środa, 3 marca 2021


BiznesAlert.pl: Czy chińska transformacja energetyczna odbywa się rzeczywiście, czy jest to jedynie działanie propagandowe?

Jakub Jakóbowski: Chiny mierzą się z podobnym problemem w dziedzinie energetyki co Polska, mianowicie większość energii elektrycznej jest produkowanej w elektrowniach węglowych. Chińska transformacja energetyczna, którą Pekin wdraża od kilku lat, ma być oparta na atomie oraz odnawialnych źródłach energii. Taki tandem jest spowodowany również ambicjami eksportowymi związanymi z tymi technologiami. Chiny w ostatnich latach realizują szeroko zakrojony program energetyki jądrowej, również w oparciu o własne reaktory trzeciej generacji.

Sama chińska transformacja energetyczna jest związana z kilkoma praktycznymi wymiarami. Pierwszym jest problem złej jakości powietrza w chińskich miastach. Ten problem urósł w ostatnich latach do rangi politycznej, ponieważ społeczeństwo wywierało na władze bardzo dużą presję. Nie chodziło tutaj tylko o presję związaną z elektroenergetyką, ale również z efektywnością energetyczną całej chińskiej gospodarki. Drugim wymiarem jest aspekt przemysłowy. Chiny liczą na duży udział swoich technologii i jądrowych i OZE w globalnym rynku transformacji energetycznej. Już teraz udział chińskich producentów fotowoltaiki czy elektrowni wiatrowych jest spory i cały czas rośnie. Na trzecim miejscu umiejscowiłbym cel związany z neutralnością emisyjną i celami klimatycznymi. Chiny są sygnatariuszem porozumienia paryskiego, a także zadeklarowały osiągnięcie neutralności klimatycznej do 2060 roku, jednak w mojej opinii jest to cel trzeciorzędny jeżeli chodzi o transformację energetyczną tego państwa.

Chińska agenda transformacji jest szczegółowo wyłożona w szeregu dokumentów o znaczeniu strategicznym różnych resortów. Dodatkowo wsparcie sektora OZE od kilku lat jest bardzo silne ze strony władz. Nie można więc powiedzieć, że to działania pozorowane. Jednak dominują inne motywacje niż w przypadku Europy, gdzie cel neutralności węglowej jest związany z szeroko rozumianą troską o klimat.

Jaka będzie przyszłość węgla w gospodarce chińskiej?

Węgiel odgrywa szczególna rolę w gospodarce chińskiej, zwłaszcza w kontekście jej stymulowania. Odchodzenie od węgla w Chinach, zgodnie z wieloma strategiami, miało polegać na zmniejszaniu podaży mocy generowanej z elektrowni zasilanych tym paliwem. Jednak, obserwując rzeczywiste działania, do tego nie dochodzi i Chiny są tutaj bardzo niespójne. W ostatnich latach nasiliła się walka instytucji rządowych odpowiedzialnych za przeprowadzenie transformacji z różnymi wpływowymi grupami lobby przemysłowego, zwłaszcza na poziomie prowincji. Te grupy traktują energetykę węglową jako źródło swojej konkurencyjności względem innych producentów, sama budowa nowych elektrowni to sposób na pobudzanie gospodarki. W praktyce więc, pomimo nakazów Pekinu do redukcji energetyki węglowej, poszczególne prowincje otwierają nowe moce węglowe. To widać zwłaszcza w czasie różnych kryzysów gospodarczych, również w obecnym, kiedy pomimo agendy odchodzenia od węgla nadal oddaje się do użytku nowe bloki węglowe. Kiedy w gospodarce dzieje się źle, Pekin przymyka oko na te działania, bo liczy na dalsze wzrosty PKB. Obecnie w Chinach budowane jest ok. 100 GW nowych mocy, planowane jest kolejne 150 GW. To jest główny paradoks odchodzenia od węgla w Chinach. Z jednej strony mamy realne działania polegające na wsparciu innych nieemisyjnych technologii jak atom czy OZE, a z drugiej strony w czasach kryzysów gospodarczych Pekin i prowincja stawiają na jeszcze większą podaż mocy z węgla.

biznesalert.pl

Specjaliści Graphika kampanię informacyjną (nazwaną przez nich „Spamouflage”), promującą prochińską retorykę oraz antyamerykańskie nastroje, pierwszy raz zidentyfikowali we wrześniu 2019 roku. Wówczas działania prowadzone były głównie na YouTube’ie, Twitterze oraz Facebooku. Z czasem operacja nadbierała rozpędu oraz rozszerzano zakres tematyczny propagowanych treści (np. rozpoczęto głoszenie haseł związanych z COVID-19). Powstały również materiały wideo w kliku językach, w tym angielskim.

Pomimo podjęcia działań przez platformy internetowe sieć kont wykorzystywanych podczas kampanii przetrwała i ewoluowała – wskazują specjaliści w raporcie „Spamouflage Breakout”. Obecnie operacja znacznie się rozszerzyła, a treści promowane przez prochińskie konta zaczęły docierać do „wpływowych osób” w mediach społecznościowych, które dodatkowo wzmacniają propagowaną retorykę.

Specjaliści wskazują, że przesłanie publikowanych materiałów jest jednoznaczne. Ich celem jest promowanie Chin przy jednoczesnym wzmacnianiu antyamerykańskich nastrojów. Tematem jest nie tylko pandemia koronawirusa, ale także wydarzenia na świecie oraz w Azji, w tym np. sytuacja na Tajwanie czy w Hongkongu.

(...)

Analiza kampanii pokazała, że zyskuje ona rozgłos i „publiczność”, która staje się szeroka. Obejmuje ona przede wszystkim użytkowników z Ameryki Łacińskiej, Pakistanu, Wielkiej Brytanii czy Hongkongu. Zdaniem specjalistów Graphika to wszystko sprawia, że „Spamouflage” staje się trwałą i coraz bardziej agresywną operacją w internecie, z nadal ograniczoną, ale stale rosnącą zdolnością do angażowania prawdziwych użytkowników.

Do tej pory o sile operacji decydowały fikcyjne konta. Jednak obecnie rozpowszechniane materiały są dodatkowo wzmacniane przez rzeczywiste osoby w mediach społecznościowych. W szczególności niebezpieczne jest ich promowanie przez użytkowników ze środowiska politycznego oraz biznesu. Przykładem może być minister spraw zagranicznych Wenezueli Jorge Arreaz czy były członek brytyjskiego parlamentu George Galloway, którzy przyczynili się bezpośrednio do zwiększenia zasięgu kampanii.

Co więcej, analiza „Spamouflage” ujawniła zmiany w taktyce działania. Do tej pory operacja była prowadzona w oparciu o fikcyjne konta. Obecnie obejmuje to również fałszywe profile, które mają swoim wyglądem i opisem wzbudzać poczucie wiarygodności oraz autentyczności wśród pozostałych użytkowników internetu. Niektóre konta udają np. amerykańskich biznesmenów czy chińskich komentatorów politycznych. To właśnie tego typu profile są głównym „motorem napędowym” kampanii.

(...)

Co więcej, setki razy w ostatnich miesiącach treści udostępniane przez fikcyjne profile na Twitterze były wzmacniane przez chińskich dyplomatów. Specjaliści wskazują, że nie ma dowodów na to czy robili to świadomie, ale odkryte dowody sugerują, że to przejaw państwowej sieci propagandowej, która jest wspierana przez rząd w Pekinie.

Z perspektywy Stanów Zjednoczonych zagrożenie jest szczególne, ponieważ operacja informacyjna „nabiera coraz bardziej agresywnego i konfrontacyjnego tonu wobec USA”. W raporcie podkreślono, że publikowane w sieci filmy przedstawiały Amerykanów w negatywnym świetle, w tym prezentując same Stany Zjednoczone jako państwo łamiące prawo, hegemoniczne, dręczone konfliktami społecznymi oraz przegrywające walkę z COVID-19. Przykładowo, sześć anglojęzycznych materiałów wideo wspominało w nagłówku o „wojnie domowej”, a w dwóch nazywano Stany Zjednoczone „największym zagrożeniem” dla pokoju na świecie.

cyberdefence24.pl

W ramach chińskiego programu stworzenia rodzimej szczepionki przeciw COVID-19 powstało kilkanaście preparatów, spośród których pięć zakwalifikowano do trzeciej fazy badań klinicznych. Wszystko wskazuje na to, że charakteryzują się one niższą skutecznością niż produkty zachodnich firm farmaceutycznych. W tym samym czasie władzom udało się opanować rozpowszechnianie się koronawirusa i – mimo wzrostu zachorowań na przełomie roku – wydaje się, że sytuacja wciąż znajduje się pod ich kontrolą. Chiny dysponują obecnie pewną pulą szczepionek, jednak nie są pewne ich jakości i prawdopodobnie mają ich za mało, by uzyskać zbiorową odporność. Można spekulować, że zaszczepienie zbyt dużej grupy ludzi w kraju mogłoby grozić ujawnieniem niewystarczającej skuteczności preparatów. Oznacza to zbyt duże ryzyko polityczne, którego Pekin nie podejmie na arenie wewnętrznej, jeżeli nie zmusi go do tego sytuacja pandemiczna. Systematycznie rosnący zapas wyprodukowanych szczepionek daje jednak przywództwu ChRL pole do działań na arenie międzynarodowej, gdzie prowadzi ono aktywną promocję chińskich technologii i dąży do rozbudowy swoich wpływów politycznych i gospodarczych kosztem Zachodu.

Do 29 stycznia chińskie szczepionki dopuściło do obrotu 12 państw: Turcja, Azerbejdżan, Serbia, Węgry, Brazylia, Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Seszele, Jordania, Pakistan i Indonezja (...). W obecności mediów zaszczepili się nimi prezydenci Turcji, Indonezji, Seszeli, premier Jordanii, minister zdrowia Serbii oraz minister rozwoju Uzbekistanu. Ukraina, Czarnogóra oraz Bośnia i Hercegowina są gotowe do rozmów z chińskimi dostawcami. Do tej pory ujawniono, że kilkanaście rządów złożyło zamówienia na co najmniej 400 mln dawek szczepionek od dwóch tamtejszych firm – Sinovac (nazwa handlowa preparatu: CoronaVac) oraz Sinopharm (nazwa handlowa preparatu: BBIBP-CorV).

(...)

Równocześnie Pekin wzmógł akcję dezinformacyjną dotyczącą szczepionek konsorcjum Pfizer–BioNTech oraz Moderny. Powielane są doniesienia rosyjskiej propagandy na temat rzekomych zgonów osób zaszczepionych w Norwegii i Niemczech. Kładzie się też duży nacisk na fakt, że chińskie preparaty zostały opracowane w technologii dezaktywowanego wirusa, stosowanej już od ponad stu lat, a technologia mRNA jest nowa. Wydaje się, że celem tych działań jest nie tylko opóźnienie programu szczepiennego w państwach rozwiniętych, lecz także zniechęcenie krajów trzeciego świata do zakupu zachodnich preparatów, gdy staną się one już dla nich dostępne.

Chińscy producenci bardzo oszczędnie informują o wynikach badań klinicznych – jeżeli opublikowali do tej pory własne rezultaty, to tylko z pierwszej lub drugiej fazy testów. Także same procedury badań wykonywanych w państwach trzeciego świata i w samej ChRL budzą wątpliwości co do ich standardów – zwłaszcza doboru ochotników oraz kryteriów oceny skuteczności. Często zaszczepienie uznawane jest za skuteczne nawet wtedy, gdy u pacjenta wystąpiły objawy zakażenia wirusem, ale nie wymagał on hospitalizacji. Jedyne wyniki z trzeciej fazy testów, które zostały opublikowane w całości, pochodzą z Brazylii, gdzie przeprowadzał je uznany w świecie medyczny Instytut Butantan. Sprawdzał on preparat firmy Sinovac z udziałem 12 tys. ochotników (w żadnym innym kraju poza ChRL ich liczba nie przekroczyła 2 tys.). Według ostatecznego raportu szczepionka CoronaVac chroni w 50,4% przed zachorowaniem objawowym, co zgodnie ze standardami WHO ledwo kwalifikuje ją do masowego użytku – rekomendowana jest skuteczność nie mniejsza niż 70%. Sam producent przytacza rezultaty badań z Indonezji, gdzie testy kliniczne miały wykazać skuteczność 65,3% (1600 ochotników), i Turcji – 91,2% (choć w tym przypadku podano wyniki tylko dla grupy 1322 ochotników, mimo że w badaniu wzięło udział 7371 osób). Żadna z uznanych instytucji nie opublikowała jeszcze pełnych rezultatów testów klinicznych szczepionki firmy Sinopharm, ale producent twierdzi, że jej skuteczność wynosi 79,3%. Wcześniej wynik 86% (31 tys. ochotników) miały wykazać jej badania w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, jednak i tutaj przyjęto zasadę, że preparat uznaje się za skuteczny, jeżeli chory nie wymagał hospitalizacji. Ponieważ szczepionki Sinopharmu i Sinovacu opracowano w podobnej technologii, istnieją podejrzenia, że rzeczywista skuteczność obu produktów będzie podobna.

osw.waw.pl

niedziela, 21 lutego 2021


Ogłoszono apele o oddawanie krwi, przede wszystkim jednak wzywano do udziału w kopaniu okopów i schronów przeciwlotniczych. Przewodniczący nawoływał, by „głęboko kopać jaskinie, zwiększyć zapasy zboża”. Już w czerwcu 1965 roku sugerował, że  „najlepszym sposobem byłoby budowanie schronów pod domami, głębokości mniej więcej metra. Jeśli połączymy wszystkie domy tunelami, a każde gospodarstwo domowe wykopie własny schron, to państwo nie będzie musiało ponosić żadnych kosztów”. W apokaliptycznej wizji przypominającej bitwę o Stalingrad, w której Niemcy ścierali się z Rosjanami w zaciekłych walkach wręcz o każdą ulicę, Mao chciał, by wszystkie miasta były gotowe do walk ulicznych. W rozmowie z zagranicznym gościem w czerwcu 1970 roku wyjaśnił, że budynki połączy sieć tuneli, a ludzie wycofają się do schronów, by tam się ukryć, uczyć się, ćwiczyć strzelanie i stamtąd nękać wroga.

W stolicy Przewodniczący otrzymał to, co chciał. Przez ponad rok Pekin pokrywały hałdy ziemi i „niemal niewyobrażalne ilości” cegieł, bo trwały gorączkowe budowy. W domach towarowych i urzędach kopano głębokie doły, połączone z rozległym podziemnym światem wąskich korytarzy i bunkrów obsługiwanych elektrycznymi windami. Na placu Tian’anmen wzniesiono wielkie ekrany, by zasłonić dźwigi i kafary; potężne zadanie połączenia Wielkiej Sali Ludowej z labiryntem tuneli powierzono armii.

Roboty budowlane nadzorowali inżynierowie i wojsko, toczyły się więc szybko; w efekcie pod stolicą powstało podziemnie miasto mające powierzchnię osiemdziesięciu pięciu kilometrów kwadratowych. Wyposażone było w restauracje, szpitale, szkoły, teatry i fabryki, jak również, podobno, tor do jazdy na wrotkach. Niektóre schrony zamknięto włazami uniemożliwiającymi przenikanie gazu oraz stalowymi drzwiami grubości trzydziestu centymetrów chroniącymi przed promieniowaniem. Pod ziemią magazynowano zboże i olej, a w specjalnych podziemnych gospodarstwach uprawiano niewymagające dużo światła grzyby.

Część wykopów prowadzono przy okazji budowy metra, rozpoczętej kilka lat wcześniej. 1 października 1969 roku dwudziestą rocznicę założenia ChRL uczczono próbnymi przejazdami pierwszą linią, łączącą koszary na przedmieściu z głównym dworcem kolejowym Pekinu.

Często dochodziło do wypadków, szczególnie tam, gdzie pracujący bez entuzjazmu obywatele słuchali poleceń lokalnych funkcjonariuszy niemających pojęcia o geologii, czy nawet podstawach inżynierii budowlanej. Duch Yan’anu sławił przecież zbiorową mądrość mas, specjalistyczną wiedzę zaś traktowano pogardliwie jako burżuazyjny przeżytek. Przy wielu przedsięwzięciach o niewielkiej skali wykopaną ziemię wywożono taczkami i wysypywano na ulicach. Ulewne deszcze zamieniały ją w błoto, w którym ślizgały się rowery i przewracały wozy i które zatykało rynsztoki. W Puxi, dzielnicy Szanghaju, na ośmiu ulicach piętrzyło się sto kup ziemi, gruzu i gnijących odpadów, w sumie o wadze około trzydziestu tysięcy ton. Ponieważ wszystko wokół było ochlapane błotem, wyglądało to na sprzątanie po niszczycielskim tajfunie. Podobne sceny spotykało się na wielu ulicach w całym kraju.

Badania geologiczne prowadzono jedynie przy większych przedsięwzięciach budowlanych. Często dochodziło do uszkodzeń domów. W dzielnicy Huangpu, w której aż do 1943 roku funkcjonowała przekazana wówczas republikańskiemu rządowi Szanghajska Dzielnica Międzynarodowa, budowa tuneli do tego stopnia naruszyła fundamenty kilkunastu domów, że budynki zapadały się lub pękały. Dość regularnie zdarzało się też, że źle wzmocnione schrony zapadały się i przysypywały robotników, czasami ze skutkiem śmiertelnym. Przy wykopach zatrudniano także uczniów; dochodziło do tragicznych wypadków, gdy brzegi wykopów się osuwały.

Ludzie musieli również dostarczać cegły. Tak jak podczas Wielkiego Skoku Naprzód w odpowiedzi na wezwanie do podwojenia produkcji stali w całym kraju powstawały podwórkowe piece do wytopu, tak teraz w miastach i miasteczkach budowano podwórkowe piece do wypalania cegieł. Pomysł polegał na tym, by wykopywaną glinę od razu zamieniać w cegły i natychmiast używać do podparcia podziemnych schronów. W Pekinie, gdzie takie piece wznoszono przy hałdach ziemi, przyjęto normę trzydziestu cegieł na osobę. Jak można było przewidzieć, na cegłach drukowano antyradzieckie hasła. Pewien raport podawał z entuzjazmem, że w Szanghaju „ludzie z własnej inicjatywy rozbierali kurniki i cysterny z rybami, a niektórzy nawet przynosili cegły używane przedtem do podpierania łóżek i mebli, wzmacniania ścian, podwyższania pieców czy brukowania podłóg”. Dostarczano także węgiel do opalania prymitywnych pieców, które podobno zdołały wypalić siedem milionów cegieł; do tego dochodziły cegły rozbiórkowe, wyciągnięte lub wygrzebane z istniejących budynków.

Wypadki odnotowywano mniej skrupulatnie niż liczbę cegieł, choć musiały zdarzać się często, ponieważ niektóre piece, zbudowane z piasku, kamieni, gliny i szamotu, przewracały się lub wybuchały. Gdy w Szanghaju jako czyn produkcyjny przed Świętem Niepodległości w 1971 roku usiłowano ustanowić nowy rekord w produkcji cegieł, w jednej z tych budowli w dzielnicy Putuo doszło do implozji, w której zostało zasypanych i odniosło rany dwanaście osób. Podwórkowe piece stanowiły śmiertelne zagrożenie aż do połowy lat siedemdziesiątych.

W rywalizacji o największą w kraju podziemną sieć prowadził Pekin. Szanghaj nie pozostawał daleko w tyle: skomplikowana siatka podziemnych tuneli podobno mogła pomieścić dwa i pół miliona ludzi. W sześciu głównych miastach prowincji Hebei zbudowano schrony dla ponad miliona ludzi. Pod koniec 1970 roku siedemdziesiąt pięć największych miast w kraju mogło się pochwalić wystarczającą liczbą schronów, by pomieścić sześćdziesiąt procent mieszkańców. Większość schronów wykopano ręcznie.

Znajdujące się w strategicznych miejscach góry poprzebijano tunelami, w tym kilkoma dość szerokimi, by zmieściło się w nich kilka autobusów. Ten, który przebito w górze Langmao, niedaleko Jinanu, stolicy prowincji Shandong, miał osiem metrów szerokości i siedem metrów wysokości, a prowadził do podziemnego magazynu mieszczącego ponad dziesięć tysięcy ton zboża. W pobliskiej górze Wanling podziemny parking mógł pomieścić dwieście pojazdów wojskowych. Nawet w jałowej prowincji Gansu, daleko w głębi lądu, do końca 1970 roku wykopano blisko milion metrów kwadratowych schronów. W Yan’anie, tak odległym i izolowanym od reszty kraju, że kilkadziesiąt lat wcześniej Mao wybrał go na swoją kwaterę podczas walk z Japończykami, Zhai Zhenhua i część najlepszych wiejskich robotników musieli łopatami przekopać lessową górę.

Ten gigantyczny wysiłek w większości poszedł na marne. Podczas starannie przygotowanej wizyty w schronach stolicy w listopadzie 1970 roku amerykańskiego dziennikarza Edgara Snowa poprowadzono wąskimi korytarzami do nowiutkiego bunkra, w którym odebrał telefon od księcia Sihanouka, także przebywającego w Pekinie po zamachu wojskowym, który pozbawił go władzy w ojczystej Kambodży. Wojna jednak nie wybuchła. Ukończona sieć schronów i tuneli szybko poszła w zapomnienie; opanowały ją grzyby i robactwo. W końcu wiele tuneli zagrodzono. Sieć uważano za tajemnicę wojskową i zabroniono do niej wstępu także tym, którzy budowali ją własnymi rękoma.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna

Drugim podejrzanym rejonem była Mongolia Wewnętrzna, obejmująca ponad jedną dziesiątą terytorium kraju i granicząca z Mongolią i Związkiem Radzieckim. Znaczną część prowincji stanowi lessowy płaskowyż pokryty pustyniami i stepem. W 1947 roku, przy strategicznym wsparciu ze strony Stalina i Armii Czerwonej, partii komunistycznej udało się tu przejąć kontrolę i utworzyć Region Autonomiczny Mongolii Wewnętrznej. Komunistyczna Partia Chin wchłonęła członków Mongolskiej Partii Ludowej, założonej wiele lat wcześniej przez wykształconego w Moskwie Mongoła nazwiskiem Ulanfu. Ulanfu, zwany także „mongolskim chanem”, został naczelnikiem prowincji. Jednak po zawinionym przez Mao wielkim głodzie, gdy można już było ocenić zakres zniszczeń wywołany radykalną kolektywizacją, zaczął dystansować się od Przewodniczącego, a na Konferencji Siedmiu Tysięcy Działaczy w styczniu 1962 roku w ostrych słowach potępił Wielki Skok Naprzód. W Mongolii Wewnętrznej rozluźnił nadzór nad kolektywnymi gospodarstwami, a także w dużej mierze zignorował kampanię edukacji socjalistycznej kierowaną przez Liu Shaoqi. Gdy modne stało się hasło „nigdy nie zapominajcie o walce klas”, Ulanfu wyraził wątpliwość, czy różnice między klasami w ogóle istnieją. „Większość pasterzy nie myśli o istnieniu klas, a narzucanie ich jest subiektywne”. W czerwcu 1966 roku wezwano go do Pekinu, gdzie przez sześć tygodni musiał brać udział w męczących zebraniach. 2 lipca Liu Shaoqi i Deng Xiaoping na zmianę w ostry sposób oskarżali Ulanfu o wszelkie możliwe zbrodnie, od „używania produkcji do zastąpienia walki klas” i „promowania rozłamów etnicznych” przez „ustanowienie udzielnego księstwa” po „rewizjonizm” i „występowanie przeciwko Przewodniczącemu Mao”. Ulanfu zniknął z widoku publicznego.

Kang Sheng i Xie Fuzhi przyjrzeli się tej sprawie ponownie w początkach 1966 roku, rozpętując kampanię terroru wymierzoną w byłych członków Mongolskiej Partii Ludowej założonej przez Ulanfu w latach trzydziestych, teraz podejrzewanych o szpiegostwo i zdradę. Do MPL należeli głównie zwykli mongolscy pasterze i rolnicy i to oni najdotkliwiej odczuli wpływ kampanii. W całej prowincji powstały sale tortur; około ośmiuset tysięcy ludzi aresztowano, przesłuchiwano i potępiano na masowych zebraniach. Metody stosowane przeciwko ofiarom sięgały dna horroru nawet według standardów rewolucji kulturalnej. Wyrywano języki i zęby, wyłupiano oczy, ciała piętnowano rozżarzonym żelazem. Kobiety wykorzystywano seksualnie, piersi, brzuch i części intymne przypalano wyjętymi z ognia prętami. Mężczyzn chłostano skórzanymi batami tak, że odpadało im ciało, a czasami odsłaniał się kręgosłup. Kilka osób spalono żywcem.

Choć Mongołowie stanowili niecałe 10 procent populacji, to spośród nich pochodziło ponad 75 procent ofiar. W niektórych okolicach aresztowano dosłownie wszystkich. W biurze kolei w Hohhot spośród 446 mongolskich pracowników nie prześladowano tylko dwóch. Zniknęły wielkie grupy mongolskiej elity – urzędników, kierowników, uczonych, techników. Zakazano używać języka mongolskiego we wszelkich publikacjach. Ocenia się, że w sumie zginęło 16–23 tysięcy osób. Nosiło to wszelkie znamiona ludobójstwa. Głównym podżegaczem w tej kampanii był Teng Haiqing, generał stojący na czele komitetu rewolucyjnego prowincji. W maju 1969 roku Przewodniczący rozkazał mu przerwać kampanię, ale nigdy nie postawiono go przed sądem. Mongolia Wewnętrzna znalazła się pod kontrolą wojska. Prowincję podzielono, a większość jej terytorium włączono do sąsiednich prowincji.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna

W stolicy wspaniałe gmachy publiczne rosły jak grzyby po deszczu, wznosząc się wysoko ponad morze szarych dachów domów zbudowanych wokół wewnętrznych podwórek i różowych murów cesarskiego miasta. W centrum i na obrzeżach pojawiły się ministerstwa, instytuty i muzea, niektóre pod szerokimi uniesionymi dachami krytymi glazurowaną dachówką, inne pod zwykłymi płaskimi, ale wszystkie inspirowane rosyjskim upodobaniem do gigantyzmu. W jednej tylko dzielnicy w kilka miesięcy zbudowano kilkadziesiąt gmachów mieszczących rozliczne instytuty, od Instytutu Lotnictwa, przez Instytut Ropy Naftowej, po Instytut Metalurgii. Przed każdym z tych budynków rozpościerał się przestronny dziedziniec, objęty szerokimi skrzydłami. Obok Xizhimen, północnozachodniej bramy dawnych murów miejskich, wkrótce wyrósł pawilon wystawowy Związku Radzieckiego. Krążyły plotki, ile złota zużyto do pokrycia jego wyniosłej wieży. Z placu Tian’anmen w sercu stolicy usunięto wiele starożytnych budynków, by zrobić miejsce na doroczne parady. Rozebrano też większość murów miejskich, które utrudniały ruch.

W innych miastach także wzniesiono wielkie, widoczne symbole władzy, ponieważ ambicje rządu centralnego powtarzano na poziomie prowincji, łącznie z pokazowymi gmachami i prestiżowymi projektami, towarzyszącymi rozwijającemu się państwu. W Chongqingu, rozległym mieście zbudowanym na wzgórzach często spowitych mgłą i mżawką, w centrum Ludowego Parku Kultury wzniesiono piękną salę koncertową. Wkrótce dołączyły do niej duży stadion oraz Sala Zgromadzeń. Utrzymanie tej ostatniej – ogromnej dekoracyjnej budowli z trzema kolistymi poziomami dachu z zielonego szkła – kosztowało około stu tysięcy juanów rocznie, choć rzadko była używana. Wiele innych nowych gmachów też stało pustych, ponieważ Chongqing przestał już być stolicą Syczuanu. Dalej na północ, w Zhengzhou, całe nowe miasto zdawało się wyrastać wprost z pól pszenicy, daleko od starego miasta; wzdłuż szerokiego bulwaru wzniesiono wielkie siedziby urzędów. Każdy gmach miał własne ogrody i hotele pracownicze. W Lanzhou, suchej stolicy Gansu, nowe gmachy rządowe ciągnęły się przez kilka kilometrów po obu stronach Jangcy, co w połączeniu z nowymi instytutami, szpitalami, fabrykami i blokami mieszkalnymi niemal podwoiło obszar miasta. Nowe ulice, zbudowane kilofem i łopatą, były tak szerokie, że po obu stronach wytyczano jezdnie dla wolniejszego ruchu. Biegły prosto jak strzała i przecinały dawne drogi bez żadnego szacunku dla przeszłości. Tempo budowy oszałamiało. Kierownictwo śpieszyło się, by dogonić przyszłość. W rezultacie wiele budynków wznoszono „w przypadkowy, dziki sposób”, nie przywiązując większej wagi do planowania. Ponieważ lokalni przywódcy ścigali się w stawianiu coraz większych obiektów, nowe budowle często nie miały instalacji wodno-kanalizacyjnych. Tam, gdzie miasta budowano poza centrum, jak w Zhengzhou, koszt budowy dróg i usług powodował wielką dziurę w budżecie. Ponadto w pośpiesznym dążeniu do katapultowania kraju w komunizm ignorowano najbardziej podstawowe etapy, takie jak pomiary geodezyjne, badanie nośności gruntu i przebiegu cieków wodnych, co prowadziło do kosztownych błędów. Zdarzało się, że nowo zbudowane drogi nieustannie pękały, a różne władze lokalne procesowały się o rekompensaty. Nawet w Pekinie zapadały się fundamenty fabryk, a belki nośne wyginały się i łamały. Marnotrawstwo było ogromne. W imperium centralnego planowania wydawało się, że nie planuje się niczego.

W rezultacie nawet w niektórych pokazowych elementach tego potiomkinowskiego przedsięwzięcia, mających wzbudzić zachwyt i podziw cudzoziemców, nie ustrzeżono się wad. Za lśniącą fasadą socjalistycznej nowoczesności leżał chwiejny świat partactwa. Hotel Qianmen w Pekinie, jeden z trzech przybytków przeznaczonych dla zagranicznych delegacji, w 1956 roku był ulubionym miejscem życzliwych gości. Z kranów kapało, więc tworzyły się plamy w umywalkach i wannach. Toalety nieustannie ciekły, a woda czasami przelewała się z rezerwuarów. Drzwi nie pasowały do futryn, żarówki migały, okna nie chciały się zamykać.

W prestiżowe gmachy ładowano ogromne sumy, ale potrzeby mieszkaniowe zwykłych ludzi zaniedbywano, chyba że chodziło o nowoczesne obiekty budowane na pokaz – na przykład akademiki dla studentów Uniwersytetu Pekińskiego czy Dom Ludowy w Xi’anie. Kwatery mieszkalne znajdowały się tuż przy fabrykach, bez dbałości o podstawowe normy higieny. Miejscowi często narzekali, że „nieustannie wysiedla się zmarłych i żywych”. Znaczna część budownictwa mieszkaniowego wyglądała ponuro jak koszary: rzędy niskich bloków, identycznych i najczęściej bez żadnych udogodnień. Były też wadliwie zbudowane. Na przedmieściach stolicy, z dala od widoku publicznego, mieszkania dla robotników wznoszono z niepełnowartościowych materiałów. Mury chwiały się pod dotknięciem, framugi wypadły po jednej burzy, a dachy przeciekały. W Nanyuanie, przedmieściu oddalonym o trzynaście kilometrów od cesarskiego pałacu, w nowiutkich mieszkaniach ściekała po ścianach woda. Niektóre domy były bez drzwi. Także i to wynikało ze świadomej decyzji. Liu Shaoqi napisał w instrukcji przeznaczonej dla Ministerstwa Przemysłu Włókienniczego w lutym 1956 roku: „Musicie budować jednopiętrowe budynki sypialne, nie wielopiętrowe. Nasi robotnicy nie zawsze są przyzwyczajeni do budynków wielopiętrowych, dopiero w przyszłości będziemy mogli budować dobre gmachy wielopiętrowe. I nie musicie budować ich bardzo dobrze, jeśli okażą się nieco lepsze niż zwykłe szopy, to wystarczy, bo i tak w przyszłości zostaną zburzone”. Uznał, że kilka drzew jest dopuszczalnych, ale nie ma potrzeby wprowadzać stawów, ogródków skalnych, kwiatów i trawy. Nawet dostarczenie robotnikom filiżanek do herbaty, jak to czyniono w Stołecznej Przędzalni Bawełny Numer Dwa, było „zbytkiem”. Takie zalecenia trafiły w nurt szukania oszczędności, ponieważ rząd musiał okresowo ograniczać wydatki.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

piątek, 19 lutego 2021


- Redditowy tłum skierował swoje zainteresowanie na większego wieloryba, usiłując wywołać wyciśnięcie krótkich pozycji na rynku srebra. To jest ich chwila będąca odpowiednikiem Moby Dicka – powiedział Kyle Rodda, analityk IG Markets cytowany przez Reutersa.

Redditowym inwestorom chodzi o to, aby poprzez wzmożony popyt na srebro podbić jego notowania i zmusić posiadaczy krótkich pozycji do ich zamknięcia - czyli wymuszone odkupienie wystawionych kontraktów. Jeśli by do tego doszło, to fala wymuszonych zleceń kupna mogłaby wynieść ceny srebra na niewidziane wcześniej poziomy. Tak samo, jak to w ostatnich dniach miało miejsce w przypadku akcji firmy GameStop.

Jest to jednak bardzo ryzykowna gra. Tego typu sztuczne podbitki co do zasady przypominają schemat piramidy finansowej. Notowania rosną tylko tak długo, jak długo znajdują się chętni do takiej gry. Gdy ich zabraknie, inwestorzy „ubrani” na górce ponoszą dotkliwe straty. Cała zabawa polega jednak na tym, że nikt nie wie i nie jest w stanie przewidzieć, na jakim poziomie cenowym pojawi się szczyt. Dodatkowym ryzykiem są potencjalne działania nadzoru finansowego, giełd i brokerów, którzy mogą zmienić zasady gry i zakazać inwestorom tego typu spekulacji.

- Większość zapasów fizycznego srebra została wyprzedana. Obecnie widzimy, że premie – czyli nadwyżka ponad cenę spot, jaką trzeba zapłacić, aby wejść w posiadania fizycznego metalu – szybuje w niebo. Większość towaru na naszej stronie kosztuje przynajmniej 30% ponad spot i nie możemy dostać niczego taniej od naszych hurtowników – powiedział w wywiadzie dla Bloomberg TV Tyler Wall, szef SD Bullion.

(...)

Efekty „srebrnego szaleństwa” dostrzegalne są także na polskim rynku. Na warszawskiej giełdzie akcje KGHM-u podrożały o ponad 3%, po niespełna dwóch godzinach poniedziałkowego handlu osiągając cenę 194,50 zł. Lubiński kombinat jest jednym z największych producentów srebra na świecie.

bankier.pl

W publikacji (jej polski tytuł to „Jak zrozumieć świat”) zwraca uwagę rozdział ósmy  – „Nie traktuj jako pewnik źródeł statystyk”. Autor ilustruje go cytatem słynnego szwedzkiego statystyka Hansa Ronslinga. Zapytano go, skąd bierze fakty, które podaje. Odpowiedział: ”Ze statystyk Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Narodów Zjednoczonych, nic kontrowersyjnego. Te fakty nie podlegają dyskusji. Ja mam rację, a wy się mylicie”.

Jednak, jak twierdzi autor książki, sprawa nie zawsze jest tak oczywista. Bowiem niekoniecznie dane brane z – na pierwszy rzut oka renomowanych urzędów statystycznych – są tak wiarygodne, jak sugerował Ronsling. Harford nawiązuje do historii Andreasa Georgiou, greckiego statystyka, który w 2010 r., po dwóch dekadach pracy w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, powrócił do rodzinnego kraju, by stanąć na czele ELSTAT-u, greckiego nowego urzędu statystycznego. Dlaczego nowego?

Otóż kiedy w 2002 r. ekonomistka Paola Subacchi odwiedziła ówczesną siedzibę greckiego urzędu statystycznego nie mogła się nadziwić temu, jak on wygląda. Znajdował się na przedmieściach Aten w budynku z lat 50. XX w., schowany między zwykłymi sklepami. Subacchi musiała się sporo namęczyć, by znaleźć wejście do niego. Kiedy wreszcie jej się to udało, weszła po schodach do zakurzonego pokoju, w którym pracowało kilka osób. Ekonomistka nie zauważyła żadnego komputera.

W tej sytuacji nie dziwi, że w owym czasie przedstawiciele europejskiego biura statystycznego Eurostat otwarcie narzekali na jakość danych, jakie otrzymywali od swoich greckich kolegów. Było to o tyle istotne, że Grecja jako kraj strefy euro miała obowiązek respektować limit deficytu budżetowego w wysokości 3 proc. PKB. Było to trudne dla greckich polityków. Dlatego, zamiast obciąć wydatki, zaczęto tak manipulować przy kategoryzacji wydatków, by nie wliczać ich do deficytu. W 2009 r., w świetle konsekwencji globalnego kryzysu finansowego zaczęto wątpić, czy Grecja będzie w stanie spłacić swoje zobowiązania.

Należało przede wszystkim ustalić, ile tych zobowiązań jest. Stąd misja greckiego statystyka Andreasa Georgiou. Jeszcze zanim ją rozpoczął, greckie ministerstwo finansów ogłosiło prognozę, że deficyt będzie wynosił 3,7 proc. PKB. Tymczasem z wyliczeń Georgiou wynikało, że będzie to 15,4 proc. PKB. Jednak najciekawsze jest to, co zaczęło się dziać po ujawnieniu skali zadłużenia greckiego państwa przez analityka.

Najpierw grecki prokurator ds. przestępstw ekonomicznych oskarżył Georgiou o celowe zawyżanie greckiego deficytu i szkodzenie greckiej gospodarce. Do tego doszły kolejne zarzuty, m.in. taki, że nowy szef urzędu statystycznego nie pozwolił zarządowi ELSTAT-u głosować nad definicją tegoż deficytu. Gdyby Georgiou został uznany winnym, groziło mu dożywotnie więzienie. Co prawda, greckie sądy niższej instancji sześć razy nie uznały winy statystyka, ale grecki sąd najwyższy podtrzymywał zarzuty.

Ostatecznie Georgiou w 2018 r. otrzymał dwa lata więzienia w zawieszeniu. I nie pomogło, że 80 renomowanych statystyków z całego świata podpisało się pod listem w jego obronie.

obserwatorfinansowy.pl

środa, 17 lutego 2021


Termin „wojna mozaikowa” nie został wybrany przypadkowo. Jak mówią przedstawiciele DARPA chodzi o to aby na polu bitwy współdziałało ze sobą wiele małych elementów, tworzących jednak z większej perspektywy jeden spójny obraz. Mozaika została też wybrana z innego względu. To kompozycja w której „każdy element pasuje do każdego”. Współczesne metody działania porównują z kolei do puzzli, w których każdy element ma swoje przyporządkowanie i może zostać zainstalowany w jedynym wyznaczonym dla niego miejscu, a jego brak może uniemożliwić przyłączenie kolejnych elementów.

Rozwiązania te są spadkiem po wypracowanej po wojnie wietnamskiej doktrynie „łamacza ofensyw” (Assault Breaker), która miała skutecznie powstrzymać sowiecką ofensywę w Europie. Wówczas także dostrzegano korzyści płynące ze współpracy na polu bitwy i planowano stoczyć bitwę powietrzno-lądową (air-land battle). W swoich czasach koncepcja ta, oparta o ówczesny poziom techniczny, sprawdziła się. Sowieci nie zdecydowali się na wojnę w Europie, a na własnej skórze amerykańskie założenia odczuł Saddam Husajn podczas Operacji Pustynna Burza w 1991 roku. Jednak, jak podkreśla DARPA, bitwa powietrzno-morska opierała się na osiągnięciu zdolności do współpracy „kilku elementów” sił zbrojnych z kilkoma innymi. Udało się to zresztą osiągnąć wielkim nakładem kosztów i pracy, a prawidłowe zadziałanie tej współpracy zależało od prawidłowego przeprowadzenia wielu procedur. Cały ten system DARPA określa dzisiaj jako „kruchy”, wymagający wielkich nakładów pracy, a także nieskalowalny.

Oczywiście kruchy z punktu widzenia współczesnego pola bitwy, po ogromnym rozwoju w zakresie digitalizacji pola walki, łączności oraz dostępnych platform rozpoznawczych i bojowych. Jak informuje DARPA, niemal wszystkie platformy potrzebne do realizacji „wojny mozaikowej” już w USA istnieją, a nawet są wdrożone do służby. Wyzwaniem pozostaje jednak stworzenie systemu ich pewnej komunikacji między sobą i z dowództwem. Jako przykład podawany jest fakt, że dwa najlepsze myśliwce – F-22 Raptor i F-35 Lightning II nie mają możliwości wymiany informacji między sobą w trybie trudnowykrywalnym.

Właśnie stworzenie systemu dobrej wymiany informacji i łączności jest wymagane. Tak aby dowódca miał informacje ze wszystkich dostępnych sensorów i mógł wyznaczyć do wykonania zadania odpowiednie siły. Docelowo w wojnie mozaikowej ma jednak chodzić o coś więcej. O to, aby dzięki włączeniu wszystkich systemów do wspólnej sieci dane zadanie można było wykonywać na wiele możliwych sposobów. Dzięki tej elastyczności po utracie np. jednego środka mającego je wykonać, dowódca może mieć nadal wiele różnych innych możliwości. Sieć niezliczonych połączeń pomiędzy różnymi uczestnikami pola walki, w połączeniu z ich dużą ilością (pojawienie się inteligentnej broni, działającej w rojach i bezzałogowców różnych typów i klas) ma sprawiać, że przeciwnik nie będzie mógł przewidzieć jaki rodzaj uderzenia go czeka. Nawet po odparciu ataku będzie musiał się też liczyć z kolejnym, który będzie mógł nadejść z zupełnie innej strony.

defence24.pl

Na kontynencie wkrótce opadła bambusowa kurtyna, kończąc jedną z największych migracji w historii Chin. Jednak przeważająca część społeczeństwa ani zbyt entuzjastycznie nie popierała nowych władz, ani nie była im przeciwna. Większość nie miała wyboru – musiała pozostać na miejscu, przyglądając się wyzwoleniu i towarzyszącym mu fanfarom z mieszanką ulgi, nadziei i obaw.

Po uroczystościach pojawiła się policja. Nie była tak przyjacielsko nastawiona jak żołnierze. Patrole policyjne wkraczały do domów, szukając zabronionych przedmiotów, od broni po odbiorniki radiowe. Policjant, który nękał rodzinę Kang Zhengguo w Xi’anie, miał na sobie znoszony mundur i mówił z ciężkim północnym akcentem z Shaanxi. „Zawsze podawaliśmy mu w salonie herbatę, ale wydawał się nieprzyzwyczajony do gładkich krzeseł z drzewa cedrowego i po chwili kucał wprost na krześle, nie zdjąwszy nawet butów”. Interesował go należący do rodziny lampowy odbiornik radiowy. Policja podejrzewała, że urządzenie to wykorzystywano do wysyłania depesz, a nie do odbierania programów. Głowę domostwa Kangów nieustannie wzywano na policję do składania wyjaśnień. W końcu ojciec miał dość i oddał odbiornik.

W całych Chinach policja odwiedzała osoby podejrzewane o sprzyjanie dawnym władzom. W wielkich miastach, takich jak Pekin, Szanghaj czy Wuhan, kilka dni po wyzwoleniu pojawiły się zespoły specjalne, szkolone do przejęcia spraw dotyczących bezpieczeństwa publicznego. Uzyskawszy informacje od zakonspirowanych członków partii komunistycznej, rozeszli się do komisariatów i kwater policji, skąd wydali zarządzenie, by wszyscy pozostali na stanowiskach. Generał Chen Yi, nowy burmistrz Szanghaju, zamienił szpiczastą czapkę na ciemny beret i podczas trzygodzinnego posiedzenia, z niezapalonym papierosem wiszącym w kąciku ust, wzywał siły policyjne, by się „zreformowały, a równocześnie kontynuowały pracę bez zbytniego niepokoju”.

Komuniści nie mieli wyboru – musieli zwrócić się do urzędników i policjantów starego reżymu, by pracowali dalej. We wszystkich instytucjach – na poczcie, w ratuszu, w komendzie policji – część najwyższych funkcjonariuszy poprzedniego systemu znikała, a na ich miejsce pojawiały się nowe twarze. Były to kadry partyjne, którym powierzono nadzór nad przejmowaniem władzy:

Typowy urzędnik [nowych] władz, w mundurze koloru niebieskiego lub khaki, przypominającym wojskowy, z głową przykrytą sukienną czapką, często niezdejmowaną nawet w biurze, znacznie bardziej przypomina radzieckiego komisarza niż chińskiego funkcjonariusza. Żyje oszczędnie […]. Jest biednym człowiekiem; to partia go ubiera, żywi i zapewnia mu dach nad głową. Tytoń i mydło otrzymuje z oficjalnego przydziału, a miesięcznie ledwo zarabia dość, by kupić sobie parę byle jakich sandałów. Sypia na podłodze, a w zarekwirowanych europejskich budynkach odrzuca miękkie materace, na których nie potrafiłby zasnąć. Wobec obcych zachowuje dystans i jest dostępny jedynie dla tych nielicznych, których wyznaczono do prowadzenia „stosunków zagranicznych”. Upiera się, by inni Chińczycy mówili do niego w dialekcie pekińskim, teraz bardziej niż kiedykolwiek oficjalnym języku całego kraju, a nie w lokalnym dialekcie szanghajskim czy jakimś innym.

Większość codziennych zadań wykonywali byli pracownicy dawnych władz. W 1945 roku policja narodowców zaczęła rejestrację gospodarstw domowych i wydawanie dowodów tożsamości w kontrolowanych przez siebie miastach. Gospodarstwo domowe było pojęciem wykraczającym poza samą rodzinę: mogło odnosić się do każdej kolektywnej jednostki, takiej jak fabryczny hotel robotniczy czy oddział szpitalny. Nowe władze przejęły system rejestracji domostw, początkowo uznawany przez komunistów za „faszystowski”, ale nadały mu nowy aspekt. Kartki na żywność wydawano głowie każdego gospodarstwa domowego – głowie rodziny, kierownikowi fabryki czy opatowi w klasztorze – i tej osobie powierzano obowiązek zgłaszania wszelkich zmian w składzie domostwa. Racjonowanie i rozdawnictwo żywności na podstawie systemu rejestracji oznaczało ogromną ilość papierkowej roboty, ponieważ każdy komisariat policji musiał wydawać bony z przydziałami kilka razy w miesiącu. Zapewniało jednak państwu możliwość wglądu w każde gospodarstwo domowe w stopniu nigdy wcześniej nieznanym.

Poza rejestracją gospodarstw domowych każda osoba otrzymywała etykietkę określającą status społeczny (chengfen), oparty na „pochodzeniu rodziny”, „zawodzie” i „statusie indywidualnym”. Takich etykietek było około sześćdziesięciu i zostały one pogrupowane w ogólniejsze kategorie klasowe. Te z kolei określano jako „dobre”, „średnie” lub „złe” na podstawie domniemanej lojalności wobec rewolucji, na przykład:

klasy dobre:
kadry rewolucyjne
żołnierze sił rewolucyjnych
męczennicy sprawy rewolucji
robotnicy przemysłowi
chłopi należący do biedoty i niższej klasy średniej

klasy średnie:
drobnomieszczaństwo
średniozamożni chłopi
inteligencja i ludzie wykształceni

klasy złe:
właściciele ziemscy
bogaci chłopi
kapitaliści

Te przydziały klasowe wkrótce miano uprościć do dwóch sobie przeciwstawnych: czerwonych i czarnych, czyli przyjaciół i wrogów. Już niedługo miały one na wiele następnych dziesięcioleci określać los człowieka, ponieważ dzieci dziedziczyły status głowy gospodarstwa domowego.

W pierwszej kolejności policja aresztowała najbardziej oczywistych wrogów reżymu – domniemanych zbrodniarzy wojennych, przewodniczących tajnych stowarzyszeń, znanych przywódców dawnego reżymu, którzy jeszcze nie uciekli. Wkrótce jednak podejrzani stali się wszyscy należący do „złych klas”, ponieważ komuniści starali się dopaść ukrytych wrogów rewolucji, szpiegów i tajnych agentów. Ostatecznie Chiny wciąż były w stanie wojny. Mimo wszystkich parad zwycięstwa ostatnie obszary Chin kontynentalnych wyzwolono dopiero pod koniec 1950 roku.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

Kilka miesięcy temu władze w Pekinie wzięły na cel potężne chińskie spółki technologiczne, które przez wiele lat korzystały z nietypowej swobody regulacyjnej za Murem i rozwinęły działalność m.in. aż na pole usług finansowych. Ich niekontrolowany rozwój na tym rynku zaczął zagrażać nie tylko interesom wpływowych osób, ale i stabilności systemu finansowego Państwa Środka.

Na początku listopada ogłoszono projekt zmian regulacji fintechów. Mają one być traktowane bardziej jak banki, a nie spółki technologiczne, czyli podlegać ściślejszej kontroli państwa i tworzyć większe bufory kapitałowe. Planowana modyfikacja przepisów była oficjalnym powodem wstrzymania największego debiutu giełdowego świata: spółki Ant Financial, należącej do imperium Jacka Ma, do niedawna najbogatszego Chińczyka.

Jednak jak donosił "Wall Street Journal", decyzję o zawieszeniu IPO miał podjąć sam Xi Jinping. Przywódcę Chin miała zirytować publiczna wypowiedź założyciela Alibaby, w której Ma bezpardonowo skrytykował regulacje i stan sektora finansowego za Murem. Co było faktycznym powodem anulowania debiutu Ant Financial tuż przed planowanym startem: podrażniona ambicja "nowego Mao", obawy o stabilność finansową kraju czy naruszenie interesów wpływowych grup, a może wszystko na raz? Tego nie wiemy, ale jasne stało się, że Ma podpadł Pekinowi.

Gdy na kolejne dwa miesiące zniknął z życia publicznego, zaczęły pojawiać się plotki: czyżby niepokorny miliarder zniknął "z chińską charakterystyką", czyli został po cichu zatrzymany i jest więziony? Pomimo atrakcyjności takiej narracji wśród osób dobrze poinformowanych dominowało inne stanowisko: to sam Ma zdecydował się przeczekać trudny okres, by nie drażnić smoka.

bankier.pl