sobota, 20 sierpnia 2022


W ramach planu redukcji zależności od rosyjskich surowców energetycznych Komisja Europejska (KE) 8 marca 2022 roku przedstawiła propozycję zmniejszenia zależności Unii Europejskiej (UE) od rosyjskiego gazu o dwie trzecie do końca 2022 roku i uniezależnienia się od wszystkich rosyjskich paliw kopalnych do 2030 roku. Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen ogłosiła, że Unia Europejska  będzie dążyć do wprowadzenia zakazu importu rosyjskiej ropy naftowej do końca 2022 roku.

Jeśli w tym roku UE nie będzie miała wystarczającej ilości rosyjskiego gazu, aby przetrwać kolejny sezon grzewczy będzie musiała uzupełnić deficyt gdzie indziej. Po części próbuje to zrobić poprzez import większej ilości gazu LNG od znanych już dostawców takich jak USA i Katar

W związku z tym, że Europa poszukuje różnych źródeł dostaw gazu, kontynent afrykański staje się dobrą alternatywą na pozyskanie tego surowca. Widać to po ostatnich wizytach europejskich przywódców w państwach Afryki, np: wizyta premiera Włoch w Algierii jak również wizyta kanclerza Niemiec Olafa Scholza w Senegalu w maju 2022 roku.

Europejscy przywódcy pokładają duża nadzieję w dostawach gazu z czarnego lądu dlatego wzmożono rozmowy do wznowienia inwestycji z Europy w projekty związane z gazem ziemnym w Afryce. Dotychczas eksport gazu ziemnego z Afryki do Europy odbywa się przede wszystkim za pomocą dwóch mechanizmów: transportu rurociągami oraz przewozu skroplonego gazu ziemnego tankowcami z portów gazowych. Z uwagi na dynamiczną sytuację na Ukrainie, Europa chce zainwestować w oba rodzaje infrastruktury w celu przyspieszenia eksportu gazu.

Dyskusje między krajami afrykańskimi, takimi jak Algieria, Nigeria i UE, dotyczące budowy i uruchomienia nowych rurociągów oraz rozbudowy istniejących, takich jak Gazociąg Transsaharyjski (TSGP) i podmorski Gazociąg Nigeria-Maroko (NMGP), nabrały tempa. Algieria, Niger i Nigeria również prowadziły rozmowy między sobą i utworzyły w czerwcu 2022 roku grupę zadaniową w celu ożywienia propozycji TSGP. Deklarowana przepustowość gazociągu ma wynieść 30 miliardów metrów sześciennych rocznie. Finansowanie projektu będzie pochodzić z UE, a władze Nigerii prowadzą obecnie rozmowy w odniesieniu do dokładnych zasad finansowania.

Czołowe europejskie spółki mocno spenetrowały gazowe inwestycje w Afryce, aby zwiększyć dostawy LNG do Europy. British Petroleum zdecydowało się nadać priorytet pierwszej fazie projektów gazowych Yakaar-Teranga i BirAllah odpowiednio w Senegalu i Mauretanii. Yakkaar-Teranga to rozległe pole gazowe o dużych zasobach, którego komercyjne wydobycie ma się rozpocząć od 2024 roku. Natomiast projekt BirAllah w Mauretanii ma przynosić 2,5 mln ton gazu ziemnego rocznie począwszy od 2023 roku.

W pobliżu tych dwóch obiektów znajduje się projekt Greater Tortue Ahmeyim LNG, prowadzony przez British Petroleum. Projekt ma na celu rozpoczęcie produkcji wydobycia gaz od 2023 roku z wydajnością 2,5 miliarda metrów sześciennych ton rocznie. Londyński Shell zaplanował ponowne skupienie się na projekcie rozwoju Tanzania LNG o wartości 30 miliardów dolarów, którego celem jest budowa terminalu eksportowego LNG na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, podczas gdy włoska spółka naftowa ENI planuje zainwestować w projekt Coral FLNG w Mozambiku.

Powyższe wydarzenia pokazują, że zarówno Unia Europejska, jak i państwa afrykańskie starają się zacieśnić współpracę w celu przyspieszenia dostaw energii dla tych pierwszych. Obie strony postrzegają to jako działanie korzystne dla obu stron. Podczas gdy UE szuka prawdopodobnej alternatywy dla rosyjskiego importu energii, dochody państw afrykańskich prawdopodobnie zostaną zwiększone, ponieważ międzynarodowe ceny ropy naftowej w ostatnich kilku miesiącach wykazują wzrost. Odzew ze strony Afryki również jest pozytywna. Państwa takie jak Nigeria zapowiedziały, że są gotowe zwiększyć wydobycie, aby zaspokoić rosnący popyt w Europie. Podobnie prezydent Senegalu Macky Sall podkreślił w maju 2022 roku, że Senegal rozpocznie znaczące wydobycie gazu do 2023 roku, a następnie będzie dostarczał LNG na rynek europejski.

Afryka ma ogromny potencjał w postaci zasobów surowcowych, które sprawiają, że ma wyjątkową pozycję do zaspokojenia potrzeb energetycznych Europy. Szacuje się, że Afryka posiada 221,6 bilionów metrów sześciennych rezerw gazu ziemnego, co sprawia, że jest w stanie znacząco poprawić sytuację energetyczną Europy. Większość złóż znajduje się w posiadaniu Nigerii, Algierii i Mozambiku. Eksport gazu z Afryki Północnej zaspokaja około 7 procent całkowitej obecnej europejskiej konsumpcji gazu (39,5 mld metrów sześciennych). Istnieje więc możliwość dalszego zwiększania udziału eksportu do Europy. Ponadto narody afrykańskie posiadają więcej rezerw niż potrzeba na ich rynki krajowe, stąd potencjał eksportowy do Europy jest bardzo wysoki.

Dodatkowo, główną zaletą Afryki jest to, że posiada już istniejącą transkontynentalną infrastrukturę rurociągową, która jest połączona z szerszą siecią europejską. Trzy rurociągi łączące Afrykę z Europą to: Transmed, z Algierii do Włoch (przez Tunezję), Medgaz, z Algierii do Hiszpanii (droga morska) oraz Greenstream, który łączy Libię z Sycylią. Wspomniane wcześniej nowe gazociągi, takie jak TSGP i NMGP mogą skutecznie wykorzystać istniejącą już sieć gazociągów transkontynentalnych i być w odpowiedni sposób zintegrowane.

biznesalert.pl

Śmigłowcowy desant w Hostomelu, na tzw. lotnisko "Antonowa", był jednym z najważniejszych wydarzeń pierwszego dnia wojny, który miał wpływ na przebieg pierwszej fazy całej kampanii kijowskiej. Przypuszcza się, że celem desantu było opanowanie lotniska, zabezpieczenie możliwości przyjmowania samolotów transportowych, a zatem przyjęcie na lotnisku sił wzmocnienia - zmechanizowanego komponentu Wojsk Powietrznodesantowych (WDW) transportowanego samolotami Ił-76. Siły te mogłyby operować na bezpośrednim przedpolu Kijowa, a w kolejnych dniach lotnisko Hostomel przemieniłoby się w ogromny logistyczno-wojskowy hub.

Tak się jednak nie stało, walki o lotnisko przedłużały się, sam pas startowy był pod ukraińskim ostrzałem, desant samolotów transportowych w takich warunkach był niemożliwy, lub wiązał się zbyt wielkim ryzykiem. Powszechnie uważa się, że obrona lotniska, a zatem uniemożliwienie wykorzystania jego pasa startowego, była jednym z najważniejszych sukcesów ukraińskiej obrony na odcinku kijowskim, a sam desant zakończył się operacyjną porażką.

Tymczasem odmienna ocena tej sytuacji jest po stronie rosyjskiej, gdzie w RUNecie lansowana jest teza, również przez ekspertów militarnych, że desant przejdzie do historii, jako przykład bohaterskiej, udanej operacji rosyjskiej elity spadochronowej. Przedstawia się nawet tezę, że atak na lotnisko nie miał na celu przyjmowanie kolejnej fali desantu, ale związanie sił npla, aby ułatwić przemarsz pod stolicę sił pancerno-zmechanizowanych. Logicznym jest jednak, chociaż nie ma na to oficjalnego potwierdzenia, że celem desantu było szybkie opanowanie lotniska, jego zabezpieczenie i wzmocnienie siłami przerzucanymi samolotami Ił-76.

Taki scenariusz kreślony był już przez analityków przed wojną - rosyjskim celem będzie szybka operacja sił pancerno-zmechanizowanych i powietrznodesantowych na Kijów, co z chaosem wewnątrz miasta i dezorganizacją sił obrony, miało doprowadzić do upadku stolicy i kapitulacji rządu.

Taki scenariusz kijowski przewidywali np. analitycy z białoruskiego thin-thanku "Belarus Security Blog", którzy zwracali uwagę na to, że uderzenie z obwodu homelskiego na Kijów, pozwala na operację bez konieczności forsowania Dniepru. Przy uderzeniu dwoma drogami, po osi Jelsk-Owrucz-Irpień-Kijów i Narowla-Iwanków-Kijów, zgrupowanie operacyjne wchodziłoby do zachodniej części miasta, gdzie „mieści się większa część budynków administracji", a co więcej zachodnia kolumna może „zająć lotnisko, w którym potem mogą lądować IŁ-76MD z pododdziałami WDW".

Zakładając, że punkt ciężkości uderzenia na Kijów, już pierwszego dnia, miałby leżeć na siłach uderzeniowych nacierających z obwodu homelskiego, po zachodniej stronie Prypeci i Dniepru, w grę wchodziły dwa lotniska - lotnisko Antonow w Hostomelu, lub "głębiej" ulokowany port lotniczy Kijów-Żuliany, w mniejszym stopniu bardziej odległe lotnisko (baza lotnicza) w Wasylkowie. Port lotniczy Kijów- Boryspol w tym przypadku nie wchodził w grę, bowiem leżał po drugiej stronie Dniepru, raczej nie było możliwe dotarcie do niego tego samego dnia szpicy sił lądowych. Oczywiście lotniska ukraińskie, w tym te podkijowskie, uznawane były jako obiekty o strategicznym znaczeniu, i miały - w miarę możliwości - wcześniej wydzieloną ochronę.

Z perspektywy czasu, znając kierunki głównych natarć sił rosyjskich, lotnisko "Antonow", z długim na 3,5 km pasem startowym zdolnym przyjąć najcięższe samoloty, położone jest niemal idealnie - ok. 25-30 km od centrum kijowa, na zachodnim brzegu Dniepru, na drodze głównego uderzenia sił lądowych. Zdobycie lotniska Antonowa, Żuliany, czy Wasylkowa, umożliwiałoby przerzut dodatkowych sił na pokładach samolotów transportowych Ił-76 i An-124 i wejście do miasta, ewentualnie zamknięcie pierścienia okrążenia stolicy, od strony zachodniej, czy południowej.

Nie znamy jeszcze pełnego obrazu wstępnej fazy operacji kijowskiej, ale intrygujące jest, że przed 24 lutego wydzielona grupa samolotów Ił-76 i grupa taktyczna WDW przygotowana była również do klasycznej operacji powietrznodesantowej - desantowania sił i środków metodą spadochronową (włącznie z BMD). Mógł to być element dezinformujący, ale równie dobrze może to świadczyć o tym, że w warunkach korzystnych dla agresora, np. w sytuacji załamania się morale i obrony strony przeciwnej, zakładano nie tylko desanty śmigłowcowe, ale również klasyczny desant, ze zrzutem spadochronowym. Jeśli takie były plany, można przypuszczać, że desant taki odwołano, np. po niepokojących doniesieniach o wysokiej skuteczności ukraińskiej OPL, lub po prostu nadmiernego ryzyka takiej operacji, która łatwo mogłaby się skończyć masakrą samolotów transportowych i ogromnymi stratami.

Mimo, że operacja desantowa na lotnisko "Antonowa" w Hostomelu miała miejsce kilka miesięcy temu, wciąż trudno jest odtworzyć pełną chronologię wydarzeń. Kluczowym dzisiaj jest jednak konstatacja, że siły rosyjskie miały chyba dobrze rozpoznane siły i środki obrony lotniska, z kolei strona ukraińska przypuszczała, że są plany zajęcia tego lotniska.

Bezpośrednią obronę lotniska stanowiła kompanijna grupa taktyczna (KGT) ze składu hostomelskiej 4 Brygady Operacyjnej Gwardii Narodowej (GN), zwanej również Brygadą Szybkiego Reagowania, silnej i uznawanej za elitarną jednostki bojowej GN. W krótkiej, oficjalnej notce z 26 lipca, zamieszczonej na oficjalnej stronie ukraińskiej GN czytamy: "Kompanijna grupa taktyczna brygady (ukr. rotno-takticzna grupa) pierwsza podjęła walkę z elitarnymi rosyjskimi pododdziałami specjalnymi w rejonie lotniska "Antonow" (Hostomel), co odegrało kluczową rolę w obronie stolicy, nie pozwalając okupantom szybko przerzucić główne siły bezpośrednio pod Kijów".

Głównym celem desantu było najprawdopodobniej zajęcie i zabezpieczenie pasa startowego na przyjęcie ewentualnie samolotów transportowych. Pas zastawiony był pojazdami technicznymi, ale te można było szybko usunąć, oczyścić pas, zabezpieczyć perymetr bazy.

Taktyczny desant śmigłowcowy składał się prawdopodobnie z 2-3 fal, najpierw leciała grupa wsparcia, czyli śmigłowce szturmowe Ka-52, mająca za zadanie "wyczyszczenie" rejonu lądowania, a następnie grupa szturmowych Mi-24/Mi-35M i wielozadaniowych Mi-8AMTSz z desantem na pokładzie. Według kanału Zwiezda, śmigłowcowy trzon desantu stanowiło 8 Mi-24 jako osłona i 8 Mi-8 z transportowanym desantem.

Desantowała się z przyziemienia kombinowana grupa bojowa, prawdopodobnie ok. 200 żołnierzy z lekką bronią. Zakładano zapewne krótki opór, i szybkie połączenie się z siłami naziemnymi nacierającymi z terenu Białorusi, dlatego desant nie był nazbyt liczny, a przede wszystkim nie miał lekkich pojazdów, chociaż wsparcie zapewniała desantowana bateria moździerzy. Żołnierze wyposażeni byli w granatniki i ppk, natomiast grupa saperów w lekkie miotacze ognia RPO-97 i miny OZM-72 i MON-50. Co ciekawe materiał wideo z 26 lutego pokazuje ogień załogi moździerza 82 mm 45 Brygady, korygowany przez dron DIJ Mavic-2, być może ze wspomnianej baterii moździerzy.

Zakłada się, że główne siły śmigłowcowego desantu stanowili specnazowcy z elitarnej 45 Brygady WDW (Kubinka), jednakże najpewniej była to kombinowana grupa taktyczna sformowana na potrzeby zadania z różnych jednostek. Świadczy o tym fakt, że kapitan Iwan Romanow, uczestnik operacji desantowej, służył w 16 Brygadzie Specjalnego Przeznaczenia.

Jak wspomniano obronę lotniska organizowała kompania operacyjna (piechoty) GN, wsparta plutonem przeciwlotniczym z brygadowego dywizjonu OPL, uzbrojonym m.in. w wyrzutnie naramienne typu "Igła" (nad samą płytą lotniska z "Igły" zniszczono Ka-52). Śmigłowce szturmowe były pod ogniem przenośnych zestawów naramiennych, ale też broni maszynowej i działek 23 mm. Stanowiska ogniowe ulokowane były m.in. na zakrzaczonym polu wokół pasa startowego, atakowane były przez szturmowe Ka-52 ogniem broni pokładowej i niekierowanymi rakietami. Zaatakowana kompania otrzymała rozkaz wycofania się z lotniska. Wg wersji ukraińskiej kończyła się amunicja, kilku gwardzistów odniosło rany lub dostało się do niewoli, uwidoczniła się przewaga liczebna i ogniowa desantu. "Gdyby nie dali mi rozkazu (przyp. red. wycofania), bronilibyśmy się do ostatniego, a kiedy otrzymałem takie zadanie, trzy razy się upewniałem... Po tym jak odeszliśmy na bezpieczny dystans, ogniem artylerii poraziliśmy pas startowy, czym go uszkodziliśmy" - wspomina dowódca KGT.

Zamysł ukraińskiego dowództwa polegał prawdopodobnie na tym, żeby wycofać broniącą się w rejonie lotniska kompanię, rozproszoną na dużym terenie i przygniecioną ogniem, najpierw śmigłowców szturmowych, potem specnazu, a następnie uszkodzić pas ogniem artylerii, prawdopodobnie moździerzy.

Oczywiście po opanowaniu lotniska przez rosyjski specnaz, konieczne było przegrupowanie oddziałów 4 Brygady GN, podciągnięto świeże siły oraz wsparcie lotnicze, przystąpiono do kontrataków. Pas startowy znalazł się pod ogniem artylerii (moździerzy?), niemożliwe było jego dalsze użytkowanie, więc lotnisko nie nadawało się do lądowania lotniczego rzutu desantu.

Kluczowe walki o lotnisko "Antonow" trwały więc 24 lutego. Starcia w Hostomelu, również w rejonie lotniska, trwały jeszcze przynajmniej kilka dni, ale znaczenie strategiczne obiektu było już wówczas nieduże. Siłom agresora chodziło już tylko o odblokowanie specnazu, który miał walczyć kilka godzin, a bronił się na terenie lotniska 2-3 dni i przebicie się przez Hostomel, Irpień, Buczę do Kijowa.

Minister spraw wewnętrznych Ukrainy Denys Monastyrski stwierdził, że strona rosyjska miała dane na temat rozmieszczenia sił i środków obrony na lotnisku "Antonow". Zdanie to nie opiera się na żadnych dokumentach, ale jedynie na przekonaniu obrońców, którzy mieli wrażenie, że śmigłowce agresora atakują zamaskowane pozycje nad wyraz skutecznie. Monastyrski powołał się na rozmowy z obrońcami lotniska, którzy byli pod ogniem: "... mówili, że najprawdopodobniej wróg wiedział, gdzie rozmieszczone są nasze pozycje. Dlatego kilka punktów ogniowych było porażonych pierwszymi rakietami". Dalej Monastyrski sugeruje, że powodem mogła być działalność szpiegów i dywersantów "jacy działali w tym czasie, i którzy przyczynili się do tego, że w pierwszych chwilach wróg odniósł takie pewne sukcesy".

Szerszy kontekst tej sprawy to oczywiście problem kolaboracji, infiltracji agenturalnej struktur siłowych, czy działań sabotażowo-dywersyjnych, której pełna skala nie jest jeszcze znana, ale wciąż stanowi duży problem. Nie szukając daleko warto wspomnieć chociażby przykład działania agenturalnego, który 24 lutego doprowadził do kapitulacji bez walki oddziału GN stacjonującego w strefie wykluczenia w Czarnobylu, który to rejon stanowił obszar wyjściowy części sił uderzeniowych agresora.

Z drugiej strony są poważne poszlaki, żeby przypuszczać, że z kolei ukraińskie dowództwo wiedziało, a przynajmniej podejrzewało, że na lotnisku w Hostomelu ma/może lądować desant. Spodziewano się jakoby lądujących Ił-76, a przyleciały śmigłowce. W każdym bądź razie wygląda na to, że rano 24 lutego, a więc przed samym desantem, obronę wzmocnił pododdział Sił Specjalnych Operacji SZU. Z drugiej jednak strony słusznie zakładano, że obiektem npla będą we wczesnej fazie operacji stołeczne lotniska, i być może prewencyjnie wzmacniano ich obronę. Wiadomo, że rano 24 lutego do wzmocnienia obrony lotniska Kijów-Żuliany wydzielono pododdział jednostki specjalnej "Omega".

Opór na jaki natknięto się w rejonie lotniska w Hostomelu był silniejszy niż przypuszczano. Siły elitarnej 45 Brygady Rozpoznawczej, specnaz WDW, okazały się za słabe, żeby zabezpieczyć teren całego lotniska. Prawdopodobnie ma rację ukraiński specjals, ze wspomnianego pododdziały SSO SZU, który mówi "Oni nie byli przygotowani na tak silny opór. Planowali po prostu wysadzić desant i zająć pozycje, okopać się, albo przemieszczać dalej".

Strona rosyjska podkreśla "profesjonalizm" i bohaterstwo specnazowców, którzy desantowali się w Hostomelu. Powstaje legenda "200 Spartan" broniących lotniska przed przeważającymi siłami wroga, w tym również zachodnich najemników, operacja nazywana jest "unikalną", która przejdzie do historii.

Trzon legendy o heroizmie rosyjskich specnazowców powstaje na bazie, logicznego wydawało by się stwierdzenia, że skoro w Hostomelu bazowała elitarna 4 Brygada, to ona atakowała lotnisko, a zatem specnazowcy dawali odpór - przez dwa, trzy dni - przeważającym siłom wroga. Tymczasem przynajmniej część brygady (batalionowa grupa taktyczna) była wówczas w Donbasie, nie ma również potwierdzenia, że użyto w walkach czołgi tejże brygady. Na tą chwilę nie jesteśmy w stanie określić jakie rzeczywiste siły rzucono do kontrataku na lotnisko, z pewnością pas startowy i pozycje npla były pod intensywnym ogniem moździerzy, aktywne było ukraińskie lotnictwo.

Rosyjscy uczestnicy desantu wspominają, że pomoc nadeszła dopiero na drugi dzień, a więc po dwóch dobach walk, a niektórzy przesuwają ten termin dalej, twierdząc, że walczyli czekając na odsiecz nawet trzy dni. Wydaje się, że te różnice mogą wynikać z tego, że broniąc perymetru dużego obszaru lotniska (pas startowy, przyległe pola, budynki administracji, hangary itp.) niektóre grupy bojowe walczyły w izolacji od siebie, relacje z pola walki mogą się więc od siebie nieco różnić. Przykładowo grupa bojowa wspomnianego kpt Romanowa (zginął 24 kwietnia) broniła zabudowań administracyjnych lotniska. Od dziewiątej wieczorem 24 lutego do siódmej rano 25 lutego grupa miała odeprzeć jakoby cztery ukraińskie ataki, a pierwsze posiłki przybyły dopiero 25 lutego ok. 10.44, a więc drugiego dnia walk.

Uniemożliwienie wykorzystania lotniska w Hostomelu do przyjęcia większych sił powietrzno-desantowych miało wpływ na walki już pierwszego dnia operacji kijowskiej. Szybko okazało się, że jakikolwiek blitzkrieg i scenariusz krymski nie wchodzi w grę, a większe desanty śmigłowcowe i spadochronowe, przy dobrze zorganizowanej ukraińskiej obronie i dużym nasyceniu środkami OPL krótkiego zasięgu, mogą zakończyć się ogromnymi stratami.

defence24.pl

piątek, 19 sierpnia 2022


Temat bojkotów konsumenckich zachodnich firm w Chinach zgłębiono w raporcie "Purchasing with the Party: Chinese consumer boycotts of foreign companies, 2008–2021", przygotowanym przez Vikinga Bohmana i Hillevi Parup z think tanku Swedish National China Center.

Jakie jest źródło bojkotów? Po pierwsze rosnący w Chinach nacjonalizm, osiągający niepokojące rozmiary znane z Europy pierwszej połowy XX w., a podsycany przez dyskusje na chińskich platformach, w tym Weibo. Po drugie Pekin zauważył w nich skuteczne narzędzie nacisku w próbach podporządkowywania zagranicznych firm woli Komunistycznej Partii Chin i realizacji chińskiej polityki zagranicznej.

Pierwsze bojkoty konsumenckie w Chinach miały miejsce w 2008 r., a ich celem były francuskie przedsiębiorstwa. Przyczyną była krytyka chińskiej polityki w Tybecie przez prezydenta François Hollande’a. Oliwy do ognia dolał fakt, że w tym samym roku odbywały się w Pekinie letnie igrzyska olimpijskie.

Druga fala bojkotów nastąpiła w 2012 r. i objęła japońskie firmy, po tym jak Tokio znacjonalizowało sporne wyspy Senkaku.

Liczba bojkotów skokowo wzrosła po roku 2016 i trudno nie dopatrywać się tu korelacji z zaostrzającą się rywalizacją amerykańsko-chińską. Wyraźnie widać te tendencje przy analizie krajów pochodzenia bojkotowanych firm. Na pierwszym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone (27 przedsiębiorstw), a za nimi kolejno: Japonia (11), Francja (11), Niemcy (8) i Korea Południowa (6).

Dalej na liście znalazły się państwa, z którymi Chiny wchodzą w różne spory jak Wielka Brytania, Szwecja i Tajwan, uważany przez Pekin za zbuntowaną prowincję. Warto zaznaczyć, że bojkotom konsumenckim podlegają również starające się utrzymać poprawne relacje z Pekinem Malezja i Tajlandia, a nawet Południowa Afryka, która jest partnerem Chin w ramach BRICS.

W okresie 2008-2021 Bohman i Parup naliczyli łącznie 90 bojkotów konsumenckich. Aż 78 z nich przypada na okres od 2016 r. Najaktywniejszy pod tym względem był 2019 r., kiedy to przeprowadzono 34 kampanie.

Szwedzcy badacze wyróżnili pięć podstawowych przyczyn wywołujących bojkoty. Na pierwszym miejscu znalazły się zachowania postrzegane jako stanowiące naruszenie suwerenności ChRL. W tej grupie znajdują się wszelkie komentarze na temat Tybetu, Tajwanu i Hongkongu, które spowodowały łącznie 21 kampanii. Druga grupa związana jest zaś z działaniami postrzeganymi jako rasistowskie lub promujące uprzedzenia.

Warto bliżej przyjrzeć się tej grupie, bowiem zachodnie firmy często same narażają się na kłopoty. Przykładem jest wyjątkowo nietrafiona kampania Dolce & Gabbana z końca 2018 r., w której modelka Zuo Ye usiłowała jeść pizzę, spaghetti i cannoli pałeczkami. Spowodowało to wysyp oskarżeń o rasizm. Kampania D&G zakończyła się kompletną porażką i odwołaniem pokazu w Szanghaju. Z drugiej strony chińscy internauci nie stronią również od oskarżania modelek o “bycie nie dość chińskimi”. Doświadczyła tego np. Li Jingwen, gdy w kampanii reklamowej Zary widać było jej piegi. Sama zaś firma została oskarżona o rasizm i „obrzydzanie” Chinek.

Trzecią grupę bojkotów można określić jako nieformalne sankcje za sprzeczne z wolą Pekinu działania rządów państw pochodzenia konkretnych przedsiębiorstw. Najlepszego przykładu dostarcza Korea Południowa, która padła ofiarą bojkotów konsumenckich i innych nieformalnych sankcji po rozmieszczeniu na swoim terytorium amerykańskiego systemu przeciwrakietowego THAAD w 2016 r. Główną ofiarą padł konglomerat Lotte, zmuszony do zamknięcia 23 sklepów na terenie Chin. Dobór celu nie był przypadkowy, bowiem Lotte udostępniło teren pod rozmieszczenie THAAD.

Prodemokratyczne protesty w Hongkongu i zainteresowanie nimi za granicą doprowadziły do wyłonienia się czwartej grupy chińskich bojkotów. Najgłośniejszym przypadkiem jest NBA. Niezwykle popularna w Chinach liga została objęta bojkotem po tym, gdy menedżer zespołu Houston Rockets wyraził poparcie dla protestujących.

Ostatnia grupa dotyczy Sinciangu, gdzie chińskie władze prześladują Ujgurów i inne mniejszości etniczne. Podejrzenia o wykorzystanie pracy przymusowej przy uprawie bawełny i postępująca za tym Better Cotton Initiative postawiły zachodnie firmy odzieżowe w kłopotliwej sytuacji. Chiny odpowiedziały bojkotami takich marek jak Nike, Burberry, Hugo Boss i kampaniami promującymi bawełnę z Sinciangu. Chińscy celebryci zaczęli zrywać kontakty z zachodnimi markami odzieżowymi i promować lokalne produkty. Najciężej doświadczone zostało H&M, które ogłosiło zamknięcie 334 spośród swoich 520 sklepów w Chinach.

Czy bojkoty są skuteczne? Bohman i Parup wykazali, że w 52 proc. przypadków firmy zdecydowały się na przeprosiny. Nie zawsze przynoszą one oczekiwany skutek. Hugo Boss doczekał się oskarżeń o dwulicowość. Raport stwierdza wręcz, że podejście chińskich konsumentów do sprawy jest bardzo arbitralne.

Do tego zagraniczne marki często znajdują się między młotem a kowadłem. Zachodnia opinia publiczna coraz bardziej interesuje się kwestią praw człowieka w Chinach, zwłaszcza zaś w Sinciangu. Stąd firmy przynajmniej w tej kwestii stoją przed następującym wyborem: utraty rynku chińskiego czy krytyka na lokalnym rynku i koniecznością mierzenia się z konsekwencjami prawnymi w postaci chociażby amerykańskiego Uyghur Forced Labor Prevention Act blokującego import bawełny z Sinciangu.

Problem wyboru między rynkiem chińskim a zachodnimi ujawnił się z innej strony podczas tegorocznych zimowych igrzysk olimpijskich w Pekinie. Wiele firm znalazło się pod presją, by nie sponsorować imprezy.

Istotną kwestią jest pytanie, na ile bojkoty konsumenckie w Chinach są inicjatywą oddolną, a na ile stoją za nimi władze. Z racji oparcia badań jedynie o źródła ogólnodostępne, autorzy raportu byli w stanie potwierdzić zaangażowanie czynników rządowych z całą pewnością w jednej czwartej przypadków, a bezpośrednie zainicjowanie kampanii jedynie w 3 proc. przypadków.

Grupa czynników rządowych uwzględnia przy tym charakter chińskiego "państwa partyjnego", w którym KPCh i organizacje przy niej afiliowane są ściśle powiązane ze strukturami rządowymi i administracyjnymi.

Kolejny problem w kwalifikacji bojkotów to partyjni funkcjonariusze „dający osobisty przykład”. Przy dostępnych źródłach praktycznie nie sposób określić, w jakim stopniu działają z własnej woli, a w jakim w myśl odgórnych wytycznych.

Raport dostarcza natomiast ciekawych informacji na temat struktur bojkotów. W ostatnich latach zarysował się trend obierania na cel przede wszystkim przedsiębiorstw, dla których produktów istnieje lokalna alternatywa. Na czoło wysuwają się branże spożywcza i odzieżowa. Dużo rzadziej natomiast atakowane są sieci hoteli, czy sektor finansów. Doskonałego przykładu dostarcza H&M. Lukę na rynku powstałą w wyniku bojkotu szybko zapełniły lokalne marki. Natomiast tam, gdzie chińska konkurencja jest słaba, bojkoty są mało skuteczne, a wypowiedzi w mediach społecznościowych nie pokrywają się z aktywnością konsumentów. Dotyczy to np. luksusowych marek takich jak Burberry i Hugo Boss. Mimo bojkotów obie firmy systematycznie zwiększają sprzedaż w Chinach.

Bojkoty konsumenckie zwiększają swoje znaczenie jako narzędzie polityczne i regulujące dostęp do chińskiego rynku, mają jednak swoje ograniczenia. Oczywiście margines bezpieczeństwa, nawet dla przedsiębiorstw do tej pory mało zagrożonych, systematycznie maleje. Możliwe więc, że za kilkanaście lat będziemy mieć do czynienia z decouplingiem (rozdzieleniem rynku) nie tylko w dziedzinie technologii, ale także popularnych marek.

wnp.pl

Henry L. Stimson był jednym z najbardziej doświadczonych i wpływowych polityków w administracji Franklina D. Roosevelta. Urodzony w 1867 r., w prominentnej nowojorskiej rodzinie, stosownie do jej statusu uzyskał doskonałe wykształcenie. Był absolwentem prawa na Yale University. Swoją wiedzę w tej dziedzinie pogłębiał w równie prestiżowej Harvard Law School. Od początku swojej działalności politycznej należał do Partii Republikańskiej, z ramienia której w 1910 r. bez sukcesu kandydował na stanowisko gubernatora stanu Nowy York. Ta porażka nie przerwała jego kariery. Już w następnym roku, w wieku 44 lat, został sekretarzem wojny w administracji Williama H. Tafta (funkcję tę piastował do 1913). Podczas I wojny światowej walczył w Europie, gdzie dosłużył się stopnia pułkownika. W następnej dekadzie był m.in. specjalnym wysłannikiem prezydenta Calvina Coolidge’a w Nikaragui (1927) i gubernatorem Filipin (1927–1929).

Po wygranych przez Herberta C. Hoovera wyborach prezydenckich Stimson objął stanowisko sekretarza stanu w jego administracji. Na okres ten przypadł kryzys dalekowschodni związany z pierwszą agresją japońską na Chiny. Japonia zajęła Mandżurię będącą prowincją Państwa Środka i utworzyła na jej obszarze marionetkowe Cesarstwo Mandżukuo. Większość państw oraz Liga Narodów zajęły krytyczne stanowisko wobec działań Tokio. Kierowany przez Stimsona Departament Stanu opracował nową strategię polityki dalekowschodniej, zgodnie z którą Stany Zjednoczone odrzucały możliwość akceptacji jakiegokolwiek porozumienia, które podważałoby suwerenność Chin oraz ich integralność terytorialną i administracyjną.

Strategia ta, nazywana doktryną Stimsona (lub Hoovera-Stimsona), nie przestała obowiązywać mimo porażki Hoovera w wyborach prezydenckich w 1932 r. i objęciu władzy przez demokratę Roosevelta. W styczniu 1933 prezydent elekt zaprosił Stimsona do swojej rezydencji w Hyde Parku, gdzie zapewnił go, że obrany przez niego kurs polityczny wobec Japonii i Dalekiego Wschodu zostanie utrzymany. Takie stanowisko Roosevelta wynikało z autentycznego przekonania o zagrożeniu, jakie Japonia miała stanowić dla bezpieczeństwa i interesów Stanów Zjednoczonych. Jego nieufność wobec Japonii, uciszona nieco w latach dwudziestych, pod wpływem wydarzeń międzynarodowych następnej dekady ożyła na nowo ze zwiększoną siłą.

W 1934 r. Roosevelt wyznał Stimsonowi, że o zagrożeniu ze strony azjatyckiego mocarstwa zdawał sobie sprawę od 1902 r., kiedy to jeden z japońskich studentów Harvardu opowiedział mu o powstałym w 1889 r., obliczonym na sto lat planie ekspansji. Zgodnie z nim Tokio zamierzało zająć obszary kontynentalnej Azji, Australię, Nową Zelandię i Hawaje, a także utworzyć bazy w Meksyku i Peru. Ostatecznym celem miało być ustanowienie protektoratu nad wszystkimi Azjatami4. Niezależnie od tego, czy Roosevelt rzeczywiście wierzył w istnienie takiego planu i czy Stimson podzielał jego przekonanie, obu polityków cechowała silna niechęć wobec polityki Japonii.

(...)

Stimson, który po upływie kadencji Hoovera powrócił do wykonywania zawodu prawnika, w dalszym ciągu zabierał głos w sprawach Dalekiego Wschodu, w 1936 r. opublikował także książkę poświęconą agresji Japonii na Chiny w 1931 r.7 Od początku drugiej japońskiej agresji na Chiny zajmował zdecydowane stanowisko wobec działań Tokio. Wbrew dominującym w Stanach Zjednoczonych nastrojom izolacjonistycznym (w latach 1935–1937 uchwalono trzy ustawy o neutralności) wzywał do nałożenia sankcji ekonomicznych na Japonię i zwiększenia politycznego zaangażowania USA na Dalekim Wschodzie. Jego głos nie miał oczywiście większego wpływu w sytuacji, gdy większość społeczeństwa i polityków opowiadała się za trzymaniem się z dala od wszelkich konfliktów zbrojnych.

Taki stan rzeczy zmienił się pod wpływem przebiegu II wojny światowej. Opanowanie zachodniej Europy przez nazistowskie Niemcy i osamotniona walka Wielkiej Brytanii oraz ekspansywne działania Japonii w Azji unaoczniły Rooseveltowi i amerykańskiemu społeczeństwu skalę zagrożenia. Prezydent dokonał rekonstrukcji gabinetu, w skład którego weszło dwóch republikanów uchodzących za jastrzębi wojennych: Frank Knox i Stimson, który po raz drugi w życiu objął kierownictwo Departamentu Wojny.

Mariusz Puchacz - Henry L. Stimson i internowanie amerykańskich Japończyków podczas drugiej wojny światowej

11 sierpnia resorty spraw zagranicznych Łotwy i Estonii poinformowały o wycofaniu się obu krajów ze współpracy państw Europy Środkowej z Chinami, czyli formatu 16+1. Łotewskie MSZ uzasadniło decyzję tym, że członkostwo w tej inicjatywie nie odpowiada obecnym priorytetom w polityce gospodarczej i zagranicznej Rygi. Estonia nie podała powodów swojego posunięcia. Oba państwa podkreślają, że zależy im na pragmatycznej dwustronnej kooperacji z ChRL i wzmacnianiu opartych na poszanowaniu wartości demokratycznych, prawa międzynarodowego i praw człowieka stosunków pomiędzy nią a UE. W maju 2021 r. jako pierwsza format ten – wówczas 17+1 – opuściła Litwa. Żadne państwo środkowoeuropejskie nie poparło wówczas jej decyzji, choć Estonia i Łotwa obniżyły poziom dyplomatyczny swoich reprezentacji podczas szczytów inicjatywy z Chinami, a Tallinn przestał wysyłać swoich przedstawicieli na kolejne spotkania w ramach formatu.

Komentarz:

Decyzja Łotwy i Estonii może być odebrana jako wyraz solidarności z Litwą, która od ponad roku pozostaje w konflikcie z Chinami, zapoczątkowanym w momencie jej wystąpienie z formatu 17+1. Spór ten eskalował, gdy Litwa zgodziła się na otwarcie przedstawicielstwa Tajwanu w Wilnie i użyła w jego nazwie słowa „Tajwan” zamiast „Tajpej”. Pekin odebrał to jako pogwałcenie tzw. zasady jednych Chin. 11 sierpnia szef litewskiej dyplomacji Gabrielius Landsbergis skomentował decyzję Rygi i Tallinna, przywołując promowaną przez siebie od dwóch lat koncepcję przejścia we współpracy z ChRL do formatu 27+1. Ma to zagwarantować większą spójność polityki Unii (czym zainteresowane są również Estonia i Łotwa). Rządy trzech państw bałtyckich uznają widoczne od kilku lat próby budowania przez Chiny siatki wpływów politycznych i gospodarczych w regionie za zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa (dowodzą tego m.in. raporty ich wywiadów). Ponadto poparcie, jakiego Pekin udziela Moskwie, wzmacnia w regionie bałtyckim przekonanie o rosnącym zagrożeniu nie tylko ze strony Rosji i Białorusi, lecz także Chin, prowadzących agresywną politykę zagraniczną i gospodarczą oraz tworzących sojusz z Kremlem. Wystąpienie Łotwy i Estonii z formatu 16+1 prowadzi do ujednolicenia kursu całego regionu bałtyckiego wobec Chin, w tym w kontekście ich relacji z UE i USA.

Oba państwa bałtyckie dostrzegają korzyści, jakie Litwa uzyskała w okresie konfrontacji z ChRL, obejmujące m.in. zbliżenie dyplomatyczne z Waszyngtonem. Decyzja Łotwy i Estonii o wystąpieniu z formatu nastąpiła tuż po wizycie sekretarza obrony USA Lloyda Austina w Rydze. Ta pierwsza od 1995 r. wizyta na tak wysokim szczeblu wskazuje na rosnące zainteresowanie Stanów Zjednoczonych regionem bałtyckim i jego bezpieczeństwem. Austin zadeklarował podjęcie działań na rzecz wzmocnienia obrony tego terytorium przed ewentualnymi zagrożeniami ze strony Rosji, a w razie niebezpieczeństwa – skierowanie tam dodatkowych sił. Priorytetami dla Łotwy są pozyskanie większej liczby amerykańskich instruktorów i konsultantów wojskowych oraz wsparcia finansowego na zakup sprzętu wojskowego, a także wzmocnienie obrony przeciwlotniczej i wybrzeża. Ryga i Tallinn dostrzegają też korzyści gospodarcze płynące z zacieśnienia więzów Wilna z Tajpej. Estońscy posłowie z partii rządzącej postulują, by rozważyć utworzenie w kraju biura przedstawicielskiego Tajwanu (na Łotwie taka misja istnieje, lecz jako przedstawicielstwo Tajpej). Zachętę dla podjęcia współpracy stanowią dla nich deklaracje Tajwanu dotyczące zainwestowania na Litwie 200 mln euro. Tajpej również dąży do rozwijania kontaktów politycznych i biznesowych w regionie z wykorzystaniem swoich zasobów w obszarze wysoko rozwiniętych technologii. Wyrazem woli kooperacji ze strony Tajwanu były w ostatnim czasie duże dotacje na ośrodki dla uchodźców z Ukrainy w państwach bałtyckich.

O ile wystąpienie Litwy z formatu 17+1 stanowiło dla ChRL niekorzystny precedens w relacjach z państwami Europy Środkowej, o tyle decyzja Łotwy i Estonii może być zapowiedzią szerszego trendu – podobny krok rozważają m.in. rządy Czech i Rumunii. Pokazuje to również, że polityka sankcji i zastraszania Wilna nie stała się efektywnym narzędziem utrzymania chińskich wpływów w regionie. Pekin nie potrafił też w ostatnich miesiącach i latach zaproponować pozytywnej agendy gospodarczej mogącej zwiększyć zainteresowanie formatem 17+1. Tamtejsza dyplomacja, chcąc ze względów prestiżowych podtrzymać jego funkcjonowanie, może dążyć do zmiany jego formuły (np. obniżenia rangi reprezentantów państw do ministrów spraw zagranicznych i zmniejszenia częstotliwości spotkań). ChRL wciąż nie odniosła się oficjalnie do decyzji Tallinna i Rygi. Dotychczas podobne działania interpretowano jako efekt zakulisowych działań USA, a komunikowane Pekinowi obawy regionu (m.in. odnośnie do zacieśniania relacji chińsko-rosyjskich) przedstawiano jako bezpodstawne.

osw.waw.pl

czwartek, 18 sierpnia 2022


(...)

W trakcie organizowanego w podmoskiewskiej Kubince Międzynarodowego forum wojskowo-technicznego „Armia-2022” rosyjski resort obrony podpisał siedem i potwierdził 29 wcześniej podpisanych kontraktów na dostawę uzbrojenia i sprzętu wojskowego o wartości ponad 500 mld rubli (8,5 mld dolarów). Siły Zbrojne FR mają otrzymać 3700 nowych egzemplarzy, a także 100 egzemplarzy zmodernizowanych, a zamówienia w większości dotyczą wyposażenia używanego w wojnie przeciwko Ukrainie. Wyszczególniono m.in. dostawy czołgów T-90M, kołowych transporterów opancerzonych BTR-82A, samochodów opancerzonych „Tigr-M” (w tym ze zdalnie sterowanym modułem bojowym „Arbalet”), bombowców frontowych Su-34, śmigłowców bojowych Ka-52M i Mi-28NM, bezzałogowych statków powietrznych (BSP) „Inochodiec”, „Orłan-10” i „Orłan-30” oraz „Eleron-3, rakiet do systemów „Iskander”, amunicji rakietowej 300 mm do systemów „Smiercz”, bomb kierowanych UAB-20 dla BSP, rakiet lotniczych powietrze-ziemia (także przeciwradiolokacyjnych), a także remont i modernizację czołgów T-80BW i bojowych wozów piechoty BMP-2. W zamówieniach znalazło się ponadto nowe wyposażenie dla Strategicznych Sił Jądrowych (w tym rakiety RS-28 „Sarmat”), Marynarki Wojennej (m.in. trzy kolejne okręty podwodne oraz dwa rozpoznawcze) oraz obrony powietrzno-kosmicznej (systemy S-500, satelity rozpoznawcze „Lotos-M”).

16 sierpnia, komentując informacje o kolejnych eksplozjach w rosyjskich obiektach wojskowych na Krymie, prezydent Ukrainy zaapelował do ludności cywilnej, aby nie przebywała w pobliżu rosyjskich obiektów wojskowych. Dodał, że przyczyny wybuchów „mogą być różne”, ale wszystkie te incydenty mają duże znaczenie dla utrudnienia logistyki sił okupacyjnych, redukcji zapasów amunicji i sprzętu wojskowego.

(...)

Komentarz

(...)

•  Ujawnione w trakcie ,iędzynarodowego forum wojskowo-technicznego „Armia-2022” plany zakupów przez Rosję uzbrojenia i sprzętu wojskowego, jak również informacje ukraińskich wojskowych odnośnie wysiłku artylerii i lotnictwa agresora potwierdzają, że tzw. specjalna operacja wojskowa po blisko pół roku trwania stanowiła dla armii rosyjskiej znaczący wysiłek. Niewielki zakres zamówionych prac modernizacyjnych (łącznie około 100 czołgów i bojowych wozów piechoty) świadczy jednak, że poniesione straty w wyposażeniu nie są dla Rosjan na tyle dotkliwe, by byli oni zmuszeni położyć główny nacisk na szybsze i tańsze od produkcji nowych egzemplarzy unowocześnienie już posiadanego uzbrojenia. Za wyjątek należy uznać nowoczesne bezzałogowe statki powietrzne, których zapasów z czasów sowieckich Rosja nie posiada. Ich nowe dostawy zamówiono do razu u trzech producentów, którzy – według wcześniejszych informacji – już wcześniej podjęli działania na rzecz zintensyfikowania produkcji. Doświadczenia bojowe – zarówno rosyjskie, jak i ukraińskie – potwierdzają, że wszelkiego rodzaju drony są tyleż przydatne na współczesnym polu walki, co podatne na zniszczenie.

•  Polityka informacyjna władz Ukrainy w kwestii wybuchów w rosyjskich obiektach wojskowych na Krymie ma cechy dobrze przygotowanej operacji psychologicznej, której celem jest wzniecenie paniki na terytoriach okupowanych. Nieujawnianie szczegółów i okoliczności przeprowadzanych ataków i objęcie ich aurą tajemniczości zwiększa niepokój Rosjan i podważa wizerunek Floty Czarnomorskiej jako gwaranta bezpieczeństwa Krymu. Działania ukraińskie skutecznie kwestionują sprawność i dobre przygotowanie rosyjskiej armii do prowadzenia działań bojowych. Ważnym elementem zwiększania presji jest zapowiedź dalszych ataków na głębokie zaplecze sił rosyjskich, w tym możliwość uszkodzenia/zniszczenia tzw. „mostu krymskiego” łączącego półwysep z Rosją.

osw.waw.pl

Rosja coraz skuteczniej przezwycięża problemy związane z wycofaniem się z tamtejszego rynku w marcu br. największych zachodnich firm wydających karty płatnicze (m.in. Mastercard, Visa, JCB), którego efektem było wstrzymanie obsługi za granicą kart wydanych przez rosyjskie banki. Obywatele nadal mogą korzystać z nich w kraju, jako że wszystkie transakcje wewnętrzne obsługuje miejscowy operator – Narodowy System Kart Płatniczych. Dodatkowo banki wydłużyły (bezterminowo) okres ich ważności. Bardzo utrudniona stała się jednak realizacja transakcji międzynarodowych, w tym zakupów w sklepach internetowych. Władze szukają rozwiązania problemu – przede wszystkim poprzez podejmowanie działań na rzecz uznania rosyjskiej karty płatniczej Mir przez inne kraje. Dla przykładu w ostatnich tygodniach zwiększyła się liczba akceptujących ją banków tureckich, ponadto od lipca jest ona obsługiwana w Korei Południowej. Rosja prowadzi również rozmowy o wprowadzeniu jej na rynki m.in. Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Egiptu, Iranu czy Wenezueli. Kartę Mir honoruje się już na Białorusi, w Armenii, Kazachstanie, Kirgistanie, Tadżykistanie, Uzbekistanie i Wietnamie, przy czym poza granicami Rosji nie jest ona uznawana powszechnie, a jedynie w wybranych bankach. W ostatnich miesiącach rosyjskie instytucje kredytowe intensywnie rozwijają także współpracę z chińską spółką UnionPay, zwiększając liczbę jej kart wydawanych w kraju. Nie są one tam jednak na razie powszechnie akceptowane – korzystać z nich można głównie w ChRL i innych państwach azjatyckich.

Znacznie większą swobodę w zakresie korzystania ze środków finansowych poza Rosją dają karty płatnicze wyemitowane przez zagraniczne banki, dlatego część Rosjan zdecydowała się na otwarcie kont w sąsiednich państwach. Już w marcu rosyjskie biura turystyczne oferowały wycieczki – głównie do Azji Centralnej – obejmujące m.in. wizytę w banku i otwarcie konta. W efekcie w drugim kwartale br. w wielu państwach regionu znacznie zwiększyła się liczba wydawanych kart bankowych. W Uzbekistanie odnotowano w tym względzie wzrost o 26% r/r, tj. o ponad 6 mln kart (do 29,9 mln). Liderem okazał się Kirgistan, gdzie ich liczba skoczyła o 40%, tj. o prawie 350 tys. Dwucyfrowe wzrosty zanotowały także Armenia i Tadżykistan, a jeden z najniższych – o 9%, tj. o 3 mln kart – Kazachstan. Najprawdopodobniej znaczna część wyemitowanych w regionie kart trafiła do Rosjan.

Rosja zdołała także częściowo zastąpić usługi zachodnich spółek finansowych (m.in. Western Union, PayPal, Wise) wycofujących się z kraju w wyniku bojkotu rynku po inwazji na Ukrainę. W efekcie przelewy zagraniczne, w tym internetowe, realizowane są obecnie za pośrednictwem rodzimych podmiotów, takich jak KoronaPay, Unistream czy Contact.

Wicepremier FR Denis Manturow poinformował, że w ciągu trzech miesięcy (maj–lipiec) funkcjonowania importu równoległego (wwozu produktów bez zgody właściciela znaku towarowego) do kraju sprowadzono w ten sposób towary o wartości 6 mld dolarów. Rząd szacuje, że za jego pomocą w całym 2022 r. uda się dostarczyć do Rosji sprzęt, części zamienne oraz towary konsumpcyjne produkowane przez firmy, które się z niej wycofały, na łączną sumę 16 mld dolarów.

W ostatnich miesiącach obserwujemy także stopniowe odbudowywanie się rosyjskiego importu. Dynamicznie rośnie zwłaszcza współpraca handlowa między Moskwą i Ankarą. W okresie od maja do lipca turecki eksport do Rosji wzrósł o 46% r/r, do ponad 2 mld dolarów. W lipcu zwiększył się on aż o 75% r/r, do 730 tys. dolarów. Rośnie również udział Rosji w tureckim eksporcie – w lipcu wyniósł on 3,9%, podczas gdy rok wcześniej – 2,6%.

Po załamaniu w kwietniu (spadek o ponad 27%) rośnie także import z Chin. W efekcie w okresie maj–lipiec powrócił on do poziomu sprzed roku, tj. ok. 16 mld dolarów, a w każdym kolejnym miesiącu zwiększał się – w lipcu okazał się wyższy o 20% niż w 2021 r. i wart był 6,7 mld dolarów (wobec 5,5 mld dolarów rok wcześniej). Udział Rosji w chińskim eksporcie utrzymał się w zasadzie na poziomie sprzed roku i wyniósł 1,7%.

Z kolei Indie w okresie od 24 lutego do końca lipca zmniejszyły eksport do Rosji o ponad 35%, do ok. 850 mln dolarów, podczas gdy import z tego kraju wzrósł w tym czasie prawie pięciokrotnie – do 15 mld dolarów – głównie dzięki zakupom ropy. Udział Rosji w eksporcie Indii utrzymuje się na poziomie ok. 2%.

Najbardziej skurczył się import z Unii Europejskiej – w okresie marzec–czerwiec był on o połowę niższy niż przed rokiem i wyniósł ponad 15 mld euro. Zarazem od maja obserwuje się jego stopniową odbudowę – w czerwcu był o 40% niższy niż rok wcześniej, podczas gdy w kwietniu – aż o 60%.

Komentarz

•  Stopniowe odbudowywanie się importu do Rosji w ostatnich miesiącach świadczy o tym, że tamtejsze firmy są w stanie coraz skuteczniej budować nowe łańcuchy logistyczne oraz wdrażać metody płacenia za zakupiony towar, co zwiększa możliwość realizacji dostaw. Po pierwszych miesiącach (marzec i kwiecień) paraliżu współpracy gospodarczej wywołanego nałożeniem wielu sankcji międzynarodowy biznes coraz lepiej orientuje się w zakresie restrykcji i efektywniej znajduje obszary, w których kooperacja jest nadal możliwa, lub sposoby na obchodzenie obostrzeń. Wygasa też jego dotychczasowa niechęć do współpracy z Rosją ze względów reputacyjnych, na co wskazuje odbudowujący się unijny eksport.

•  Już przed inwazją na Ukrainę Rosja rozszerzała współpracę gospodarczą z państwami azjatyckimi, głównie z Chinami, aby zmniejszyć swoją zależność w tej sferze od Zachodu. Sankcje zintensyfikowały ten proces. Kraje spoza Zachodu gotowe są jednak kooperować z nią przede wszystkim w obszarach nieobjętych restrykcjami rządowymi, a jedynie bojkotami korporacyjnymi. Zarabiają głównie na reeksporcie towarów firm, które w ostatnich miesiącach wycofały się z Rosji, a także zwiększają dostawy rodzimych produktów, którym wcześniej trudno było konkurować na tamtejszym rynku z zachodnimi markami – samochodów, telefonów, odzieży itp. Import równoległy pozwala więc na częściowe uzupełnianie niedoborów. Zarazem państwa, które zajmują się tylko reeksportem towarów, same mają problem ze sprowadzeniem większych ich ilości. Dodatkowo z doniesień medialnych wynika, że ceny dostarczanych w ten sposób produktów wzrosły nawet kilkakrotnie w porównaniu z początkiem roku, i to mimo silnego rubla. W efekcie popyt na zachodnie towary, zwłaszcza konsumpcyjne, spada. Postępujące ubożenie społeczeństwa sprawia, że coraz mniej osób stać na zakup markowych produktów.

Znacznie trudniej sprowadzać do Rosji części, urządzenia czy półfabrykaty niezbędne miejscowym przedsiębiorstwom w procesie produkcji. Z badań przeprowadzanych w środowisku biznesu wynika, że ich niedobory narastają w ostatnich miesiącach zwłaszcza w sektorach budowlanym i chemicznym czy przetwórstwie drewna. Paradoksalnie wdrażany w kraju program substytucji importu i rozwoju rodzimej produkcji realizowany jest w oparciu o sprowadzane półfabrykaty czy maszyny, zwłaszcza obrabiarki.

•  Z nałożonych na Rosję restrykcji starały się także skorzystać instytucje finansowe państw ościennych, przyciągając do siebie tamtejszy kapitał i dorabiając się na jego obsłudze. Okazuje się jednak, że szczyt turystyki „bankowej” przypadł najprawdopodobniej na kwiecień i maj br. W ostatnich miesiącach regulatorzy rynku zaczęli zaostrzać swoją politykę dotyczącą obsługi obcokrajowców w obawie przed wtórnymi sankcjami ze strony Zachodu. Widać to było m.in. w Kazachstanie i Kirgistanie. Proces otwarcia konta bankowego zaczął wydłużać się także w Armenii i Gruzji. Rosjanie starają się również wykorzystywać systemy bankowe państw zachodnich, m.in. krajów członkowskich Unii Europejskiej, lecz – zwłaszcza w Europie – większość banków dość uważnie kontroluje ich transakcje finansowe, nawet jeśli są oni rezydentami UE. Także współpraca z chińską spółką UnionPay napotyka poważne ograniczenia – m.in. za granicą wciąż łatwo ustalić pochodzenie środków (po kodzie IBAN określającym bank, w którym założono rachunek). W rezultacie jej karty służą przede wszystkim do transakcji na rynkach azjatyckich.

•  Narodowy System Kart Płatniczych powstał na fali zachodnich sankcji nakładanych na Rosję po aneksji Krymu w 2014 r. Karty płatnicze kilku banków objętych restrykcjami stały się całkowicie bezużyteczne, co uświadomiło Kremlowi zależność od zachodnich systemów finansowych. W konsekwencji zdecydowano o budowie ich rodzimego odpowiednika. Od czasu rozpoczęcia inwazji na Ukrainę udział kart Mir w ogólnej liczbie kart w kraju wzrósł z 32 do 35% i obecnie przypada na nie ok. 27% łącznych obrotów (wobec 24% przed agresją). Jak się jednak okazało, rozwój systemu napotyka poważne ograniczenia. Banki już w marcu zaczęły się skarżyć na wzrost cen kart płatniczych. Rosyjscy producenci (zgodnie z prawem tylko oni mogą być ich dostawcami) podnieśli cenę kart do 9 euro za sztukę (z 40 centów przed inwazją), co wynikało z deficytu montowanych w nich chipów (miesięcznie sektor bankowy potrzebuje ich ok. 10 mln). Centralny Bank Rosji rozważał nawet dopuszczenie do rynku chińskich producentów. W ostatnich tygodniach ceny zaczęły spadać (do 7 euro za sztukę), m.in. wskutek zastosowania importu równoległego, ale także recyclingu chipów. Kolejnym wyzwaniem stojącym przed rosyjskim sektorem bankowym jest obsługa miejscowych bankomatów, które objęto sankcjami (dotyczy to zwłaszcza ich oprogramowania). Rodzime banki mają problemy m.in. z tym, że maszyny nie obsługują nowej wersji banknotu sturublowego.

osw.waw.pl

Według ustaleń ukraińskiego wywiadu w Rosji rozpoczęła się "przemysłowa mobilizacja". Pracownicy najważniejszych jednostek nie mogą iść na urlop - podobnie jak całe kierownictwo zakładów zajmujących się przemysłem na potrzeby wojska. W ten sposób Rosja chce uzupełnić straty w sprzęcie, który został zniszczony w trakcie wojny w Ukrainie. Moskwa zwiększyła nawet budżet na obronność aż o 600-700 mld rubli (10 mld euro; 47 mld złotych). 

Generał Pekka Toveri w rozmowie z fińskim dziennikiem "Iltalehti" zauważa, że decyzja Rosji o zintensyfikowaniu działań w obrębie przemysłu wojennego została podjęta za późno. - Rosjanie stracili 5200 sztuk sprzętu wojskowego, od ciężarówek po samoloty, a możliwe jest, że jeszcze więcej. Kreml nie przewidział tak absorbującej wojny - zauważył były wojskowy. 

- Miną lata, zanim utracony sprzęt będzie mógł być w pełni zastąpiony. Kontynuacja wojny przyniesie również swoje własne wyzwania w zakresie produkcji nowego sprzętu - dodał. Według Toveriego, najpóźniej do końca 2022 roku Rosja będzie miała ogromne problemy ze sprzętem i amunicją, a nawet wdrożony obecnie plan Kremla nie zdoła temu zapobiec. - Niedługo Rosjanie zobaczą w magazynach już tylko tylną ścianę - powiedział. Zauważył też, że już dawno Moskwa odkryła, że nie jest w stanie wyprodukować rakiet w takim tempie, w jakim są masowo wystrzeliwane na froncie. 

Generał Pekka Toveri dodał, że Rosja działa podobnie jak nazistowskie Niemcy w czasie II wojny światowej. Według niego "Putin popełnia ten sam błąd, co Hitler", ponieważ nie przygotował przemysłu do wypowiedzianej przez siebie wojny. - Rosja ma tę przewagę, że w porównaniu z III Rzeszą posiada obfite zasoby naturalne, ale jest zapóźniona w zakresie nowoczesnych technologii. Tego nie zdobywa się z dnia na dzień - dojście do niej zajmuje lata - podkreślił wojskowy.

- Jak to często bywa w Rosji - oszukują na kilku kierunkach: mówią, że to zrobią, chociaż nawet nie próbują i nie mogą znaleźć na to pracowników ani środków - podsumował na koniec Toveri. Generał zaapelował też do Zachodu o zwiększenie produkcji wojskowej i wysyłanie sprzętu do Ukrainy. Dzięki nowoczesnym rakietom, systemom czy samolotom Ukraina miałaby większe szanse na to, by wygrać wojnę.

gazeta.pl

środa, 17 sierpnia 2022


Wojska rosyjskie i zastępcze na Ukrainie prawdopodobnie działają w około sześciu grupach sił zorientowanych na: miasto Charków i północno-wschodni obwód charkowski; wzdłuż linii Izjum-Słowiańsk; obszar Siewiersk-Łysyczańsk; Bachmut; obszar miasta Avdiivka-Donieck; i południową Ukrainę. Grupy wokół Charkowa i Siwierska-Łysyczańska są prawdopodobnie budowane wokół rdzeni zaczerpniętych odpowiednio z Zachodniego i Centralnego Okręgu Wojskowego. Oś Izjum-Słowiańsk jest coraz częściej obsadzana przez niedawno utworzone bataliony ochotnicze, które prawdopodobnie mają bardzo małą siłę bojową. Żołnierze prywatnej kompanii wojskowej (PKW) Grupy Wagner prowadzą operacje wokół Bachmutu, podczas gdy siły wyprowadzone z Donieckiej Republiki Ludowej (DNR) dominują w rejonie miasta Awdijewka-Donieck. Oddziały z Południowego Okręgu Wojskowego (SMD) prawdopodobnie stanowiły pierwotny rdzeń sił w obwodach chersońskim i zaporoskim, ale zostały wzmocnione oddziałami Wschodniego Okręgu Wojskowego, Siłami Powietrznodesantowymi i Rosgwardią. Żadne z tych ugrupowań nie jest jednorodne – składają się na nie elementy różnych okręgów wojskowych, sił najemniczych i jednostek ochotniczych.

To rozlokowanie sugeruje, że Moskwa priorytetowo traktuje natarcie wokół Bachmutu i być może w kierunku Siwierska, jednocześnie starając się wykorzystać entuzjazm sił DNR, by przejąć teren, którego nie udało im się zająć od 2014 r., na osi Awdijewki. Duża koncentracja batalionów ochotniczych wokół Iziumu i Słowiańska sugeruje, że obszar ten nie jest przedmiotem uwagi Rosji i może być narażony na kontrataki ukraińskie. Zgrupowania sił w obwodzie chersońskim i wokół niego mogą stanowić poważne wyzwanie dla rosyjskiego dowodzenia i kontroli, zwłaszcza jeśli siły ukraińskie przeprowadzą tam kontrofensywę.

understandingwar.org

Od zakończenia wojny w Górskim Karabachu (GK) w 2020 r. na linii rozgraniczenia w GK oraz na bezpośredniej granicy Armenii i Azerbejdżanu regularnie dochodzi do inicjowanych przez Azerbejdżan incydentów zbrojnych (m.in. nad jeziorem Sew w maju 2021 r. czy we wsi Paruch w marcu 2022 r.). W ich efekcie Azerbejdżan przesuwa linię rozgraniczenia lub granicę państw na swoją korzyść, zajmując obszary ważne dla działań wojskowych. Na początku sierpnia siły azerskie przeprowadziły ofensywę w okolicach tzw. korytarza laczyńskiego, łączącego Armenię z GK, w efekcie której przejęły kontrolę nad kilkoma strategicznie położonymi wzgórzami.

Obecne status quo w GK zostało ukształtowane w wyniku zawartego pod patronatem Rosji rozejmu z 9 listopada 2020 r. Azerbejdżan przejął kontrolę nad ok. 75% terytoriów dotychczas kontrolowanych przez Ormian w GK i rozpoczął proces ich zabezpieczenia (m.in. rozminowania), odbudowy oraz likwidacji pozostałości ormiańskiego osadnictwa (m.in. obiektów kulturalnych i religijnych). Armenia zachowała ok. 25% dotychczasowego terytorium GK, wraz z korytarzem laczyńskim, łączącym GK i Armenię.

Gwarantem porozumienia stały się rosyjskie siły pokojowe (ok. 2 tys. żołnierzy), rozmieszczone w GK na pięć lat. Oprócz żołnierzy w GK stacjonuje kilkuset funkcjonariuszy FSB i ministerstwa ds. nadzwyczajnych. Pełnią oni obecnie nadrzędną rolę wobec sił zbrojnych Armenii i GK, również stacjonujących w GK. GK znajduje się de facto pod kontrolą Rosji – nadrzędną rolę wobec ormiańskiej administracji sprawuje dowództwo rosyjskiego kontyngentu wojskowego, które przejęło zarządzanie wszystkimi sferami funkcjonowania GK (ochrona granic i porządku publicznego, gospodarka komunalna, telekomunikacja). Co najmniej połowa obywateli GK uzyskała rosyjskie paszporty.

Grupa Mińska OBWE po 2020 r. straciła swoją rolę w procesie pokojowym, w który, niezależnie od siebie, zaangażowały się Rosja i UE. Rosja skupiła się na otwarciu regionalnych korytarzy transportowych, które umacniałyby jej pozycję jako ich gwaranta, tworząc w tym celu trójstronną grupę roboczą. UE włączyła się do mediacji w marcu br. – przewodniczący Rady Europejskiej Charles Michel doprowadził do powołania dwustronnej komisji ds. delimitacji granicy. Oba formaty jak dotąd nie doprowadziły do znaczących postępów w procesie pokojowym.

Azerbejdżan pozoruje gotowość do zawarcia układu pokojowego z Armenią, wykorzystując swoją silniejszą pozycję w konflikcie. Nie wyraża przy tym zgody na przywrócenie mandatu Grupy Mińskiej. Azerbejdżan stawia Armenii następujące warunki: uzyskanie eksterytorialnego korytarza do Nachiczewanu przez terytorium Armenii w wyznaczonym przez Azerbejdżan odcinku (przy południowej granicy z Iranem), delimitacja granic w oparciu o korzystne dla Azerbejdżanu mapy (istnieją ich różne wersje), wycofanie sił zbrojnych Armenii z GK i docelowe przejęcie kontroli nad całością GK. Postulaty te prawdopodobnie były podstawą azerskiej propozycji normalizacji wzajemnych relacji, wyrażonej w tzw. pięciu punktach ministra spraw zagranicznych Dżejhuna Bajramowa z marca br. (ich treść nie została opublikowana).

Równolegle do negocjacji Azerbejdżan utrzymuje wobec Armenii presję militarną, której granice są wyznaczane przez działania rozjemcze rosyjskiego kontyngentu w GK. Azerbejdżan, poprzez regularne inicjowanie incydentów zbrojnych, liczy na uzyskanie ustępstw politycznych ze strony Armenii oraz utrzymuje wojenną mobilizację własnego społeczeństwa.

Premier Armenii Nikol Paszynian wyraził bezprecedensową gotowość do ustępstw – m.in. poprzez przekazanie większości map zaminowania terenów odzyskanych przez Azerbejdżan czy rozpoczęcie wycofywania sił zbrojnych Armenii z GK. Warunkami Armenii są uwolnienie przez Azerbejdżan wszystkich przetrzymywanych jeńców, zagwarantowanie praw Ormianom zamieszkującym GK i wyrzeczenie się przez Azerbejdżan roszczeń wobec terytorium Armenii. Ormiański rząd nie zgadza się przy tym na azerską propozycję sposobu delimitacji granic i otwarcia korytarzy transportowych – m.in. korytarz do Nachiczewanu miałby być objęty nadzorem Ormian w zakresie kontroli paszportowych czy ceł i przebiegać w głębi terytorium Armenii, a nie przy granicy z Iranem, jak domaga się Azerbejdżan. Te postulaty były prawdopodobnie podstawą kontrpropozycji ormiańskiego ministra spraw zagranicznych (tzw. sześć punktów Ararata Mirzojana z 5 maja br.) wobec pięciu punktów Bajramowa. Armenia opowiada się przy tym za wznowieniem prac Grupy Mińskiej i przywrócenia jej mandatu jako głównego forum negocjacji.

Gotowość do ustępstw wobec Azerbejdżanu i prowadzona równolegle próba normalizacji z Turcją wywołują protesty i krytykę Paszyniana ze strony opozycji, skupionej wokół tzw. klanu karabaskiego i diaspory, a także napięcia w ramach elity rządzącej (był to jeden z powodów rezygnacji z urzędu prezydenta Armena Sarkisjana w lutym br.). Ich zdaniem Paszynian dąży de facto do rezygnacji z ormiańskiej kontroli nad GK, chcąc zagwarantować bezpieczeństwo terytorium Armenii, co jest przez jego przeciwników oceniane jako zdrada stanu.

Rosja pozostaje gwarantem bezpieczeństwa Armenii i po 2020 r. zwiększyła swoją obecność wojskową w tym państwie, wzmacniając kontyngent bazy wojskowej w Giumri oraz dyslokując żołnierzy do garnizonów w prowincji Sjunik, najbardziej narażonej na azerskie ataki. Jednocześnie Rosja skonsolidowała kontrolę nad GK, tworząc instrumenty do zagwarantowania swojej obecności wojskowej także po wygaśnięciu mandatu sił pokojowych w 2025 r. (m.in. poprzez proces paszportyzacji). Rozpoczęcie wojny na Ukrainie w lutym br. wymusiło jednak na Rosji taktyczną koordynację działań z Azerbejdżanem, w celu zabezpieczenia wpływów w GK. Dotyczyła tego prawdopodobnie wizyta prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa 22 lutego br. w Moskwie, w przededniu rosyjskiej agresji wobec Ukrainy. Rosyjskie siły pokojowe w praktyce zwiększyły margines tolerowanych działań strony azerskiej. W konsekwencji Rosja wykorzystuje działania Azerów do podkreślenia swojej roli mediatora i rozjemcy w GK.

Turcja pozostaje najważniejszym sojusznikiem politycznym i wojskowym Azerbejdżanu. Jednak od 2021 r. prowadzi samodzielną próbę normalizacji relacji z Armenią, uzależniając jej powodzenie od ormiańskich ustępstw wobec Azerbejdżanu. Turcja chce w ten sposób zarówno wzmocnić azerską presję wobec Armenii, jak i skonsolidować swoje wpływy na Kaukazie Płd., domagając się otwarcia przez Armenię korytarza Azerbejdżan–Nachiczewan na warunkach strony azerskiej, co gwarantowałoby jej uzyskanie lądowego połączenia transportowego z Azerbejdżanem.

pism.pl

Serbia zintensyfikowała współpracę z NATO po oświadczeniu rosyjskiego ambasadora, że utworzenie rosyjskiej bazy wojskowej w republice znajduje się na "liście interesów" Moskwy. Jak podaje Kommiersant, powołując się na źródła w Belgradzie, serbskie wojsko zwiększa swoje zaangażowanie we współpracę z USA w bazie wojskowej "Jug" koło Bujanovaca na południu kraju. Prezydent Vučić jednocześnie podkreśla, że jego kraj "nie będzie się wstydził więzi z Rosją".

Informacje te potwierdził szef amerykańskiego Biura Współpracy Obronnej (Office for Defence Cooperation, ODC) Alexandro Pedraza, który koordynuje współpracę serbskiej armii z Pentagonem. Według niego Waszyngton i Belgrad planują rozwój bazy południowej jako "głównego ośrodka szkolenia serbskiej armii według standardów NATO oraz szkolenia serbskich jednostek specjalnych do operacji pokojowych".

W ubiegłym tygodniu prezydent Serbii Aleksandar Vučić powiedział, że republika nie będzie gościć baz wojskowych innych państw.

— Serbia nie potrzebuje niczyich baz wojskowych, Serbia zachowa neutralność militarną, sama wzmocni swoją armię, Serbia zadba o swój naród i będzie wystarczająco silna, by być samodzielna — mówił Vučić.

Wypowiedź Vučića pojawiła się trzy dni po tym, jak rosyjski ambasador w Belgradzie Aleksander Bocan-Charczenko zasugerował możliwość utworzenia rosyjskiej bazy wojskowej w republice. Nazwał to "sprawą interesującą" dla Moskwy, zaznaczając jednak, że utworzenie baz pozostaje "suwerenną sprawą" władz serbskich.

Choć Vučić wyraźnie odrzucił taką możliwość, podkreślił, że kraj "nie będzie się wstydził więzi z Rosją", a także z Chinami, USA i UE.

Wcześniej prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenko powiedział, że "Serbia chciałaby siedzieć na trzech krzesłach: UE, USA, Rosja — ale już nie będzie mogła". W Belgradzie słowa te zostały zinterpretowane jako żądanie opowiedzenia się po stronie Moskwy, wyrażone przez Kreml za pośrednictwem białoruskiego sojusznika.

(...)

Serbia jest uważnie obserwowana przez Zachód, ponieważ tworzy nowy rząd i decyduje, czy przyłączyć się do sankcji przeciwko Rosji. Jednocześnie Vučić nie chce psuć stosunków z Moskwą, gdyż ta "dostarcza Serbii najtańszy gaz w Europie i wspiera ją w sprawie Kosowa".

onet.pl/The Moscow Times