wtorek, 17 maja 2022


Siły rosyjskie poczyniły nieznaczne postępy na pograniczu obwodów charkowskiego, donieckiego i ługańskiego (jednostki ukraińskie zostały odepchnięte na zachód od Popasnej, do miejscowości na granicy obwodu donieckiego, są także spychane do Łymanu i Siewierodoniecka). Doszło do walk w Ternowej na południowych obrzeżach Charkowa, co należy wiązać z zabezpieczeniem przez agresora obszaru operacji w południowej części obwodu charkowskiego (w ostatnich tygodniach Ukraińcy zajmowali miejscowości na północ i północny wschód od stolicy obwodu, pomiędzy nią a rosyjską granicą). W większości przypadków próby przełamania obrony ukraińskiej w Donbasie kolejną dobę kończyły się niepowodzeniem i stratami. Na pozostałych kierunkach działania najeźdźców ograniczyły się do ostrzału i bombardowań, przy czym wzrosła intensywność ataków na przygraniczne rejony obwodów czernihowskiego i sumskiego (po raz pierwszy od przełomu marca i kwietnia celem rosyjskiej artylerii rakietowej była Ochtyrka, regularnie niszczona w pierwszych tygodniach wojny).

Kolejną dobę rakiety agresora uderzały w obiekty wojskowe i kolejowe w okolicach Jaworowa w obwodzie lwowskim. Zaatakowano również wojskowe centrum szkoleniowe „Desna” w obwodzie czernihowskim. W obu przypadkach pociski spadły na obiekty, przez które przechodzi zachodnie wsparcie dla armii ukraińskiej.

Według Departamentu Obrony USA armia rosyjska zachowała większość ze 140 batalionowych grup taktycznych (BGT), które przeznaczyła do udziału w operacji. Na Ukrainie ma być obecnie zaangażowanych 106 BGT, przy czym największe zgrupowanie – południowe (operujące pomiędzy Chersoniem a miejscowością Wełyka Nowosiłka w zachodniej części obwodu donieckiego, głównie na kierunku Zaporoża) – liczy ponad 50 BGT. W skład zgrupowania wschodniego (południe obwodu charkowskiego i przygraniczne rejony obwodów donieckiego i ługańskiego) wchodzi ponad 20 BGT, a centralnego (w obwodzie donieckim) – niecałe 20. Zgrupowanie zachodnie (najprawdopodobniej w prawobrzeżnej części obwodu chersońskiego) ma liczyć ok. 5 BGT. Dobowy wysiłek lotnictwa agresora Amerykanie ocenili na 250 samolotolotów. Obrońcy mają wykorzystywać na różnych kierunkach 74 z 90 otrzymanych od USA haubic M777, a także pierwszy z trzech przekazanych śmigłowców Mi-17 (łącznie mają dostać 11 posowieckich maszyn tego typu).

16 maja w wyniku porozumienia ze stroną rosyjską z obleganych zakładów Azowstal w Mariupolu wyprowadzono 264 rannych. Władze w Kijowie poinformowały, że równolegle doszło do zwolnienia grupy rosyjskich jeńców. Wątpliwe, czy najeźdźcy zgodzą się na dalszą ewakuację żołnierzy przeciwnika. Ukraiński Sztab Generalny podkreślił, że garnizon Mariupola wypełnił swoją misję bojową, która polegała na uniemożliwieniu Rosjanom realizacji planu szybkiego zdobycia Zaporoża i uzyskania przez nich dostępu do granicy administracyjnej obwodów donieckiego i zaporoskiego. Dowódcom jednostek broniących Azowstali wydano rozkaz ratowania życia żołnierzy, co można odczytać jako zachętę do negocjowania z siłami wroga możliwości wyjścia z miasta. Szacuje się, że na terenie kombinatu wciąż znajduje się ok. 600 żołnierzy.

Służba Bezpieczeństwa Ukrainy udaremniła w Dnieprze próbę wznowienia produkcji w objętym ukraińskimi sankcjami zakładzie, który miał dostarczać towary dla kompleksu wojskowo-przemysłowego wroga. Fabryka wytwarzała rury wykonane ze specjalnego zaawansowanego technologicznie stopu, wykorzystywane przez rosyjskie przedsiębiorstwa zbrojeniowe. W 2021 r. wyprodukowała ich 340 ton o łącznej wartości ok. 15 mln dolarów. SBU planuje wszcząć procedurę nacjonalizacji majątku zakładu.

Okupanci przygotowują operację zbierania pisemnych „zeznań” mieszkańców Mariupola o rzekomym zniszczeniu miasta przez Siły Zbrojne Ukrainy. W tym celu ogłoszono rozpoczęcie rejestracji zgłoszeń umożliwiających uzyskanie odszkodowania za zniszczone mieszkanie w wysokości 500 tys. rubli (6 tys. dolarów) lub utratę członka rodziny – 3 mln rubli (ok. 33 tys. dolarów). Zainteresowani rekompensatą muszą stwierdzić, że ich mienie zostało „zniszczone przez wojsko ukraińskie” i że krewnych „zabiło wojsko ukraińskie”. W zamyśle najeźdźców odręczne „zeznania” o „okrucieństwach armii ukraińskiej” będzie można wykorzystać do wpływania na opinię międzynarodową. Kijów podkreśla, że wypłata odszkodowań jest wątpliwa – Rosja musiałaby na nie wydać co najmniej 2,5 mld dolarów.

Wysoki przedstawiciel UE ds. zagranicznych i polityki bezpieczeństwa Josep Borrell oświadczył, że Bruksela planuje wesprzeć Ukrainę w eksporcie zbóż przez terytorium unijne. W tym celu ma zostać utworzona sieć zielonych korytarzy służących do wywozu tamtejszych towarów. 16 maja Polska i Ukraina podpisały oświadczenie o współpracy w sektorze rolnym. Dokument przewiduje m.in. uproszczenie kontroli weterynaryjnej oraz tranzytu zboża przez terytorium RP. Kanada zapowiedziała, że wyśle swoje statki towarowe, aby pomóc w eksporcie ukraińskiego zboża.

Centrum im. Razumkowa opublikowało wyniki sondażu przeprowadzonego wśród powracających na Ukrainę przez przejścia graniczne ze Słowacją i Węgrami od 11 kwietnia do 6 maja. Zdecydowaną większość z nich (69%) stanowili mieszkańcy centrum kraju, głównie Kijowa (35%) i obwodu kijowskiego (17%), 12% pochodziło ze wschodu, 9% – z południa, a 10,5% – z obwodów zachodnich. 73% respondentów planuje wrócić do swojego regionu, a 26% chce się osiedlić w innym (dotyczy to głównie mieszkańców wschodu kraju). Aż 87% ankietowanych stanowiły kobiety.

Według danych Straży Granicznej RP od początku wojny z Ukrainy do Polski wjechało 3,42 mln osób, z czego 16 maja – 19,2 tys. (spadek o 2,9% względem dnia poprzedniego). Zarazem od 24 lutego granicę w przeciwnym kierunku przekroczyło 1,33 mln ludzi, zaś wczoraj – 26,8 tys.

Komentarz

Doniesienia Pentagonu o rosyjskich siłach działających na Ukrainie świadczą o tym, że wspólnota zachodnia nie wypracowała jednolitego stanowiska informacyjnego na temat oceny zaangażowania i potencjału agresora. Zapytany wprost o sprzeczności z danymi publikowanymi przez wywiad brytyjski (linia Londynu jest najbardziej zbieżna z przekazami Kijowa) – m.in. niedawnym komunikatem o utracie przez najeźdźców trzeciej części potencjału lądowego – urzędnik Departamentu Obrony oświadczył, że wywiad USA takowymi nie dysponuje. Największe dysproporcje dotyczą kwestii oceny zaangażowania rosyjskiego lotnictwa. Według Ukraińców ma ono wykonywać 38–65 samolotolotów na dobę, a według Amerykanów – 250. Ci ostatni zaznaczają, że maszyny agresora przebywają w kontrolowanej przez Ukraińców przestrzeni powietrznej krótko, wyłącznie na czas wykonania zadania (dowództwo ukraińskie twierdzi, że piloci nie wchodzą w nią w obawie przed zestrzeleniem). Względna zgodność panuje odnośnie do postępów rosyjskiej ofensywy, które pozostają niewielkie. Z przekazu Pentagonu wynika jednak, że rejony najcięższych starć nie są tożsame z rejonami skupienia największych sił agresora (nieangażowanie w walki części sił rosyjskich na Ukrainie potwierdzają źródła lokalne). Amerykanie podkreślają także odzyskanie przez obrońców kontroli nad częścią miejscowości pomiędzy Charkowem i granicą FR.

Ewakuacja rannych obrońców Mariupola nie oznacza zakończenia walk w mieście. Najeźdźcy, którzy zezwolili na przewiezienie 264 osób na tereny okupowane, nie wydali ostatecznej zgody na skierowanie ich na obszar kontrolowany przez Kijów. Komunikat Sztabu Generalnego o wymianie ewakuowanych na rosyjskich jeńców nie znalazł jeszcze oficjalnego potwierdzenia. Oznacza to, że dalszy los obrońców Azowstali będzie zależał od kolejnych negocjacji z udziałem przedstawicieli ONZ i Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża. Dowódca pułku „Azow” wyraził gotowość do ratowania swoich żołnierzy i poddania się rozkazowi dowództwa. Zasygnalizował przy tym, że kontynuowanie obrony zakładów nie ma już sensu militarnego, a jego ludzie w ciągu 82 dni walk wykonali swoje zadanie – przez kilkanaście tygodni bronili położonego strategicznie miasta oraz wiązali przeważające siły rosyjskie, przez co opóźnili ich postępy w Donbasie.

osw.waw.pl

Emerytowany rosyjski pułkownik Michaił Chodarionok pojawił się w poniedziałek w rosyjskiej telewizji państwowej i przedstawił ocenę działań Rosji w trwającej wojnie. - Głównym problemem naszej pozycji militarno-politycznej jest to, że znajdujemy się w całkowitej izolacji geopolitycznej i bez względu na to, jak bardzo nie chcielibyśmy tego przyznać, praktycznie cały świat jest przeciwko nam - podkreślił, dodając, że jest to sytuacja, z której Rosjanie muszą się wydostać.

Michaił Chodarionok zaapelował również do widzów, aby nie wierzyli w narrację państwa rosyjskiego o wojnie. - Przede wszystkim nie powinniśmy ufać informacjom uspokajającym - powiedział, odnosząc się do rosyjskich doniesień o rzekomym niskim morale w ukraińskiej armii. - Wszystko to, delikatnie mówiąc, jest fałszywe. Oczywiście są jakieś szczególne przypadki, jeńcy wojenni, pewne jednostki, ale to są przypadki indywidualne - stwierdził.

- Powinniśmy zawsze patrzeć na sprawę całościowo. A całościowo sytuacja jest taka: ukraińskie siły zbrojne są w stanie uzbroić milion ludzi. Sami mówią, że "dla nas nie ma trudności w zmobilizowaniu miliona osób". Cały problem polega na tym, na ile są w stanie zaopatrzyć tę armię w nowoczesną broń i sprzęt wojskowy - zauważył Chodarionok, dodając, że Ukraina jest aktywnie wspierana przez inne kraje. - I musimy wziąć to pod uwagę w naszych kalkulacjach operacyjnych i strategicznych, że sytuacja będzie dla nas, mówiąc szczerze, gorsza - stwierdził i skrytykował brak profesjonalizmu i błędy logistyczne rosyjskiego wojska.

Emerytowany wojskowy skomentował również odpowiedź Rosji na decyzję Finlandii dot. przystąpienia do NATO. Jak zaznaczył, rosyjskie groźby w tej kwestii to tak kiepska taktyka, że aż "zabawna". Dodał, że jest to "pobrzękiwanie szabelką" i takie zachowanie zagraża działaniom militarnym.

gazeta.pl

Pod koniec 1949 r. z Europy Środkowej wystartowała seria nieoznakowanych samolotów. Gargantuiczne samoloty C-47, pilotowane przez węgierskich lub czeskich pilotów, mknęły w kierunku Turcji, a następnie skręcały na północ nad Morzem Czarnym, unikając radarów i lecąc ledwie nad ziemią. Gdy samoloty przeleciały nad Lwowem, otworzył się sznur spadochronów, a garstka komandosów poszybowała w niebo nad radziecką Ukrainą. Na ziemi połączyli się oni z ukraińskimi bojownikami ruchu oporu, którzy próbowali odeprzeć sowiecki ekspansjonizm.

Operacja "Red Sox" (tak nazywa się drużyna baseballa z Bostonu), jak ją nazywano, była jedną z pierwszych tajnych misji jeszcze nowej zimnej wojny. Wyszkoleni przez Amerykanów komandosi przekazywali informacje wywiadowcze swoim przełożonym za pomocą nowego sprzętu radiowego i komunikacyjnego, podsycając rodzące się ruchy nacjonalistyczne w Ukrainie, na Białorusi, w Polsce i krajach bałtyckich.

Celem było zapewnienie Stanom Zjednoczonym bezprecedensowego wglądu w plany Moskwy w Europie Wschodniej — a jeśli to możliwe, pomoc w rozbiciu samego imperium sowieckiego. Przez pół dekady dziesiątki agentów brały udział w tych lotach, które stały się jedną z największych tajnych operacji amerykańskich w powojennej Europie. Centralnym jej punktem było krwawe powstanie w Ukrainie. I to właśnie w Ukrainie, jak napisał jeden z badaczy, CIA poniosła jedną z "najbardziej wyrazistych porażek zimnej wojny".

W rzeczywistości prawie nic z tej trwającej rok misji nie zakończyło się sukcesem. Uważa się, że spośród 85 agentów, których CIA zrzuciła na terytorium kontrolowane przez Sowietów, około trzy czwarte zostało niemal natychmiast schwytanych i poddanych torturom lub zabitych. Ich opiekunowie, osłabieni pychą i sowiecką dezinformacją, potrzebowali lat, aby się połapać i wysyłali agenta za agentem na śmierć wzdłuż zachodnich granic Związku Radzieckiego.

(...)

Bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej władze amerykańskie zdały sobie sprawę, że ich wiedza o byłych sojusznikach w Związku Radzieckim jest mocno ograniczona.

Ten niedostatek informacji wynikał z dwóch podstawowych, powiązanych ze sobą przyczyn. Pierwszą z nich był brak jakiegokolwiek zorganizowanego aparatu wywiadowczego w Stanach Zjednoczonych, któremu zaradziło utworzenie CIA w 1947 r. Drugi powód był jeszcze bardziej niepokojący: brak kontaktów wewnątrz Związku Radzieckiego, zwłaszcza w regionach przeciwstawiających się władzy Moskwy. I właśnie ta druga kwestia stała się jeszcze bardziej paląca, gdy Kreml zaczął zajmować i dusić podbite kraje oraz anektować regiony w Europie, w tym część Ukrainy, która wcześniej znajdowała się poza zasięgiem Moskwy.

W Waszyngtonie nowo powstała CIA zaproponowała potencjalne rozwiązanie. Amerykańscy agenci mieli przeczesywać obozy dla przesiedleńców w całej Europie w poszukiwaniu zesłańców, których mogliby szkolić, a następnie potajemnie przemycać z powrotem do Związku Radzieckiego. Wykorzystywano by ich do zbierania informacji wywiadowczych i nawiązywania kontaktów z innymi ruchami antysowieckimi. Niektórzy z wyższych urzędników CIA zastanawiali się jednak, dlaczego mieliby na tym poprzestać. A gdyby Stany Zjednoczone mogły również uzbroić tych powracających i potencjalnie rozbić Związek Radziecki?

Plan ten miał kilka zalet. Jak wynika z jednego z nielicznych opracowań naukowych na temat tej operacji, "radziecka obrona przeciwlotnicza była wówczas bardzo słabo zorganizowana, co pozwalało amerykańskim samolotom na niemal bezkarne naruszanie przestrzeni powietrznej". Co więcej, jak widzieli to amerykańscy instruktorzy, stażyści nie lądowali w próżni. Wręcz przeciwnie, wskoczyli w ogień: strefę wojny między ukraińskimi nacjonalistami a władzami sowieckimi, które próbowały utrzymać kolonialne imperium Moskwy. A ukraińscy nacjonaliści zdawali się wygrywać.

Po raz pierwszy od dziesięcioleci ukraińska niepodległość wydawała się w zasięgu ręki, co Amerykanie chętnie wzmacniali. "Organizacja ukraińska stwarza niezwykłe możliwości penetracji ZSRR i pomocy w rozwoju ruchów podziemnych za żelazną kurtyną" — czytamy w jednym z odtajnionych dokumentów CIA z tamtego okresu. A jeśli im się to uda, to "ostatecznie baza operacyjna może zostać założona w... Ukrainie".

Emigrantom "wmawiano, że wszystko służy wyzwoleniu, obaleniu reżimów komunistycznych" — pisze Scott Anderson w książce "The Quiet Americans", poświęconej wczesnej historii CIA. "Przesłanie to było wzmacniane przez nieustanne bicie retoryki, która teraz emanowała z Waszyngtonu".

Mimo to w Waszyngtonie pojawiły się głosy sprzeciwu wobec tego planu. Jak napisał w 1947 r. pełniący obowiązki szefa Wydziału Projektów Specjalnych CIA ds. operacji sowieckich, Stany Zjednoczone musiały "zmierzyć się z faktem, że na dłuższą metę operacje z wykorzystaniem Ukraińców jako zorganizowanej grupy prawdopodobnie okażą się bezwartościowe — po prostu dlatego, że bez wsparcia politycznego ukraińskie grupy nacjonalistyczne zostaną zdziesiątkowane przez sowieckie naciski i demoralizację". Jednak w początkowym okresie zimnej wojny CIA szukała wczesnego sukcesu wywiadowczego, który mogłaby wykorzystać w innych miejscach, zwłaszcza że stosunki między Waszyngtonem a Moskwą pod koniec lat 40. uległy pogorszeniu.

We wrześniu 1949 r. operacja była gotowa, a pierwsze loty rozpoczęte. Ukraińscy komandosi z powodzeniem przekroczyli sowiecką przestrzeń powietrzną, lądując w zachodniej Ukrainie, w sercu ukraińskiego oporu przeciwko sowieckiej okupacji. Początkowo wszystko wydawało się iść dobrze. Komunikaty przekazywane amerykańskim oficerom za pomocą nowego sprzętu elektronicznego, przemyconego za sowieckie linie, mówiły o sukcesie operacyjnym. Optymizm rósł, gdy miesiąc po miesiącu, kropla po kropli, wracały te same różowe wiadomości.

Jednak po powrocie do Waszyngtonu zaczęły narastać obawy. Z jednej strony istniały wątpliwości, z kim tak naprawdę łączą się ci ukraińscy emigranci. Główna grupa ukraińskich powstańców, a zwłaszcza Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, była już wcześniej bezpośrednio łączona z nazistowskimi okrucieństwami w tym regionie. — To byli naziści, czysta sprawa — powiedział jeden z szefów CIA. — Co gorsza, wielu z nich wykonywało dla nazistów brudną robotę.

Poza obawami o umożliwienie faszystom działania, wzrosła również świadomość tego, jak naprawdę działała sowiecka tajna policja i kontrwywiad — i jak małe szanse powodzenia miałaby operacja taka jak Red Sox w takim miejscu jak ZSRR.

"Wysyłasz ludzi na tereny kontrolowane przez Sowietów — do Polski, do Ukrainy czy gdziekolwiek indziej — z myślą, że założą grupy oporu lub spotkają się z tymi, które już tam działają" — wspominał jeden z szefów CIA. "Ale to niemożliwe, żeby te grupy oporu mogły istnieć w ramach sowieckiego systemu bezpieczeństwa. To mrzonka. To nie może się udać. Wysyłasz ludzi na śmierć". Anderson dodał, że te rzekome antyradzieckie grupy oporu, które CIA uważała za pomocne, były w rzeczywistości "zbiornikami, w których wrogowie reżimu, zarówno wewnętrzni, jak i zewnętrzni, mogli się skupiać i bezpiecznie przetrzymywać do czasu, gdy państwo było gotowe ich schwytać".

Wszystko to działo się dokładnie tak samo w całym regionie. Stany Zjednoczone potrzebowały wielu lat, aby się w tym połapać. W Rosji agenci zrzucali się na spadochronach, by zaraz potem zniknąć. W Polsce wyszkoleni agenci nagle pojawiali się w państwowym radiu, twierdząc, że zaangażowali się w "przestępczą, antypolską działalność", a wszystko to w imieniu całkowicie zmyślonej polskiej grupy nacjonalistycznej. Na Łotwie, Litwie, w Estonii: wszystkie rzekome grupy oporu były "albo oszustwami, albo były dokładnie kontrolowane przez KGB" — pisał Anderson. Sowiecki wywiad raz po raz oszukiwał łatwowiernych Amerykanów, wysyłając zesłańców wprost na śmierć lub do więzienia.

Ale to właśnie w przypadku Ukrainy Amerykanie byli świadkami prawdopodobnie najbardziej kompromitującej porażki. Niewątpliwie bezpośrednio po wojnie w tym regionie istniał prawdziwy ruch oporu. Jednak kiedy Amerykanie rozpoczęli operację, ruch oporu został już skutecznie zdziesiątkowany, osłabiony przez penetrację KGB i nieubłagany sowiecki pościg. Amerykanie nie mieli jednak o tym pojęcia. "Podbudowana sowiecką dezinformacją" — zauważa Anderson — CIA nadal wysyłała dziesiątki agentów w ten region, nawet do połowy lat 50. Zamiast wzniecać rebelię, około trzech czwartych wyszkolonych agentów po prostu zniknęło w sowieckiej paszczy. "Wielu z nich nie było na miejscu dłużej niż kilka godzin, zanim zostali aresztowani i rozstrzelani" — stwierdzono w jednej z późniejszych analiz. Moskwa zlikwidowała jedną z najważniejszych tajnych operacji amerykańskich w Europie, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

onet.pl

Na nagraniu wideo widać, jak funkcjonariusze brutalnie zatrzymali swój cel — wepchnęli mężczyznę w kąt pokoju, przycisnęli twarzą do ściany i skrępowali mu ręce za plecami. Krzyczał z bólu. Po nocy spędzonej w izolacji w miejscowym areszcie strażnicy policyjni załadowali go na pokład samolotu lecącego do Moskwy, gdzie został formalnie oskarżony o pomoc w finansowaniu organizacji ekstremistycznej w Ukrainie, motywowanej "wyższością" rasową i "rasistowską nienawiścią".

Był to szybki pokaz siły — i zastanawiający akt oskarżenia — biorąc pod uwagę podejrzanego: Michaił Kawun, 61-letni geolog o ukraińsko-żydowskim pochodzeniu, miłośnik motocykli i ojciec dwójki dzieci.

Joshua Castellino, dyrektor wykonawczy Minority Rights Group International z siedzibą w Londynie, odnosząc się do zarzutów stawianych Kawunowi i związanych z nimi oskarżeń rządu prezydenta Rosji Władimira Putina, powiedział: "Oczywiście jest to wykorzystywane jako rodzaj propagandy".

Na samym początku inwazji Rosji na Ukrainę (jeszcze w lutym) Putin uzasadnił działania, które nazwał "specjalną operacją wojskową", celem doprowadzenia do "demilitaryzacji i denazyfikacji" kraju. To absurdalne uzasadnienie było nie tylko sprzeczne z żydowskim pochodzeniem samego prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, ale także ze statusem Ukrainy jako czwartej co do wielkości społeczności żydowskiej w Europie i jedenastej co do wielkości na świecie, według Światowego Kongresu Żydów.

Ostatnio rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow bronił kłamstw Kremla o ukraińskim nazizmie i twierdził bez dowodów, że nawet Adolf Hitler "miał żydowską krew". Fakt, że Zełenski jest Żydem, dodał Ławrow, "nie ma absolutnie żadnego znaczenia". — Mądrzy Żydzi mówili, że najbardziej zagorzałymi antysemitami są zazwyczaj Żydzi — stwierdził. Uwagi te spotkały się z szybką reprymendą ze strony Izraela, Ukrainy i reszty społeczności międzynarodowej, a Putin wystosował nadzwyczajne przeprosiny do premiera Izraela Naftalego Bennetta.

Jednak w tym tygodniu, w bardzo oczekiwanym przemówieniu z okazji Dnia Zwycięstwa, upamiętniającym klęskę nazistów w II wojnie światowej, wygłoszonym podczas parady wojskowej na placu Czerwonym w Moskwie Putin powrócił do tej samej prowokacyjnej retoryki — ubolewał, że "starcie z neonazistami" w Ukrainie "było nieuniknione".

— Wydaje się, że to bardzo silny element wewnętrznego przekazu do zwykłych Rosjan, mówiący o tym, że to siły zła są w grze — ocenił Castellino nazistowski język Kremla. — Niestety wybór sił zła w grze, w którą gra Putin, jest po prostu ironiczny — dodał.

W ciągu 11 tygodni od rozpoczęcia rosyjskiej inwazji Putin kontynuował swój przekaz dezinformacji na temat "denazyfikacji", ze szkodą dla szerszych działań informacyjnych Kremla. Jeśli wziąć pod uwagę podobne kampanie propagandowe w historii, "zazwyczaj to, co czyni je użytecznymi, to fakt, że istnieje jakiś mglisty, niejasny pogląd, że mogą być prawdziwe — powiedział Castellino. — Propaganda, którą obecnie widzimy, nie ma absolutnie żadnej podstawy w faktach — powiedział.

Utrwalając swój mit o nazistowskiej Ukrainie, propagandyści Putina wielokrotnie wskazywali na ukraińskie grupy nacjonalistyczne, które w dużej mierze zyskały na znaczeniu po zajęciu i nielegalnej aneksji Krymu przez Moskwę w 2014 r. Organizacją prawdopodobnie najczęściej wymienianą przez rosyjskie media państwowe jest Batalion Azow — założony jako ochotnicza paramilitarna organizacja, a następnie włączony do Gwardii Narodowej Ukrainy — który przyciągnął znaczną liczbę członków o poglądach skrajnie prawicowych.

Jednak Mejlach Szejchet, dyrektor Związku Rad Żydów Radzieckich w Ukrainie, podkreśla, że twierdzenia Putina o infiltracji ukraińskiego rządu przez ekstremistyczne jednostki paramilitarne i neonazistowskich Żydów są całkowicie zmyślone. — Nie ma żadnego ukraińskiego nazisty — powiedział Szejchet, który obecnie przebywa we Lwowie.

W ubiegłym miesiącu w Moskwie rosyjskie władze postawiły Kawunowi zarzut udzielania w latach 2015-2019 wsparcia finansowego o wartości ponad 100 tys. rubli skrajnie prawicowej ukraińskiej organizacji nacjonalistycznej Prawy Sektor. W kolejnych dniach rosyjskie serwisy informacyjne zaczęły zwracać uwagę na zdjęcie zamieszczone w mediach społecznościowych w lipcu 2015 r., na którym widać Kawuna w koszulce z rzekomym logo tego ruchu nacjonalistycznego.

W rzeczywistości obrazek na koszulce Kawuna to mem popularnie znany jako "Żydobandera" — oksymoron sugerujący żydowskie poparcie dla doktryny Stepana Bandery, ukraińskiego nacjonalisty, który kolaborował z nazistowskimi Niemcami. Mem ma podkreślać absurdalność oskarżeń Putina i innych o istnienie na Ukrainie żydowskiej konspiracji przypominającej nazistów.

Jednak kremlowscy propagandyści nie dostrzegli ironii. Kanał Telegram "Kremlowska pralnia" — który jest znany z rozpowszechniania rosyjskiej dezinformacji — wskazał na koszulkę Kawuna jako "dowód" na istnienie "nazistów w Ukrainie" i stwierdził, że rosyjskojęzyczni Ukraińcy są represjonowani w taki sam sposób, jak Żydzi w czasie Holokaustu. Wpis został następnie udostępniony w internecie przez Władimira Sołowiowa, prezentera rosyjskiej telewizji państwowej, nazywanego czasem "głosem Putina".

Pomimo kłamstw i bezpodstawnych twierdzeń Kremla, adwokat Kawuna, Dima Zachwatow, powiedział, że sprawa jego klienta ma niebezpieczne konsekwencje dla Żydów w Rosji, którzy mogą być postrzegani jako sympatycy Ukrainy. Próby sfabrykowania przez Moskwę tzw. ruchu Żydobandery oznaczają, że "będziemy świadkami [większej liczby — red.] spraw karnych przeciwko Żydom, którzy odwiedzali Ukrainę lub mają tam przyjaciół czy krewnych".

onet.pl

GAZETA.PL, ŁUKASZ ROGOJSZ: Nie bał się pan udzielić tego wywiadu? W Rosji za mówienie o inwazji na Ukrainę nie po linii Kremla można mieć dzisiaj nie lada kłopoty.

PROF. GRIGORIJ JUDIN: Słyszałem to pytanie już tyle razy, że...

- ... ma pan gotową odpowiedź. Zatem słucham.

Moim zdaniem, wszyscy jesteśmy teraz w bardzo poważnym niebezpieczeństwie. Mam tutaj na myśli Europę, przynajmniej Europę. Wszyscy musimy się martwić o swoje bezpieczeństwo. Dlatego, kiedy słyszę to pytanie, chciałbym je odwrócić i zadać pytającym, bo w tym momencie, to wy powinniście się bać.

- To pana odpowiedź. Jaką odpowiedź mają pana rodacy? Czują się kneblowani, gdy chodzi o wolność słowa w temacie wojny albo polityki Kremla wobec Ukrainy?

Atmosfera jest bardzo napięta. Ludzie albo całkowicie wypierają to, co się dzieje i wolą o tym nie mówić, albo agresywnie angażują się w ten temat. W tym drugim przypadku nie nazwałbym tego jednak rozmową, a raczej agitacją. Bo rozmowa implikuje dyskusję.

- A także informację zwrotną.

Otóż to. A w tym momencie w Rosji jest to praktycznie niemożliwe. Ludzie są mocno podzieleni wobec tego, co się dzieje. Zazwyczaj wolą rozmawiać wyłącznie z tymi, którzy podzielają ich poglądy. Natomiast kiedy muszą zmierzyć się z ludźmi mającymi odmienne zdanie, wolą po prostu nie poruszać tego tematu.

- Co z młodymi Rosjanami? Socjologiczną prawidłowością jest, że zazwyczaj są oni krytyczni wobec władzy i status quo. Putin ich uciszył czy przeciągnął na swoją stronę?

Obecnie w Rosji jest duża presja na młode pokolenie. Putin wie, że to jego słaba strona, a ponadto ma świadomość, że będzie ich potrzebować, żeby ginęli dla niego na polu bitwy. Poza tym, od kilku lat obserwujemy powiększającą się wyrwę między młodą i starszą generacją. Młodzi nie są zadowoleni z tego, co się dzieje i nie jest żadną tajemnicą, że Putin traci nad nimi kontrolę. Ten proces trwa od kilku lat i jest jednym z powodów rozpoczęcia trwającej kampanii wojennej. Z kolei wśród starszych poparcie dla wojny jest przytłaczające. Bardziej niż sprzeciw wobec wojny wśród młodych, młodzi są bardziej podzieleni w tej kwestii.

- Boją się, że przez Putina Rosja na lata, a być może nawet dekady, stanie się światowym pariasem?

Tak myślę. Czują się bezpośrednio dotknięci przez to, co się dzieje. Młodzi są mocniej zaangażowani w globalną komunikację, przepływ informacji, wymianę kulturową. To jest ich świat. Oni nie tylko nie chcą go stracić, ale też okrucieństwa, których dopuszcza się Rosja są dla nich czymś obcym. Są tym wszystkim zszokowani tak samo jak wszyscy Europejczycy. Rzecz w tym, że jednocześnie młodzi Rosjanie są najbardziej apolityczną grupą naszego społeczeństwa.

Generalnie w rosyjskim społeczeństwie ludzie są bardzo sceptyczni, jeśli chodzi o możliwość jakiejkolwiek zmiany w polityce, to coś na kształt zbiorowego zdrowego rozsądku, ale młodzi wiodą tutaj prym. Putin był jednak w stanie odzyskać część tej generacji dzięki kampanii wojennej w Ukrainie. Ta część młodego pokolenia jest silnie zmilitaryzowana.

- Jak z obecną sytuacją radzą sobie młodzi będący w opozycji do rządu i Putina? Przez działania władzy świat, który dotąd znali, zniknął w ciągu kilku dni.

Część z nich wciąż to wypiera, to jedna ze strategii radzenia sobie z tą sytuacją. Strategia zresztą dość powszechna wśród ogółu Rosjan. Rosjanie uważają, że to wszystko zaraz się skończy i niedługo wróci normalność. Propaganda Kremla, przynajmniej do pewnego momentu, przykładała się do powielania tego właśnie scenariusza. Są też jednak ci, którzy mają poczucie, o którym pan wspomniał - utraty świata, jaki znali. Od strony psychicznej są w naprawdę bardzo złej sytuacji

- Co to dokładnie znaczy?

Są tym absolutnie zdruzgotani. Sam znam wielu takich ludzi. Aż trudno mi opisać, jak wiele bólu, depresji i rozpaczy spowodowała ta sytuacja wśród milionów Rosjan. Wielu z nich chciałoby coś zrobić, ale tak naprawdę nie wiedzą co. Codziennie otrzymuję wiadomości od ludzi, których nie znam i którzy nigdy nie mieli ze mną kontaktu, ale np. widzieli mnie na YouTubie. Pytają mnie: "Czy myślisz, że miałoby sens, gdybym popełnił samobójstwo? Czy to by coś zmieniło?". Albo: "Czy gdybym podpalił się na placu Czerwonym, to by coś dało? Jak oceniasz, czy to wpłynęłoby na ludzi?". Wiele z osób zadających mi takie pytania to właśnie młodzi ludzie.

- To, co dzieje się dzisiaj w Rosji najmocniej zabolało przeciwników Kremla?

Tak, ponieważ oni rozumieją obecną sytuację lepiej od innych. Lepiej rozumieją też perspektywy dla Rosji. Ci, którzy pierwotnie byli apolityczni - raz jeszcze podkreślam: to większość rosyjskiej populacji - nawet jeśli są załamani tym, co się dzieje, to wciąż nie mają wiedzy, żeby zrozumieć wszystkie konsekwencje sytuacji. Bardzo mocno odczuli to również ci, którzy byli zaangażowani w globalną komunikację, nie ważne, czy na poziomie ekonomicznym, kulturalnym czy innym. Spora część z nich uciekła zresztą z Rosji. Mowa o ponad milionie osób, a ten exodus cały czas trwa.

- Rosjanie wiedzą w ogóle, co dzieje się w Ukrainie? Rząd kontroluje media i zablokował sieci społecznościowe. Powstał jakiś alternatywny obieg informacji?

Opinia publiczna na Zachodzie myśli, że Rosjanie nic nie wiedzą o tej wojnie, ale to nieprawda. Może jakiś mały procent rzeczywiście tej wiedzy nie ma, ale zdecydowana większość Rosjan albo wie, albo ma okazje, żeby się dowiedzieć. Jeśli chce pan wiedzieć, co się dzieje w Ukrainie, to się pan tego dowie. To żaden sekret.

- Co z monopolem informacyjnym Kremla?

Zamknięcie mediów społecznościowych z pewnością przyniosło efekt, ale ludzie używają VPN-ów. Sam rząd z nich korzysta, bo publikuje wpisy na Twitterze, chociaż w całej Rosji Twitter został zablokowany. Jednak wielu Rosjan wciąż zupełnie świadomie wybiera, żeby nie wiedzieć niczego o wojnie w Ukrainie, bo ta wiedza jest dla nich zbyt trudna, zbyt stresująca. Unikają tych informacji.

- Rządowej propagandzie nie uciekną.

Z tych relacji dowie się pan, że wszystko jest pod kontrolą. Korespondenci wojenni są w Ukrainie, blisko wydarzeń, które nawet pokazują, ale dominuje bardzo schludny obraz tej wojny - żadnych zniszczeń, wszystko pod kontrolą, czuje się pan, jakby oglądał film w kinie. To tworzy ludziom wrażenie normalności.

- W temacie wojny Kreml położył olbrzymi nacisk na propagandę. Do jakiego stopnia udało im się odnieść sukces?

Jakiś na pewno odnieśli, ale ludzie przeceniają wpływ propagandy. Przekonanie o tym, że Rosjanie mają mózgi kompletnie wyprane przez kremlowską propagandę jest błędne.

- Nie wierzą propagandzie?

Rosjanie nie wierzą nikomu i niczemu. To kwestia podstawowa. Paradoksalnie, jest to przekaz kolportowany przez rządową propagandę od 22 lat: świat jest miejscem, gdzie wszyscy kłamią, nie ma żadnej prawdy.

- Czyli Kreml też kłamie?

Oczywiście. Mówią to wprost: nasza propaganda też kłamie, ale dajemy wam wersję, pewną narrację, która jest dla was wygodniejsza, dlatego lepiej to przełknijcie. To właśnie esencja działania propagandy - sprawia, że wszyscy są przekonani, że nic nigdy się nie zmieni, że zmiana jest poza możliwościami społeczeństwa, więc należy zaakceptować obecny stan rzeczy. Propaganda tłumaczy im, dlaczego zaakceptowanie tego jest całkowicie normalne. Normalizuje ich życie.

- Ludzie w Rosji czują się bezradni?

Absolutnie. Bezradność jest wszechogarniająca. Sama idea, że można cokolwiek zmienić w świecie jest całkowicie odrzucana przez Rosjan. Jeśli powie pan, że chce coś zmienić, wpłynąć na coś, zostanie pan wyśmiany przez znajomych. Panuje przekonanie, że nie można nic zmienić w świecie, więc jedyne, co można zrobić, to zatroszczyć się o siebie, dbać o swoje interesy, zarabiać pieniądze. Propaganda pozwala wyjaśnić, dlaczego to poczucie bezradności jest zupełnie normalne.

- Przynosi ludziom ulgę.

Tak. Mówi, że wszędzie jest podobnie. Pociesza ludzi, pozwala im się z tym pogodzić.

- Jak ta wojna zmieniła i wciąż zmienia nastawienie Rosjan do Ukrainy i Ukraińców? Na początku Putin konsekwentnie powtarzał, że to jeden naród, bracia i siostry, ale później zaczął nazywać ich nazistami, zbrodniarzami, barbarzyńcami.

To trudne pytanie, chociażby dlatego, że w Rosji panuje przekonanie, że zasadniczo Ukraińcy są dobrzy... bo to przecież Rosjanie, tacy sami ludzie. Z drugiej strony, Rosjanie uważają, że Ukraińcy mają te swoje szalone idee, które powstrzymują ich od zrozumienia, że jesteśmy jednym narodem, dlatego musimy pozbyć się tych idei, a wtedy oni będą szczęśliwi, szczęśliwi z nami, bo przecież też są Rosjanami. W ten sposób Kreml przekonuje Rosjan, że musimy dotrzeć do tych dobrych Ukraińców, eliminując po drodze element nazistowski i sztucznie wykreowaną tożsamość.

- Byli już w historii Europy przywódcy operujący podobną retoryką.

Tak, to najniebezpieczniejsza część przekazu Kremla, ponieważ prowadzi bezpośrednio do czystek, idei oczyszczenia całego narodu ukraińskiego.

- Zastanawia mnie jedna kwestia - przecież jest całe mnóstwo mieszanych rodzin rosyjsko-ukraińskich. Jak ta wojna zmieniła ich życie, ich codzienne relacje?

To bardzo bolesny temat. Mnóstwo Rosjan ma ukraińskich przodków i rodzinę albo przynajmniej przyjaciół w Ukrainie. Te więzi zostały zerwane, naprawdę wiele z nich.

- Dlaczego?

Częściowo przez to, że Rosja jest bardzo zatomizowanym społeczeństwem. Każdy żyje swoim życiem. Jest bardzo mało bliskich więzi w społeczeństwie. Teoretycznie Rosjanie cenią sobie rodzinne wartości, bo to jedna z rzeczy, na które możesz polegać w co do zasady wrogim i nieprzyjaznym świecie, ale nawet w rodzinach te więzi są często chwiejne i nietrwałe. Mamy chociażby potężny odsetek rozwodów. To może wyjaśniać, dlaczego tego rodzaju atak był w stanie zniszczyć relacje pomiędzy Rosjanami i Ukraińcami. Znam wiele historii ludzi, którzy dostają telefony z Ukrainy. Ukraińcy starają się im wytłumaczyć, co naprawdę się tam dzieje, ale Rosjanie nie chcą tego słuchać.

- Albo im nie wierzą.

To trochę co innego. Oni właśnie nie chcą tego słuchać.

- Słyszałem historie, że Rosjanie nie wierzyli swoim ukraińskim bliskim, którzy opowiadali, że np. właśnie są bombardowani przez rosyjskie lotnictwo.

Tak, ale to coś innego. Rosjanie nie chcą o tym słyszeć. Nie chodzi o to, że w to nie wierzą, chodzi o to, że starają się to całkowicie wyprzeć ze świadomości. Dlatego, że to jest potwornie stresujące. Wyobrazić sobie Ukraińców, wyobrazić sobie, co tam się dzieje, jak wygląda ich życie - to jest kompletnie nie do zniesienia. Proszę sobie wyobrazić, że ktoś opowiada panu, że armia pana państwa wyczynia te wszystkie koszmarne rzeczy pana przyjaciołom i rodzinie. Co ma pan wtedy zrobić? Ma pan w głowie jedynie to, że jest kompletnie bezradny, nie wierzy w możliwość jakiejkolwiek zmiany. To uderza w ludzi, dlatego wolą w ogóle nie rozmawiać z Ukraińcami. To zresztą powszechna reakcja u wielu Rosjan - jeśli jest coś irytującego, unikaj tego, wypieraj to całkowicie. Włączając w to, niestety, swoich przyjaciół i rodzinę z Ukrainy.

- Ale chyba są Rosjanie, którzy takie relacje próbują podtrzymać?

Wielu ludzi mówi, że chciałoby podtrzymać więzi z Ukraińcami, mają dla ich sytuacji wiele współczucia, ale z bardzo oczywistych i naturalnych powodów Ukraińcy są bardzo zajadli i zgorzkniali. Poza tym, bardzo ciężko w ogóle znaleźć odpowiednie słowa, jakimi zwracać się w tej sytuacji do Ukraińców. Wiele osób próbuje to zrobić, ale co możesz im w takiej sytuacji powiedzieć? Ta sytuacja jest porażająca. Nawet w mojej rodzinie są osoby, które nie chcą dzwonić do ukraińskich krewnych, bo nie wiedzą, co mieliby im powiedzieć. A jeśli już znajdą odpowiednie słowa, są one natychmiast odrzucane przez Ukraińców jako niestosowne. Zupełnie szczerze, to przerażająca sytuacja.

- Jako Rosjanin, ale też naukowiec i wykładowca, myśli pan, że to wszystko, co dzieje się od ponad dwóch miesięcy między Rosjanami i Ukraińcami może w przyszłości zostać wybaczone i zapomniane?

Nie sądzę. Myślę, że to jest katastrofa. Patrząc przez pryzmat rosyjskiej historii, to jest absolutna katastrofa. To najbardziej samobójcza wojna, jaką Rosja kiedykolwiek zaczęła. Poprzecinaliśmy najważniejsze więzi, jakie kiedykolwiek mieliśmy. Nie sądzę, że kiedykolwiek uda się to uzdrowić.

- Czas leczy rany. Zwłaszcza, jeśli towarzyszy mu chęć zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.

Dzisiaj Ukraińcy czerpią siłę z budowania swojej tożsamości narodowej w opozycji do Rosji. To będzie trwało przez kolejne pokolenia. My, Rosjanie, mogliśmy tego uniknąć. Nie musieliśmy popychać Ukraińców do kształtowania tego rodzaju tożsamości. To my jesteśmy za to odpowiedzialni. Będzie potrzeba kompletnej zmiany, restrukturyzacji i wymyślenia na nowo Rosji, żeby znaleźć inną drogę, inne podejście do Ukraińców.

- To możliwe?

Wciąż chcę wierzyć, że przynajmniej do pewnego stopnia tak. Być może wtedy będziemy w stanie naprawić choć część wyrządzonych teraz zniszczeń. Jednak generalnie uważam tę sytuację za całkowitą katastrofę. I nie chodzi tylko o samych Ukraińców. Mamy też przecież powtarzaną od zawsze bajkę o słowiańskim braterstwie. Tymczasem proszę posłuchać, co mówią o nas ludzie we wschodniej Europie. Gdzie jest to słowiańskie braterstwo? Ono nie wróci.

- Chyba się pan nie dziwi? 

Nie, ale to nie koniec negatywnych konsekwencji. Weźmy nawet wasz, polski, przykład. Rosja starała się wyśmiać i udowodnić, że ta cała polska narracja o rosyjskim imperializmie to bzdura. I kto miał rację? Co prawda sam nie uważam, żeby rosyjski imperializm bezsprzecznie zagrażał Polsce, ale ludzie, którzy są tego zdania dzisiaj dostali do ręki na to dowody. Dlatego ta wojna ma dewastujący wpływ na kulturowe relacje z nacjami, które są nam historycznie najbliższe.

Nawet z Białorusinami. Białorusini bardzo jasno - przynajmniej najbardziej progresywna i aktywna obywatelsko część społeczeństwa, białoruska elita - mówią dzisiaj: nienawidzimy was, bo przy użyciu siły de facto okupujecie nasz kraj i wiemy, że zrobicie z nami to samo, co teraz robicie z Ukraińcami. Dlatego mówię, że ta wojna to kompletna katastrofa.

- Prawda jest taka, że po 2014 roku stworzyliście ukraińską tożsamość narodową i tożsamość zbiorową. Oparte w całości na niechęci do Rosji - do polityki Kremla i do Putina. Rosja swoimi agresywnymi działaniami tak naprawdę stworzyła współczesne państwo ukraińskie.

Cała polityka Rosji wobec Ukrainy była idiotyczna. Putin wzmacniał i dalej wzmacnia właśnie te wrogie wobec Rosji elementy ukraińskiej tożsamości. Te elementy były - to zresztą naturalne w przypadku państw, które mają obok siebie Wielkiego Brata - ale nie należało ich wzmacniać. Należało poszukać innych dróg dotarcia do Ukraińców, co pozwoliłoby sprawić, że Rosja znów stałaby się dla nich pozytywna i atrakcyjna.

- Ciężko mi sobie wyobrazić Putina realizującego taką politykę.

No, właśnie. To nie jest sposób, w jaki myśli Putin. On wierzy wyłącznie w siłę, przemoc i najazd. Już w 2014 roku te relacje były bardzo złe, bo panowało przekonanie, że Rosja próbuje ingerować w ukraińską politykę wewnętrzną. Ale wtedy wciąż bardziej chodziło o samego Putina. Do tego dochodziły bardzo trudne relacje między zachodem i wschodem Ukrainy oraz prorosyjskie lobby we wschodniej części kraju. Putin starał się jak najbardziej wzmacniać te tendencje. Co jednak ważne, wśród Ukraińców wciąż panowało rozróżnienie między Putinem i Rosjanami.

- Dzisiaj tego rozróżnienia ze świecą szukać.

Antyrosyjskie sentymenty w Ukrainie mieliśmy już wcześniej. Ci z nas, którzy odwiedzili Ukrainę po 2014 roku, odczuli to. Nie było to może przytłaczające, ale dawało się zauważyć. To zresztą zupełnie zrozumiałe. Jednak to wciąż było coś, co można było naprawić. Teraz jest to znacznie trudniejsze. I tak będziemy musieli to zrobić, bo Ukraina przecież nie zniknie, będzie obok Rosji tak czy inaczej. Więc będziemy musieli się i tak z tym zmierzyć, ale przekonanie Ukraińców, że istnieje jakaś droga do innych relacji będzie niesłychanie trudne.

- W ogóle możliwe?

Wciąż mam nadzieję, że kiedy sprawy się w końcu uspokoją, wzięcie odpowiedzialności - sprawiedliwej części tej odpowiedzialności, ani za małej, ani za dużej - pomoże wskazać, kto odpowiada za wszczęcie tej agresji i dlaczego Rosjanie jako społeczeństwo nie powinni być za nią obwiniani. Ale to będzie bardzo trudne. Obecna sytuacja jest zdecydowanie bardziej skomplikowana niż osiem lat temu.

- Musimy też porozmawiać o zachodnich sankcjach na Rosję. Rosjanie są nimi zmartwieni?

Wielu ludzi jest tego świadomych, ale starają się o tym nie myśleć. To część procedury wyparcia. Jednak sankcje wcale nie zmieniły wiele w codziennym życiu Rosjan. Kurs rubla się odbudował i jest mniej więcej na poziomie sprzed wojny. Wiele mówiło się o zachodnich koncernach wycofujących się z Rosji. To też nie do końca prawda. Część z nich tylko się tym chwaliła. Zresztą jeśli pójdzie pan do centrum handlowego, to zobaczy pan w sklepowych witrynach komunikaty, że zamknięte sklepy niedługo otworzą się ponownie. To przyczynia się do powszechnego przekonania, że normalność zostanie szybko przywrócona.

- W jednym z twitterowych wpisów nazwał to pan "teorią kilku miesięcy".

Dokładnie. I faktycznie niektóre z tych marek czy firm wracają do Rosji. Chociażby wczoraj (rozmowa miała miejsce 28 kwietnia - przyp. red.) działalność wznowiło OBI. Teraz słyszymy, że IKEA również zamierza się otworzyć. Takie rzeczy przyczyniają się do poczucia, że wszystko pomału wraca do normalności. A dlaczego? Ponieważ Putin zawsze dostaje to, czego chce, niezależnie od przeciwności. To jest niesłychanie silne przekonanie u Rosjan - nie ważne, co się dzieje, Putin zawsze dostaje to, czego chce. To najpotężniejszy człowiek na świecie i jeśli czegoś chce, zdobędzie to. Tak samo jest z sytuacją Rosji - sprawy wrócą do normalności, bo Putin tego chce.

- Wygodne.

Nie tylko wygodne. To przekonanie jest uzasadnione. Tak było przecież cały czas. Ile razy nie próbował, tyle razy mu się udawało. Putinowi upiekły się naprawdę potworne rzeczy, więc dlaczego miałoby się nie upiec i tym razem? Dlaczego miałby nie pokonać Zachodu?

- Czyli gdy idzie pan ulicą dużego rosyjskiego miasta nie sposób zauważyć, że kraj toczy wojnę?

Absolutnie nie. Oczywiście pewne oznaki tzw. specjalnej operacji wojskowej są zauważalne. Jeśli jest pan wystarczająco uważny, na pewno pan to zauważy. Przykładowo, gdy zejdzie pan do podziemia, zobaczy ogłoszenia oferujące pieniądze za coś, co jest w nich nazywane "ryzykowną pracą". Może nie w Moskwie, ale w innych dużych miastach zobaczy pan też gdzieniegdzie symbole "Z", czyli rosyjskiej swastyki. Chociażby po tym może pan wywnioskować, że coś ważnego dzieje się w kraju. Ale czy od razu pomyśli pan, że kraj toczy wojnę? Nie bardzo. Ludzie inwestują mnóstwo wysiłku w niemyślenie o tym, wypieranie tego całkowicie i życie swoim codziennym życiem. Ludzie desperacko próbują nie zauważać, że dzieje się coś koszmarnego.

- Wróćmy do pana "teorii kilku miesięcy". Co się stanie, jeśli ten czas minie, a normalność nie wróci - wojna się nie skończy albo nawet mimo jej zakończenia zachodnie sankcje zostaną utrzymane?

Przede wszystkim, jak już wspomniałem, część tej teorii już się sprawdza. Niektóre zachodnie marki już wracają do Rosji. W Rosji panuje przekonanie, że ci, którzy nie wrócą tak naprawdę ukarzą przede wszystkim siebie, bo zyska na tym ich konkurencja. Jeśli po tych kilku miesiącach nie nastanie normalizacja w pełnej skali, możemy przejść do "teorii kolejnych kilku miesięcy", ale bardziej prawdopodobne staje się - już można zaobserwować to w mediach - przeformułowanie całego tematu wojny.

- Przeformułowania na co?

To bardzo groźna perspektywa. Dzisiaj media mówią o nowej Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, kontynuacji poprzedniej Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (w propagandzie Kremla to część II wojny światowej, w której Związek Radziecki wspólnie z aliantami walczył przeciwko III Rzeszy - przyp. red.). Ten związek był w mediach zauważalny już wcześniej, ale teraz widać, że kładziony jest na to nacisk. Coraz silniejsze są głosy, że nasz kraj jest zagrożony, więc cały naród musi stanąć do walki. Z jednej strony mamy więc narrację o szybkim odzyskaniu normalności, ale w tym samym czasie pojawia się narracja, w której cały Zachód jest przeciwko nam, więc musimy walczyć do końca. To warunek wstępny dla powszechnej mobilizacji, bo będziemy musieli wysyłać do Ukrainy znacznie liczniejsze siły niż obecnie.

- Putin boi się tej mobilizacji, bo to zostałoby źle odebrane w społeczeństwie. Z kolei utrata poparcia mas to jego odwieczny lęk.

Nie tego się tak naprawdę lęka. On nie wierzy w poparcie społeczeństwa. To kluczowe w przypadku Putina: on nie wierzy w lud, nie wierzy, że lud w ogóle istnieje.

- To kim rządzi?

Jednostkami, które zawsze można przekupić. A jeśli nie można, to musisz zaoferować więcej pieniędzy. Tylko w to zawsze wierzył.

- Może wierzy, że jest w stanie przekupić całe społeczeństwo?

To prawda, bo zasadniczo to właśnie dotychczas robił. Niemniej na pewno nie wierzy w poparcie mas. Wierzy w to, że ludzie nie chcą z nim zadzierać. W jego pojęciu władzy nie chodzi o społeczeństwo, tylko o kontrolowanie konkretnych osób, które mogłyby wzniecić przeciwko niemu bunt. Putin nie boi się utraty poparcia społecznego, bo w jego ocenie społeczeństwo nie istnieje. Boi się utraty lojalności bardzo konkretnych jednostek, które później, instrumentalizując społeczeństwo, pozbyłyby się go z gry.

- Ludzie z jego najbliższego kręgu mogliby się go pozbyć?

To możliwe, ponieważ cały system jest aktualnie pod niesamowitą presją. To sytuacja bez precedensu. Nigdy nie widziałem czegoś takiego. Jeśli ta presja się utrzyma, w systemie pojawią się pęknięcia i niektórzy ludzie mogą zwrócić się przeciwko Putinowi. Co ciekawe, Putin nie wierzy, że zagrożenie dla niego może przyjść z wewnątrz. Uważa, że może przyjść wyłącznie z zewnątrz. Jest na przykład święcie przekonany, że jedynym sensem istnienia Stanów Zjednoczonych jest zabicie go.

- Dlaczego nie wierzy, że zagrożenie może przyjść również od wewnątrz?

Ponieważ każdy z wewnątrz, kto chciałby mu zagrozić, jest jedynie projekcją zagrożenia zewnętrznego. Został przekupiony i wysłany, żeby go zabić. Putin nie wierzy w coś takiego jak opozycja. Przez opozycję rozumiem tu ludzi, którzy prawdziwie i szczerze dbają o dobro kraju, a wciąż są przeciwko Putinowi. Dla Putina to niemożliwe, coś takiego nie ma prawa się wydarzyć. Albo popierasz prezydenta i dbasz o dobro kraju, albo jesteś przeciwko, a to oznacza, że jesteś szpiegiem i zdrajcą przysłanym z zewnątrz.

- Przecież to absurd.

Być może, ale uzasadnia, dlaczego Putin od zawsze bał się rewolucji. Przy czym on nie rozumie rewolucji jako powszechnego społecznego powstania – uważa, że nie było nawet jednej takiej rewolucji w historii ludzkości – tylko jako spisek z zewnątrz. On nie wierzy w to, że można się z kimś nie zgadzać. Jedyne rzeczy, w które wierzy to wojna i siła. Zagraniczne państwa są tą siłą. Więc kiedy w kraju wybucha jakiś zryw społeczny, oznacza to, że któreś z państw użyło wobec Rosji siły. I tego Putin się obawia.

- Nie obawia się tego, że ta wojna zbyt drogo kosztuje ludzi z jego najbliższego kręgu i że może zmienić ich spojrzenie na Putina, na politykę, na państwo?

Jeśli spojrzymy na to, jak sprawy wyglądały dotychczas, to nigdy nie szło w tym kierunku. Raz jeszcze: Putin od lat wyprawiał niewyobrażalne rzeczy - odrywał terytoria ościennych państw, zabijał swoich przeciwników politycznych, uciskał całe społeczeństwo, zabijał nawet swoich przeciwników przebywających w innych krajach. Nigdy nie poniósł za to żadnej kary. Ludzie, którzy są wokół niego, mają głębokie przekonanie, że ten człowiek jest bogiem, że jest wszechmocny, że czego tylko sobie zażyczy, dostanie to.

- Zostaną przy nim do samego końca?

Absolutnie. Kiedy w przeszłości myśleli, że to już za wiele, okazywało się, że to nigdy nie było za wiele. Putin zawsze wychodził z tych sytuacji zwycięsko. Teraz oni nie myślą tak, jak pan powiedział, tylko wręcz przeciwnie - że nagroda będzie większa niż kiedykolwiek.

- Jak to?

Będzie większa niż kiedykolwiek, bo złamiemy Zachód i staniemy się niewiarygodnie bogatsi, niewiarygodnie silniejsi. Ale żeby tak się stało, musimy odnieść wielkie zwycięstwo. To jest sposób myślenia tych ludzi. Jakikolwiek inny sposób myślenia jest po prostu zbyt niebezpieczny. Dla nich samych. Bo jeśli zaczniesz w to wątpić, to już jesteś w połowie zdrajcą.

- Na Zachodzie bardzo gorącym tematem w kontekście Kremla są liczne groźby użycia arsenału nuklearnego przez Rosję. To prawdziwe zagrożenie czy jedynie gra i pokaz siły?

To całkowicie realne zagrożenie. Nie bagatelizujcie go. Oni położyli na szali absolutnie wszystko. Ponadto zawsze prowadzili kalkulacje, co stałoby się, gdybyśmy zachowali się naprawdę agresywnie. Prowadzili też kalkulacje zakładające nuklearną eskalację. Jest mocne przekonanie, że Zachód nigdy nie odważy się na konfrontację, jeśli zostanie zastraszony bronią jądrową. A mówiąc bardziej konkretnie: panuje mocne przekonanie, że art. 5. Traktatu Północnoatlantyckiego nie zadziała, że przykładowo nikt nie będzie bronić Polski, jeśli zostanie zastraszony użyciem arsenału nuklearnego.

- Przywódcy państw NATO, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, od początku wojny w Ukrainie powtarzają coś zgoła odmiennego.

Według Kremla Zachód blefuje - całe NATO to jeden wielki blef, który w praktyce nie istnieje - i nikt nie będzie walczył za Polskę. Francuzi nie walczyli za Polskę w 1939 roku, więc dlaczego mieliby walczyć teraz? Taka kalkulacja zakładałaby rozpad NATO i zwycięstwo Rosji. Dlatego Kreml uważa, że szantaż nuklearny jest dobrą strategią.

- Co jeśli Zachód nie wystraszy się nuklearnego szantażu tak, jak zamarzył to sobie Kreml?

Jeśli Zachód okazałby się dostatecznie silny, żeby zaangażować się w konflikt nuklearny, a Putin zobaczyłby, że przegrywa tę konfrontację, z całą pewnością nie będzie widział sensu w tym, żeby świat, jaki znamy, przetrwał. Jeśli on nie może być królem, to dlaczego świat ma przetrwać? Dlatego uważam, że kiedy mówi o użyciu broni jądrowej, mówi to zupełnie poważnie i nie powinniśmy tego bagatelizować. Oczywiście, to strategia szantażu i towarzysząca jej kalkulacja, że sprawy nie zajdą tak daleko, bo Zachód odpuści i odda Putinowi Ukrainę, Polskę i całą Europę Wschodnią. Jeśli jednak ta kalkulacja okazałaby się błędna, a Putin zobaczyłby, że przegrywa, to żadną miarą nie pogodzi się z tą porażką.

gazeta.pl

poniedziałek, 16 maja 2022


Zespół badawczy z rosyjskiego Laboratorium Socjologii Publicznej przeprowadził pogłębione wywiady socjologiczne i opisał, jakie postawy wobec wojny są obecne w rosyjskim społeczeństwie. Biełsat rozmawiał ze Swietłaną Erpylewą – pracownikiem naukowym Laboratorium Socjologii Publicznej i Centrum Niezależnych Badań Socjologicznych (Rosja).

– Podzieliliście ludzi, którzy popierają wojnę, na odrębne grupy. Jakie to grupy?

– Przeprowadziliśmy wywiady jakościowe z Rosjanami o różnych poglądach. Są to wywiady z osobami, które jednoznacznie wyraziły swoje poparcie dla tzw. operacji specjalnej. Wielu z nich nazywało to, co się dzieje, wojną. Należy jednak zdawać sobie sprawę, że nasze informacje nie są reprezentatywne. Oznacza to, że nie powinniśmy postrzegać tych grup jako reprezentantów wszystkich zwolenników wojny. Moim zadaniem było pokazanie, że poparcie nie jest jednolite. Przybiera różne formy, ludzie popierają różne rzeczy i w różny sposób. A oto grupy, które zidentyfikowaliśmy w naszych wywiadach.

Jedną grupę umownie nazwałam odbiorcami propagandy państwowej. Są to ludzie, którzy najczęściej oglądają oficjalne źródła informacji i deklarują swoje poparcie dla operacji specjalnej.

Nazywają ją operacją specjalną, a nie wojną,

Deklarują przede wszystkim swoje współczucie dla ludności Donbasu, która z ich punktu widzenia ucierpiała w czasie wojny, a teraz Rosja będzie ją chronić.

Są też ludzie, którzy bardzo się od nich różnią, można ich ironicznie nazwać historykami samoukami. Interesuje ich pewien rodzaj historii, śledzą to, co dzieje się na Ukrainie, od dłuższego czasu, nie zaczęli śledzić tego teraz i uzasadniają swoje poparcie stawiając akcent na długotrwałej konfrontacji między Rosją a Zachodem i konflikcie geopolitycznym. Mają pewne sympatie imperialne.

Ci ludzie, w przeciwieństwie na przykład do odbiorców państwowej propagandy, korzystają z różnych źródeł informacji. Mogą nawet krytycznie odnosić się do propagandy państwowej.

Nie oznacza to, że są oni przeciwni propagandzie, raczej opowiadają się za bardziej kompetentną propagandą. Osoby te mogą być również krytycznie nastawione do władz, zwłaszcza do polityki wewnętrznej władz rosyjskich.

Są tacy, którzy również podkreślają znaczenie konfliktu geopolitycznego w swoich uzasadnieniach wojny, kiedy mówią o obecności nacjonalistów na Ukrainie, ale są w tym względzie znacznie bardziej ostrożni.

W odróżnieniu od innych grup stale powtarzają, że są przeciwni wojnie w ogóle. Z pewnością jednak popierają to, co się dzieje.

Uważają, że wojna sama w sobie jest bardzo zła, że złe jest to, że giną ludzie. „To straszne, ale konieczne”.

Kolejną grupą są ludzie, którzy są w jakiś sposób związani z tym, co dzieje się w Donbasie. To znaczy, że mają tam krewnych, sami są emigrantami z Donbasu lub mają znajomych, bliskich, z którymi utrzymują kontakt, którzy opowiadają o tym, jak cierpieli w ostatnich latach.

Są to osoby, dla których propagandowa narracja o ośmiu latach wojny jest czymś znanym i dlatego znajdują usprawiedliwienie dla tego, co się dzieje.

Wydaje im się, że Rosja w końcu zakończy tę długą wojnę w Donbasie.

Są osoby, których niestety w naszej próbie nie ma zbyt wiele. Po prostu dlatego, że nie są gotowi do udzielania wywiadów, do rozmowy. Nie są gotowi do zajęcia jednoznacznego stanowiska.

Zapytani o poparcie dla wojny, odpowiadają, że ją popierają, ale w ciągu dłuższej rozmowy wyrażają swoje niezadowolenie ze wszystkiego, co się dzieje.

Mówią, że straszne jest to, że są ofiary, że czują się bardzo źle, nie mogą spać. Mówią, że jest im ciężko, że gospodarka cierpi, że odczuwają to na sobie, na swoich bliskich. Jednak mimo to, gdy pyta się ich o poparcie, odpowiadają twierdząco.

– Czy w czasie wojny powinniśmy ufać sondażom?

– Tak naprawdę musimy bardzo ostrożnie podchodzić do tych danych: sondaże przeprowadzane w reżimach autorytarnych w kontekście konfliktów zbrojnych najczęściej po prostu się nie sprawdzają. Jest przecież ogromna liczba osób, które nie odpowiadają, po prostu odmawiają odpowiedzi na pytania. I nie mamy pojęcia, co się dzieje w ich głowach. Nie powinniśmy patrzeć na liczby bezwzględne. Gdy mówi się, że 68 proc. ludzi popiera operację specjalną, nie można temu ufać. Jeśli jednak, na przykład, to samo badanie z zastosowaniem tej samej metodologii, z taką samą liczbą odmów, zostanie przeprowadzone w odstępie dwóch miesięcy i coś się zmieniło, możemy to przeanalizować.

– Rozmawiała Pani także z ludźmi, którzy są przeciwni wojnie. Co oni czują?

– W naszych wywiadach, na przykład z przeciwnikami wojny, pojawiali się tacy, którzy mówili o odpowiedzialności zbiorowej. Było ich bardzo mało. Wiele osób mówiło nam, że czują się w pewien sposób odpowiedzialni. Odpowiedzialność za to, by nie milczeć, ale coś robić. Niektórzy mówili o odpowiedzialności nie za wojnę, ale za to, że nie protestowali wcześniej, nie próbowali zmienić władzy. Odpowiedzialność bezpośrednio za inwazję Rosji na Ukrainę. Bardzo rzadko spotykałam ludzi, którzy czuli się odpowiedzialni, ale czuli oni odpowiedzialność za różne rzeczy.

– Czy można powiedzieć, że wojnę na Ukrainie popiera starsze pokolenie?

– Myślę, że tak. Takie dane pokazują sondaże. Można je analizować nie pod kątem liczb bezwzględnych, lecz wewnętrznych zależności. Bierzemy pod uwagę tylko odpowiedzi na konkretne pytania i sprawdzamy ich rozkład. Starsze pokolenie bardziej popiera wojnę niż młodsze. Nie oznacza to jednak, że całe starsze pokolenie popiera wojnę. Wśród osób starszych są oczywiście tacy, którzy aktywnie protestują. Ale statystycznie rzecz biorąc, wydaje mi się, że widzimy tę korelację.

belsat.eu

Mer Moskwy Siergiej Sobianin poinformował, że zakład Renault Rosja, który jest położony w rosyjskiej stolicy, przechodzi na jej własność. Będą tam produkowane auta pod marką Moskwicz.

Siergiej Sobianin dodał, że „kluczowym partnerem technologicznym” zakładów będzie KamAZ z miasta Nabierieżnyje Czełny, czyli fabryka samochodów ciężarowych. Zakład w Moskwie ma jednak produkować auta pasażerskie, początkowo tradycyjne, a „w perspektywie” elektryczne.

– Wraz z KamAZem i Ministerstwem Przemysłu i Handlu pracujemy nad tym, aby maksymalna liczba części była produkowana w Rosji – podkreślił.

Zakłady Moskwicz istniały od 1930 do 2010 roku. Tworzono je z pomocą amerykańskiego Forda. Produkcja rosyjskich samochodów w fabryce skończyła się na początku XXI wieku. Część firmy przeszła pod kontrolę Francuzów jeszcze w 1998 roku. Zaczęto wówczas montować auta Renault.

Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji na Ukrainę, Paryż częściowo wstrzymał produkcję. Teraz ogłoszono, że aktywy w Rosji przechodzą pod kontrolę rosyjskiego państwa. Sto procent akcji moskiewskiego zakładu trafiło do władz Moskwy, a 67,69 procent akcji AwtoWAZ z miasta Togliatti będzie należeć do Instytutu Badań Samochodowych i Pojazdów Samochodowych. Francuzi będą mogli wykupić te akcje w ciągu 6 lat. Reszta pozostanie w rękach państwowej rosyjskiej firmy Rostech. AwtoWAZ będzie zajmować się obsługą techniczną aut Renault i będzie nadal produkował Łady.

belsat.eu

Wyrwane wieże rosyjskich czołgów na ukraińskich polach stały się swoistym symbolem wojny na Ukrainie. Amerykanie określają to nazwą zabawki-niespodzianki „pajacyk w pudełku" („jack-in-the-box"), z którego po otwarciu wieczka wyskakuje figurka klauna. Liczba leżących oddzielnie wież świadczy o tym, że taki sposób destrukcji rosyjskich „tanków" nie jest wynikiem przypadku, ale efektem zastosowanej konstrukcji systemu przechowywania i ładowania nabojów.

W czołgach wywodzących się z rodzin: T-72 i T-90 oraz T-64 i T-80 zastosowano bowiem karuzelowy sposób ładowania wkładów amunicyjnych, w którym ładunki miotające i pocisk (a więc element wystrzeliwany w kierunku przeciwnika) są ułożone, w obracającym się zasobniku w kształcie pierścienia. W ten sposób można przekręcić magazyn w taki sposób, aby uzyskać dostęp do potrzebnej w danej chwili amunicji. Wtedy potrzebny ładunki miotający i pocisk są wyciągane do góry przez specjalny automat i ładowane do lufy tworząc w ten sposób gotowy do strzału nabój. W przypadku T-64 taki zasobnik zawiera 28 wkładów amunicyjnych, natomiast T-72 ma ich 22.

Niestety pierścieniowy magazynek znajduje się bezpośrednio pod główną wieżą i dwoma członkami załogi (dowódcą i celowniczym). W Ukrainie okazało się dobitnie, że trafienie pocisku przeciwpancernego w odpowiednie miejsce w tak zbudowanym czołgu powoduje reakcję łańcuchową i wybuch: zrywający wieżę lub nawet wyrzucający ją w powietrze. Oznacza to automatycznie natychmiastową śmierć całej załogi.

Tak naprawdę karuzelowy sposób podawania amunicji w rosyjskich czołgach miał być symbolem wyższości technologicznej sowieckich a później rosyjskich czołgów nad zachodnimi. Mechanizm zastosowany po raz pierwszy przez Sowietów w czołgach T-64 (tzw. przenośnik karuzelowy) miał bowiem dwukrotnie przyśpieszyć ładowanie odpowiedniego naboju do lufy zwiększając szybkostrzelność, a dodatkowo pozwolił na pozbycie się ładowniczego. Załogi czołgów T-64, a później rodziny T-72 składały się więc „tylko" z trzech osób: dowódcy, celowniczego i kierowcy.

Jak się później okazało taki postęp i automatyzacja nie znalazły uznania w niektórych krajach zachodnich, w tym w najnowszych czołgach amerykańskich (np. M1 Abrams) i niemieckich (np. Leopard 2). Zdecydowano się w nich bowiem wybrać prostsze rozwiązanie i pozostawić czwartego członka załogi – ładowniczego. Wykazano bowiem, że dobrze wyszkolony ładowniczy może być równie szybki jak rosyjskie automaty. Ponadto czwarty członek załogi upraszcza utrzymanie czołgu w sprawności i później w działaniu (przyśpieszając np. naprawę zerwanej gąsienicy czy proces uzupełniania zapasów).

Ale wybranie takiego, a nie innego sposobu ładowania wynikało też z innego podejścia do tolerowanych strat. Kraje zachodnie na pierwszym miejscu stawiały bowiem przeżywalność załogi, a nie jak Rosjanie: wykonanie zadania za wszelką cenę. Amerykanie wiedzą bowiem, że łatwiej jest dostarczyć nowy czołg niż wyszkolić jego obsługę. Pozostawili więc ładowanie „ręczne", ponieważ pozwala ono na odseparowanie załogi od magazynu amunicji.

W czołgach Leopard 2 i M1 Abrams pociski przechowuje się bowiem w chronionej kapsule z tyłu wieży i oddzielonej od części załogowej specjalnym włazem przeciwwybuchowym. Włazy te są mocniejsze niż górny pancerze, przez co eksplozja amunicji po trafieniu jest skierowana do góry przez panele wydmuchujące (blowout panels), a nie do przedziału załogi. Zapobiega to dekapitacji wieży, jaką często widać w przypadku czołgów T-72/T-64 i pochodnych.

defence24.pl

Pierwsza kula trafiła najmłodszego Jewgena, drugą Rosjanie wymierzyli najstarszemu Dymytrowi. Trzecia miała zabić Mykołę. Ostatni pocisk, choć Rosjanie o tym nie wiedzieli, nie sięgnął celu — przeleciał blisko prawego ucha i wyszedł powyżej prawej strony ust Mykoły. Średni z rodzeństwa przeżył, ale i tak został wrzucony do "dołu śmierci". Czuł ciała zmarłych braci i przysypującą ich ziemię.

— Wiedziałem, że żyję — mówi cytowany przez "The Wall Street Journal" Mykoła. Chybiony pocisk nie wyrządził mu poważnych obrażeń. Przeżycie egzekucji to jedno, wydostanie się z dołu i ucieczka przed rosyjskimi żołnierzami to coś zupełnie innego.

Opowieść Mykoły została potwierdzona przez lokalnych ukraińskich urzędników i członków rodziny. Sytuacja miała miejsce w pierwszych tygodniach wojny, (...)

Trójka braci dzieliła dom w Dowżyku razem z 36-letnią siostrą. To wioska na przedmieściach Czernihowa. Na ulicy słychać było wozy opancerzone, czuć, że wojna jest pod ich oknami. Najmłodszy z rodzeństwa, Jewgen, miał się czego obawiać — walczył z prorosyjskimi separatystami na wschodnich terenach Ukrainy, zanim zrezygnował ze służby. Gdy zaatakowali Rosjanie, chciał ponownie zaciągnąć się do wojska. Nie udało się.

Rosjanie urządzili łapankę. Przeszukiwali każdy dom w wiosce. Chcieli wiedzieć, kto i kiedy służył w ukraińskim wojsku. Szukali broni, na ciałach szukali charakterystycznych tatuaży lub blizn. Pod dom rodzeństwa Kuliczenko też w końcu pojawiło się dwóch Rosjan. Zażądali dokumentów, kazali się rozebrać i klęczeć przy płocie. Za chwilę pojawiło się kilku kolejnych intruzów. Weszli do domu, gdzie Jewgen trzymał spakowaną torbę pełną amunicji. Intruzi wsadzili trójkę braci na pojazd, założyli im worki na głowy. Gdy siostra wróciła do domu, zastała w nim jedynie porozrzucane rzeczy.

Samochód, którym jechali, w końcu się zatrzymał. Rosjanie zdjęli im worki z głów, oczy przewiązali taśmą i wsadzili do zimnej piwnicy. Następnie zabierali ich na przesłuchania. Chcieli wiedzieć wszystko. Gdy odpowiedzi ich nie zadowalały, grozili torturami, w tym odcinaniem uszu. Uwięzieni nie mogli ze sobą rozmawiać. Taki występek kończył się w najlepszym wypadku chłostą. Mykoła słyszał, jak jego bracia w pokoju obok wiją się z bólu.

21 marca braci związano i wsadzono na wóz. To miała być ich ostatnia podróż. Rosjanie wyrzucili całą trójkę w polu, nakazali uklęknąć. Mykoła słyszał, jak żołnierze kopią im grób. Usłyszał dźwięk zakładanego tłumika i kolejne strzały. Złowił uchem jeszcze ostatnie jęki braci, gdy Rosjanie zasypywali ich ziemią. Na policzku czuł spływającą krew — opowiadał w materiale telewizji Suspilne.

Mykoła nie chciał umierać. 33-latek wydostał się z dołu i ruszył w poszukiwaniu drogi do domu. Nie wiedział, gdzie się znajduje. Miał świadomość, że Rosjanie są w pobliżu. Przeszedł krótką drogę, schronił się w jednym z opuszczonych domów. Rankiem następnego dnia wyruszył na dalsze poszukiwania.

Po drodze spotkał życzliwych ludzi, którzy wskazali mu drogę, dali jeść i pić, a on opowiedział im swoją historię. Po 12 godzinach marszu w końcu ujrzał znajome zabudowania. Przeszedł lasem do domu swojego ojca. Ten źle zniósł wiadomość o śmierci synów, zaczął krzyczeć. Mykoła potrzebował opieki medycznej, którą otrzymał od miejscowej lekarki. Nie chciano ryzykować transportu do szpitala.

Niedługo później Rosjanie wycofali się, a linia frontu przesunęła się na wschód. 2 kwietnia Mykoła i jego siostra ruszyli w poszukiwaniu zwłok braci. Ostatecznie sprawą zajęły się ukraińskie władze, które początkowo nie mogły uwierzyć w prawdziwość tej historii. Krok po kroku zaczęto znajdywać kolejne przedmioty należące do braci. Ciała wciąż były jednak zakopane.

Udało się dopiero za piątym razem. Ciała wykopano i przewieziono do Czernihowa. 21 kwietnia, dokładnie miesiąc po egzekucji, zabici bracia spoczęli obok matki na lokalnym cmentarzu. Jak pisze "WSJ", ojciec braci jest grabarzem, ale tym razem nie był w stanie wykonać swoich obowiązków. Kolejne zbrodnie wojenne popełniane przez Rosjan w okolicach Kijowa są skrzętnie dokumentowane.

onet.pl

niedziela, 15 maja 2022


W początkach 1945 r. do Moskwy zaczęły napływać, z zajętych przez Armię Czerwoną terenów północno-zachodniej Polski i wschodnich Niemiec, raporty na temat zdobyczy wojennych. Informowano w nich o zakładach przemysłowych, kopalniach itp., które niemal nietknięte wpadły w ręce żołnierzy radzieckich.

Sam Gieorgij Żukow meldował Stalinowi, że jego oddziały zdobyły w całości fabryki m.in. w Łodzi, Tomaszowie, Radomiu, Bydgoszczy i innych mniejszych miejscowościach. Radzieckiego marszałka cieszyło przede wszystkim zajęcie wielkiej liczby cukrowni i gorzelni.

Przemysł ten znajdował się na terenach przedwojennej Polski i na ziemiach niemieckich, przyznanych nam jako rekompensatę za utracone Kresy. Wydawało się więc naturalnym, że zostanie przejęty przez państwo polskie, tym bardziej że od początku wojny byliśmy członkiem koalicji antyhitlerowskiej, a Wojsko Polskie walczyło również u boku Sowietów.

Nic bardziej mylnego. Sowiecki dyktator podjął decyzję, która najdobitniej pokazuje, jaki charakter miało mieć to nasze "wyzwolenie". Postąpił jak z terytorium podbitym i nakazał demontaże wszelkich urządzeń przemysłowych. Do tego celu powołano, kierowany przez Gieorgija Malenkowa, Komitet Specjalny. Jego zadaniem było centralne koordynowanie wywozu zdobyczy wojennych i rozdzielanie ich na terenie ZSRR.

10 stycznia 1945 r. Rada Komisarzy Ludowych wydała rozporządzenie regulujące sposoby postępowania ze zdobyczami wojennymi. Sankcjonowało to podział kompetencji między poszczególnymi organami władzy radzieckiej na zajętych ziemiach. I tak wojsko miało zająć się konfiskatą, demontażem i zabezpieczeniem łupów, a następnie przekazać je odpowiednim cywilnym przedstawicielom komisariatów ludowych. Zadaniem tych ostatnich była organizacja wywozu zdobytych urządzeń do Związku Radzieckiego.

Wywozowi podlegały praktycznie wszystkie rzeczy posiadające jakąkolwiek wartość materialną. Bogdan Musiał w książce "Wojna Stalina…" cytuje rozkaz podpisany przez generała pułkownika Nikołaja Bułganina, który mianem zdobyczy wojennych określa:

(…) zakłady, majątki ziemskie, dwory, magazyny, spichlerze, sklepy z wszelkim asortymentem, maszyny rolnicze, artykuły spożywcze, paliwo, pasza, bydło, porzucony sprzęt gospodarstwa domowego i inne przedmioty, które nasze wojska zdobyły w miastach, wsiach i centrach przemysłowych znajdujących się na terytorium nieprzyjaciela.

Aby podołać tak wielkiemu wyzwaniu logistycznemu, jakim był wywóz ogromu wszelkich dóbr, utworzono specjalne "trofiejne otriady". Były to jednostki dwojakiego rodzaju. Pierwsze, liczące 500 osób, były to tzw. bataliony robocze. Mniejsze, liczące po 50 osób, tworzyły grupy poganiaczy bydła. Łączna liczba członków "trofiejnych" komand szacowana jest na około 100 tys. ludzi.

Wkrótce rozpoczęła się grabież na ogromną skalę i oddziały "trofiejne" zaczęły konfiskować wszystko, co tylko wpadło im w ręce. Z samego Górnego Śląska Sowieci zamierzali wywieźć między 1 kwietnia a 1 czerwca 1945 r. 975 tys. ton węgla, który wówczas był surowcem o znaczeniu strategicznym.

Od 1 czerwca planowany dzienny urobek śląskich kopalni, pracujących pod radzieckim nadzorem, miał wynosić 26 tys. ton. Aby przyspieszyć transport tego cennego surowca, zamierzano znacznie rozbudować linie kolejowe, biegnące przez nasz kraj na wschód.

Przystąpiono również do demontażu szeregu zakładów przemysłowych. I tak np. w Gliwicach w ciągu 25 dni zdemontowano urządzenia walcowni rur. Kolejne na liście były huty w Bobrku koło Bytomia oraz Łabędach. W tych ostatnich zdemontowano kolejną walcownię.

Szczególnie katastrofalne znaczenie dla gospodarki na Śląsku miał demontaż elektrowni. Dotyczyło to zakładów w Miechowicach, Zabrzu, Zdzieszowicach, Mikulczycach, Blachowni Śląskiej i Chełmsku Śląskim. Aby wywieźć całą aparaturę z Miechowic, potrzeba było aż 834 wagonów. Zakład rozebrano do ostatniej śrubki. Po wojnie trzeba było odbudować wszystko od podstaw.

O ile wszystkie wymienione wcześniej miejscowości należały przed wojną do Niemiec, to z początkiem marca Stalin podpisał kolejne rozporządzenia, tym razem dotyczące zakładów zlokalizowanych na naszym przedwojennym terytorium.

Pod nóż, a raczej pod młotek sowieckich oddziałów demontażowych poszły przedsiębiorstwa przemysłowe w Sosnowcu, Dąbrowie Górniczej, Częstochowie, Zgodzie, Chorzowie, Siemianowicach, Poznaniu, Bydgoszczy, Grudziądzu, Toruniu, Inowrocławiu, Włocławku, Chojnicach, Łodzi, Dziedzicach, Oświęcimiu i Chorzowie.

Z samej Bydgoszczy do ZSRR miało być wywiezionych 30 dużych zakładów. Podobnie jak około 250 jednostek pływających wchodzących w skład flotylli Kanału Bydgoskiego. Grudziądz został dosłownie ogołocony z przemysłu, nawet tego stanowiącego własność małych firm.

W Toruniu na 46 wagonów kolejowych załadowano wyposażenie miejscowych młynów, skutkiem czego w mieście zabrakło chleba. Z magazynów toruńskich zakładów spirytusowych nasi "wyzwoliciele" skonfiskowali większość z 4 mln litrów spirytusu. Nawet miejskie zakłady komunalne straciły swoje śmieciarki.

Szczególnie duże znaczenie Sowieci przywiązywali do demontażu niemieckich zakładów paliw syntetycznych. Chodziło tu głównie o wielkie zakłady w Blachowni Śląskiej, które docelowo mogły produkować 350 tys. ton paliw rocznie. Zakład mógł być niezwykle cenny dla odbudowującej się Polski. "Przyjazny Sowietom" rząd polski wysłał nawet delegacje do Moskwy, aby ta zaniechała jego rekwizycji.

Polscy towarzysze zostali jednak odprawieni z kwitkiem a do ZSRR pojechało prawie 10 tys. wagonów wyładowanych urządzeniami wyżej wymienionego przedsiębiorstwa. Jeszcze więcej, bo prawie 14 tys. Wagonów, potrzeba było do wywiezienia zakładów benzyny syntetycznej w Policach.

Podobnie było z transportem kolejowym. W tym przypadku Sowieci brali wszystko, co tylko mogło im się przydać. Rozbierano trakcję kolejową, parowozownie, wagonownie, warsztaty naprawcze itp. Z terenów dzisiejszej Polski zniknęło około 5500 km linii kolejowych. Dla porównania łączna długość linii kolejowych w Polsce w 2010 r. wynosiła 22 tys. 46 km.

Również rolnictwo nie uniknęło strat związanych z "wyzwoleniem". Stalin osobiście podpisał rozporządzenia, na mocy których przegnano z obecnego terytorium Polski do ZSRR wielkie stada koni i bydła. Łącznie do 1 września 1945 r. zarekwirowano 506 tys. sztuk bydła, ponad 114 tys. owiec i 206 tys. koni.

Rekwizycji podlegały również płody rolne oraz ich przetwory. Już w lutym 1945 r. przetransportowano do ZSRR 72 tys. ton cukru. Z samego tylko powiatu toruńskiego wywieziono ponad 14 tys. ton zboża, 20 tys. ton ziemniaków i 21 tys. ton buraków pastewnych.

Jakby tego było mało, niezależnie od radzieckich łupiestw, "rząd polski" zobowiązał się dostarczyć "sojusznikowi" 150 tys. ton zboża, 250 tys. ton ziemniaków, 100 tys. ton słomy i 25 tys. ton mięsa.

Do rozboju firmowanego przez państwo radzieckie dochodził jeszcze prywatny szaber prowadzony przez czerwonoarmistów. Aby zaprowadzić jaki taki porządek, Ludowy Komisariat Obrony pod koniec 1944 r. wprowadził specjalne przepisy regulujące ten proceder.

W ich myśl wzorowi żołnierze mogli raz w miesiącu wysłać trofiejną paczkę. Jej ciężar uzależniony był od stopnia. Dla szeregowców wynosił 5 kg. Oficerowie – jak stwierdzał Antony Beevor w książce "Berlin 1945. Upadek" – mogli wysłać paczkę dwa razy większą. Wobec generałów i oficerów jednostek Smiersza żadnych limitów nie stosowano. Bywało, że starsi oficerowie wysyłali do domów nawet całe wagony zdobyczy.

A jakie były najpopularniejsze suweniry? Była to głównie żywność, ubrania, buty, radia, zastawy stołowe, naczynia, pościel, rowery, zegarki, a nawet gwoździe, szyby czy sedesy. Skala tego wywozu również była ogromna.

Catherine Merridale w książce "Wojna Iwana. Armia Czerwona 1939–1945" podaje przykład Kurska. W styczniu 1945 r. do miasta tego przyszło ledwo 300 paczek. Do końca maja ich liczba wyniosła aż 87 tys. sztuk. W pobliżu dworca wybudowano magazyn mający chronić łupy przed pogodą oraz schronisko dla brygad rozładowujących wagony i dostarczających paczki do odbiorców. A Kursk był tylko jednym z wielu takich miast.

onet.pl

sobota, 14 maja 2022


Lend-Lease nie jest dostawą amunicji wojskowej i surowców jako takich. To mechanizm upraszczający formalności w celu maksymalnego skrócenia i uproszczenia dostaw, wyłącznie administracyjno-prawny mechanizm płacenia za nie z wykorzystaniem pieniędzy podatników amerykańskich bez bezpośredniej zgody tych podatników, którzy ramowo, pośrednio na to przystali poprzez swoich przedstawicieli w Kongresie.

Demokracja jako taka jest zjawiskiem dość inercyjnym, prawie szkodliwym w realnej wojnie lub w obliczu globalnego zagrożenia bronią niekonwencjonalną. Zgodnie z fundamentalną zasadą amerykańskiej demokracji, że nie ma podatków bez reprezentacji, ważne decyzje wymagają formalnej zgody elektoratu, co oznacza długotrwałe wysłuchania publiczne i ścisłe przestrzeganie procedur. Ten mechanizm doskonale sprawdza się w czasie pokoju.

Natomiast przez Lend-Lease Act Kongres deleguje prezydentowi USA wyłączne (!) prawo dysponowania środkami podatników na bezpośredni zakup amunicji dla krajów zdolnych do skutecznego przeciwstawiania się systemowym zagrożeniom dla demokracji.

I 80 lat temu, i dziś chodzi przede wszystkim o bezpieczeństwo amerykańskiej demokracji. Kiedyś prezydent Franklin Delano Roosevelt wyjaśnił to na przykładzie węża ogrodowego, który dobry gospodarz musi podać sąsiadowi, aby ten ugasił pożar u siebie, bo jeśli sąsiadowi zabraknie środków na przezwyciężenie katastrofy, ogień zniszczy nie tylko jego posiadłość, ale i wszystko wokół. To przekonało amerykańskich wyborców.

Teraz jesteśmy świadkami wznowienia ustawy, która tymczasowo usuwa wszelkie biurokratyczne przeszkody utrudniające zakup broni i innych zasobów dla Ukrainy, ponieważ stopień zagrożenia, jaki Kreml stwarza dziś dla światowej demokracji, jest oceniany przez Kongres na poziomie zagrożenia sprzed 80 lat ze strony nazistowskich Niemiec. Wagę tej decyzji trudno przecenić.

Dokument, podpisany przez prezydenta Joe’go Bidena 9 maja 2022 roku, nazywa się wprost „Aktem wspierania demokracji w Ukrainie”. W końcu sprzeciw Ukrainy wobec neoimperializmu dążącego do zrewidowania skutków zimnej wojny Putina, ze wszystkimi jego hybrydowymi i niekonwencjonalnymi zagrożeniami, w Stanach Zjednoczonych jest postrzegany jako gwarancja przetrwania globalnego systemu wartości demokratycznych i demokracji amerykańskiej w szczególności.

Podobnie jak podczas prezydentury Roosevelta, Kongres dał Bidenowi maksymalną możliwą deregulację procedur finansowych i wyeliminowania wszelkich możliwych formalności biurokratycznych w procesie dostarczania Ukrainie broni koniecznej do odniesienia zwycięstwa, a nie tylko zatrzymania ofensywy, jak w pierwszych tygodniach wojny.

Według Aktu o Lend-Lease płatność za dostawy Ukrainie materiałów krytycznych zostanie pobrana dopiero po zakończeniu działań wojennych, włącznie z niewykorzystaną amunicją, którą Ukraina postanowi zachować do swojej dyspozycji.

Mimo że w styczniu 2022 roku rząd ukraiński skierował do USA wniosek o wznowienie programu Lend-Lease dla Ukrainy, realne działania i kroki prawnie regulujące porozumienie zostały podjęte dopiero po klęsce rosyjskiej armii pod Kijowem, Charkowem i Czernihowem w marcu. Należało bowiem przekonać Kongres, że broń i pomoc materialna nie zostaną porzucone przez zdemoralizowane wojska aliantów i nie wpadną w ręce wroga. Chodziło oczywiście o uniknięcie tego, co zdarzyło się w 2021 roku, kiedy najnowsze egzemplarze zachodniego sprzętu wojskowego bez walki wpadły w ręce talibów w Afganistanie.

Wcześniejsze wprowadzenie tego mechanizmu było mało prawdopodobne, gdyż według zachodniego wywiadu armia rosyjska powinna była przejęć kontrolę nad stolicą Ukrainy w ciągu 72 godzin, a w ciągu kolejnej doby całkowicie złamać opór armii ukraińskiej. Żródła takich wyliczeń wywiadowczych powinny być przedmiotem osobnej analizy, po zakończeniu aktywnej fazy działań wojennych na Ukrainie.

Zrównoważenie sił ZSRR i III Rzeszy było niezbędne dla uruchomienia pierwszego Lend-Lease na froncie wschodnim. Stało się to dopiero zimą 1942 roku w wyniku taktycznego zwycięstwa pod Moskwą. Jednocześnie alianci zrozumieli, że mimo niepowodzenia operacji „Tajfun” prowadzonej przez Wehrmacht, balans zasobów między ZSRR a III Rzeszą na początku 1942 roku był dla armii sowieckiej niekorzystny. Mogła ona związać główne siły ofensywne grupy armii Centrum pod Stalingradem, ale na wszystkich innych odcinkach frontu nie należało do rzadkości, że jeden karabin przypadał na dwóch żołnierzy. Czasem wynikało to z błędnych obliczeń zaskakująco nieefektywnej logistyki armii radzieckiej, kiedy indziej było skutkiem zniszczenia przez Luftwaffe magazynów amunicji.

Kalkulacje niemieckiego dowództwa wojskowego były poprawne: bez broni, paliwa i pojazdów wojska radzieckie straciłyby inicjatywę nawet w obronie, nie mówiąc już o akcjach kontrofensywnych. Ale – podobnie jak w 2022 roku – agresor nie wziął pod uwagę determinacji sojuszników w koalicji antyhitlerowskiej, którzy zdecydowali się na otwarcie de facto drugiego frontu – materialnego i technicznego.

Historia nie lubi gdybania, ale możemy sobie wyobrazić, do czego doprowadziłby kryzys na froncie wschodnim, gdyby nie Lend-Lease. W latach 60. ubiegłego wieku w ZSRR ukazała się limitowana edycja wspomnień marszałka Borysa Szaposznikowa. W tym wydaniu cenzorzy w cudowny sposób przeoczyli fragment z dość krytyczną oceną rzeczywistego stanu logistyki Armii Czerwonej na początku wojny z III Rzeszą. Gdyby nie pomoc aliantów, pod koniec 1942 roku sowieci musieliby walczyć tylko karabinami i jeść głównie paszę dla zwierząt – zwłaszcza po całkowitej okupacji Ukrainy i Kaukazu Północnego pod koniec 1941 roku, oszczędzając chleb i konserwy na zimę. W drugim wydaniu tych wspomnień w latach 70. usunięto ten i wiele innych fragmentów, choć do dziś zachowały się rzadkie egzemplarze z pierwszego wydania. Na początku naszego stulecia w Rosji próbowano ponownie opublikować te wspomnienia w wersji oryginalnej, ale coś temu przeszkodziło.

Historycy, tacy jak Rosjanin Mark Sołonin oraz Amerykanie Stephen Broadberry i Mark Harrison, doszli do podobnych wniosków co Szaposznikow. Według ich szacunków z powodu braku benzyny wysokooktanowej sowieckie samoloty powinny przestać latać do końca 1942 roku – na więcej nie wystarczyłoby paliwa w magazynach położonych dalej od linii frontu. Podobnie, ze względu na krytyczny brak smarów, czołgi radzieckie, które w tamtym czasie były główną siłą napędową kontrofensywy, powinny były zostać całkowicie unieruchomione.

Równie poważnym problemem w ZSRR był brak metali nieżelaznych potrzebnych do produkcji amunicji. Z tego powodu pod koniec 1943 roku sowieckie karabiny i karabiny maszynowe powinny były ostatecznie przestać strzelać.

Z kolei powszechna sepsa spowodowana brakiem półsyntetycznej penicyliny doprowadziłaby do śmierci około 60% czerwonoarmistów, co uniemożliwiłoby nawet przeprowadzenie kampanii obronnej, nie mówiąc już o kontrofensywie.

(...)

Już wiosną 1942 roku trzy czwarte zapasów żywności Armii Czerwonej składało się z amerykańskiego gulaszu i innych wysokokalorycznych konserw, które transportowano morzem przez Arktykę do Archangielska oraz przez Syberię i Ural z Władywostoku. Konserwy z Lend-Lease stanowiły 480% krajowej produkcji racji żywnościowych dla żołnierzy. Moja matka wspomina, że jeszcze na początku lat 50. w Odessie można było je kupić lub wymienić na Privozie, głównym bazarze miasta działającym bez zbędnej regulacji.

Najważniejsze było jednak zaopatrzenie ZSRR w zasoby materiałowo-techniczne i surowce. Nawet według oficjalnej, w dużym stopniu zakamuflowanej, statystyki, dostawy miedzi (niezbędnej do produkcji pocisków) w ramach Lend-Lease były wysokości 76% sowieckiej produkcji, aluminium, które w pełni wykorzystywano do produkcji samolotów wojskowych, 176%, cyny 223%, a wełny, z której szyto ubrania dla czerwonoarmistów, 102%.

Ponad połowa materiałów wybuchowych używanych przez armię sowiecką w czasie wojny – prawie 300 tysięcy ton – przybyła w konwojach od aliantów zachodnich. Przez samą Arktykę alianci dostarczyli ZSRR ponad 4 miliony ton krytycznego ładunku wojskowego i humanitarnego. Przez Pacyfik dotarło 7,4 miliona ton surowców. Ponad 4 miliony ton przetransportowano przez porty Zatoki Perskiej.

Aby zwiększyć przepustowość kolei na kontrolowanym przez aliantów Bliskim Wschodzie, przemysłowy gigant General Motors zbudował w Iranie dwie fabryki produkujące ciężarówki Studebaker oraz jeepy Dodge i Willys — jedyne dwuosiowe pojazdy Armii Czerwonej. Co więcej, były to najlepsze ciągniki artyleryjskie w ZSRR do połowy lat 60. XX wieku. W celu zapewnienia dostaw surowców do rafinerii w Baku, alianci przedłużyli dwa rurociągi o długości ponad 800 kilometrów z Zatoki Perskiej przez Iran w ciągu zaledwie trzech miesięcy.

W sumie ZSRR dostał 447 785 pojazdów, co stanowiło 33% całego parku frontowego, włączając sprzęt zdobyty. W czasie całej wojny sowiecki przemysł samochodowy wypuścił z taśm montażowych tylko 265 tysięcy pojazdów, których jakość pozostawiała wiele do życzenia i kosztowała to, co najważniejsze, czyli życie żołnierzy. USA przekazywały wojskowe ciężarówki zdolne do wykonywania swoich funkcji w warunkach frontowych, posiadające opancerzenie chroniące przed minami i opony zdatne do jazdy w każdej pogodzie. Natomiast ZSRR produkował wyłącznie pojazdy gospodarcze przerabiane na cele wojskowe.

Przewaga taktyczna na froncie wschodnim byłaby niemożliwa do osiągnięcia bez sprawnego transportu kolejowego. W ramach Lend-Lease’u Związek Radziecki otrzymał więc 1900 parowozów i 66 lokomotyw spalinowo-elektrycznych, podczas gdy sam wyprodukował w trakcie wojny 92 lokomotywy. Po torach od Uralu do Łaby jeździło 11 075 wagonów dostarczonych w ramach programu Lend-Lease, czyli 12 razy więcej niż produkcja własna ZSRR.

Do samego końca wojny Armia Czerwona prowadziła ofensywne operacje, ponosząc wysoką, nieuzasadnioną cenę liczoną w życiu żołnierzy. Ale byłaby ona jeszcze wyższa, gdyby nie osłona z powietrza zapewniona przez samoloty, w tym najlepszej maszyny tej wojny, Bell P-39 Airacobra. Do ZSRR trafiła ponad połowa z łącznej liczby 9500 Airacobr wyprodukowanych podczas wojny przez USA. Do tego trzeba dodać też bombowce typu Tomahawk, Kittyhawk, Kingcobra, Thunderbolt, Boston i Mitchell oraz brytyjskie myśliwce przechwytujące Spitfire i Hurricane. Wiosną 1945 roku maszyny te stanowiły prawie jedną trzecią całej floty powietrznej Armii Czerwonej.

Oczywiście wszystkie te pojazdy były tankowane wyłącznie benzyną z Lend-Lease, gdyż ZSRR nie produkował paliwa w odpowiednim standardzie, z wymaganą liczną oktanów. Do tego trzeba dodać fakt, że alianci zniszczyli główną część sił Luftwaffe na froncie zachodnim, dokładnie jak dziś bojownicy w Mariupolu krępują główne siły ofensywne Rosji na Donbasie. To właśnie zachodnioeuropejski teatr działań II wojny światowej odpowiadał za 72% strat wszystkich samolotów III Rzeszy, co znacznie zmniejszyło straty materialne i techniczne ZSRR na froncie wschodnim.

Trudno przecenić wkład aliantów w zapewnienie morskiej komunikacji. W ramach Lend-Lease ZSRR otrzymał ponad 2500 statków, w tym trzy lodołamacze, co stanowiło jedną trzecią sowieckiej floty wojskowej i cywilnej. Pamiętać też trzeba, że dziesiątki statków ze sprzętem i ładunkiem humanitarnym od sojuszników utracono na wodach Atlantyku w wyniku ataków Kriegsmarine. Najtragiczniejszym był 1942 rok, kiedy zatonęły 63 z 256 statków płynących do wybrzeży ZSRR. Ale nawet to nie powstrzymało aliantów.

new.org.pl