środa, 20 lipca 2022


Wezwania wśród rosyjskich nacjonalistycznych i prowojennych głosów do rosyjskiego prezydenta Władimira Putina o rozszerzenie celów wojennych Rosji, pełną mobilizację państwa do wojny i porzucenie pretekstu, że Rosja nie jest zaangażowana w wojnę, osiągnęły crescendo 19 lipca. Nacjonalistyczny blogger Igor Girkin przedstawił obszerną listę działań militarnych, gospodarczych i politycznych, które, jego zdaniem, musi podjąć Kreml, aby wygrać wojnę na Ukrainie; pierwszą z tej listy jest odejście od retoryki „specjalnej operacji wojskowej” i określenie oficjalnych celów  wojny na Ukrainie. Girkin opowiada się za ekspansywnymi celami terytorialnymi wykraczającymi poza deklarowane ambicje Kremla w Donbasie, w tym zjednoczenie całego terytorium „Noworosji” (które, jak twierdzi Girkin, obejmuje Charków, Dniepropietrowsk, Mikołajów, Odesa, Zaporoż, Chersoń, Donieck i Ługańsk, a także Krzywy Róg) z Federacją Rosyjską i utworzeniem państwa małorosyjskiego (cała Ukraina aż do granicy z Polską), które według Girkina powinno zostać zjednoczone z Rosją poprzez państwo związkowe Rosja-Białoruś. Girkin wezwał także Kreml do pełnego przestawienia gospodarki rosyjskiej na grunt wojenny i przeprowadzenia szeroko zakrojonych działań mobilizacyjnych, w tym przymusowego poboru i (dalszego) zawieszenia praw Rosjan. Girkin często krytykował to, co uważa za brak ambicji i zdecydowanych działań w prowadzeniu przez Kreml wojny na Ukrainie, poprzez swoje apele o maksymalizację celów i środków wspierających zdobycze terytorialne. Jego najnowsza lista żądań przyczynia się do rosnącego niezadowolenia w rosyjskim prowojennym nacjonalistycznym duchu czasu.

Podczas gdy post Girkina z 19 lipca jest zjadliwą krytyką intencji Kremla na Ukrainie, inni rosyjscy miliblogerzy starali się kształtować narrację sprzyjającą Putinowi, jednocześnie dążąc do tych samych maksymalistycznych celów, sugerując, że Kreml celowo ustanawiał warunki dla przedłużającej się wojny na Ukrainie od czasu wojna się zaczęła. Rosyjski milblogger Jurij Kotyenok twierdził, że Rosja dąży do „syrianizacji” wojny na Ukrainie, nigdy nie precyzując konkretnych terminów ani celów operacji na Ukrainie. Wyraźne przywołanie przeciągających się rosyjskich operacji w Syrii sugeruje, że niektóre rosyjskie głosy nacjonalistyczne stwarzają warunki do długiej wojny w sposób, który oszczędza Kremlowi twarz, biorąc pod uwagę, że Rosja nie zapewniła sobie celów militarnych na Ukrainie w bardzo krótkim okresie, w którym początkowo Kreml zaplanowany.

Putin mógłby po prostu zignorować milblogerów, choć w niedalekiej przeszłości wykazywał troskę o ich stanowisko, albo mógłby rozgrywać ich narracje na kilka sposobów. Mógłby poczekać i zobaczyć, jaki oddźwięk mają ich apele o pełną mobilizację i szersze cele wojenne wśród części rosyjskiej populacji, na których mu najbardziej zależy. Mógłby mieć nadzieję, że ich na wpół niezależne apele o bardziej ekstremalne środki mogą napędzać poparcie dla rozszerzenia celów i mobilizacji, których pragnie, ale czuje, że Rosjanie nie są przygotowani do ich zaakceptowania. Zamiast tego może odrzucić ich wezwania do większych ambicji i większych poświęceń, prezentując się tym samym jako umiarkowany przywódca, powstrzymujący się od zbytniego żądania od swego ludu.

(...)

Władze rosyjskie w dalszym ciągu polegają na niekonwencjonalnych źródłach siły bojowej w celu obejścia potrzeby powszechnej mobilizacji poprzez złożenie ciężaru generowania siły na zmarginalizowanych enklawach rosyjskiego społeczeństwa. Raport wydany przez rosyjską organizację praw człowieka „Rus Sidyashchaya” (Rosja za kratami) 14 lipca potwierdził wcześniejsze obserwacje ISW, że rosyjskie władze prowadzą rekrutację w rosyjskich więzieniach, aby wspierać operacje na Ukrainie. Raport przytaczał dowody na to, że kolonie karne w rosyjskich obwodach Leningrad, Niżny Nowogród, Nowogrodzie i Włodzimierzu oraz Mordowii, Adygei i innych regionach otrzymały oferty rozmieszczenia skazanych. Inne niezależne rosyjskie źródła donosiły wcześniej, że Prywatna Kompania Wojskowa Grupy Wagnera (PKW) aktywnie rekrutowała z kolonii karnych w Petersburgu. Te wysiłki rekrutacyjne prawdopodobnie kładą nacisk na ilość nad jakością rekrutów na rzecz przyspieszenia wysiłków rozmieszczania przy minimalnym szkoleniu, a zatem jest bardzo mało prawdopodobne, aby zapewniły decydującą przewagę bojową w działaniach wojennych na Ukrainie.

understandingwar.org

W miarę jak wojna na Ukrainie zbliża się do szóstego miesiąca, a wysokie straty w połączeniu z brakiem formalnej mobilizacji powodują poważne uszczerbki w zasobach ludzkich, coraz częściej w rosyjskiej armii pojawia się minimalne szkolenie nowych rekrutów. Według analityków wojskowych i działaczy na rzecz praw człowieka brak wiedzy sprawia, że żołnierze nie mają umiejętności bojowych niezbędnych do przetrwania na polu walki. — Tydzień szkolenia to nic, dla żołnierza to prosta droga do szpitala lub worka na zwłoki — mówi niezależny analityk wojskowy Paweł Łuzin.

Według strony internetowej Ministerstwa Obrony Rosji, intensywne czterotygodniowe szkolenie z zakresu broni połączonej z "kursem przetrwania" jest "niezbędne" dla każdego, kto podpisze kontrakt z rosyjską armią. Program trwa łącznie 240 godz. i obejmuje strzelanie, rzucanie granatów i studiowanie taktyki wojskowej. Jednak w czasie wojny w Ukrainie wydaje się, że standardy szkolenia nie są przestrzegane, twierdzi Siergiej Kriwienko, dyrektor organizacji Obywatel.Armia.Prawo., która zapewnia pomoc prawną rosyjskim żołnierzom.

— Regularnie zgłaszają się do mnie rodzice, których dzieci podpisały kontrakt wojskowy i tydzień później wylądowały w Ukrainie — opowiada Kriwienko.

Iwan podpisał trzymiesięczny kontrakt z Ministerstwem Obrony w kwietniu. — Kiedy rozpoczęła się specjalna operacja wojskowa, choć w rzeczywistości jest to wojna, odebrałem to jako osobistą tragedię — mówi. — Powiedziałem sobie, że chcę tam pojechać i nikt mnie nie powstrzyma. Jestem patriotą.

Wkrótce został przeniesiony do bazy wojskowej w Biełgorodzie w pobliżu granicy z Ukrainą. Niecałe dwa tygodnie później znalazł się na linii frontu. — Po badaniach lekarskich zapytali mnie, czy jestem gotowy na wyjazd do bazy wojskowej pojutrze. Szkolili nas przez pięć dni, kolejne pięć dni czekaliśmy na rotację sił, a potem poszliśmy na pozycje bojowe — opowiada Iwan.

W ostatnich tygodniach w rosyjskich mediach pojawiły się podobne relacje o tym, że nowi rekruci otrzymali minimalne szkolenie. — Byłem zaszokowany. Niektórzy nie trzymali w rękach karabinu maszynowego, nigdy nie widzieli na oczy prawdziwego czołgu, a za kilka dni wyjeżdżają na front — powiedział w ub. miesiącu jeden z żołnierzy w wywiadzie dla BBC.

24-letni Jewgienij Czubarin zginął w obwodzie charkowskim w Ukrainie zaledwie cztery dni po tym, jak został przeniesiony do bazy wojskowej w Biełgorodzie na trzymiesięczny kontrakt z rosyjską armią. Niezależny serwis informacyjny Mediazona rozmawiał z jego matką. — Nie było żadnego szkolenia — powiedziała Nina Czubarina. — Przyjechali, dostali mundur i karabin maszynowy, i to wszystko, do dzieła.

Zgodnie z rosyjskim prawem, poborowi nie mogą być wysłani do walki, jeśli nie przeszli co najmniej czteromiesięcznego szkolenia. Według Łuzina ta sama logika powinna obowiązywać tych, którzy podpisują kontrakt z wojskiem na wyjazd na Ukrainę.

Według Iwana, pięciodniowe szkolenie, które odbyli, było "intensywne". — Ćwiczyliśmy umiejętności bojowe, zajmowanie i szturmowanie budynków, wszechstronną obronę, pracę w zespołach bojowych, medycynę polową, ewakuację i leczenie rannych żołnierzy. Skupialiśmy się na umiejętnościach, które były potrzebne na danym stanowisku: karabinierze maszynowym, operatorze granatnika i tak dalej — opowiada Ivan.

Chociaż takie podstawowe szkolenie może wystarczyć, by żołnierze mogli wykonywać proste zadania w walce, eksperci wojskowi powiedzieli "The Moscow Times", że szkolenie wojskowe powinno być znacznie szersze. — Trzeba się wiele nauczyć, jeśli chodzi o koordynację i współpracę w zespole. Jest to czasochłonne — twierdzi Samuel Cranny-Evans, analityk wojskowy z londyńskiego think tanku Royal United Services Institute.

Zdaniem ekspertów wysoki odsetek ofiar oznacza, że rosyjskie wojsko prawdopodobnie traci spójność, a braki w szkoleniu tylko pogłębiają ten problem. Armia zaczęła mieszać żołnierzy z różnych jednostek, jak twierdzi Dara Massicot, starsza badaczka w amerykańskim think tanku RAND i była analityczka w Pentagonie. — Żołnierze nie znają dowódców, nie wiedzą, gdzie znajduje się ich jednostka walcząca w terenie — mówi Massicot. — Ponadto brakuje specjalistów. Oznacza to, że jeśli jakiś sprzęt się zepsuje, to po prostu nie ma kto go naprawić — dodaje.

Pomimo sytuacji na polu walki, jednym z powodów, dla których ludzie zgłaszają się do walki, są pieniądze — wojsko oferuje pensje do czterech razy wyższe niż średnia lokalna. Ivan powiedział, że otrzymuje ponad 240 tys. rubli (20 tys. zł) miesięcznie. Iwan odniósł rany odłamkowe nogi i ręki podczas walk w pobliżu Iziumu na północnym wschodzie Ukrainy pod koniec kwietnia i został przewieziony do szpitala w Rosji. W czasie rozmowy z nami Iwan nadal dochodzi do siebie po odniesionych ranach w domu w Moskwie.

onet.pl

wtorek, 19 lipca 2022


„Coraz wyraźniej widać, jak niemiecki rząd od miesięcy okłamywał opinię publiczną na temat energii jądrowej" – napisał na Twitterze Simon Wakter, szwedzki inżynier jądrowy, który zaprezentował na swoich social mediach szereg materiałów wskazujących na to, że narracja Berlina ws. atomu mijała się z prawdą. Wakter zebrał wypowiedzi niemieckich polityków i energetyków z ostatnich miesięcy zestawiając je ze sobą. Rezultat jest uderzający: wszystko wskazuje na to, że niemiecki rząd wprowadził swoich obywateli w błąd w kwestii możliwego przedłużenia pracy elektrowni jądrowych, dążąc do zamknięcia jednostek bez względu na koszty i ryzyka.

W swoim wywodzie Wakter przytacza m.in. kluczowy argument niemieckiego rządu dot. paliwa jądrowego. Berlin twierdził, że przedłużenie pracy elektrowni jądrowych jest niemożliwe ze względu na brak zakontraktowanych dostaw prętów paliwowych. Jednakże, jak podaje Die Welt, w marcu 2022 roku odbyło się poufne spotkanie polityków koalicji rządzącej z przedstawicielami operatorów elektrowni jądrowych. Ci drudzy stwierdzili na nim, że są w stanie zorganizować dostawy w „rozsądnych terminach". Jednakże Berlin nie podjął żadnych działań w tym zakresie, idąc dalej w narrację o niemożności zapewnienia wkładu paliwowego. „Niemiecki rząd kłamie" – pisze wprost Wakter.

„Dokładnie 8 marca niemiecki rząd opublikował raport wyliczający powody, dla których elektrownie jądrowe nie mogą dłużej pracować. Jednakże w tym samym czasie rządzący spotykali się z przedstawicielami operatorów przemysłu jądrowego, którzy wskazywali rozwiązania dla stawianych przez raport zarzutów" – wskazuje inżynier.

Jako dodatkowy dowód wskazuje on wypowiedź rzecznika prasowego spółki Preussen Elektra, który mówi, że elektrownia jądrowa Isar, jedna z trzech ostatnich jednostek tego typu w Niemczech, może pracować po 31 grudnia 2022 roku – i to bez dodatkowych dostaw paliwa jądrowego. Argument Berlina w tym zakresie okazał się być zwykłym kłamstwem.

Wakter wskazuje też, że TÜV (Technischer Überwachungsverein), niemiecki podmiot świadcząca usługi dozoru technicznego, stwierdził, że możliwe jest dłuższe operowanie trzema pozostałymi elektrowniami jądrowymi, a także restart trzech elektrowni wyłączonych w roku 2021. „Z perspektywy technicznej, byłoby możliwe ponowne włączenie wygaszonych w grudniu 2021 roku trzech elektrowni jądrowych (...). TÜV może wykonać dla nich testy bezpieczeństwa po roku 2022" – wskazuje cytowane przez Waktera oświadczenie prasowe podmiotu. Z kolei dyrektor zarządzający TÜV, Joachim Buehler wskazuje, że niemieckie elektrownie jądrowe są w „doskonałym stanie technicznym".

Szwedzki inżynier przytacza też badania opinii publicznej z wiosny 2022 roku, które pokazują, że większość Niemców widzi energetykę jądrową jako część działań ukierunkowanych na wypełnienie celów klimatycznych UE. Taki pogląd wyraziło aż 65% ankietowanych.

Jak się zatem okazuje, kluczowe argumenty niemieckiego rządu dotyczące zamykania atomu (brak paliwa i sprzeciw społeczny) okazały się kłamstwami. Można zastanawiać się, dlaczego Berlin tak desperacko prze do wygaszenia tych jednostek – pomimo kryzysu energetycznego.

energetyka24.com

18 kwietnia klienci kilku rolniczych banków w chińskich prowincjach Henan i Anhui zostali pozbawieni dostępu do swoich oszczędności, które łącznie mogą wynosić nawet kilkadziesiąt miliardów yuanów. Według szacunków Sanlian Lifeweek, jednego z państwowych czasopism, poszkodowanych może być aż 400 tysięcy osób z całych Chin.

Za ten kryzys odpowiedzialna jest grupa przestępcza, która była w posiadaniu udziałów we wszystkich czterech henańskich bankach zamieszanych w aferę. Gang, w zmowie z pracownikami banków przyciągnął fundusze za pośrednictwem platform internetowych, oferując m.in. nawet dwukrotnie wyższe niż w banku centralnym odsetki na pięcioletniej lokacie, by następnie wyprowadzić zgromadzone środki w formie fikcyjnych pożyczek. Niektóre produkty oszczędnościowe były oferowane poprzez platformy powiązane z gigantami technologicznymi jak Baidu i JD.com.

Pod koniec maja odbyły się protesty przed oddziałem Chińskiej Komisji Regulacji Bankowości i Ubezpieczeń w stolicy prowincji, Zhengzhou. Brak postępów w tej sprawie spowodował, że około 1000 poszkodowanych deponentów zebrało się 10 lipca przed budynkiem Banku Ludowego Chin, aby ponownie zaprotestować. Zebrani zostali otoczeni przez policję, a wielu demonstrantów zostało pobitych przez anonimowych mężczyzn, ubranych jednolicie w białe koszule i czarne spodnie. Wkrótce wiele z osób obecnych na tym wydarzeniu odkryło, że ich aplikacja covidowa zmieniła kolor na czerwony, przyznawany osobom zarażonym lub tym, którzy mieli z nimi kontakt, co uniemożliwia im uczestnictwo w podobnych zgromadzeniach. 

W niedzielę Biuro Bezpieczeństwa Publicznego w Henan poinformowało, że aresztowało członków gangu oskarżonych o finansowe przestępstwo, w tym lidera grupy, który od 2011 r. kontrolował szereg banków rolniczych poprzez Henan New Fortune Group i inne firmy. Z kolei Chińska Komisja Regulacji Bankowości i Ubezpieczeń zapowiedziała, że klienci banków z depozytami o wartości do 50 tys. juanów zostaną spłaceni w pierwszej kolejności. Choć w Chinach depozyty są gwarantowane do 500 tys. juanów na deponenta w jednym banku, to nie zostało powiedziane, że banki rolnicze zostaną tym objęte. Co więcej, konta, które są podejrzane o udział w nielegalnych działaniach lub otrzymały wysokie odsetki z innych kanałów, nie otrzymają zwrotu utraconych środków.

Chińskie banki rolnicze są bardziej podatne na zagrożenia w czasie spowolnienia gospodarczego i formalnie mogą pozyskiwać depozyty jedynie od lokalnej bazy klientów. Jednak w ostatnich latach powszechna stała się współpraca z platformami internetowymi i pozyskiwanie środków z całego kraju, co zwiększa ryzyko w systemie finansowym. Zdaniem komentatorów, poszkodowani obywatele „postrzegają banki jako najbezpieczniejsze miejsce wsparte wiarygodnością kredytową państwa. Nieodpowiednie potraktowanie tej kwestii może spowodować niepokój społeczny i zagrozić stabilności". To jest ostatnia rzecz, jakiej partia chciałaby przed nadchodzącym jesienią XX kongresem, dlatego przewodniczący Xi obiecał wzmocnić nadzór nad systemem finansowym.

wnp.pl

15 lipca Michael Carpenter omówił raport ekspertów OBWE. Organizacja ta wysłała do Ukrainy zespół, który sprawdzał, czy podczas konfliktu z Rosją doszło do łamania praw człowieka. Była to druga taka misja.

Z raportu wynika m.in., że ataki na supermarkety, szpitale i szkoły, które przeprowadza Rosja, można uznać za zbrodnie wojenne. Eksperci wykazali, że Rosja złamała zapisy konwencji genewskich. Michael Carpenter poinformował, że z raportu wynika, iż "Federacja Rosyjska prawdopodobnie popełniła zbrodnie przeciwko ludzkości". Chodzi m.in. o celowe zabójstwa ludności cywilnej, porwania oraz umieszczanie Ukraińców w tzw. obozach filtracyjnych.

— Raport kataloguje również rosyjskie prowizoryczne komory tortur, a w szczególności podaje przykład jednej, która została stworzona w Buczy. Zacytuję bezpośrednio z raportu: "W komorze tej odkryto pięciu martwych mężczyzn ubranych w cywilne ubrania. Byli oni pokryci oparzeniami, siniakami i ranami. Również w innej wsi w rejonie Buczy w piwnicy odkryto 18 okaleczonych ciał zamordowanych mężczyzn, kobiet i dzieci: niektórym obcięto uszy, innym wyrwano zęby" — powiedział Carpenter, cytując dokument.

Raport wskazuje także, że rosyjskie oddziały w Buczy angażowały się w systematyczną grabież. Skradzione przedmioty były następnie wprowadzane do obrotu na Białorusi, gdzie sprzedawano m.in. pralki, zmywarki, lodówki, biżuterię, samochody, rowery, motocykle, naczynia, dywany, dzieła sztuki, zabawki i kosmetyki.

— W sprawozdaniu znajduje się część dotycząca wykorzystywania dzieci jako żywych tarcz, użycia broni masowej, niszczenia dóbr kultury i wiele innych — powiedział Michael Carpenter.

onet.pl/state.gov

Tajwanem interesuje się szereg globalnych korporacji ze względu na jego kluczowe znaczenie w produkcji półprzewodników i chipów. Jeden z amerykańskich scenariuszy na wypadek wojny zakłada zniszczenie fabryk strategicznych tych komponentów, w tym zakładów TSMC, co wiązałoby się również z globalnym kryzysem dostaw. Wśród planów znajduje się także natychmiastowa ewakuacja pracowników z wyspy. 

Dyrektor działu zajmującego się Indopacyfikiem w firmie Beacon Global Strategies podkreślił w rozmowie z Financial Times, że pracownicy coraz częściej otrzymują prośby o ocenę ryzyka związanego z sytuacją na Tajwanie. Globalne korporacje potrzebują nie tylko większej niż dotychczas liczby informacji, ale także wdrożenia strategii, przygotowania playbooków na wypadek inwazji i gier strategicznych pozwalających się lepiej przygotować na jej ewentualność. Dodatkowo, wzrasta zapotrzebowanie na bezpośrednie przekazywanie informacji dotyczących Tajwanu do dyrektorów naczelnych.

Największe zapotrzebowanie na ekspertyzę dotyczy oprócz wyżej wymienionych konfliktów, także przemian politycznych w Hongkongu po protestach i możliwości zbrojnego konfliktu na Morzu Południowochińskim. W pierwszym przypadku wyzwanie dotyczy przede wszystkim bezpieczeństwa pracowników w obliczu możliwości ekstradycji do Chin, a także szeroko rozumianego bezpieczeństwa finansowego związanego z transformacją Hongkongu w stronę de facto wcielenia do Chińskiej Republiki Ludowej. W drugim przypadku możliwości pojawienia się konfliktu mogłaby zagrozić stabilności łańcuchów dostaw, co stanowi istotne ryzyko dla globalnych korporacji.

Na marginesie warto również zaznaczyć, że liderzy z sektora cyberbezpieczeństwa, w tym choćby Mandiant przejęty w tym roku przez Google, posiadają działy zajmujące się wojną na Ukrainie. Z kolei japońskie korporacje, w tym IHI i Hitachi, zaczęły powoływać własne zespoły do analizy ryzyka geopolitycznego. Era kryzysów politycznych i gospodarczych niesie ze sobą potrzebę tworzenia nowego typu usług przede wszystkim w tych metropoliach, gdzie mieszczą się siedziby i zarządy globalnych korporacji. 

wnp.pl

Spotkanie rosyjskiego ministra obrony Siergieja Szojgu 18 lipca z dowódcą wschodniej grupy sił generałem porucznikiem Rustamem Muradowem potwierdza ocenę ISW, że Moskwa nie będzie traktować priorytetowo ataku w celu zajęcia Słowiańska na tym etapie operacji, ale skupi się na zajęciu Siwerska i Bachmutu. Rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło 18 lipca, że ​​Szojgu przeprowadził inspekcję wschodniego ugrupowania i polecił Muradowowi, aby priorytetowo potraktował zniszczenie ukraińskich rakiet dalekiego zasięgu i systemów artyleryjskich. Po raz pierwszy ISW zaobserwowała wyraźną wzmiankę o wschodnim ugrupowaniu sił działającym na Ukrainie w tej fazie wojny. Rosyjskie MON informowało wcześniej, że w zdobyciu obwodu ługańskiego wzięły udział siły centralne i południowe pod dowództwem generała pułkownika Aleksandra Łapina i generała armii Siergieja Surowikina. Wschodnia grupa sił prawdopodobnie składa się z elementów Rosyjskiego Wschodniego Okręgu Wojskowego (EMD), które były aktywne wzdłuż osi Izyum w obwodzie charkowskim. Nadal nie jest jasne, czy Muradov bezpośrednio kontroluje również operacje wokół Charkowa. Siły Muradowa operują w kierunku Izjum-Słowiańsk rzekomo w celu ostatecznego zajęcia samego Słowiańska, i warto zauważyć, że Szojgu nie polecił Muradowowi, aby w tym czasie priorytetowo traktował zajmowanie terenu wzdłuż tej osi. Muradow ma niższą rangę niż Łapin i Surowikin, co sugeruje, że Kreml uważa obszar izjumsko-słowiański za niższy priorytet niż zajmowanie terytorium w obwodzie donieckim w ramach szerszej kampanii w Donbasie. Kreml prawdopodobnie koncentruje zasoby wojskowe i przywódców wysokiego szczebla na lokalnych i dyskretnych zdobyczach wokół Siwerska i Bachmutu, pomimo wcześniejszych wezwań Szojgu do zintensyfikowania operacji na wszystkich osiach postępu. 

Prawdopodobne wysiłki rosyjskiego prezydenta Władimira Putina mające na celu ochronę Rosjan przed wysokim poziomem mobilizacji mogą wywołać opór w niektórych enklawach etnicznych, które wydają się nieproporcjonalnie ponosić ciężar wojny. Rosyjski kanał Telegram Rybar opublikował 18 lipca raport o ruchu Nowaja Tuwa – organizacji antywojennej złożonej z aktywistów z enklawy mniejszości etnicznej Tuwian. Rybar oskarżył ruch Nowaja Tuwa o rozpowszechnianie propagandy antywojennej i podżeganie do niezgody etnicznej w Federacji Rosyjskiej. Raport ten jest godny uwagi w kontekście niedawnego wzrostu formowania regionalnych batalionów ochotniczych przez Rosję, z których wiele znajduje się w odrębnych liniach etnicznych. ISW i inni już wcześniej zauważyli przewagę nieetnicznych rosyjskich batalionów walczących na Ukrainie, do których należą wojska z Czeczenii, Osetii Południowej, Tuwy, Tartarstanu, Baszkortostanu, Czuwaszji i innych. Wskaźniki te sugerują, że Putin może być niechętny do przeprowadzenia ogólnej mobilizacji po części ze względu na niechęć do mobilizacji dużej liczby etnicznych Rosjan. Post Rybara, a także poprzednie doniesienia o antywojennej grupie „Wolna Buriacja” wysuwają na pierwszy plan ryzyko, że widoczne pragnienie Putina, aby na tym etapie główny ciężar wojny ponosili nie-Rosjanie, może wywołać wewnętrzne napięcia w tych regionach.

understandingwar.org

7 lipca Bundestag przyjął, a dzień później Bundesrat zatwierdził ustawę o zapewnieniu zastępczych elektrowni w celu zmniejszenia zużycia gazu w sektorze elektroenergetycznym (Ersatzkraftwerkebereithaltungsgesetz). Bezpośrednim powodem przyjęcia regulacji jest ryzyko wystąpienia niedoboru tego surowca na rynku najbliższej zimy. Po pierwsze nowe przepisy umożliwiają przywrócenie do pełnej działalności rynkowej siłowni pozostających w rezerwie sieciowej (Netzreserve) i wykorzystujących paliwo inne niż gaz ziemny. Dotyczy to obiektów spalających węgiel kamienny (o łącznej mocy 4,3 GW) lub ropę (1,6 GW). Po drugie ustawa zawiesza wygaszanie elektrowni, które zgodnie z ustawą o odejściu od węgla z 2020 r. wytypowano do zamknięcia w 2022 lub 2023 r. (zob. raport OSW Niemieckie pożegnanie z węglem. Kolejny etap Energiewende). Obejmuje to bloki o łącznej mocy 2,6 GW – przeniesiono je do rezerwy sieciowej i, tak jak inne siłownie pozostające w tym mechanizmie, będą one mogły tymczasowo powrócić na rynek. Po trzecie odroczono wygaszenie znajdujących się w rezerwie bezpieczeństwa (Sicherheitsbereitschaft) obiektów na węgiel brunatny. Jednostki te (1,9 GW) trafią do nowego mechanizmu rezerwowego (Versorgunsreserve) i w razie potrzeby również będą mogły znaleźć się na rynku. Po czwarte dokument daje rządowi możliwość odgórnego redukowania lub zawieszania działalności elektrowni gazowych. Okres obowiązywania ustawy ograniczono do 31 marca 2024 r. Uruchomienie poszczególnych instrumentów musi poprzedzić wprowadzenie stanu alarmowego lub nadzwyczajnego w sektorze gazu (ten pierwszy obowiązuje w RFN od 23 czerwca – zob. Niemcy: stan alarmowy w sektorze gazu) oraz wydanie odpowiedniego rozporządzenia przez rząd. Ostateczna decyzja o opuszczeniu mechanizmu rezerwowego i powrocie elektrowni na rynek pozostaje natomiast w gestii poszczególnych operatorów. 13 lipca Federalne Ministerstwo Gospodarki i Ochrony Klimatu (BMWK) opublikowało stosowne rozporządzenie, które zezwala na powrót do 30 kwietnia 2023 r. na rynek siłowni pozostających w (poszerzonej) rezerwie sieciowej – od 14 lipca regularną produkcję mogą wznowić jednostki o łącznej mocy 8,5 GW, które w zdecydowanej większości wykorzystują węgiel kamienny. Jednocześnie BMWK powiadomiło, że przygotowywane są także zarządzenia dotyczące uruchomienia kolejnych instrumentów (w odniesieniu do elektrowni na węgiel brunatny oraz do redukcji użytkowania bloków gazowych).

Pod koniec procesu legislacyjnego do powyższego aktu w trybie nadzwyczajnym dołączono nowelizację ustawy o zapewnieniu bezpieczeństwa zaopatrzenia w energię, co daje rządowi RFN instrumenty ratowania pogrążonych w problemach finansowych spółek energetycznych. Nowe przepisy ułatwiają m.in. dokapitalizowanie lub przejmowanie udziałów firm zagrożonych bankructwem. Umożliwiają także nałożenie na konsumentów gazu specjalnej opłaty – wpływy z tego tytułu mogłyby posłużyć wyrównywaniu strat importerów gazu, którzy po odcięciu od dostaw z Rosji muszą skupować brakujący surowiec na giełdzie po aktualnych, wielokrotnie wyższych cenach, co generuje u nich wielomilionowe straty. Ze względu na najczęściej przywoływany przykład firmy, która zgłosiła się o pomoc finansową do rządu, nowe przepisy określa się mianem „Lex Uniper”.

Komentarz

Dążenie do zastępowania elektrowni gazowych jednostkami wykorzystującymi inne paliwo (głównie węgiel) wynika z konieczności ograniczania zużycia gazu w gospodarce i oszczędzania jego zasobów na zbliżający się sezon grzewczy. W związku z drastycznym obniżeniem przesyłu surowca z Rosji do RFN (od połowy czerwca o 60%, a od 11 lipca, wskutek prac konserwatorskich na gazociągu Nord Stream 1, do zera) i brakiem możliwości pełnej substytucji dostaw z tego kierunku z innych źródeł istnieje poważne ryzyko, że Niemcom nie uda się wypełnić magazynów przed zimą. Jeżeli tak się stanie, to w środku sezonu grzewczego RFN będą grozić niedobory surowca i konieczność jego reglamentacji. Zastąpienie siłowni gazowych innymi należy do najmniej inwazyjnych sposobów przeciwdziałania takiej sytuacji. Na produkcję energii elektrycznej przeznaczono w 2021 r. 12% zużytego w niemieckiej gospodarce gazu – błękitne paliwo odpowiadało wówczas za 15,4% wytwarzanego prądu. W pierwszej połowie 2022 r. udział gazu w produkcji prądu w RFN zmalał do 10% (przy ogólnym spadku konsumpcji o 15% względem 2021 r.), co wynika przede wszystkim z bardzo wysokich cen surowca na rynku i, w konsekwencji, niższej konkurencyjności bloków gazowych. Choć dalsza redukcja zużycia gazu w tym sektorze jest możliwa, to pełne zastąpienie surowca będzie nierealne, ponieważ zdecydowana większość bloków gazowych pracuje w kogeneracji i wytwarza również ciepło. Elektrociepłownie gazowe odpowiadają z kolei za blisko połowę generacji ciepła w RFN, a wiele z nich uznaje się za niezbędne do prawidłowego funkcjonowania systemu. BMWK szacuje, że dzięki wykorzystaniu bloków rezerwowych (głównie węglowych) w ciągu najbliższej zimy uda się dodatkowo zaoszczędzić do 10 TWh gazu (8% ubiegłorocznego zużycia w elektroenergetyce i 1% w całej gospodarce). Większy potencjał do redukcji zużycia istnieje w sektorach przemysłu i gospodarstw domowych, które odpowiadają łącznie za dwie trzecie konsumpcji błękitnego paliwa w Niemczech.

Renesans węgla ma mieć charakter tymczasowy – szacuje się, że zwiększone wykorzystywanie surowca w trybie nadzwyczajnym (ustawowym) będzie potrzebne maksymalnie do końca kolejnej zimy (2023/2024), czyli do czasu, kiedy pełną funkcjonalność osiągną planowane w Niemczech pływające terminale LNG (zob. Urodzaj na gazoporty. Awaryjna dywersyfikacja dostaw gazu w Niemczech). Wówczas – dzięki uzyskaniu zdolności do (niemal) pełnego zastąpienia importu rosyjskiego gazu – spodziewana jest także stabilizacja na rynku błękitnego paliwa. Oficjalnie rząd Olafa Scholza podkreśla, że nie rezygnuje z dążenia do odejścia od węgla „w najlepszym przypadku” do 2030 r., co zapowiedziano w umowie koalicyjnej. Deklaracja ta od początku miała jednak charakter jedynie polityczny i była szczególnie istotna dla Zielonych – kryzys gazowy sprawia zaś, że niewielkie już wcześniej szanse na urzeczywistnienie tego scenariusza drastycznie spadły. Niemniej w drugiej połowie lat dwudziestych należy się spodziewać powrotu do realizacji uprzednich planów dotyczących transformacji energetycznej, w tym przyspieszenia redukcji zużycia węgla w energetyce. Jej tempo będzie zależeć od szeregu czynników: przyrostu mocy zainstalowanych w OZE (celem jest osiągnięcie 80% ich udziału w zużyciu energii elektrycznej do 2030 r.), sytuacji na rynku gazu, wysokości cen uprawnień do emisji w EU ETS, wybudowania nowych mocy gazowych i sieci przesyłowych. Zgodnie z regulacjami ustawowymi ostatnie bloki węglowe będą musiały zostać wygaszone najpóźniej z końcem 2038 r., przy czym istnieje możliwość przyspieszenia ich wyłączenia o trzy lata.

Większość operatorów niemieckich elektrowni na węgiel kamienny (w tym najważniejsi – EnBW, Uniper i Steag) już zadeklarowała wykorzystanie potencjału swoich siłowni i przywrócenie ich jak najszybciej na rynek. Wskazują oni jednak na potencjalne problemy z dostępnością surowca oraz logistyką. Na skutek polityki odchodzenia od węgla, która w ostatnim czasie dotyczyła szczególnie segmentu węgla kamiennego (w latach 2020–2021 wygaszono bloki o łącznej mocy 4,7 GW), branża transportowa zredukowała zdolności dostarczania surowca zarówno drogą wodną (barkami Renem i Mozelą – dostawy ważne zwłaszcza dla elektrowni w południowo-zachodniej części kraju), jak i koleją. Dodatkowym zagrożeniem są ponadto prognozowane na lato upały i susze, które mogą doprowadzić do obniżenia poziomu rzek, co utrudni lub nawet uniemożliwi czasowo transport. Według niemieckiego Stowarzyszenia Importerów Węgla obecnie nie odnotowuje się natomiast problemów z zamówieniami na rynku globalnym – do głównych dostawców węgla kamiennego, alternatywnych względem Rosji, należą USA, RPA, Kolumbia, Indonezja i Australia. Od grudnia 2018 r. RFN nie wydobywa już rodzimego surowca.

Mimo wciąż trwającej debaty na temat odroczenia wygaszenia ostatnich trzech działających w Niemczech elektrowni jądrowych szanse na taką decyzję są niewielkie. Współrządzący liberałowie i znajdujący się w opozycji chadecy postulują przedłużenie ich pracy o trzy do pięciu lat lub co najmniej do końca najbliższej zimy (ustawową datą wyłączenia jest 31 grudnia 2022 r.), aby zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne RFN w najbardziej newralgicznym okresie. FDP i CDU/CSU reagują w ten sposób na zmianę nastrojów w społeczeństwie – wskutek kryzysu energetycznego zwolennicy energetyki jądrowej stanowią obecnie większość (w czerwcowym sondażu Deutschlandtrend – 61%). Zieloni i SPD zdecydowanie odrzucają jednak modyfikację dotychczasowej polityki, powołując się na opublikowaną na początku marca analizę rządową, zgodnie z którą koszty i ryzyka związane z przedłużeniem pracy reaktorów znacząco przewyższają potencjalne korzyści. Ponadto szczególnie dla Zielonych taki ruch stanowiłby podważenie ideologicznych korzeni partii. Czas gra na niekorzyść zwolenników energetyki jądrowej – im bliżej daty wygaszenia siłowni, tym trudniejsze i kosztowniejsze byłoby potencjalne wydłużenie ich działalności (zamówienie paliwa, zapewnienie personelu, uzyskanie zezwoleń, zmiany prawne). Ze strony operatorów elektrowni oraz przedstawicieli branży energetycznej płyną z kolei sprzeczne sygnały. Niektórzy z nich (np. PreussenElektra) wyrazili gotowość – przy przejęciu przez państwo kosztów i ryzyka – do dłuższego utrzymania funkcjonowania energetyki jądrowej, inni (np. RWE) uznają, że na zmianę polityki w tym zakresie jest już za późno.

osw.waw.pl

poniedziałek, 18 lipca 2022


Wojska rosyjskie regularnie prowadzą ostrzały przygranicznych miejscowości w obwodach czernihowskim, sumskim i charkowskim. Poprzedzają je działania wywiadowcze realizowane m.in. przy użyciu dronów Orłan-10. Szczególnie intensywne ostrzały miały miejsce w Charkowie oraz na północ i wschód od tego miasta, wzdłuż rozlewiska Dońca. Ostatni z wymienionych kierunków należy wiązać z zamiarem uniemożliwienia przeprawy siłom ukraińskim i przerwania linii komunikacyjnych Biełgorod–Izium.

Armia agresora próbuje przejąć kontrolę nad trasą prowadzącą z Iziumu do Słowiańska od strony północno-zachodniej, dokonując ostrzałów okolicznych miejscowości. Obrońcy mieli odeprzeć atak w rejonie Kurulki, a także na północ od Słowiańska, w Bohorodycznem. Jednocześnie najeźdźcy starają się zdobyć dogodne pozycje do otoczenia Słowiańska od północnego wschodu. Walki toczą się na linii Hryhoriwka–Werchniokamjanśke–Iwano-Darjiwka–Spirne. Rosjanie prowadzą też intensywne działania na trasie Lisiczańsk–Bachmut i na południe od Bachmutu, zmierzając do otoczenia Słowiańska oraz zmuszenia obrońców do wycofania się w kierunku Kramatorska.

Na południu siły okupanta dokonują ostrzałów na całej długości linii styczności w obwodach zaporoskim, dniepropetrowskim, chersońskim i mikołajowskim. W ograniczonym zakresie doszło do starć na południowym zachodzie od Doniecka w rejonie miejscowości Wodiane–Sołodke–Wołodymyriwka–Jehoriwka–Pawliwka–Nowomychajliwka. Agresor kontynuuje intensywne ataki rakietowe na cele w różnych częściach Ukrainy (m.in. Zełenodolśk, Nikopol, Mikołajów, Odessa i Winnica). Ministerstwo Obrony FR poinformowało o inspekcji dowództwa Zachodniego i Południowego Okręgów Wojskowych przez szefa resortu Siergieja Szojgu, który wydał rozkaz „zintensyfikowania działań na wszystkich kierunkach operacyjnych”.

17 lipca prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał dekrety o usunięciu ze stanowiska szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) Iwana Bakanowa i odsunięciu od wykonywania obowiązków prokurator generalnej Iryny Wenediktowej. W pierwszym przypadku decyzja nastąpiła na podstawie artykułu kodeksu dyscyplinarnego Sił Zbrojnych mówiącego o odpowiedzialności za „nienależyte wykonywanie obowiązków, które spowodowało m.in. ofiary śmiertelne”, w drugim zaś – ustawy o stanie wojennym. Ogłaszając zmiany, prezydent wskazał na ujawnione przypadki współpracy funkcjonariuszy SBU i Prokuratury Generalnej z okupantem. Obecnie toczy się 650 postępowań karnych o zdradę państwa i kolaborację, z czego 60 dotyczy pracowników obu instytucji, którzy pozostali na zajętych terytoriach.

Szef kolaboranckiej administracji obwodu zaporoskiego Władimir Rogow oświadczył, że na okupowane terytorium obwodu przybyły znaczne posiłki z rosyjskich organów ścigania, które mają wesprzeć działające tam struktury kolaboracyjne w zapobieganiu aktywności ukraińskiego podziemia. Rogow zaznaczył, że terroryzm i sabotaż „bojowników Zełenskiego” stały się dla regionu dużym problemem. 18 lipca po raz kolejny miała miejsce seria wybuchów w Nowej Kachowce w okupowanym obwodzie chersońskim. Przedstawiciel ukraińskich władz regionalnych oznajmił, że płoną i wybuchają składy z amunicją wroga. Wcześniej, 12 lipca, w mieście doszło do wysadzenia arsenału okupanta (detonacja amunicji trwała całą noc, a w wyniku ostrzału rakietowego miało zginąć 150 Rosjan), zaś 13 lipca miał miejsce kolejny atak – na magazyny broni.

W Melitopolu w obwodzie zaporoskim władze kolaboracyjne zdecydowały o przeniesieniu swojej siedziby do umocnionego budynku, co ma być podyktowane względami bezpieczeństwa. Zgodnie z doniesieniami miejscowych dziennikarzy okupanci boją się wychodzić do pracy w obawie przed atakami ukraińskich „partyzantów”. 17 lipca w mieście odnotowano silne wybuchy, a kolaboracyjne struktury MSW prowadzą dochodzenie w sprawie przygotowywania „aktu terrorystycznego”. W Melitopolu urządzono tymczasową „stolicę” zajętego terytorium (najeźdźcy kontrolują ok. 60% obwodu). Trwają przygotowania do pseudoreferendum dotyczącego przyłączenia obwodu do Rosji.

Według Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) Ukraina reguluje swoje zobowiązania zgodnie z harmonogramem. Instytucja oczekuje, że będzie tak również w przyszłości, co oznacza odrzucenie możliwości restrukturyzacji zadłużenia Kijowa. MFW uznał, że w perspektywie krótkoterminowej priorytetem wsparcia dla Ukrainy ze strony wspólnoty międzynarodowej powinno być przyznawanie pomocy w formie grantów. Wcześniej premier Denys Szmyhal stwierdził, że rząd nie rozważa restrukturyzacji długu, lecz wyraził nadzieję, że taką inicjatywę zgłoszą kredytodawcy.

Wicepremier ds. reintegracji Iryna Wereszczuk prognozuje możliwość pojawienia się kolejnej fali uchodźców po rozpoczęciu sezonu grzewczego (zazwyczaj miało ono miejsce w połowie października), w szczególności z części obwodu zaporoskiego, w tym odciętego od dostaw gazu Enerhodaru. Według Wereszczuk 4,5 mln osób zarejestrowało się jako uchodźcy wewnętrzni, podczas gdy realna liczba takich uchodźców wynosi blisko 7 mln. Niemcy planują do końca roku wydzielić dodatkowe 2,4 mld euro na sfinansowanie utrzymania uchodźców z Ukrainy, których w RFN jest 800 tys. (30% z nich ma mniej niż 14 lat).

Komentarz

Wojska agresora skoncentrowały się przede wszystkim na próbie otoczenia Słowiańska, lecz ze względu na determinację ukraińskiej armii i przygotowanie przez nią pozycji, a także wykorzystanie zachodnich systemów artyleryjskich obrońcom udaje się skutecznie powstrzymywać natarcia. Niepowodzenia na froncie rosyjska propaganda tłumaczy wsparciem ze strony Zachodu, który ma toczyć z Rosją tzw. wojnę zastępczą. Propagandowo teza ta ma uzasadniać uderzenia na ukraińskie miasta: w Charkowie ostrzelano kompleks badawczo-przemysłowy Hartron-Express – rzekomo punkt dyslokacji zachodnich najemników, w Dnieprze zakłady Piwdenmasz, służące jakoby za miejsce szkolenia ukraińskiej armii przez zachodnich instruktorów, zaś w Winnicy punkt dowódczy sił zbrojnych, w którym miało się odbywać spotkanie z zagranicznymi dostawcami broni.

Wezwanie Szojgu do intensyfikacji działań wojennych nie oznacza formalnego zakończenia „pauzy operacyjnej” (ogłoszonej dla części oddziałów biorących udział w zdobyciu Lisiczańska) i przejścia do kolejnego etapu realizacji zadania, czyli przejęcia kontroli nad całym obwodem donieckim. Pomimo „pauzy” walki w tym regionie toczyły się w ostatnich tygodniach w sposób regularny i permanentny. Wizyta ministra miała głównie charakter dyscyplinujący, a jej celem było zmobilizowanie dowódców odpowiedzialnych za kierunek doniecki do podjęcia skutecznych działań na rzecz ograniczenia skali ukraińskich uderzeń artyleryjskich na składy broni i punkty dowódcze. Rosnąca niecierpliwość Kremla wynika z tego, że od czasu zajęcia Lisiczańska na początku lipca najeźdźcy nie osiągnęli znaczących postępów militarnych na żadnym z odcinków frontu.

Bakanow – niedysponujący doświadczeniem w służbach specjalnych przyjaciel Zełenskiego z dzieciństwa – stanął na czele SBU w 2019 r. Miał być zaufanym człowiekiem prezydenta, a jako osoba spoza struktur – sprzyjać dalszej reformie służby. Przez trzy lata kierowania SBU nie zyskał on jednak w niej autorytetu i nie oczyścił jej z pracowników współpracujących z Rosjanami. Bezpośrednią przyczyną dymisji Bakanowa i Wenediktowej stała się seria skandali związanych z ujawnieniem kolaboracji funkcjonariuszy SBU i Prokuratury Generalnej z okupantem (m.in. zatrzymanie b. szefa zarządu SBU na Krymie z powodu podejrzeń o zdradę państwa oraz b. szefa zarządu SBU w obwodzie chersońskim). Za inicjatora zmian kadrowych uznaje się szefa Biura Prezydenta Andrija Jermaka, który uchodzi za drugiego najbardziej wpływowego człowieka w kraju i który w ostatnich latach skutecznie wyeliminował z bliskiego otoczenia Zełenskiego lub zmarginalizował wielu jego zaufanych współpracowników. Obecne zmiany w Prokuraturze Generalnej i SBU sugerują, że ich nowe kierownictwo będzie lojalne wobec Jermaka i zwiększy wpływ ośrodka prezydenckiego na funkcjonowanie struktur siłowych.

Pojawienie się nowej fali uchodźców – zarówno wewnętrznych, jak i wyjeżdżających za granicę – wydaje się bardzo prawdopodobne jesienią. Głównym czynnikiem zmuszającym ludzi do opuszczenia miejsca zamieszkania będą zapewne problemy z ogrzewaniem w części regionów. Dotyczy to nie tylko obwodu zaporoskiego – m.in. nie wiadomo, czy uda się wyremontować uszkodzone w wyniku działań wojennych ciepłownie, np. w Czernihowie i Krzemieńczuku. Wojska rosyjskie będą prawdopodobne kontynuować niszczenie infrastruktury związanej z ogrzewaniem w innych miastach. Emigracji będą też sprzyjać pogarszająca się sytuacja gospodarcza i kłopoty ze znalezieniem pracy.

osw.waw.pl

niedziela, 17 lipca 2022


- Przez Gruzję przechodzi tak zwany południowy korytarz gazowy. Czy jego funkcjonowanie nie jest zagrożone?

Południowy Korytarz Gazowy jest jednym z priorytetowych projektów energetycznych UE. To transport "błękitnego paliwa" z rejonu Morza Kaspijskiego przez Gruzję i Turcję do krajów europejskich. Elementem realizacji tego celu ma być rozbudowa Gazociągu Południowokaukaskiego oraz budowa nowych: Transanatolijskiego i Transadriatyckiego.

Transportowany surowiec ma pochodzić głównie z azerskiego pola Szach Deniz. W dalszej przyszłości  planowane byłoby dołączenie do tego systemu  połączenia z Turkmenistanem.

Magistrala ma osiągnąć pełną zdolność przesyłową w tym roku. Oznacza to, że do Europy, z pominięciem Rosji, będzie mogło płynąć nawet 60 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Turcja zaś ma szansę zostać prawdziwym gazowym hubem.

Nie bałbym się tu nawet obecnego zbliżenia Turcji z Rosją. To raczej wyraz osobistych decyzji Erdogana. Prędzej czy później Ankara wróci do dobrych stosunków z Zachodem.

- Gazociąg przebiega przez tereny zamieszkane przez mieszkających w Gruzji Ormian. To grupa tradycyjnie prorosyjska. Czy nie stanowi to jakiegoś zagrożenia dla bezpieczeństwa transportowanego gazu?

To jednak są lojalni obywatele Gruzji. Nie przewiduję więc żadnych komplikacji. A o tym, iż Gruzja zdecydowanie priorytetowo podchodzi do wszelkich instalacji związanych z korytarzem południowym, świadczy fakt, iż gazociąg BP przechodzący przez nasz kraj jest absolutnie wyłączony z prawodawstwa gruzińskiego. Zupełnie inaczej niźli w przypadku również tranzytowego gazociągu z Rosji do Armenii podlegającego w całości prawu gruzińskiemu.

Władze w Tbilisi traktują podejście do Południowego Korytarza Gazowego jako gest polityczny, akces do świata zachodniego. Dopóki to będzie aktualne, to projektowi nic nie grozi.

- Ostatnio odbywały się spotkania międzyrządowe przedstawicieli Rosji z Turkmenistanem. Czy to będzie miało jakieś znaczenie dla sprzedaży turkmeńskiego gazu do Europy?

To raczej element propagandowego tournée Putina po Azji Środkowej. Niezbyt mi się chce wierzyć, że Rosja coś tu osiągnie. Turkmenistan jak na razie ma tylko dwa kierunki eksportu swojej ropy czy gazu. Podstawowy kierunek to Chiny. Drugi kierunek to Iran i dalej do Pakistanu.

Dopiero kolejnym kierunkiem eksportu turkmeńskiego gazu jest Rosja. Miejmy nadzieję, że rychło doczekamy też eksportu surowca z Turkmenistanu do Europy. Choć widzę tu kilka problemów.

- Między Turkmenistanem i Azerbejdżanem jest tylko Morze Kaspijskie. Są plany, by gaz turkmeński eksportować właśnie tamtędy do Europy. Mówi się nawet o połączeniu tych dwóch krajów podmorskim gazociągiem. By powiązać te dwa systemy, wystarczyłoby rzekomo nie więcej, jak 40 kilometrów rurociągu. Bo ich instalacje prawie się spotykają na środku Morza Kaspijskiego.

Rosja i Iran naciskają, by tego połączenia nie układać. Szczególnie władze w Teheranie są przeciwne jakiemukolwiek wspomaganiu surowcowemu Zachodu. Przynajmniej do czasu utrzymywania przez Zachód antyirańskich sankcji.

Bardzo jednak wspierają projekt gazociągu transkaspijskiego Amerykanie. Teoretycznie jest to 40 kilometrów rury do ułożenia, ale ja uważam, że i tak trzeba by ułożyć gazociąg alternatywny, przez całe Morze Kaspijskie. A to już jest prawie 900 kilometrów.

Obecne bowiem połączenia gazociągowe Turkmenistanu i Azerbejdżanu z ich polami gazowymi na środku morza są nastawione technologicznie na obsłużenie wydobycia z dostawą do każdego z tych krajów oddzielnie.

- Amerykanie sondują władze irańskie odnośnie warunków, na jakich Teheran zgodziłby się dostosować do zakazu wytwarzania technologii nuklearnej. Jest chyba więc nadzieja na co najmniej zelżenie sankcji.

Trzeba mieć nadzieję, że to się w końcu stanie. Wtedy pewnie Persowie mogą wrócić do tematu dostaw swojego gazu na Zachód. Bezpośrednio przez pogranicze z Turcją, czy też przez system gazociągów Azerbejdżanu, Gruzji i potem Turcji. To by jednak oznaczało w pierwszym przypadku potrzebę ułożenia zupełnie nowego gazociągu, przez wysokie góry na pograniczu turecko-irańskim.

W tym kontekście wraca więc temat rozpoczęcia eksploatacji starego gazociągu (powstałego jeszcze w czasach sowieckich) pomiędzy Iranem i Azerbejdżanem. Tam trwają dyskretne próby przesyłu gazu do Azerbejdżanu. Z Baku ten surowiec byłby transportowany do Europy przez Turcję.

Władze w Baku mogą takie dostawy traktować co prawda jako przyszłościową konkurencję dla ich rozrastającego się złoża Szach Deniz. Obecnie jednak w tym kraju wydobywają około 16,5 miliarda metrów sześciennych gazu rocznie. Z tego 10 miliardów pozostaje w Azerbejdżanie, a sześć miliardów idzie na eksport. Czyli już z tego bilansu, gdy się weźmie zapotrzebowanie Gruzji i Azerbejdżanu, widać, że SOCAR (State Oil Company of Azerbaijan Republic, państwowa azerska spóła gazowo-naftowa - red.) musi jeszcze gaz importować, by wywiązywać się z kontraktów eksportowych.

- Ostatnio widać próby rozmów Turcji z Armenią. To szansa na normalizację, w pewnej perspektywie, stosunków między tymi krajami. Czy to mogłoby oznaczać, że Armenię można podłączyć do tego systemu przesyłania gazu?

Armenia ma sieć wiodącą z północy na południe. Na Zachód trzeba by więc układać zupełnie nowe sieci. W takim przypadku o wiele wygodniej jest ułożyć nową rurę z Iranu bezpośrednio do Turcji. Albo jednak doprowadzić do porozumienia Iranu z Azerbejdżanem, pozwalającego wejść z irańskim gazem do sieci azerskiej. Jest tam wystarczająca pojemność rur do transportowania nawet bardzo dużych ilości gazu.

Tym bardziej, że jest także nadzieja na rozbudowę infrastruktury do przetwarzania gazu na LNG (gaz skroplony – red.) w gruzińskim Poti. Ten kierunek pozwala na właściwie natychmiastowe rozpoczęcie transportowania do Europy wielkich ilości surowca.

Tyle że to właśnie Europa musi rozwijać sieć terminali, gdzie możliwe by było przyjmowanie LNG. Jak na razie tych terminali jest zdecydowanie za mało.

- Jest jeszcze temat współpracy Gruzji i Armenii z Iranem w kontekście dostaw surowców energetycznych z Teheranu do Tbilisi via Erywań.

Jak do tej pory Iran eksportował gaz do Armenii na potrzeby wytworzenia energii elektrycznej w jednej elektrowni. Potem cała ta energia była reeksportowana do Iranu.

Od jakiegoś jednak czasu strona irańska chciałaby zdecydowanie zwiększyć eksport gazu na Kaukaz. Ten gaz miałby teoretycznie być także transportowany do Gruzji.

Rosja się jednak temu kategorycznie sprzeciwia. Nawet w formule przedstawianego wariantowo swapu gazowego: irański gaz formalnie zakupowałaby Gruzja, on by jednak zostawał w Armenii, a Gruzja odbierałaby sobie odpowiednią ilość surowca z części transportowanej z Rosji przez Gruzję do Armenii. To by bowiem pozwalało, choćby w minimalnym zakresie i tylko potencjalnie, uniezależnić Armenię od rosyjskiego gazu. Byłby to znaczący precedens.

Nota bene te potencjalnie zwiększone dostawy gazu z Iranu oznaczałyby powiększenie przepustowości armeńskich magistrali. Strona irańska była gotowa przekazywać do Gruzji nawet do 500 milionów metrów sześciennych rocznie. Gruzini jednak do tego pomysłu podchodzą sceptycznie. Powodem jest fakt, iż tego rodzaju handel musiałby oznaczać jakieś nowe porozumienie z Gazpromem.

Trzeba też założyć, iż taki kierunek eksportu irańskiego gazu to tylko fragment planów perskich, dla wyjścia przez Gruzję do Europy. Nie może to być przyjemne dla Gazpromu.

Choć z drugiej strony magistrale gazowe w Iranie w dużej części również należą do spółek powiązanych z Gazpromem. Ponadto Iran jest sojusznikiem Rosji w Syrii. To jeszcze bardziej gmatwa całą sytuację.

Kontrakt Gruzji z Iranem to także jakby próba nacisku na dostawców azerskich z SOCAR, by obniżyli cenę gazu sprzedawanego na wewnętrzny gruziński rynek. Gdy tylko wyszły na jaw spekulacje o dostawach irańskiego gazu do Gruzji, momentalnie nadeszły informacje z Baku, że SOCAR jest gotów podnieść ilości gazu azerskiego, eksportowanego do Gruzji i zarazem zmniejszyć jego cenę.

- Gruzińskie instalacje transportujące gaz próbowały przejąć rosyjskie firmy.

Rosjanie mają największą ochotę na przejęcie gazociągu tranzytowego z Rosji do Armenii. Na taką transakcję absolutnie jednak nie pozwalają kolejne rządy w Tbilisi. Trzeba też pamiętać, iż wedle gruzińskiego prawa nie można wykupić na własność portów. Stąd rosyjskie przejęcie terminala naftowego w Poti przez Rosnieft nie jest bezwarunkowe. Instalacje te podlegają nadal gruzińskiemu prawu. W szczególności zapisom o zwalczaniu praktyk monopolistycznych.

Na razie brak jest więc możliwości prawnych przejmowania instalacji energetycznych przez inwestorów rosyjskich. Można to sobie wyobrazić tylko w tym przypadku, gdyby gruzińskie władze zmieniły wektor polityczny z prozachodniego na prorosyjski.

- Jak teraz wygląda sprawa monetyzacji przesyłu gazu przez Gruzję do Armenii? Tbilisi zawsze obstawało za opłatą "w naturze", a Rosjanie chcieli zmieniać warunki kontraktu na opłatę w gotówce.

Rosjanie przekazują już teraz pieniądze za przesył gazu do Armenii tranzytem przez Gruzję. A te pieniądze (wedle stawek stosowanych w Europie za przesył gazu w stosunku do długości gazociągu – dokładnej kwoty podać nie mogę, bo to jest tajemnica handlowa) automatycznie są przelewane do Baku jako opłata za dostarczany gaz azerski. Tym sposobem Gruzja nie wykorzystuje nawet grama rosyjskiego gazu.

Zresztą podobnie jest i w przypadku ropy. Działające w Gruzji stacje benzynowe Lukoilu otrzymują benzynę z Europy (kupowaną na giełdzie paliwowej w Rotterdamie) oraz z Azerbejdżanu. Rosyjskie paliwa bowiem, wedle instytutu jakości, nie spełniają norm stosowanych w Gruzji.

- Z Kazachstanu przez Gruzję do Europy miałaby być także transportowana ropa.

Kazachowie mają obecnie wielki problem, bo Rosjanie zablokowali transport ropy z Kazachstanu do portu w Noworosyjsku. Tym bardziej więc ważny jest tranzyt przez Gruzję. Ta sytuacja będzie stymulowała szybką rozbudowę floty tankowców operujących na wodach Morza Kaspijskiego. Kazachowie obecnie, prócz tranzytu do Azerbejdżanu, wysyłają ropę rurociągiem także do Chin.

Władze w Astanie (...) w rewanżu zablokowały prawie dwa tysiące rosyjskich wagonów z węglem mających jechać do Rosji. Ponadto Kazachstan ma możliwość także na dalszy „rewanż” wobec Rosji. Władze tego kraju już dyskretnie anonsowały, że trzeba zmienić warunki rosyjskiej dzierżawy kosmodromu w Bajkonurze. Rosjanie płacą co prawda za dzierżawę tego obiektu około 250 milionów dolarów rocznie, ale alternatywy za bardzo nie mają.

Jednocześnie Rosjanie nie mają praktycznie prawie żadnego udziału właścicielskiego w polach wydobywczych kazachskiej ropy. Bowiem margines akcji, jakie posiadają rosyjskie firmy w kazachskich polach wydobywczych, nie dają im żadnej możliwości do wetowania jakichkolwiek decyzji.

Na dodatek Kazachstan jest największym producentem uranu w świecie. Na ten segment gospodarki kazachskiej również wpływu Rosjanie nie mają. Choć jakieś niewielkie ilości akcji w firmach wydobywczych posiadają. O wiele większe pakiety w tych firmach jednak mają przedstawiciele francuskiego i amerykańskiego biznesu.

- Ropę z Kazachstanu potem jednak trzeba transportować przez Gruzję...

Z gruzińskich portów w Kulebi i Supsie można wywozić nawet do 7-8 milionów ton ropy rocznie. Stamtąd surowiec jest transportowany tankowcami bezpośrednio do rumuńskiej Konstancy. Ponadto ropociąg Baku - Tbilisi - Ceyhan nie jest także w pełni wykorzystany. Obecnie płynie tam nie więcej jak 35 milionów ton ropy rocznie. Choć istniejące możliwości pozwalałyby na przesył nawet 60 milionów ton ropy rocznie.

To wszystko jest ropa azerbejdżańska. Azerowie bowiem w swojej polityce praktycznie w całości postawili na eksport surowca na Zachód. Tyle że ropa w tym kraju powoli się kończy.

Pozostaje mieć nadzieję, że w przyszłości będą te możliwości transportowe wykorzystywały firmy z Kazachstanu.

- Czy decyzja władz Unii Europejskiej o nieprzyznaniu statusu kandydata do Wspólnoty nie będzie działała jako element rozczarowujący i powodujący zmianę gruzińskich nastrojów na prorosyjskie?

Jedyne demonstracje, jakie w tej sprawie się odbywały w Tbilisi, były protestem przeciwko władzom gruzińskim, które nie wypełniają wcześniejszych zaleceń unijnych odnośnie standardów demokratycznych, takich jak niezależność sądownictwa, wolne media czy nieograniczająca demokracji ordynacja wyborcza. W tej sprawie Bruksela przedstawiła 12 punktów, które władze gruzińskie muszą zrealizować, jeśli chciałyby uzyskać status kandydata. Zalecenia zostały ogłoszone publicznie.

Gruzini więc wiedzą, z czego rozliczać swoje władze. Bo marzenie proeuropejskie jest tu powszechne. Tym bardziej więc nie widzę możliwości zmiany nastawienia Gruzji w kwestii kontaktów z Europą w dziedzinie energetyki.

wnp.pl

Komentator dziennika wskazuje też, że po raz pierwszy od 1991 roku bilans handlowy Niemiec spadł do poziomu minusowego, a żadna niemiecka firma nie znajduje się w pierwszej setce najbardziej wartościowych na świecie.

"Ale nikogo to już nie obchodzi" - stwierdza autor i dodaje, że Niemcy uwielbiają się naśmiewać z USA. "Podzielony kraj, kapitalizm na Dzikim Zachodzie, broń! Ale bez względu na to, jak podzielona jest Ameryka, jej gospodarka działa. Dolar jest mocny i nawet dość stary i słaby prezydent jak Joe Biden przewodzi pewniej niż niejeden młody podmiot moralny w Europie" - pisze Poschardt.

Poschardt ostro krytykuje też transformację energetyczną, nazywając ją "wyśmiewaną na całym świecie". Podkreśla, że nawet w obliczu "brutalnej wojny napastniczej w Europie, która jest też wynikiem nieudolnej zagranicznej polityki Merkel", władze nie podejmują się prób skorygowania obranego kursu.

"Strach nie jest dobrym doradcą, jak mówi przysłowie. W niemieckiej polityce prowadzi to faktycznie do kuriozalnych decyzji. Po średniej wielkości awarii elektrowni atomowej w Japonii, napędzany sondażami ówczesny, czarno-żółty (od tradycyjnych kolorów określających partie –przyp. red.) rząd przeforsował zwrot energetyczny, który teraz rozbija się o nasze nogi. Wall Street Journal już w 2019 roku mówił o ‘najgłupszej polityce energetycznej świata'" - punktuje autor komentarza.

Widoki na przyszłość są, zdaniem komentatora, mało optymistyczne. "Niemcy upadną podczas nadchodzącej recesji na nos. Optymiści wierzą, że mentalność i krajobraz polityczny szybko ułożą się na nowo. Realiści mówią jednak o spadku, z którego możemy się już nie podnieść" - konstatuje Pochardt.

wp.pl