wtorek, 2 listopada 2021


Maj 2019 rok. Polska jest w chaosie – od miesiąca trwa wielki strajk nauczycieli. Pedagodzy mimo strajku decydują, że przeprowadzą egzaminy dojrzałości w szkołach ponadpodstawowych. Uczniowie, ich rodzice, nauczyciele, władze oświatowe – wszyscy są zdezorientowani nietypową sytuacją.

Ktoś postanawia tę sytuację wykorzystać. W dniu pierwszego egzaminu maturalnego (pisemny z języka polskiego) do szkół przychodzą maile. Typowa treść: „Islamski terrorysta przygotował zasobnik z gazem bojowym fosgen. O godzinie 9 nastąpi wybuch. Uciekajcie wszyscy zginą”. Szkoły alarmują policję, jest zarządzana ewakuacja, egzaminy opóźniają się. W czasie matur tego rodzaju wiadomości dotrą do prawie 700 placówek. W żadnej ze szkół nie ma bomby. Jest za to coraz większy chaos.

Rok później polscy śledczy informują: inspiratorami akcji były rosyjskie służby, a dokładniej – wywiad wojskowy GRU. Choć to nie GRU rozesłało maile, tylko Polacy, to jednak funkcjonariusze rosyjskiego wywiadu byli moderatorami czatu internetowego, dostępnego w tzw. darknecie, i tam namawiali młodych Polaków do wysyłania maili.

(...)

Na sterowanym przez GRU internetowym czacie nie dyskutowano tylko o mailach do szkół. Tak jak na wszystkich tego rodzaju forach, było tam bardzo dużo treści pedofilskich. Wymieniano się też licznymi instrukcjami na temat działań nielegalnych, np. jak prowadzić stalking w sieci, by nie zostać złapanym, gdzie kupić broń, jak przygotować sfałszowane dokumenty, niezbędne do weryfikacji konta na Facebooku. Pojawiały s ię także oferty sprzedaży baz danych osobowych.

Ale zupełnie poważnie rozważano też, w jaki sposób zorganizować atak terrorystyczny, by zginęło w nim jak najwięcej osób. Jak przeprowadzić w Polsce pucz i ile osób jest do tego potrzebnych. Skąd wziąć broń i gdzie kupić fałszywe paszporty.

Zamieszczono tam również link do niejawnych materiałów szkoleniowych polskiej policji na temat wykrywania cyberprzestępczości. Rozpatrywano też pomysł, by podszyć się pod rekruterów, werbujących chętnych do pracy w tzw. cyberwojskach, wyłudzając w ten sposób dane osobowe.

Czat został zablokowany, a polskim śledczym udało się powiązać dane połączeń internetowych i wykryć, że miały związek z serwerami z Sankt Petersburga, na które w innych państwach natrafiono wcześniej. I zidentyfikowano je – jako używane przez rosyjskie GRU.

oko.press

W Polsce działa przynajmniej kilkadziesiąt grup, które hasła antyszczepionkowe łączą z teoriami antypandemicznymi (czyli z przekonaniem, że pandemia koronawirusa została wymyślona) i antysystemowymi. Rozpoczęcie programu szczepień na przełomie 2020/2021 roku dolało paliwa do spiskowego ognia, szczepionki stały się głównym wrogiem „wolnych ludzi” (tak się określają).

Zaczęły powstawać stowarzyszenia, między innymi lekarzy czy naukowców, które promują alternatywną wizję rzeczywistości na temat koronawirusa.

Inne inicjatywy przeobraziły się w grupy bardziej sformalizowane czy zhierarchizowane.

Proces ten miał różny przebieg. W efekcie pojawiły się choćby „organizacje” (najczęściej nierejestrowane), które mają tendencje do czerpania z wzorców wojskowych, dlatego używają mundurów (z reguły polowych, z demobilu). To o tyle istotne, że kiedy podczas akcji antyszczepionkowych pojawiają się mundurowi, przypadkowi przechodnie, pracownicy punktów szczepień czy osoby szczepiące się nie wiedzą, z kim mają do czynienia: czy to ktoś z regularnych służb, czy przebieraniec. Powstaje chaos.

(...)

Wiele z tych inicjatyw zostało założonych oddolnie, przez osoby bez wcześniejszego doświadczenia w aktywności publicznej. Szukano więc ludzi, którzy wiedzą, jak działać. Wtedy pojawili się aktywiści prorosyjscy, od lat funkcjonujący w polskiej przestrzeni publicznej, organizatorzy demonstracji, marszów, konferencji – niewielkich, ale jednak wymagających pewnego formalnego obycia.

Na przykład zupełnie niszowy wcześniej kanał NPTV z Aleksandrem Jabłonowskim, który od lat jawnie prezentuje swoje poglądy prokremlowskie, nagle stał się punktem odniesienia dla grup przeciwników szczepień z różnych miejscowości w Polsce. Głównie dla tych najbardziej radykalnych.

(...)

21 maja kilkunastoosobowa grupa przeciwników szczepień zgromadziła się pod warszawskim blokiem, w którym znajduje się mieszkanie ministra zdrowia Adama Niedzielskiego. Najpierw zorganizowali wiec na podwórku (z nagłośnieniem), a gdy minister wrócił do domu, próbowali z nim rozmawiać – przed drzwiami na klatkę schodową, potem przed drzwiami jego mieszkania.

Na jednym z rozpowszechnianych nagrań w sieci widać mężczyznę, który schodząc po schodach, po spotkaniu, mówi: „Wiemy dokładnie, gdzie on mieszka, i będziemy tutaj, nie raz, nie dwa, dopóki się ta cała szopka nie skończy.” (Linku do nagrania nie podajemy celowo, by go nie popularyzować).

Ten mężczyzna to Mirosław Rostankowski.

Na swoim fanpage`u na Facebooku przedstawia się jako polityk, choć zapewne znany jest bardzo wąskiemu gronu ludzi. Ale w środowiskach nacjonalistycznych funkcjonuje od lat, jako działacz Narodowej Wolnej Polski. To mała organizacja skrajnej prawicy, którą od innych nacjonalistów odróżnia jawna sympatia dla Rosji, wyrażająca się choćby we wsparciu agresji Rosji na ukraiński Donbas.

Jako działacz NWP w sierpniu 2017 r. Rostankowski złożył kwiaty pod pomnikiem bohaterów Armii Czerwonej w Mińsku (w Białorusi) – nagrał to, a nagranie zakończył hasłem „Cześć i chwała bohaterom”. Potem zamieścił filmik na You Tube. Ten materiał znalazłam także na rosyjskiej platformie społecznościowej VK, na kanale „Słowiańszczyzna”, powiązanym z polskim kanałem YT „Telewizja Narodowa”.

Telewizję Narodową prowadzi Eugeniusz Sendecki, lekarz i kolejny działacz o prorosyjskich sympatiach politycznych – opisywałam go niedawno w artykule na temat rosyjskich śladów w Polsce. Sendecki był jednym z mówców podczas Marszu Dmowskiego, który pod koniec czerwca przeszedł przez centrum Warszawy. Na czele marszu niesiono rosyjską flagę, a wydarzenie zostało (fałszywie) zrelacjonowane przez rosyjskie media jako demonstracja pod ambasadą USA przeciwko ideologii LGBT.

Co ciekawe, w 2010 roku to Sendecki nakręcał emocje wokół krzyża na Krakowskim Przedmieściu, postawionego po katastrofie smoleńskiej. Działał też w Młodzieży Wszechpolskiej i Lidze Polskich Rodzin, wielokrotnie głosił antyzachodnie i antyamerykańskie poglądy, a lata temu był związany z kontrowersyjnym działaczem polonijnym Janem Kobylańskim.

Razem ze wspomnianym wcześniej Aleksandrem Jabłonowskim, Syryjczykiem Nabilem Al-Malazi (byłym wiceprzewodniczącym prorosyjskiej partii »Zmiana«) oraz Maciejem Porębą, który sam przedstawia się jako „członek partii »Zmiana«, działacz różnych organizacji historyczno-wojskowych rosyjskich, czyli – można powiedzieć – dla mnie język rosyjski jest jak własny” – to obecnie najbardziej aktywna w polskich środowiskach antyszczepionkowych grupa działaczy prorosyjskich.

Tę grupę, związaną pierwotnie z Obozem Wielkiej Polski, Zjednoczeniem Patriotycznym „Grunwald” i prorosyjską „Zmianą”, można zobaczyć choćby na nagraniach z warszawskiego wiecu poparcia dla Aleksandra Łukaszenki, z 25 sierpnia 2020 r. – stamtąd pochodzi wypowiedź Poręby o nim samym, cytowana powyżej.

(...)

Teraz Rostankowski kreuje się na jednego z liderów inicjatyw przeciwników szczepień. Na jego profilu na Facebooku pojawiają się choćby takie wpisy:

– „Ludzie zaszczepieni, nie podlegają już <<prawom człowieka>> , gdyż są już zmutowanym produktem firmy. Tego się zrzekliście, przykro mi.” (z 21 lipca)

– „Doszedłem do pewnej konkluzji. Rodzice chcący szczepić swoje dzieci, w końcu dokonują aborcji, której przez jakieś dziwne zdarzenie losu nie byli jej w stanie dokonać wcześniej.” (22 lipca)

Jest bardzo aktywny. Był w maju pod domem ministra Niedzielskiego.

Był także w lipcu w Grodzisku Mazowieckim, na pikniku, podczas którego doszło do agresji fizycznej wobec obsługi punktu szczepień, a potem wobec funkcjonariuszy policji. Rostankowski uczestniczył w zajściu razem z Karoliną K. i Jakubem K. (choć to nie on blokował wejście do punktu szczepień).

(...)

Do innych grup przeciwników szczepień dociera duet z NPTV, czyli Marcin Osadowski i Aleksander Jabłonowski. Jabłonowski to wieloletni aktywista prorosyjski. Duet ten zorganizował między innymi opisywany wcześniej przeze mnie czerwcowy Marsz Dmowskiego w Warszawie, z flagą rosyjską powiewającą na czele.

Najbardziej niepokojące jest radykalizowanie się przekazu NPTV. Wystarczy spojrzeć na tytuły nagrań z ostatnich tygodni oraz zdjęcia tytułowe. Na jednym z nich widać prowadzących kanał z bronią. Na innym Jabłonowski wyciąga zaciśniętą pięść, a Osadowski ma rękawice bokserskie.

Przykładowe tytuły materiałów: „Fałszywa flaga i zdrajcy. Odc. z dwururki”, „Nagonka”, „Nie ustawać”, „Ofensywa”, „Ich kpina, nasza hańba”, „Nie daj się zabić”, „Maszerujemy”, „Wytrzymać”, „Tylko nie pękać”.

W materiale „Nagonka” Osadowski mówi: „Na razie zaczyna się nagonka. Nagonka na Was, na nas – ale to dobrze. Oni mają się bać – i się boją.” Jabłonowskiego trudno nawet zacytować – używa bardzo wulgarnego języka.

oko.press

Wrogie kampanie prowadzono w latach 2017-2021. W niektórych przypadkach hakerzy wykorzystali luki w zabezpieczeniach serwerów Microsoft Exchange. Ich celem było uzyskanie i utrzymanie nieprzerwanego dostępu do dostawców usług telekomunikacyjnych z myślą o szpiegostwie. Mowa tu przede wszystkim o zbieraniu poufnych danych.

Operacje były prowadzone przez trzy grupy. Jedną z nich jest Soft Cell, aktywna w sieci od 2012 roku. Słynie z cyberataków wymierzonych w telekomy w różnych częściach świata. „Z dużą dozą pewności oceniamy, że Soft Cell prowadzi operacje w interesie Chin” – wskazują specjaliści. W najnowszą kampanię jest zagarażowana od 2018 roku.

Drugą grupą jest Naikon APT. Cybereason definiuje ją jako „wysoce aktywną grupę cyberszpiegowską”, która funkcjonuje od 2010 roku. Jej głównym celem są państwa ASEAN, a eksperci powiązali ją z chińskim wojskiem. Wrogie działania wymierzone w telekomy w Azji Południowo-Wschodniej prowadzi od końca 2020 roku.

Ostatnim elementem jest podmiot „Group-3390”, posługujący się unikalnym backdoorem, który jest instalowany na serwerach Microsoft Exchange. Jego analiza wykazała podobieństwa z wcześniej zidentyfikowanym backdoorem wykorzystywanym podczas kampanii „Iron Triger”, przypisanym chińskiej grupie APT27 (inaczej zwanej „Emissary Panda”). Podmiot ten prowadził działania w ramach najnowszej kampanii od 2017 roku.

W tym miejscu warto podkreślić, że działania prowadzone przez opisane wyżej podmioty miały miejsce mniej więcej w tym samym czasie, były wymierzone w te same cele i dotyczyły identycznych punktów końcowych. Taki stan rzeczy sugeruje, że operacje zostały wcześniej zorganizowane i zlecone przez jednego aktora. Jednak na ten moment specjaliści posiadają zbyt mało danych, aby jednoznacznie ocenić zaistniałą sytuację.

Z analizy przeprowadzonej przez Cybereason wynika, że hakerzy przywiązywali dużą wagę do ukrywania swojej aktywności w celu utrzymania trwałego dostępu do konkretnych sieci. W związku z tym dynamicznie reagowali na wszelkie próby „wyparcia” ich z infrastruktury.

Co więcej, w niektórych przypadkach hakerzy wykorzystywali ujawnione w ostatnim czasie luki w Microsoft Exchange. Dzięki temu „wchodzili” do sieci docelowych, aby następnie pozyskiwać poufne informacje z zasobów telekomów, w tym np. dane Call Detail Record (CDR). W ten sposób posiadali dostęp do komunikacji każdego użytkownika, który korzysta z usług firmy będącej celem operacji.

Ponadto, hakerzy po przeniknięciu do sieci w dowolnej chwili mogli wyłączyć lub zakłócić działanie infrastruktury, gdyby tylko postanowili przekształcić operację szpiegowską w bardziej „niszczycielski” cyberatak.

Dlaczego właśnie telekomy były atakowane? Ze względów na szerszą kampanię szpiegowską, która – zdaniem specjalistów – obejmuje m.in. polityków, urzędników państwowych, organy ścigania czy przedsiębiorstwa – generalnie te podmioty, które są przedmiotem zainteresowania rządu w Pekinie.

cyberdefence24.pl

poniedziałek, 1 listopada 2021


W najogólniejszym rozumieniu "spontaniczność rozwoju" odnosi się do pojawienia się pewnych właściwości, zjawisk i porządku w wyniku indywidualnych interakcji osób, a nie jako działanie jakichkolwiek centralnych instytucji lub zamierzonych, zaplanowanych działań dużych społeczności.

Idea ta ma długą historię i oczywiście tradycyjnie można byłoby powiedzieć, że „już starożytni Grecy …”, sam jednak wolę odwoływać się do rozwoju tej idei w czasach nowożytnych, od czasów Oświecenia. Dlatego nazywam to tradycją „Mandeville-Hume-Galiani-Smith-Ferguson-Menger-Leoni-Polanyi-Hayek”. Tradycja ta zaczyna się od „Prywatnych wad i korzyści społecznych” Bernarda Mandeville’a (1714), po czym wymienić należy koncepcję „nadrzędnej ręki” (Suprema Mano) Ferdinanda Galianiego (1751) i „niewidzialnej ręki” Adama Smitha (1759, 1776); w tradycję tę wpisują się też David Hume (1740), twierdząc, że „reguły moralne nie są konkluzjami wysnutymi przez nasz rozum” oraz Adam Ferguson (1767): „Każdy krok i każdy ruch społeczności  … są dokonywane z równą nieznajomością przyszłości; a narody tworzą instytucje, które są rzeczywiście wynikiem ludzkiego działania, ale nie realizacją jakiegokolwiek ludzkiego zamysłu”.

Dwóch mniej znanych naukowców zaangażowanych w badania nad ideą spontanicznego porządku to Bruno Leoni i Michael Polanyi. Leoni (1961), rozważając ograniczenia planowanego ładu społecznego, wskazał, że systemy oparte na istnieniu centralnego organu decyzyjnego nie posiadają wiedzy niezbędnej do zarządzania tym systemem. Jako prawnik skupił swoją uwagę na kwestii kształtowania się norm prawnych. Krytykował współczesną mu instytucję prawa jako przykład centralnej kontroli instytucji, której złożoność wykracza poza ludzkie możliwości poznawcze. Zwrócił uwagę, że prawo powinno być nie tyle konstruowane co odkrywane w policentrycznym systemie społecznym.

Michael Polanyi (1940) rozwinął ideę struktur samoorganizujących się. Dokonał rozróżnienia między porządkiem korporacyjnym a porządkiem dynamicznym. Pierwszy był egzogeniczny, co oznaczało, że relacje między jego elementami były determinowane czynnikami zewnętrznymi. W endogenicznych porządkach dynamicznych zachowanie danego elementu zależy od zachowania innych elementów. W konsekwencji prawidłowość danego porządku jest wynikiem procesu, w którym elementy systemu wzajemnie dostosowują swoje zachowanie.

obserwatorfinansowy.pl

W 1987 roku z Chin został wysłany pierwszy e-mail, w którym Chiny triumfalnie ogłosiły, że zza Wielkiego Chińskiego Muru są wstanie dotrzeć do każdego zakątka świata (...). Kilka lat później, w 1994 roku, w Chinach zaczęła na stałe funkcjonować sieć internetowa. Państwo Środka oficjalnie stało się siedemdziesiątym siódmym krajem na świecie podłączonym do sieci. Już rok później usługi internetowe zaczęły być udostępnianie zwykłym obywatelom, a w Pekinie powstała pierwsza firma, zajmująca się dostarczaniem internetu, Infohighway Information & Technology Co. LTD. Internet w Chinach rozrastał się w niewyobrażalnym wręcz tempie (ChinaDaily).

W 1994 roku, tuż po wprowadzeniu w Chinach internetu, korzystała z niego zaledwie garstka osób (w skali populacji wynosząca praktycznie 0%), podczas gdy na początku 2009 roku z sieci korzystało ok. 300 milionów ludzi, a pod koniec 2020 prawie 990 mln. Chińczyków (Statista, 2020). Wprowadzenie sieci oraz udzielenie obywatelom dostępu do niej, w krótkim tempie sprawiło, że zaczęły pojawiać się liczne serwisy internetowe. W tym okresie powstały wielkie firmy działające obecnie w obszarze nowoczesnych technologii i e-commerce, takie jak Alibaba (założona w Hangzhou w 1999 roku) i Tencent (założony w 1998 roku). W 1999 Tencent wydał pierwszą wersję komunikatora internetowego QQ, która do niedawna stanowiła najpopularniejszą platformę komunikacyjną w Chinach, z której na co dzień jeszcze w 2018 roku korzystało prawie 700 milionów ludzi. Obecnie najpopularniejszą platformą komunikacyjną jest WeChat (weixin). W 2020 roku na świecie założonych było ponad miliard dwieście milionów aktywnych kont w tej aplikacji (Statista, 2020). Założona w 1999 roku Alibaba z wykorzystaniem internetu zaczęła tworzyć jeden z największych serwisów e-commerce na świecie, konkurujący dzisiaj z Amazonem portal Aliexpress. W 2000 roku powstał chiński odpowiednik wyszukiwarki Google – Baidu. Jednocześnie władze dostrzegły w globalnej sieci zarówno wielką szansę na budowanie potęgi Chin, jak i wielkie zagrożenie. Niczym nieograniczony dostęp do sieci dla zwykłych ludzi stanowił poważne ryzyko dla utrzymania zastanego porządku politycznego oraz podtrzymania pożądanej przez partię ideologii. Rozpoczęto więc prace nad projektem Złotej Tarczy. Złota Tarcza (jindun gongchéng) to projekt, który miał zapewnić bezpieczeństwo w chińskiej sieci. Za jej wprowadzenie odpowiadało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego. Narzędzie ma przede wszystkim służyć zapewnieniu bezpieczeństwa wewnętrznego oraz zewnętrznego kraju, zapobiegać szerzeniu treści szkodliwych, takich jak podjudzanie do popełnienia czynów zabronionych czy nawoływania do podjęcia prób dokonania przewrotu politycznego w państwie czy zmiany ustroju. Najwięcej kontrowersji narasta jednak wokół podprojektu Złotej Tarczy czyli tzw. Great Firewall of China (Fánghuo Chángchéng). Narzędzie służy do cenzurowania internetu w Chinach. Wykorzystywane jest także do blokowania zagranicznych portali internetowych takich jak Facebook czy YouTube (...).

instytutboyma.org

Warto przy tym przypomnieć, że każdy sprzęt dostarczany przez polski przemysł przechodzi wieloletnie badania państwowe, gdzie robi się wszystko aby potencjalnemu oferentowi pokazać, że nic nie znaczy i polska armia robi mu łaskę, że w ogóle z nim rozmawia. Oczywiście mamy wyjątek w postaci karabinka MSBS Grot, którego zakup 50 tysięcy sztuk podpisano na etapie wersji A0, która została całkowicie wycofana z WOT, wersja A1 uznawana przez jako niezbyt udana i dopiero wersja A3 ma spełnić oczekiwania użytkowników. W tym przypadku oczekiwania polityczne nie przeszkodziły podpisaniu wiążącej umowy przez MON na zakup sprzętu daleko odbiegającego od deklaracji producenta i produktów dostępnych na rynku za porównywalną cenę. Po drugiej stronie toru przeszkód dla polskich produktów, jest badanie wieży bezzałogowej ZSSW30. Mijają już 4 lata, a komisja nie podpisała protokołu z pozytywnego zakończenia badań, nie mówiąc już o podpisaniu umowy na zakup choćby pierwszych kilkudziesięciu egzemplarzy na Rosomaki, które od kilku lat stoją na placach w Siemianowicach i Gliwicach w oczekiwaniu na polskie wieże od konsorcjum HSW, które jest odpowiedzialne za cały projekt B+R. W odróżnieniu od tego sprzęt kupowany z zagranicy jak systemy rakietowe, samoloty, drony czy czołgi nie przechodzą żadnych badań, nie sprawdza się sprzętu pod kątem oczekiwań armii. Wszystko kupuje się „z półki”, płaci każdą cenę, której żąda producent i nie zawraca sobie głowy offsetem czy polonizacją.

Brak offsetu jest drugim grzechem ciężkim zakupu amerykańskich czołgów. 

(...)

Na koniec pozostaje kwestia rozmieszczenia nowo zakupionych czołgów. Przypominam, że od 2018 r. w ramach tworzenia 18 Dywizji Zmechanizowanej zlokalizowanej na wschód od Wisły zaczęto przesuwać z zachodniej Polski część czołgów Leopard A5 i A4, które miały być wzmocnieniem dla dotychczasowego parku czołgów z rodziny T-72. Przecież wraz z przesunięciem tego sprzętu trzeba było zbudować nowe zaplecze logistyczne i szkoleniowe w innej części kraju. Nie wyobrażam sobie, żeby w ramach oszczędności czołgiści z Wesołej mieli szkolić się w Żaganiu. Jednocześnie część czołgów T-72 została przesunięta do 11 Dywizji Kawalerii Pancernej, co oznacza również zapewnienie zaplecza logistycznego do tej starej generacji czołgów tam gdzie były już tylko Leopardy! Teraz dowiadujemy się, że 18 Dywizja Zmechanizowana otrzyma trzeci typ czołgów! Przecież to oznacza, że trzeba będzie tworzyć kolejne zasoby osobowe dedykowane amerykańskiemu sprzętowi. To są kolejne koszty powielające obecne zasoby. Nic nie słychać o tym aby konkretne Dywizje czy Brygady miały być wyposażone w jednakowe czołgi. To może oznaczać, że po raz kolejny, że wśród polityków w MON, słowo wyprzedza myśl, albo chodzi jedynie o efekt marketingowy, ….a potem „się zobaczy” i „jakoś to będzie”. Istnieje jeszcze możliwość, że po raz kolejny Leopardy zostaną cofnięte do 11 DKPanc., a stamtąd wrócą postsowieckie czołgi, ale to jeszcze bardziej obnaży bezsens wcześniejszych decyzji MON. Takie roszady nie mają zbyt wiele wspólnego z planowaniem i dostosowaniem zasobów do możliwości. Jak ma walczyć dywizja dysponując tak różnymi typami czołgów wymagającymi odrębnego zaplecza części zamiennych i kadry technicznej do utrzymania sprzętu w gotowości w trakcie pokoju jak i w czasie konflikt?. Nikt z oficjeli politycznych i wojskowych nie zająknął się słowem jak będzie zorganizowana dywizja z trzema typami czołgów. Ile czołgów mogłaby mieć Polska za te pieniądze, które zostały zmarnowane na dotychczasowych chaotycznych działaniach wewnątrz armii z tytułu relokacji sprzętu pancernego?

defence24.pl

Czy mogliśmy zrobić coś inaczej? Lepiej? - Moim zdaniem miarą polityki zagranicznej jest jej skuteczność. Co osiągnęliśmy na Białorusi, jakie cele zrealizowaliśmy? Śmiem twierdzić, że żadne. Przegraliśmy wszystko, co można było przegrać - uważa Witold Jurasz, były chargé d’affaires (szef misji dyplomatycznej niższej rangi niż ambasador) na Białorusi, obecnie dziennikarz portalu Onet. Od lat krytykuje on polską politykę zagraniczną na kierunku wschodnim, zwłaszcza białoruskim. Jego zdaniem nie jest ona dość realistyczna, a osoby za nią odpowiadające nie dość kompetentne, żyjące za bardzo w sferze pragnień, a nie faktów.

Według Jurasza kardynalnym błędem naszej polityki było od lat ignorowanie kontaktów z łukaszenkowską nomenklaturą. Tymi ludźmi, od których poparcia dyktator naprawdę jest zależny. - Ignorujemy fakt, że Łukaszenka to zwieńczenie systemu liczącego dziesiątki tysięcy ludzi, którym trwanie reżimu jest na rękę - uważa. - Przez ostatnie 20 lat trzeba było próbować ich kaptować, budować wpływy - dodaje były dyplomata. Sugeruje na przykład oferowanie wyjazdów na wartościowe kursy i szkolenia na Zachodzie, takie jak choćby MBA.

Zdaniem Jurasza w Polsce przyjęto błędne założenie, że ulica i protesty są w stanie doprowadzić do obalenia reżimu Łukaszenki. - To chyba efekt naszego mitologizowania Solidarności. Przeceniania jej realnego wpływu na obalenie rządów komunistycznych w Polsce. Tak jakby nie było bankructwa sowieckiej gospodarki, Ronalda Reagana, papieża, Michaiła Gorbaczowa, i wielkiego dealu na koniec - uważa były dyplomata.

- Teraz to wszystko jednak historia i zbędne dywagacje. Jest po sprawie. Straciliśmy Białoruś. Reżim zaszedł tak daleko, że nie ma szans na realny dialog. Nie ma do tego warunków. Możemy tylko czekać do jakiegoś kolejnego dużego przesilenia na arenie międzynarodowej. Przetasowania, które pozwoli wyrwać Białoruś z orbity Rosji. Może za kilkanaście albo kilkadziesiąt lat wrócimy do gry. Na razie i tak nie jest źle, bo chociaż my znaleźliśmy się po właściwej stronie w nowej zimnej wojnie - uważa Jurasz.

- Nie podzielam poglądu, że polska polityka zagraniczna wobec Białorusi to jakaś całkowita katastrofa. Nie jest tak źle. Tego, co się stało na przestrzeni ostatniego roku, nikt nie przewidział. Nawet sam reżim czegoś takiego się nie spodziewał. Trudno więc oczekiwać innego efektu - mówi natomiast w rozmowie z Gazeta.pl Anatol Kotow, członek Narodowego Zarządu Antykryzysowego, jednego z głównych ciał białoruskiej opozycji. Odpowiada za sprawy zagraniczne i handel. Do 2020 roku pracował w białoruskiej administracji, ale w obliczu represji rzucił służbę cywilną. - Wasz podstawowy problem jest taki, że musicie grać zgodnie z prawem, zgodnie z zasadami, a gracie z reżimem, który żadnego prawa i zasad nie uznaje - dodaje.

Zdaniem Kotowa działania w rodzaju stworzenia BiełsatTV i fundowania stypendiów dla białoruskich studentów w Polsce, których celem było wspomaganie budowy społeczeństwa obywatelskiego na Białorusi, to nie był błąd. - Jednak na większą skalę nie ma tym zainteresowania wśród Białorusinów. To nie docierało do szerokiego grona. Więc ta inwestycja nie stała się w pełni skuteczna - stwierdza Kotow. - Teraz cała ta polityka budowania społeczeństwa obywatelskiego już niezbyt ma sens. To mogło działać w miękkim autorytaryzmie, a na Białorusi zapanowało całkowite bezprawie. Jest już za późno - mówi opozycjonista.

gazeta.pl

sobota, 30 października 2021


Turbiny wiatrowe, panele fotowoltaiczne czy baterie do wszelkich pojazdów elektrycznych w większości zawierają w swoich składach metale rzadkie. Większość z nich pochodzi z kopalni na terenach Chin. Autor opisuje swoje śledztwo w Państwie Środka, w tym – masowe niszczenie środowiska i zatruwanie wód podczas wytwarzania metali rzadkich. Jest to tym bardziej paradoksalne, że m.in. wydobywa się tam ind, konieczny do produkowania paneli słonecznych. Podczas wydobycia tego metalu zdarzały się przypadki wylewania ton chemikaliów do rzeki Xiang. Innym przytoczonym przykładem były zniszczenia w środowisku naturalnym w prowincji Fujian w 2011 r. podczas wydobywania galu, który jest potrzebny do wytwarzania żarówek energooszczędnych. Autor opisuje również działania chińskiej firmy Baogang w mieście Baotou, który jest jednym z głównych graczy na rynku metali rzadkich. (...)

Problemem nie jest tylko wydobycie (niszczenie skorupy ziemskiej), ale często olbrzymie skażenie środowiska w porównaniu z “tradycyjnymi” surowcami. W przypadku kopalni węglowej, głównie wydobywamy po prostu węgiel, tak samo w przypadku ropy naftowej. Metale rzadkie, tak jak wskazuje nazwa, są rzadkie i nie występują samodzielnie. Są one powiązane z innymi pierwiastkami. Pitron sprawdził, że “trzeba oczyścić 8,5 tony skały, by wyprodukować kilogram wanadu, z 16 ton otrzymuje się kilogram ceru, z 50 ton – kilogram galu, a z zawrotnej ilości 1200 ton – nędzny kilogram jeszcze rzadszego metalu, jakim jest lutet”. (...)

Z roku na rok, proporcjonalnie do zapotrzebowania na nowe technologie i przechodzenie na źródła odnawialne, zapotrzebowanie na metale rzadkie będzie coraz gwałtowniej rosnąć – “w ciągu 10 lat produkcja energii wiatrowej będzie wzrastać siedmiokrotnie, a słonecznej fotowoltaicznej 44 razy”. W związku z tym, w przeciwieństwie do tego, co często się głosi, że przechodzenie na źródła odnawialne ograniczy etaty, według Międzynarodowej Agencji Atomowej, przejście na odnawialne źródła energii wykreuje 24 mln nowych miejsc pracy do 2050 r. (...)

Do lat 90. w wydobyciu metali rzadkich przodowały Stany Zjednoczone, dużą rolę odgrywała również Francja. Ze względu na koszty, a także sprzeciw obywateli tych krajów, Chiny przejęły rolę głównego producenta, stosując zarówno dumping ekonomiczny jak i dumping ekologiczny, ponieważ – jak zaznacza jeden z chińskich aktywistów przytoczonych w publikacji – “prace nad naprawą szkód wyrządzonych środowisku nie zostały wliczone do kosztów produkcji”. (...)

Pitron opisuje, jak Chiny, przyciągając zachodnich producentów metali (np. przez wolne strefy), wykorzystały to długofalowo do rozwoju nowych technologii i stały się jednym z kluczowych graczy w sektorze. (...)

Na Chińską Republikę Ludową patrzy się ze względu na zanieczyszczenia, a warto sobie uświadomić, że Chiny „są obecnie największym na świecie producentem energii ze źródeł odnawialnych, największym producentem urządzeń fotowoltaicznych, największą potęgą hydroelektryczną, największym inwestorem w energię wiatrową i największym rynkiem pojazdów wykorzystujących energię ze źródeł alternatywnych”. W 2020 r. Chiny miały wyprodukować 80-90 proc. wszystkich baterii do samochodów o napędzie elektrycznym. Sześć z dziesięciu największych producentów tego typu pojazdów pochodzi z Państwa Środka. (...)

Jednym z elementów polityki zagranicznej i gwarancji bezpieczeństwa państwa, jest zapewnienie ciągłego dostępu do kluczowych surowców. W przeszłości był to węgiel, który wyparła ropa naftowa, a ją obecnie wypierają metale rzadkie. Faktem jest, z czym nie sposób nie zgodzić się z autorem, że zielone technologie opierają się na nieskończonych źródłach, jak wiatr czy energia słoneczna, ale urządzenia, które je pozyskują są zbudowane z surowców, które już nieskończone nie są.

Wymienione surowce są podstawą uzyskiwanej energii. Państwa je wydobywające stają się coraz większymi graczami na arenie międzynarodowej, a te – i tak już potężne –  jak Chiny zwiększają swój potencjał. Naturalnie pozycja krajów-producentów ropy naftowej czy gazu ziemnego, jak np. Rosji (będzie to miało wpływ na stosunki z UE, w tym Polską), Kataru i Arabii Saudyjskiej, będzie stopniowo spadać na rzecz innych państw. (...)

Pitron przytacza komunikat Komisji Europejskiej, która ogłosiła, że “Chiny są najbardziej wpływowym krajem pod względem światowego zaopatrzenia w wiele surowców krytycznych”. Według tej unijnej instytucji, mają odpowiadać za pozyskiwanie aż 95 proc. metali rzadkich. Kolejnymi państwami, które są głównymi graczami w wydobyciu konkretnych metali są: Brazylia (90 proc. produkcji niobu), RPA (83 proc. irydu, rutenu, platyny), Demokratyczna Republika Konga (64 proc. kobaltu). Dzięki dużym zasobom prawdopodobnie będzie rosła pozycja takich państw jak: Chile, Boliwa, Peru oraz Gwinea, Burundi, Angola i Madagaskar.

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 29 października 2021


W 2017 roku dziennikarskie śledztwo w Danii wykazało, że H&M tylko w tym kraju spala 12 ton, nowych, nigdy nieużywanych ubrań. H&M temu zaprzeczyło, ale to nie było pierwsze takie doniesienie. Wcześniej „The New York Times” opisywał, jak nowe, niesprzedane ciuchy są wrzucane do worków i cięte. „Przy tylnym wejściu na 35. ulicy, czekając na wywóz śmieci, leżały worki z ubraniami, które wydawały się nigdy nie być noszone. Aby mieć pewność, że nigdy nie będą noszone ani sprzedawane, ktoś pociął większość z nich nożami do pudełek lub brzytwą” – pisał dziennikarz NYT. Sprawa nie dotyczyła wyłącznie H&M – trochę dalej na tej samej ulicy znaleziono władowane do worków bluzy, spodnie i koszulki, które nie sprzedały się w sklepie sieci supermarketów Wallmart.

„Palenie i cięcie to dwa najczęstsze sposoby” – mówił w rozmowie z portalem Vox Tim Rissanen, profesor projektowania mody i zrównoważonego rozwoju w Tishman Environment and Design Center. „Trzecią opcją jest po prostu składowanie na wysypiskach, ale większość firm przeprowadza spalanie, aby móc twierdzić, że spalarnie wytwarzają energię. Na przykład Burberry upiera się, że przetwarza ubrania na energię, ale nie wspomina o tym, że energia odzyskiwana ze w ten sposób w najmniejszym stopniu nie rekompensuje energii, jaką trzeba było zużyć do produkcji ubrań” – tłumaczył.

W 2018 roku niemieckie media podały, że Amazon niszczy produkty zwracane przez konsumentów. Jedna z pracowniczek opowiedziała dziennikarzom, że dziennie musiała niszczyć produkty warte dziesiątki tysięcy euro. W tym roku brytyjskie ITV odkryło, że ten proceder dotyczy również magazynów w Szkocji. „Praktyka niszczenia niesprzedanych rzeczy nie jest nowa” – komentował Greenpeace UK. „Marki fast fashion od dawna palą i niszczą niesprzedane lub zwrócone ubrania. Tak naprawdę, wiele korporacji ma problem ze zbyt dużą produkcją. To często prowadzi do szokującego marnowania. Nadmierna produkcja zostawia ślad w środowisku”.

Odpowiedź na to pytanie jest wbrew pozorom wielowątkowa i trudna. Po pierwsze: produkcja ubrań emituje ogromne ilości CO2 do atmosfery, przyczyniając się do kryzysu klimatycznego. Im więcej ciuchów wytwarzamy, tym, oczywiście, wyższe emisje.

Na stronie Parlamentu Europejskiego możemy przeczytać, że przemysł odzieżowy jest odpowiedzialny za 10 procent globalnych emisji gazów cieplarnianych – to więcej niż łączne emisje z międzynarodowego ruchu lotniczego i żeglugi.

Europejska Agencja Środowiska wylicza, że produkcja wszystkich zakupionych w UE tekstyliów generuje rocznie 654 kg ekwiwalentu CO2 na osobę (CO2e to uniwersalna jednostka do pomiaru gazów cieplarnianych). Żeby pokazać skalę: średnia roczna emisja CO2 na osobę wynosi 5 ton. W UE produkcja i zużywanie tekstyliów jest na piątym miejscu największych źródeł emisji CO2 związanych z konsumpcją – tuż za transportem i produkcją żywności.

Organizacja World Research Institute podaje, że wyprodukowanie jednej pary jeansów generuje takie emisje, jak 130-kilometrowa trasa samochodem. Do wytworzenia jednej koszulki potrzeba aż 2,7 tys. litrów wody. To tyle, ile człowiek wypija przez dwa i pół roku.

(...)

Co więcej, EEA podkreśla, że do wytwarzania tekstyliów używa się 3,5 tys. substancji chemicznych. 750 z nich uznaje się za niebezpieczne dla ludzi, a 440 – szkodliwe dla środowiska. Przykład? Formaldehyd, który nadaje tkaninom gładkość. Jednocześnie może uczulać, a w większych stężeniach nawet przyczynić się do rozwoju nowotworów.

Szacuje się, że 20 proc. globalnego zanieczyszczenia wód jest związane z produkcją i farbowaniem ubrań.

Najgorzej jest m.in. w Bangladeszu, Etiopii, Indiach i Pakistanie. Czyli tam, gdzie marki fast fashion szyją swoje kolekcje. W samym Bangladeszu trzy rzeki są określane jako „biologicznie martwe”. Ścieki z produkcji ubrań tak je zanieczyściły, że praktycznie nie zawierają tlenu, więc żadne życie nie może się w nich rozwijać. Już kilka lat temu szacowano, że w 2021 roku przemysł odzieżowy wypuści do rzek w Bangladeszu prawie 350 m3 ścieków, pełnych m.in. ołowiu, arsenu i rtęci.

(...)

Chemiczne są nie tylko dodatki i farby, ale same materiały. Ponad połowę wyprodukowanych w 2019 roku materiałów stanowił poliester. Jest to syntetyczne włókno z tworzywa sztucznego wytwarzane w bardzo energochłonnym procesie. Bazą do jego produkcji jest ropa naftowa i jej pochodne. Dokładnie tak samo powstają plastikowe butelki. Alice Wilby, reprezentująca ruch Extinction Rebellion, mówiła w rozmowie z „The Independent”: „Użycie paliw kopalnych do produkcji poliestru niesie ze sobą inne szkodliwe problemy, w tym wycieki ropy, emisje metanu i utratę bioróżnorodności”. Poliester, podobnie jak inne syntetyki – rzadziej używane nylon i akryl – oczywiście nie jest biodegradowalny. Można go recyklować.

W takim razie może lepsza będzie naturalna bawełna? Odpowiedź brzmi: niestety nie. Z jej produkcją również wiąże się masa problemów – pracowniczych (o czym była mowa w pierwszej części tekstu) i środowiskowych. Przede wszystkim, uprawa bawełny pochłania ogromne ilości wody. Co więcej, na plantacjach wykorzystuje się w pestycydy i toksyczne chemikalia. Niektóre dane mówią o tym, że aż 1/6 światowego zużycia pestycydów dotyczy właśnie uprawy bawełny. „Bawełna jako uprawa sieje spustoszenie zarówno wśród ludzi, jak i planety, jeszcze zanim zostanie zamieniona w odzież” – mówiła w „The Independent” Alice Wilby. WHO potwierdza, że w krajach rozwijających się tysiące osób cierpi na powikłania związane z wdychaniem chemikaliów – nowotwory i poronienia.

oko.press

Wielkie imperia kolonialne nie mogłyby powstać bez zastępów "tubylczych" formacji wojskowych. Dzięki nim – żołnierzom rekrutującym się z arabskich, afrykańskich i azjatyckich ludów – europejskie potęgi poszerzały zamorskie terytoria, a następnie utrzymywały nad nimi panowanie. W różnych okresach i natężeniu wykorzystywali je między innymi Brytyjczycy, Niemcy, Włosi, ale przede wszystkim Francuzi.

Do 1914 roku zarządzane z Paryża terytoria, łącznie z metropolią, rozciągały się na powierzchni ponad 10 mln kilometrów kwadratowych, a zamieszkiwało je około 100 mln ludzi. W cieniu trójkolorowych sztandarów znalazły się między innymi polinezyjskie archipelagi, Madagaskar, znaczna część Indochin oraz większa część Afryki Zachodniej i Maghrebu. Pod nimi przeciwko chińsko-wietnamskim siłom w Tonkinie w latach 80. XIX wieku walczyli za Francję algierscy żuawi. Senegalscy strzelcy zaś u boku białych żołnierzy uczestniczyli w podboju Dahomeju i Madagaskaru w następnej dekadzie.

Kolonialne oddziały były dowodzone przez garstkę francuskich oficerów i podoficerów. Po dziesięcioleciach gromadzenia obserwacji podkomendnych z różnych podbitych nacji na początku XX wieku stworzyli oni klasyfikację "ras wojowników", czyli uszeregowali grupy etniczne wedle ich przydatności na polu walki.

"Tunezyjczycy są zniewieściali, Algierczycy męscy, ale to Marokańczycy są urodzonymi żołnierzami" – głosiło popularne powiedzenie wśród francuskich wyższych szarż. Jeszcze mniej subtelnie, w rasistowskim duchu epoki opisywano mieszkańców Afryki Subsaharyjskiej. Ogólnie uważano ich za prymitywne istoty – nadpobudliwe seksualnie, okrutne i niezdolne do racjonalnego myślenia. Niemniej w niektórych ludach dostrzegano większy potencjał niż w innych.

Wojskowi szczególnie cenili nacje z francuskiej Afryki Zachodniej, zamieszkujące tereny takich dzisiejszych państw, jak Senegal, Mali i Burkina Faso. Najwyżej w ich rankingu znajdowali się Bambarowie – jako "odważni i lojalni" – oczko niżej sklasyfikowano Wolofów – "inteligentnych, sprytnych, ale często próżnych". Ale innymi rekrutami, jak Tukulerzy lub Fulanie, też nie pogardzano. To z nich zaczęto już w latach 50. XIX wieku formować kolonialne oddziały zbiorczo określane mianem strzelców senegalskich.

Z punktu widzenia decydentów w metropolii takie rozwiązanie miało wiele korzyści. Przede wszystkim koszty wyszkolenia, wyekwipowania i żołdu dla czarnoskórego żołnierza były o połowę niższe niż w przypadku poborowego z Bretanii czy z Artois. Ponadto Afrykanie, co naturalne, dużo rzadziej padali ofiarą chorób tropikalnych. Dlatego Francuzi wykorzystywali strzelców senegalskich głównie do służby w garnizonach i kampanii na obszarze im najbliższym, tj. na terenie Afryki Zachodniej i Środkowej. Sporadycznie angażowano ich w operacje na innych frontach działań, na przykład w Maroku lub Madagaskarze.

gazeta.pl

Pierwsze poważne plany budowy pompowych magazynów energii powstały już w latach międzywojennych. Zespół inżynierów pod kierownictwem późniejszego prezydenta Gabriela Narutowicza proponował budowę elektrowni szczytowo-pompowych na górze Żar i w Niedzicy. Ambitne plany pokrzyżował Wielki Kryzys i II Wojna Światowa. Po wojnie energetyka rozwijała się w błyskawicznym tempie, a zużycie prądu rosło nawet o kilkanaście procent rocznie. Oprócz masowej budowy elektrowni węglowych wrócił pomysł gromadzenia nadwyżek prądu na czas największego zapotrzebowania. Większość elektrowni szczytowo-pompowych w Polsce pochodzi właśnie z tego okresu. Kryzys lat 80. XX wieku i późniejsza transformacja ograniczyły zużycie prądu znacznie poniżej wcześniejszych prognoz. Infrastruktura wybudowana w okresie PRL okazała się wystarczająca, a potencjał istniejących magazynów energii jest obecnie wykorzystywany tylko częściowo. Niektóre elektrownie wodne jak np. Niedzica są uruchamiane do pracy pompowej okazjonalnie, a ich zbiorniki pełnią głównie funkcję przeciwpowodziową.

Elektrownie szczytowo-pompowe to najczęściej spotykane magazyny energii elektrycznej na świecie. Na całym globie jest ich ok. 400 (działających lub w trakcie budowy) o łącznej mocy ponad 160 GW. Najwięcej (47 GW) znajduje się w Europie, następne miejsca zajmują Chiny, Japonia i USA. Podobnie jak w Polsce, w USA i w zachodniej Europie najwięcej powstało ich w latach 70. i 80. XX wieku.

Elektrownie szczytowo-pompowe pozostają jedną z najbardziej opłacalnych metod magazynowania prądu. Podczas procesu spuszczania wody odzyskuje się 70-85% włożonej energii. Raz wybudowany obiekt pozostaje w służbie co najmniej kilkadziesiąt lat, a koszty eksploatacyjne są stosunkowo niskie. Pod koniec czerwca PGE poinformowało o pomyśle wznowienia zawieszonej w 1982 roku budowy elektrowni w Młotach w Kotlinie Kłodzkiej. Koszt dokończenia obiektu o mocy 750 MW szacuje się na ok. 4 mld zł. To cena niższa niż dla bloku węglowego o tej samej mocy i nieco tylko wyższa od elektrowni na gaz ziemny. Po wyborach temat ucichł, być może z powodu obniżonych przez pandemię prognoz wzrostu gospodarczego.

Magazyn energii może posłużyć do stabilizacji pracy źródła wytwórczego. W niemieckim Gaildorf technologię szczytowo-pompową połączono z elektrownią wiatrową. Cztery górne zbiorniki o pojemności 40 000 m3 każdy stanowią jednocześnie fundament najwyższych w owym czasie turbin wiatrowych. Wiatraki o wysokości 246 metrów (niewiele wyższej od Pałacu Kultury) dostarczają energię do sieci lub w razie niskiego zapotrzebowania pompują wodę. Magazyn pozwala na pracę z maksymalną mocą przez cztery godziny bezwietrznej pogody. Dolny zbiornik na wodę znajduje się w położonej niżej dolinie rzeki Kocher.

wysokienapiecie.pl