sobota, 8 maja 2021


Słyszę, że próbowaliście jako posłowie przeprowadzić kolejną kontrolę poselską w MON. Nie udała się z powodu pandemii. Ale jaki był powód tej kontroli?

– Powodem były sprzeczne komunikaty, które wydaje przewodniczący podkomisji smoleńskiej Antoni Macierewicz. Raz mówi, że raport z działań jego podkomisji jest gotowy i tylko czeka na podpisanie, innym razem, że raport już został opublikowany, a za chwilę wraca do wersji, że jeszcze nie jest skończony. Podkomisja pracuje za publiczne pieniądze, w związku z tym chcieliśmy zapytać ministra obrony narodowej, jaka jest sytuacja faktyczna. Czy ten raport rzeczywiście istnieje? Czy minister ma jakąkolwiek wiedzę, kiedy podkomisja skończy pracę? Antoni Macierewicz rok temu zapowiedział, że raport zostanie opublikowany zaraz po Świętach Wielkanocnych. Po 10 kwietnia. Już mija rok od tej deklaracji!

I nic.

– Potem Antoni Macierewicz sprawę raportu odsuwał od siebie. A musimy pamiętać, że to my, podatnicy, wydajemy pieniądze na działanie tego dosyć dziwnego tworu, który nigdy nie badał wypadków lotniczych i nie ma w nim nikogo, kto byłby specjalistą od ich badania. A ta podkomisja, jak ustaliliśmy, wydała ponad 10 mln zł! Na badanie wypadku, który został już bardzo dokładnie zbadany.

Teraz chce przewieźć brzozę do USA i tam symulować zderzenie.

– Słyszałem o tym. A co do prac podkomisji… Patrząc na to, co do tej pory przedstawiła – nie osiągnęła niczego.

Poza tym, że pocięła bliźniaczy samolot.

– O tak! Podkomisja nie pojechała na miejsce wypadku do Smoleńska ani nie wykonała swojej kopii czarnych skrzynek, mimo że cały czas jej członkowie twierdzili, że te zapisy są niewiarygodne. A dodam, że prokuratura kierowana przez Zbigniewa Ziobrę to zrobiła – prokuratorzy byli w Smoleńsku, mieli dostęp do wraku, do czarnych skrzynek. Członkowie podkomisji zaś… Jedyne, co im się udało, to zepsuć sprawny samolot. Tupolew, który stoi w hangarze w Mińsku Mazowieckim, jest pocięty. Ma powycinane fragmenty skrzydeł, piłką do metalu. To wynika ze zdjęć. Ten tupolew wcześniej latał. My w ramach pracy w komisji Millera wykonaliśmy na nim loty testowe, które m.in. miały demonstrować działanie automatycznego pilota. Sprawdzaliśmy, jak to wygląda, czy można odejść na drugi krąg bez systemu ILS na lotnisku za pomocą naciśnięcia przycisku, czy nie można.

Sprawdzaliście te pięć sekund, które minęły, zanim dowódca, po komendzie „odchodzimy”, zorientował się, że samolot wciąż leci na automatycznym pilocie!

– Myśmy to zrobili, zrobiliśmy też parę innych rzeczy. Natomiast ta grupa osób, która amatorsko para się badaniem wypadku lotniczego, zepsuła samolot. Oni nigdy nie widzieli, jak skonstruowany jest samolot, więc musieli go pociąć, żeby zobaczyć, jak w środku wygląda.

Nie mieli dokumentacji, żeby zobaczyć, z czego jest zbudowany i jak?

– Dokumentacja oczywiście jest, można o nią wystąpić do producenta. Ale przecież fobie, które są pielęgnowane przez tę grupę, nie pozwoliły im na to. Woleli pociąć samolot, niż poszukać dokumentacji.

To niejedyne szaleństwa tej władzy w sprawie katastrofy. A ekshumacje zwłok w poszukiwaniu śladów trotylu? A próbki wysłane do laboratoriów we Włoszech i w Wielkiej Brytanii, też żeby wykryć ślady materiałów wybuchowych? Wyniki tych badań od dawna są w Polsce. Wie pan coś o tym?

– Wiem. Prokuratura nie chce się przyznać do wyników tych badań. Sam pomysł ekshumacji, zwłaszcza kiedy bliscy ofiar nie zgadzali się na nie, był wyjątkowo nieludzki. Bo wcześniej prokuratura wojskowa przeprowadziła badania na obecność różnego rodzaju materiałów wybuchowych, i to zarówno na fragmentach ciał, jak i na fragmentach konstrukcji samolotu oraz w próbkach pobranych z miejsca wypadku. Ich wynik był negatywny. Raport Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego był jednoznaczny. Oprócz badań technicznych dokonano też oględzin fragmentów tych elementów, z których były pobierane próbki. Tak by opinia była kompleksowa.

Ekipa PiS na to uwagi nie zwróciła.

– A z czym mieliśmy później do czynienia? Dokonano ekshumacji wszystkich ofiar. Przeprowadzono badania, najpierw w kraju, dotyczące obrażeń. Prokuratura mówiła, że będzie się dzieliła z opinią publiczną wynikami tych badań. Tymczasem do dzisiaj milczy. Według informacji, do których dotarliśmy, wszystkie badania potwierdzają, że doszło do obrażeń typowych dla katastrofy komunikacyjnej. I nie było jakichś innych niespodziewanych zjawisk.

Ale do tego się nie przyznaje.

– Drugim kuriozalnym pomysłem było powtórzenie badań fizykochemicznych w zagranicznych laboratoriach. Uznano, że będą bardziej wiarygodne od polskich! Moim zdaniem prokuratura, powierzając ponowne badanie próbek zagranicznym ekspertom, dąży do wydłużenia postępowania. Prokuratura już wie, że zgromadzony materiał nie potwierdza tez, które głosiło wielu polityków PiS czy ludzi z nimi związanych. Normalny, poważny prokurator powiedziałby: kończymy postępowanie, oddajemy zebrany materiał dowodowy do oceny sądu, żeby mógł wydać wyrok, kto był winien tej katastrofy.

Winien?

– To, że samolot się rozbił, że doszło do serii błędów, co zostało opisane w raporcie komisji Millera, to jest określenie przyczyn katastrofy. Tak, żeby znała je opinia publiczna i żeby w przyszłości podobne zdarzenie się nie powtórzyło. Ale trzeba też zbadać, kto zawinił, że do katastrofy doszło. Ktoś był odpowiedzialny za wyznaczenie załogi, ktoś był odpowiedzialny za to, że załoga w niewystarczającym zakresie była wyszkolona, że nie miała lotów sprawdzających. Ktoś był odpowiedzialny za to, że kolejne kontrole tego nie wykryły. Przyczyny tej katastrofy są dużo głębsze niż to, co zostało opisane w raporcie komisji Millera. My przedstawiliśmy pewnego rodzaju fotografię stanu faktycznego, błędów, które zostały popełnione. Ale obok tego jest jeszcze niezależnie prowadzone postępowanie karne. Ono powinno jak najszybciej się zakończyć. Jeżeli prokuratura będzie przedłużała postępowanie, to w zasadzie nie wiadomo, kiedy doczekamy się zamknięcia tej sprawy i wskazania, z imienia i nazwiska, kto zawinił, że zginął prezydent i cała delegacja.

(...)

Tu-154M, podchodząc w Smoleńsku do lądowania, zniżał się z prędkością 7 m/s. Czyli dwukrotnie szybciej, niż przewidują procedury. Dlaczego zniżali się tak szybko? Pilot musiał wiedzieć, że to niezgodne ze sztuką.

– Po pierwsze, tak naprawdę przyczyną katastrofy było to, że pilot nie zastosował się do obowiązujących procedur. Przy tej widzialności ziemi nie wolno mu było obniżyć lotu poniżej 100 m względem poziomu lotniska. Nawet o 1 m! Niestety, przekroczył tę granicę. Decyzja o odejściu na drugi krąg zapadła dopiero na wysokości 39 m względem poziomu pasa.

I jeszcze leciał pięć sekund, zanim zaczął próbować wyciągać samolot w górę! Bo myśleli, że odejdą na automacie, ale gdy nie ma systemu ILS, automat nie działa. Dopiero po pięciu sekundach dowódca przeszedł na ręczny. Łatwo policzyć, o ile się zniżył, jeżeli schodził z prędkością 7 m/s.

– Z naszych badań wynika, że reakcja pilota i sama bezwładność samolotu powodują, że przejście do lotu wznoszącego musi trwać. Tu-154M to przecież nie jest mały samolot. Co natomiast było tak naprawdę genezą tego błędu… Otóż jest kilka systemów lądowania, zależą one od wyposażenia lotniska, m.in. system ILS, system RSL czyli taki, jaki był w Smoleńsku, system podejścia do lądowania według dwóch radiolatarni… Według regulaminu lotów, żeby mieć ważne uprawnienia do lądowania, trzeba nie rzadziej niż raz na cztery miesiące wykonać podejście do lądowania według każdego z systemów w warunkach minimalnych. Czyli w warunkach pogodowych, widzialności, podstawy chmur, które są graniczne do podejścia.

W warunkach rzeczywistych albo na symulatorze?

– Od roku 2007 załogi nie ćwiczyły na symulatorach, te szkolenia zostały przerwane, w związku z tym mogły to robić tylko w realnych warunkach. Dodam jeszcze jedno – żeby to uprawnienie było ważne, podejście do lądowania musi być przeprowadzone na typie samolotu, na którym się lata. Jeżeli ktoś lata na maszynach Jak-40 i Tu-154, to musi takie podejście treningowe wykonać na każdym z tych samolotów. A dowódca załogi podejście według takiego systemu, jaki był w Smoleńsku, ostatni raz wykonał pięć lat wcześniej i na samolocie Jak-40.

Nie pilotował Tu-154?

– Pilotował, tylko nie w warunkach  granicznych i według systemu RSL, w którym nie miał żadnej praktyki. To wynika z dokumentacji. Popatrzmy na to z drugiej strony. On tej praktyki nie miał nie dlatego, że nie chciał, tylko dlatego, że mu tego nie umożliwiono. Przecież w wojsku pilot sam sobie nie planuje szkolenia itd. To mocno zhierarchizowana organizacja. I są w niej osoby, które odpowiadają za to, żeby pilot miał ważne uprawnienia i wykonywał odpowiednie loty treningowe. Jeżeli ktoś nie dbał o to, a jednocześnie zaplanował załogę na taki lot, to pokazuje bezmiar nonszalancji i braku rozsądku. Potraktowałbym to w ten sposób: piloci starali się zrobić wszystko najlepiej jak potrafili, tylko że ktoś im nie umożliwił tego, żeby to potrafili. Ktoś nie dopilnował, żeby byli w pełni wyszkoloną załogą.

Czy gdyby nie stracił tych pięciu sekund, o których mówiliśmy wcześniej, wzniósłby się? Uratował?

– Nawet jak ćwiczyliśmy tę sytuację w locie testowym, na bliźniaczym Tu-154M, reakcja pilota też była opóźniona. Od trzech sekund do trzech i pół trwało, zanim to wszystko zostało uruchomione. W tych warunkach widoczności granicą, której nie wolno było przekraczać bez względu na wszystko, było te 100 m względem poziomu lotniska.

Zwłaszcza że regulaminy są pisane krwią. Nikt tych 100 m nie zapisał, bo tak przyszło mu do głowy.

– Spójrzmy na to z punktu widzenia racjonalności podejścia. Załoga wiedziała, że widzialność na lotnisku jest wielokrotnie mniejsza niż dopuszczalne przepisami 1000 m. Dostała tę informację nawet nie od rosyjskiego kontrolera, tylko od kolegów z Jaka-40, którzy byli na miejscu. Że widzialność jest na 400 m! Potem, od technika pokładowego: „Arek, teraz widać 200”. Proszę pana, 200 m taki samolot przelatuje w niecałe trzy sekundy! Leci z prędkością ponad 70 m/s, 270 km/godz.! To jest mniej niż trzy sekundy, poniżej czasu reakcji pilota, na zobaczenie czegokolwiek. Nie można było oczekiwać, że nagle zobaczą cudownie ziemię i wylądują, bo wszystkie informacje, które mieli, wskazywały na coś innego!

Pilot Jaka-40 do lądowania wręcz ich zachęcał. „Jak najbardziej, możecie spróbować…”. To jego słowa ze stenogramu.

– Dla mnie to coś niepojętego. To się nie mieści w żadnych zasadach bezpiecznego wykonywania lotu.

tygodnikprzeglad.pl

W tym roku trzy główne przedsiębiorstwa zajmujące się technologią rozpoznawania twarzy podjęły decyzje, aby zahamować jej rozwój lub całkowicie z niej zrezygnować. IBM, Amazon i Microsoft obawiają się, że organy ścigania mogą nadużywać tej technologii i naruszać prawa człowieka. Po wycofaniu funkcji rozpoznawania twarzy, policja będzie bardziej skupiać się na śledzeniu śladów cyfrowych. Ta wiadomość jest niezwykle ważna właśnie teraz, gdy na całym świecie narastają niepokoje społeczne, a rządy wdrażają różne metody nadzoru w celu zarządzania skutkami pandemii koronawirusa SARS-CoV-2.

Rozpoznawanie twarzy było jednym z najszybciej rozwijających się narzędzi do identyfikacji podejrzanych, z których korzystały organy ścigania. The Washington Post ujawnił, że 2011 FBI zarejestrowało 390 tys. wyszukiwań związanych z rozpoznawaniem twarzy.

Badanie przeprowadzone przez amerykański National Institute of Standards and Technology (Narodowy Instytut Standaryzacji i Technologii) wykazało, że sztuczna inteligencja błędnie identyfikuje kobiety oraz osoby o innym kolorze skóry niż biały nawet od 10 do 100 razy częściej niż ma to miejsce w przypadku białoskórych mężczyzn. Budzi to obawy, co do potencjału dyskryminacji i stronniczego ścigania ze względu na płeć i pochodzenie etniczne.

Mimo tego, inni dostawcy technologii rozpoznawania twarzy, tacy jak Clearview.ai, prawdopodobnie wykorzystają nowe możliwości sprzedaży. Technologia oferowana przez tę spółkę pozwala na znalezienie w Internecie obrazu sprzed 10 lat.

Zapewnienie bezpieczeństwa społeczeństwu kosztuje. W tym przypadku technologia, o której mowa, ciągle znajduje się w głębokiej fazie rozwoju. Może to spowodować wzmożoną inwigilację, naruszanie prawa do protestów i ściganie niewinnych ludzi. Tak więc decyzja największych firm wywiera presję na innych firmach, aby ponownie oceniły swój cel dalszego rozwoju technologii – mówi Daniel Markuson, ekspert ds. prywatności w sieci z NordVPN.

Rozpoznawanie twarzy zapoczątkowało nową, niebezpieczną falę rządowych narzędzi nadzoru. Chociaż zjawisko zwalnia, śledzenie cyfrowych śladów prawdopodobnie będzie postępować. Inteligentne urządzenia, takie jak telefony komórkowe, domowe głośniki, zdalne kamery i inteligentne zamki do drzwi, śledzą lub rejestrują działania użytkownika. To sprawia, że są doskonałym źródłem informacji do badań i analiz. Dzienniki aktywności pomagają zbierać dowody, alibi i oświadczenia świadków na całym świecie.

Mark Stokes, szef działu kryminalistyki cybernetycznej i komunikacji w Scotland Yard, podkreślił, że siły policyjne w Wielkiej Brytanii są szkolone w zakresie analizowania śladów lokalizacji, aktywności online i zapisów internetowych zakupów.

W Stanach Zjednoczonych do uzyskania historii lokalizacji telefonu komórkowego danej osoby wymagany jest nakaz, ale wymóg ten nie ma zastosowania w przypadku innych technik śledzenia cyfrowego. Pozostawia to pole do popisu złodziejom, szczególnie w przypadku przestępców fałszujących dowody za pomocą urządzeń hakujących. Z drugiej strony, organy ścigania mogą również posunąć się za daleko w zakresie śledzenia w sieci, co może doprowadzić do dyskryminacji lub naruszenia prawa do prywatności.

W obecnej sytuacji ciężar ochrony przed potencjalną, błędną identyfikacją lub naruszeniem prywatności spada na samych obywateli. Technologie takie jak VPN pozwalają im zachować większą prywatność w sieci. […] Ludzie traktują swoje cyfrowe bezpieczeństwo i prywatność bardziej poważnie, a rozwój wydarzeń w 2020 uzasadnia taką potrzebę – podkreśla Daniel Markuson.

altair.com.pl

piątek, 30 kwietnia 2021


Katalizatorem sporu, który rozgorzał w 1989 r., były nacjonalistyczne hasła wygłaszane przez Zwiada Gamsachurdię, nazywającego Osetyjczyków „śmieciami, które należy wymieść na drugą stronę tunelu Roki”. Rozbudził tym radykalne nastroje wśród Gruzinów, którzy 26 maja 1991 r. wybrali go na prezydenta. Władze Południowoosetyjskiego Obwodu Autonomicznego, funkcjonującego w składzie Gruzińskiej SRR, domagały się natomiast większej niezależności. W 1990 r. przyjęły deklarację o przekształceniu Obwodu w republikę, a następnie ogłosiły jej niepodległość. Wywołało to sprzeciw Gruzji, która zlikwidowała autonomię Osetii Południowej i wprowadziła na jej terytorium stan wyjątkowy. Doprowadziło to do wojny w latach 1991–1992, w wyniku której Gruzja straciła kontrolę nad terytorium.

Osetia jest najmniejsza spośród nieuznawanych republik na obszarze poradzieckim, liczy zalewie 3,9 tys. km2. Jej mieszkańcy wywodzą się od najstarszego na Kaukazie ludu indoeuropejskiego – plemienia Alanów. Historiografia określa ich jako ludność napływową z północnych pasm Kaukazu, chłopów, którzy służyli gruzińskim możnowładcom.

Po wojnie granica z państwem macierzystym pozostawała otwarta, a wspólny handel, także nielegalny, kwitł w najlepsze. Jednak zniszczenia wojenne w 1992 r. doprowadziły do gospodarczego spustoszenia Osetii. Ekonomię parapaństwa zasilały środki z Rosji i Osetii Północnej, gdzie trafiało osetyjskie drewno oraz woda mineralna. Spore zyski czerpano też z masowego przemytu spirytusu do Rosji. Do 2004 r. Gruzini i Osetyjczycy korzystali z największego na Kaukazie Południowym rynku Ergneti, który pozostawał nieopodatkowany i niekontrolowany. W 2009 r. dochód Osetii Południowej wyniósł około 3 mln euro. Porównywalną kwotę stanowi dochód uzyskany przez jednego z polskich operatorów komunikacyjnych, Netię S.A. tylko w I kwartale 2021 r.

Obecnie lokalna gospodarka parapaństwa opiera się na zaledwie kilku przedsiębiorstwach produkujących wodę mineralną, owoce oraz mięso. Rosją pozostaje jego praktycznie jedynym partnerem handlowym. Od sierpniowej wojny wsparcie stamtąd płynące stanowi przeważającą część budżetu Osetii Południowej i umożliwia pokrycie kosztów społecznych, w tym wypłatę świadczeń czy emerytur. Budżet przyjęty na 2021 r. oszacowano na 7,7 mld rubli (408 mln zł), z czego 81,8% ma być subsydiowane przez Rosję. Nawet część lokalnie generowanych dochodów do osetyjskiego budżetu pochodzi pośrednio z Rosji w postaci podatków od lokalnych filii rosyjskich społek, takich jak Gazprom czy Megafon.

new.org.pl

czwartek, 29 kwietnia 2021


Były zastępca dyrektora irlandzkiego wywiadu wojskowego, obecnie konsultant ds. bezpieczeństwa w prywatnej firmie, otrzymał przez email propozycję pracy dla "pewnej bogatej chińskiej rodziny, która chce zachować anonimowość". Chiński pośrednik zaproponował Irlandczykowi 100 tys. euro za zebranie informacji na temat pewnej europejskiej organizacji pozarządowej, która publikuje informacje na temat przypadków łamania praw człowieka w Chinach.

Inny emerytowany wysokiej rangi irlandzki wojskowy, który pracuje dziś w strukturach UE, otrzymał propozycję opisania dla Chińczyków procedur antyterrorystycznych w Unii Europejskiej. Chińczyk, który napisał do niego w aplikacji LinkedIn, zaproponował mu sporą kwotę pieniędzy w bitcoinach, czyli walucie elektronicznej. Chińczyk zaproponował Irlandczykowi poradę, jak założyć bitcoinowe konto tak, by o jego istnieniu nie dowiedzieli się przełożeni Irlandczyka.

onet.pl

Komunistyczna Partia Chin (KPCh) prowadzi polityczne działania wojenne, aby potajemnie wpływać na wolne społeczeństwa na całym świecie, o czym ostrzega urzędnik wysokiego szczebla z Departamentu Stanu USA.

Reżim „chce kontroli, a przynajmniej prawa weta, nad dyskursem publicznym i decyzjami politycznymi na całym świecie” – powiedział David Stilwell, zastępca sekretarza stanu ds. Azji Wschodniej i Pacyfiku, podczas wirtualnej dyskusji zorganizowanej przez Hoover Institution na Uniwersytecie Stanforda w dniu 30 października br.

Osiąga to za pośrednictwem szerokiego wachlarza występnych działań, które są „zamaskowane, wymuszające i korumpujące” – powiedział. Według Stilwella te działania nazywane są przez KPCh „Pracą Zjednoczonego Frontu” (ang. United Front Work), ale na Zachodzie łatwiej będzie nam je zrozumieć, tłumacząc jako polityczne działania wojenne.

Praca Zjednoczonego Frontu, określana przez przywódców partii jako „magiczna broń”, obejmuje wysiłki tysięcy zagranicznych grup, które przeprowadzają operacje wpływów politycznych, tłumią ruchy dysydenckie, gromadzą informacje wywiadowcze i ułatwiają transfer technologii do Chin. Grupy te są koordynowane przez agencję partyjną Wydział Prac Zjednoczonego Frontu (ang. United Front Work Department, UFWD).

Podczas gdy niektóre organizacje Zjednoczonego Frontu publicznie deklarują swoje powiązania z Pekinem, „większość próbuje przedstawiać się jako niezależne, oddolne organizacje pozarządowe, fora wymiany kulturalnej, stowarzyszenia ‘przyjaźni’, izby handlowe, media lub grupy akademickie” – powiedział Stilwell.

W trakcie niedawnego dochodzenia przeprowadzonego przez „Newsweek” odkryto około 600 takich grup w Stanach Zjednoczonych. Stilwell powiedział, że do tych grup należą wspierane przez Pekin Instytuty Konfucjusza, które działają na dziesiątkach amerykańskich kampusów uniwersyteckich, chińskie stowarzyszenia studentów i naukowców, prywatne chińskie firmy i inne grupy działające na rzecz skaptowania władz stanowych i lokalnych.

„Podsumowując, mamy do czynienia z dużą i celowo nieprzejrzystą mieszaniną urzędników, agentów i zwolenników Komunistycznej Partii Chin, szukających odpowiedniej okazji w naszych społeczeństwach” – powiedział.

W tym roku administracja Trumpa oznaczyła szereg firm kontrolowanych przez KPCh jako misje zagraniczne Chin, uznając, że wykonują one rozkazy Pekinu w Stanach Zjednoczonych. Ostatnio Departament Stanu oznaczył jedną z grup Zjednoczonego Frontu, Narodowe Stowarzyszenie na rzecz Pokojowego Zjednoczenia Chin (ang. National Association for China’s Peaceful Unification), jako misję zagraniczną. Oznaczono tak również Amerykańskie Centrum Instytutu Konfucjusza (ang. Confucius Institute U.S. Center) i 15 kontrolowanych przez państwo mediów.

W międzyczasie Departament Sprawiedliwości rozprawił się również z szeregiem występnych działań dozwolonych przez KPCh, od kradzieży własności intelektualnej po szpiegostwo. We wrześniu aresztowano funkcjonariusza nowojorskiego departamentu policji (NYPD) Baimadajie Angwanga i oskarżono go o szpiegostwo na rzecz reżimu. Prokuratorzy zarzucili Angwangowi, że przekazywał informacje o lokalnej społeczności tybetańskiej swojemu opiekunowi w chińskim konsulacie, który został przydzielony do oddziału UFWD, zwanego Chińskim Stowarzyszeniem na rzecz Ochrony i Rozwoju Kultury Tybetańskiej (ang. China Association for Preservation and Development of Tibetan Culture).

Stilwell powiedział, że żądanie wzajemności jest „fundamentalnym krokiem” w kierunku „ochrony naszych własnych społeczeństw przed transformacją przez Pekin”.

Powiedział, że „pozwoliliśmy Komunistycznej Partii Chin na dostęp do naszego społeczeństwa, jakiego nigdy nie miała”, zaliczając do tego dziedziny dyplomacji, edukacji, handlu, inwestycji oraz nauki i technologii.

Urzędnik wzywał, by inne kraje podążały za działaniami Stanów Zjednoczonych, aby „domagały się wzajemności, przejrzystości i odpowiedzialności od Komunistycznej Partii Chin”.

„Komunistyczna Partia Chin stanowi realne zagrożenie dla naszego podstawowego stylu życia – dobrobytu, bezpieczeństwa i wolności. Naszym zadaniem jest rozpoznanie tego, ostrzeżenie innych i wspólne podjęcie kroków niezbędnych do obrony naszych wolności” – powiedział.

epochtimes.pl

środa, 28 kwietnia 2021


Za przyjęciem decyzji o „udoskonaleniu systemu wyborczego” w Hongkongu zagłosowało 2895 delegatów uczestniczących w Ogólnochińskim Zgromadzeniu Przedstawicieli Ludowych (OZPL), które pełni rolę marionetkową i zatwierdza decyzje kierownictwa KPCh. Nikt nie zagłosował przeciwko reformie, a jedna osoba wstrzymała się od głosu.

Projekt przewiduje m.in. zmiany w zakresie wielkości i składu legislatury w Hongkongu, które są korzystne dla parlamentarzystów popierających zwierzchnictwo KPCh.

Obecnie Rada Legislacyjna w Hongkongu składa się z 70 członków, z których połowa została wybrana w wyborach bezpośrednich, a pozostałe 35 osób to reprezentanci branż i związków zawodowych, przeważnie opowiadający się za władzami Pekinu.

Po zmianach parlament ma liczyć o 20 mandatów więcej, które nie będą pozyskiwane w wyborach bezpośrednich. Ponadto zwiększono liczbę członków komitetu wyborczego z 1200 do 1500 oraz nadano mu większe uprawnienia.

Ponadto w myśl nowego projektu Stały Komitet OZPL, który wybiera już szefów administracji Hongkongu, będzie też zatwierdzał nominacje wszystkich kandydatów na posłów hongkońskiej Rady Legislacyjnej, a część z nich będzie wybierał samodzielnie. Stały Komitet OZPL spotyka się raz na dwa miesiące, może zorganizować tymczasowe spotkanie w razie potrzeby i ma 175 członków, którzy są bardziej lojalni wobec KPCh niż przeciętni członkowie OZPL.

„Zdecydowane poparcie” dla planu reformy i „szczerą wdzięczność” za jego przyjęcie dla OZPL wyraziła w komunikacie szefowa władz Hongkongu Carrie Lam.

epochtimes.pl

Rok 1905 oznaczał narodzenie się na ziemiach polskich masowych ruchów politycznych, jednak przecież nie wszyscy, którzy w tym roku wstępowali do organizacji politycznych, stali po stronie socjalistów. Chociaż partie lewicowe były najsilniejsze i najaktywniejsze, około 50 tysięcy osób wybrało którąś z kilku organizacji prawicowych, przeznaczonych wyłącznie dla polskojęzycznych katolików. Największą zaś z tych organizacji było Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, w skrócie Narodowa Demokracja lub endecja. (…)

U podstaw Narodowej Demokracji leżała wizja świata określana niekiedy jako darwinizm społeczny (co stanowi, skądinąd, krzyczącą niesprawiedliwość wobec Charlesa Darwina – to jednak zupełnie inna historia). Zgodnie z tą wizją społeczeństwa ludzkie osiągają w dziejach kolejne, coraz wyższe szczeble rozwoju, przy czym rozwój ten można mierzyć, obserwując, które grupy wychodzą zwycięsko z „walki o byt” (dobrym przykładem są tu poglądy Herberta Spencera, popularnego w Polsce pod koniec XIX wieku – przy. red.). (…) 

To przede wszystkim endecja wprowadziła antysemityzm do polskiego życia publicznego. (…) relacje między Polakami a Żydami od dawna opierały się na symbiozie. Rzecz jasna, doskonale zdawano sobie sprawę z różnic kulturowych, po obu stronach nie brakowało także stereotypów, zarazem jednak istniał między nimi powikłany, nierozerwalny związek.

Uprzedzenia były zjawiskiem powszechnym, powszechne były też jednak dobre relacje, a nawet przyjaźnie. Dopóki zarówno Żydów, jak i chłopów łączyło porównywalne ubóstwo i brak wpływów, dopóty uprzedzenia dzieliły te dwie grupy, bynajmniej jednak nie musiały rodzić nienawiści. Z pewnością mogły – na przykład w latach osiemdziesiątych XIX wieku doszło do fali antyżydowskiej przemocy na Ukrainie – zazwyczaj jednak tak się nie zdarzało.

W archiwach i opracowaniach historycznych znajdziemy opowieści czy relacje o konfliktach i przemocy; opowieści o codziennej życzliwości na ogół umykają naszej uwadze. Jednak to ta ostatnia zawsze była i jest normą życia codziennego.

Aby zmienić tę dynamikę, antysemici musieli zmienić dychotomię: podział na Żydów i chłopów trzeba było zastąpić podziałem na Żydów i Polaków, przy czym tę ostatnią grupę rozumiano tak, że obejmowała wszystkich rzymskich katolików mówiących po polsku, niezależnie od pozycji społecznej czy znaczenia.

Proces propagowania inkluzywnego ekonomicznie (a zarazem ekskluzywnego kulturowo) rozumienia polskiej tożsamości narodowej z konieczności wymagał wskazania nowego „innego”, przeciwnika, wobec którego zarówno bogaci, jak i biedni Polacy musieliby się zjednoczyć.

Nowy światopogląd nie zrodził się bezpośrednio z doświadczeń codziennych: można łatwo wskazać grupkę antysemickich ideologów i działaczy, którzy propagowali i rozwijali dobrze przygotowaną teorię dotyczącą tego, jak naprawdę działa świat (teorię, która nie była po prostu błędna, ale szkodliwie fałszywa).

Zgodnie z tą teorią Żydów nie definiowała religia czy zbiór zwyczajów, ale przede wszystkim nieugaszone pragnienie zniszczenia społeczeństwa chrześcijańskiego i przejęcia władzy nad światem. Pragnienie to, według antysemitów pokroju Dmowskiego, ma charakter dziedziczny, nieważne zatem, czy konkretny Żyd nawrócił się na chrześcijaństwo lub przyswoił sobie polską kulturę. W gruncie rzeczy Żydzi, którzy porzucili jidysz i inne zewnętrzne oznaki swojej kultury, byli najgroźniejsi, trudniej bowiem było ich wykryć.

W ramach swojego spisku Żydzi, według antysemitów, zbudowali system polityczny i gospodarczy, który miał za zadanie osłabić moralne spoiwo podtrzymujące społeczeństwa chrześcijańskie, a następnie przejąć ich bogactwa. Żydzi mieli jakoby stworzyć i wykorzystywać przeciwko chrześcijaństwu dwa narzędzia: z jednej strony liberalną demokrację kapitalistyczną, z drugiej – socjalizm.

Pierwsze z tych narzędzi pozwalało rozbijać wspólnoty na zatomizowane, wykorzenione jednostki oraz wprowadzić system gospodarczy, który niósł ze sobą ubóstwo i nierówności.

Drugie udawało, że proponuje rozwiązanie tych problemów, antysemici byli jednakże przekonani, że jest to jedynie podstęp. Rzeczywistym celem socjalizmu, twierdzili, jest zwiedzenie nieświadomych mas, nakłonienie ich podstępem, by ślepo podążały za przywódcami, którzy odrzucili moralność chrześcijańską i co za tym idzie, usunęli wszelkie bariery, jakie mogłyby hamować ludzką skłonność do przemocy.

Gdy w ten sposób ulegną erozji wszystkie więzi społeczne – głosiła dalej ta dziwaczna teoria – zostanie przygotowane pole dla ostatecznego zwycięstwa międzynarodowego spisku żydowskiego.

Nie przypadkiem ideologia ta rozwinęła się pierwotnie we Francji i w Niemczech – krajach, gdzie Żydów było naprawdę niewielu, ponieważ łatwiej wierzyć w paranoiczne fantazje, gdy nie ma się kontaktu z rzekomymi organizatorami spisku. Każda nowoczesna ideologia, zarówno na lewicy, jak i na prawicy, wymagała od ludzi uznania istnienia rzeczy, których nie mogli bezpośrednio zobaczyć – czy był to „rynek”, „proletariat” czy „naród”.

Natomiast od ludzi żyjących na ziemiach polskich antysemityzm wymagał więcej: mieli uwierzyć w tajne działania grupy, którą mogli obserwować. Gdy rzecznicy antysemityzmu udawali się na wieś, aby nieść tam swoją ewangelię nienawiści, początkowo stykali się z obojętnością i niezrozumieniem. Chłop Jacek łatwo mógł uwierzyć, że kupiec Icek dyktuje niesprawiedliwe ceny, a nawet że w ramach swoich obrzędów religijnych odprawia dziwaczne rytuały. Jednakże opowieść o tym, że Icek należy do spisku, którego celem jest zawładnięcie światem i zniszczenie chrześcijaństwa, wydawała się, mówiąc łagodnie, nieco naciągana.

Ostatecznie opowieści tego rodzaju zakorzeniły się na polskiej wsi, rozprzestrzeniały się jednak wolniej niż w tych częściach Europy, w których ludzie rzadziej miewali okazję poznać Żydów osobiście.

Pierwsi ideologowie antysemityzmu na ogół nie wywodzili się z kręgów konserwatywnych. Ziemiaństwo w znacznej części, podobnie jak chłopi, było raczej zadowolone z tego, że miało Żydów niejako pod ręką, nawet jeśli jednocześnie patrzyło z góry na żydowską religię i sposób życia. Konserwatywne wyższe sfery o wiele bardziej obawiały się zbuntowanych „mas” niż Żydów. Ludzie należący do elity biznesowej, właściciele fabryk i finansiści, także nie byli zbyt podatni na ideologię antysemicką, zwłaszcza że zawierała ostrą krytykę kapitalizmu. Trzeci filar konserwatyzmu, duchowieństwo katolickie, miał ostatecznie licznie wstąpić w szeregi antysemickiej koalicji, początkowo jednak także duchowni uważali apele do „mas” za niepokojące. Antysemityzmu nie promowała zatem „stara prawica”, oparta na bogactwie, władzy i pozycji społecznej.

Propagowanie antysemityzmu stało się natomiast jedną z najważniejszych spraw „nowoczesnej prawicy”, Narodowej Demokracji.

Antysemityzm znajdował się w samym centrum przesłania endecji od momentu narodzin ruchu. Rzecz jasna, intensywność retoryki antysemickiej rosła po 1905 roku, wszystkie jednak jej elementy pojawiły się o wiele wcześniej. Dmowski miał problem ze wskazaniem właściwego miejsca Żydów w swojej wizji walk narodowych, ponieważ zdawali się nie mieć ojczyzny [przyjął więc] ogólny schemat teorii o międzynarodowym spisku żydowskim i udoskonalił ją tak, by dostosować zagrożenie do polskiej specyfiki.

W wersji Dmowskiego obraz walki z żydostwem różnił się zasadniczo od sposobu, w jaki należało walczyć z innymi domniemanymi wrogami polskiego narodu. Endecja twierdziła, że dla Polaków Niemcy i Rosjanie zawsze będą wrogami, ponieważ taka już jest natura relacji międzynarodowych. Równocześnie argumentowano, że nienawiść byłaby tu przeciwskuteczna, emocje bowiem przeszkodziłyby w racjonalnym planowaniu wojny o przetrwanie.

Żydzi natomiast w fantazjach Narodowej Demokracji stanowili poważniejsze egzystencjalne zagrożenie, jako ci, którzy rzekomo próbowali zniszczyć Polskę od wewnątrz. Dmowski użył jednej ze swoich ulubionych metafor, pisząc w 1895 roku, że „ludność żydowska jest niezaprzeczenie pasożytem na ciele społecznym tego kraju, który zamieszkuje” (…) „ciało zdrowe, silne, którego wszelkie czynności odbywają się normalnie według wskazanego przez prawa przyrody, porządku, jest najmniej odpowiednim podścieliskiem dla rozwoju pasożytów” [„Wymowne cyfry”, „Przegląd Wszechpolski” 1895, 1 (15 maja) – przyp. red.].

Ruch Narodowo-Demokratyczny szerzył ten przekaz za pomocą licznych i skutecznych metod. Przede wszystkim wykorzystywano edukację, organizując na wsi kampanie szerzenia piśmiennictwa, w ramach których nauczycieli zachęcano do wpajania, wraz z alfabetem, „prawdziwego patriotyzmu”.

Endecja wydawała także czasopismo dla chłopów, uzupełnione inspirującymi opowieściami z polskiej historii i relacjami o atakach ze strony licznych wrogów narodu. Mimo to endecja przed 1905 rokiem była niewielką organizacją konspiracyjną, która nie wykraczała poza wąską grupę inteligentów. Miało się to zmienić z dnia na dzień, podobnie jak w przypadku partii lewicowych, o których była mowa wcześniej. Nawet jeśli przywódcy endecji woleliby starannie zaplanowane akcje polityczne od masowych protestów, musieli jakoś odpowiedzieć na pierwotny krzyk, jakim był rok 1905. Dlatego uruchomili na wsi kampanię, która miała na celu uchwalenie przez lokalne wiejskie rady rezolucji z żądaniem wprowadzenia języka polskiego w urzędach, sądownictwie i we wszystkich instytucjach edukacyjnych. (…)

W miarę jak retoryka Narodowej Demokracji stawała się coraz bardziej antydemokratyczna (paradoks, którego nie przeoczyli przeciwnicy), grupa zaczęła zdobywać członków i zwolenników wśród tych, którzy mieli najwięcej do stracenia w chwili, gdy nadejdzie rewolucja społeczna. Byli to nie tylko właściciele ziemscy i fabrykanci (członkowie „starej prawicy”, którzy zaczęli dryfować w kierunku „nowej”), ale też członkowie klasy średniej – przedstawiciele wolnych zawodów, kupcy, niezależni rzemieślnicy, urzędnicy, księża, a wreszcie chłopi.

wiez.pl

Na tle ogólnej degrengolady ekonomicznej lat osiemdziesiątych znamiennym zjawiskiem był wzrost sektora prywatnego w gospodarce. W latach 1981–1985 zwiększył on poziom produkcji o blisko 14 proc., podczas gdy w tym samym czasie wytwórczość sektora państwowego zmniejszyła się o 0,2 proc. Przedsiębiorczość prywatna w dalszym ciągu podlegała jednak licznym ograniczeniom, a wielu członków kierownictwa PZPR krytycznie oceniało przejawy „nieuzasadnionego bogacenia się określonych środowisk”. Stopniowo jednak, szczególnie na średnim szczeblu aparatu władzy, coraz silniejsze było przekonanie, że bez rozbudowy sektora prywatnego nie uda się zaspokoić deficytu na rynku artykułów konsumpcyjnych. W ramach sektora prywatnego szczególne miejsce zajmowało kilkaset tzw. spółek polonijnych, zakładanych z udziałem obcokrajowców polskiego pochodzenia na podstawie ustawy z lipca 1982 r. „Firmy polonijne wysysają z sektora państwowego wysoko wykwalifikowaną kadrę. Część pracowników przechodzi z central handlu zagranicznego, posiadają oni informacje o randze tajemnicy służbowej i państwowej. [...] Nierzadkie są też przypadki nieformalnych kontaktów z pracownikami resortów sprawującymi kontrolę nad firmami polonijnymi” – alarmowano w MSW w maju 1984 r.

Spółki polonijne stały się dla władz, a w szczególności dla funkcjonariuszy służb specjalnych (zarówno SB, jak i wojskowych), rodzajem poligonu doświadczalnego. Testowano w nich zachowania podmiotów działających zgodnie z mechanizmami rynkowymi i wykorzystywano je do działań operacyjnych. W ślad za tym następowało stopniowe oswajanie się części elity władzy z myślą o konieczności radykalnego zerwania z ustanowionym w latach czterdziestych systemem gospodarczym, którego podstawę stanowiła własność państwowa. W ten sposób powstawał odpowiedni klimat dla wspomnianych już reform rządu Rakowskiego, których ubocznym rezultatem był proces tzw. uwłaszczenia nomenklatury. Zmiany w przepisach regulujących zasady działalności gospodarczej, w połączeniu z deklaracjami rządu Rakowskiego o nowej polityce ekonomicznej, doprowadziły do wyraźnego zwiększenia aktywności sektora prywatnego. Pogłębiającej się z miesiąca na miesiąc inflacji oraz zapaści gospodarki państwowej towarzyszył gwałtowny rozwój prywatnej przedsiębiorczości. W pierwszej połowie 1989 r. zarejestrowano blisko sześć tysięcy prywatnych spółek prawa handlowego, co w porównaniu ze stanem z końca 1988 r. oznaczało aż czternastokrotny wzrost. Spółki zaczęły też powstawać w sektorze państwowym, a w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 1989 r. ich liczba uległa podwojeniu, przekraczając poziom dwóch tysięcy. Znacząca część z tych spółek stała się głównym kanałem umożliwiającym przepływ majątku państwowego w prywatne ręce ludzi z aparatu władzy PRL, co nazwano później uwłaszczeniem nomenklatury. Proces zmiany statusu – „z zarządzającego własnością państwową na jej właściciela” – zasługuje na szczególną uwagę, stanowił bowiem jeden z głównych katalizatorów przyspieszających proces rozkładu reżimu komunistycznego.

Drenaż majątku państwowego uległ gwałtownemu nasileniu po uchwaleniu 24 lutego 1989 r. ustawy „O niektórych warunkach konsolidacji gospodarki narodowej”, stwarzającej możliwość przejmowania majątku państwowego do użytkowania przez osoby prywatne poprzez dzierżawę, wynajęcie lub wniesienie go jako aportu do spółki o kapitale mieszanym. Umowy ze spółkami podpisywali dyrektorzy przedsiębiorstw państwowych będący równocześnie udziałowcami lub członkami władz tych spółek. Kiedy w końcu 1989 r. Prokuratura Generalna zbadała na polecenie rządu Mazowieckiego skalę tego zjawiska, doliczono się 1593 tzw. spółek nomenklaturowych, a więc utworzonych przez osoby z aparatu władzy państwowej. Większość z nich należała do ludzi pracujących w aparacie gospodarczym (około tysiąca dyrektorów, kierowników i głównych księgowych oraz 580 prezesów spółdzielni), znacznie mniej natomiast do funkcjonariuszy administracji państwowej (9 wojewodów, 57 prezydentów i naczelników) oraz aparatu partyjnego (80). W rzeczywistości liczba tego rodzaju spółek była znacznie większa, szacunki nie obejmują bowiem firm, w których udziały posiadali członkowie rodzin osób należących do nomenklatury. Dopiero w 1990 r. wydano przepisy, które zakazały łączenia kierowniczych stanowisk w państwowym aparacie gospodarczym i administracyjnym z udziałami w prywatnych spółkach. Proces uwłaszczenia w następujący sposób opisał później szef Służby Bezpieczeństwa, wiceminister spraw wewnętrznych, gen. Henryk Dankowski: „Gdy tylko weszła ustawa i okazało się, że w dziesiątkach fabryk tworzą się de facto fikcyjne spółki i oszukują budżet państwa, natychmiast podjęliśmy działania. Można sprawdzić, ile wysyłaliśmy informacji o tym zjawisku. Zmian systemowych nie udało się nam od kierownictwa PRL wyegzekwować, ale w końcu nie od tego byliśmy”. Istotnie w materiałach MSW można odnaleźć incydentalnie dokumenty sygnalizujące „niekorzystne zjawiska w zakresie tworzenia spółek”. W jednym z nich, powstałym w drugiej połowie sierpnia 1989 r., stwierdzono: „Należy zauważyć, że bardzo poważną rolę w przyzwoleniu na uprawianie takich i podobnych praktyk odegrało oficjalne stanowisko czynników rządowych przez formowanie tezy »co nie jest zabronione – jest dozwolone«”. Zarazem jednak należy pamiętać, że funkcjonariusze podlegli MSW, a zwłaszcza członkowie ich rodzin, bardzo często byli organizatorami i udziałowcami prywatnych spółek powstających z udziałem majątku państwowego. Odbywało się to za zgodą kierownictwa resortu, czego nawet nie ukrywano na wewnętrznych naradach. „Nie jesteśmy przeciwko podejmowaniu działalności handlowej, usługowej czy produkcyjnej na własny rachunek przez rodziny funkcjonariuszy, z wyjątkiem firm polonijnych i z udziałem kapitału zagranicznego” – mówił w kwietniu 1989 r. na II Krajowej Konferencji Przewodniczących Rad Funkcjonariuszy MO i SB szef Służby Polityczno-Wychowawczej MSW, Czesław Staszczak, a zatem człowiek odpowiedzialny za ideologiczny kręgosłup aparatu bezpieczeństwa. W styczniu 1989 r. na dorocznej odprawie kadry kierowniczej MSW w Legionowie Staszczak mówił też o „możliwości stworzenia funkcjonariuszom uzyskiwania dodatkowych dochodów” i – „jeśli na to wskazuje interes służby” – o „udzielaniu zgody funkcjonariuszom na dodatkową pracę poza resortem spraw wewnętrznych”. Wedle szacunków inspektorów kadrowych, 7,5 proc. z blisko 3,5 tysiąca funkcjonariuszy, którzy odeszli w 1988 r. ze służb podległych MSW na własną prośbę, uczyniło to w celu założenia własnego przedsiębiorstwa prywatnego.

Antoni Dudek - Kryzys systemu komunistycznego w Polsce lat osiemdziesiątych

Ostatnie doniesienia o kierowcach amerykańskiego Amazona, którzy musieli załatwiać potrzeby fizjologiczne w samochodach, to tylko jeden z epizodów walki o stworzenie związku zawodowego w jednym z magazynów tej firmy w USA. Decyzja może mieć przełomowe znaczenie dla koncernu - ocenia stacja CNN.

W jednym z centrów dystrybucyjnych Amazona w miasteczku Bessemer na przedmieściach Birmingham w Alabamie pod koniec marca zakończyło się głosowanie wśród ok. 6 tys. pracowników w sprawie powołania związku zawodowego.

Cały czas trwa liczenie głosów, ale jeśli w magazynie uda się założyć komórkę ogólnokrajowego związku zawodowego pracowników handlu detalicznego, hurtowego i domów towarowych (RWDSU), będzie to pierwsza organizacja związkowa w zakładach Amazona. To przełomowe wybory - komentuje CNN. Dodaje, że podczas pandemii firma przeżywa boom, ale warunki i tempo pracy zatrudnianych przez nią osób oraz ich zarobki są wciąż przedmiotem sporów między koncernem a pracownikami.

Podczas kampanii poprzedzającej głosowanie firma namawiała pracowników do opowiedzenia się przeciwko powstaniu organizacji, otwarcie krytykowała też polityków i inne osoby wspierające wysiłki związkowców. Jeden z członków zarządu firmy Dave Clark skomentował na Twitterze popierające pracowników wypowiedzi demokratycznego senatora Bernie'ego Sandersa, pisząc m.in., że w przeciwieństwie do polityka Amazon "rzeczywiście zapewnia postępowe miejsce pracy".

Jak zauważa CNN, podkreślona przez Clarka płaca minimalna, wynosząca w Amazonie 15 dolarów na godzinę, została wprowadzona w 2018 r. po głośnych apelach m.in. Sandersa. Kongresmen Mark Pocan odpowiedział z kolei Amazonowi, że "niszczenie działalności związkowej i zmuszanie pracowników do oddawania moczu do butelek" nie czyni z firmy "postępowego miejsca pracy".

"Chyba nie wierzysz w to oddawanie moczu do butelki? Gdyby to była prawda, nikt by dla nas nie pracował" - odpisano Pocanowi na oficjalnym koncie Amazona. Spowodowało to lawinę doniesień medialnych, które w istocie potwierdzały zarzuty Pocana.

W piątek wieczorem firma przeprosiła kongresmena za swoje tweety. Dodała, że niektórzy kurierzy rzeczywiście mogli mieć kłopot z dostępem do toalety podczas pracy, a problem pogłębił się podczas epidemii koronawirusa i związanych z nią ograniczeń.

Konfrontacyjna postawa Amazona zaskoczyła obserwatorów branży, ekspertów i pracowników - zauważa CNN. "Podczas gdy pracownicy walczą o podstawowe i ważne kwestie, jak bezpieczeństwo pracy, Amazon koncentruje się na strachu przed własnymi pracownikami i uderza w polityków. Amazon boi się, bo wie, że pracownicy są silni, kiedy mówią jednym głosem" - brzmi oświadczenie jednej z grup pracowników koncernu.

forsal.pl

wtorek, 27 kwietnia 2021


Wzorowe dotychczas relacje pomiędzy Kijowem a Mińskiem zaczęły się psuć po sierpniowych wyborach na Białorusi i fali represji, która od tamtej pory przetacza się przez państwo Łukaszenki. Ukraina, jak większość krajów demokratycznego świata, nie uznała szóstego z rzędu zwycięstwa białoruskiego dyktatora.

W ukraińskich mediach i wszystkich komunikatach Łukaszenkę określa się wyłącznie po imieniu, bez wskazania stanowiska „prezydent". W zamian białoruski przywódca nie szczędzi ostrych wypowiedzi pod adresem władz nad Dnieprem, zarzucając, że z terytorium Ukrainy „przemycano tony broni". Stwierdził nawet, że „najpotężniejsze służby specjalne świata" utworzyły w Kijowie centrum, którego celem jest obalenie jego reżimu. Aresztował też 14 osób, które oskarżył o terroryzm i związki z Ukrainą. Ale niepokój Kijowa budzi nie tylko retoryka Łukaszenki.

– Białoruskie kierownictwo już nie jest neutralne wobec konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Większa integracja wojskowa z Rosją była warunkiem poparcia, jakie Łukaszenko po wyborach otrzymał od Putina, musiał ofiarować część suwerenności kraju. Dzisiaj mają wspólne planowanie wojskowe, a Rosja przerzuca tam swoich żołnierzy w ramach przygotowań do manewrów „Zapad 2021", których aktywna faza zaplanowana jest na sierpień–wrzesień. To stanowi bezpośrednie zagrożenie dla Ukrainy, zwłaszcza w warunkach rosnącego napięcia w Donbasie – mówi „Rzeczpospolitej" Ołeksij Aresztowycz, który jest członkiem ukraińskiej delegacji w grupie kontaktowej oraz byłym oficerem ukraińskiego wywiadu wojskowego.

W Kijowie zaś podkreślają, że wycofanie się z Mińska nie oznacza wypowiedzenia „porozumień mińskich", które w białoruskiej stolicy w lutym 2015 roku zawierali prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, prezydent Francji Francois Hollande, kanclerz Niemiec Angela Merkel i przywódca Rosji Władimir Putin.

Był to chyba największy sukces w historii białoruskiej dyplomacji za rządów Łukaszenki, który sprytnie wykorzystał to do ocieplenia relacji z Zachodem. – Władze w Mińsku już pogrzebały w ostatnich miesiącach swoją flagową koncepcję z ostatnich lat, że Białoruś jest neutralną wyspą stabilności – mówi „Rzeczpospolitej" Aleksander Klaskouski, czołowy białoruski politolog. Przypomina, że na początku marca Mińsk zawarł z Moskwą porozumienie w sprawie utworzenia wspólnych białorusko-rosyjskich centrów szkoleniowo-bojowych, które mają powstać w obwodzie niżnonowogrodzkim i kaliningradzkim oraz na Grodzieńszczyźnie.

– Eksperci uważają, że pod przykrywką takiego centrum na Białorusi może powstać rosyjska baza wojskowa, w ramach której zostaną rozmieszczone m.in. najnowsze rosyjskie bombowce strategiczne. To straszny sen dla Ukrainy, gdyby musiała odpierać najazd rosyjskich wojsk ze strony Białorusi – dodaje.

rp.pl

Komputery o wysokiej wydajności (HPC) są niezastąpionym narzędziem do modelowania i symulacji w takich dziedzinach, jak biologia molekularna, fizyka jądrowa, astrofizyka, chemia kwantowa, medycyna, inżynieria materiałowa, meteorologia, klimatologia, sejsmologia, kryptologia, by wymienić tylko te najważniejsze. Powszechnie stosowaną jednostką mocy obliczeniowej superkomputerów jest FLOPS, czyli liczba operacji zmiennoprzecinkowych na sekundę (ang. floating point operations per second). Pracują one z wydajnością ponad biliarda (milion miliardów) operacji na sekundę (1015 – petaskala), a te z najwyższej półki przekraczają 1017 operacji na sekundę. Dla porównania: laptop lub komputer stacjonarny z procesorem o prędkości (częstotliwości taktowania) 3 GHz może wykonać około 3 miliardów obliczeń na sekundę. Wyczekiwanym kamieniem milowym będzie osiągnięcie eksaskali, czyli 1018, a od tego dzielą nas nie lata, a miesiące. „Bestie” o wydajności liczonej w eksaflopsach, czyli w trylionach operacji zmiennoprzecinkowych na sekundę, powinny pojawić się na przełomie 2021 i 2022 r.

Moc obliczeniowa superkomputerów przejawia się w ich monstrualnych rozmiarach. Wysokowydajne obliczenia zapewnia klastrowanie setek tysięcy, a nawet milionów wielordzeniowych serwerów (tzw. węzłów) połączonych w sieć. Węzły, upakowane w gigantycznych szafach, działają w trybie równoległym, co umożliwia wykonywanie masy zadań jednocześnie i zwiększa wydajność obliczeń. Klastry HPC mają tę zaletę, że awaria jednego węzła nie powoduje zatrzymania pracy całego systemu, a ponadto dają się łatwo skalować, czyli rozbudowywać poprzez dokładanie kolejnych węzłów, bez konieczności wymiany na nowsze modele.

Infrastruktura HPC łączy algorytmy ściśle matematyczne z algorytmami sztucznej inteligencji, wykorzystywanymi w analityce Big Data. Z jednej strony, systemy sztucznej inteligencji są zaprojektowane w sposób umożliwiający przetwarzanie olbrzymiej ilości danych, więc siłą rzeczy muszą działać na sprzęcie, który potrafi wykonywać biliony obliczeń na sekundę. Z drugiej strony, dane pochodzą z wielu różnych źródeł, są niejednorodne i rozproszone geograficznie, więc do ich przetwarzania nie wystarczy moc obliczeniowa, potrzebna jest sztuczna inteligencja. Tu przecinają się drogi HPC, Big Data i AI.

Digitalizacja stała się motorem innowacji, konkurencyjności i wzrostu. Gospodarka cyfrowa ma wiele przejawów, ale systemowo rzecz ujmując, można ją przyrównać do organizmu, którego krwiobieg tworzą wielkie zbiory danych, a sercem są moce obliczeniowe, zdolne przetwarzać te wolumeny informacji liczbowych w czasie rzeczywistym i ze 100-proc. precyzją. Wydajność posiadanych zasobów obliczeniowych wpływa na tempo przebiegu prac nad nowym produktem, a tym samym na czas jego wprowadzenia na rynek. Jednak koszty – od zakupu (sprzęt, oprogramowanie), przez utrzymanie (energia elektryczna, aktualizacje, modernizacja, serwis, szkolenia), aż po złomowanie (utylizacja, recykling) – długo były barierą nie do pokonania dla większości firm. Toteż do niedawna na infrastrukturę HPC mogły sobie pozwolić tylko ośrodki naukowe. Przełom przyniosła chmura obliczeniowa, dzięki której firmy mają możliwość korzystać z oprogramowania i mocy obliczeniowych, nie angażując środków w ich zakup i instalację. Płacąc za udostępnienie HPC w chmurze zgodnie z rzeczywistym użyciem, firmy mają możliwość przetestowania obliczeń wysoko wydajnościowych i oceny, czy docelowo opłaca im się pozostanie w modelu SaaS, czy też stworzenie wewnętrznej infrastruktury HPC. Jakkolwiek usługi w chmurze mają swoje zalety, to nie zawsze są rozwiązaniem pierwszego wyboru dla biznesu, któremu zależy na bezpieczeństwie i prywatności. Przechowywanie danych to kwestia newralgiczna, szczególnie w dobie RODO.

Europa potrzebuje światowej klasy zintegrowanej infrastruktury HPC z eksaskalową wydajnością obliczeniową. Wykorzystanie superkomputerów do celów badawczo-rozwojowych, przemysłowych i komercyjnych rośnie i będzie rosło. Zdigitalizowane łańcuchy wartości i modele biznesowe będą generować przyrost Big Data, a ten z kolei będzie pobudzał popyt na infrastrukturę HPC. Potencjał jest ogromny, a wyzwania niemniejsze. Podczas gdy ? globalnego zapotrzebowania na moce HPC pochodzi z Europy, kontynentalne ośrodki HPC zaspokajają zaledwie 5 proc. W rezultacie europejscy innowatorzy w coraz większym stopniu korzystają z superkomputerów w Azji i Ameryce. To stwarza poważne zagrożenia w zakresie ochrony danych poufnych i cyberbezpieczeństwa oraz otwiera furtkę do wycieku innowacji z Europy. Istnieje bowiem ryzyko, że dane generowane przez ośrodki naukowe, przemysł i MŚP będą eksportowane w celach analitycznych z braku zdolności obliczeniowych na kontynencie.

Według szacunków Europejskiego Banku Inwestycyjnego Europa wyraźnie odstaje od USA, Chin i Japonii, z luką w zakresie nakładów na HPC wynoszącą 500-750 mln euro rocznie. Aby ją zlikwidować, potrzebne są potężne inwestycje w infrastrukturę. Tyle że infrastruktura akademickich dostawców HPC jest finansowana z publicznych grantów badawczych, a prywatni i zorientowani komercyjnie dostawcy HPC należą do rzadkości. Natomiast silna konkurencja ze strony firm amerykańskich, takich jak Amazon Web Services, Google i Microsoft, zostawia niewiele miejsca na ekspansję europejskich graczy oferujących moce HPC na zasadach komercyjnych, tym bardziej że praktycznie ich nie ma. Ci, którzy istnieją, koncentrują się na aplikacjach do symulacji i modelowania w wysoce wyspecjalizowanych segmentach niszowych.

obserwatorfinansowy.pl