod ogniem przenośnych zestawów naramiennych, ale też broni maszynowej i działek 23 mm. Stanowiska ogniowe ulokowane były m.in. na zakrzaczonym polu wokół pasa startowego, atakowane były przez szturmowe Ka-52 ogniem broni pokładowej i niekierowanymi rakietami. Zaatakowana kompania otrzymała rozkaz wycofania się z lotniska. Wg wersji ukraińskiej kończyła się amunicja, kilku gwardzistów odniosło rany lub dostało się do niewoli, uwidoczniła się przewaga liczebna i ogniowa desantu. "Gdyby nie dali mi rozkazu (przyp. red. wycofania), bronilibyśmy się do ostatniego, a kiedy otrzymałem takie zadanie, trzy razy się upewniałem... Po tym jak odeszliśmy na bezpieczny dystans, ogniem artylerii poraziliśmy pas startowy, czym go uszkodziliśmy" - wspomina dowódca KGT.

Zamysł ukraińskiego dowództwa polegał prawdopodobnie na tym, żeby wycofać broniącą się w rejonie lotniska kompanię, rozproszoną na dużym terenie i przygniecioną ogniem, najpierw śmigłowców szturmowych, potem specnazu, a następnie uszkodzić pas ogniem artylerii, prawdopodobnie moździerzy.

Oczywiście po opanowaniu lotniska przez rosyjski specnaz, konieczne było przegrupowanie oddziałów 4 Brygady GN, podciągnięto świeże siły oraz wsparcie lotnicze, przystąpiono do kontrataków. Pas startowy znalazł się pod ogniem artylerii (moździerzy?), niemożliwe było jego dalsze użytkowanie, więc lotnisko nie nadawało się do lądowania lotniczego rzutu desantu.

Kluczowe walki o lotnisko "Antonow" trwały więc 24 lutego. Starcia w Hostomelu, również w rejonie lotniska, trwały jeszcze przynajmniej kilka dni, ale znaczenie strategiczne obiektu było już wówczas nieduże. Siłom agresora chodziło już tylko o odblokowanie specnazu, który miał walczyć kilka godzin, a bronił się na terenie lotniska 2-3 dni i przebicie się przez Hostomel, Irpień, Buczę do Kijowa.

Minister spraw wewnętrznych Ukrainy Denys Monastyrski stwierdził, że strona rosyjska miała dane na temat rozmieszczenia sił i środków obrony na lotnisku "Antonow". Zdanie to nie opiera się na żadnych dokumentach, ale jedynie na przekonaniu obrońców, którzy mieli wrażenie, że śmigłowce agresora atakują zamaskowane pozycje nad wyraz skutecznie. Monastyrski powołał się na rozmowy z obrońcami lotniska, którzy byli pod ogniem: "... mówili, że najprawdopodobniej wróg wiedział, gdzie rozmieszczone są nasze pozycje. Dlatego kilka punktów ogniowych było porażonych pierwszymi rakietami". Dalej Monastyrski sugeruje, że powodem mogła być działalność szpiegów i dywersantów "jacy działali w tym czasie, i którzy przyczynili się do tego, że w pierwszych chwilach wróg odniósł takie pewne sukcesy".

Szerszy kontekst tej sprawy to oczywiście problem kolaboracji, infiltracji agenturalnej struktur siłowych, czy działań sabotażowo-dywersyjnych, której pełna skala nie jest jeszcze znana, ale wciąż stanowi duży problem. Nie szukając daleko warto wspomnieć chociażby przykład działania agenturalnego, który 24 lutego doprowadził do kapitulacji bez walki oddziału GN stacjonującego w strefie wykluczenia w Czarnobylu, który to rejon stanowił obszar wyjściowy części sił uderzeniowych agresora.

Z drugiej strony są poważne poszlaki, żeby przypuszczać, że z kolei ukraińskie dowództwo wiedziało, a przynajmniej podejrzewało, że na lotnisku w Hostomelu ma/może lądować desant. Spodziewano się jakoby lądujących Ił-76, a przyleciały śmigłowce. W każdym bądź razie wygląda na to, że rano 24 lutego, a więc przed samym desantem, obronę wzmocnił pododdział Sił Specjalnych Operacji SZU. Z drugiej jednak strony słusznie zakładano, że obiektem npla będą we wczesnej fazie operacji stołeczne lotniska, i być może prewencyjnie wzmacniano ich obronę. Wiadomo, że rano 24 lutego do wzmocnienia obrony lotniska Kijów-Żuliany wydzielono pododdział jednostki specjalnej "Omega".

Opór na jaki natknięto się w rejonie lotniska w Hostomelu był silniejszy niż przypuszczano. Siły elitarnej 45 Brygady Rozpoznawczej, specnaz WDW, okazały się za słabe, żeby zabezpieczyć teren całego lotniska. Prawdopodobnie ma rację ukraiński specjals, ze wspomnianego pododdziały SSO SZU, który mówi "Oni nie byli przygotowani na tak silny opór. Planowali po prostu wysadzić desant i zająć pozycje, okopać się, albo przemieszczać dalej".

Strona rosyjska podkreśla "profesjonalizm" i bohaterstwo specnazowców, którzy desantowali się w Hostomelu. Powstaje legenda "200 Spartan" broniących lotniska przed przeważającymi siłami wroga, w tym również zachodnich najemników, operacja nazywana jest "unikalną", która przejdzie do historii.

Trzon legendy o heroizmie rosyjskich specnazowców powstaje na bazie, logicznego wydawało by się stwierdzenia, że skoro w Hostomelu bazowała elitarna 4 Brygada, to ona atakowała lotnisko, a zatem specnazowcy dawali odpór - przez dwa, trzy dni - przeważającym siłom wroga. Tymczasem przynajmniej część brygady (batalionowa grupa taktyczna) była wówczas w Donbasie, nie ma również potwierdzenia, że użyto w walkach czołgi tejże brygady. Na tą chwilę nie jesteśmy w stanie określić jakie rzeczywiste siły rzucono do kontrataku na lotnisko, z pewnością pas startowy i pozycje npla były pod intensywnym ogniem moździerzy, aktywne było ukraińskie lotnictwo.

Rosyjscy uczestnicy desantu wspominają, że pomoc nadeszła dopiero na drugi dzień, a więc po dwóch dobach walk, a niektórzy przesuwają ten termin dalej, twierdząc, że walczyli czekając na odsiecz nawet trzy dni. Wydaje się, że te różnice mogą wynikać z tego, że broniąc perymetru dużego obszaru lotniska (pas startowy, przyległe pola, budynki administracji, hangary itp.) niektóre grupy bojowe walczyły w izolacji od siebie, relacje z pola walki mogą się więc od siebie nieco różnić. Przykładowo grupa bojowa wspomnianego kpt Romanowa (zginął 24 kwietnia) broniła zabudowań administracyjnych lotniska. Od dziewiątej wieczorem 24 lutego do siódmej rano 25 lutego grupa miała odeprzeć jakoby cztery ukraińskie ataki, a pierwsze posiłki przybyły dopiero 25 lutego ok. 10.44, a więc drugiego dnia walk.

Uniemożliwienie wykorzystania lotniska w Hostomelu do przyjęcia większych sił powietrzno-desantowych miało wpływ na walki już pierwszego dnia operacji kijowskiej. Szybko okazało się, że jakikolwiek blitzkrieg i scenariusz krymski nie wchodzi w grę, a większe desanty śmigłowcowe i spadochronowe, przy dobrze zorganizowanej ukraińskiej obronie i dużym nasyceniu środkami OPL krótkiego zasięgu, mogą zakończyć się ogromnymi stratami.

defence24.pl

piątek, 19 sierpnia 2022


Temat bojkotów konsumenckich zachodnich firm w Chinach zgłębiono w raporcie "Purchasing with the Party: Chinese consumer boycotts of foreign companies, 2008–2021", przygotowanym przez Vikinga Bohmana i Hillevi Parup z think tanku Swedish National China Center.

Jakie jest źródło bojkotów? Po pierwsze rosnący w Chinach nacjonalizm, osiągający niepokojące rozmiary znane z Europy pierwszej połowy XX w., a podsycany przez dyskusje na chińskich platformach, w tym Weibo. Po drugie Pekin zauważył w nich skuteczne narzędzie nacisku w próbach podporządkowywania zagranicznych firm woli Komunistycznej Partii Chin i realizacji chińskiej polityki zagranicznej.

Pierwsze bojkoty konsumenckie w Chinach miały miejsce w 2008 r., a ich celem były francuskie przedsiębiorstwa. Przyczyną była krytyka chińskiej polityki w Tybecie przez prezydenta François Hollande’a. Oliwy do ognia dolał fakt, że w tym samym roku odbywały się w Pekinie letnie igrzyska olimpijskie.

Druga fala bojkotów nastąpiła w 2012 r. i objęła japońskie firmy, po tym jak Tokio znacjonalizowało sporne wyspy Senkaku.

Liczba bojkotów skokowo wzrosła po roku 2016 i trudno nie dopatrywać się tu korelacji z zaostrzającą się rywalizacją amerykańsko-chińską. Wyraźnie widać te tendencje przy analizie krajów pochodzenia bojkotowanych firm. Na pierwszym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone (27 przedsiębiorstw), a za nimi kolejno: Japonia (11), Francja (11), Niemcy (8) i Korea Południowa (6).

Dalej na liście znalazły się państwa, z którymi Chiny wchodzą w różne spory jak Wielka Brytania, Szwecja i Tajwan, uważany przez Pekin za zbuntowaną prowincję. Warto zaznaczyć, że bojkotom konsumenckim podlegają również starające się utrzymać poprawne relacje z Pekinem Malezja i Tajlandia, a nawet Południowa Afryka, która jest partnerem Chin w ramach BRICS.

W okresie 2008-2021 Bohman i Parup naliczyli łącznie 90 bojkotów konsumenckich. Aż 78 z nich przypada na okres od 2016 r. Najaktywniejszy pod tym względem był 2019 r., kiedy to przeprowadzono 34 kampanie.

Szwedzcy badacze wyróżnili pięć podstawowych przyczyn wywołujących bojkoty. Na pierwszym miejscu znalazły się zachowania postrzegane jako stanowiące naruszenie suwerenności ChRL. W tej grupie znajdują się wszelkie komentarze na temat Tybetu, Tajwanu i Hongkongu, które spowodowały łącznie 21 kampanii. Druga grupa związana jest zaś z działaniami postrzeganymi jako rasistowskie lub promujące uprzedzenia.

Warto bliżej przyjrzeć się tej grupie, bowiem zachodnie firmy często same narażają się na kłopoty. Przykładem jest wyjątkowo nietrafiona kampania Dolce & Gabbana z końca 2018 r., w której modelka Zuo Ye usiłowała jeść pizzę, spaghetti i cannoli pałeczkami. Spowodowało to wysyp oskarżeń o rasizm. Kampania D&G zakończyła się kompletną porażką i odwołaniem pokazu w Szanghaju. Z drugiej strony chińscy internauci nie stronią również od oskarżania modelek o “bycie nie dość chińskimi”. Doświadczyła tego np. Li Jingwen, gdy w kampanii reklamowej Zary widać było jej piegi. Sama zaś firma została oskarżona o rasizm i „obrzydzanie” Chinek.

Trzecią grupę bojkotów można określić jako nieformalne sankcje za sprzeczne z wolą Pekinu działania rządów państw pochodzenia konkretnych przedsiębiorstw. Najlepszego przykładu dostarcza Korea Południowa, która padła ofiarą bojkotów konsumenckich i innych nieformalnych sankcji po rozmieszczeniu na swoim terytorium amerykańskiego systemu przeciwrakietowego THAAD w 2016 r. Główną ofiarą padł konglomerat Lotte, zmuszony do zamknięcia 23 sklepów na terenie Chin. Dobór celu nie był przypadkowy, bowiem Lotte udostępniło teren pod rozmieszczenie THAAD.

Prodemokratyczne protesty w Hongkongu i zainteresowanie nimi za granicą doprowadziły do wyłonienia się czwartej grupy chińskich bojkotów. Najgłośniejszym przypadkiem jest NBA. Niezwykle popularna w Chinach liga została objęta bojkotem po tym, gdy menedżer zespołu Houston Rockets wyraził poparcie dla protestujących.

Ostatnia grupa dotyczy Sinciangu, gdzie chińskie władze prześladują Ujgurów i inne mniejszości etniczne. Podejrzenia o wykorzystanie pracy przymusowej przy uprawie bawełny i postępująca za tym Better Cotton Initiative postawiły zachodnie firmy odzieżowe w kłopotliwej sytuacji. Chiny odpowiedziały bojkotami takich marek jak Nike, Burberry, Hugo Boss i kampaniami promującymi bawełnę z Sinciangu. Chińscy celebryci zaczęli zrywać kontakty z zachodnimi markami odzieżowymi i promować lokalne produkty. Najciężej doświadczone zostało H&M, które ogłosiło zamknięcie 334 spośród swoich 520 sklepów w Chinach.

Czy bojkoty są skuteczne? Bohman i Parup wykazali, że w 52 proc. przypadków firmy zdecydowały się na przeprosiny. Nie zawsze przynoszą one oczekiwany skutek. Hugo Boss doczekał się oskarżeń o dwulicowość. Raport stwierdza wręcz, że podejście chińskich konsumentów do sprawy jest bardzo arbitralne.

Do tego zagraniczne marki często znajdują się między młotem a kowadłem. Zachodnia opinia publiczna coraz bardziej interesuje się kwestią praw człowieka w Chinach, zwłaszcza zaś w Sinciangu. Stąd firmy przynajmniej w tej kwestii stoją przed następującym wyborem: utraty rynku chińskiego czy krytyka na lokalnym rynku i koniecznością mierzenia się z konsekwencjami prawnymi w postaci chociażby amerykańskiego Uyghur Forced Labor Prevention Act blokującego import bawełny z Sinciangu.

Problem wyboru między rynkiem chińskim a zachodnimi ujawnił się z innej strony podczas tegorocznych zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie. Wiele firm znalazło się pod presją, by nie sponsorować imprezy.

Istotną kwestią jest pytanie, na ile bojkoty konsumenckie w Chinach są inicjatywą oddolną, a na ile stoją za nimi władze. Z racji oparcia badań jedynie o źródła ogólnodostępne, autorzy raportu byli w stanie potwierdzić zaangażowanie czynników rządowych z całą pewnością w jednej czwartej przypadków, a bezpośrednie zainicjowanie kampanii jedynie w 3 proc. przypadków.

Grupa czynników rządowych uwzględnia przy tym charakter chińskiego "państwa partyjnego", w którym KPCh i organizacje przy niej afiliowane są ściśle powiązane ze strukturami rządowymi i administracyjnymi.

Kolejny problem w kwalifikacji bojkotów to partyjni funkcjonariusze „dający osobisty przykład”. Przy dostępnych źródłach praktycznie nie sposób określić, w jakim stopniu działają z własnej woli, a w jakim w myśl odgórnych wytycznych.

Raport dostarcza natomiast ciekawych informacji na temat struktur bojkotów. W ostatnich latach zarysował się trend obierania na cel przede wszystkim przedsiębiorstw, dla których produktów istnieje lokalna alternatywa. Na czoło wysuwają się branże spożywcza i odzieżowa. Dużo rzadziej natomiast atakowane są sieci hoteli, czy sektor finansów. Doskonałego przykładu dostarcza H&M. Lukę na rynku powstałą w wyniku bojkotu szybko zapełniły lokalne marki. Natomiast tam, gdzie chińska konkurencja jest słaba, bojkoty są mało skuteczne, a wypowiedzi w mediach społecznościowych nie pokrywają się z aktywnością konsumentów. Dotyczy to np. luksusowych marek takich jak Burberry i Hugo Boss. Mimo bojkotów obie firmy systematycznie zwiększają sprzedaż w Chinach.

Bojkoty konsumenckie zwiększają swoje znaczenie jako narzędzie polityczne i regulujące dostęp do chińskiego rynku, mają jednak swoje ograniczenia. Oczywiście margines bezpieczeństwa, nawet dla przedsiębiorstw do tej pory mało zagrożonych, systematycznie maleje. Możliwe więc, że za kilkanaście lat będziemy mieć do czynienia z decouplingiem (rozdzieleniem rynku) nie tylko w dziedzinie technologii, ale także popularnych marek.

wnp.pl

Henry L. Stimson był jednym z najbardziej doświadczonych i wpływowych polityków w administracji Franklina D. Roosevelta. Urodzony w 1867 r., w prominentnej nowojorskiej rodzinie, stosownie do jej statusu uzyskał doskonałe wykształcenie. Był absolwentem prawa na Yale University. Swoją wiedzę w tej dziedzinie pogłębiał w równie prestiżowej Harvard Law School. Od początku swojej działalności politycznej należał do Partii Republikańskiej, z ramienia której w 1910 r. bez sukcesu kandydował na stanowisko gubernatora stanu Nowy York. Ta porażka nie przerwała jego kariery. Już w następnym roku, w wieku 44 lat, został sekretarzem wojny w administracji Williama H. Tafta (funkcję tę piastował do 1913). Podczas I wojny światowej walczył w Europie, gdzie dosłużył się stopnia pułkownika. W następnej dekadzie był m.in. specjalnym wysłannikiem prezydenta Calvina Coolidge’a w Nikaragui (1927) i gubernatorem Filipin (1927–1929).

Po wygranych przez Herberta C. Hoovera wyborach prezydenckich Stimson objął stanowisko sekretarza stanu w jego administracji. Na okres ten przypadł kryzys dalekowschodni związany z pierwszą agresją japońską na Chiny. Japonia zajęła Mandżurię będącą prowincją Państwa Środka i utworzyła na jej obszarze marionetkowe Cesarstwo Mandżukuo. Większość państw oraz Liga Narodów zajęły krytyczne stanowisko wobec działań Tokio. Kierowany przez Stimsona Departament Stanu opracował nową strategię polityki dalekowschodniej, zgodnie z którą Stany Zjednoczone odrzucały możliwość akceptacji jakiegokolwiek porozumienia, które podważałoby suwerenność Chin oraz ich integralność terytorialną i administracyjną.

Strategia ta, nazywana doktryną Stimsona (lub Hoovera-Stimsona), nie przestała obowiązywać mimo porażki Hoovera w wyborach prezydenckich w 1932 r. i objęciu władzy przez demokratę Roosevelta. W styczniu 1933 prezydent elekt zaprosił Stimsona do swojej rezydencji w Hyde Parku, gdzie zapewnił go, że obrany przez niego kurs polityczny wobec Japonii i Dalekiego Wschodu zostanie utrzymany. Takie stanowisko Roosevelta wynikało z autentycznego przekonania o zagrożeniu, jakie Japonia miała stanowić dla bezpieczeństwa i interesów Stanów Zjednoczonych. Jego nieufność wobec Japonii, uciszona nieco w latach dwudziestych, pod wpływem wydarzeń międzynarodowych następnej dekady ożyła na nowo ze zwiększoną siłą.

W 1934 r. Roosevelt wyznał Stimsonowi, że o zagrożeniu ze strony azjatyckiego mocarstwa zdawał sobie sprawę od 1902 r., kiedy to jeden z japońskich studentów Harvardu opowiedział mu o powstałym w 1889 r., obliczonym na sto lat planie ekspansji. Zgodnie z nim Tokio zamierzało zająć obszary kontynentalnej Azji, Australię, Nową Zelandię i Hawaje, a także utworzyć bazy w Meksyku i Peru. Ostatecznym celem miało być ustanowienie protektoratu nad wszystkimi Azjatami4. Niezależnie od tego, czy Roosevelt rzeczywiście wierzył w istnienie takiego planu i czy Stimson podzielał jego przekonanie, obu polityków cechowała silna niechęć wobec polityki Japonii.

(...)

Stimson, który po upływie kadencji Hoovera powrócił do wykonywania zawodu prawnika, w dalszym ciągu zabierał głos w sprawach Dalekiego Wschodu, w 1936 r. opublikował także książkę poświęconą agresji Japonii na Chiny w 1931 r.7 Od początku drugiej japońskiej agresji na Chiny zajmował zdecydowane stanowisko wobec działań Tokio. Wbrew dominującym w Stanach Zjednoczonych nastrojom izolacjonistycznym (w latach 1935–1937 uchwalono trzy ustawy o neutralności) wzywał do nałożenia sankcji ekonomicznych na Japonię i zwiększenia politycznego zaangażowania USA na Dalekim Wschodzie. Jego głos nie miał oczywiście większego wpływu w sytuacji, gdy większość społeczeństwa i polityków opowiadała się za trzymaniem się z dala od wszelkich konfliktów zbrojnych.

Taki stan rzeczy zmienił się pod wpływem przebiegu II wojny światowej. Opanowanie zachodniej Europy przez nazistowskie Niemcy i osamotniona walka Wielkiej Brytanii oraz ekspansywne działania Japonii w Azji unaoczniły Rooseveltowi i amerykańskiemu społeczeństwu skalę zagrożenia. Prezydent dokonał rekonstrukcji gabinetu, w skład którego weszło dwóch republikanów uchodzących za jastrzębi wojennych: Frank Knox i Stimson, który po raz drugi w życiu objął kierownictwo Departamentu Wojny.

Mariusz Puchacz - Henry L. Stimson i internowanie amerykańskich Japończyków podczas drugiej wojny światowej

11 sierpnia resorty spraw zagranicznych Łotwy i Estonii poinformowały o wycofaniu się obu krajów ze współpracy państw Europy Środkowej z Chinami, czyli formatu 16+1. Łotewskie MSZ uzasadniło decyzję tym, że członkostwo w tej inicjatywie nie odpowiada obecnym priorytetom w polityce gospodarczej i zagranicznej Rygi. Estonia nie podała powodów swojego posunięcia. Oba państwa podkreślają, że zależy im na pragmatycznej dwustronnej kooperacji z ChRL i wzmacnianiu opartych na poszanowaniu wartości demokratycznych, prawa międzynarodowego i praw człowieka stosunków pomiędzy nią a UE. W maju 2021 r. jako pierwsza format ten – wówczas 17+1 – opuściła Litwa. Żadne państwo środkowoeuropejskie nie poparło wówczas jej decyzji, choć Estonia i Łotwa obniżyły poziom dyplomatyczny swoich reprezentacji podczas szczytów inicjatywy z Chinami, a Tallinn przestał wysyłać swoich przedstawicieli na kolejne spotkania w ramach formatu.

Komentarz:

Decyzja Łotwy i Estonii może być odebrana jako wyraz solidarności z Litwą, która od ponad roku pozostaje w konflikcie z Chinami, zapoczątkowanym w momencie jej wystąpienie z formatu 17+1. Spór ten eskalował, gdy Litwa zgodziła się na otwarcie przedstawicielstwa Tajwanu w Wilnie i użyła w jego nazwie słowa „Tajwan” zamiast „Tajpej”. Pekin odebrał to jako pogwałcenie tzw. zasady jednych Chin. 11 sierpnia szef litewskiej dyplomacji Gabrielius Landsbergis skomentował decyzję Rygi i Tallinna, przywołując promowaną przez siebie od dwóch lat koncepcję przejścia we współpracy z ChRL do formatu 27+1. Ma to zagwarantować większą spójność polityki Unii (czym zainteresowane są również Estonia i Łotwa). Rządy trzech państw bałtyckich uznają widoczne od kilku lat próby budowania przez Chiny siatki wpływów politycznych i gospodarczych w regionie za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa (dowodzą tego m.in. raporty ich wywiadów). Ponadto poparcie, jakiego Pekin udziela Moskwie, wzmacnia w regionie bałtyckim przekonanie o rosnącym zagrożeniu nie tylko ze strony Rosji i Białorusi, lecz także Chin, prowadzących agresywną politykę zagraniczną i gospodarczą oraz tworzących sojusz z Kremlem. Wystąpienie Łotwy i Estonii z formatu 16+1 prowadzi do ujednolicenia kursu całego regionu bałtyckiego wobec Chin, w tym w kontekście ich relacji z UE i USA.

Oba państwa bałtyckie dostrzegają korzyści, jakie Litwa uzyskała w okresie konfrontacji z ChRL, obejmujące m.in. zbliżenie dyplomatyczne z Waszyngtonem. Decyzja Łotwy i Estonii o wystąpieniu z formatu nastąpiła tuż po wizycie sekretarza obrony USA Lloyda Austina w Rydze. Ta pierwsza od 1995 r. wizyta na tak wysokim szczeblu wskazuje na rosnące zainteresowanie Stanów Zjednoczonych regionem bałtyckim i jego bezpieczeństwem. Austin zadeklarował podjęcie działań na rzecz wzmocnienia obrony tego terytorium przed ewentualnymi zagrożeniami ze strony Rosji, a w razie niebezpieczeństwa – skierowanie tam dodatkowych sił. Priorytetami dla Łotwy są pozyskanie większej liczby amerykańskich instruktorów i konsultantów wojskowych oraz wsparcia finansowego na zakup sprzętu wojskowego, a także wzmocnienie obrony przeciwlotniczej i wybrzeża. Ryga i Tallinn dostrzegają też korzyści gospodarcze płynące z zacieśnienia więzów Wilna z Tajpej. Estońscy posłowie z partii rządzącej postulują, by rozważyć utworzenie w kraju biura przedstawicielskiego Tajwanu (na Łotwie taka misja istnieje, lecz jako przedstawicielstwo Tajpej). Zachętę dla podjęcia współpracy stanowią dla nich deklaracje Tajwanu dotyczące zainwestowania na Litwie 200 mln euro. Tajpej również dąży do rozwijania kontaktów politycznych i biznesowych w regionie z wykorzystaniem swoich zasobów w obszarze wysoko rozwiniętych technologii. Wyrazem woli kooperacji ze strony Tajwanu były w ostatnim czasie duże dotacje na ośrodki dla uchodźców z Ukrainy w państwach bałtyckich.

O ile wystąpienie Litwy z formatu 17+1 stanowiło dla ChRL niekorzystny precedens w relacjach z państwami Europy Środkowej, o tyle decyzja Łotwy i Estonii może być zapowiedzią szerszego trendu – podobny krok rozważają m.in. rządy Czech i Rumunii. Pokazuje to również, że polityka sankcji i zastraszania Wilna nie stała się efektywnym narzędziem utrzymania chińskich wpływów w regionie. Pekin nie potrafił też w ostatnich miesiącach i latach zaproponować pozytywnej agendy gospodarczej mogącej zwiększyć zainteresowanie formatem 17+1. Tamtejsza dyplomacja, chcąc ze względów prestiżowych podtrzymać jego funkcjonowanie, może dążyć do zmiany jego formuły (np. obniżenia rangi reprezentantów państw do ministrów spraw zagranicznych i zmniejszenia częstotliwości spotkań). ChRL wciąż nie odniosła się oficjalnie do decyzji Tallinna i Rygi. Dotychczas podobne działania interpretowano jako efekt zakulisowych działań USA, a komunikowane Pekinowi obawy regionu (m.in. odnośnie do zacieśniania relacji chińsko-rosyjskich) przedstawiano jako bezpodstawne.

osw.waw.pl