czwartek, 15 lipca 2021


Ilość i różnorodność teorii spiskowych funkcjonujących wśród ogólnoświatowego foliarstwa potrafi przyprawić o zawrót głowy! Ktoś tam wierzy w Jaszczuroludzi, co to żyją pod ziemią, bo ziemia jest pusta w środku, ale mają też swoich przedstawicieli wśród żyjących na ziemi, którzy doskonale upodabniają się do ludzi. Jaszczuroludzie ci morfują (czy coś), zmieniają kształt i w ten sposób przenikają do ludzkiego społeczeństwa, kontrolując bieg historii. Trudno zatem powiedzieć, czy faktycznie za WSZYSTKIM stoją Żydzi czy Jaszczuroludzie?!

Ktoś inny, zamiast w Jaszczuroludzi, wierzy w Dzieci Indygo, Dzieci Kryształowe, Strukturyzowaną Wodę, wlewy z witaminy C, Złoty Płomień albo inny Złoty Promień, sztuczny śnieg, kontrolowanie pogody, panujące nad wszystkim wolnomularstwo, trujące wyziewy z samolotów oraz 5G - bo teraz lasy wycinają na potęgę i to 5G daje ostro - tak przynajmniej słyszałem. 

Są też wśród foliarzy specjaliści od wiary w chipy, które są nam wszczepiane w szczepionkach i którymi to włodarze świata, wprowadzający na naszych oczach New World Order, będą nas kontrolować poprzez depopulację i kontrolę narodzin. Co ciekawe, kiedy mnie szczepiono pytałem pana lekarza machającego strzykawką, czy po zaszczepieniu będę automatycznie zalogowany do Facebooka i nie będę już musiał przykładać telefonu z NFC do terminala płatniczego? Nie otrzymałem satysfakcjonującej odpowiedzi, a jedynie odburknięcie: “Panie, daj mi Pan spokój. Ja tu już tak głupie rzeczy słyszałem, że nie chce mi sie o tym nawet gadać”.

Co ciekawe, dowiedziałem się od mojego kolegi przyjaciela, który to dowiedział się tego od swojego szefa - papieża foliarzy, że za WSZYSTKIM nie stoją Żydzi ani Jaszczuroludzie (no, może pośrednio jedynie stoją), a Bill Gates. Tak, ten gość od systemu, na który każdy narzeka i jednocześnie, którego każdy używa. Ten facet odpowiada za całą pandemię, za chipy wszczepiane w szczepionkach, za wprowadzenie New World Order, jak nie jutro, to pojutrze - wiadomo terminy jest tu dość elastyczny, jak będzie, to będzie, ino go wyczekiwać!

(...)

Całe szczęście, nie mamy co panikować! Szef mojego serdecznego przyjaciela, który zna kogoś, kto pracuje w ministerstwie… Nie, dobra, starczy. Po prostu szef mojego serdecznego przyjaciela, który jest (jak się okazało stosunkowo niedawno) prawdziwym papieżem polskich foliarzy, powiedział mu (temu przyjacielowi), a on przekazał mi to następnie w luźnej rozmowie podczas rowerowej wycieczki, że jasna strona walczy! 

- Ale, jak walczy? - zapytałem.
- No ostatnio jasna strona wyłączyła księcia Filipa i to był sukces, bo był on jednym z najbardziej wpływowych Jaszczuroludzi na świecie.

benchmark.pl

(...) w 1899 r. jeden z prawników w firmie zajmującej się produkcją aut w USA zauważył, że jest patent, który pozwala kontrolować produkcję benzynowych samochodów w kraju. Co prawda zarząd jego spółki –  Electric Vehicle Company (EVC) – zajmował się produkcją aut elektrycznych, ale patent mógł utrudnić życie benzynowej konkurencji i stanowić źródło dochodu z tytułu opłat licencyjnych.

Właścicielem koncesji był niejaki George Selden (1846 – 1922), dziś już zapomniany wynalazca (nie ma nawet o nim po polsku strony w Wikipedii), któremu jednak należałoby się upamiętnienie w historii światowej motoryzacji. W drugiej połowie XIX w. konstruktorzy na całym świecie pracowali bowiem nad stworzeniem „lokomotywy drogowej”, jak wówczas nazywano przyszłe auto. „Lokomotowy” dlatego, że wszyscy zgadzali się, że auto będzie napędzane silnikiem parowym.

Silniki spalinowe były wówczas bardzo duże, hałaśliwe i emitowały mnóstwo spalin. Ale George Selden sądził, że mają one przyszłość. Kiedy w 1876 r. na wystawie w Filadelfii zauważył silnik spalinowy stworzony przez niejakiego George’a Brightona. Silnik miał 2,5 metra wysokości i Selden uznał, że będzie on idealny do jego samochodu. Rozmiarów silnika nie uważał za problem – uznał, że wcześniej czy później silnik zostanie zminiaturyzowany.

Unikatowość silnika Brightona polegała na tym, że wykorzystywał on jako paliwo ropę naftową, która do tej pory była używana głównie po to, by pozyskać naftę do lamp. Seldon przez trzy kolejne lata pracował nad udoskonaleniem wynalazku Brightona. W toku eksperymentów doszedł także do wniosku, że ropa naftowa jest kiepskim paliwem, ale rafinowana z niej benzyna nadaje się do tego doskonale.

Seldon nie miał wystarczająco dużo pieniędzy, by sfinansować budowę pełnoprawnego prototypu samochodu napędzanego silnikiem benzynowym. Nie potrafił też znaleźć nikogo, kto by chciał zainwestować pieniądze w taki prototyp (odmówił mu nawet dość zamożny ojciec). Doszedł jednak do wniosku, że może trochę skorzystać na wiedzy, którą nabył w trakcie kilkuletnich eksperymentów.

W 1879 r. złożył wniosek o przyznanie patentu na udoskonaloną wersję silnika Brightona. Problem polegał na tym, że nawet gdyby mu patent przyznano, to okres ochrony patentowej wynosił tylko 17 lat. A zanim doszłoby do wyprodukowania auta mogło minąć znacznie więcej czasu. I tu przydał się wyuczony fach Seldona – był on mianowicie z wykształcenia i zawodu prawnikiem specjalizującym się w patentach.

Przez kolejne 16 lat wynalazca złożył sto poprawek do swojego projektu, a zatwierdzenie każdej z nich zajmowało urzędowi około dwóch lat. W efekcie ostateczny patent zatwierdzono mu dopiero w 1895 r., a więc szesnaście lat po złożeniu pierwotnego wniosku. I siedemnastoletni okres ochrony patentowej zaczął się liczyć dopiero od tegoż 1895 r. (czyli ochrona skończyłaby się dopiero w 1912 r.).

Przez te 16 lat sektor motoryzacji opartej na silnikach spalinowych bardzo się rozwinął i wielu producentów wykorzystywało wynalazek Seldena, nawet o tym nie wiedząc. Konstruktor nie miał bowiem pieniędzy, by ich ścigać po sądach i domagać się wynagrodzenia. Sytuacja zmieniła się w 1899 r., gdy pracownik firmy Electric Vehicle Company – zwrócił uwagę na patent Seldena.

EVC odkupiło od niego prawa do wynalazku, płacąc 10 tys. ówczesnych dolarów (warte tyle, co 318 tys. dol. obecnie, czyli ok. 1,24 mln zł). Konstruktor miał także otrzymywać 15 dol. (wartych tyle 477 dol. obecnie, czyli 1872 zł) od każdego wyprodukowanego samochodu w Stanach Zjednoczonych (oczywiście takiego, który wykorzystywał jego technologię). W sumie jednak nie mogło być to mniej niż 5 tys. dol. rocznie (obecnie 624 tys. zł).

Jednak najciekawsze jest jednak to, co się wówczas stało. Otóż grupa producentów aut dogadała się z EVC, że będą bez protestów płacić tantiemy, ale pod warunkiem, że będą mogli stworzyć organizację Stowarzyszenie Licencjonowanych Producentów Aut (ang. Association of Licensed Automobile Manufacturers – ALAM), które będzie decydować o tym, kto w USA będzie miał prawo produkować auta. Takie prawo było bardzo cenne, ponieważ na rynku panowała gigantyczna konkurencja – dość powiedzieć, że od 1900 r. do 1908 r. w USA założono 502 firmy produkujące samochody.

Do opinii publicznej trafiła informacja, że ALAM powstał tylko po to, by dbać o jakość tworzonych aut. Twórcy ALAM jednak zastrzegli, że do organizacji mogą należeć tylko producenci aut, a nie ci, którzy składali je z dostarczonych części. A ponieważ wszystkie ówczesne firmy w jakimś stopniu wykorzystywały części produkowane przez podwykonawców, to ALAM miał pretekst, by odmówić członkostwa w organizacji każdemu.

W 1903 r. taki wniosek złożył sam Henry Ford i – jak się można było spodziewać – dostał odmowę. Przez kolejne lata w sądach toczyła się batalia o to, czy Ford ma prawo legalnie produkować w USA samochody. Batalia trwała w 1908 r., gdy na rynek wszedł słynny Fort-T. Choć był sukcesem rynkowym, to sprawa sądowa spędzała legendarnemu samochodziarzowi sen z oczu. Pracownicy mówili, że Ford chce odejść na emeryturę i zająć się rolnictwem (a wiadomo było, że konstruktor nie znosi rolnictwa).

obserwatorfinansowy.pl

Urodziłem się w 1970 roku. Przemysł samochodowy, wówczas jeszcze w rozkwicie, z wolna zaczynał chylić się ku upadkowi. Mój ojciec był właścicielem pierwszego i najbardziej znanego warsztatu samochodowego w Burgos, gotyckim miasteczku pełnym księży i oficerów, które Franco mianował nową symboliczną stolicą faszystowskiej Hiszpanii. Gdyby Hitler wygrał wojnę, nowa Europa zogniskowałaby się wokół dwóch wyraźnie nierównych biegunów, Burgos i Berlina. Tak przynajmniej marzyło się temu marnemu galisyjskiemu generałowi.

Garage Central mieścił się przy ulicy generała Moli, nazwanej tak na cześć żołnierza, który w 1936 roku stanął na czele powstania walczącego z ustrojem republikańskim. Trzymano tam najdroższe w mieście samochody, należące do bogaczy i frankistowskich dygnitarzy. W moim domu nie było książek, były tylko auta. Parę chryslerów Motor Slant 6, kilka renaultów Gordini, Dauphine i Ondine (nazywanych wdowimi samochodami, gdyż cieszyły się sławą pojazdów łatwo wpadających w poślizg na zakrętach; w spowodowanych w ten sposób wypadkach zginęło wielu siedzących za kółkiem mężów), liczne citroëny DS (zwane przez Hiszpanów rekinami) i parę standardów sprowadzonych z Anglii i zarezerwowanych dla lekarzy.

Powinienem dorzucić do tego latami gromadzoną przez ojca kolekcję zabytkowych aut, obejmującą czarnego mercedesa Lola Flores, szarego citroëna pochodzącego sprzed 1930 roku i wyposażonego w silnik trakcyjny, forda z siedemnastokonnym silnikiem, dodge’a Dart Swinger, citroëna z 1928 roku z jego „żabią dupą” oraz ośmiocylindrowego cadillaca. W owym czasie mój ojciec inwestował w biznes cegielniany, który w roku 1975 (w ślad za dyktaturą, całkiem przypadkowo) również zaczął podupadać wraz z nadejściem kryzysu naftowego. W końcu zmuszony został do wyprzedania swej kolekcji, by spłacić długi powstałe wskutek upadku jego fabryki. Ubolewałem wówczas nad tym. Tymczasem wyrastałem na chłopczycę. Nad czym ubolewał z kolei mój ojciec.

W tej minionej już, choć całkiem nam jeszcze bliskiej epoce określanej dziś mianem fordyzmu przemysł samochodowy wraz z masowym podmiejskim mieszkalnictwem budowały i udoskonalały szczególny sposób produkcji i konsumpcji, taylorowską organizację czasu życia cechującą się wypolerowaną na wysoki połysk wielobarwną estetyką przedmiotów nieożywionych, specyficznym sposobem pojmowania wnętrz mieszkalnych i miejskiego życia, podszytego konfliktem związku ciała z maszyną, nieciągłym przepływem pragnienia i oporu.

W kolejnych latach upływających od kryzysu energetycznego i upadku taśmowej produkcji ludzie starali się rozpoznać jakieś nowe sektory wzrostu w przeobrażonej w ten sposób globalnej gospodarce. Wtedy właśnie „eksperci” zaczęli mówić o przemyśle biochemicznym, elektronicznym, komputerowym czy komunikacyjnym jako nowych ostojach kapitalizmu. Opowieści te nie wystarczają jednak do wyjaśnienia zjawiska wytwarzania wartości dodatkowej oraz przeobrażeń życia zachodzących we współczesnym społeczeństwie.

Można natomiast pokusić się o naszkicowanie nowej mapy przemian produkcji przemysłowej zachodzących w poprzednim wieku, za ich oś uznając polityczne i techniczne metody zarządzania ciałem, seksem i tożsamością. Innymi słowy, filozoficznie palącym i ważkim zadaniem staje się dziś podjęcie cielesnopolitycznej analizy „gospodarki-świata”.

Z perspektywy ekonomicznej przejście do trzeciej formy kapitalizmu, następującej po gospodarce opartej na niewolnictwie i systemie przemysłowym, sytuuje się na ogół gdzieś w latach 70. XX wieku. Wdrożenie nowego typu „rządzenia żywymi” nastąpiło jednak już wcześniej na miejskich, materialnych, psychologicznych i ekologicznych zgliszczach II wojny światowej, a w przypadku Hiszpanii – tamtejszej wojny domowej. W jaki sposób seks, płeć i seksualność obrócono w główny obiekt politycznej i ekonomicznej aktywności?

(...)

Przypomnijmy, że czas między wybuchem II wojny światowej a pierwszymi latami zimnej wojny był bezprecedensowym okresem, w którym w przestrzeni publicznej widoczność zyskały nowe upolitycznione formy homoseksualności, wyłaniające się w tak nieoczekiwanych miejscach, jak choćby amerykańskie siły zbrojne.

Przy okazji tych społecznych przemian szalejący w Ameryce w latach 50. maccartyzm do patriotycznej walki z komunizmem użył również represjonowania homoseksualizmu jako narzędzia antynacjonalizmu, jednocześnie wynosząc pod niebiosa tradycyjne wartości zaprzężonej do pracy męskości oraz zamkniętego w domu macierzyństwa. W tym samym czasie architekci Ray i Charles Eamesowie podjęli współpracę z amerykańskim wojskiem na rzecz produkcji niewielkich, formowanych z giętej sklejki szyn do usztywniania złamanych kończyn.

Kilka lat później to samo tworzywo zaczęto wykorzystywać do wyrobu mebli, które miały stać się najdoskonalszym przykładem lekkiego wzornictwa typowego dla nowoczesnego amerykańskiego wyposażenia wnętrz, gotowego do użytku, a następnie wyrzucenia. W XX wieku „wynalazek” biochemicznego pojęcia hormonu wraz z opracowaniem przez przemysł farmaceutyczny syntetycznych cząsteczek produkowanych w celach komercyjnych dogłębnie przeorały tradycyjne definicje normalnych i patologicznych tożsamości płciowych i seksualnych.

W roku 1941 z moczu ciężarnych klaczy uzyskano pierwsze naturalne cząsteczki progesteronu i estrogenów (Premarin), a wkrótce potem do obiegu handlowego wprowadzono hormony syntetyczne (Norethindrone). W tym samym roku George Henry przeprowadził pierwsze badania demograficzne nad „dewiacjami seksualnymi” – ilościową ankietę dotyczących masowych zachowań opatrzoną tytułem Sex Variants. W ślad za tym podążyły raporty Kinseya poświęcone zachowaniom seksualnym człowieka (z roku 1948 i 1953) wraz z protokołami Roberta Stollera dotyczącymi „kobiecości” i „męskości” (1968).

W roku 1955 z kolei północnoamerykański psychiatra dziecięcy John Money użył terminu „gender”, rodzaj, odróżniając go od tradycyjnego pojęcia „sex”, w celu zdefiniowania przynależności jednostki do kulturowo rozpoznanych i uznanych grup „męskich” albo „kobiecych” zachowań oraz ich fizycznych przejawów. Money zasłynął twierdzeniem, że możliwa jest (za pomocą technik chirurgicznych, endokrynologicznych i kulturowych) „zmiana rodzaju, czyli płci społeczno-kulturowej, dowolnego dziecka do 18. miesiąca życia”.

krytykapolityczna.pl

Ostatecznie wyniki wielkiego spisu, organizowanego raz na dekadę, opublikowano w połowie maja. Było to niezwykle ważne wydarzenie dla władz, które na uroczystej konferencji prasowej starały się przedstawić dane w jak najlepszym świetle. Podkreślano bogacenie się Chińczyków, coraz lepszą edukację, urbanizację sięgającą 60 procent i temu podobne wskaźniki, w których Chiny rzeczywiście wypadają coraz lepiej i coraz bliżej im do państwa rozwiniętego. Wrażenie robiła też liczba obywateli Chin, która oficjalnie sięgnęła 1,41 miliarda.

W tej beczce miodu była jednak łyżka dziegciu, czyli nieustannie spadający przyrost naturalny. W dekadzie 2010-2020 wyniósł średnio 0,53 procenta. W poprzedniej dekadzie było to 0,57 procenta. W Chinach rodzi się coraz mniej dzieci. Oznacza to coraz szybsze starzenie się społeczeństwa. Średni wiek Chińczyków nieustannie rośnie i wynosi już 38,4 roku. Ten proces jest wyjątkowo szybki. Liczba osób uznawanych za stare (65 lat +) podwoi się w Chinach z około 10 procent w 2017 roku do 20 procent dwie dekady później. W przypadku Niemiec zajęło to 61 lat. - Starzenie się społeczeństwa jest widoczne zwłaszcza w miastach - mówi Bachulska.

Jest właściwie pewne, że kolejny spis powszechny w 2030 roku wykaże spadek liczby ludności. - Być może tak naprawdę już teraz mamy do czynienia z kurczeniem się populacji Chin - mówi Bachulska. To jedna ze spekulacji, które zrodziły się z powodu opóźniania publikacji danych. Prawdy się jednak nie dowiemy, bo jedyne dokładne dane to te, które kontroluje rząd Chin.

Kurczenie się populacji i jej starzenie się oznacza tektoniczne zmiany nie tylko w Chinach. Chińska gospodarka opiera się na taniej i mobilnej sile roboczej. Ogromny sukces gospodarczy Chin w ostatnich dekadach został zbudowany na plecach wyzyskiwanych robotników, masowo napływających z biednej prowincji do miast. Światowy handel i globalizacja opierają się w znacznej mierze na ich pracy. Ponieważ ten strumień taniej siły roboczej szybko wysycha, stereotyp Chin jako taniej fabryki świata adekwatnie szybko będzie odchodził w przeszłość. Zagraniczne koncerny sobie poradzą, przenosząc fabryki do innych krajów, albo przełykając wyższe koszty. Chińczycy od tych zmian nie uciekną, a będą one miały niebagatelny i destabilizujący wpływ.

Pekin zdaje sobie z tego sprawę i podejmowane są pewne działania, ale jak mówi Bachulska, na razie nie są one zdecydowane. Pod koniec maja zapowiedziano podniesienie dopuszczalnego limitu dzieci na małżeństwo do trzech. Jednak chyba nikt nie spodziewa się, że przyniesie to jakiś efekt. - Podniesienie limitu do dwóch dzieci w 2016 roku go nie przyniosło. Po prostu młodych Chińczyków nie stać na wychowanie bardziej licznego potomstwa. Zwłaszcza, że przed nimi jest perspektywa samotnego zajmowania się starymi rodzicami - mówi Bachulska.

Chińskie władze od końca lat 70. zaczęły dekretować, ile dzieci może mieć małżeństwo (inne dzieci niż z małżeństwa mężczyzny i kobiety w Chinach nie istnieją, urodzone poza związkiem nie mają tożsamości, praw i dla systemu ich nie ma). Były wyjątki, ale generalną zasadą na ponad trzy dekady było jedno dziecko. Efektem jest całe pokolenie jedynaków. - To jest przedmiotem dyskusji w Chinach. Jak pokolenie "małych cesarzy", czyli rozpieszczanych jedynaków z okresu polityki jednego dziecka, udźwignie tradycyjną rolę opieki nad starszymi członkami rodziny. Zresztą nie jest to tylko tradycja, ale też wymóg zapisany w prawie - opisuje Bachulska.

W Chinach praktycznie nie ma opieki społecznej. Zazwyczaj skromne emerytury przysługują niewielkiej części społeczeństwa. Perspektywa konieczności poważnego wsparcia czwórki rodziców, może przytłaczać i zniechęcać do powiększania rodziny. Oczywiście na niechęć do posiadania wielu dzieci wpływają też inne czynniki, dobrze znane z państw zachodnich. Im bardziej zamożne i wykształcone społeczeństwo, tym mniej dzieci. Chiny są więc ofiarą podwójnego sukcesu. Po pierwsze gwałtownego rozwoju, a po drugie polityki jednego dziecka.

- Jest ewidentne, że coś trzeba będzie z tym zrobić. Pekin nawet zaczął wykonywać pewne ruchy, poza podnoszeniem limitu dzieci. Zapowiedziano ogólnikowo reformy, takie jak wydłużenie wieku emerytalnego. Zadeklarowano w ramach obecnego programu pięcioletniego, że na jego koniec większość Chińczyków ma być objętych podstawowym ubezpieczeniem zdrowotnym i emerytalnym - opisuje Bachulska. Dodaje jednak, że te ruchy są uznawane za daleko niewystarczające. - Jest niemal pewne, że w perspektywie 10-15 lat władza będzie zmuszona do znacznie bardziej zdecydowanych działań - stwierdza Bachulska.

Chiny chcą czy nie chcą, będą musiały pokonać w trybie przyśpieszonym tę samą trasę, jaką w ciągu XX wieku przebyły państwa zachodnie. I stać się takie jak one, czyli wydawać znacznie więcej na emerytury, renty i opiekę zdrowotną. Dzisiaj na przykład na tą ostatnią przeznacza się nieco ponad dwa procent PKB. Standardem w krajach rozwiniętych jest ponad trzy razy więcej. Oznacza to, że rząd w Pekinie będzie miał mniej pieniędzy na inwestycje, rozwój i siły zbrojne.

To wszystko oznacza dla Chin także ogromne zmiany kulturowe. - Od zawsze to rodzina miała zapewniać przetrwanie swoim najstarszym członkom. Od dekad państwo surowo ograniczało liczbę dzieci w rodzinie. Teraz to wszystko się sypie i społeczeństwo to źle przyjmuje. Zwłaszcza wobec tego, że jeszcze nie tak dawno temu surowo egzekwowano zapisy o jednym czy dwójce dzieci na rodzinę - mówi Bachulska. Frustrację dobrze obrazuje to, co się działo w sieci po ogłoszeniu "polityki trzech dzieci". Na Weibo, chińskim Twitterze, szybko stało się to topowym tematem.

- Najpierw należałoby ustanowić program wsparcia dla ciężarnych kobiet i młodych matek, zniwelować dyskryminację kobiet w pracy, a potem zachęcać je do rodzenia dzieci - brzmiał najpopularniejszy komentarz, który zyskał 202 tysiące polubień. - To nie jest kwestia urodzenia dziecka czy nie, to złożona kwestia obejmująca edukację, mieszkalnictwo i pracę. Urodzenie dziecka to tylko mały element - brzmiał drugi najpopularniejszy. Wielką popularność zdobył też taki mem, na którym widać znanego chińskiego reżysera Zhanga Yimou, który w 2016 roku zapłacił równowartość 1,25 miliona dolarów kary za trzecie dziecko. Na obrazku domaga się zwrotu tych pieniędzy.

Dane statystyczne i reakcje ludzi w sieci pokazują jasno, że o ile stosunkowo łatwo było zadekretować posiadanie mniejszej liczby dzieci, tak skłonienie ludzi do posiadania ich więcej, nie będzie już proste. Doświadczenia państw zachodnich pokazują jasno, że jest to możliwe tylko w ograniczonym stopniu. - Ratowanie sytuacji imigracją, tak jak robiły i robią to państwa zachodnie, w przypadku Chin raczej nie wchodzi w grę. Nie tylko z powodu ogromnej skali migracji, która byłaby konieczna. Głównie z powodu absolutnie priorytetowej dla Pekinu kwestii, czyli utrzymania kontroli nad społeczeństwem i zapobiegania napięciom oraz niepokojom - uważa Bachulska.

gazeta.pl

Węgry to jedyny kraj, który blokuje unijne próby podjęcia działań – choćby nawet wydania oświadczenia – w sprawie szeroko zakrojonej pacyfikacji przez Pekin ruchu prodemokratycznego w Hongkongu.

Bunt Orbána oznacza, że cały proces decyzyjny Unii w polityce zagranicznej musi zostać zmieniony: zamiast obowiązkowego podejmowania decyzji jednomyślnie przez 27 państw członkowskich, należy przyjąć zasadę decyzji większością kwalifikowaną. Taką propozycję głośno promują Niemcy.

Orbán, którego łączą silne osobiste relacje z prezydentem Chin Xi Jinpingiem, jest niewrażliwy na presję ze strony unijnych kolegów i podkręcił ostatnio swoją retorykę na temat "niepoważnego" krytykowania Pekinu w kwestii praw człowieka przez inne kraje europejskie.

W artykule opublikowanym w tym tygodniu na swojej stronie internetowej, Orbán powiedział, że jest w awangardzie zapobiegania "ponownemu pojawieniu się zimnowojennej polityki i kultury w polityce światowej" i nazwał politykę zagraniczną UE "pośmiewiskiem".

"Europejska lewica – na czele z niemiecką lewicą – po raz kolejny atakuje Węgry w pogardliwy sposób. Tym razem chodzi o odmowę podpisania przez nasz kraj politycznie nieistotnej i niepoważnej wspólnej deklaracji w sprawie Hongkongu", napisał Orbán. "Będziemy korzystać z naszych praw gwarantowanych przez traktaty założycielskie Unii Europejskiej".

Rząd Orbána w ciągu ostatniej dekady dużo zainwestował w politykę tak zwanego "wschodniego otwarcia", rozwijając swoje powiązania z takimi krajami jak Chiny, Uzbekistan i Azerbejdżan. Jednocześnie Orbán pielęgnuje przyjazne więzi z Kremlem, co podsyca niepokój wśród sojuszników z UE i NATO.

Na bardziej bezpośrednim poziomie Chiny postrzegają Węgry jako żyzne pole dla swojej taktyki "dziel i rządź" i rozpoczęły realizację szeregu wspólnych projektów.

Orbán zaprosił chiński Uniwersytet Fudan z siedzibą w Szanghaju do założenia kampusu w Budapeszcie, a Węgry szczepią przeciw COVID-19 część swoich obywateli chińskim preparatem Sinopharm.

"W ostatnich latach to wspólne podejście do polityki zagranicznej, motywowane wewnętrznymi względami krajów, doprowadziło do tego, że stanowisko polityki zagranicznej Unii Europejskiej stało się pośmiewiskiem", napisał Orbán. "Kiedy osiem z naszych wspólnych deklaracji zostało pominiętych, jak to miało miejsce w przypadku Chin, dziewiąta będzie po prostu powitana z jeszcze większym szyderstwem".

Skrytykował to, co nazwał "produkującymi deklaracje biurokratami polityki zagranicznej" w Brukseli, dodając: "Jeśli przedstawią to [projekt deklaracji w sprawie Hongkongu] jeszcze sto razy, to ten sam rezultat sto razy się powtórzy".

Węgry zablokowały nie tylko oświadczenie, które szef polityki zagranicznej UE Josep Borrell chciał wydać w sprawie Hongkongu, ale także jego plan, aby wzmocnić wspólny głos w sprawie Hongkongu. W zeszłym miesiącu zablokowały również wspólne unijne stanowisko w sprawie konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Niemcy przejęły inicjatywę w sprawie Węgier.

– Nie możemy dłużej pozwalać sobie na bycie zakładnikami tych, którzy paraliżują swoim wetem europejską politykę zagraniczną – powiedział w poniedziałek niemiecki minister spraw zagranicznych Heiko Maas.

– Ci, którzy to robią, igrają z jednością Europy. Dlatego musimy powiedzieć otwarcie: weto musi zniknąć, nawet jeśli oznacza to, że w pewnym momencie możemy zostać przegłosowani – powiedział Maas, dodając, że wierzy, iż kwestia ta zostanie dyskutowana na konferencji o Przyszłości Europy.

/Orban ma troszkę racji co do polityki zagranicznej UE, ale jednocześnie to obrzydliwy sprzedawczyk - red./

onet.pl

środa, 14 lipca 2021


W książce Crude Britannia autorzy James Marriott i Terry Macalister piszą, że po wybuchu drugiej wojny światowej angielsko-holenderski koncern Shell „w praktyce podzielił się na korporację aliancką i korporację Osi”. Stojąca po nazistowskiej stronie odnoga Shella pod nazwą Rhenania-Ossag „natychmiast opowiedziała się za [nazistowskim] rządem, gdy Trzecia Rzesza zaczęła najeżdżać kolejne kraje”.

Albo, jak głosi oficjalna historia koncernu: „Po aneksji Austrii i Czechosłowacji przez Hitlera dyrektorzy zarządzający Grupy autoryzowali przejmowanie tamtejszych oddziałów Shella przez Rhenanię-Ossag”. Taki sam proceder uprawiano na Węgrzech, w Jugosławii i w Grecji po ich opanowaniu przez Rzeszę. W tym samym czasie Shell wspierał również aliantów, produkując paliwo lotnicze dla RAF-u. Wskutek tego, jak piszą autorzy, „pojedynek messerschmitta i spitfire’a nad kanałem La Manche mógł być w całości napędzany paliwem Shella”.

(...)

W maju i czerwcu 1933 roku niemiecka spółka zależna Shella Rhenania-Ossag zwolniła wszystkich członków zarządu, którzy byli Żydami. Na ich miejsca wyznaczono między innymi jednego członka partii nazistowskiej. W oficjalnej historii czytamy: „daleko idące zmiany w zarządzie Rhenanii-Ossag nie mogły zajść bez pełnej zgody Centralnych Biur Shella […] Nic nie wskazuje na to, by brano pod uwagę zasady czy oceny moralne reżimu Hitlera”. Historykom Shella nie udało się ustalić, jaki los spotkał następnie żydowskich członków zarządu.

Siedem lat później, po inwazji Niemiec na Holandię, nad główną siedzibą Shella w Hadze powiewała swastyka.

Marriott i Macalister podkreślają, jak istotna była działalność firmy dla postępów Trzeciej Rzeszy. „Personel Shella współpracował z Reichsbahnem [koleją niemiecką – przyp. red.] w nadzorowaniu transportu ropy z pól naftowych w Rumunii. […] Pracownicy Shella asystowali w dostawach paliwa lotniczego na lotniska Luftwaffe” – piszą autorzy. Pola naftowe Shella w Rumunii dostarczały państwom Osi 3 miliony ton ropy rocznie, a rafinerie Shella przerabiały ją na paliwo napędzające działania wojenne.

We wrześniu 1942 roku wysoko postawiony dyrektor Shella zaproponował wysłanie ponad 100 pracowników do budowy rafinerii za niemiecką linią frontu wgryzającą się w Związek Radziecki. To pokazuje, że Shell miał „równie czynny udział w działaniach wojennych Osi – mówi Marriott – co w kampaniach aliantów”. „Przebieg wojny dla Wielkiej Brytanii mógł być zgoła inny, gdyby Shell wysadził swoje rafinerie w Holandii i Francji oraz zniszczył szyby naftowe w Rumunii” – piszą autorzy.

Po wojnie duża część majątku Shella wykorzystywanego do dostarczania paliwa państwom Osi została „ponownie włączona do firmy matki” – opowiada Marriott. Były to na przykład stacje benzynowe, rafinerie oraz siedziba w Hadze, której gmach pozostaje własnością Shella do dziś.

(...)

Odpowiadając na pytania openDemocracy o rolę firmy w drugiej wojnie światowej, Shell odesłał nas do swojej strony, gdzie można przeczytać: „Gdy rozpoczęła się druga wojna światowa, londyńskie biuro Shella poświęciło się wsparciu działań wojennych, a rafinerie firmy w Stanach Zjednoczonych produkowały paliwo lotnicze dla sił powietrznych aliantów”.

I dalej: „Wszystkie tankowce Shella zostały przejęte przez rząd [brytyjski]. Wielką odwagą wykazali się liczni pracownicy Shella, dzięki którym statki te mogły pływać. Był wśród nich as lotnictwa Douglas Bader, który przed dołączeniem do RAF-u w 1939 roku pracował w wydziale lotnictwa Asiatic Petroleum. Wojna stanowiła również katalizator wynalazczości. Dokonano znacznych postępów w badaniach nad paliwem i innymi chemikaliami, w tym opracowano paliwa dla nowych generacji statków powietrznych, takich jak myśliwiec spitfire”.

krytykapolityczna.pl

Tomasz Pajączek: - W ubiegłym roku w Polsce zmarło ponad 485 tys. osób, najwięcej od 1945 r. To blisko 80 tys. zgonów więcej niż w poprzednich latach. W Unii Europejskiej jest to najgorszy wynik. Gdzie popełniono błędy, że jest tak źle?

Kamil Barczyk, dyrektor szpitala powiatowego w Bolesławcu: Faktycznie, liczba nadmiarowych zgonów jest bardzo wysoka. W głównej mierze jest to efekt pandemii. Myślę, że ok. 60 proc. tych zgonów było związanych z COVID-19.

- Oficjalnie w 2020 r. z powodu pandemii zmarło niespełna 30 tys. osób. A co z pozostałymi nadmiarowymi zgonami?

Można to tłumaczyć w różny sposób. Niewydolnością systemu, brakiem dostępu do lekarza, ale też bardzo małą świadomością zdrowotną wśród społeczeństwa i przeolbrzymim strachem wywołanym pandemią. Przyczyn pozostałych nadmiarowych zgonów upatrywałbym jednak głównie w naszej niskiej świadomości zdrowotnej.

Brakuje edukacji zdrowotnej. Mamy olbrzymie problemy z profilaktyką swojego zdrowia, niskie współczynniki zgłaszania się na badania profilaktyczne. Przez ostatni rok było wiele apeli, by nie czekać z badaniami i leczeniem innych chorób na koniec pandemii. Ale ludzie nie zgłaszali się na badania i zwlekali z wizytą u lekarza. Było mnóstwo takich sytuacji. W obawie przed pandemią woleli poczekać niż pójść do lekarza i narazić się na zakażenie koronawirusem.

(...)

- A co jeśli nie skłonimy ludzi do badań?

Jeśli nie skłonimy ludzi do badań, to nic się nie zmieni i w kolejnych latach, również po pandemii, będziemy odnotowywać zgony nadmiarowe, czyli te, których można było uniknąć. Tylko odpowiednio wcześnie wykryta choroba daje duże szanse na wyleczenie. Na zmianę świadomości Polaków w tym zakresie i wyrobienie nawyku badań profilaktycznych musi zostać położony największy nacisk. Profilaktyka - nawet w największej skali - dużo mniej kosztuje niż leczenie najcięższych chorób.

- Czy to już koniec pandemii? Sytuacja jest pod kontrolą i to, co było jeszcze kilka tygodni temu już się nie powtórzy?

Mam nadzieję, że to, co było kilka tygodni temu, już się nie powtórzy. Głównie ze względu na to, że dość intensywnie przebiega proces szczepień, a znaczna część osób przeszła już zakażenie. W dodatku wchodzimy w okres wakacyjny i naturalne jest, że transmisja wirusa spada.

- Dlaczego mówi pan, że to naturalne?

Uwarunkowania wirusa powodują, że jest on podatny na promienie słoneczne, temperaturę i wilgotność, dlatego w najbliższym czasie jego transmisja będzie dużo mniejsza. W kontekście tego, co czeka nas za kilka tygodni, po trzech falach mamy już większe doświadczenie i rozbudowaną infrastrukturę medyczną.

Praktycznie wszystkie szpitale wypracowały sobie ścieżki postępowania w zderzeniu z covidem. Dlatego też mam nadzieję, że nic nas nie zaskoczy. Jesteśmy gotowi na czwartą falę. Myślę, że największym zagrożeniem są dziś kolejne mutacje wirusa oraz zwolnione tempo szczepień. To są dwa ryzyka, od których zależy, jaka będzie siła kolejnej fali. Uważam jednak, że będzie ona łagodniejsza niż trzy poprzednie. Bo to, że czeka nas czwarta fala, jest pewne.

(...)

- Kiedy pan się spodziewa czwartej fali?

Jesienią, po wakacjach. Tak samo, jak w zeszłym roku. Jedyne, co nas będzie odróżniać od sytuacji sprzed roku to szczepienia, których wtedy nie było.

- I ewentualne nowe warianty wirusa.

Tak. W trzeciej fali dominował wariant brytyjski, który był przyczyną jej powstania. Jeżeli będziemy mieć do czynienia z kolejnymi groźnymi wariantami wirusa, to siłą rzeczy będą one powodowały następny wzrost zakażeń.

(...)

- To teraz wróćmy do pierwszego pytania o koniec pandemii.

Absolutnie nie jest to jeszcze koniec pandemii. Jest to jedynie wyciszenie, ale na pewno nie definitywny koniec. Myślę, że jeszcze długo będziemy żyć w okresie, kiedy liczba zakażonych i zgonów będzie odnotowywana, a jesienią rosła.

- Koniec będzie wtedy, gdy przez kilka kolejnych dni nie będziemy mieć ani jednego nowego zakażenia?

Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, to na pewno będzie to olbrzymi sukces i będzie można uznać, że to początek końca pandemii. Ale na transmisję wirusa należy patrzeć globalnie. Nie jesteśmy wyspą, którą możemy odizolować od reszty świata. Dlatego też ciężko będzie w prosty sposób powstrzymać pandemię. Ona będzie trwać nadal.

onet.pl

Jakub Majmurek: - Na fali dyskusji o Polskim Ładzie do debaty publicznej wróciło pojęcie klasy średniej i spór o to, co ono właściwie znaczy. Zanim cię jednak o to zapytam, powiedz, proszę, jak właściwie nauki społeczne rozumieją dziś pojęcie klasy społecznej?

Przemysław Sadura: Nie ma jednej definicji klasy w nauce, są co najmniej trzy tradycje myślenia o klasach. Pierwsza, wywodząca się od Marksa, klasę traktuje jako stosunek do środków produkcji. Najprościej mówiąc: z jednej strony mamy klasę właścicieli kapitału, z drugiej proletariat zmuszony do sprzedaży swojej pracy na rynku. To ciągle żywa tradycja, choć oczywiście uwzględniająca wszystko to, co zmieniło się od czasów Marksa: np. rozproszony akcjonariat i sprzeczne pozycje klasowe, czy prekaryzację pracy.

Druga tradycja wywodzi się od Maxa Webera. Przez klasy rozumie grupy, które mają podobne szanse na sprzedaż swoich kompetencji na rynku pracy. Kontynuują ją współczesne badania stratyfikacyjne – przy ich pomocy możesz wyznaczyć sobie rozkład zarobków, decyle dochodowe i stwierdzić, że np. ci, którzy zarabiają powyżej mediany, są klasą średnią, a dolny decyl jest podklasą.

Trzecia tradycja wywodzi się od Pierre’a Bourdieu. Ona pokazuje, że klasa społeczna to nie tylko to, jak funkcjonujemy na rynku pracy, ale też to, jak uczestniczymy w życiu. Klasa to coś, co każdy z nas nosi w sobie. Każdy z nas ma habitus klasowy, czyli rodzaj „programu”, który sprawia, że wybieramy raczej wartości, postawy, estetykę klasy, do której przynależymy, a nie jakiejkolwiek innej. To podejście szczególnie dobrze opisywało powojenne zachodnie społeczeństwa ze stabilnymi rynkami pracy – tak do lat 80. XX wieku. Różni teoretycy, jak Luc Boltanski, próbują je przenieść do realiów gospodarek rynkowych zmienionych przez neoliberalną rewolucję.

Każda z tych trzech tradycji inaczej zdefiniowałaby klasę średnią.

(...)

- No właśnie, co właściwie znaczy „klasa średnia”? Jakbyś ją dziś zdefiniował w Polsce?

Nie jest to łatwe pytanie, zwłaszcza dla socjologa. Po ’89 roku na pewno funkcjonujemy w Polsce w ramach tego, co zachodnia socjologia nazywa społeczeństwem klasy średniej. Czyli takim, w którym klasa średnia uważana jest nie tylko za centralną i najważniejszą klasę, ale także obejmującą niemal całe społeczeństwo – wszystko, co mieści się między wykluczonymi a wąskimi elitami. Jest to szczególnie widoczne w Stanach, gdzie prawie każdy powie o sobie, że jest klasą średnią.

W Polsce z kolei zawsze uważaliśmy, że jest tylko jedna klasa. W wyobrażonej wizji historii wszyscy należeli do szlachty. Poza intelektualistami nikt nie utożsamia się w Polsce z chłopami pańszczyźnianymi. W PRL w jakimś sensie wszyscy należeli do klasy robotniczej, to była tak pojemna kategoria, że mieściła się w niej też np. inteligencja pracująca. Teraz, w III RP wszyscy należą do klasy średniej. Nikt o sobie nie powie, że jest proletariuszem, bardzo mało ludzi powie, że należą do klasy wyższej. Klasa średnia to najbezpieczniejsza identyfikacja.

- Klasa średnia nie jest chyba jednak wyłącznie kwestią autoidentyfikacji?

Jakby chcieć do tego podejść nie od strony wyobrażeń, a twardych interesów, to trzeba by zacząć od historii. W Polsce były i są liczne klasy średnie, choć nie było nigdy klasy średniej w takiej formie, w jakiej wyewoluowała ona na Zachodzie – mieszczaństwa, które zajmowało się handlem, potem produkcją, tworzyło administrację publiczną rozwijających się państw narodowych i firm prywatnych, zasilało szeregi wolnych zawodów. Ta grupa była nieobecna przez długie trwanie polskiego feudalizmu. Funkcje mieszczaństwa pełniły w nim inne nacje. Pokazuje to Leder w Prześnionej rewolucji: to dopiero w PRL, po dwóch transpasywnych rewolucjach, okupacji niemieckiej i stalinizmie, pojawiła się pustka społeczna, którą zapełniać zaczęła nowa klasa średnia, zajmując pozycje społeczne, jakie na Zachodzie pełniło mieszczaństwo, a więc urzędników, oficerów, lekarzy itd. Ale to ciągle nie była ta sama klasa średnia, co na Zachodzie.

Gdzieś od lat 60. ci, którzy awansowali w strukturze społecznej, zaczęli zabezpieczać swoje klasowe interesy. Widać to choćby w ograniczaniu dostępu do studiów i awansu przez edukację. Okrzepnięcie klasy średniej osłabiło mobilność społeczną charakterystyczną dla początków Polski Ludowej.

- To z PRL wywodzi się nasza klasa średnia?

Tam tworzy się jej zalążek: wśród ludzi, którzy byli częścią „ludu pracującego”, ale nie do końca – pracowali umysłowo, bardzo wyraźnie przeżywali swoją inność, np. wobec proletariatu fabrycznego, ale też „prywaciarzy” i „badylarzy”. Choć z czasem zaczęli się upodabniać przez wzory konsumpcyjne do tych ostatnich.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 13 lipca 2021


Roman Protasiewicz jest w białoruskim więzieniu. Trafił tam pod koniec maja, kiedy reżim Łukaszenki podstępem i groźbą zmusił do lądowania w Mińsku samolot, którym wracał z Grecji na Litwę. Wraz z nim zatrzymano jego partnerkę, Sofię Sapiegę. W miniony piątek białoruska telewizja państwowa  opublikowała "wywiad" z Protasiewiczem, w którym zgodnie z najgorszymi tradycjami  komunistycznych reżimów złożył szeroką samokrytykę i wyjawiał szereg zakulisowych informacji na temat białoruskiej opozycji.

W reakcji pojawiły się głosy opozycjonistę krytykujące. 

(...)

- Jestem pewien, że 99 procent tych, co teraz krytykują tego chłopaka czy się z niego wyśmiewają, złamałoby się jeszcze szybciej. Łatwo jest pisać głupoty zza ekranu. Po prostu u nas w kraju dawno nic takiego się nie działo. Ludzie nie mają pojęcia, o czym tak naprawdę mówią - mówi Gazeta.pl anonimowy żołnierz.

Jego specjalnością są kursy SERE (Survival, Evasion, Resistance, Escape - przetrwanie, unikanie, opór w niewoli oraz ucieczka), czyli takie, które mają przygotować uczestników na oddzielenie się od swoich sił, znalezienie się na wrogim terenie i pojmanie oraz przesłuchania. To kilka dni dużego wysiłku fizycznego, niewielkich ilości picia i jedzenia, pozbawienia wygód i szansy na normalny sen. Do tego porwanie i do kilkudziesięciu godzin symulowanej niewoli oraz przesłuchań. Siedzenia w zamkniętym pomieszczeniu z opaską na oczach, nieustannie grającą głośną muzyką.

- Na naszych szkoleniach sprawdzamy odporność psychofizyczną żołnierza. Jak radzi sobie ze stresem. Nie ma ocen. Nie ma dobrych i złych odpowiedzi. Żołnierz ma się wczuć i zrozumieć, jak to może wyglądać - mówi instruktor. Podczas szkoleniowych przesłuchań nie ma oczywiście prawdziwych tortur, ale jak najbardziej jest duża presja, stres i zmęczenie.

- Każdy normalny człowiek ma coś, na czym mu zależy. I to jest jego słaby punkt. Zazwyczaj wystarczy wiarygodna groźba na przykład pod adresem bliskich. Jako ojciec i mąż wiem, że nie ma takiej informacji, której bym nie przekazał, żeby ratować swoich najbliższych. A oni mają jego dziewczynę i nie mają hamulców. Biją, upokarzają i stosują gwałt. No to o czym tu w ogóle gadać - mówi żołnierz. Dodaje, że nawet wobec zawodowych żołnierzy nikt nie oczekuje, iż będą jakimiś twardzielami, którzy nie pisną wrogowi słówka.

- Nie ma przykazu, że tej czy tamtej informacji to mają nie zdradzić choćby nie wiem co. Nie ma też reguły, że powiedzieć mogą tylko nazwisko, numer i stopień. To są bzdury z filmów. Założenie jest takie, że jak taki żołnierz zaginie i jest ryzyko, iż został pojmany, to się od razu zmienia wszystkie wrażliwe informacje, do których miał dostęp. Tak, żeby jako źródło wiedzy od razu stał się bezużyteczny dla przeciwnika - mówi żołnierz.

Krytykowanie Protasiewicza jest także "absolutnie nie do przyjęcia" przez nadkomisarza Krzysztofa Balcera byłego negocjatora policyjnego, obecnie szefa wojewódzkich struktur Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Policjantów. Jego zdaniem nie można od nikogo oczekiwać heroicznej postawy. - Ludzka psychika jest bardzo złożona i może być zaskakująca. Tak naprawdę nikt nie wie, jak się zachowa w danej sytuacji, dopóki sam się w niej nie znajdzie - mówi Balcer.

Były negocjator potwierdza to, co mówi anonimowy żołnierz. Ludzką psychikę tak naprawdę dość łatwo złamać. - Może wystarczyć kilkanaście minut odpowiednio umiejętnie poprowadzonej rozmowy, żeby dostać takie informacje, jakie się chce - mówi Balcer. I pozory mogą bardzo mylić. - Człowiek wydający się być twardzielem, takim, który słowa nie piśnie i będzie szedł w zaparte, może rozsypać się po samej rozmowie. Natomiast jakiś niepozorny mikrus, nawet po użyciu przemocy fizycznej i pod silną presją, zamknie się w sobie, zatnie i nic nie powie - opisuje były negocjator.

- Co istotne, my o Protasiewiczu nic nie wiemy. Doszukujemy się w nim jakiegoś wielkiego bojownika o wolność, przeciwnika systemu, co to ma się nie uginać pod torturami. Tylko jaki jest naprawdę? Nie można mu odmówić odwagi, bo jednak postawił się bandyckiemu reżimowi. Nie wiemy jednak nic o jego planach, wizjach i pragnieniach - mówi Balcer. Wszystko to może mieć ogromny wpływ na to, jak zachowa się pod silną presją. Według policjanta 26-latek znalazł się w bardzo trudnej sytuacji. Może obawiać się nie tylko o swoje życie, ale też swojej partnerki.

- Wyjęli go z samolotu, kiedy zupełnie się tego nie spodziewał. Trafił w ręce bandytów, bo tu nie ma co owijać w bawełnę. Jest odcięty od świata, zastraszony, bity i indoktrynowany. Na pewno powtarzają mu, że jest sam. Że nie może się spodziewać żadnej pomocy - stwierdza były negocjator. I powtarza, że nie mamy prawa od Protasiewicza oczekiwać heroizmu. Nie mamy prawa go oceniać z bezpiecznej odległości. - On ma być skuteczny w przeżyciu. Ma to przetrwać i jakoś znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Wtedy może zacząć mówić prawdę - stwierdza.

/Niestety-stety, Protasiewicz skończy jako tuba propagandowa reżymu, ciężko ocenić postawę z początkowych przesłuchań, ale resztę już łatwiej - red./

gazeta.pl

poniedziałek, 12 lipca 2021


„Politycy, bandyci i policja, wszyscy chcą mnie dopaść. Pisanie prawdy waży na moim życiu” – napisał w 2015 roku niezależny dziennikarz Jarendra Singh, który badał nielegalne wydobycie piasku w północnych Indiach. Dwa tygodnie później przestępcy polali go benzyną i podpalili. W wyniku poparzeń zmarł.

Od tamtej pory doniesienia o setkach zabójstw dziennikarzy, aktywistów ekologicznych i innych osób pojawiały się też m.in. w Meksyku, Kenii, RPA, Gambii i Indonezji. Za morderstwami stały grupy przestępcze zajmujące się nielegalnym wydobyciem i handlem piaskiem.

Ten niepozorny surowiec jest fundamentem współczesnej cywilizacji, budulcem dróg i autostrad, mostów, domów, szkół i szpitali. Wielkie betonowe konstrukcje to w zasadzie tony piasku i żwiru sklejone cementem. Piasek jest też używany w produkcji ceramiki i szkła, z którego powstają drapacze chmur i szybki w smartfonach, a nawet mikroprocesorów.

Mogłoby się wydawać, że ilość piasku jest nieograniczona. Nie każdy piasek nadaje się jednak do budowy. Ziarna piasku z pustyni, ukształtowane przez wiatry, są zbyt okrągłe. Najlepiej wiąże piasek rzeczny, wyrobiony przez wodę. Jego podaż jest ograniczona, a rozrastające się w zawrotnym tempie megamiasta, takie jak Kanton, Kair, Dżakarta, Tokio czy Delhi, pochłaniają niewyobrażalne ilości.

Szacuje się, że gwałtownie rozwijające infrastrukturę Chiny zużyły w drugiej dekadzie obecnego stulecia więcej piasku niż USA w całym XX wieku. W Indiach zużycie piasku budowlanego potroiło się przez ostatnie 20 lat – pisze japoński dziennik „Japan Times”.

Według dziennikarza Vince’a Beisera, autora książki o roli piasku w rozwoju cywilizacji, ludzkość zużywa co roku 40-50 mld ton piasku i żwiru. Popyt jest tak duży, że koryta rzeczne i plaże w niektórych częściach świata są eksploatowane bez względu na szkody, jakie to powoduje. Ilość wydobywanego piasku rośnie tymczasem w postępie geometrycznym, by pokryć szalejące zapotrzebowanie – ostrzegał Beiser w artykule dla magazynu „Wired”.

„Gdy mówimy o tak dużych ilościach, prędzej czy później pojawią się niedobory, i to rzeczywiście się dzieje w coraz większej liczbie miejsc świata. Wierzcie lub nie, ale (piasku) zaczyna nam brakować” – powiedział z kolei australijskiemu portalowi ABC.

Według szacunków przytaczanych przez „Japan Times” z jego powodu w latach 2005-2014 pod wodą zniknęły 24 indonezyjskie wyspy, a 80 innym grozi zalanie. Wydobycie zagraża też delcie Mekongu, która dostarcza żywności dziesiątkom milionów ludzi. Pozyskiwanie piasku niszczy lasy namorzynowe, zamula wodę i powoduje śmierć morskich ryb i ptaków.

„W niektórych miejscach (…) to doprowadziło do całkowitej katastrofy ekologicznej” – ocenił szef globalnej bazy danych na temat surowców przy Programie Środowiskowym ONZ (UNEP) Pascal Peduzzi.

Piasek z indonezyjskich wysp trafił głównie do Singapuru, który jest największym na świecie importerem tego surowca. Bogate azjatyckie państwo-miasto „dobudowało” sobie w ostatnich 40 latach 130 kilometrów kwadratowych powierzchni lądowej i usypuje dalej. Szkody dla środowiska w krajach ościennych były tak poważne, że Indonezja, Malezja i Wietnam ograniczyły lub zakazały eksportu piasku do Singapuru – podkreśla Beiser.

bankier.pl

Bigelow, który właśnie skończył wtedy 50 lat, zarobił dużo pieniędzy jako komercyjny deweloper, otwierając niedrogie hotele na południowym zachodzie kraju. Mógł więc w końcu oddać się swojej fascynacji UFO, która sięgała lata wstecz, aż do bliskiego spotkania, którego doświadczyli jego dziadkowie i o którym opowiedzieli mu, gdy miał trzy lata.

Nazwał tę grupę, nieco górnolotnie, Narodowym Instytutem Nauki o Odkryciach (ang. NIDS – National Institute for Discovery Science).

NIDS, w formie, jaką przybrał podczas spotkań w Las Vegas, interesował się głównie dwoma tematami: UFO i świadomością po śmierci. Jego członkami byli eksperci, którzy przyzwyczaili się do tego, że ich zainteresowania nie są szanowane przez ich kolegów.

Współzałożycielem grupy był John Alexander, emerytowany oficer armii, który pracował w laboratorium nuklearnym Los Alamos w Nowym Meksyku i opublikował książki oraz artykuły na temat różnych aspektów ufologii i zjawisk paranormalnych.

Innym był Hal Puthoff, inżynier i samozwańczy parapsycholog, który podczas pracy w Stanford Research Institute w latach 70. i 80. przeprowadzał ściśle tajne eksperymenty dla CIA i wywiadu wojskowego DIA na temat "zdalnego widzenia", czyli używania ludzkiego umysłu do wyczuwania oddalonych obiektów lub wydarzeń.

– Jeden z profesorów w Stanford uważał, że to wszystko bzdury – powiedział. – Nie pozwoliłby swoim dzieciom bawić się z moimi dziećmi z powodu tego, co robiłem.

Grupa, która również przyciągnęła byłych astronautów Eda Mitchella, zagorzałego ufologa, i Harrisona Schmitta, który dekadę wcześniej pełnił funkcję senatora z Nowego Meksyku, nie przejmowała się zbytnio ryzykiem utraty reputacji związanym z otwartym mówieniem o tym, czy rząd złapał kosmitę lub odnalazł rozbity statek kosmiczny. To był dla nich powód, dla którego tam się znaleźli.

Był tam jednak jeden człowiek, który miał wiele do stracenia, uczestnicząc w tych spotkaniach: ogólnie szanowany polityk Harry Reid, który sprawował wówczas swoją drugą kadencję jako senator z Nevady. Dziś już 81-letni emeryt, spędził w Senacie USA 30 lat i przez kilkanaście lat przewodził tam frakcji Demokratów.

Reid został przedstawiony Bigelowowi przez znanego dziennikarza telewizyjnego, George'a Knappa, który przez lata pisał dużo o UFO i zdobył pewne rosyjskie dokumenty rządowe, które mogły rzucić światło na ten temat.

Knapp wiedział z rozmów z Reidem, że senator był zainteresowany sprawą. Reid przyjął zaproszenie Bigelowa, ale dopiero wtedy, gdy dał jasno do zrozumienia Knappowi, że jego udział musi pozostać tajny. Knapp honorował tę umowę przez ostatnie ćwierć wieku, dopóki Reid sam nie opowiedział szczegółowo swojej odysei w serii wywiadów, które przeprowadziłem z nim w ostatnich miesiącach.

– Facet o nazwisku Bigelow robi imprezę w swojej sali konferencyjnej i zaprasza grupę ludzi, aby porozmawiać o tych niezidentyfikowanych obiektach latających – opowiadał mi Reid w niedawnym wywiadzie. – Było tam kilku ludzi z jakimiś dziwnymi pomysłami. Nienaukowymi. Kilku dziwaków. Wysłuchałem kilku prezentacji. Tak zacząłem.

Reid, wówczas 55-letni, już wtedy miał aspiracje, by stanąć na czele Partii Demokratycznej. To, o czym dyskutowano przy nim, było po prostu synonimem czystego szaleństwa.

– Miałem swój sztab, miałem wielu ludzi, którzy mówili: »Wpakujesz się w kłopoty, trzymaj się od tego z daleka« – powiedział mi Reid. – Wielu mi mówiło, że to zrujnuje moją karierę.

W ciągu kolejnych kilku lat, opowiadał Reid, bywał na wielu takich spotkaniach. Gdy Bigelow, Alexander i inni publikowali niejasne artykuły w czasopismach i tworzyli bazę danych z obserwacji UFO, najbardziej wpływowy członek grupy po cichu poruszył ten temat z niektórymi swoimi kolegami w Waszyngtonie, w tym z byłym astronautą i senatorem Johnem Glennem.

Reid ostatecznie pozyskał poparcie kilku potężnych przewodniczących komisji, w tym Teda Stevensa z Alaski i Daniela Inouye'a z Hawajów, aby sfinansować tajne badania nad UFO w Departamencie Obrony. Istnienie tego programu zostało ujawnione publicznie przez POLITICO i New York Times w połowie grudnia 2017 r.

Jednym z głównych beneficjentów programu była firma lotnicza, której właścicielem jest nie kto inny jak Robert Bigelow.

W czerwcu dyrektor wywiadu narodowego, działając na polecenie republikańskiego senatora Marco Rubio, ma wydać raport, który zgromadzi wszystkie istotne materiały z całej administracji na temat tego, co urzędnicy nazywają teraz "niezidentyfikowanymi zjawiskami powietrznymi" (ang. UAP – Unidentified Aerial Phenomena").

["New York Times" donosi, że według osób, które ten raport już widziały, amerykański wywiad nie znalazł dowodów na to, że zjawiska, których w ostatnich latach świadkami byli piloci marynarki wojennej, są statkami kosmicznymi obcych cywilizacji. Nadal jednak nie mogą wyjaśnić ich niezwykłych sposobów przemieszczania się.

Gazeta dodaje, że sama niejednoznaczność ustaleń oznacza, że rząd nie może definitywnie wykluczyć teorii, że zjawiska obserwowane wojskowych mogą być obcymi statkami kosmicznymi.]

onet.pl