niedziela, 9 stycznia 2022


- Rosjanie muszą wiedzieć, że ich ostatnie propozycje kierowane ku USA i NATO są nie do przyjęcia. To raczej ultimatum i próba szantażu, niż realnych negocjacji - mówi Legucka, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych zajmująca się Rosją.

17 grudnia rosyjskie ministerstwo spraw zagranicznych opublikowało dokumenty, które mają być projektem porozumienia z USA albo NATO na temat bezpieczeństwa w Europie Środkowo-Wschodniej. Dwa dni wcześniej mieli je otrzymać sami Amerykanie. Kreml oznajmił między innymi, że oczekuje wycofania wojsk NATO z terytorium państw przyjętych do Sojuszu po 1997 roku (czyli między innymi Polski).

Do tego szereg oczekiwań odnośnie do nierozmieszczania konkretnych rodzajów broni na terytorium państw leżących w pobliżu Rosji, czy nieprzyjmowania do Sojuszu np. Ukrainy. Generalnie to rozległa lista oczekiwań, które godzą w zdolność państw w regionie do podejmowania suwerennych decyzji dotyczących swojego bezpieczeństwa. Rosjanie nie mogą oczekiwać, że USA czy NATO by na coś takiego przystały, bo już wyraźnie odrzucały w przeszłości taką możliwość.

To faktycznie eskalacja oczekiwań Kremla, które na początku rozmów z Zachodem trzy tygodnie temu skupiały się na Ukrainie. NATO i USA do dzisiaj na nie nie odpowiedziały inaczej, niż podkreślając prawo państw do samodzielnego decydowania o swoich losach.

- Wydaje mi się, że to próba budowania narracji, że Kreml proponował dialog, ale Zachód nie był nim zainteresowany i kontynuował rozbudowę sił u granic Rosji. Jak na wewnętrzne potrzeby to narracja jak najbardziej adekwatna - uważa Legucka.

Dodatkowo w kolejnych dniach miały miejsce niepokojące wystąpienia Putina, ministra obrony Siergieja Szojgu i rosyjskiej generalicji. - Rosyjski prezydent położył w nich na szali swoją reputację i określił czerwone linie, których przekroczenia Rosja nie będzie tolerować. Wcześniej tego nie robił - mówi analityczka PISM. Putin wręcz wielokrotnie wyśmiewał Baracka Obamę za kreślenie czerwonych linii w na przykład w Syrii, na których przekroczenie potem nie reagował, co zdaniem Rosjanina było dowodem na słabość swojego adwersarza. - Putin na coś takiego nie może sobie pozwolić. On od lat kreuje swój wizerunek polityka zdecydowanego, twardego, który się nie cofa - mówi Legucka.

Analityczka zwraca uwagę, że owe wystąpienia były też bardzo emocjonalne i prowokacyjne. - Zwłaszcza liczne oskarżenia pod adresem USA i NATO o rozmieszczaniu bliżej niesprecyzowanych systemów broni uderzeniowej w pobliżu granic Rosji, choć tak naprawdę chodzi o uzbrojenie, które znajduje się tu od lat, albo jest od lat w budowie, jak na przykład system Aegis Ashore w Redzikowie - mówi Legucka. Jej zdaniem to "retoryka wojenna". 

Tak między innymi mówił Putin: Działania USA na Ukrainie mają miejsce tuż obok nas. Oni muszą zrozumieć, że my jesteśmy pod ścianą. Skrycie zbroją ekstremistów w sąsiednim państwie i popychają ich ku Rosji. Czy oni myślą, że będziemy się temu biernie przyglądać?

- Chodzi o stwarzanie wrażenia zagrożenia i zdrady. Tu nie chodzi o fakty, ale o narrację. Bardzo ważne jest stworzenie wrażenia, że wrogiem nie są Ukraińcy, ale Amerykanie i NATO. Ukraina tylko przypadkiem jest miejscem starcia - mówi Legucka. Sam Putin tyle razy mówił, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. - Jak by więc było można walczyć z braćmi? W 2014 roku Kreml budował narrację, że chodzi tylko o ochronę ludności rosyjskiej wobec przewrotu w Kijowie. Teraz buduje narrację, że chodzi o odparcie śmiertelnego zagrożenia, które przysuwa się do granic Rosji - tłumaczy ekspertka.

Kluczowym problemem dla Kremla pozostaje przekonanie, że nie można dopuścić, aby Ukraina trwale weszła w orbitę państw UE i NATO. Obecnie szybko w tym kierunku podąża. Nie musi przy tym chodzić konkretnie o wejście Ukrainy do NATO, co było dotychczas scenariuszem raczej teoretycznym, niż praktycznym. Chodzi generalnie o okrzepnięcie u granic Rosji dużego, nieprzyjaznego i prozachodniego państwa.

- Rosyjscy przywódcy nie odpuszczą sobie Ukrainy. Tkwią w pułapce myślenia geopolitycznego, które jest mieszanką ignorancji i arogancji w jednym. Wydają się być przekonani, że muszą zmienić obecny status quo, który uważają za bardzo niekorzystny. I lepiej to zrobić teraz, niż później. Jednocześnie nie mają żadnego innego środku nacisku na Ukrainę niż groźba i siła - uważa Legucka.

Rosyjskie wojsko systematycznie gromadzi siły u granic Ukrainy. Systematyczna mobilizacja trwa już od początku jesieni. Opisywaliśmy ją wcześniej szczegółowo. Ukraińscy wojskowi, jak i zachodni analitycy, raz po razie stwierdzają, że styczeń jest momentem, kiedy Rosjanie będą mieli dość sił do ataku.

- Niestety wydaje mi się, że trzeba brać pod uwagę także scenariusz wojenny i styczeń jest realnym terminem. Wiele zależy od determinacji Zachodu. Czy będzie miał siłę, aby nie ulec rosyjskiemu szantażowi - mówi Legucka.

gazeta.pl

– Sankcje zachodnie już wyraźnie osłabiły rosyjską gospodarkę; teraz Putin ryzykuje nawet dostęp do płatności międzynarodowych. Przede wszystkim jednak tylko promowałby to, z czym walczy od wielu lat: aby NATO dalej wzmacniało swoją wschodnią flankę. Wszystko to jest dalekie od świata „opartego na wartościach” i „wielostronnego”, który nowy rząd federalny również postawił sobie za cel, nie tylko dlatego, że wiąże się to z trudnymi kwestiami wojskowymi. Putin rości sobie prawo do politycznej i gospodarczej kontroli nad Europą Wschodnią. Otwarcie odmawia Ukraińcom i innym państwom, które mają pecha żyć w przestrzeni postsowieckiej, prawa do decydowania o własnym losie. Liberalny Zachód nie powinien zgadzać się na takie geopolityczne układy z fundamentalnych powodów. Nie interesuje nas obóz antyliberalny, który aktywnie sprzeciwia się naszemu modelowi społecznemu, rozrastającemu się w Europie. Również ze strategicznego punktu widzenia nierozsądne byłoby zakładać, że Putin będzie nasycony, jeśli tylko będzie miał pod kontrolą Ukrainę – uważa niemiecki publicysta.

– Wiele niemieckich prób porozumienia z Putinem nie powiodło się. Import gazu powinien angażować Rosję, wzajemna zależność powinna działać uspokajająco. Tak się nie stało, zamiast tego umowa gazowa pomogła Putinowi sfinansować jego rewizjonistyczną politykę. Dlatego Nord Stream 2 jest tak dużym błędem. Popyt na gaz w UE prawdopodobnie nie wzrośnie w ciągu najbliższych kilku lat, ale własne wydobycie gwałtownie spadnie. Rosja chce dostarczać dużą część potrzebnego importu, a Nord Stream 2 byłby do tego najnowocześniejszą i najtańszą linią. W rzeczywistości Niemcy i inni Europejczycy płacą wysoką cenę za rzekomo tani rosyjski gaz: muszą nałożyć sankcje i uzbroić się, aby uniemożliwić dostawcy dokonywanie nowych podbojów zmierzających na zachód – czytamy w Frankfurter Allgemeine Zeitung.

biznesalert.pl

Przeciwko 49-letniemu Evanowi Neumannowi postawiono w piątek 14 zarzutów w sprawach kryminalnych. Odnoszą się one do udziału w ataku na Kapitol w grupie zwolenników ówczesnego prezydenta Donalda Trumpa. 

(...)

Dziennik "Daily Beast" informował o wystąpieniu Neumanna w zeszłym miesiącu w specjalnym programie białoruskiej telewizji państwowej oraz w rosyjskim kanale Russia Today. 49-letni Amerykanin, właściciel firmy, ojciec dwójki dzieci, ujawnił, że stara się o azylu polityczny na Białorusi, ponieważ jego zdaniem Stany Zjednoczone, nie są już krajem prawa i porządku.

Z enuncjacji Neumanna przedstawionych w rosyjskojęzycznych mediach wynika, że najpierw poleciał do Włoch, skąd pociągiem przedostał się do Szwajcarii. Tam wynajął samochód, by przez Niemcy dotrzeć do Polski. Gdy dotarł w końcu na Ukrainę, zamieszkał w wynajętym mieszkaniu. Po czterech miesiącach ukrywania się w Żytomierzu, Neumanna zaniepokoiła inwigilacja SBU, w związku z czym zdecydował się na ucieczkę. Przekroczył granicę z Białorusią wędrując pieszo przez bagna zamkniętego obszaru wokół czarnobylskiej elektrowni atomowej.

polsatnews.pl

– Jedynym dziś niezależnym dużym ośrodkiem, który bada opinię publiczną, również w zakresie polityki, jest Centrum Lewady. Wszystkie pozostałe, czy to FOM, czy WICOM, są zależne od państwa i nie prezentują w pełni wiarygodnych danych – mówi mi rosyjska politolożka, a w przeszłości analityczka Centrum Lewady, Tatiana Worożejkina.

Badaczka podkreśla, że choć nie podważa profesjonalizmu analityków Lewady, to jej zdaniem kreślony przez nich portret Rosjan też nie jest w pełni wiarygodny. Sama w swojej pracy praktycznie nie sięga po badania opinii publicznej. – W kraju autorytarnym trudno stosować metodologię badań wypracowaną w krajach demokratycznych. Czy jest w ogóle możliwe wymyślenie metodologii odpowiedniej dla takich państw jak Rosja? Nie wiem – mówi Worożejkina.

Badając polityczne poglądy swoich rodaków, rosyjscy socjolodzy mierzą się z szeregiem wyzwań. Problematyczna jest dla nich na przykład funkcjonująca od 2012 r. ustawa o obcych agentach. Centrum Lewady zostało za takiego uznane i jego analitycy teoretycznie przed każdym wywiadem muszą informować swojego rozmówcę, że zwraca się doń właśnie „obcy agent”. W uszach Rosjan brzmi to jak najgorzej i jeśli rzeczywiście ten przepis jest stosowany, nie pozostaje bez wpływu na rezultaty badań.

Na inny aspekt problemu zwraca uwagę dr Kuba Benedyczak z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Mam poczucie, że pytania nie tylko prorządowego WCIOM, ale i Lewady są tak skonstruowane, by zasugerować odpowiedź zgodną z sympatiami danego ośrodka. Z prac analityków Lewady można wyczytać ich prodemokratyczną, opozycyjną orientację. Nie jest tajemnicą, jakie poglądy ma dyrektor ośrodka, Lew Gudkow, choć jednocześnie Lewada tonuje nastroje, podkreśla, że żadnej rewolucji w Rosji prędko nie będzie – mówi Benedyczak.

Pytam go, dlaczego Kreml nie zamknie Centrum Lewady, tak jak Łukaszenka zmusił już parę lat temu ostatni niezależny ośrodek badawczy, NISEPI, do emigracji. – Putin pozwala na istnienie wewnątrzsystemowych krytyków – „Kommersanta”, Echa Moskwy czy Centrum Lewady – i to go odróżnia od satrapów spod znaku Janukowycza czy Łukaszenki. W systemie Putina, jeśli na przykład chcesz od rana do wieczora pluć na Kreml, to możesz się udać do Echa Moskwy. To kanalizuje buntownicze nastroje niektórych grup społecznych – mówi analityk.

Dodaje, że śledztwo portalu Meduza.io wykazało, że w Federalnej Służbie Ochrony istnieje wydział, który odpowiada za przygotowywanie dla prezydenta Rosji obiektywnych badań opinii społecznej. – Reżim Putina udowodnił w ciągu ostatnich 20 lat, że wsłuchuje się w nastroje społeczne i tam, gdzie może, odpowiada na nie – tłumaczy Benedyczak.

Do polskich mediów regularnie przebijają się wyniki badań popularności Putina. Z zapartym tchem komentuje się u nas wskaźniki jego poparcia, a w uwagach tych często pobrzmiewa nuta osłupienia znana z lektury Księgi rekordów Guinnessa.

Rosyjski satyryk i pisarz Wiktor Szenderowicz ostrzega jednak, aby podchodzić do tych danych ostrożnie. Mówił kiedyś w wywiadzie dla „Nowej Europy Wschodniej”: „Zaczepia mnie policjant, życzliwie, zagaja i w końcu mówi: »Bandyckie państwo!«. Spytałem go, czy będzie do mnie strzelać, jeśli dostanie taki rozkaz. A on odpowiedział: »Jeszcze się zastanowię, w którą stronę będę strzelać«. Ten policjant w statystyce też ujęty jest jako zwolennik Kremla. Drodzy – to nie tak, że wszyscy w Rosji są za Putinem. W Rumunii wszyscy byli za Nicolae Ceau?escu – dwa dni, zanim go rozstrzelali”.

Przypomniałem sobie o tej wypowiedzi Szenderowicza, gdy natrafiłem na badanie Lewady sprzed paru lat wykazujące, że przeszło co czwarty Rosjanin, „obawiając się negatywnych konsekwencji”, odmawia rozmowy z ankieterami. Dane, którymi dysponujemy, opierają się więc jedynie na opiniach osób, które zdecydowały się na rozmowę, co przy tak wysokim odsetku odmów istotnie odbija się na rezultatach. Przykładowo w lutym 2021 r. Centrum Lewada spytało Rosjan: „Czy waszym zdaniem ludzie mówią dziś szczerze, jaki jest ich stosunek do władzy i do Władimira Putina, czy też kryją to, co tak naprawdę uważają?”. 42% uważa, że Rosjanie mówią szczerze, 30% – że kłamią, a 25% uznało, że „połowa mówi prawdę, a połowa kłamie”. To ciekawe dane, choć też nasuwa się tutaj paradoks kłamcy: wszak jeśli kłamca informuje, że kłamie, to czy mówi prawdę? – Badania Kiryła Rogowa pokazują, że stronnicy Putina chętnie biorą udział w sondażach, a jego przeciwnicy często w ogóle odmawiają udzielenia odpowiedzi, więc w rezultacie są niedoreprezentowani – mówi mi Worożejkina. – To odbija się na wynikach. Moi koledzy z Centrum Lewady, których profesjonalizmu nie podważam, twierdzą, że rezultaty ich badań pokrywają się z wynikami grup fokusowych. Mnie to jednak nie przekonuje. Na przykład: jeśli w danej grupie jest 10 osób, z czego 8 popiera Putina, to pozostała dwójka szybko orientuje się w sytuacji i zaczyna milczeć.

new.org.pl

piątek, 7 stycznia 2022


Problemy z rozumieniem litery i ducha traktatów podpisywanych z Kremlem pojawiły się wraz z dojściem Putina do władzy. Zaczęły się od najważniejszego z nich dla Europy: Traktatu o Ograniczeniu Zbrojeń Konwencjonalnych. Pierwszy raz podpisano go jeszcze pomiędzy NATO a Układem Warszawskim. Ponieważ ten ostatni rozleciał się jak rozbity garnek, a części byłych jego członków udało się wejść do Sojuszu i uzyskać jego gwarancje bezpieczeństwa, konieczna była renegocjacja dokumentu.

Próbowano tego dokonać w Stambule w 1999 roku, już za rządów Putina (jeszcze jako premiera). Dla Rosji zrobiono tam wyjątek i postanowienia traktatu (dokładnie wyliczające liczbę czołgów, armat etc., jakie mogą posiadać poszczególne państwa) nie obowiązywały na terenie obwodu kaliningradzkiego oraz pskowskiego. Ten ostatni też graniczy z państwami bałtyckimi, w ten sposób zostały one wzięte w cęgi niekontrolowanych, rosyjskich zbrojeń.

Litwa, Łotwa i Estonia odmówiły więc ratyfikowania dokumentu. Jednocześnie ówczesny premier Putin prowadził wojnę na Kaukazie, tzw. drugą wojnę czeczeńską. Rosyjska armia ściągnęła w ten rejon dużo oddziałów i w końcu sformował z nich normalną armię. Kreml obowiązywały jednak „ograniczenia flankowe" traktatu, ale Zachód przymknął na to oczy, uznając, że Rosja ma prawo do obrony swej integralności terytorialnej. Nikt nie zaprotestował z powodu tworzenia tej nowej armii. Nie domagano się też zbyt natarczywie, by Rosja wycofała swe wojska z Naddniestrza i Gruzji – ich obecność jawnie łamała i łamie postanowienia traktatu.

Już jako prezydent Putin za to protestował z powodu nieratyfikowania dokumentu przez państwa bałtyckie i w końcu w 2007 roku zawiesił jego działanie. Ale cały czas korzystał z jego dobrodziejstw, ponieważ państwa zachodnie przekazywały Rosji informacje o swoich armiach, próbując udobruchać Kreml. Jako pierwsza straciła cierpliwość Wielka Brytania i przerwała przepływ informacji, choć dopiero w 2011 roku.

Jednocześnie rosyjska armia zwiększała swe siły w obwodzie kaliningradzkim (oraz w pobliżu granic państw bałtyckich), przed czym od początku przestrzegali eksperci. W końcu, w 2019 roku, ówczesny amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo powiedział, że w Kaliningradzie są nawet nuklearne rakiety średniego zasięgu. Prawda, traktat ograniczający zbrojenia konwencjonalne nie obejmował broni atomowej, za to było to złamanie traktatu o ograniczeniu „pocisków rakietowych pośredniego zasięgu".

USA zaczęły tracić cierpliwość do Rosji Putina. W 2019 wyszły z traktatu o rakietach. Ale Amerykanie zauważyli też, że rosyjskie samoloty prowadzące loty zwiadowcze w ramach traktatu o otwartym niebie mają coraz więcej wyposażenia szpiegowskiego i „latają nawet nad Białym Domem". Za to Rosjanie energicznie ograniczali takie loty nad Kaliningradem, a jedno z lotnisk dla zachodnich samolotów wyznaczyli na anektowanym Krymie. Rok temu USA przestały wykonywać i ten traktat.

rp.pl

niedziela, 26 grudnia 2021


Dzięki ropociągowi „Przyjaźń” poprowadzonemu 60 lat temu z pól naftowych Rosji do Polski i byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, z południową odnogą także do innych tzw. „demoludów”, Białoruś ma dwie duże rafinerie ropy: w Nowopołocku i Mozyrzu. Jak na potrzeby wewnętrzne o jedną za dużo, więc wielka część produkowanych w nich paliw i produktów ropopochodnych sprzedawana jest za granicę. W normalnych warunkach zysk z tego handlu nie może być wielki, bowiem marża rafineryjna (przychody z uzyskanych produktów minus koszty ich wytworzenia) jest z reguły niewysoka. W Polsce wynosi zazwyczaj kilka dolarów na baryłce, zdarza się oczywiście, że jest wyższa, ale przez długi czas może być także ujemna.

Jednak w białoruskim biznesie naftowym przez dwie dekady z okładem, z powodów politycznych i geopolitycznych, warunki były nienormalne, czytaj: nienormalnie korzystne. Dla podtrzymywania reżimu, a w dalszej kolejności z widokiem na faktyczne zawładnięcie lub całkowite zwasalizowanie Białorusi, w kontraktach na dostawy ropy naftowej i gazu ziemnego Rosja udzielała (do niedawna) rafineriom białoruskim oraz importerom gazu dużych i wielkich rabatów cenowych, głównie w postaci niepobierania lub zmniejszenia cła eksportowego egzekwowanego przez rosyjskiego fiskusa od własnych firm wydobywczych. W latach 2000-2008 roczne oszczędności dzięki rosyjskiej pomocy w formie taniej ropy i gazu stanowiły równowartość ok. 15 proc. białoruskiego PKB rocznie.

(...)

Ponieważ Łukaszenka głównie tylko zapowiadał i obiecywał Moskwie pełną satysfakcję, to począwszy od 2008 r. Kreml zaczął przychodzić po rozum do głowy. Subwencje naftowe stawały się stopniowo coraz mniejsze, żeby w 2020 r. zejść w pobliże zera – różnica między cenami rynkowymi ropy a cenami dla Białorusi liczona w ekwiwalencie białoruskiego PKB spadła w zeszłym roku do 1 proc.

Gdy z pierwszej, gazowo-naftowej, poduszki ratunkowej zaczęło ulatywać powietrze, Mińsk sięgnął po inną w postaci pożyczek zagranicznych. Do 2008 r. zadłużenie kraju nie stanowiło problemu, ale od tego czasu rosło, z każdym rokiem coraz bardziej. Obecnie zadłużenie zagraniczne całego sektora publicznego (rządowe, lokalne, zobowiązania tamtejszego odpowiednika ZUS) jest równe połowie PKB i wynosi 30 mld dolarów. Dla gospodarki rynkowej takie obciążenie nie jest ponad siły, ale gdy połowa produktu powstaje w firmach i gospodarstwach państwowych, wobec wielkich napięć finansowych, dalszy wzrost i rozwój staje się niemożliwy. Tym bardziej, że ponad 90 proc. długu publicznego jest denominowane w walutach obcych, głównie w dolarach. Dług jest zagraniczny, więc nie można go trzymać w ryzach, używając inflacji. Oddawać trzeba dolary, a te trzeba zarobić, a nie bardzo można jak.

(...)

Jedyne małe szczęście w wielkim nieszczęściu Białorusi to niepełne upaństwowienie gospodarki. Własnością państwa są duże firmy z sowieckim rodowodem i tamtejsze PGR-y, czyli państwowe gospodarstwa rolne tam nazwane sowchozami. Małe i średnie firmy to domena sektora prywatnego. Ponieważ Białorusini to lud zdolny, chętny do nauki, a już zwłaszcza pracowity, (...), to sektor prywatny wytwarza połowę PKB.

Jeśli jednak dyrektor i kierownicy sobie nie radzą, to i najlepsza załoga sowchozowa nie da rady. Dyktatura Łukaszenki odciska się oczywiście na gospodarce i makroekonomii kraju. Tylko w minionej dekadzie Białoruś przeżyła aż trzy poważne załamania: kryzys walutowy w 2011 r. oraz dwie recesje w latach 2015-2016 i w 2020 r. Przez krótki czas począwszy od przełomu 2014/2015 były jakieś nadzieje na zmianę na nieco lepsze. Łukaszenka wymienił ekipę odpowiedzialną za gospodarkę, w tym prezesa banku centralnego. Nowi ludzie u sterów zaczęli prowadzić bardziej odpowiedzialną politykę fiskalną i monetarną. Wprowadzono płynny kurs białoruskiego rubla, celem stało się trzymanie w ryzach długu zagranicznego.

Minęło parę lat i nic z tego nie wyszło. Na początku 2020 r. Łukaszenka dostał od Moskwy po nosie w sprawie cen ropy – Putin pokazał, kto tu rządzi i przez cały I kwartał ropa nie płynęła na Białoruś. Stąd kolejny kryzys, zaraz potem dołożyła się doń pandemia, która według dyktatora miała być wymysłem. W tych bardzo kiepskich dla dyktatora okolicznościach zaczął zbliżać się moment kolejnych wyborów prezydenckich. W obawie przed niechybną przegraną Łukaszenka zaczął siłą eliminować rywali: Wiktara Babarykę – bankiera aresztowanego w połowie czerwca 2020 r., Siarhieja Cichanouskiego – przedsiębiorcę i blogera-opozycjonistę uwięzionego w dwa dni po ogłoszeniu zamiaru kandydowania. Uciec przed Łukaszenką, rezygnując z walki wyborczej, zdołał jego długoletni relatywnie bliski i wpływowy współpracownik Waleryj Cepkała.

W opinii społeczeństwa, a także ekspertów potrafiących wnioskować z postaw obywateli, wybory wygrała w wymuszonym „zastępstwie” żona Siarhieja Swiatłana Cichanouska. Po przeczekaniu masowych demonstracji, które wybuchły po ogłoszeniu jego rzekomego zwycięstwa, Łukaszenka rozpoczął represje. Dziś kraj jest w największym kryzysie społecznym od czasów stalinizmu. Przez więzienia przeszło lub przebywa w nich nadal aż 40 tysięcy osób. W proporcji do liczby ludności, to tak jakby w Polsce było 150 tys. niedawnych i trzymanych nadal w zamknięciu więźniów politycznych.

obserwatorfinansowy.pl

A Grodno żyje plotkami. O kobiecie, która wynajmuje swoje mieszkania za sto dolarów za dobę. Na trzydziestu metrach ma mieszkać dwanaście osób. O czarnoskórych migrantach, którzy spali w śpiworach u stóp Lenina w rozwianym płaszczu. O grupie Syryjczyków, którzy szukali na placu targowym wysokich butów, bo wielu przyjechało w klapkach.

(...)

Mieszkańcy okolicznych wiosek też wolą się nie wychylać. Dla nich migranci są niewidzialni. W Dobrowoli, Cichowoli, czy Świsłoczu ludzie grabią liście, strzygą trawniki, wszyscy zajęci swoim podwórkiem. Na ulicę strach teraz wyglądać. Listonosz, leśniczy, sprzedawczynie w sklepach – wszyscy zasłaniają się niewidzeniem.

Tylko pomarszczone staruszki, które widziały już wszystko i niczego się nie boją, mówią wprost. – To nasze soldaty ich przywożą, straszą mi kury, jeszcze trochę i przestaną znosić jajka – opowiada jedna z południowych rubieży Puszczy Białowieskiej.

Inna, z Browska, wypatrzyła mnie na wiejskiej drodze schowana za firanką. Ciekawość nie dawała jej spokoju, dopytuje, czy migrant. Polak, przyjaciel, oddycha z ulgą. Opowiada o ośmiu samochodach, które minionego wieczoru przywiozły ludzi. Wszystkie na mińskich numerach. Wyskoczyli i od razu w las. Potwierdzam jej opowieść u jeszcze dwóch osób, wszyscy to widzieli, bo każdy obcy samochód na tej drodze jest jak ufo. Staruszka nie może się nadziwić, że zdrowe, ładne chłopaki przyszły pod jej dom, a jak im pokazała studnię, to nie potrafili naciągnąć wody. Pokazała im jak, potem rzuciła jeszcze jakieś ciastka na drogę. To jedyna osoba, która przyznaje mi się, że pomogła przybyszom.

oko.press

5$ – czekoladka dla dziecka
10$ – butelka świeżej wody
10$ – użyczenie internetu w telefonie do wysłania jednej wiadomości
20$ – pół litra wrzątku
20$ – cztery kanapki z pasztetem
25$ – doładowanie baterii w telefonie do połowy
30$ – ciepły śpiwór, najpewniej po innych migrantach
30$ – paczka fajek
50$ – pełna bateria
50$ – telefon po karetkę
70$ – dwa kilogramy ziemniaków, jabłka, chleb
100$ – białoruska karta SIM
100$ – telefon po taksówkę
150$ – taksówka do Mińska
400-700$ – zgoda na powrót do stolicy

Oto cennik białoruskich pograniczników. Nie wszystkich, warto podkreślić. Zapisałem tu tylko najdroższe pozycje, o których opowiadały mi napotkanie osoby, zwykle tacy, którzy trafili do obozowisk w wąskim pasie między Polską i Białorusią. Niektórzy wrócili do Mińska, niektórzy są już w obozach dla migrantów w Niemczech. Pozostali wciąż są uwięzieni w strefie śmierci.

oko.press

Oczywistym jest, że niedawno zakończone ćwiczenie Zapad-2021 rozpoczęło się w rosyjskiej przestrzeni politycznej z chwilą zakończenia jego poprzedniej edycji. Nie należy mieć wątpliwości, że Zapad-2021 jest preludium do kolejnej jego edycji, z tą różnicą, że wzmocnione o wnioski z wcześniejszych doświadczeń. Dlatego też można przyjąć, że Zapad trwa nieprzerwanie, choć nie w wymiarze czysto wojskowym.

Zachowując obiektywizm, Zapad jest ćwiczeniem do którego Federacja Rosyjska i Republika Białorusi na mocy traktatów międzynarodowych mają pełne prawo. Siły Zbrojne tych państw muszą zgrywać zdolności operacyjne, co też z drugiej strony czynią m.in. państwa NATO. Obie strony, na mocy Konwencji Wiedeńskiej, maja prawo do udziału w ćwiczeniach określonej liczby żołnierzy, jak również testowania nowych systemów uzbrojenia. Do tego właśnie służą ćwiczenia. Tyle i aż tyle.

Należy w tym miejscu postawić pytanie, w jakich celach Moskwa i Mińsk prowadziły i prowadzą m.in. na granicy białorusko – polskiej, działania hybrydowe? Wiele wskazuje, że podjęte, przed formalnym rozpoczęciem Zapad-2021, działania „przerzutu” migrantów przez granice z Polską, Litwą i Łotwą, zostały zaplanowane jako element działań psychologicznych wspartych zaplanowaną operacją informacyjną. Działania hybrydowe są kontynuowane w dalszym ciągu na granicach, a ich cele zostały przedstawione poniżej.

(...)

Pomimo licznie podnoszonych głosów wydaje się, że zyski finansowe per se wierchuszki zbliżonej do władz, w szczególności Mińska, nie są głównym celem wspomnianych działań poniżej progu wojny, realizowanych przez FR i RB na granicach z Polską, Litwą i Łotwą. Podejście ukierunkowane na zysk finansowy byłoby zbyt małostkowe, nawet jak na potrzebującą środków finansowych Białoruś, ale nie należy wykluczać, że w jakimś zakresie tak się właśnie dzieje. Tylko, że w tym wypadku zarówno Moskwa, jak i Mińsk działałby na swoją niekorzyść, gdyż są świadome, że ruch turystyczny odbywa się poprzez określone prawem międzynarodowym przejścia graniczne. W konsekwencji narażają się na śmieszność ze względu na wdrażanie tak wyrafinowanych niekonwencjonalnych metod wzrostu gospodarczego.

Należałoby jednocześnie zakwestionować, że jednym z głównych celów Kremla było wykorzystanie atmosfery wokół ćwiczenia Zapad do promowania Państwa Związkowego jako takiego, a przez to prowadzenia dalszej gry wymierzonej, w taki czy inny sposób, w prezydenta Białorusi Aleksandra Łukaszenkę. Umowę stowarzyszeniową można podpisać w „pokojowych” warunkach, niekoniecznie w świetle czołgów – przy założeniu, że decydentami kierują dobre intencje, uznawane przez środowisko międzynarodowe. Zatem bez dwóch zdań Białoruś, z prezydentem Łukaszenką, była tu tylko kwiatkiem do kożucha, należy dodać niewiele znaczącym w kategoriach strategicznych dla prezydenta Władimira Putina. Natomiast znaczącym w kontekście gry o strategiczne cele samego Kremla.

O jakie cele zatem mogło chodzić? O ile w odniesieniu do Łukaszenki, Putin nie zawaha się kiedy tylko uzna, pozbawić go władzy (ilość form jest dowolna – wystarczy sięgnąć do historii przypadków schodzenia ze sceny dygnitarzy byłego ZSRR). A władza na Białorusi jest tak chwiejna jak te 630-640 mln dolarów oferowanych z zająknięciem przez Moskwę. Władza na Białorusi boi się upadku, a co za tym idzie pozbawienia dotychczas uzyskanych profitów i osadzenia w więzieniu. O tyle tym samym Prezydent Putin obawia się o jego własny cel strategiczny, którym jak można założyć jest utrzymanie władzy. Należy jednak zaznaczyć, że Putin na chwilę obecną ma pod pełną kontrolą własne społeczeństwo i nie poświęca jemu zbyt wiele czasu. W tym miejscu należy przypomnieć chociażby skazanego na więzienie opozycjonistę Aleksieja Nawalnego, co skutecznie studzi zapędy kolejnych zapaleńców chcących pozbawić Putina władzy.

defence24.pl

Dla Rosji RFN jest przede wszystkim najważniejszym zachodnim partnerem gospodarczym (drugim po Chinach, jeśli chodzi o obroty handlowe – ok. 42 mld dolarów, tj. ponad 9% w 2020 r.). Stanowisko Berlina jest też postrzegane w Moskwie jako kluczowe w określaniu polityki całej Unii Europejskiej wobec Rosji – jeśli traktować UE jako blok, to jest ona nadal największym partnerem gospodarczym FR – zarówno w sferze handlu (34% obrotów w 2020 r., bez Wielkiej Brytanii), jak i – co szczególnie ważne dla Rosji – zagranicznych inwestycji. Moskwa jest zatem żywotnie zainteresowana utrzymaniem i rozwojem tych relacji.

W sferze politycznej na przestrzeni ostatnich siedmiu lat nastąpiła istotna zmiana w postrzeganiu Niemiec przez rosyjski establishment. Z jednej strony jest ona konsekwencją przesuwania się głównego wektora rosyjskiej polityki ku Azji (głównie Chinom), z drugiej zaś efektem krytycznej oceny niektórych przejawów polityki RFN wobec Rosji i jej sąsiedztwa. Chodzi zwłaszcza o wsparcie polityczne i gospodarcze Berlina dla Kijowa, uderzenie w rosyjskie interesy na Cyprze, poparcie dla sankcji UE przeciwko Rosji po jej agresji na Ukrainę czy udzielenie schronienia i pomocy medycznej rosyjskiemu opozycjoniście Aleksiejowi Nawalnemu oraz ujawnienie dowodów na próbę jego zabójstwa przez rosyjskie służby specjalne. Kreml, jak się wydaje, ostatecznie stracił nadzieję, że Berlin może stać się potencjalnym politycznym i strategicznym partnerem Moskwy w realizacji koncepcji „Wielkiej Europy” (stworzenia wspólnej „przestrzeni” UE i Rosji skierowanej politycznie przeciw USA) i w pełni „uniezależnić się” od polityki Waszyngtonu. W tym kontekście celem rosyjskiej polityki wobec Niemiec nie jest już obecnie wciągnięcie ich do współpracy przy dekonstrukcji Pax Americana i tworzeniu alternatywy dla tej koncepcji, lecz jedynie: (a) wyciąganie maksymalnych korzyści z „nieupolitycznionej” współpracy gospodarczej i dalsze rozwijanie asymetrycznej gospodarczej współzależności między Rosją a Niemcami; (b) wspieranie tych tendencji w Niemczech, które są przeciwne zwiększeniu presji Zachodu wobec Rosji; (c) przeciwdziałanie włączeniu się Berlina do antychińskiej koalicji budowanej przez Waszyngton.

osw.waw.pl

W dniach 17–19 września odbyły się w Rosji wybory parlamentarne, a także regionalne i lokalne w części regionów. Wyłaniano 450 deputowanych do Dumy Państwowej (niższej izby parlamentu) oraz m.in. 9 gubernatorów i skład 39 parlamentów regionalnych. Według oficjalnie ogłoszonych rezultatów po przeliczeniu 100% protokołów partia władzy Jedna Rosja miała rzekomo uzyskać 49,82% poparcia w głosowaniu proporcjonalnym na listy partyjne i prawdopodobnie zwyciężyć w 198 z 225 okręgów jednomandatowych, gdzie do wygranej wystarcza większość względna. Na drugim miejscu znalazła się partia komunistyczna – KPRF (18,93%). Próg wyborczy miała przekroczyć m.in. nowo utworzona partia Nowi Ludzie. Frekwencja sięgnęła 51,68%. Kandydaci Kremla zwyciężyli też oficjalnie w pierwszej turze we wszystkich bezpośrednich wyborach gubernatorskich (9 regionów), a Jedna Rosja zdobędzie najpewniej większość mandatów we wszystkich parlamentach regionalnych (39 regionów).

Wysoki oficjalny wynik jest formalnym sukcesem Jednej Rosji, ale został osiągnięty z trudem, w wyniku licznych manipulacji i fałszerstw w czasie elekcji. Rezultat ten ułatwiło m.in. trzydniowe głosowanie oraz znaczna liczba głosów oddanych poza lokalami wyborczymi. Na największą od kilku lat skalę utrudniano pracę niezależnym obserwatorom. Można wstępnie zakładać, że skala fałszerstw wyniosła ok. 30%. Znaczący sukces odniosła partia komunistyczna – główna beneficjentka głosowania protestacyjnego. W obliczu słabnącego poparcia społecznego dla władz w kolejnych latach należy spodziewać się wzrostu represji wraz z tym, jak Kreml będzie przygotowywał się do wyborów prezydenckich (powinny odbyć się w 2024 r.) i – w dalszej perspektywie – do sukcesji władzy po Władimirze Putinie.

Kreml od 2020 r. dążył do maksymalnego obniżenia poziomu konkurencyjności w tegorocznych wyborach. W obliczu celów strategicznych – utrzymania pełnej kontroli nad państwem i odpowiednio wczesnego przygotowania płynnej sukcesji władzy prezydenckiej – rządzący skupili się na neutralizacji wszelkich potencjalnych zagrożeń. W 2020 r. reżim ostatecznie zrezygnował z pozorów legalizmu i pseudodemokratycznej fasady. Dokonano niekonstytucyjnej nowelizacji ustawy zasadniczej, wprowadzono szereg represyjnych ustaw radykalnie ograniczających wolność słowa, zgromadzeń i de facto kryminalizujących działalność opozycyjną. Zauważalnie wzrosła też skala represji wobec oponentów politycznych. Katalizatorem tych działań były przede wszystkim masowe protesty na Białorusi w 2020 r. oraz pogarszające się od 2018 r. na tle problemów socjalnych nastroje społeczne w samej Rosji. W sierpniu 2021 r. 44% respondentów uznało, że kraj zmierza w niewłaściwym kierunku, a 37% nie popierało działań prezydenta Putina (tu i dalej – dane niezależnego Centrum Lewady). Poparcie dla Jednej Rosji spadło poniżej 30% nawet w sondażach ośrodków kontrolowanych przez państwo, tj. do poziomu najniższego od 2008 r.

W tym kontekście prewencyjne działania Kremla były wymierzone głównie w struktury Aleksieja Nawalnego (zostały one zdelegalizowane jako „ekstremistyczne”), wolne media i Internet. Represje podporządkowane były przede wszystkim walce z projektem „inteligentnego głosowania”, w ramach którego aktywiści Nawalnego zachęcali Rosjan do poparcia w wyborach najsilniejszych kontrkandydatów Kremla. W latach 2020–2021 m.in. znacząco ograniczono aktywnym zwolennikom Nawalnego bierne prawo wyborcze – na mocy działającej wstecz ustawy z czerwca 2021 r. (jako „osobom biorącym udział w działalności organizacji ekstremistycznej”). Pod różnymi pretekstami zablokowano start również innym kandydatom opozycyjnym, a niewielkiej dopuszczonej do udziału w wyborach grupie realnych oponentów Kremla (z list koncesjonowanej opozycji z partii Jabłoko i KPRF) utrudniano agitację. W media uderzono m.in. zaostrzonymi przepisami o „agentach zagranicznych”, a bezprecedensową cenzurę w Internecie uzasadniano np. obroną suwerenności Federacji Rosyjskiej przed ingerencją ze strony Zachodu. Efektem tych działań był m.in. wyraźny wzrost emigracji politycznej.

Kreml próbował też pozyskać przychylność elektoratu poprzez eksploatowanie tematyki socjalnej. Miały temu służyć m.in. jednorazowe świadczenia dla rodzin z dziećmi czy emerytów (ogólna suma transferów przedwyborczych sięgnęła 700 mld rubli, tj. ok. 9,5 mld dolarów), a także odświeżenie wizerunku Jednej Rosji. W kampanii nieobecny był niepopularny Dmitrij Miedwiediew, formalnie lider partii, a wśród „lokomotyw wyborczych” – poza symbolizującymi potęgę mocarstwową ministrami obrony i spraw zagranicznych Siergiejem Szojgu i Siergiejem Ławrowem – znaleźli się m.in. rzeczniczka praw dziecka Anna Kuzniecowa oraz lekarz będący twarzą walki z pandemią Denis Procenko. Swoistą odpowiedzią na rosnącą w społeczeństwie potrzebę zmian było utworzenie w 2020 r. partii Nowi Ludzie (lojalna wobec Kremla, głosząca hasła liberalne, m.in. wsparcie dla drobnej przedsiębiorczości).

Po raz pierwszy w wyborach parlamentarnych zastosowano na masową skalę nieprzejrzyste formy głosowania, przetestowane w 2020 r. przy okazji referendum konstytucyjnego. Elekcja trwała trzy dni, a naruszenia procedur przechowywania głosów prowadziły w części przypadków do jednoznacznych fałszerstw. Pierwszego dnia lokale wyborcze w całej Rosji były oblegane przez tłumy zatrudnionych w sektorze budżetowym, masowo zmuszanych do głosowania w tym dniu przez pracodawców i lokalne władze. Poszerzono możliwości oddawania głosów poza lokalami wyborczymi (w tym w domach) – takie procedury, w niektórych regionach stosowane na skalę masową, w zasadzie uniemożliwiają niezależną obserwację. W siedmiu regionach Rosji, w tym w stolicy – gdzie według niezależnych szacunków poparcie dla Jednej Rosji prawdopodobnie nie przekracza kilkunastu procent – wprowadzono możliwość głosowania online. Wyborcy byli na wszelkie sposoby zachęcani bądź przymuszani do wyboru takiej formy (ogółem zarejestrowało się ok. 2,5 mln osób). Procedura ta jest krytykowana przez niezależnych ekspertów, gdyż nie pozwala na weryfikację przejrzystości i uczciwości procesu wyborczego, w tym ochrony danych osobowych; już po kilku godzinach trwania elekcji odnotowano poważne nieprawidłowości. Novum tegorocznych wyborów był też udział mieszkańców okupowanego ukraińskiego Donbasu, którzy otrzymali obywatelstwo rosyjskie. Spośród nich uprawnionych było ok. 600 tys. osób – byli oni masowo dowożeni na głosowanie do obwodu rostowskiego, mieli również możliwość głosowania online (obie procedury były wysoce nieprzejrzyste). Na liście Jednej Rosji znalazł się Aleksandr Borodaj, jeden z liderów separatystów, przewodniczący Związku Ochotników Donbasu.

Odnotowywano też inne typy naruszeń: manipulacje spisami wyborców, dorzucanie głosów do urn, w niektórych regionach karuzele wyborcze (wielokrotne głosowanie przez te same osoby), a nawet przekupywanie głosujących. Do sieci wyciekły nagrania, na których instruowano członków komisji wyborczych, jakie wyniki mają się znaleźć w protokołach. W porównaniu z poprzednią elekcją do parlamentu w 2016 r. pogorszyły się również warunki pracy niezależnych obserwatorów – władze posuwały się do wypraszania ich z lokali wyborczych, policja zatrzymywała ich, zdarzały się pobicia. Znacznie ograniczono też możliwość śledzenia w Internecie transmisji wideo z lokali wyborczych – w ostatnich latach był to jeden z niewielu skutecznych mechanizmów wykrywania i nagłaśniania fałszerstw. Obserwatorzy odnotowali przy tym wzrost liczby naruszeń w regionach uważanych dotychczas za stosunkowo transparentne (w tym w Moskwie).

W trakcie wyborów władzom udało się wymusić na firmach Google i Apple usunięcie aplikacji „Nawalny!” z listą „inteligentnego głosowania” z katalogu usług elektronicznych dostępnych dla rosyjskich użytkowników. By zaszantażować firmy, ich lokalnym pracownikom zagrożono sprawami karnymi za „rozpowszechnianie nielegalnych treści” i „ingerowanie w przebieg rosyjskich wyborów”. Informacje dotyczące „inteligentnego głosowania” zaczęły też być – na żądanie władz – blokowane przez serwis YouTube i komunikator Telegram.

osw.waw.pl