wtorek, 8 marca 2022


Izrael zachowywał neutralność w sprawie trwającego od 2014 r. konfliktu na Ukrainie. Uzasadnieniem była obawa przed zantagonizowaniem Rosji w związku z jej militarną obecnością w Syrii. Porozumienie wypracowane ze stroną rosyjską przez poprzednie izraelskie władze umożliwia Izraelowi ataki na cele w Syrii, m.in. na siły irańskie czy transporty broni dla Hezbollahu. Dlatego rząd Izraela obawia się, że głębsze zaangażowanie po stronie Ukrainy i jej sojuszników doprowadzi do zmiany postawy Rosji i uniemożliwi operacje przeciwko zagrożeniom regionalnym. Izrael – również po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji – uzasadniał też swoją ostrożną politykę obawą o bezpieczeństwo obecnej na Ukrainie i w Rosji ludności pochodzenia żydowskiego i własnych obywateli. Zwraca także uwagę na możliwe regionalne konsekwencje rosyjskiej agresji – wzmożenie aktywności wojskowej Rosji w Syrii i na Morzu Śródziemnym, problemy związane z zaopatrzeniem (np. w zboża) czy destabilizację rynków państw regionu. Dodatkowym powodem powstrzymywania się przed potępianiem Rosji jest jej udział w trwających negocjacjach porozumienia o denuklearyzacji z Iranem, którego przywróceniu w proponowanej formie Izrael się sprzeciwia.

Minister spraw zagranicznych Jair Lapid potępił agresję Rosji i poparł suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy (Izrael głosował też za stosowną rezolucją ZO ONZ). Mimo to wśród izraelskich władz widoczna jest wstrzemięźliwość w krytykowaniu Rosji. Jest to widoczne np. w słabej krytyce wykorzystania w rosyjskiej propagandzie nawiązań do II wojny światowej i Holokaustu. Izrael nie dołączył do obecnie wprowadzanych sankcji przeciw Rosji i nie zdecydował się na przekazanie uzbrojenia stronie ukraińskiej. W sferze dyplomatycznej zaangażował się w działania mediacyjne (w ub.r. oraz przed inwazją Ukraina zwracała się do izraelskich władz o pomoc w tej kwestii). Premier Naftali Bennett jest jednym z nielicznych przywódców, którzy pozostają w stałym kontakcie zarówno z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim, jak i z Władimirem Putinem. Z przywódcą Rosji spotkał się 5 marca w Moskwie, a wizyta ta była następnie przedmiotem rozmów z przywódcami Ukrainy, Niemiec i Francji. W wymiarze bezpośrednim Izrael koncentruje się na przekazywaniu pomocy humanitarnej (podjęto m.in. decyzję o utworzeniu szpitala polowego na Ukrainie) i udzielaniu wsparcia (w postaci np. środków materialnych) dla ludności żydowskiej i dla swoich obywateli wciąż przebywających w strefie konfliktu. Izrael od wybuchu wojny przyjął około 3 tys. obywateli Ukrainy (w tym ukraińskich Żydów zdecydowanych na stałą imigrację), łącznie w Izraelu ma obecnie znajdować się ok. 26 tys. Ukraińców, którzy nie mają izraelskiego obywatelstwa.

Pierwsze badania sondażowe wskazują na szerokie poparcie dla Ukrainy w społeczeństwie izraelskim. Wśród ludności żydowskiej wynosi ono ok. 75%, 10% z kolei popiera Rosję. Podobne wyniki odnotowano wśród liczącej ok. 1 mln. populacji rosyjskojęzycznych Izraelczyków, a odsetki poparcia wśród ludności arabskiej wynoszą odpowiednio 41% i 35%. Konflikt nie wpływa na wzrost napięć wewnątrz izraelskiego społeczeństwa, w tym np. między obywatelami pochodzącymi z Ukrainy i z Rosji. Politykę władz wobec konfliktu popiera ok. 54% Izraelczyków.

Działania izraelskiego rządu spotykają się jednocześnie z krytyką ze strony opozycji. Podstawowe zarzuty – kierowane np. przez byłego premiera Benjamina Netanjahu – dotyczą braku koncentracji na głównym strategicznym wyzwaniu, jakim dla Izraela jest polityka Iranu i bliska perspektywa reaktywacji JCPOA. Izraelskie władze obawiają się, że w obliczu wojny na Ukrainie chęć USA szybkiego sfinalizowania rozmów będzie skutkować poważnymi ustępstwami na korzyść Iranu i w efekcie np. zwiększeniem jego obecności w Syrii i wsparciem regionalnych grup zbrojnych.

Obawy Izraela przed ograniczeniem swobody operacyjnej w Syrii przeciwko Iranowi pozostają najważniejszym wyznacznikiem jego polityki wobec Rosji. Izrael będzie starał się utrzymać dotychczasową strategię, koncentrując się na wsparciu humanitarnym, a także przygotowując na absorbcję spodziewanej migracji ludności żydowskiej z Ukrainy i Rosji (przewiduje się, że przyjedzie kilkanaście tysięcy osób). Izraelskie władze będą kontynuować działania mediacyjne, istnieje jednak ryzyko, że przez Rosję będą one wykorzystywane instrumentalnie (gra na czas), a dla Izraela będą stanowiły uzasadnienie unikania głębszego zaangażowania. Wraz z przedłużaniem się rosyjskiej agresji presja i krytyka ze strony Ukrainy i jej sojuszników na izraelskie władze oraz żądania porzucenia dotychczasowego stanowiska będą rosnąć. Utrzymanie asekuracyjnej postawy wpłynie też na wizerunek Izraela jako major non-NATO ally. Izrael może więc w najbliższym czasie podjąć dodatkowe działania, ale najpierw w obszarach dotyczących go bezpośrednio (np. zabezpieczenie przed próbami wykorzystania państwa przez rosyjskich oligarchów dla omijania sankcji).

pism.pl

Dyrektor Wywiadu Narodowego USA Avril Haines oceniła, że rosyjska inwazja przebiegała tak, jak przewidywał wywiad USA – "tylko Rosjanie napotykają znacznie większy opór ze strony Ukraińców, niż się spodziewali, notując także poważne niedociągnięcia wojskowe".

— Oceniamy, że Moskwa nie doceniła siły oporu Ukrainy i stopnia obserwowanych przez nas wewnętrznych wyzwań militarnych, w tym źle skonstruowanego planu, morale i poważnych problemów logistycznych — stwierdziła.

Zdaniem Haines Putin sprawia wrażenie, że nie przejmuje się stratami jego wojsk na Ukrainie i może nadal kontynuować agresję. Szefowa amerykańskiego wywiadu oceniła, że obie armie poniosły już tysiące ofiar śmiertelnych.

Haines podkreśliła, że Putin raczej nie da się zastraszyć i może eskalować atak na Ukrainę, pomimo niepowodzeń w działaniach militarnych i trudności gospodarczych, wynikających z międzynarodowych sankcji.

— Nasi analitycy oceniają, że takie niepowodzenia raczej nie zniechęcą Putina, a zamiast tego mogą wywołać dalszą jego agresję — powiedziała Haines w przemówieniu w Izbie Reprezentantów.

— Putin czuje się pokrzywdzony, że Zachód nie oddaje mu "należytego szacunku" i postrzega to jako wojnę, której nie może przegrać. Ale to, co może być skłonny zaakceptować jako zwycięstwo, może się z czasem zmienić, biorąc pod uwagę znaczne koszty, jakie ponosi — zauważyła szefowa amerykańskiego wywiadu.

Haines uspokoiła, że jakkolwiek publiczne deklaracje Putina o broni atomowej to coś, czego nie słyszeliśmy od lat 60. ubiegłego wieku, ale wywiad USA "nie zaobserwował realnej zmiany postawy nuklearnej, która wykraczałaby poza to, co widzieliśmy w ciągu ostatnich dekad".

Głos zabrał także szef CIA William Burns. Jego zdaniem Władimir Putin przez wiele lat dusił się w "łatwopalnej kombinacji żalu i ambicji". — To osobiste przekonanie ma większe znaczenie niż kiedykolwiek w systemie rosyjskim. Stworzył system, w którym jego krąg doradców jest wąski, a COVID-19 jeszcze go zawęził — ocenił.

— Putin przez lata komentował prywatnie i publicznie, że nie wierzy, że Ukraina jest prawdziwym krajem. Śmiertelnie się pomylił. Prawdziwe kraje walczą. I to właśnie Ukraińcy bohatersko robią od 12 dni — podkreślił szef CIA.

— Myślę, że Putin jest teraz zły i sfrustrowany. Prawdopodobnie podwoi siły i spróbuje zmiażdżyć ukraińskie wojsko, nie zważając na ofiary cywilne — mówił Burns i dodał, że najbliższe tygodnie będą "paskudne".

Szef DIA Scott David Berrier ocenił, że według ich szacunków w walkach w Ukrainie zginęło między 2 tys. a 4 tys. rosyjskich żołnierzy. To znacznie mniej, niż podaje regularnie armia ukraińska.

onet.pl

W miarę jak inwazja Rosji przybiera na sile, cyfrowi detektywi przeszukują platformy mediów społecznościowych, takie jak TikTok i Twitter, by zebrać dowody potencjalnych zbrodni wojennych popełnionych przez rosyjskie siły. Mają nadzieję, że pomogą one doprowadzić do postawienia zbrodniarzy przed międzynarodowymi trybunałami praw człowieka.

Wielka Brytania twierdzi na przykład, że Rosja użyła bomb kasetowych i bomb próżniowych, które są nielegalne w świetle Konwencji Genewskiej, jeśli zostały użyte przeciwko cywilom. Według organizacji praw człowieka, w tym Amnesty International, a także ukraińskich polityków i dziennikarzy, rosyjskie wojsko wzięło na cel także przedszkola, mieszkania oraz m.in. pomnik Holocaustu w Kijowie.

Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) wszczął dochodzenie w sprawie działań Rosji w czasie wojny w poniedziałek po tym, jak 39 krajów — w tym m.in. Francja, Włochy, Polska, Kanada i Wielka Brytania — złożyło petycję do sądu.

Szeroka społeczność aktywistów, dziennikarzy, badaczy prawa i ochotniczych cyberdetektywów chce pomóc w tej sprawie. Miliony Ukraińców nagrywają inwazję w czasie rzeczywistym i dzielą się szczegółami na największych platformach.

Korzystając z doświadczeń zdobytych podczas innych konfliktów, takich jak te w Donbasie i w Syrii, śledczy zbierają i analizują zdjęcia i filmy Ukraińców, na których widać amunicję, rannych, ataki z powietrza i transmisje na żywo z ruchu czołgów zbliżających się do miast.

— Staramy się zebrać jak najwięcej takich materiałów, a następnie je zarchiwizować, tak by w razie ich usunięcia nie miało to wpływu na przyszłe próby rozliczenia — mówi Eliot Higgins, założyciel Bellingcat, organizacji śledczej znanej z wykorzystywania publicznie dostępnych treści w sieci. — To, co różni Ukrainę od Syrii, to fakt, że wszystko jest tu dostępne od pierwszego dnia — dodaje.

Nagrania zamieszczane w mediach społecznościowych zmieniały już bieg międzynarodowych dochodzeń w sprawie praw człowieka. Jak podaje Human Rights Watch, Niemcy, Finlandia, Holandia i Szwecja skazały ludzi za zbrodnie wojenne w Iraku i Syrii na podstawie materiałów wizualnych zamieszczonych w mediach społecznościowych w co najmniej 10 przypadkach. Treści online zostały również z powodzeniem wykorzystane do ścigania przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym sprawców pozasądowych egzekucji w Libii i niszczenia obiektów Światowego Dziedzictwa.

Cyberśledczy napotykają na dwie poważne przeszkody: czas i sprzęt. Przy setkach godzin materiałów zamieszczanych co minutę na całym świecie śledczy mają do przebrnięcia góry materiału, ale muszą też mieć nadzieję, że algorytmy mediów społecznościowych nie usuną istotnych treści, zanim dotrą do nich analitycy.

— Wielu z nas obawia się, że proces ten będzie coraz bardziej zautomatyzowany przez platformy — mówi Alexa Koenig, dyrektorka Centrum Praw Człowieka w Berkeley's School of Law. Koenig obawia się, że ludzie, którzy ryzykują życiem, by udokumentować postępowanie Rosji w czasie wojny, nie będą w ogóle widoczni.

Po przerażających atakach terrorystycznych, które były transmitowane na żywo do milionów ludzi, takich jak zamach w Christchurch w Nowej Zelandii, firmy technologiczne próbują szybko rozprawiać się z treściami terrorystycznymi lub skrajnie brutalnymi. Nowe prawo europejskie zmusi media społecznościowe do usuwania treści terrorystycznych w ciągu 24 godzin, począwszy od czerwca. Media społecznościowe coraz częściej uciekają się do sztucznej inteligencji, aby wykrywać i usuwać brutalne treści na dużą skalę, co utrudnia śledczym znalezienie odpowiednich treści. Poza algorytmami, prośby rządów i osób prywatnych o usunięcie treści mogą także skłaniać platformy do usuwania potencjalnie istotnych treści.

Aby ułatwić znalezienie takich treści, aktywiści i prawnicy wezwali firmy z branży mediów społecznościowych do stworzenia półprywatnych repozytoriów istotnych postów, filmów i zdjęć — nawet jeśli naruszają one ich wytyczne dotyczące mediów społecznościowych — do których prokuratorzy, badacze i ofiary będą mogli później uzyskać dostęp, zbadać je i zweryfikować.

— Obecnie dąży się do stworzenia cyfrowych magazynów dowodowych, co oznacza, że musimy przejść od nieformalnego, niespójnego, nieprzejrzystego, doraźnego podejścia do takiego, które jest bardziej uporządkowane — tłumaczy Sam Gregory, dyrektor programowy organizacji pozarządowej NGO Witness. — [Media społecznościowe] odgrywają naprawdę dużą rolę, szczerze mówiąc większą, niż by chciały — uważa Koenig.

onet.pl

Wojny i interwencje z udziałem wojsk NATO w ostatnich trzech dekadach przyzwyczaiły, że aktem je otwierającym jest zmasowany atak na cały system obrony przestrzeni powietrznej przeciwnika. Tak, aby go obezwładnić jak najszybciej i zapewnić sobie dominację w powietrzu, która przekłada się na ogromną przewagę w walkach na ziemi. Spodziewano się więc, że Rosjanie będą starali się taką strategię skopiować i przeprowadzić po swojemu.

Tymczasem nic takiego się nie stało. Jakby Rosjanie się z jakiegoś powodu ograniczali i nie chcieli większymi siłami wlatywać nad Ukrainę. Zamiast próbować przygnieść Ukraińców, wydawali się przede wszystkim skupiać na unikaniu większego ryzyka. Co więcej, przynajmniej w pierwszych dniach wojny, nic nie wskazywało na dużą aktywność rosyjskich bombowców taktycznych i samolotów szturmowych, które mogłyby napsuć dużo krwi ukraińskim oddziałom na ziemi. W wielu rejonach Ukrainy nadal ich nie widać.

Zachodni analitycy zaczęli poszukiwać wytłumaczeń niezrozumiałego rosyjskiego zachowania. Jedną z takich analiz przygotował Justin Bronk z brytyjskiego think tank RUSI. Jego zdaniem przyczyn może być kilka, ale jedna najpewniej jest kluczowa.

Po pierwsze od lat na Zachodzie spekulowano, że Rosjanie mają ograniczone zapasy broni precyzyjnej dla swojego lotnictwa. Zwłaszcza w porównaniu do Amerykanów, którzy od lat 90. praktycznie nie stosują już najzwyklejszych niekierowanych bomb i rakiet. Rosjanie ze względu na mniejsze zasoby finansowe i zdolności produkcyjne nie mogli pozwolić sobie na porównywalne zakupy. Widać to było między innymi w Syrii, gdzie większość codziennych nalotów była przeprowadzanych prostymi rakietami i bombami bez naprowadzania. Teraz na Ukrainie dzieje się to samo. Naloty są przeprowadzane niemal wyłącznie bez naprowadzania. W tym w miastach, w sposób zbrodniczy. (...)

Być może Rosjanie to, co mają najcenniejszego, oszczędzają na ewentualną czarną godzinę, gdyby doszło do jakiegoś konfliktu z NATO. Ukraińskie wojsko uznają za mniej poważnego przeciwnika, więc dla niego mają tylko zwykłe bomby jak za II wojny światowej. Jednak zdaniem Bronka to nie tłumaczy do końca, dlaczego Rosjanie od pierwszych chwil wojny nie prowadzą zmasowanych działań mających na celu wyeliminowanie ukraińskiej obrony. Gdyby chcieli i byli gotowi podjąć większe ryzyko, to nawet zwykłymi bombami przy pomocy nowoczesnych systemów celowniczych można dość precyzyjnie niszczyć bazy lotnicze i stanowiska systemów przeciwlotniczych. Co więcej, to nie tłumaczy ogólnie małej aktywności rosyjskiego lotnictwa, które ewidentnie nie ma przecież skrupułów przed bombardowaniem ludności cywilnej bombami bez żadnego naprowadzania.

Kolejna możliwa przyczyna to zdaniem analityka brak zaufania co do zdolności koordynacji działań z wojskami lądowymi. Brak dobrej komunikacji pomiędzy ziemią i powietrzem ma być od zawsze problemem Rosjan. Zarówno jeśli chodzi o uniknięcie zestrzeleń własnych samolotów przez rozbudowany system przeciwlotniczy wojsk lądowych, jak i o naprowadzanie atakujących samolotów na Ukraińców. Rosjanie nie mają tylu kontrolerów naprowadzania co wojska NATO, a ich wyposażenie jest znacznie mniej zaawansowane. Być może z tego powodu lotnictwo nie jest skłonne działać nad swoimi własnymi wojskami i przeprowadzać naloty w ich bezpośrednim pobliżu.

Ostatnia i najważniejsza przyczyna zdaniem Bronka to najwyraźniej poważne braki w wyszkoleniu. Z obserwacji rosyjskich działań wynika, że po prostu Rosjanie nie potrafią planować, koordynować i przeprowadzać złożonych operacji powietrznych. Podobne wnioski przestawia w wywiadzie dla portalu "The Aviationist" Guy Plopsky, izraelski analityk koncentrujący się między innymi na rosyjskim lotnictwie. - Obserwując oficjalne relacje rosyjskiego ministerstwa obrony z różnych ćwiczeń lotnictwa, możemy zauważyć, że nie są one specjalnie skomplikowane, a stosowane w ich trakcie taktyki raczej nie nadają się na prawdziwe pole walki, gdzie istnieje jakieś zagrożenie - mówił.

Wygląda na to, że choć na przestrzeni ostatnich dwóch dekad Rosjanie przyjęli na uzbrojenie kilkaset nowoczesnych myśliwców i bombowców Su-30/34/35 oraz zmodernizowanych starszych maszyn radzieckich, to nie potrafili opracować efektywnych sposobów ich użycia i nauczyć tego pilotów. Jak mówi Plopsky, większość rosyjskich ćwiczeń to proste loty po wyznaczonej trasie, bombardowania bronią bez naprowadzania przy dobrej pogodzie czy symulowane pojedynki na krótkich dystansach w parach. Tak naprawdę to podstawy, które nijak się mają do operowania w skomplikowanej rzeczywistości, jaką jest niebo nad Ukrainą, gdzie jest ryzyko spotkania wrogich myśliwców i natknięcia się na wrogą oraz własną obronę przeciwlotniczą.

Statystycznie rosyjski pilot, bazując na oficjalnych deklaracjach ministerstwa obrony Rosji, w ciągu roku spędza 100-120 godzin w powietrzu. Biorąc pod uwagę, że ci nieliczni działający nad Syrią na pewno istotnie zawyżają statystykę, podobnie jak piloci samolotów transportowych, to przeciętny pilot nieruszający się z bazy gdzieś w Rosji, może mieć na koncie nawet mniej. Tymczasem zachodni piloci są zdania, że bez wylatania ponad 200 godzin rocznie bardzo trudno jest utrzymać wszystkie nawyki i umiejętności niezbędne do wykorzystania w pełni samolotu wielozadaniowego w rodzaju F-16. Co więcej, rosyjscy piloci nie mają dostępu do takich symulatorów, jak piloci zachodni.

Ogólnie jest więc jak najbardziej możliwe, że po prostu większość rosyjskiego lotnictwa nie ma odpowiednich umiejętności. Piloci nie potrafią wykonywać skomplikowanych misji w dużych formacjach, których część osłania na wypadek pojawienia się wrogich myśliwców, część szuka wrogich radarów i wyrzutni rakiet, a część czeka w gotowości do ich zaatakowania. Nic nie wskazuje też na to, aby potrafili wykonywać precyzyjne naloty, pozostając w komunikacji ze swoim wojskiem na ziemi. Wobec czego zazwyczaj latają stosunkowo nisko i korzystając z naprawdę nowoczesnych maszyn o dobrych parametrach, stosują metody nieodbiegające istotnie od II wojny światowej.

Potwierdzeniem braku wiary w odpowiednie wyszkolenie jest to, kto pilotuje zestrzelone przez Ukraińców samoloty. Ich załogi często katapultują się i dostają się do niewoli. Notorycznie są to relatywnie wysocy rangą majorowie i podpułkownicy. Dowódcy dywizjonów czy zastępcy dowódców całych pułków.

gazeta.pl

- Jaką Rosję zostawił pan, wsiadając do samolotu?

Andrzej Zaucha, moskiewski korespondent TVN: Trudno to określić jednym zdaniem, bo są różne Rosje, jeżeli spojrzymy na ten kraj pod kątem ludzi. Jedna sprzeciwiła się wojnie; to Rosja ludzi odważnych i zdeterminowanych, ponieważ policja działa brutalnie, a władze zagroziły, że za udział w manifestacjach będą karać jak za działalność ekstremistyczną. A ekstremizm w Rosji jest traktowany na równi z terroryzmem. Za organizacje ekstremistyczne uznano np. struktury Aleksieja Nawalnego.

Od początku wojny do aresztów trafiło kilkanaście tys. ludzi. Część dostaje grzywnę lub wezwanie do sądu i wychodzą na wolność, ale część dostaje karę 15 dni za wykroczenie, czyli areszt administracyjny. Myślę, że to większość. Co gorsza, po wyjściu trzeba się dobrze zastanowić, czy chce się dalej protestować, bo jeśli kogoś złapią drugi raz, to za udział w manifestacjach można dostać nawet sześć lat więzienia.

Druga Rosja to Rosja uciekająca. Ludzie kupują bilety dokądkolwiek i wyjeżdżają. Znam takich ludzi i leciałem z wieloma takimi, bo musiałem lecieć najpierw do Stambułu. Nastroje wśród nich są markotne. Starsze małżeństwo, które siedziało koło mnie, udawało się na Cypr, do dzieci. Byli przekonani, że Putin właśnie zniszczył Rosję i że ona wkrótce znajdzie się na dnie. Są też tacy, którzy uważają, że ten kraj cofnął się do czasów ZSRR, czyli totalnej cenzury, a może i kartek.

I jest wreszcie ta trzecia Rosja. Nie ma dokładnych badań, jak duża, ale ja uważam, że ponad połowa Rosjan popiera Putina i jest przekonana, że robi słusznie, a nawet jeśli nie robi słusznie, to Rosja i tak sobie z tym wszystkim poradzi. Tam od dawna działa totalna propaganda, która opowiada o wrogim zachodzie. Miała tylko krótką przerwę między rozpadem ZSRR i objęciem władzy przez Putina. I na tę propagandę z ostatnich lat nałożyła się najnowsza propaganda wojenna, która wskazuje, że Ukraina z NATO planowały w najbliższych dniach napaść na Rosję. Do tego doszły opowieści o faszystach na Ukrainie, którzy mordują każdego, kto się nie zgadza z władzą oraz opowieści o tym, że Zełenski jest narkomanem, zakładnikiem nacjonalistów, a przy tym człowiekiem z syndromem maniakalno-depresyjnym, a także że uciekł i nie panuje nad sytuacją.

W tej propagandzie nie ma też słowa "wojna", bo wojna według tej narracji dotyczy tylko dwóch separatystycznych republik. Rosyjska armia rzekomo zajmuje wszystko bez walk na ziemi, atakując tylko z powietrza. Zwykli Rosjanie nie wiedzą więc, że ta wojna jest bardzo krwawa. Internet nie został jeszcze ostatecznie odcięty, ale trzeba naprawdę mocno się postarać, żeby dotrzeć do rzetelnych informacji o Ukrainie. One są prawie niedostępne dla przeciętnego Rosjanina, który pracuje cały dzień i po przyjściu z pracy włącza telewizor.

- Jak wygląda teraz gospodarka Rosji oczami tego przeciętnego Rosjanina?

Większość Rosjan nie zdaje sobie sprawy z tego, co się tam zaraz zacznie dziać. Na razie znacznie wzrosły ceny samochodów i mieszkańcy dopiero dowiadują się, że nie mają szans na kupno nowego albo muszą to zrobić za kosmiczne pieniądze. Gwałtownie zdrożały też ceny pomidorów i papryki, które są sprowadzane z zagranicy. Rosja co prawda potrafi sama zapewnić swoje zapotrzebowanie na drób, ale jajka i pisklęta importuje, więc nie wiadomo, czy to wkrótce nie przełoży się na ceny drobiu. W sklepach z pożywieniem na razie jest jednak wszystko, brakuje natomiast części towarów w sklepach z elektroniką, ponieważ ludzie zaczęli ją wykupować. W małych miejscowościach Rosjanie jak dotąd nie odczuli sankcji. Większość uważa, że jakoś to będzie, ten stan nie potrwa długo, a towary z Europy zostaną zastąpione tymi z Chin. /I mieli rację - red./

- Nie ma kolejek na ulicach?

Nie. Przez chwilę były tylko kolejki do bankomatów, ale z trochę innych powodów. Otóż jeden z dużych, prywatnych banków nie ma oddziałów i okazało się, że ma za mało bankomatów na te czasy. Ja jednak nie miałem z wypłatami żadnego problemu, nie musiałem stać w kolejkach.

Trzeba jednak wspomnieć, że w sklepach ograniczono sprzedaż mąki, cukru i kilku innych podstawowych produktów. Np. jeden z supermarketów wprowadził limit 10 kg cukru na osobę.

(...)

- Pokusi się pan o ocenę tego, jak będą wyglądały kolejne tygodnie w Rosji?

Rosjanie będą okłamywani na jeszcze większą skalę. Na pewno propaganda będzie chciała ukryć skalę rosyjskich strat, podejrzewam więc, że nie będzie prawie żadnych pogrzebów żołnierzy, którzy zginęli i zginą w Ukrainie. Opinia publiczna nie będzie mogła się o tym dowiedzieć. Władza zrobi też wszystko, żeby towary były dostępne na sklepowych półkach. Rosja ma też trochę rezerw walutowych, które nie zostały zamrożone za granicą. Nie będzie więc tak, że nagle wszystkiego zabraknie w sklepach, ale z tygodnia na tydzień będzie tam coraz trudniej.

Rozmawiałem o tym z Rosjanami i słyszałem, że "wojna wymaga poświęceń" albo że to cena wartości, którymi żyje Rosja. Inni mówili natomiast, że pamiętają ZSRR i skoro wtedy przeżyli, to teraz też przeżyją.

onet.pl

Według informacji Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy w dwunastej dobie od rozpoczęcia agresji wojska rosyjskie obniżyły tempo natarcia, jednak wciąż kontynuują je na wszystkich kierunkach, zaś armia ukraińska prowadzi skuteczne działania obronne, zadając przeciwnikowi znaczne straty. Siły Zbrojne FR zaktywizowały działania lotnictwa, które w pierwszym rzędzie niszczy obiekty infrastruktury cywilnej w oblężonych miastach. Na okupowanych terenach obwodów charkowskiego, sumskiego, czernihowskiego i kijowskiego wróg dopuszcza się aktów grabieży i przemocy wobec ludności, zaś w obwodach chersońskim i mikołajowskim prowadzi wobec mieszkańców działania psychologiczne w oparciu o dziesięć grup taktycznych walki psychologicznej. Ponadto Federalna Służba Bezpieczeństwa utworzyła grupy operacyjne mające na celu zdławienie ognisk oporu społecznego, co zapowiada represje wobec ludności cywilnej.

Rosjanie próbują zapewnić porządek na terenach okupowanych, na których wciąż pozostają nierozbite pododdziały ukraińskie przechodzące do działań nieregularnych, i w tym celu kierują tam siły bezpieczeństwa wewnętrznego i własne formacje nieregularne (w tym najemników z Syrii). Zdaniem ukraińskiego Sztabu do przygotowywanego szturmu Kijowa mają zostać użyte specjalne jednostki Rosgwardii: pułk specjalny im. Achmata Kadyrowa (Grozny), 27. Oddział SpecNaz „Kuzbass” (Kemerowo) i 604. Centrum SpecNaz „Witiaź” (Moskwa), a także prywatna kompania wojskowa „Liga” (d. PWK „Wagner”).

Trwają walki na obrzeżach Kijowa, zaś wojska agresora próbują posuwać się z północnej części obwodów kijowskiego i żytomierskiego w stronę Żytomierza; oba miasta kolejną dobę były bombardowane. Na kierunku stolicy główne siły rosyjskie ześrodkowane zostały na linii Byszów–Horenicze (na południowy zachód) oraz Demydiw (na północ), a na kierunku Żytomierza na linii Poliśke–Kuchary–Borodzianka. Po wewnętrznej stronie pierścienia oblężenia ukraińskiej stolicy kolejny dzień najcięższa sytuacja panowała w rejonie m. Bucza (Rosjanie zaangażowali tam do 3 batalionowych grup taktycznych – BGT) i Hostomel (do 2 BGT). W pobliżu Kijowa działają również rosyjskie formacje nieregularne (7 marca ostrzału ludności cywilnej w m. Myła 25 km na zachód od centrum Kijowa miał dokonać pułk specjalny im. Achmata Kadyrowa).

Na kierunku siewierskim Rosjanie kontynuowali natarcie w celu zacieśnienia pierścienia okrążenia lewobrzeżnej części Kijowa, główny wysiłek koncentrując w rejonach m. Browary (do 2 BGT), Boryspol (do 4 BGT) i Semeniwka (na południowy zachód od Obuchowa na prawym brzegu Dniepru; do 3 BGT), a także pomiędzy Kijowem a wciąż broniącym się Czernihowem – w rejonach m. Bobrowica (50 km na północny wschód od Browarów; do 3 BGT) i Mena (65 km na wschód od Czernihowa; do 3 BGT). W głębi wrogiego ugrupowania, w okolicach m. Pryłuki w obwodzie czernihowskim, żołnierze ukraińscy przeprowadzili udany atak na rosyjską kolumnę zaopatrzeniową (cysterny z paliwem). Jednostki rosyjskie przygotowują się do natarcia na Sumy, które są regularnie bombardowane.

Na kierunku słobodzkim siły agresora kontynuują ofensywę na kierunkach Kaniowa w obwodzie czerkaskim (w celu opanowania Kaniowskiej Elektrowni Wodnej) i Nowomoskowska (na obrzeżach m. Dniepr). Na zapleczu nacierających wojsk trwają walki wokół Charkowa (w walkach prawdopodobnie poległ zastępca dowódcy armii FR, gen. mjr Witalij Gierasimow). Rosjanie pozostawili tam także siły mające wspomóc natarcie na Sumy od południa i wspierające uderzenie na Siewierodonieck (trwają walki o Izium). Walki w głębi wrogiego ugrupowania prowadzone są w rejonie Konotopu i regularnie bombardowanej Ochtyrki.

Na kierunku donieckim uderzenie rosyjskie postępuje w dwóch kierunkach – zachodnim (z obwodu donieckiego) i północnym (z obwodu ługańskiego). Trzon ugrupowania siłami do 7 BGT naciera w kierunku Zaporoża i Dniepru, do 7 marca rano walki trwały na linii m. Staromłyniwka–Zaczatiwka (od 24 godzin armia ukraińska nie podaje informacji o sytuacji w tym rejonie). Na zapleczu agresora pozostały siły ukraińskie w m. Wołnowacha, o którą toczą się walki, a także w oblężonym Mariupolu. W obwodzie ługańskim do uderzenia na Siewierodonieck skierowana została dodatkowa BGT, kontynuowane są również starcia o Zołote i Trojićke.

Agresor kontynuuje ofensywę na Zaporoże i wzmacnia siły wokół oblężonego od kilku dni Mariupola. Trwają ciężkie walki o Mikołajów (Rosjanie atakują siłami do 2 BGT) – miasto jest bombardowane głównie ciężką artylerią rakietową, 7 marca obrońcy mieli najpierw utracić, a następnie odzyskać kontrolę nad lotniskiem. Do 3 BGT operuje w rejonie Wozniesieńska, na kierunku m. Jużnoukrajinśk (z Południowoukraińską Elektrownią Jądrową). 7 marca w rejonie Białogrodu n. Dniestrem (20 km na południowy zachód od Odessy) rozwinęła się rosyjska batalionowa grupa taktyczna, która najprawdopodobniej zaokrętowała się 5 marca w rejonie m. Nowooziernoje na Krymie.

Ukraiński Sztab Generalny poinformował, że od 24 lutego do 8 marca wojska rosyjskie straciły ponad 12 tys. żołnierzy (zabici, ranni, wzięci do niewoli) oraz 303 czołgi, 1036 bojowych wozów opancerzonych, 120 systemów artyleryjskich, 56 wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, 27 systemów obrony przeciwlotniczej, 48 samolotów, 80 śmigłowców, 474 pojazdy kołowe, 3 jednostki pływające. Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy gen. Walery Załużny wezwał mieszkańców okupowanych regionów do przyłączenia się do ruchu oporu oraz udzielania wsparcia armii ukraińskiej.

Ministerstwo Obrony FR oświadczyło, że 7 marca w wyniku ataku rakietowego zniszczono lotnisko sił powietrznych w Ozernoje w obwodzie żytomierskim. Według Rosjan od 24 lutego zniszczono 2482 obiekty infrastruktury wojskowej Ukrainy, w tym 87 stanowisk dowodzenia i centrów łączności, 124 systemy rakiet przeciwlotniczych S-300, Buk M-1 i Osa, 79 stacji radiolokacyjnych, 866 czołgów i innych bojowych wozów opancerzonych, 91 wieloprowadnicowych systemów rakietowych, 317 dział i moździerzy polowych, 634 pojazdy kołowe, a także 81 bezzałogowych statków powietrznych.

7 marca zakończyła się trzecia runda rozmów ukraińsko-rosyjskich na Białorusi. Miały one charakter techniczny i były poświęcone ustaleniu warunków otwarcia korytarzy humanitarnych z miejscowości otoczonych przez agresora. Strona ukraińska nie zgadza się, by ludność została przewieziona na terytorium Białorusi i Rosji. Nie poruszano kwestii dotyczących warunków wstrzymania ognia czy rozwiązań politycznych prowadzących do zawarcia rozejmu. Po spotkaniu strona rosyjska poinformowała o przekazaniu delegacji ukraińskiej szeregu projektów dokumentów, których podpisanie mogłoby doprowadzić do zakończenia konfliktu. Mają one porządkować kwestie związane z „demilitaryzacją” i „neutralizacją” Ukrainy oraz uregulowaniem statusu języka rosyjskiego. Strona ukraińska nie odniosła się do propozycji rosyjskich, a dokumenty mają zostać przeanalizowane w Kijowie. Zapowiedziano, że kolejne spotkanie odbędzie się wkrótce.

Moskwa po raz kolejny przedstawiła warunki, jakie Kijów powinien spełnić, by doprowadzić do zawieszenia broni. Rzecznik Kremla stwierdził, że za pomocą działań bojowych Rosja kończy proces „demilitaryzacji” Ukrainy i oczekuje, że jej siły zbrojne zaprzestaną walki. Kolejnym krokiem powinna być zmiana konstytucji i potwierdzenie, że państwo ukraińskie rezygnuje z aspiracji wstąpienia do jakiegokolwiek bloku polityczno-wojskowego. Kijów powinien uznać Krym za część Rosji, a tzw. republiki ludowe za niepodległe państwa. Rosja w zamian za to nie będzie wysuwać nowych roszczeń terytorialnych. Rzeczniczka MSZ oświadczyła, że kontynuowanie dostaw broni na Ukrainę nie będzie w stanie w żaden sposób poprawić sytuacji humanitarnej i wywoła „katastrofalny rozwój sytuacji” nie tylko na Ukrainie, lecz także w krajach NATO.

8 marca prezydent Wołodymyr Zełenski ponownie wezwał stronę rosyjską do dialogu, deklarując gotowość poszukiwania kompromisu w sprawie tzw. republik ludowych i dalszej przyszłości terytoriów niekontrolowanych przez Ukrainę. Podkreślił, że Kijów jest gotowy do nawiązania dialogu, ale odrzuca możliwość kapitulacji. Na czwartek 10 marca w Antalyi zaplanowano trójstronne rozmowy ministrów spraw zagranicznych: Ukrainy Dmytra Kułeby, Rosji Siergieja Ławrowa oraz Turcji Mevlüta Çavuşoglu. Ten ostatni podkreślił, że absolutnym priorytetem rozmów będzie zakończenie działań wojennych.

7 marca granicę z Polską od strony Ukrainy przekroczyło 141,5 tys. uchodźców, a łącznie od początku inwazji – 1,2 mln osób. Według wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców (dane z dnia poprzedniego) Ukrainę opuściło już w sumie 1,7 mln ludzi. Najwięcej (1,027 mln) przeniosło się do Polski, 180 tys. na Węgry, 128 tys. na Słowację, 83 tys. do Mołdawii, a 79 tys. do Rumunii. Do innych krajów europejskich wyjechało 184 tys. osób, a do Rosji – 53,3 tys. We Lwowie przebywa ok. 200 tys. uchodźców wewnętrznych, część z nich zostaje tam na kilka nocy, a następnie wyjeżdża za granicę. Mer miasta Andrij Sadowy apeluje do organizacji międzynarodowych o pomoc humanitarną.

Prezydent Zełenski podpisał dekret o wycofaniu wszystkich ukraińskich żołnierzy służących w zagranicznych misjach pokojowych i po raz kolejny wezwał do zamknięcia przestrzeni powietrznej nad Ukrainą. Potwierdził też, że przebywa w Kijowie i nie zamierza opuścić miasta aż do zwycięstwa. Opór wobec agresora utrzymuje się nawet w okupowanych miastach, gdzie w dalszym ciągu mają miejsce masowe protesty.

Według resortu infrastruktury rosyjska inwazja spowodowała wielomiliardowe straty w ukraińskiej sieci transportowej. Na koniec ubiegłego tygodnia szacowano, że wartość szkód spowodowanych zniszczeniami dróg, mostów, linii kolejowych, lotnisk itp. przekroczyła 10 mld dolarów. Bank Światowy zadecydował o przyznaniu Ukrainie awaryjnego finansowania – 723 mln dolarów, by pomóc rządowi w dokonywaniu terminowych wypłat emerytur, pensji, świadczeń socjalnych itp. Firmy i osoby fizyczne z terytoriów objętych walkami mogą też składać wnioski o państwową zapomogę w wysokości 6,5 tys. hrywien (220 dolarów).

osw.waw.pl

poniedziałek, 7 marca 2022


Jedenasta doba rosyjskiej napaści na Ukrainę przyniosła dalszą eskalację walk. Strona ukraińska podkreśla przygotowania agresora do nowych ataków na Kijów, Charków, Czernihów i Mikołajów, pogłębianie przez Rosjan katastrofy humanitarnej na zajmowanych obszarach i wykorzystanie terytorium Białorusi do kolejnych uderzeń rakietowo-powietrznych. Siły Zbrojne Ukrainy mają odpierać armię rosyjską na wszystkich kierunkach, zadając jej wielkie straty na lądzie i w powietrzu. Minister obrony Ukrainy Ołeksij Reznikow zapowiedział 7 marca przełomowe dostawy uzbrojenia z Zachodu, które określił mianem „niespodzianki”.

Siły rosyjskie i ukraińskie mają toczyć zaciekłe walki na północno-zachodnich obrzeżach Kijowa (w rejonie Hostomel–Bucza–Worzel–Irpień). Rosjanie wypełniają także pierścień okrążenia w rejonie fastowskim na południowy zachód od stolicy i próbują wyprzeć wojska ukraińskie w stronę Żytomierza (areną walk ponownie stał się odbity przez Ukraińców kilka dni wcześniej Makarów, zbombardowane zostały m.in. Żytomierz i Owrucz). Główne siły zgrupowania rosyjskiego na kierunku poleskim zbliżyły się do Kijowa i zajmują pozycje w odległości od 35 do 45 km od centrum miasta. Po ciężkich walkach trwa przegrupowanie wojsk w okolicach lewobrzeżnej części ukraińskiej stolicy, gdzie Rosjanie rozwinęli główne siły pomiędzy m. Baryszówka na wschodzie (70 km od centrum) a m. Wełyka Dymerka (40 km na północny wschód od centrum). Według źródeł amerykańskich pierwszorzutowe jednostki rosyjskie znajdują się 25 km od centrum Kijowa, a kolumna wojsk na północ od miasta ma długość 64 km. Dowództwo obrony stolicy informuje, że nadal możliwy jest wyjazd z miasta na południe, a także na wschód do Boryspola, którą to trasą mają kursować konwoje humanitarne.

Na kierunku siewierskim trwa oblężenie Czernihowa, przy czym agresor skupia się na ostrzeliwaniu i bombardowaniu obiektów w mieście. 6 marca doszło do starć w głębi rosyjskiego ugrupowania (w m. Nowa Basań 80 km na wschód od Kijowa i w m. Skrypali 100 km na zachód od Sum). Nadal bronią się Sumy (w ciągu ostatniej doby nie były atakowane) i Ochtyrka. Na kierunku słobodzkim Rosjanie ponownie otaczają Charków (mieli zostać zatrzymani w m. Ruśka Łozowa 20 km na północ od centrum Charkowa). Siłom ukraińskim nie udało się odzyskać kontroli nad położonym 40 km na wschód Czuhujewem. Działania wokół Charkowa agresor ma prowadzić w coraz większym stopniu siłami Rosgwardii. Na podcharkowskim Pawłowym Polu miał miejsce atak na rosyjski rekonesans, którego wykonawców w ukraińskich komunikatach po raz pierwszy przedstawiono jako partyzantów. Większość sił rosyjskich przesuwa się od strony Charkowa w kierunku zachodnim, głównie w stronę m. Dniepr, jednakże do wieczora 6 marca miały one jeszcze nie przekroczyć granic obwodu dniepropetrowskiego. Duże zgrupowanie wojsk agresora zaobserwowano na północ od Połtawy.

Na kierunku donieckim siły tzw. separatystów i jednostek Południowego Okręgu Wojskowego zbliżyły się, według informacji ukraińskiego Sztabu Generalnego, do granic administracyjnych obwodów ługańskiego i donieckiego, przy czym lokalnie nadal trwają walki. Agresor nie zajął głównych miast, w tym m.in. Kramatorska, Słowiańska, Wołnowachy. Na południu Donbasu głównym ośrodkiem oporu pozostaje Mariupol, z kolei na północy – Siewierodonieck. Główne siły działające dotychczas w obwodzie donieckim kierują się na Zaporoże (miasto jest fortyfikowane), do którego doszły już jednostki rosyjskie operujące na kierunku taurydzkim. Walki mają się toczyć w m. Bałabyne, 15 km na południe od centrum Zaporoża, jak również na linii Orichiw–Hulajpołe (55–85 km na południowy wschód). Siły rosyjskie opanowały poprzednią linię ukraińskiej obrony w obwodzie zaporoskim (zajęte zostały Wasylówka i Tokmak), a także – po zajęciu m. Połohy – zablokowały drogę z Mariupola do Zaporoża.

Główne uderzenie rosyjskie na kierunku taurydzkim skierowane zostało na Mikołajów i dalej na północny zachód. Rosjanie kontynuowali ostrzał tego miasta z ciężkiej artylerii rakietowej (zniszczono zakłady Zoria-Maszprojekt, do niedawna głównego na obszarze posowieckim dostawcy dużych silników okrętowych), ponownie wkroczyli też do miasta od strony lotniska. Mieli także poszerzyć obszar działań na północ od Mikołajowa poprzez zajęcie m. Kaszpero-Mikołajówka (na zachód od głównego zgrupowania wojsk rosyjskich w m. Basztanka). Strona ukraińska po raz pierwszy poinformowała, że celem działań rosyjskich na północ od Wozniesieńska jest opanowanie Południowoukraińskiej Elektrowni Jądrowej w Jużnoukrajinśku. Ruch wojsk rosyjskich usprawniło naprawienie Antonowskiego Mostu Kolejowego na Dnieprze na wschód od Chersonia. W rejonie Odessy trwają walki z rosyjskimi grupami dywersyjno-rozpoznawczymi, jest on także bombardowany (m.in. m. Tuzla). Departament Obrony Stanów Zjednoczonych podał w wątpliwość, czy Rosjanie w ogóle zamierzają przeprowadzić tam morską operację desantową, o której przez kilka ostatnich dni informowała strona ukraińska.

6 marca Siły Powietrzne FR jednorazowym uderzeniem zniszczyły port lotniczy w Winnicy. Dokonał tego operujący najprawdopodobniej nad terytorium Rosji lub nad Morzem Czarnym ciężki bombowiec strategiczny Tu-160, wykorzystując 8 z 24 rakiet skrzydlatych. Tego samego dnia Rosjanie przeprowadzili także atak na lotnisko wojskowe w Starokonstantynowie w obwodzie chmielnickim.

Rosyjski resort obrony zapowiedział, że siły zbrojne będą kontynuować operację „demilitaryzacji” Ukrainy i nadal będą atakowane przedsiębiorstwa kompleksu wojskowo-przemysłowego. Ostrzegł ponadto, że ewentualne wykorzystanie lotnisk państw graniczących z Ukrainą do bazowania ukraińskiego lotnictwa wojskowego zostanie uznane za zaangażowanie tych krajów w konflikt zbrojny.

Ukraiński Sztab Generalny wydał kolejny komunikat o rosyjskich stratach. Od 24 lutego miały one wynieść: ponad 11 tys. żołnierzy (zabitych, rannych, wziętych do niewoli), 290 czołgów, 999 bojowych wozów opancerzonych, 117 systemów artyleryjskich, 50 wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, 23 systemy obrony przeciwlotniczej, 46 samolotów, 68 śmigłowców, 454 pojazdy samochodowe, 3 jednostki pływające i 7 dronów operacyjno-taktycznych.

Z kolei według danych rosyjskich od 24 lutego zniszczono 2396 obiektów ukraińskiej infrastruktury wojskowej, w tym 82 stanowiska dowodzenia i centra łączności, 119 systemów rakiet przeciwlotniczych S-300, Buk M-1 i Osa, 76 stacji radarowych, 827 czołgów i opancerzonych wozów bojowych, 84 systemy wieloprowadnicowych wyrzutni rakietowych, 304 działa polowe i moździerze, 603 pojazdy kołowe, a także 78 bezpilotowców. Strona rosyjska nie ujawnia strat własnych.

Na Ukrainę przybyli pierwsi brytyjscy ochotnicy gotowi do wstąpienia do służby w armii ukraińskiej. Minister spraw zagranicznych Dmytro Kułeba poinformował, że liczba wniosków składanych w ukraińskich ambasadach zbliża się do 20 tys., a potencjalni ochotnicy pochodzą z 52 państw.

Trzecia runda rozmów rosyjsko-ukraińskich ma się odbyć w godzinach popołudniowych 7 marca. Biuro Prezydenta Ukrainy poinformowało, że nakłada embargo na informacje o wyjściowych stanowiskach negocjacyjnych. W przypadku osiągnięcia porozumienia ustalenia zostaną ujawnione.

Do Polski wjechało już ponad milion uchodźców, a ich liczba codziennie skokowo rośnie. 6 marca granicę RP od strony Ukrainy przekroczyło 142,3 tys. osób. Pociągi ewakuacyjne wywożą mieszkańców obwodów południowych i wschodnich do Lwowa, zaś pociągi relacji międzynarodowych ze Lwowa i Kijowa – do Chełma, Przemyśla, Hrubieszowa i Warszawy. Uruchomiono także dodatkowe połączenia z Kramatorska i Odessy do Użhorodu na Zakarpaciu.

Strona rosyjska nadal nie dopuszcza do tworzenia korytarzy humanitarnych i coraz częściej morduje cywilów na zajętych terenach oraz ostrzeliwuje osiedla mieszkalne, m.in. w Mikołajowie, gdzie w wyniku ataków zniszczonych lub uszkodzonych zostało 211 ukraińskich szkół. Brakuje wody, żywności, energii elektrycznej, a szczególnie dramatyczna sytuacja panuje w Irpieniu i Buczy pod Kijowem oraz w Mariupolu. Mieszkańcy kryją się w piwnicach i schronach, jednak z uwagi na brak prądu nie ma z nimi kontaktu. Według resortu energetyki bez jego dostaw pozostaje ponad 646 tys. osób, bez gazu – ok. 130 tys., a liczba ta będzie rosnąć wskutek zniszczenia gazociągu Donieck–Mariupol. Natychmiastowej ewakuacji wymagają setki tysięcy mieszkańców. 7 marca Ministerstwo Obrony FR poinformowało, że – realizując prośbę prezydenta Francji wyrażoną w rozmowie z Putinem – o godzinie 10.00 otworzyło korytarze humanitarne: jeden z Kijowa do białoruskiego Homla, dwa z Mariupola do Zaporoża i Rostowa nad Donem, jeden z Charkowa do Biełgorodu oraz dwa z Sum do Biełgorodu i Połtawy.

Prezydent Zełenski w kolejnej odezwie oświadczył, że nie będzie przebaczenia za niszczone budynki mieszkalne i strzały do bezbronnych cywilów. Zapowiedział ukaranie każdego, kto dopuszcza się zbrodni na Ukrainie („nie znajdziecie spokojnego miejsca na tym świecie oprócz mogiły”). Skrytykował też brak reakcji szefów państw zachodnich na zapowiedzi ostrzału ukraińskich przedsiębiorstw przemysłu obronnego.

Ukraina zawiesiła eksport mięsa, kaszy gryczanej, owsa, gryki, prosa, cukru i soli spożywczej – towarów potrzebnych w kraju w obliczu narastającego deficytu żywności, a jednocześnie niebędących kluczowymi pozycjami eksportowymi przynoszącymi dochody dewizowe. Pod znakiem zapytania stoi rozpoczęcie na części pól wiosennych zasiewów oraz zbiór zbóż ozimych.

osw.waw.pl

"List pochodzi z renomowanego źródła i jest o wiele dłuższy, niż chciałby go napisać fałszerz. Pokazałem list dwóm faktycznym (obecnym lub byłym) kontaktom z FSB i nie mieli wątpliwości, że napisał go kolega. Nie zgadzali się ze wszystkimi jego wnioskami, ale to już inna historia. To tekst, który warto przeczytać" — stwierdził na Twitterze Christo Grozew, dziennikarz śledczy zespołu Bellingcat, specjalizującego się w weryfikacji faktów i białym wywiadzie. Tekst został przetłumaczony na j. angielski.

"Nie potrafię powiedzieć, czym kierowali się ci na górze, podejmując decyzję o operacji, ale teraz metodycznie spuszczają na nas wszystkie psy. Jesteśmy besztani za analitykę" — pisze autor na wstępie, gdy narzeka na swoje przepracowanie.

W dalszej części listu zastrzega, że raporty FSB były dostosowywane do oczekiwań rządzących i prognozowały wojenną rzeczywistość z zastrzeżeniem przełożonych, że do takiego scenariusza nie dojdzie. Miały być pisane "w zwycięskim stylu, żeby nie było pytań". Teraz na ich podstawie są podejmowane decyzje.

"Dlatego mamy totalną ch**nię — nie chcę nawet dobierać innego słowa" — podsumowuje domniemany analityk.

W dalszej części listu wymienia drugi powód ataków na FSB: "Kadyrow szaleje", ponieważ duże zgrupowanie czeczeńskich wojsk zostało w pierwszych dniach wojny "rozerwane na strzępy". Tymczasem Ukraińcy wprowadzili w obieg informację, że trasa przejazdu kadyrowców wyciekła z FSB. "Nie mam takich informacji, pozostawiam 1-2 proc. dla ich wiarygodności (nie można ich też całkowicie wykluczyć)" — stwierdza autor.

"Blitzkrieg się nie powiódł" — pisze w rozwinięciu i zdradza, że idealny plan zakładał ujęcie Wołodymyra Zełenskiego w ciągu pierwszych 72 godzin konfliktu oraz zajęcie kluczowych budynków w Kijowie.

"Teoretycznie. Ale co dalej? Nawet w tym idealnym wariancie istniał nierozwiązywalny problem: z kim negocjować? Jeśli obalimy Zełenskiego, to z kim mamy podpisywać umowy? Jeśli z Zełenskim, to po jego obaleniu te papiery są nic niewarte" — uważa domniemany agent FSB. Dodaje, że osoby typowane wcześniej do przejęcia władzy odmówiły współpracy.

"Jeśli powiemy, że okupacja jest niemożliwa, to każdy z naszego nadania zostanie zabity w ciągu 10 minut, gdy będziemy wyjeżdżać. Okupować? Skąd weźmiemy tylu ludzi? Komendantury, żandarmeria wojskowa, kontrwywiad, ochrona — nawet przy minimalnym oporze miejscowej ludności potrzebujemy 500 tys. i więcej ludzi. Nie licząc systemu zaopatrzenia. A jest taka zasada, że przykrywając niską jakość zarządzania ilością, można tylko wszystko zepsuć. A to, powtarzam, byłoby w wariancie idealnym, który nie istnieje" — kontynuuje autor.

"Straty: nie wiem, ile ich jest. Nikt nie wie. Przez pierwsze dwa dni panowała jeszcze kontrola, teraz nikt nie wie, co się tam dzieje. Możesz stracić duże jednostki w komunikacji. Można je znaleźć lub mogą rozpuścić się w wyniku ataku. Nawet dowódcy mogą nie wiedzieć, ilu żołnierzy biega gdzieś w pobliżu, ilu zginęło, ilu jest w niewoli. Liczba zgonów jest zdecydowanie w tysiącach. Może 10 tysięcy, może 5, a może tylko 2. Nawet w centrali nie wiedzą na pewno" — czytamy w liście.

Sygnalista stwierdza, że duże straty wśród ludności cywilnej będą rosły w postępie geometrycznym, a opór będzie tylko wzrastał.

"Już próbowali wejść do miast z piechotą — z dwudziestu grup desantowych tylko jedna odniosła warunkowy sukces. Przypomnijcie sobie szturm na Mosul — przecież to jest reguła, tak było we wszystkich krajach, nic nowego" — uważa domniemany analityk. Dalej przypomina oblężenia miast podczas wojen w Jugosławii, na czele z Sarajewem.

Jego zdaniem warunkowy termin zakończenia konfliktu to czerwiec, ale już w przyszłym tygodniu może nastąpić punkt zwrotny po jednej ze stron. "Po prostu dlatego, że sytuacja nie może być tak napięta. Tu nie ma analityki — nie da się obliczyć chaosu, tutaj nikt nie może nic powiedzieć na pewno. Działania są podejmowane intuicyjnie, a nawet pod wpływem emocji" — podkreśla.

Sygnalista stwierdza ostatecznie, że rosyjskie władze nie mogą liczyć na zwycięstwo w tej wojnie. "W 100 proc. powtórzyli początek ubiegłego wieku, kiedy postanowili dokopać słabej Japonii i odnieść szybkie zwycięstwo, a potem okazało się, że armia ma kłopoty. Potem wojna trwała do gorzkiego końca, potem zaczęli brać bolszewików na »reedukację« do armii — przecież to były wyrzutki, nieinteresujące nikogo z mas. I wtedy bolszewicy, którzy tak naprawdę nie byli nikomu znani, podchwycili hasła antywojenne i zaczęło się" — pisze autor, odnosząc się do rewolucji bolszewickiej.

"To, czego boimy się najbardziej: na górze działają zgodnie z zasadą zastępowania starych problemów nowymi" — wyznaje, przypominając serie konfliktów o Krym, Donbas, a następnie Syrię.

"Teraz dopiero okaże się, czy jakiś pie***ony doradca przekona górę do rozpoczęcia konfliktu z Europą, żądając zmniejszenia sankcji. Albo redukcji, albo wojny" — czytamy w dalszej części listu. Autor nie wyklucza "lokalnego uderzenia jądrowego" w celu zastraszenia. W tym celu Rosja może sfabrykować dowody na potajemne tworzenie broni jądrowej przez Ukrainę. Jednocześnie uważa, że Władimir Putin nie naciśnie "czerwonego guzika, aby zniszczyć cały świat", a decyzja w tej sprawie nie zapadnie jednoosobowo.

Domniemany analityk w zakończeniu stwierdza, że sytuacja Rosji przypomina pozycję III Rzeszy w latach 1943-1944. Zaznacza przy tym, że dla Rosjan to pozycja wyjściowa.

"Jesteśmy już w trybie totalnej mobilizacji. Ale nie można długo pozostawać w takim reżimie, a my nie mamy pewności co do terminu [zakończenia wojny — red.] i na razie będzie tylko gorzej. Od mobilizacji kierownictwo zawsze schodzi na manowce. Proszę sobie wyobrazić: można przebiec sto metrów w gazie, ale źle jest biec w maratonie i szarpać się z całych sił. W kwestii ukraińskiej pospieszyliśmy się, jakbyśmy biegli na sto metrów i wpasowali się w maraton przełajowy".

onet.pl

W 2016 r. Władimir Putin wziął udział w uroczystości wręczenia nagród Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego. Na scenie przeprowadził krótką rozmowę z laureatem, 9-letnim Mirosławem. Prezydent Rosji objął chłopca i spytał o to, gdzie kończą się granice Rosji. Zmieszany chłopiec odpowiedział, że "granice Rosji kończą się na Cieśninie Beringa z USA". Władimir Putin uśmiechnął się, przystawił mikrofon do ust i odpowiedział: "Nie. Granice Rosji nigdzie się nie kończą".

Od lat analitycy zastanawiają się, jaki tak naprawdę cel ma Władimir Putin. — To był rozpad historycznej Rosji nazywanej Związkiem Radzieckim [...] Staliśmy się zupełnie innym krajem. To, co zostało zbudowane w ciągu ponad 1000 lat, zostało w dużej mierze utracone — mówił Putin w filmie "Rosja. Nowa historia" zaprezentowanym w grudniu na antenie państwowej telewizji informacyjnej RIA.

I choć jego imperialistyczne zapędy są nieprzewidywalne, to Putin nie może liczyć na wsparcie przywódców krajów powstałych po rozpadzie ZSRR. Właściwie na placu boju został mu tylko dyktator z Białorusi, Aleksander Łukaszenko, ale i w jego przypadku pojawiają się sprzeczne głosy. Białoruska agencja prasowa Bełta poinformowała 1 marca 2022 r., że "Mińsk nie przyłączy się do rosyjskiej operacji w Ukrainie". Jednocześnie portal Nexta donosi, że dyktator zwołał swoją rozszerzoną radę bezpieczeństwa, na której zakomunikował, że urządzenia obrony powietrznej na Białorusi zostały postawione w stan gotowości, aby "zapobiec atakom od tyłu na rosyjskie wojska".

Oto, jak kraje powstałe po rozpadzie ZSRR reagują na rosyjską agresję.

Armenia znajduje się w potrzasku między Moskwą a Brukselą. Od lat bowiem, jak donoszą eksperci z think thanku "Institute for war and peace reporting" (IWPR), polityka zagraniczna tamtejszego rządu, polega na balansowaniu między społeczno-gospodarczymi związkami z Unią Europejską a kwestiami wojskowymi i bezpieczeństwa energetycznego, które wiążą Armenię z Kremlem. Armenia jest członkiem Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym, w ramach której współpracuje z Rosją. Deutsche Welle podaje, że zaopatrzenie energetyczne Armenii, w 80 proc. zależne jest od Kremla. Równocześnie jednak kraj próbuje zbliżyć się do Europy Zachodniej. Jest członkiem Rady Europy, sygnatariuszem Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, a w 2017 r. podpisał umowę o partnerstwie z UE. 46-letni Nikol Paszinian, który został premierem po tym, jak był przywódcą antyrządowych protestów w Armenii w 2018 r., jest powściągliwy i unika jasnych deklaracji w sprawie rosyjskiej agresji. Dziennikarze z "Hetq" niezależnego, ormiańskiego portalu piszą, że Pasziniana "niepokoją" sankcje nakładane na Rosję w związku z wojną w Ukrainie. "Oczywiste jest, że sankcje będą miały bezpośredni wpływ na klimat gospodarczy w przestrzeni euroazjatyckiej" — miał powiedzieć Paszynian, dodając, że jego otoczenie "musi podjąć kroki", aby zminimalizować negatywny wpływ na gospodarkę Armenii. "Nie ma jednolitego stanowiska w tej sprawie i nie sądzę, że powinniśmy zdecydowanie reagować na procesy, na które nie mamy wpływu" — powiedział IWPR członek zespołu politycznego Nikola Paszyniana, prosząc jednak o anonimowość.

Ilham Alijew prezydent Azerbejdżanu, spotkał się z Władimirem Putinem dzień po tym, jak prezydent Rosji uznał niepodległość republik w Donbasie. Prezydenci podpisali wówczas deklarację o współpracy w postaci udzielania wzajemnej pomocy wojskowej czy zaopatrzenia w broń. Z doniesień prasowych wynika, że przywódcy nie rozmawiali na temat sytuacji w Ukrainie. Alijew jednak nie poparł agresji Rosji na Ukrainę. Prezydent Wołodymir Zełenski twierdzi, że pozostaje w stałym kontakcie z Alijewem. Azerbejdżan wysłał także do Ukrainy pomoc humanitarną w postaci leków. W ubiegłym tygodniu Alijew zapowiedział, że jest gotów zorganizować negocjacje między Rosją a Ukrainą. Zełenski przekazał w wystąpieniu do mediów, że rozmawiał zarówno z Alijewem, jak i występującym z podobną inicjatywą Recepem Erdoganem, prezydentem Turcji. Zełenski w rozmowie telefonicznej z Alijewem miał powiedzieć, że w Ukrainie brakuje ropy oraz produktów naftowych. W odpowiedzi prezydent Azerbejdżanu miał zapewnić Zełenskiego, że jego kraj pomoże Ukrainie w tej kwestii.

(...)

Premier Gruzji Irakli Garibaszwili potępił zbrojny atak Rosji na Ukrainę. Jednocześnie jednak władze w Tbilisi nie zdecydowały się na poparcie sankcji przeciw Rosji. Tłumaczyli się interesem narodowym. Takie stanowisko nie spodobało się jednak opinii publicznej. W gruzińskich miastach odbyły się protesty, a tysiące ludzi na ulicach domagało się dymisji premiera. W ich efekcie Garibaszwili zmienił zdanie. Gruzja planuje przeznaczyć milion lari (320 tys. dolarów) na leki i środki medyczne dla Ukrainy.

Kazachstan, jeden z najbliższych sojuszników Rosji i jej południowy sąsiad, odrzuca prośbę o włączenie swoich wojsk do ofensywy w Ukrainie — przekazali dyplomaci z Nur-Sułtanu. Od lat ten kraj pozostaje w bliskich relacjach z Kremlem, czego przykładem była reakcja Moskwy na niedawne protesty, do których doszło w Kazachstanie. Aby wesprzeć tamtejszego prezydenta Kasyma-Żomarta Tokajewa, Putin wysłał rosyjskie oddziały i spadochroniarzy. Kazachstan jest ważnym partnerem dla Rosji. W kraju znajdują się duże złoża ropy naftowej i gazu ziemnego. Większość rurociągów należy do rosyjskiego koncernu Gazprom. Kazachstan tymczasem nie zamierza angażować się w wojnę w Ukrainie. Ponadto, była republika radziecka oświadczyła, że nie uznaje utworzonych przez Rosję republik w Donbasie, których prezydent Rosji Władimir Putin użył jako pretekstu do inwazji na Ukrainę.

Władimir Putin nie może liczyć także na wsparcie ze strony władz Kirgistanu. Tamtejszy prezydent Sadyr Dżaparow miał w minionym tygodniu rozmawiać z rosyjskim przywódcą, ale po spotkaniu doszło do dyplomatycznego zgrzytu. O ile komunikat prasowy strony rosyjskiej sugerował, że Kirgistan popiera inwazję w Ukrainie, o tyle rzecznik Dżaparowa podsumował lakonicznie, że prezydenci jedynie rozmawiali o "aktualnej sytuacji". Krajom Azji Środkowej wojna nie jest na rękę przede wszystkim z gospodarczego punktu widzenia. Parviz Mullojanov ze szwedzkiego Uniwersytetu w Uppsali, powiedział w rozmowie z Radiem Wolna Europa, że osłabienie rosyjskiego rubla odbije się także rykoszetem na walucie m.in. Kirgistanu. "Jednym z pierwszych środków ekonomicznych w Kirgistanie, które zostałyby dotknięte sankcjami wobec Moskwy, są wielomilionowe przekazy pieniężne od około miliona kirgiskich pracowników migrujących w Rosji" — donosi Radio Wolna Europa.

Mołdawia ma w konstytucję wpisaną zasadę neutralności i programowo nie zamierza angażować się w konflikty zbrojne. "Ten kraj nie dysponuje ani ciężkim sprzętem wojskowym, ani nowoczesnymi samolotami bojowymi" — pisze "Deutsche Welle". Jednak ciągle pozostaje w zagrożeniu. Separatystyczna Naddniestrzańska Republika Mołdawska to jeden wielki arsenał rosyjskiej broni. Tuż po wkroczeniu wojsk rosyjskich na Ukrainę, Mołdawia ogłosiła stan wyjątkowy. Otworzyła się jednocześnie na przyjęcie uchodźców. Dwa dni temu mołdawska prezydent Maia Sandu odwiedziła przejście graniczne, gdzie gromadzą się migranci. Powiedziała wówczas: "Jesteśmy z mieszkańcami Ukrainy, a ich świadectwa przypominają nam o znaczeniu pokoju i przywrócenia bezpieczeństwa w naszym regionie. Mołdawia jest neutralnym, pokojowym krajem, a naszym wezwaniem do wszystkich jest przywrócenie pokoju".

Rządy Tadżykistanu i Turkmenistanu zachowują daleko posuniętą wstrzemięźliwość i starają się nie zabierać głosu w sprawie rosyjskiej agresji. Jak donosi eurasianet.org mający swoją siedzibę w Stanach Zjednoczonych portal analizujący politykę krajów środkowoazjatyckich, do tej pory przywódcy Tadżykistanu całkowicie unikali poruszania tego tematu. Chociaż tamtejsza, kontrolowana przez rząd agencja informacyjna opublikowała apel sekretarza generalnego ONZ Antonio Guterresa do Rosji o powstrzymanie się od przedsięwzięcia wojskowego. Po chwili jednak tadżycka wersja artykułu miała zostać wycofana ze strony agencji.

Eurasianet.org pisze również, że Turkmenistan prawie nigdy nie komentuje spraw zewnętrznych, a jego autorytarny rząd zdecydowanie zniechęca opinię publiczną do publicznego wypowiadania się o czymkolwiek.

Szawkat Mirzijojew, prezydent Uzbekistanu spotkał się z Władimirem Putinem 25 lutego 2022 r. Tu, podobnie jak w przypadku rozmów z prezydentem Kirgistanu Dżaparowem doszło do dyplomatycznego zgrzytu. Kreml przekonywał w komunikacie prasowym, że Mirzijojew "wyraził zrozumienie dla działań podejmowanych przez stronę rosyjską". Z kolei oświadczenie otoczenia uzbeckiego prezydenta brzmiało lakonicznie. Zdaniem strony uzbeckiej, Putin i Mirzijojew mieli jedynie "wymienić poglądy na temat spraw międzynarodowych i regionalnych, w tym na temat obecnej sytuacji wokół Ukrainy". "Z roku na rok obserwujemy wzrost krytycznych postaw wobec Kremla, nie tylko wśród Uzbeków, ale także wśród etnicznych Rosjan zamieszkujących ten kraj" — powiedział Kamoliddin Rabbimow, uzbecki politolog w rozmowie z portalem eurasianet.org.

onet.pl

Wracając do porównania relacji rosyjsko-irańskich i rosyjsko-tureckich to obciążenia historyczne nie są najważniejszą cechą różniące te stosunki. Kluczowe znaczenie ma bowiem to, że Turcja jest importerem energii opartej na ropie i gazie, a zarówno Rosja jak i Iran są jej eksporterami. To czyni oba te kraje naturalnymi konkurentami i jednocześnie beneficjentami eliminacji któregoś z nich z rynku. W 2011 r. Iran eksportował 2,5 mln baryłek dziennie, a w 2015 r., czyli tuż przed podpisaniem JCPOA było to już tylko 1 mln baryłek dziennie, po czym w 2017 r. znów osiągnęło to wartość ponad 2 mln baryłek, by po wycofaniu się USA z JCPOA i ponownym nałożeniu sankcji spaść do 400 tys. baryłek dziennie w 2020 r. Warto pamiętać, że podpisanie JCPOA nastąpiło niedługo po pierwszym kryzysie w relacjach Rosji z Zachodem, spowodowanym aneksją Krymu i w konsekwencji nałożeniem na Rosję sankcji. W tym czasie Rosja groziła krokami odwetowymi, a Iran dawał do zrozumienia, że chętnie zastąpi Rosję jako dostawca ropy, a nawet gazu. Na przykład w kwietniu 2018 r. irański tankowiec wpłynął do Naftoportu w Gdańsku i dostarczył do Polski  130 tys. ton ropy. Iran był też bardzo mocno zainteresowany eksportem swojego gazu do Europy.

Warto przy tym zauważyć, że Iran ma drugie co do wielkości rezerwy gazu, ustępując tylko Rosji. Pod względem produkcji gazu Iran jest na 3 miejscu, ustępując również USA. Niemniej zdecydowana większość gazu irańskiego trafia obecnie na rynek wewnętrzny i pod względem eksportu plasuje się dopiero na 24 miejscu ze sprzedażą 16 razy mniejszą niż rosyjska. Tymczasem ocenia się, że Iran mógłby pokryć 20 % gazowej konsumpcji Europy. Obecnie z Iranu do Turcji biegnie gazociąg Tebriz-Ankara, zbudowany w 2001 r. o przepustowości 14 mld m3. W pierwszej dekadzie XXI w. pojawił się natomiast projekt budowy Gazociągu Pars, który pompowałby gaz do Europy i miał mieć przepustowość do 40 mld m3. Tymczasem Rosja w 2003 r. wybudowała gazociąg Blue Stream do Turcji o przepustowości 16 mld m3, a w 2020 r. Turk Stream o przepustowości 31 mld m3. Ten drugi dostarcza obecnie gaz całym Bałkanom, a od niedawna również Węgrom. Wcześniej gaz do tych krajów płynął przez Ukrainę. Niemniej projekt Gazociągu Pars jest wciąż aktualny. Iran jest też konkurentem Rosji jeśli chodzi o dostawy gazu i ropy do Chin i Rosja w znacznym stopniu przejęła rolę Iranu jako dostawcy na tym kierunku po rozpoczęciu przez Trumpa polityki „maksymalnej presji" wobec Iranu.

Ekipa prezydenta Hasana Rowhaniego, w tym w szczególności szef dyplomacji Dżawad Zarif, wykazywała duża otwartość na rozwój relacji z Europą (w tym m.in. Polską), głównie gospodarczych ale również politycznych.  Działania Donalda Trumpa to zmieniły i Iran zaczął się coraz bardziej reorientować na wschód, choć bardziej na Chiny niż Rosję, czyli na konsumenta energii, a nie jego producenta. Warto bowiem pamiętać, że fundamentalną dyrektywą polityki zagranicznej wyznaczoną przez Chomeiniego po rewolucji 1979 r. była zasada „ani Wschód ani Zachód". Umacnianie się opcji tzw. pryncypialistów, głoszących konieczność całkowitej reorientacji na Wschód nastąpiło dopiero po wycofaniu się Trumpa z JCPOA w maju 2018 r. W rezultacie, by ratować swoją gospodarkę, Iran podpisał w marcu 2021 r. 25-letnią umowę o współpracy z Chinami, przewidującą gigantyczne inwestycje chińskie w Iranie i dostawy irańskiej ropy do Chin po zaniżonej (duży rabat) cenie. Paradoksalnie jednak część inwestycyjną blokują sankcje, więc Chiny również są zainteresowane ich zniesieniem.

Tymczasem Rosja była oczywistą beneficjentką izolacji Iranu i nałożenia na ten kraj sankcji. Oficjalnie jednak sprzeciwiała się im, gdyż inaczej niemożliwe byłoby pogłębianie współpracy z Iranem, w tym zwiększanie wymiany handlowej oraz wzajemnego wsparcia na arenie międzynarodowej. Efektem polityki „maksymalnej presji" było to, że zorientowani na współpracę ze Wschodem pryncypialiści przejęli w lutym 2020 r. kontrolę nad parlamentem, a w czerwcu 2021 r. prezydentem został Ebrahim Raisi. W styczniu 2022 pojechał on do Moskwy z zamiarem podpisania 20-letniej umowy o współpracy z Rosją, obejmującej m.in. zakupy zaawansowanego sprzętu militarnego, w tym m.in. samolotów SU-35. Umowa ta porównywana była do tej, która wcześniej została podpisanej z Chinami. Ostatecznie jednak do zawarcia jej nie doszło.

Oczywiście izolacja Iranu powodowała, że Rosja w tej relacji występowała w roli strony silniejszej. Miało to również wpływ na powrót Rosji do gry na Bliskim Wschodzie poprzez interwencję w Syrii. Teoretycznie było to w interesie Iranu, który wspierał Assada. Tyle, że Rosja bardzo szybko zaczęła wypychać wpływy Iranu z Syrii, w czym znów pomógł jej Trump zabijając głównego architekta tamtejszej polityki irańskiej gen. Kassema Sulejmaniego. Rosja po prostu chciała by Assad był całkowicie jej podporządkowany, a nie dzielił lojalność między Teheran i Moskwę. Oczywiście obie strony, tj. Iran i Rosja, udawały, że żadnego konfliktu interesów nie ma i to nawet wtedy, gdy stało się oczywiste, że izraelskie naloty na pozycje irańskie w Syrii odbywają się za zgodą Rosji. Rosja udawała, że nie ma z tym nic wspólnego, a Iran udawał, że go w ogóle nie ma w Syrii.

Tymczasem o pogłębiających się relacjach izraelsko-rosyjskich świadczy fakt, że Benjamin Netanjahu był, obok Recepa Tayyipa Erdogana, najczęściej przyjeżdżającym do Putina i dzwoniącym do niego przywódcą. Zwykle następowało to przed kolejnymi atakami Izraela w Syrii. Rosja utrzymywała tez bardzo bliskie stosunki z innymi kluczowymi rywalami Iranu, tj. w szczególności z Arabią Saudyjską. Obejmowały one m.in. porozumienia w sprawie wydobycia i cen ropy w ramach formatu OPEC+. Co więcej, w sierpniu 2021 r. Rosja podpisała z Arabią Saudyjską umowę o współpracy militarnej. Warto dodać, że po wybuchu wojny na Ukrainie Arabia Saudyjska odrzuciła naciski USA by zwiększyć sprzedaż w celu zastopowania wzrostu cen ropy i zapowiedziała kontynuację uzgodnień w ramach OPEC+, czyli z udziałem Rosji. Zwiększyło to zatem konieczność pilnego reaktywowania JCPOA w celu otwarcia rynku dla ropy irańskiej. To zaś stanowi zagrożenie dla interesów zarówno Rosji jak i Izraela.

Po agresji rosyjskiej na Ukrainę Iran odegrał swoją rolę rytualnie obciążając odpowiedzialnością za wybuch wojny USA oraz NATO. Jednakże jednocześnie Iran nie poparł bynajmniej Rosji i nie opowiedział się przeciwko Ukrainie. Nie dołączył też do nielicznych krajów (w tym m.in. Syrii), które w Zgromadzeniu Ogólnym głosowały przeciw rezolucji potępiającej rosyjską agresję. Tymczasem toczące się we Wiedniu negocjacje w sprawie reaktywacji JCPOA weszły w ostatnią fazę i w piątek pojawiły się przecieki, że umowa zostanie podpisana w ciągu kilku dni. Trudno przy tym oprzeć się wrażeniu, że wojna w Ukrainie i sankcje nałożone na Rosję, przyczyniły się do większej elastyczności strony amerykańskiej, zainteresowanej wejściem irańskiej ropy na rynek. Paradoksalnie jednak obecnie reaktywowanie JCPOA jest nie na rękę Rosji i to do tego stopnia, że zagroziła zablokowaniem go jeśli nie otrzyma gwarancji, iż nałożone na nią sankcję nie wpłyną na współpracę rosyjsko-irańską. Iran prawdopodobnie zrezygnuje lub przynajmniej ograniczy swoje plany handlowe z Rosją ze względu na możliwe negatywne konsekwencje z tym związane. Nie ma też powodu rzucać Rosji koła ratunkowego skoro Rosja nie rzuciła bynajmniej takiego koła Iranowi, a jedynie udawała, że to robi. Iran bardzo potrzebuje szybkiej poprawy swojej sytuacji gospodarczej, m.in. ze względu na katastrofalne tempo utraty resztek poparcia społecznego przez władze i z całą pewnością wykorzysta szansę, jaką mu da reaktywacja JCPOA bez względu na to czy będzie to robił kosztem Rosji czy nie.

Najnowsze stanowisko Rosji w sprawie JCPOA jest jednak bezprecedensowo szczere. Jeśli Rosja rzeczywiście będzie blokować reaktywację JCPOA to i tak to nastąpi, ale wpłynie to bardzo mocno na relacje irańsko-rosyjskie. Warto przy tym dodać, że nie wszyscy w Iranie zachowali wobec wojny w Ukrainie taką ostentacyjną neutralność ze wskazywaniem Zachodu jako winnego. Na przykład b. prezydent Iranu Mahmud Ahmedineżad na Twitterze wyraził podziw dla Ukraińców i stwierdził, że ich obrona ujawniła „szatańskie spiski wrogów ludzkości", a Putina wezwał do zakończenia „szatańskiej wojny". Natomiast wpływowy reformatorski dziennik E'temad opublikował na pierwszej stronie wywiad z ambasadorem Polski na temat tej wojny. Warto przy tym pamiętać, że znaczna część irańskiej opinii publicznej w ogóle nie kupuje narracji antyzachodniej i nie ma najmniejszego powodu darzyć Rosję sympatią. Irańczycy generalnie, a irańska inteligencja w szczególności, dobrze znają historię relacji między obydwoma krajami.

defence24.pl

niedziela, 6 marca 2022


Maria Zacharowa opublikowała oświadczenie, w którym opisuje "gwałtowną eskalację nastrojów antyrosyjskich w krajach bałtyckich". W argumentacji rzeczniczki pojawia się fragment, który szczególnie zaniepokoił zagranicznych dziennikarzy, ponieważ przypomina on argument wykorzystywany podczas wojny w Donbasie. 

Przedstawicielka rosyjskiej dyplomacji zarzuciła władzom Litwy, Łotwy i Estonii wrogość oraz stawianie się w "awangardzie antyrosyjskiej histerii". Zacharowa użyła bardzo mocnych słów, by opisać z rosyjskiej perspektywy stanowiska, które jej zdaniem uderzają w "dobre imię" Rosji. 

"Na nasz kraj wylewa się gnojowica kłamstw, oszczerstw i fałszerstw" - napisała Zacharowa, która twierdzi, że rosyjscy dyplomaci w Litwie, Łotwie i Estonii dostają telefony z pogróżkami lub padają ofiarami "chuligańskich wybryków". Rzeczniczka podała również przykład - antywojenne manifestacje, które organizowane są w pobliżu rosyjskich ambasad. "Takie działania rozpoczęły się już wokół ambasady rosyjskiej w Wilnie" - napisała dalej Zacharowa cytowana przez rosyjską agencję TASS.

"Ostrzegamy Wilno, Rygę i Tallin odnośnie ich odpowiedzialności za konsekwencje antyrosyjskiej psychozy, którą rozpętały. Żądamy, aby właściwe władze tych krajów podjęły natychmiastowe działania w celu ochrony rosyjskich misji dyplomatycznych i konsularnych oraz ich personelu w ramach ścisłego przestrzegania Konwencji wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych z 1961 r. i o stosunkach konsularnych z 1963 r" - zaapelowała Zacharowa, której kraj - prowadząc atak na Ukrainę, nie przestrzega chociażby Konwencji genewskiej czy statutów rzymskich.

Komunikat Zacharowej kończy się propagandowym ostrzeżeniem przed "masowymi prześladowaniami rosyjskojęzycznej ludności krajów bałtyckich". Jak zauważają zagraniczne media, to właśnie rzekoma ochrona ludności Donbasu była wymówką dla Putina do zaatakowania Ukrainy.

Warto podkreślić, że incydenty podawane przez Zacharową nie zostały potwierdzone przez władze krajów bałtyckich, ale rosyjskie media już napisały o rzekomych atakach na ambasadorów, powołując się właśnie na to niezbyt konkretne oświadczenie rzeczniczki MSZ. Przywódcom tych krajów zarzucono też "groźby użycia siły" w kierunku Rosji. Prawda jest jednak inna - a władze krajów, chociażby premier Litwy zwróciła się do policji o wzmocnienie ochrony ambasad Rosji i Białorusi oraz apelowała do obywateli o unikanie prowokacji, które mogą zostać wykorzystane przez rosyjską propagandę. 

gazeta.pl