niedziela, 19 czerwca 2022


Aby opuścić okupowane miasta i przekroczyć granicę, Ukraińcy muszą przejść przez "obozy filtracyjne", gdzie są przeszukiwani i przesłuchiwani, a czasem bici i torturowani. Wcześniej m.in. rosyjskie niezależne media, jak Meduza, opisywały szczegółowo, w jaki sposób powstał system "obozów filtracyjnych".

Dziennikarz BBC Hugo Bachega rozmawiał z osobami, które przeszły przez "filtrację i które chciały zachować anonimowość.

Andriej, 28-latek zajmujący się marketingiem, postanowił wraz z rodziną opuścić Mariupol na początku maja. Podczas "filtrowania" wojsko zabrało go do "weryfikacji". Wojskowi pytali m.in. o jego poglądy polityczne. Odpowiedział, że nie jest szczególnie zainteresowany polityką.

Został zaprowadzony do innego namiotu, gdzie przy stole siedziało pięciu funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Pokazali Andriejowi film Wołodymyra Zełenskiego, pod którym zostawił pozytywny komentarz. Jako pierwszy zabrał głos jeden z oficerów: "Powiedziałeś nam, że nie interesujesz się polityką, ale, jak się okazuje, wspierasz rząd nazistowski". Oficer odwoływał się przy tym do rosyjskiej propagandy, która inwazję na Ukrainę tłumaczy rzekomo nazistowskim charakterem rządów tego kraju.

Andriej zaczął być bity. W tym czasie jego matka próbowała wejść do namiotu. Została zatrzymana przez funkcjonariuszy. Cały proces trwał około dwóch i pół godziny. Ostatnie pytanie, jakie mu zadano, brzmiało: "czy rozumiesz już swoje błędy?".

Maksym, 49-letni pracownik huty, również został poddany "filtrowaniu". Podczas przesłuchania zmuszono go do rozebrania się. Został zapytany, dlaczego chce opuścić Mariupol, a jego odpowiedź nie spodobała się wojskowym. Jeden z nich uderzył go kolbą karabinu w klatkę piersiową.

Mężczyzna został zabrany do innego pomieszczenia, które potem w rozmowie z dziennikarzem BBC nazwał "klatką". Nie dostał tam jedzenia ani wody. Nikt się nie odzywał. Mężczyzna wspomina, że niektórzy z przesłuchań wracali do "klatki" ze śladami pobicia.

Kilka godzin później Maksim został zwolniony i pozwolono mu opuścić Mariupol. Później lekarze stwierdzili, że ma złamane cztery żebra.

Dmytro, 34-letni nauczyciel historii, powiedział dziennikarzom, że wojsko znalazło w jego telefonie wiadomość, w której napisał słowo "rasiści". Podczas kolejnego przesłuchania był wypytywany, co sądzi o wydarzeniach z 2014 r., czyli aneksji Krymu przez Rosję.

Rano Dmitrij został przewieziony do więzienia na osiedlu Starobeszewo, gdzie umieszczono go w celi z około dwudziestoma więźniami. Cztery dni później, po kolejnym przesłuchaniu, Dmitri został zwolniony.

Do "obozu filtracyjnego" przyjechał również Wadim, 43-letni pracownik urzędu. Wojskowi dowiedzieli się, gdzie pracował i zabrali go do innego budynku. Tam był bity i torturowany. — Używali elektrowstrząsów. Myślałem, że umrę. W pewnym momencie upadłem i zadławiłem się plombami wypadającymi mi z zębów — wspomina Wadim.

Niektórym z tych, którzy zostali wysłani do Rosji, udało się wydostać z kraju. Andriej uciekł z rodziną do Niemiec. Wspominając to, co się wydarzyło, mówił, że żołnierze, którzy brali udział w torturach, zachowywali się tak, jakby była to dla nich rozrywka. — Próbowałem to zrozumieć, znaleźć w tym logikę, sens. Nie, nie ma w tym żadnej logiki — powiedział.

onet.pl/Meduza/BBC

W ciągu ostatnich 3 dni Ukraina zniszczyła co najmniej 7 dużych rosyjskich magazynów amunicji. Rosja próbuje się zemścić uderzając w miasta – Charków, Dniepr, Mikołajów, próbuje celować w ukraińskie magazyny/produkcję amunicji i ropy. Nie wszystkie rosyjskie rakiety docierają do celu, a Rosja ignoruje straty cywilów. W zeszłym tygodniu nastąpił fenomenalny wzrost celności ukraińskiej artylerii. Większość magazynów i centrów dowodzenia została zniszczona po pierwszym trafieniu. Lepsza amunicja lub lepsze celowanie. Trudno zmierzyć i wytłumaczyć taki wzrost, np. same 10 haubic to nic wielkiego, ale 10 haubic z ulepszonymi systemami kierowania ogniem i radarami artyleryjskimi można porównać do 40 głupich rosyjskich haubic.

(...)

Plany negocjacyjne opóźniły się, aż do istotnych zmian (albo Rosja zdobywa Łysychańsk, albo Ukraina zdobywa Chersoń). Niemcy i Francja to rozumieją. We współczesnej wojnie i nieco równoważnej technologii sukces nie jest nagły, ale osiąga się go poprzez powolny, nieustanny postęp. Pomoc Wielkiej Brytanii w szkoleniach jest również przewidziana w dłuższej perspektywie, Ukraina przygotowuje się do długiej wojny. Nastawienie Zachodu zostanie skorygowane, w zależności od zmian na polu bitwy.

wartranslated.com

— Gazprom to coś więcej niż spółka akcyjna. Cała gospodarka kraju opiera się w dużej mierze na przemyśle gazowym — te słowa wypowiedział prezydent Władimir Putin rok po swoich pierwszych wyborach, w maju 2001 r., kiedy ogłosił, że jego powiernik Aleksiej Miller został mianowany szefem firmy.

To zdanie było prawdziwe w każdym znaczeniu, nawet w tym, które Putin prawdopodobnie wolałby ukryć. Od pierwszego dnia jego prezydentury Gazprom stał się czymś więcej niż tylko firmą państwową; stał się źródłem osobistego bogactwa dla samego Putina i osób z jego otoczenia, w tym ludzi ze służb specjalnych.

Wszystko zaczęło się od słów o korzyściach dla państwa. Prezydent oznajmił Millerowi, że jego celem jest odzyskanie kontroli państwa nad monopolem gazowym. Nowy prezydent i nowy szef Gazpromu zaczęli od zapewnienia sobie osobistej kontroli nad firmą. Poprzedni zarząd Gazpromu został oczyszczony w ciągu roku. — Nowy car zaczął zadawać mi dość ciekawe pytania. Cóż, powiedziałem: jeśli nie ma mnie na miejscu, to odchodzę w tej chwili. Kiedy Putin dowiedział się, że odchodzę, był szczęśliwy — wspominał w swoim ostatnim wywiadzie Rem Wiachiriew, poprzedni szef Gazpromu.

Jeszcze przed Wiachiriewem były premier Wiktor Czernomyrdin, który był tam szefem rady nadzorczej, został poproszony o opuszczenie firmy. W 2000 r. Putin zastąpił go Dmitrijem Miedwiediewem, wówczas mało znanym prawnikiem z Petersburga. W ciągu roku od powołania Millera z kierownictwa Gazpromu usunięto dziewięciu z 11 nominatów z epoki Jelcyna, a jeden z nich przebywał nawet przez jakiś czas w areszcie tymczasowym. Na zwolnione stanowiska zostali powołani znajomi Putina i Millera z Petersburga i służb specjalnych, którzy objęli kierownictwo nad najważniejszymi spółkami zależnymi gazowego giganta.

Do 2005 r. kontrola nad Gazpromem formalnie powróciła do państwa, ale wkrótce resztki monopolu gazowego dostały się w ręce ludzi blisko związanych z Putinem.

(...)

Największa rosyjska firma chemiczna Sibur była kiedyś częścią gazowego giganta, ale w 2002 r. jej prezes, Jakow Gołdowski, próbował wyrwać firmę spod kontroli Gazpromu. Gołdowski został natychmiast aresztowany — w poczekalni przed gabinetem Millera, Sibur został zwrócony Gazpromowi, a Gołdowski po spędzeniu pewnego czasu w areszcie tymczasowym wyjechał za granicę.

Ale już w 2007 r. Gazprom opuścił Sibur, sprzedając firmę Gazprombankowi. Ten z kolei przekazał Sibur grupie prywatnych udziałowców, wśród których znaleźli się Leonid Michelson, przyjaciel Putina Giennadij Timczenko i Kiryłł Szamałow, były szwagier prezydenta.

Strojtransgaz został założony w 1990 r., by zaspokajać potrzeby Gazpromu w zakresie infrastruktury. W latach 90. Gazprom dostarczał Strojtransgazowi 80 proc. zamówień.

Głównymi udziałowcami spółki były dzieci szefa Gazpromu Rema Wiachiriewa i premiera Wiktora Czernomyrdina. Po tym, jak Wiachiriew został usunięty z funkcji szefa Gazpromu, pakiet blokujący kupił Aliszer Usmanow reprezentujący Gazprom.

Usmanow stwierdził wtedy, że nie był zainteresowany tą transakcją i przeprowadził ją na zlecenie Gazpromu. Jednak w grudniu 2007 r. kontrolę nad firmą przejęły firmy przyjaciela Putina, Giennadija Timczenki.

Sogaz to największa rosyjska firma ubezpieczeniowa, założona w 1993 r. przez Gazprom, by służyć swoim pracownikom. Począwszy od 2004 r. Gazprom w kilku etapach oddał 50 proc. swoich udziałów w Sogazie strukturom powiązanym z bankiem Rossija, którego udziałowcami są m.in. przyjaciele Putina z Petersburga i jego kochanka Swietłana Kriwonogich.

Od 2020 r. udziałowcami Sogazu byli Tatiana i Jurij Kowalczukowie, kuzyn prezydenta Michaił Szełomow, Gazprom i kilka osób związanych z kręgiem Putina. W dalszej części tekstu dowiesz się więcej o tym, jak Sogaz trafił do właściwych osób.

W maju 2008 r. w ramach programu pozbywania się aktywów niezwiązanych z podstawową działalnością Gazprom wystawił na sprzedaż pakiety kontrolne w pięciu swoich firmach zależnych: Lengazspiecstroju, Krasnodargazstroju, Spiecgazriemstroju, Wołgogradnieftmaszu i Wołgogazie. Firmy te zostały kupione przez przyjaciela Putina, Arkadija Rotenberga, i połączone w jeden podmiot prawny — Strojgazmontaż.

(...)

We wrześniu 2005 r. Gazprom kupił od Romana Abramowicza 75,5 proc. udziałów w spółce Sibnieft, która następnie zmieniła nazwę na Gazpromnieft. Tuż przed sprzedażą akcje Sibnieftu wzrosły o ponad 30 proc., co zwiększyło wartość transakcji do 13,091 mld dol.

Według byłego wiceministra energetyki Władimira Miłowa rosyjski budżet stracił na tej transakcji co najmniej 6,5 mld dol., a transakcja była "podziękowaniem dla Abramowicza za jego pomoc w sprawie Jukosu".

Inny znajomy Putina i Millera, Aleksander Djukow, stanął na czele Gazpromnieftu. W latach 90. prowadził petersburski terminal naftowy i port w Petersburgu, który w tym czasie był kontrolowany przez Ilję Trabera, który znał Putina od lat 90. Tam też Miller pracował w porcie po 1996 r.

Gazprom Media Holding został założony w 1998 r., by zarządzać aktywami medialnymi należącymi wówczas do Gazpromu. W latach 2001-2002 Gazprom-Media przejął za długi aktywa zhańbionego potentata Władimira Gusinskiego, co zostało wówczas uznane za rzadki akt cenzury politycznej.

Dziś Gazprom-Media to jeden z największych holdingów medialnych w kraju. Kontroluje kanały telewizyjne NTW, TNT, Match TV, TV-3 i Piatnica, stacje radiowe Autoradio, Humor FM, Relax FM, Energy, ośrodki produkcji telewizyjnej Comedy Club i Good Story Media, wydawnictwo 7 Dni, strony internetowe Rutube i Sportbox.ru oraz wytwórnię filmową Central Partnership.

W rzeczywistości Gazprom-Media jest teraz kontrolowany przez Gazprombank, a za jego pośrednictwem także przez przyjaciół Putina.

Wszystkie te megadeale nie mogłyby się odbyć bez zgody szefa Gazpromu. Czy Aleksiej Miller działał tylko z powodu lojalności wobec swojego szefa i jego przyjaciół, czy też szef Gazpromu miał w tym swój własny interes materialny? Aby odpowiedzieć na to pytanie, opowiemy trzy historie.

Nie wszyscy miliarderzy ery Putina byli rodowitymi Rosjanami. Najsłynniejszym przykładem jest urodzony w Jordanii Arab Zijad Manasir, który zrobił zawrotną karierę w Rosji, dokąd przeniósł się jeszcze jako student. Na początku 2013 r., u szczytu swojej kariery, majątek Manasira był wyceniany na 2,5 mld dol. — wszystko dzięki kontraktom od Gazpromu, które trafiły do przedsiębiorczego Jordańczyka i jego głównej firmy, Strojgazconsulting (SGK).

Kiedy w latach 90. Manassir zaczął pracować przy projektach gazowych w obwodzie tiumeńskim, założył trzy kurtki jedna na drugą i owinął głowę szalikiem przed zimnem. Nie miał żadnego doświadczenia w pracy "na północy". Sukces przyszedł dzięki znajomościom.

— Na początku był nagi jak sokół, ale później spodobał mu się jego występ — wspomina pracownik przemysłu gazowego zaznajomiony z Manasirem. Manasir spotkał się z gen.-płk. Aleksandrem Grigoriewem z FSB, który poprowadził go "po dobrze znanej linii [na szczyt]".

Grigoriew jest jednym z najbliższych przyjaciół Putina z czasów jego służby w KGB. Oficer ten jest znany ze swojej działalności przeciwko radzieckim dysydentom, w szczególności z tego, że pracując pod przykrywką jako duchowny, ojciec Aleksander, pilnował rozłamu w Kościele prawosławnym, w tym nadzorował przyszłego patriarchę Aleksego II, który w raportach posługiwał się kryptonimem "Drozdow".

"Chcesz dorównać wielkim ludziom, podziel się z nimi" — uśmiecha się jeden z rozmówców, który zna Manasira. Manasir się dzielił. Współwłaścicielami jego rozwijającego się biznesu zostały dwie interesujące osoby: Olga Grigoriewa, córka przyjaciela Putina z KGB, oraz gen.-mjr FSB Anatolij Tkaczuk, który posiadał nie mniej niż 35 proc. udziałów w firmie Manasira.

Tkaczuk, podobnie jak Grigoriewa, nie miał nic wspólnego z przemysłem gazowym czy sektorem budowlanym, ale miał za to bardzo konkretne powiązania ze służbami specjalnymi. Jako oficer kontrwywiadu wojskowego KGB Tkaczuk pracował za granicą i w 1986 r. został wysłany na miejsce katastrofy w Czarnobylu. Tam sprawdzał wersję o ataku terrorystycznym przeprowadzonym przez obce służby specjalne.

Oprócz działalności w firmie Manasira Tkaczuk figurował na liście współwłaścicieli lub menedżerów wielu firm surowcowych — to kariera, która wydaje się logiczna dla "oddelegowanego funkcjonariusza bezpieczeństwa państwa". Po opuszczeniu SGK Tkaczuk został prezesem pozornie niepozornego banku RFI. Jednak to właśnie ta instytucja finansowa została zamieszana w wielki skandal związany z systemem płatności Wirecard i jego szefem, Janem Marsalkiem. Marsalek miał współpracować z rosyjskimi służbami specjalnymi i uciekł do Rosji lub na Białoruś po tym, jak w Niemczech wszczęto przeciwko niemu śledztwo.

Manasir nie tylko rozdawał udziały w swojej firmie odpowiednim osobom, ale przez lata załatwiał luksusowe nieruchomości dla najwyższego kierownictwa Gazpromu, przede wszystkim dla Millera. Projekt szacuje, że Jordańczyk i firmy z nim związane posiadały co najmniej kilkanaście nieruchomości związanych z zarządzaniem Gazpromem, w tym kompleks pałacowy Millerhof pod Moskwą, wiejski dom w Soczi w pobliżu ośrodka narciarskiego Laura i wiele innych.

Firma Manasira budowała też i zarządzała nieruchomościami, które były potajemnie zarezerwowane dla najwyższych urzędników państwowych. To właśnie SGK oddało do użytku pałac Putina w Gelendżyku, a w Soczi firma Manasira, Swod International, zarządza ośrodkiem narciarskim, w którym Putin i Dmitrij Miedwiediew lubią jeździć na nartach.

Wyglądało na to, że Manasir może się czuć bezpiecznie w swoim bogactwie. Do tego stopnia, że był jednym z nielicznych gości na sekretnym ślubie córki Putina, Kateriny Tichonowej, i biznesmena Kiryłła Szamałowa w 2013 r.

Oprócz obiektów turystycznych i sportowych Swod International odpowiada w Soczi również za centrum recepcyjne Aczipse dla oficjalnych gości. Według naszego rozmówcy, który zna zabezpieczenia obiektu, w zwykłe dni dom jest strzeżony przez prywatnych ochroniarzy, a w dni wizyt prezydenta Putina przez [kremlowską służbę ochrony] FSO i Gwardię Narodową. Fakt, że Putin przebywa w Aczipsie, potwierdza to, że jego osobiści lekarze mieszkają w hotelach Swodu podczas jego wizyt w [prezydenckiej rezydencji w Soczi] Krasnaja Poliana. Aczipse ma również tego samego dostawcę dóbr luksusowych, z którym współpracują inne oficjalne rezydencje Putina.

Aczipse nie jest jedynym obiektem formalnie zarejestrowanym na Gazprom, który Putin wykorzystuje do rekreacji. Budowa Stoczni Ałtaj w Republice Ałtaju rozpoczęła się w 2010 r. Na brzegu rzeki Katun wybudowano schronisko, zagrodę dla jeleni ałtajskich, których świeżo ścięte rogi służą do przygotowywania Putinowi rzekomo odmładzających kąpieli, boisko sportowe i biura administracyjne. Z pieniędzy budżetowych przyznanych przez Putina wybudowano nową drogę prowadzącą do rezydencji. W 2015 r. Putin przyjechał tam ze swoim przyjacielem Silvio Berlusconim. Putin powrócił na Ałtaj także w sierpniu 2016 r. i w lutym 2019 r.

Jednak od 2013 r. ciepłe stosunki między Manasirem a Gazpromem ochłodziły się. "Ideologiczny rozłam" — tak opisuje to, co się stało, nasze źródło z branży gazowniczej. — Dano mu coś do zrobienia, a on nie chciał tego zrobić. I przekazał wszystko zgodnie z listą aktywów: to temu, to temu, to temu, to temu i to wszystko. Jeśli przyjrzymy się, do kogo trafiły aktywa Manasira, stanie się jasne, kto tak naprawdę był ich właścicielem przez cały ten czas.

Długa lista luksusowych nieruchomości — domy i grunty w Soczi, mieszkania w centrum Moskwy oraz budynki kompleksu pałacowego Millerhof — trafiła do podmiotów powiązanych z byłym oficerem KGB Siergiejem Triegubem. Wiele z tych nieruchomości jest obecnie użytkowanych osobiście przez Millera i jego żonę Marinę Jentalcewą.

Podobnie jak jej mąż Jentalcewa rozpoczęła karierę w biurze mera St. Petersburga, gdzie była sekretarką Putina, a po jego nominacji na prezydenta przeniosła się na Kreml, gdzie przez wiele lat kierowała prezydenckim protokołem.

Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że po kompromitacji Manasira, Triegub zyskał nie tylko jego luksusowe nieruchomości, ale także znaczną część biznesu Jordańczyka. Technicznie rzecz biorąc, Strojgazconsulting (SGK), główna firma Manasira, po serii perturbacji od 2018 r. stała się częścią Gazstrojpromu. W kolejnym kroku Gazstrojprom włączył do swojej struktury dwóch innych głównych kontrahentów Gazpromu: Strojtransgaz Rotenberga i Strojtransnieftiegaz Timczenki. Fuzja aktywów Gazpromu została przedstawiona jako próba obniżenia kosztów gazowego monopolisty.

W rzeczywistości wygląda to na jeden wielki przekręt. W 2015 r., kiedy dzielono spadek po Manasirze, prawie 75 proc. SGK trafiło do firm związanych z Triegubem i jego sponsorami. Są to Ankord, Intek Group i Legato. Firmy te były kontrolowane poprzez łańcuch podmiotów prawnych przez spółki offshore, których beneficjentem jest obecnie inna osoba o nazwisku Triegub — siostrzeniec Siergieja, Wadim Triegub.

W 2018 r. część aktywów SGK zaczęła być przenoszona pod parasol firmy Sfera. To właśnie ta część dawnej działalności Manasira stanie się częścią tzw. megakontraktu do 2019 r., ale SGK nadal istnieje. Dziś SGK to 23 firmy produkcyjne o łącznej wartości księgowej około 746 mln dol. Poprzez łańcuch podmiotów prawnych, ten wciąż pokaźny biznes należy do spółek offshore, których ostatecznym beneficjentem pozostaje ten sam Wadim Triegub.

Niektóre z firm GGK są likwidowane, ale nie wszystkie. Na przykład Gaztiechlizing wciąż zarabia na kontraktach leasingowych z państwem, wynajmując sprzęt budowlany, tankowce i samoloty. Trzy miesiące temu władze Republiki Komi przeznaczyły z budżetu 1,8 mld rubli (139,5 mln zł) na spłatę długu wobec Gaztiechlizingu.

Innymi słowy, człowiek, który formalnie jest właścicielem nieruchomości Millera, kontroluje także firmę, która miała stać się częścią Gazpromu.

A co z tą częścią dawnych aktywów Manasira, która została ostatecznie połączona z Gazstrojpromem? Okazuje się, że ludzie, także ci działający w imieniu Millera, sprzedali firmę państwowej spółce, którą kieruje. Część z 34,4 mld rubli (2,7 mld zł) otrzymanych za tę transakcję trafiła do Redensy Management.

Redensy już przekazały znaczną część tych środków firmom Władienie-W oraz Narodowe Centrum Rolnicze. które, jak pisaliśmy wyżej, formalnie jest właścicielem nieruchomości szefa Gazpromu: pałacu w Greenfield i Millerhofu. Okazuje się, że pieniądze wypłacone przez państwowego megakontrahenta zostały wykorzystane m.in. na urządzenie wystawnego stylu życia byłego sekretarza i sekretarki Putina.

Ale na tym oszustwo się nie kończy. Spojrzenie na strukturę własności megakontrahenta ujawnia, że niejaki Siergiej Fiurin, zameldowany w zwykłym budynku mieszkalnym w Moskwie, posiada 26 proc. udziałów we Władieniu-W. Wszystko, co musimy wiedzieć o Fiurinie, to to, że jest osobistym kierowcą Siergieja Trieguba, wozi także członków jego rodziny.

Innymi słowy, udziałowcem z blokującą większością akcji w największej państwowej spółce infrastrukturalnej w Rosji, która co roku pobiera z budżetu 1,4 bln rubli (108 mld zł), jest człowiek, którego nie zna nikt.

Może Triegub jest wielkim biznesmenem, który od dawna działa w branży infrastrukturalnej? To też jest mało prawdopodobne. Triegub ma z tym biznesem tak samo mało wspólnego, jak gen. Tkaczuk. Ale podobnie jak Tkaczuk, Triegub jest również związany z wywiadem.

Triegub pełnił służbę wojskową od lat 80. Według naszych informacji służył na poligonie Sary-Szagan w Kazachstanie, gdzie testowano radziecki sprzęt do obrony przeciwlotniczej. Przez długi czas pracował w przyjaznej ZSRR Syryjskiej Republice Arabskiej, w latach 90. był attaché wojskowym w ambasadzie w Damaszku, zajmował się obroną przeciwlotniczą. — Wszyscy rosyjscy attaché wojskowi są związani z wywiadem wojskowym GRU — wspomina Trieguba jego ówczesny amerykański kolega, Rick Francon. W wydanej w bardzo niskim nakładzie książce "Wschód to zamknięty interes. Jerozolima jest święta" rosyjski orientalista Leonid Miedwiedko wspomina Trieguba jako jednego z "uczciwych wojskowych i oficerów wywiadu oddanych swoim obowiązkom".

Szpieg zakończył służbę w 1997 r. w stopniu pułkownika lub wyższym, a w 2006 r. został oddelegowany do bardzo odpowiedzialnych zadań służbowych (patrz następny rozdział). Od tego czasu on i grupa byłych współpracowników wywiadu, przypuszczalnie również "uczciwych oficerów wywiadu oddanych swoim obowiązkom", stworzyli rozległą sieć firm-przykrywek kontrolujących aktywa i nieruchomości biznesowe o wartości prawie 3 mld dol. Triegub posiada znaczną część tych aktywów w imieniu rodziny Millerów.

A Zijad Manasir zakończył już przygodę z naszym krajem. Zabrał jednak ze sobą kawałek Rosji, w której odniósł sukces jako biznesmen: w swojej ojczyźnie Jordańczyk zbudował osiedle Vikiland, uderzająco podobne do pałacu Greenfield pod Moskwą.

(...)

Aby zrozumieć, skąd Triegub i jego kolesie ze służb specjalnych wzięli się w rosyjskim biznesie i jak ważną rolę odgrywali, trzeba cofnąć się do początków rządów Putina.

W 2003 r. najbogatszy człowiek w Rosji, Michaił Chodorkowski, opowiedział Putinowi w telewizji o szerzącej się w kraju korupcji. W odpowiedzi Putin rozpoczął ostrą rozprawę z Chodorkowskim i jego firmą naftową Jukos. Tzw. afera Jukosu była najgłośniejszym procesem politycznym lat 90. w Rosji — właściciele i menedżerowie firmy zostali uwięzieni lub zmuszeni do ucieczki z Rosji, a majątek Jukosu trafił do spółek państwowych. Część majątku Jukosu, co jest teraz jasne, trafiła także do osób pracujących dla świty Putina.

Kiedy decydowały się losy spuścizny Jukosu, Gazprom był długo uważany za głównego pretendenta. — Rosnieft, który ostatecznie otrzymał większość aktywów, nie był wtedy faworytem — wspomina były udziałowiec Jukosu Leonid Niewzlin. Potem plan został obalony, gdy zachodni udziałowcy Jukosu rozpoczęli prawną batalię o ich aktywa, a Gazprom zaczął mieć z tego powodu problemy prawne. — Zdecydowali się nie zjeść kury, która znosiła złote jajka — potwierdza Igor Wołobujew, były wiceprezes Gazprombanku.

Wkrótce po rozpoczęciu postępowania upadłościowego Jukosu w 2006 r., w firmie pojawił się nowy menedżer — Siergiej Triegub. Został dyrektorem Jukosu EP i Jukosu-RM, firm zależnych Jukosu. Przepytywani przez Projekt byli pracownicy Jukosu pamiętają jedno spotkanie z nowym szefem — gdy ten ich wszystkich zwolnił. Gazeta "Kommiersant" napisała wtedy, że "Triegub działał jako rządowy strażnik, którego zadaniem było powstrzymanie odpływu funduszy i aktywów podczas bezkrólewia".

Wiosną 2007 r. rozpoczęła się sprzedaż części aktywów Jukosu. Rosnieft lub jego spółki stowarzyszone kupiły 9 z 18 pakietów, na jakie podzielono firmę Chodorkowskiego. Jednak w walce o pakiet nr 13 Rosnieft przegrał aukcję z nieznanym podmiotem o nazwie Prana, założonym przez firmę z Belize. Prana zapłaciła 100 mld rubli (wówczas 4 mld dol.) za pakiet. Dziennikarze byli żywo ciekawi, czyje interesy reprezentuje Prana, ale niczego nie ustalili. Nieco później okazało się, że Prana należy do Trieguba i jego współpracowników.

Zaledwie miesiąc po aukcji Prana sprzedała Rosnieftowi jeden z głównych aktywów w pakiecie nr 13 — 22-piętrowy budynek siedziby głównej Jukosu przy ul. Dubińskiej w Moskwie. Niedługo później Rosnieft sprzedał Gazpromowi połowę innego aktywu Jukosu — firmę Tomsknieft. Kwoty transakcji są podejrzanie podobne — Prana kupiła biuro Jukosu za mniej więcej taką samą cenę, za jaką Gazprom kupił połowę Tomsknieftu. Źródło zaznajomione z okolicznościami tej transakcji przedstawia następującą wersję: Prana działała w imieniu Gazpromu, a następnie wymieniła zakupione aktywa na połowę udziałów w biznesie produkcyjnym w Tomsku.

Osoba zaangażowana w aferę Jukosu po stronie państwa wspomina, że w połowie lat 2000. Triegub nie pracował dla Millera, ale reprezentował kogoś "wyżej postawionego". Rozmówca kategorycznie odmówił nam dalszej dyskusji na ten temat. Źródło zaznajomione z Millerem ujęło to w ten sposób: — Służby specjalne i wywłaszczenie Jukosu to nie jest poziom Millera, decyzje zostały podjęte na wyższym szczeblu.

Innymi słowy, Triegub, pułkownik wywiadu wojskowego, obywatel Rosji i Ukrainy oraz rozległa sieć powiązanych z nim osób, nie tylko zarządzają aktywami w imieniu Aleksieja Millera, ale od ponad 15 lat wypełniają polecenia kierownictwa kraju.

Prana zachowała część aktywów Jukosu i pozbyła się ich później w bardzo ciekawy sposób. Prana przekazała drugie biuro Jukosu w Ułańskim Piereułku w Moskwie Sogazowi, temu samemu Sogazowi, którego właścicielami są przyjaciele i krewni prezydenta Putina. Obecnie jedno z biur Sogazu mieści się w dawnym biurze Jukosu, a najbliższy przyjaciel Putina, Jurij Kowalczuk, pracuje tam, gdy przyjeżdża do Moskwy.

Jednak część samego Sogazu również trafiła do tych samych tajemniczych czekistów.

Wśród osób związanych z Triegubem jest człowiek o niezapomnianym nazwisku — Aleksander Smirnow. Służył w jednostce specjalnej FSB Wympieł, walczył w wojnie czeczeńskiej. Na początku lat 90. Smirnow przeszedł do rezerwy i założył grupę firm ze słowem "Wympieł" w nazwie. Jak piszą biznesmeni jednej z tych firm na swojej stronie internetowej, specjalizują się w "pomocy w rozwiązywaniu sporów korporacyjnych i pracy z zagrożonymi aktywami".

Smirnow ma biznesowego partnera, co nie jest zaskoczeniem, również z Wympiełu — Dmitrija Bajkowskiego. Rejestrując swój samochód, Bajkowski podał jako miejsce zamieszkania adres jednostki wojskowej 35690, czyli bazę jednostki FSB Wympieł. W listopadzie 2017 r. Wympieł został dyrektorem i głównym udziałowcem małej firmy Orbita Express. Ta malutka firma kupiła 2,5 proc. udziałów w największym rosyjskim ubezpieczycielu, grupie Sogaz. Od tego czasu udział Bajkowskiego w Sogazie jeszcze się zwiększył — ma on teraz 5 proc. akcji, które mogą być warte nawet 28 mld rubli (2,2 mld zł).

Można by pomyśleć, że Bajkowski jest przedsiębiorcą, który po prostu odniósł sukces. Trudno w to jednak uwierzyć np. dlatego, że jedynym autem zarejestrowanym na niego jest 17-letni nissan x-trail.

W czyim więc imieniu trzyma akcje Bajkowski? Sogaz i Bajkowski nie odpowiedzieli na nasze pytania, ale możliwą wskazówkę można znaleźć w księgach rachunkowych powracającej po raz kolejny w naszym tekście firmy Redensy Management. Na początku 2021 r. firma ta otrzymała pakiet akcji Sogazu kontrolowany przez Bajkowskiego w zamian za przelanie 3,5 mld rubli na konta Orbity Express należącej do Bajkowskiego. Orbita twierdzi, że potrzebuje tych pieniędzy, aby pokryć pożyczki dla firm kontrolowanych przez samego Bajkowskiego, a także firm Triegubów i Smirnowów.

Siergiej Triegub i grupa powiązanych z nim nominatów kontrolują akcje i udziały w firmach o wartości co najmniej 2 mld dol. Łącznie z luksusowymi nieruchomościami, które są w ich rękach, Triegub i jego grupa posiadają i zarządzają aktywami o wartości 3 mld dol.

(...)

Na początku 2022 r. Aleksiej Miller, który właśnie obchodził swoje 60. urodziny, został Bohaterem Pracy Rosji. "Za szczególne zasługi w pracy na rzecz państwa i narodu" — czytamy w dekrecie o przyznaniu nagrody podpisanym przez Putina, być może jedynego Rosjanina, dla którego Miller rzeczywiście ma szczególne zasługi.

onet.pl/Project

sobota, 18 czerwca 2022


Kucharz, poza wszystkim, jest kucharzem - Władimir Putin

1.

Jeśli coś szło nie po jego myśli, rzucał fartuchem o podłogę i wychodził. W Astorii, przed I wojną światową jednej z najdroższych restauracji Petersburga, wpadali wtedy w panikę - to on, Spirydon Putin, jako starszy kucharz miał kluczyk do szafki z droższymi alkoholami. Nie będzie Putina - nie będzie ormiańskiego koniaku ani francuskiego wina.

Tak przynajmniej mówi rodzinna legenda.

Ta porywczość zostanie mu do końca życia, choć na emeryturze będzie żył w niewielkim mieszkanku i uspokajał się, łowiąc ryby i paląc niezliczone ilości papierosów.

Wnuk Władimir spotkał dziadka zaledwie kilka razy w życiu, ale zapamiętał, że był mistrzem w swoim fachu. Inna rodzinna legenda głosi, jak to któregoś dnia, za czasów cara, na obiad do Astorii przyszedł Rasputin. Co ugotował Putin dla Rasputina? Może któreś z dań, z których Astoria słynęła - julienne z kury? Kotleciki jagnięce? A może sandacza "Orly" w sosie tatarskim, przybranego kawiorem?

Tego nikt już nie pamięta.

Rodzinna opowieść mówi za to, że jedzenie tak posmakowało dworskiemu szarlatanowi, iż po posiłku kazał wezwać kucharza, a gdy ten przyszedł - wręczył mu złotą monetę. Starsi spośród członków rodziny Putinów zarzekają się, że jeszcze niedawno była wśród rodzinnych pamiątek; ktoś ją jeszcze pamięta, ale potem przyszły dwie wojny, stalinizm, odwilż, pieriestrojka - i gdzieś pomiędzy tymi wydarzeniami moneta zaginęła.

Podobnie nikt nie pamięta, w jaki sposób Spirydon Putin trafił do jednej z najlepszych restauracji carskiego Petersburga. Jedni mówią, że był ubogi, pochodził z Pominowa, małej wioski pod Twerem. Szukał jakiejkolwiek pracy i już jako dwunastolatek zaczął najmować się w restauracjach. Szybko się okazało, że ma złote ręce, więc kucharze zaczęli go przyuczać do zawodu. Jeszcze przed trzydziestką stał się szanowanym szefem kuchni.

Ale inni mówią, że Putinowie to był ród kucharzy i Spirydon uczył się fachu od swoich kuzynów.

Złote carskie czasy skończyły się wraz z początkiem I wojny światowej. Spirydon z kuchni trafił wprost na front. Jego wnuk Władimir opowie wiele lat później reżyserowi Oliverowi Stone’owi, który zrobił z nim dokumentalny wywiad rzekę, jak to dziadek najpierw strzelił z okopu do austriackiego żołnierza, ale kiedy go trafił - od razu pobiegł z apteczką, by go opatrzyć. W ten sposób uratował mu życie. "Jeśliby nie strzelił, Austriak by go zabił" - mówił Putin.

Musiał się więc Spirydon bronić. Ale zabijać nie chciał.

Zaskakująco podobny ten dziadek do Rosji Władimira Putina, która też, gdy używa broni, to - jeśli wierzyć propagandzie - wyłącznie w obronie.

2.

O Putinie kucharzu Rosjanie dowiedzieli się z pewnego wywiadu rzeki. Chwilę wcześniej Borys Jelcyn, który zaszedł Rosjanom za skórę swoimi alkoholowymi ekscesami, niespodziewanie namaścił na swojego następcę jego wnuka, Władimira. Trwała przedwyborcza gorączka i już niedługo miało się okazać, czy młody, dziarski judoka z przeszłością w KGB zastąpi Jelcyna na stanowisku prezydenta. Zbliżały się wybory, które musiał wygrać.

Jego opublikowana pod tytułem От первого лица [Od lidera] rozmowa z trójką rosyjskich dziennikarzy miała przybliżyć Rosjanom - i światu - tego nieznanego szerzej polityka*. Putin opowiada w niej o swojej rodzinie, karierze w KGB, latach spędzonych w NRD, o żonie, a nawet o babci, która potajemnie go ochrzciła.

I o dziadku.

- Musiał gotować dość dobrze, bo po I wojnie światowej zaproponowano mu pracę w Gorkach, na obrzeżach Moskwy, gdzie mieszkali Lenin i cała rodzina Uljanowów. Kiedy Lenin zmarł, dziadek został przeniesiony do jednej z dacz Stalina. Pracował tam bardzo długo - powiedział Władimir Putin, wówczas jeszcze kandydat na prezydenta Rosji. - Nie padł ofiarą czystek? - dopytywali dziennikarze. - Nie, z jakiegoś powodu pozwolili mu żyć - odpowiedział Władimir Władimirowicz. - Niewielu ludzi, którzy spędzili dużo czasu blisko Stalina, wyszło z tego bez szwanku, ale dziadek był jednym z nich. Przeżył Stalina, a później, na emeryturze, był kucharzem w sanatorium Moskiewskiego Komitetu Partii w miejscowości Ilińskoje.

Od tej pory niemal wszystkie biografie prezydenta Rosji podają, że jego dziadek był kucharzem Lenina i Stalina.

3.

Rodzina Spirydona Putina została zdziesiątkowana przez blokadę Leningradu i wojnę z Niemcami. Z jego siedmiu synów przeżyło tylko dwóch: Władimir i Aleksander. Władimir, po którym imię nosi prezydent Rosji, był wtedy mieszkańcem Leningradu i zgłosił się na ochotnika do armii. Przydzielono go do oddziału NKWD, który prowadził dywersję na tyłach wroga, w okolicach miasteczka Kingisepp. Gdy skończyło im się jedzenie, poszli do jednej z wiosek, do chłopów, prosić o pomoc. Chłopi donieśli na nich Niemcom. Oddział Władimira Putina seniora wpadł w zasadzkę.

Z dwudziestu ośmiu mężczyzn udało się przeżyć tylko trzem kolegom Władimira i jemu samemu. Putin-ojciec był ranny, w dodatku uciekając przed pogonią, spędził całą noc w jeziorze, oddychając przez słomkę z trzciny. Cudem udało mu się dotrzeć z powrotem pod Leningrad, ale był wycieńczony, a rana ciężka. Jeśli ktoś nie pomógłby mu przejść na drugi brzeg Newy, nie miałby szans na przeżycie.

Na szczęście okazało się, że w tym samym oddziale służył sąsiad z jednej wioski. Przepłynął z rannym Putinem przez Newę. - Ty żyj, a ja wracam umierać - powiedział na odchodne i wrócił do jednostki.

Wieści po otoczonym Leningradzie rozchodziły się szybko i do rannego Władimira trafiła jego żona, Maria, z dwuletnim synem Wiktorem. Witia był, jak wszyscy wówczas mieszkańcy miasta, bez przerwy głodny. Ojciec oddał mu więc całą swoją rację żywnościową - szpitale, podobnie jak szkoły i przedszkola, miały swoje stołówki.

Kiedy pielęgniarki zobaczyły, co się dzieje, przestały wpuszczać Marię z dzieckiem do szpitala. Szpitalne jedzenie było dla rannych, nie dla tych, którzy umierają z głodu w mieście. Oni traktowani byli już jak trupy.

Mały Wiktor Putin nie przeżył blokady. Umarł na błonicę. Władimir Putin, już jako prezydent, w poruszającym artykule, jaki napisał dla magazynu "Ruskij Pionier", opisał, jak jego wychudzona matka została wyniesiona z rozpadającego się budynku na noszach. Uciekła śmierci w ostatniej minucie.

Nie da się zrozumieć ani rodziny Putinów, ani współczesnej Rosji bez spróbowania chleba z czasów blokady Leningradu.

4.

Nieżyjący już Aleksander Putin, brat ojca prezydenta, jeden z zaledwie dwóch braci Putinów, którzy przetrwali blokadę Leningradu, podkreślał we wszystkich wywiadach, jak skromnym człowiekiem, a jednocześnie dobrym kucharzem był jego ojciec. "Uczył się fachu jeszcze za cara, kiedy sztuka kulinarna kwitła. Szczególnie lubił gotować mięso i rybę, ale swego firmowego dania nie miał" - mówił w wywiadzie dla "Komsomolskiej Prawdy". "Wszyscy zawsze byli zadowoleni. Do momentu kiedy osiągnął wiek siedemdziesięciu dwóch lat, prosili go, [żeby gotował] na bankiety. Ojciec bardzo się złościł, kiedy weszły ograniczenia produktów. Jakie u kucharza może być ograniczenie, on sam powinien wiedzieć, ile czego i kiedy dodać!"

I dalej: "Był bardzo pryncypialny i nawet w czasach, gdy brakowało jedzenia, nic nie przynosił z pracy do domu. Nawet kanapeczki. Żył skromnie, w dwóch maleńkich pokoiczkach. Dostawał sto dwadzieścia rubli emerytury i o nic więcej nie prosił. Był nie do podrobienia. Dziś mało jest takich ludzi".

Podobno Spirydon Putin nie poważał swojej pracy kucharza. Uważał ją za niewdzięczną i żałował, że nie został inżynierem albo architektem. Nie chciał, żeby dzieci albo wnuki poszły w jego ślady.

Tyle mniej więcej o nim wiadomo. A ja chciałem dowiedzieć się więcej.

Kiedy zwiedzałem Gorki Leninskie, pytałem przewodników i dyrektora tego miejsca o Spirydona Putina. Wszyscy nabierali wody w usta. - Wciąż szukamy dokumentów - powiedział dyplomatycznie dyrektor.

- Ale podobno dla Lenina gotowała Szura Worobiowa - nie ustępowałem. - Skoro prezydent powiedział, że jego dziadek tu pracował, to pracował - odpowiedział dyrektor. - Jestem pewien, że dokumenty niedługo się znajdą.

W Petersburgu rozmawiałem z wieloletnim, legendarnym dyrektorem restauracji Astoria. On powiedział mi wprost, że o dziadku prezydenta nigdy nie słyszał. Ale później, na wszelki wypadek, poprosił, żeby nie podawać jego nazwiska. Im dłużej próbowałem znaleźć jakieś informacje na temat Spirydona Putina, tym bardziej mi się wymykał. Im bardziej próbowałem potwierdzić jego historię w jakichkolwiek archiwach, dokumentach albo chociaż porozmawiać z kimś, kto znał go osobiście - tym większy był mur, na jaki się natykałem.

Aż w końcu zrozumiałem, że nie znajdę żadnych dowodów na to, że Spirydon Putin gotował w Astorii i że Rasputin podarował mu złotą monetę.

Dlaczego?

Bo ich nie ma. Podobnie jak nie ma dowodów, że gotował dla Lenina albo dla Stalina. Spirydon Putin przez całe życie gotował w sanatoriach, w tym w sanatorium dla członków partii - i tyle. I owszem, mogli być wśród nich i Nikita Chruszczow, następca Stalina, i Wiaczesław Mołotow, bo tak powiedział w wywiadzie wujek Władimira Putina, Aleksander. I może raz albo dwa został poproszony, żeby ugotować coś na bankiet, na którym gościem był Stalin. Może nawet przez jakiś czas pracował na którejś jego daczy? Może był kucharzem, którego Kreml zapraszał do pracy przy dużych bankietach? Albo zastępował tam kogoś?

Tego się już nie dowiemy. Ale ja pewien jestem jednego. Połowa jego życiorysu jest wyssana z palca. Fakty przemieszane są w nim z całkowitą fikcją.

Historia Spirydona Putina to chyba najpiękniejszy przykład, jak - od kuchni - działa rosyjska propaganda. Nieważne, czy historia jest prawdziwa, czy nie. Ważne, że ludzie w nią wierzą. Dziadek, którym zachwycił się Rasputin, a który potem gotował i dla Lenina, i dla Stalina, był dla Władimira Putina świetnym chwytem reklamowym przed wyborami, bo łączył w swojej biografii epoki, do których Rosjanie - mimo całego zła, które się wtedy stało - mają sentyment.

"Skoro liderzy ZSRR ufali mojemu dziadkowi, wy możecie zaufać mnie" - zdawał się mówić Władimir Putin.

I tak się rzeczywiście stało.

tokfm.pl

piątek, 17 czerwca 2022


Anna, 21 lat, studentka z Moskwy

– Ciocia zadzwoniła do mnie 10 kwietnia i powiedziała, że w naszym domu pojawiła się policja, która chce ze mną rozmawiać, i podała im telefon. Policjant powiedział mi, że ojciec złożył na mnie skargę. Rzekomo publikowałam antywojenne wpisy, dyskredytowałam rosyjską armię i wzywałam do zabijania Rosjan. Publikowałam różne posty, ale takich wezwań na pewno nie było. Policjant dodał jeszcze, że mój ojciec jest pijany, a ciocia z oddali krzyczała, że to alkoholik.

Gdy dotarłam na policję, mieli już mojego ojca serdecznie dosyć. Już wszystko o nim wiedzieli. Według mojego ojca ktoś miał do niego zadzwonić z Tajlandii i powiedzieć mu o moich wpisach. Kiedy byłam na komisariacie, posyłał mi wiadomości, że został wrobiony. Naczelnik wypuścił mnie w końcu. Następnego dnia ojciec zadzwonił do mnie, aby spytać, jak się czuję. Powiedziałam, że nie czuję się dobrze, ponieważ napisał na mnie donos. "Przecież cię nie wsadzili", skwitował.

Wychowywałam się u babci i cioci, często odwiedzałem ojca, kiedy jeszcze mieliśmy ze sobą kontakt. W 2014 r. oglądaliśmy razem olimpiadę w Soczi, a także rozmawialiśmy o Ukrainie i Majdanie. Już wtedy byłam w opozycyjnym nastroju, spierałam się z ojcem, a on ironizował na temat moich poglądów, ale to nie było agresywne.

Przez jakiś czas mieszkał z nami i bardzo mi dokuczał. Gdy miałam 13 lat, uciekłam z domu, bo groził, że wydłubie mi oczy – a policja nie przyjeżdżała. Dorośli nie chcieli mi wierzyć, że on zbyt wiele pije.

A teraz taką samą sytuację mamy w kraju: trwa wojna, dzieją się straszne rzeczy, a ludzie nie chcą tego widzieć, bo trudno im to zaakceptować. I tak mam już ciężką depresję, a teraz na moją osobistą sytuację nakłada się jeszcze to, co się dzieje w całym kraju. A ja czuję się coraz gorzej. Chciałabym kiedyś wyjechać, ale teraz nie mam na to pieniędzy. Ludzie w Rosji powinni być bardziej ostrożni, także w kontaktach z krewnymi, bo okazuje się, że oni też mogą pójść ze skargą na policję.

onet.pl

Jacek Gądek: - Twierdzi Pan w nowej książce ("Krzywe spojrzenie. Niemiecka polityka wschodnia"), że egoizm gospodarczy i myślenie życzeniowe Niemców utorowały drogę agresywnej polityce Putina. Nie za ostro?

Thomas Urban (wieloletni korespondent niemieckiej gazety "Süddeutsche Zeitung" w Warszawie, Kijowie i Moskwie): - Taką tezę głoszę już od 20 lat, choć w niemieckiej debacie była ona do tej pory niszowa. Dopiero po 2014 r. - po pierwszej inwazji Rosji na Ukrainę i aneksji Krymu - zaczęto czasami publikować w niemieckich mediach komentarze w takim tonie. Niemniej do wybuchu obecnej wojny w Ukrainie był to w Niemczech pogląd mniejszościowy.

A teraz?

Wszystko się zmieniło. Teraz jest to już mainstreamowa opinia.

Co jest najistotniejszym elementem tego torowania drogi dla rosyjskiej agresji na Ukrainę?

Dwie rzeczy. Pierwsza: psychologiczny spadek po II wojnie światowej. Niemcy dwa razy zaczynały wojnę w Europie, więc główny nurt debaty publicznej w Niemczech od dekad był pacyfistyczny. Bardzo ważna była tu polityka kanclerza Helmuta Kohla, który osobiście był silnie nacechowany doświadczeniami II wojny światowej, bo jego starszy brat zginął na froncie. Kohl trzymał się zasady, że Niemcy bezpośrednio nie biorą udziału w konfliktach zbrojnych, choć mogą finansowo wspierać stronę zachodnią - działań bojowych jednak unikały.

A druga rzecz to fakt, że Niemcy historycznie mieli przed XX w. dobre stosunki z Rosją. Wielu rosyjskich carów czy caryc było Niemcami. A kanclerz Otto von Bismarck, który odegrał wiodącą rolę w jednoczeniu Niemiec, bardzo starał się budować z Rosją dobre stosunki.

Ta historia jest aż tak istotna?

Jest ważna. Przez historię w Niemczech dominował pogląd, że jeśli Niemcy i Rosjanie się porozumiewają, to w zasadzie jest dobrze. Lekceważono przy tym oczywiście doświadczenia krajów leżących między Niemcami a Rosją - m.in. Polski.

A gaz, ropa i węgiel, które Niemcy na potęgę kupują od Rosji?

Surowce w ostatnich dekadach oczywiście odgrywały ogromną rolę. Współpraca Niemiec i Rosji w handlu surowcami też ma jednak kontekst ideologiczny. Zachodnioniemiecko-sowiecki handel surowcami zaczynał się jeszcze za rządów kanclerza chadeka Konrada Adenauera (1949-63). Wtedy były już pierwsze projekty budowy rurociągów z Syberii do Niemiec Zachodnich. Nie zostały jednak zrealizowane z uwagi na kryzys kubański (1962 r.) za prezydentury Johna F. Kennedy’ego w USA.

Ale kiedy kanclerzem został w 1969 r. Willy Brandt, to zaczęto ze Związkiem Radzieckim realizować projekty energetyczne. Uzasadniano to ideą, że jeśli Niemcy i ZSRR zbliżą się gospodarczo, to efektem będzie postępująca liberalizacja wewnętrzna Związku Radzieckiego.

Nie udało się.

Bo to oczywiście było myślenie życzeniowe.

Handel miał dokonać liberalizacji ZSRR, a później Rosji, ale stało się dokładnie odwrotnie?

Teraz już chyba każdy to rozumie. Niemniej Niemcy miały swoją wizję wyrażającą się w powiedzeniu "Wandel durch Handel", czyli "zmiana przez handel" i długo się go trzymali. Zmiana w sensie kulturowym i politycznym ma się dokonywać poprzez wymianę handlową. To bardzo stara idea sięgająca jeszcze Hanzy, czyli XIII wieku.

W praktyce chodziło jednak o pieniądze, bo niemiecki przemysł chciał mieć tanią bazę energetyczną, a w zamian mógł Sowietom zaoferować zachodnią technologię. Na współpracy z Rosją najbardziej zależało koncernom zachodnioniemieckim.

Idea "Wandel durch Handel" chyba jednak przegrała z powiedzeniem przypisywanym Leninowi, że powieszą kapitalistów na sznurze, który kupią od tych kapitalistów za ich własne pieniądze?

Rosjanie nie powieszą Niemców, ale Ukrainę to by chcieli i się starają, rozpętując wojnę.

Pokolenie temu były w Niemczech debaty o tym, że handel z Rosją obraca się przeciwko Zachodowi. Niektórzy eksperci przekonywali, że Niemcy tanio kupią sowiecki czy rosyjski gaz, ale jednocześnie - przypadło to na czas rządów Leonida Breżniewa (1964-82) w ZSRR - radziecka armia wyrosła na potęgę militarną globalnego znaczenia. W reakcji na rosnącą siłę Sowietów kraje zachodnie muszą więc bardzo dużo pieniędzy wydawać na zbrojenia. Debata o tym w Niemczech jest bardzo stara, jednak nigdy nie przebiła się do polityków na tyle mocno, aby zatrzymać handel surowcami energetycznymi z Moskwą. A wręcz przeciwnie - handel wciąż rósł.

Pani kanclerz Angela Merkel, która znała realia Europy Środkowo-Wschodniej, nic nie zmieniła, więc dalej torowała Putinowi drogę do wojny?

Ogromnie ceniłem to, co Merkel zrobiła dla stosunków polsko-niemieckich. Gdy była młodą panią minister u kanclerza Helmuta Kohla, tworzyła polsko-niemiecką organizację młodzieżową. Od początku bardzo jej taka współpraca leżała na sercu.

W świetle obecnej wojny w Ukrainie trzeba jednak powiedzieć: ta wojna jest też wynikiem polityki Niemiec pod 16-letnimi rządami Angeli Merkel.

Dlaczego?

Dla mnie to też wielkie pytanie: dlaczego tak się stało, skoro - i to jest też zdanie wielu publicystów w Niemczech - nie miała wątpliwości co do charakteru Putina? Merkel była wobec niego nieufna. Wiedziała, że jest agresywny i znała zbrodniczy charakter jego polityki. Mimo to, należąc do chadecji, popierała kurs socjaldemokratów, którzy byli ślepi na agresję Putina. Rzuca to wielki cień na rządy Merkel.

Merkel po aneksji Krymu przez Putina mówiła, że rosyjski prezydent mógł już w ogóle stracić kontakt z rzeczywistością. A jednak nie ukróciła handlu gazem z Rosją.

Merkel jeszcze wcześniej i to bardzo otwarcie krytykowała agresję Rosji na Gruzję w 2008 r. Po ataku w 2014 r. na Krym i Donbas też krytykowała Putina - i to nawet w jego obecności. Mówiła, że prowadzi zbrodniczą politykę. Ale potem i tak akceptowała rosyjsko-niemiecki projekt gazociągu Nord Stream 2.

Teraz mamy jednak kanclerza z SPD - formacji bardziej "rozumiejącej Rosję". Kanclerz Olaf Scholz po inwazji Rosji na Ukrainę totalnie reorientuje niemiecką polityki wobec Kremla? Czy to tylko retoryka?

Tego do końca jeszcze nie wiemy. Nie wiemy, jak długofalowo będzie wyglądać ta polityka. Inne państwa, zwłaszcza z Europy Środkowo-Wschodniej, wywierają presję na Niemcy, aby wprowadzić embargo na rosyjski gaz i ropę, ale to miałoby ciężkie konsekwencje dla niemieckiego przemysłu i całej gospodarki.

Wedle wyliczeń Uniwersytetu w Bonn oraz Uniwersytetu Kolońskiego wstrzymanie importu rosyjskich surowców oznacza dla Niemiec spadek PKB między 0,5 proc. a 3 proc.

To dla Niemiec dużo. Z dnia na dzień Niemcy nie zrezygnują z rosyjskich surowców, ale na pewno obserwujemy teraz wielki zwrot w niemieckiej polityce. Przecież jeszcze na trzy tygodnie przed inwazją Olaf Scholz był u Putina i dał nie tylko sygnał, że Niemcy mają nadzieję, że do wojny nie dojdzie, ale też sygnał, że taka wojna nie będzie mieć wielkich konsekwencji.

Z kolei wcześniej długoletni szef MSZ, a obecnie prezydent Frank-Walter Steinmeier (też z SPD), ciągle wysyłał Moskwie sygnały, że reakcja na agresywne działania Putina nie będą stanowcza. Steinmeier jako szef MSZ krytykował sankcje na Rosję wprowadzone po aneksji Krymu. Jak minister spraw zagranicznych mógł to robić? To przecież był znak, że Niemcy - a już na pewno SPD - de facto akceptują aneksję Krymu i oderwanie Donbasu od Ukrainy. Socjaldemokraci w Niemczech popełniali straszne błędy, które tylko zachęcały Putina do kolejnej wojny z Ukrainą.

Błędy czy może Putin przez długie lata kupował elitę polityczną także w Niemczech?

Na pewno udało się to w przypadku kanclerza z SPD Gerharda Schrödera, choć on sam nie miał jedynie motywacji materialnej. Schröder myślał w takich kategoriach jak i wielu polityków z północnych Niemczech, a więc w tradycji Bismarcka, że jeżeli Niemcy będą mieć dobre relacje z Rosją, to będzie dobrze dla wszystkich. On miał taką ideologiczną, polityczną motywację, a nie tylko materialną.

Korumpowanie niemieckiej elity nie odgrywało wielkiej roli. Zwłaszcza w SPD dominowało myślenie życzeniowe odwołujące się do - sam nazywam to nawet nie mitem, ale legendą - Ostpolitik kanclerza Willy Brandta.

Legendą?

50 lat temu Brandt rozpoczął politykę odprężenia z Moskwą, Warszawą, Pragę, podpisywał umowy o nieagresji i o granicy z Polską na Odrze i Nysie. Ta legenda mówi, że to odprężenie i polityka dialogu Brandta doprowadziła do upadku Muru Berlińskiego.

Z rzeczywistością to nie ma wiele wspólnego?

Jeżeli badać historię i studiować dokumenty biura politycznego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, to powody były zupełnie inne. Wedle analiz protagonistów sowieckich u podstaw upadku Muru Berlińskiego leżały trzy wielkie przyczyny. Pierwszą była twarda, strategiczna i wojskowa polityka prezydenta USA Ronalda Reagana.

Polityka siły, wyścigu zbrojeń, a nie dialogu, handlu czy odprężenia.

Właśnie: to siła, a nie handel prowadził do zmiany. Drugi czynnik prawie nie istnieje w debatach niemieckich, a była to umowa między USA i Arabią Saudyjską o nadprodukcji ropy naftowej. Amerykanie i Saudowie wspólnie popierali mudżahedinów w wojnie w Afganistanie w latach 80. przeciwko ZSRR. Amerykanie i Saudowie zalali światowy rynek tanią ropą, więc zyski Moskwy z jej eksportu spadły i Kreml nie miał z czego finansować armii, wojny w Afganistanie i funkcjonowania państwa.

I trzeci powód: polska "Solidarność". To Polacy wbili klin w Mur Berliński. Chociaż stan wojenny przydusił "Solidarność", to długofalowo Sowieci nie mieli sposobu na rozprawienie się z nią.

Polityka Brandt - odprężenie - w tych wszystkich radzieckich analizach nie odgrywa żadnej roli przy upadku Muru. Legenda o tym była jednak w Niemczech silna. To - w uproszczeniu - Ronald Reagan, Jan Paweł II z Lechem Wałęsą i Michaił Gorbaczow, który rozumiał, że już nie jest w  stanie obronić idei wielkiego imperium, rozmontowali Mur i Związek Radziecki.

Pan twierdzi, że polityka wschodnia Niemiec od pół wieku zasadza się na legendzie?

Oczywiście nie całkowicie, ale odegrała ważną rolę, której nie można pominąć.

Legendę można było uznawać za wiarygodną, bo Ostpolitik miała pozytywne skutki dla Niemców, szczególnie tych z NRD. Niemniej z geostrategicznego punktu widzenia Ostpolitik stabilizowała reżimy w państwach bloku wschodnim, a nawet powodowała utwardzenie kursu wewnętrznego w tych państwach. Także w ZSRR.

Od samego początku państwa Europy Środkowo-Wschodniej mówiły, że Nord Stream to błąd. Radosław Sikorski, w 2006 r. szef MON w rządzie PiS, wręcz porównywał go do o paktu Ribbentrop - Mołotow. Z perspektywy czasu była w tym racja?

To był błąd Sikorskiego. Powinien doskonale wiedzieć, że jeśli Niemcom zarzuca się naśladowanie Hitlera, to bardzo źle odbiorą takie uwagi. Niemcy są przekonani, że doskonale przepracowali zbrodnie III Rzeszy i nikt nie może im zarzucić popełniania znów tych samych metod.

Jeżeli Sikorski by podawał inne argumenty, na przykład mówił o konsekwencjach ekologicznych gazociągu, to miałby cień szansy na dotarcie choć do lewicowej części opinii publicznej w Niemczech. Jeżeliby przekonywał, że Niemcy mogą mieć partnera w Ukrainie - też miałby jakąś szansę. Ale zarzucić Niemcom, że naśladują Hitlera? To retoryczny i polityczny błąd. Co do istoty, że Niemcy budując NS2 ułatwiają Putinowi agresję na Ukrainę, Sikorski miał jednak rację.

Sądzi pan, że rząd Niemiec będzie trwał przy decyzji o skasowaniu fizycznie już gotowego NS2? Czy jednak za kilka lat wróci do projektu?

NS2 jest już martwy - nie wróci.

Stosunek do tego gazociągu wcale nie był w Niemczech jednoznaczny. Dzisiaj w rządzie są Zieloni, a oni od samego początku krytykowali NS2. Z różnych powodów. Argumentowali, że Rosja Putina to reżim represjonujący Ukrainę i opozycję w samej Rosji. Ale dla Zielonych ważne są też argumenty ekologiczne, bo utrata metanu w procesie przesyłania gazu to ok. 2 proc., a w Rosji może nawet więcej, a to ma bardzo zły wpływ na zmiany klimatu.

Zieloni faktycznie krytykowali NS2, ale też byli naiwni co do Putina. Szefowa MSZ Niemiec Annalena Baerbock mówiła, że Niemcy zostały bezczelnie okłamane przez Rosję ws. wojny w Ukrainie. Dla kogoś, kto zna politykę Kremla, to chyba jasne, że kłamstwo jest stałym jej elementem?

Skoro pani minister mówi, że ich Rosjanie oszukali, to przyznaje: analizy jej samej i całego aparatu niemieckiego MSZ były chybione.

Pana nie dziwi to, że szefowa MSZ odkryła, że narzędziem rosyjskiej dyplomacji jest kłamstwo?

Dziwi to, że dopiero teraz to pani minister odkryła. Podobnie jak dziwi mnie to, że obecny prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier, gdy był jeszcze szefem MSZ, po aneksji Krymu też mówił, że Putin ich oszukał. Steinmeier nie zdradzał się z tym jednak publicznie, a tylko w wąskim kręgu zaufanych ludzi, niemniej - jak się dowiedziałem u niemieckich dyplomatów - on również dziwił się, że go Rosjanie okłamali. A co więcej: był oburzony tym, że przede minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow zawsze go okłamywał.

I co to zmieniło?

Nic. Steinmeier i tak nie zmienił swojej polityki wobec Rosji. I to jest bardzo dziwne. Jeśli od 2014 r. dobitnie wiemy, że Rosjanie kłamią, to kanclerze i ministrowie powinni mieć nie tylko plan A na wypadek, gdyby Rosjanie mówili prawdę i chcą iść na pokojową kooperację, ale przede wszystkim mieć plan B, gdyby znów kłamali i Rosja wbrew obietnicom będzie agresywna.

Niemcy nie mieli planu B. Naiwnie wierzyli: dobrze prowadzimy rozmowy i wszystko powinno się pokojowo skończyć. Taki optymizm zakładający happy end to jest bardzo zła polityka.

Z jednej strony są elity polityczne Niemiec, a z drugiej szeregowi obywatele. Jeden z najnowszych sondaży mówi, że 55 proc. Niemców jest za odcięciem się od rosyjskiego gazu i to już teraz. Faktycznie jest mocna presja społeczna na kanclerza Scholza?

Sondaże zawsze są zdominowane przez emocje danego momentu. Wyniki mogłyby się bardzo zmienić zimą, kiedy ludzie by nie mieli w domach tak ciepło, jak by chcieli.

Plan B już jest?

Polityka ministra gospodarki - Roberta Habecka z Zielonych - ma polegać na zmianie systemu energetycznego. On mówi tak: w Rosji na pewno nie będzie zmiany w kierunku demokracji i chęci do międzynarodowej kooperacji, więc musimy się odciąć od dostaw gazu i ropy z Rosji. Ale to nie pójdzie szybko - ma trwać albo kilka miesięcy, albo i dwa lata. Niemniej Niemcy chcą iść w tym kierunku. Jest presja społeczna, ale też polityczna, by to zrobić.

W koalicji rządzącej są wyraźne głosy, choć w SPD jest ich najmniej, że trzeba być bardzo nieufnym wobec Putina. W innych formacjach sprawa jest postawiona jasno: Putin stworzył zbrodniczy reżim, musimy więc zmienić naszą politykę wobec Rosji i handlu surowcami. Zresztą w prasie też widać zmianę. Jeszcze kilka lat temu dominował nurt liberalno-lewicowy i pacyfistyczny - jak w "Süddeutsche Zeitung" czy "Der Spiegel" - ale od paru lat był już on wypierany przez bardziej trzeźwe spojrzenie na Rosję. Myślę, że teraz obserwujemy bardzo ważną i szybką zmianę w mentalności elity intelektualnej, elity politycznej i w mediach w Niemczech.

Zmiana się dokonuje, ale czy będzie dostatecznie szybka, aby Ukraina dotrwała do czasu, gdy Rosja zostanie odcięta od europejskiego, głównie niemieckiego, rynku?

Niestety nie można liczyć na to, że Niemcy wstrzymują swoje przelewy za gaz i ropę, które przecież wciąż z Rosji otrzymują.

Zresztą większość Europy - w tym i Polska - wciąż kupuje i płaci za rosyjską ropę i gaz. Miliardy euro płyną więc do Moskwy na finansowanie wojny.

Czy Ukraina się utrzyma czy nie? To będzie się decydować raczej w przeciągu tygodni, a nie miesięcy czy lat. Efekt sankcji nakładanych na Rosję nie będzie momentalny. A nawet jeśli uda się Europie w końcu zrezygnować z rosyjskich surowców energetycznych, to - przywołując słowa Jerzego Urbana - władza Rosji i tak się wyżywi.

Już teraz nałożone sankcje mają jednak dużą wagę. Po aneksji Krymu i agresji Rosji w Donbasie sankcje były symboliczne, a Niemcy z jednej strony te sankcje popierały, a z drugiej trwała budowa NS2 i zwiększano handel z Rosją, by osiągnąć rekord w 2021 r. Niemcy same neutralizowały sankcje, które popierały. Teraz na pewno będzie inaczej. Ale jak długo Ukraina będzie odpierać agresję Rosji i czy ją finalnie odeprze? Tego nie wiemy. Na pewno Berlin pomaga Kijowowi i śle więcej broni, niż oficjalnie o tym mówi.

Niemniej początek był fatalny. Jak to jest, że potężne państwo w obliczu wojny potrafiło zadeklarować tylko hełmy, a i tygodniami nie potrafiło ich dostarczyć?

Żałosne to było. Wstyd z tymi 5 tys. hełmów. Gdy jednak Niemcy je obiecywały, to mieli jeszcze nadzieję, że wojny nie będzie - aż tak ostro bym tu Niemców więc nie potępiał. Rząd Scholza miał kanały dialogu z Putinem i łudził się, że na drodze dyplomacji uda się uniknąć wojny. Scholz sądził, że ma jakiś posłuch u Putina, ale to znów oczywiście było myślenie życzeniowe. Nie było tu złej woli Scholza, więc go nie potępiajmy. Był po prostu naiwny.

Wspomniał pan o przekonaniu Niemców, że udało się im przepracować II wojnę światową i się tym szczycą. Można dziś zaryzykować oczekiwanie, że skoro Niemcy - a tak pan mówi - ułatwiły Putinowi agresję na Ukrainę, to historyczną powinnością byłoby wziąć na siebie odpowiedzialność za zastopowanie trwającej wojny? Poprzez przez forsowanie najtwardszych sankcji jak raptowne odcięcie się od rosyjskich surowców.

To faktycznie bardzo ciekawy moment historyczny. Zarysuję jednak najpierw tło. W Niemczech bardzo popularna była polityka historyczna sprzyjająca Rosji. To stanowisko jest takie: Rosja jako spadkobierca ZSRR bierze całą historię na siebie - w tym pozytywne aspekty jak fakt, że Armia Czerwona bardzo mocno przyczyniła się do upadku III Rzeszy. Putin pokonanie Hitlera przypisuje Rosjanom, choć to nie jest sama prawda, bo Armia Czerwona składała się z żołnierzy z wszystkich 15 republik radzieckich, a procentowo Ukraińcy czy Białorusini ponieśli cięższe straty niż sami Rosjanie.

W Niemczech akceptowana była taka narracja Putina, że to Rosjanie pokonali nazizm. I to do tego stopnia, że Frank-Walter Steinmeier jako prezydent Niemiec jeszcze w zeszłym roku broniąc Nord Stream 2 powiedział, że Niemcy mają pewną odpowiedzialność wobec dzisiejszej Rosji, bo Rosja straciła w II wojnie światowej 20 milionów ludzi. Ta liczb oczywiście nie jest udokumentowana i jest raczej propagandowa niż realna, a po drugie to przecież nie tylko Rosjanie, ale także kilka milionów Ukraińców. W Niemczech dotychczas była obecna jedynie narracja o tym, że Niemcy mają odpowiedzialność wobec Rosji, więc między innymi dlatego budują Nord Stream 2, starając się rekompensować Rosji zabicie 20 mln ludzi.

W myśl tej narracji dziś Niemcy powinny mieć odpowiedzialność wobec Ukraińców za mordy na nich w II wojnie światowej?

Teraz przez atak Rosji na Ukrainę nagle w Niemczech pojawiła się debata o tym, że to myślenie o powinności wobec Rosji nie odpowiada faktom, bo Niemcy zabijali też Ukraińców. Wcześniej niemiecki obraz Ukrainy w II wojnie światowej to byli Stepan Bandera i kolaboracja. Teraz ta wizja się zmieniła. Teraz okazuje się w niemieckiej debacie Ukraińcy, których w II wojnie światowej zginęło kilka milionów, byli ofiarami dwóch totalitaryzmów. Tak jak Polacy. I także z tego powodu należy im teraz pomóc.

gazeta.pl

W ostatnich dniach Rosja zmniejszyła dostawy gazu ziemnego wysyłanego gazociągiem Nord Stream 1 (NS1) do odbiorców europejskich. Dobowy przesył surowca spadł 15 czerwca do ok. 89,6 mln m3, a następnego dnia – do 63,9 mln m3. Według informacji medialnych wolumen gazu transportowanego tym szlakiem ma utrzymać zbliżoną wartość – 62,7 mln m3 – także 17 czerwca. W maju średni dobowy tranzyt magistralą kształtował się na poziomie ok. 170 mln m3, ale już w pierwszej dekadzie czerwca zaczął nieznacznie maleć. Ograniczenie przesyłu skutkowało spadkiem rosyjskiego eksportu do wielu odbiorców europejskich, w tym do niemieckiego Uniperu – o 25% – i włoskiej Eni – o 15% (dane z 15 czerwca). 17 czerwca Agence France-Presse doniosła, powołując się na źródła w GRTGaz (francuski operator gazociągów), że od 15 czerwca wstrzymane zostały dostawy rosyjskiego gazu do Francji realizowane systemem rurociągowym. Ponadto obniżenie wolumenu dostaw potwierdziły austriacka firma OMV i czeska CEZ, nie podano jednak żadnych szczegółów. Z kolei słowacka spółka SPP oświadczyła, że 17 czerwca spodziewa się ograniczenia dostaw do Słowacji o ok. 50%. 17 czerwca w godzinach porannych włoska Eni przekazała, że Gazprom poinformował ją, iż nominacja zapotrzebowania zgłoszona przez nią na 17 czerwca zostanie zaspokojona jedynie w 50%. Jako oficjalny powód rosyjski koncern wskazuje kwestie techniczne. Część turbin gazowych działających w ramach NS1 poddano rutynowym pracom remontowym w Kanadzie. Według strony rosyjskiej nałożone przez ten kraj sankcje (objęto nimi m.in. Gazprom) uniemożliwiają niemieckiej spółce Siemens Energy dostarczenie wyremontowanych urządzeń z powrotem.

16 czerwca br. podczas trwającego w Petersburgu Międzynarodowego Forum Ekonomicznego prezes Gazpromu Aleksiej Miller oświadczył, że winę za aktualny kryzys energetyczny na Starym Kontynencie ponosi w główniej mierze Unia Europejska. Szef koncernu po raz kolejny skrytykował wprowadzane w UE ramy regulacyjne (w tym przede wszystkim tzw. trzeci pakiet energetyczny), odchodzenie przez państwa europejskie od długoterminowych kontraktów na dostawy gazu i faworyzowanie mechanizmów giełdowych, a także rezygnację z wykorzystywania w formułach cenowych przywiązania cen gazu do cen ropy.

15 czerwca br. Gazprom oznajmił, że w okresie od 1 stycznia do 15 czerwca br. eksport gazu do państw tzw. dalekiej zagranicy (obejmuje Europę z wyłączeniem państw bałtyckich oraz Turcję i Chiny) spadł o 26,7 mld m3, tj. o 28,9% r/r. Z komunikatu wynika, że jednocześnie nastąpił wzrost eksportu do Chin – o 67,5%. Szczegółów odnośnie do wolumenów nie podano.

Pogłębiają się problemy dotyczące budowy nowych i eksploatacji działających zakładów skraplania gazu w Rosji. 16 czerwca tamtejsze media poinformowały, że amerykańska firma Baker Hughes wycofuje się ze świadczenia usług na rzecz wszystkich projektów LNG w tym kraju (Sachalin-2, Jamał LNG, Arktyczny LNG 2). Szerzej o skutkach dotychczasowych sankcji dla przedsięwzięć tego typu zob. Rosja: gorsze prognozy dotyczące eksportu LNG.

Z danych opublikowanych przez Ministerstwo Finansów FR wynika, że w maju br. przychody budżetowe z sektora naftowo-gazowego wyniosły 886 mld rubli, co oznacza spadek o ok. 50% w stosunku do kwietnia br., a zarazem wzrost o ok. 43% r/r. Zarazem wpływy naftowo-gazowe w miesiącach styczeń–maj sięgnęły 5,65 bln rubli – to prawie dwukrotnie więcej niż w analogicznym okresie ub.r.

Komentarz

Choć Gazprom uzasadnia ograniczenie przesyłu gazociągiem Nord Stream 1 względami technicznymi, to wszystko wskazuje na to, że w rzeczywistości o takim kroku zdecydowały motywy polityczne Kremla. Po pierwsze, celem Moskwy jest wymuszenie na państwach europejskich co najmniej rezygnacji z wprowadzania nowych sankcji przeciwko Rosji, a w wariancie optymalnym – zniesienia już nałożonych restrykcji lub ograniczenia ich implementacji. Dotyczy to w szczególności szóstego pakietu unijnych sankcji, który zobowiązał kraje członkowskie UE do wprowadzenia embarga na import rosyjskiej ropy w ciągu sześciu miesięcy, a produktów naftowych w ciągu ośmiu miesięcy (szerzej zob. Kompromis wokół szóstego pakietu sankcyjnego). Wydaje się bardzo prawdopodobne, że rosyjskie działania stanowią również odpowiedź na decyzje Berlina dotyczące utrzymania zarządu powierniczego w spółce Gazprom Germania GmbH oraz uchwalenia prawa dającego władzom Niemiec instrumenty do dalszego ingerowania w działalność firmy w przyszłości. Moskwa uznaje to za rodzaj sankcji.

Po drugie, poprzez pogłębianie kryzysu gazowego na Starym Kontynencie Kreml próbuje wpłynąć na największe państwa europejskie (Niemcy, Francję i Włochy), aby zrewidowały swoją postawę wobec Ukrainy, a w szczególności – zredukowały (w wariancie optymalnym – wstrzymały) udzielane jej wsparcie (zwłaszcza militarne), a także wymusiły na Kijowie gotowość na polityczne i terytorialne ustępstwa. Zmniejszenie dostaw gazu przez NS1 dotknęło zatem w pierwszej kolejności Niemcy, Włochy i Francję oraz nastąpiło de facto w przededniu wizyty prezydenta Emmanuela Macrona, kanclerza Olafa Scholza i premiera Mario Draghiego w Kijowie.

Po trzecie wreszcie, kolejne ograniczenie dostaw gazu ma pogłębić kryzys energetyczny w Europie i wymusić na tamtejszych partnerach rewizję zasad współpracy energetycznej z Rosją. Świadczy o tym w szczególności wystąpienie Millera na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu, w którym po raz kolejny skrytykował on m.in. unijne ramy regulacyjne (w tym tzw. trzeci pakiet energetyczny) oraz politykę odchodzenia od długoterminowych kontraktów na dostawy gazu z Rosji. W podobnym tonie wypowiedział się podczas forum wicepremier rządu FR Aleksandr Nowak, który oświadczył, że w 2022 r. UE przez swoją politykę zapłaci za import surowców energetycznych o 400 mld euro więcej niż w roku ubiegłym. Moskwa liczy też na to, że ograniczenie podaży rosyjskiego gazu na europejskim rynku i pogłębiający się kryzys energetyczny wymuszą na państwach i instytucjach europejskich rewizję podejścia do Nord Streamu 2. Prezes Gazpromu przypomniał, że ukończony w 2021 r. rurociąg jest gotowy do użytku, a stały przedstawiciel Rosji przy UE Władimir Cziżow oświadczył na forum w Petersburgu, że historia magistrali nie jest jeszcze zamknięta.

Wiele wskazuje na to, że zachętą dla Kremla, aby po raz kolejny wykorzystać eksport gazu w charakterze instrumentu polityki zagranicznej, były reakcje państw europejskich na narzucony jednostronnie przez Moskwę nowy mechanizm płatności za dostawy rosyjskiego surowca. Choć część z nich (w szczególności Polska, Bułgaria, Finlandia i Dania) zdecydowanie odrzuciła dyktat Kremla, co skutkowało wstrzymaniem dostaw przez Gazprom, to większość porozumiała się z Moskwą w kwestii współpracy na nowych warunkach prawnych. Ponadto strona rosyjska jest najwyraźniej przekonana, że przeważająca liczba kluczowych odbiorców jej gazu nie będzie w stanie w krótkim czasie realnie zdywersyfikować źródeł jego dostaw. Ograniczanie podaży rosyjskiego surowca ma znaczący wpływ na sytuację na europejskim rynku, o czym świadczy wzrost cen na giełdach gazowych, do którego doszło po oświadczeniach i decyzjach koncernu (zob. tabela powyżej). Nie można wykluczyć, że działania Rosji będą eskalować. 16 czerwca podczas forum w Petersburgu Cziżow oświadczył, że przesył gazu przez NS1 może zostać całkowicie wstrzymany. Z kolei prezes Gazpromu zakomunikował, że koncern na razie nie znalazł rozwiązania problemów technicznych dotyczących eksploatacji tego gazociągu.

Choć w maju br. wpływy z sektora naftowo-gazowego do budżetu FR spadły w stosunku do ich poziomu z kwietnia, to jednocześnie ich łączna wartość za pierwszych pięć miesięcy br. była wyższa od osiągniętej w analogicznym okresie roku ubiegłego. Taki stan rzeczy to przede wszystkim konsekwencja wysokich cen surowców energetycznych – zarówno ropy, jak i gazu. Okoliczności te rekompensują na razie spadki wolumenów rosyjskich dostaw na rynki zewnętrzne (w szczególności gazu do odbiorców europejskich). Choć koszt ropy marki Urals jest dużo niższy niż marki Brent, to nadal kształtuje się on znacznie powyżej bazowej ceny założonej przez Ministerstwo Finansów FR na 2022 r. (44,2 dolara za baryłkę). Baryłka ropy Urals kosztowała średnio w marcu br. 89 dolarów, w kwietniu – 70,5 dolara, a w maju – 78 dolarów. 15 czerwca osiągnęła natomiast na rynku spotowym średnią cenę 98,2 dolara.

osw.waw.pl

To była ważna wizyta. Podróż trzech przywódców UE — kanclerza Niemiec Olafa Scholza, prezydenta Francji Emmanuela Macrona i premiera Włoch Mario Draghiego — była pełna ciepłych słów. Wszyscy trzej politycy popierają dążenie Ukrainy do przystąpienia do UE — co zresztą nikogo nic nie kosztuje. Scholz skwapliwie stwierdził, że wsparcie będzie kontynuowane "tak długo, jak będzie to konieczne dla walki Ukrainy o niepodległość".

Z kolei Macron powiedział, że tu chodzi o "przesłanie jedności europejskiej", potrzebne do "rozmowy o teraźniejszości i przyszłości, bo wiemy, że najbliższe tygodnie będą trudne". A prezydent Zełenski pokazał się światu jako wdzięczny gospodarz: "Bardzo doceniamy waszą solidarność z naszym krajem i naszym narodem".

Mimo to dla ukraińskiego prezydenta wizyta ta nie była do końca satysfakcjonująca. Wręcz przeciwnie, może to być dla niego początek koszmaru.

Wiele wskazuje bowiem na to, że goście Zełenskiego mogli okazać mu życzliwość, ale za zamkniętymi drzwiami namawiać go, by w najbliższych miesiącach — po spodziewanym upadku Donbasu — rozpoczął negocjacje z Rosją i dążył do porozumienia pokojowego. Co na to wskazuje?

Po pierwsze, Włochy już trzy tygodnie temu przedstawiły zarys planu pokojowego i zwiększają presję na jego realizację. Po drugie, największe państwa europejskie, takie jak Niemcy i Francja, są bardzo niechętne dostarczaniu broni, mimo wielu błagalnych apeli o pomoc ze strony Kijowa. Ich zdaniem niepotrzebnie przedłuża wojnę i może spowodować dalszą eskalację — być może także poza Ukrainę.

Po trzecie w końcu podczas środowej wizyty w Rumunii Macron nie mówił wiele o nowych dostawach broni do Kijowa, ale dużo mówił o potrzebie negocjacji.

Ta trójka stanowi trzon nowej koalicji prawdziwych liderów UE wobec wojny w Ukrainie. Opowiadają się oni za pragmatycznym, szybkim i — przynajmniej z zachodniego punktu widzenia — najbardziej opłacalnym rozwiązaniem pokojowym. Nie opowiadają się natomiast za sprawiedliwością, większym bezpieczeństwem w Europie, obroną wolności i podstawowych zasad prawa międzynarodowego.

Stwarza to ogromny rozdźwięk wewnątrz UE. Po jednej stronie znajdują się zwolennicy Realpolitik — i wokół których prawdopodobnie pozostanie większość w Europie — a po drugiej stronie wszystkie państwa bałtyckie, wschodnie i południowo-wschodnie UE, które słusznie obawiają się, że znaczne zyski Rosji w kontekście szybkiego pokoju mogą zachęcić podżegacza z Kremla, prezydenta Władimira Putina, do realizacji jego szalonych fantazji o Wielkim Imperium Rosyjskim — i do zaatakowania ich.

Ale — pytają zwolennicy Realpolitik — czy nie byłoby lepiej dla Ukrainy zawrzeć pokój z Rosją tak szybko, jak to możliwe, aby zapobiec większej liczbie ofiar? Aby oszczędzić Zachodowi męczącej debaty na temat coraz to nowych dostaw broni i rosnących cen energii, a także, aby zapobiec ewentualnym nowym falom uchodźców zagrażającym Afryce z powodu braku eksportu zboża?

Nie. Bo nie chodzi tu o konflikt regionalny, ale o szerszy europejski porządek. Jeśli Putinowi uda się doprowadzić agresję do końca, a rosyjska inwazja już na początku zostanie nagrodzona zdobyczami terytorialnymi, to prawdopodobnie będzie ją kontynuował — pomimo traktatów, których przecież obowiązywały przed wojną.

Ukraina jest gotowa do dalszej walki o swoją wolność. Ale do tej walki — która jest także walką o wolność Europę — potrzebuje odpowiedniej ilości broni, i to przez bardzo długi czas. Tak się jednak nie stanie, ponieważ Scholz i spółka chcą szybkiego rozwiązania na drodze negocjacji.

Co Zełenski może na to poradzić? Nic. Bo jego kraj jest na kroplówce Zachodu. Krótko mówiąc, wbrew wszystkim publicznym deklaracjom z Berlina, Brukseli, Paryża i Waszyngtonu, Zełenski i naród ukraiński niestety wcale nie mogą sami decydować o losach swojego kraju. To inni decydują za nich. Czwartkowa wizyta w Kijowie jest początkiem tego procesu, który prawdopodobnie będzie wspierany również przez Amerykanów.

Wiele wskazuje na to, że Putin chce przejąć nie tylko Donbas, ale także całe południe Ukrainy, które w 70-80 proc. jest już kontrolowane przez Rosję. W ten sposób Ukraina stałaby się państwem odciętym od morza, a zatem w znacznym stopniu zdławionym gospodarczo. Scholz i spółka prawdopodobnie w końcu to zaakceptują — w imię szlachetnej Realpolitik oraz w nadziei, że Putin nie będzie kontynuował swoich podbojów.

onet.pl/Die Welt

Władimirowi Putinowi często przypisuje się chęć odbudowy imperium radzieckiego lub imperium carskiego. Krastew się z tym nie zgadza. "Działania Putina mogą tak wyglądać dla niewprawnego oka. W rzeczywistości to, co się dzieje, to przewrotny koniec ostatniego imperium europejskiego" – twierdzi bułgarski politolog.

Jego zdaniem działania, które Putin podjął w Ukrainie, przynoszą nie odbudowę rosyjskich wpływów, a wręcz przeciwnie – prowadzą do odcięcia się Moskwy od reszty Europy. "Tak zwany russkij mir, czyli »rosyjski świat«, pojmowany jako coś kulturowo większego niż Federacja Rosyjska, jest poświęcany na ołtarzu autokracji i rosyjskiej etniczności" – dodaje.

Jak twierdzi Krastew, ta nowa wizja nie ma w sobie nic uniwersalnego. Nie jest też atrakcyjna dla sąsiadów Moskwy. I, powołując się na najnowsze badania przeprowadzone przez Europejską Radę Stosunków Międzynarodowych, twierdzi, że zerwanie Europy z Rosją jest nieodwracalne – przynajmniej w krótkiej i średniej perspektywie czasowej.

"Przed rosyjską aneksją Krymu wielu rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy żyło, nie musząc zastanawiać się, czy są Rosjanami, czy Ukraińcami. Ich paszporty nie określały ich tożsamości" – pisze Krastew. To jednak – jak twierdzi – na zawsze się zmieniło, kiedy w lutym Rosjanie zaczęli mordować ludzi w Ukrainie za to, że określili swoją narodowość i w pełni uznali swoją przynależność do narodu ukraińskiego.

"W dniu, w którym Putin rozpoczął inwazję, przemawiał jak jakiś biały generał z czasów rosyjskiej wojny domowej, a nie jak czerwony pułkownik, którym był przed upadkiem komunizmu. Ogłosił, że prawdziwymi ofiarami reżimu sowieckiego są Rosjanie, a Ukraina jest fikcją, tworem wymyślonym przez Lenina" – twierdzi bułgarski politolog.

I wyciąga z tego wniosek, że kierunek, w którym Putin poprowadził rosyjską politykę, to krok do kresu "ruskiego miru", a nie poszerzania jego atrakcyjności.

"Najlepiej widać to w dziedzinie kultury. Imperia najczęściej rodzą się na polu bitwy, ale umierają na półkach księgarni" – pisze Krastew.

O co chodzi? Jako przykład Krastew podaje ukraińskie księgarnie, gdzie – jak twierdzi – jeszcze dziesięć lat temu najwięcej miejsca zajmowały przeważnie działy rosyjskojęzyczne. "Po wojnie najprawdopodobniej w ogóle ich nie będzie" – pisze. I dodaje, że dzieci wielu Ukraińców, którzy dziś są świadkami wojny, nie będą się już uczyć rosyjskiego, co jeszcze bardziej odsunie od siebie Rosjan i Ukraińców.

Ale nie tylko Ukraińcy stracą chęć do nauki rosyjskiego. Krastew twierdzi, że rewolucja bolszewicka nie zmieniła postrzegania rosyjskiego języka i kultury na Zachodzie i w wielu innych miejscach świata. Wręcz przeciwnie – "wielu lewicowców na Zachodzie i globalnym Południu postrzegało rosyjski jako język rewolucji i chętnie się go uczyło" – twierdzi bułgarski politolog.

Efekt obecnej inwazji będzie odwrotny. I to nie tylko przez brutalność działań wojennych, ale również przez to – twierdzi Krastew – że Putin uważa osoby rosyjskojęzyczne pozostające poza granicami Rosji (np. w Ukrainie) za Rosjan. To z kolei odbiera tym osobom prawo określenia własnej tożsamości narodowej, która nie jest definiowana jedynie przez język, ale również przez miejsce urodzenia, zamieszkania czy też przynależność religijną.

Przed wojną – twierdzi Krastew – "moskiewska klasa średnia i putinowscy oligarchowie myśleli i działali tak, jakby należeli zarówno do świata rosyjskiego, jak i zachodniego". To jednak nie jest już możliwe.

Jego zdaniem nastały czasy, gdy rosyjska tożsamość stała się znacznie zawężona i dziś Rosjanin nie może już określać się poprzez odwołania do tego, co pozarosyjskie. Wręcz "bycie »Rosjaninem« jest obecnie definiowane przez rzeczywiste lub udawane publiczne poparcie dla wojny Putina z Zachodem".

Ale ten mechanizm działa w obie strony. Bo, jak pisze bułgarski politolog, na Zachodzie bycie Rosjaninem coraz częściej utożsamiane jest z brakiem przynależności do Zachodu. W związku z tym "wielu Rosjan mieszkających poza Rosją czuje się dziś jak wygnańcy".

Krastew podsumowuje, że "głównym celem wojny Putina jest zmiana charakteru granicy między Rosją a Zachodem, a nie tylko zmiana miejsca jej przebiegu". Jak twierdzi, w przewrotny i tragiczny sposób ten cel udaje mu się osiągnąć.

onet.pl/Financial Times

Siergiejew przyznał podczas poniedziałkowej konferencji prasowej, że wiele państw zachodnich podjęło decyzje o ściągnięciu do siebie naukowców z Rosji i ich późniejszym zatrudnieniu. Zdaniem prezesa Rosyjskiej Akademii Nauk stwarza to zagrożenie poważnego odpływu specjalistów z kraju.

– Wiadomo, że tu jest nasza kultura, patriotyzm, groby bliskich, ale naukowca ciągnie do miejsca, gdzie może w ciekawy sposób wykonywać swoją pracę. I jeśli teraz nie stworzymy warunków, by praca tutaj była bardziej komfortowa i interesująca, to na tym stracimy — powiedział Siergiejew, cytowany przez agencję Interfaks.

Według szacunków Rosyjskiej Akademii Nauk, w ciągu ostatniej dekady odpływ naukowców z Rosji przyspieszył pięciokrotnie: w 2012 r. kraj opuszczało 12 tys. badaczy i naukowców rocznie, a w 2021 r. już 70 tys.

Eksodus pracowników naukowych, który rozpoczął się w latach 90., doprowadził do zubożenia personelu: na gruzach Związku Radzieckiego Rosja wchłonęła 992 tys. badaczy i naukowców, ale 30 lat później pozostało ich już tylko 348 tys.

Zdaniem Siergiejewa nowa fala masowej emigracji może zostać sprowokowana przez "aktywne" zachowanie "kolektywnego Zachodu", który stara się przyciągnąć rosyjskich specjalistów.

– Biden szeroko otworzył ramiona dla rosyjskich naukowców: "proszę, przyjeżdżajcie, będziecie zatrudnieni, zwłaszcza w dziedzinach strategicznych". A jakieś dwa tygodnie temu przeczytałem, że nasza przyjazna Finlandia, wstępując do NATO, również przyjęła program szeroko otwartych ramion dla naszych naukowców. I ma za zadanie, aby przeciągnąć naszych naukowców, zwłaszcza że łączą nas bliskie więzi naukowe — mówił szef Rosyjskiej Akademii Nauk.

Siergiejew podkreślił, że Rosyjska Akademia Nauk musi "przeciwstawić się temu", aby utrzymać swój potencjał kadrowy.

W zeszłym tygodniu, w trakcie przemowy na zebraniu ogólnym Rosyjskiej Akademii Nauk, Siergiejew ogłosił potrzebę zwiększenia środków na badania podstawowe [prace eksperymentalne lub teoretyczne, podejmowane przede wszystkim w celu zdobycia nowej wiedzy o podstawach zjawisk i obserwowalnych faktów, bez nastawienia na bezpośrednie zastosowanie komercyjne — przyp. red.]

W budżecie Rosji na 2022 r. zostało na ten cel przeznaczone tylko 252 mld rubli. To osiem razy mniej niż na aparat państwowy i władze państwowe (2 bln 124 mld rubli), 11 razy mniej niż na policję i służby bezpieczeństwa (2 bln 734 mld rubli) i 14 razy mniej niż na wojsko (3 bln 645 mld rubli).

onet.pl

Po ataku Rosji na Ukrainę, szok, jaki wywołał ten jeszcze niedawno niewyobrażalny fakt, u wielu Rosjan dodatkowo spotęgował konieczność uświadomienia sobie, że kraj, w którym żyją, w rzeczywistości jest agresorem.

Jak żyć i na co liczyć, kiedy socjologia w Rosji służy władzy jako kolejny środek perswazji, aby przekonać ludność do poparcia działań, na które nie można się zgodzić? Czy są jakieś alternatywy dla tego rozwiązania?

Ideę "socjologii partyzanckiej" Siergiej Jerofiejew wysunął po raz pierwszy krótko po wybuchu działań wojennych i faktycznym wprowadzeniu cenzury wojskowej w Rosji.

Chodziło nie o to, by domagać się tajnych, a więc potencjalnie niebezpiecznych dla samych socjologów sposobów odkrywania prawdy. Chodzi raczej o to, by twórczo wykorzystać to, co jest dostępne i legalne. Nieco później jednak ekspert przedstawił tę ideę w szerszym ujęciu, jako aktywne inicjowanie działań poza kontrolą władz w celu gromadzenia i przetwarzania informacji społecznych.

To wiąże się nie z badaniami ilościowymi, ale jakościowymi, czyli nieautoryzowaną socjologią opartą na rozmowach z ludźmi, analizą tekstów oraz dyskursu publicznego i internetowego. Celem takiej partyzantki jest uzyskanie prawdziwego i pogłębionego obrazu tego, co się dzieje.

Jeśli chodzi o dostępne i legalne dane, musimy założyć, że ich produkcja i rozpowszechnianie są kontrolowane przez Kreml jako broń informacyjna skierowana przede wszystkim przeciwko własnej ludności — ale także przeciwko światu zewnętrznemu. To broń z czasów prawdziwej gorącej wojny, rozpętanej w celu zachowania systemu rządów Putina.

Odpowiedzią powinno być "mądre podejście" do wyników badań opinii publicznej, czyli ich radykalna krytyka – niezależnie od tego, czy pochodzą one od całkowicie prokremlowskiego centrum badań VCIOM-u, czy od stosunkowo niezależnego Centrum Lewady. Wymaga to maksymalnego zneutralizowania trzech czynników negatywnego wpływu: zniekształconej informacji, błędnej informacji i fałszywej interpretacji informacji.

W chwili obecnej niezmiennym faktem jest to, że nic nie można zrobić ze zniekształconym (inaczej skorumpowanym, zepsutym) środowiskiem wyborczym w agresywnym, autokratycznym kraju. To właśnie dzięki temu środowisku można stworzyć szokujące, ale fałszywe wrażenie o skali "faszyzacji" ludności rosyjskiej. Jednocześnie stosunkowo swobodna wymiana informacji za pośrednictwem niezależnych mediów i sieci społecznościowych pozostawia miejsce na aktywne rozpowszechnianie mniej zniekształconych danych uzyskanych przez agencje badania opinii publicznej spoza głównego nurtu, a także przez niezależne projekty, takie jak kroniki.

Krytykę zniekształconych danych pochodzących z dopuszczalnych badań opinii publicznej można szerzej rozpowszechniać za pomocą bardziej przebiegłych metod. Jednym z nich jest "eksperyment listowy", w którym dwie grupy respondentów, zamiast udzielić bezpośredniej odpowiedzi na zadane pytanie, wskazują liczbę opcji, z którymi się zgadzają. W ten sposób na liście opcji dla jednej z grup nie pojawia się opcja problemowa, czyli ta, która jest przyczyną nieszczerej odpowiedzi.

Wykorzystując taki eksperyment, badacze społeczni odkryli, że "wśród osób, które bardziej unikają ryzyka (udzielają złej odpowiedzi, czyli ryzykownej z punktu widzenia ich własnego bezpieczeństwa), fałszowanie preferencji jest przeważające".

Odsetek respondentów, którzy przypuszczalnie popierają inwazję Rosji na Ukrainę, jest 1,5 raza wyższy, gdy pytamy o to bezpośrednio 66 proc., niż gdy pytamy o to za pomocą eksperymentu listowego (46 proc.).

Ta wada, czyli niekompletność oficjalnie zatwierdzonych informacji społecznych, sprawia, że badacze po prostu nie mogą zadać wielu istotnych pytań swoim respondentom. Można jej przeciwdziałać przede wszystkim poprzez pokazywanie znaczących trendów i korelacji. Zatem niezależnie od bezwzględnych wartości aprobaty dla działań Władimira Putina, obserwujemy, że system putinowski podejmuje radykalne, wcześniej nie do pomyślenia kroki właśnie wtedy, gdy musi umocnić swoją pozycję, neutralizując główne zagrożenie, jakim jest nadmierny spadek popularności, będącej podstawą jego prawa do rządzenia.

Tak właśnie postąpił reżim w marcu 2014 r., anektując Krym, a ta sama sytuacja powtórzyła się w lutym 2022 r. wraz z wybuchem wojny na pełną skalę przeciwko Ukrainie.

Innym sposobem przezwyciężenia ułomności informacji na temat społeczeństwa jest pokazanie korelacji między odpowiedziami na różne pytania, gdy narracja promowana przez władze jest podważana poprzez podkreślenie jej paradoksalnego charakteru.

Dobrze ilustruje to nienaturalny kontrast między poziomem poparcia dla działań rosyjskich sił zbrojnych a podstawową świadomością sytuacji (dane Lewady z 2 czerwca 2022 r.). Staje się więc jasne, że nie sposób mówić o poparciu obywateli Rosji dla wojny z Ukrainą na podstawie odpowiedniej wiedzy. Upowszechnianie tego rozumienia byłoby postrzegane jako działanie partyzanckie w formie socjologicznej kontrpropagandy.

Jednocześnie, oczywiście, socjologia partyzancka powinna, jeśli to możliwe, przeprowadzać alternatywne badania reprezentatywne, zadając pytania, których "zwykli socjologowie" nie zadają. Przykładem tego jest Fundacja Przeciw Korupcji, która nie tylko nie może prowadzić badań opinii publicznej, ale została nawet oficjalnie uznana za organizację ekstremistyczną. Na przykład w najnowszym badaniu z próbą ważoną znalazło się pytanie: "Wyobraźmy sobie, że w rosyjskim budżecie jest nadwyżka dochodów. Na co wolałbyś je wydać?". Kiedy respondentowi zadaje się tak kreatywne pytanie z opcjami "opieka zdrowotna", "emerytury", "drogi", "edukacja" itd., okazuje się, że nawet rzekomo zmilitaryzowane społeczeństwo rosyjskie nie jest aż tak zmilitaryzowane. Według Leonida Wołkowa tylko niecałe 7 proc. wybrało wariant "na wydatki wojskowe, na walkę z NATO".

Wreszcie, socjologia partyzancka musi zwalczać fałszywe interpretacje informacji społecznych, które mogą mieć różne mechanizmy. Jeden z mechanizmów, związany z zachowaniem tak zwanych "wszechpropagandystów", jest powszechnie znany wśród rosyjskiej inteligencji. Nie tylko dzięki analizie danych ankietowych, ale także dzięki serii wywiadów, obserwacji uczestniczącej i analizie dyskursu można uzyskać i upowszechnić wiedzę, że takie zachowanie wynika ze wspólnej ekonomii poznawczej, niechęci do podejmowania dodatkowych wysiłków nie tylko w celu działania, ale także nadawania sensu rzeczywistości.

Inny mechanizm fałszywej interpretacji działa na poziomie wiedzy specjalistycznej, gdzie analitycy przywiązują nadmierną wagę do zachowań decydentów, tzn. istnieje świadoma tendencja do podkreślania znaczenia elit, a nienaukowe oceny opinii publicznej wzmacniają tę tendencję. Partyzancka odpowiedź na to pytanie polega na zidentyfikowaniu mafijnych wartości kulturowych elity putinowskiej oraz jej zależności od manipulacji zarówno samą opinią publiczną, jak i jej propagandową reprezentacją.

Głównym zadaniem socjologii partyzanckiej jest przezwyciężenie cenzury wojskowej w interesie samej nauki. To umożliwi realizację innego zadania, jakim jest sprawdzenie hipotezy, że w dzisiejszej Rosji istnieje zasadniczy podział nie między różnymi grupami społecznymi, takimi jak widzowie telewizyjni i internetowi czy starsze i młodsze pokolenia, ale między społeczeństwem obywatelskim a frakcją mafijną, która przejęła władzę w kraju.

Z kolei bez naukowego wsparcia dla walki społeczeństwa obywatelskiego z mafijnymi "niegodziwymi rządami" trudno sobie wyobrazić pozytywne zakończenie, toczącej się na naszych oczach wojny domowej, wspólnej dla całej postimperialnej przestrzeni wschodnioeuropejskiej. To jednak temat na osobną dyskusję.

onet.pl