środa, 17 lutego 2021


Termin „wojna mozaikowa” nie został wybrany przypadkowo. Jak mówią przedstawiciele DARPA chodzi o to aby na polu bitwy współdziałało ze sobą wiele małych elementów, tworzących jednak z większej perspektywy jeden spójny obraz. Mozaika została też wybrana z innego względu. To kompozycja w której „każdy element pasuje do każdego”. Współczesne metody działania porównują z kolei do puzzli, w których każdy element ma swoje przyporządkowanie i może zostać zainstalowany w jedynym wyznaczonym dla niego miejscu, a jego brak może uniemożliwić przyłączenie kolejnych elementów.

Rozwiązania te są spadkiem po wypracowanej po wojnie wietnamskiej doktrynie „łamacza ofensyw” (Assault Breaker), która miała skutecznie powstrzymać sowiecką ofensywę w Europie. Wówczas także dostrzegano korzyści płynące ze współpracy na polu bitwy i planowano stoczyć bitwę powietrzno-lądową (air-land battle). W swoich czasach koncepcja ta, oparta o ówczesny poziom techniczny, sprawdziła się. Sowieci nie zdecydowali się na wojnę w Europie, a na własnej skórze amerykańskie założenia odczuł Saddam Husajn podczas Operacji Pustynna Burza w 1991 roku. Jednak, jak podkreśla DARPA, bitwa powietrzno-morska opierała się na osiągnięciu zdolności do współpracy „kilku elementów” sił zbrojnych z kilkoma innymi. Udało się to zresztą osiągnąć wielkim nakładem kosztów i pracy, a prawidłowe zadziałanie tej współpracy zależało od prawidłowego przeprowadzenia wielu procedur. Cały ten system DARPA określa dzisiaj jako „kruchy”, wymagający wielkich nakładów pracy, a także nieskalowalny.

Oczywiście kruchy z punktu widzenia współczesnego pola bitwy, po ogromnym rozwoju w zakresie digitalizacji pola walki, łączności oraz dostępnych platform rozpoznawczych i bojowych. Jak informuje DARPA, niemal wszystkie platformy potrzebne do realizacji „wojny mozaikowej” już w USA istnieją, a nawet są wdrożone do służby. Wyzwaniem pozostaje jednak stworzenie systemu ich pewnej komunikacji między sobą i z dowództwem. Jako przykład podawany jest fakt, że dwa najlepsze myśliwce – F-22 Raptor i F-35 Lightning II nie mają możliwości wymiany informacji między sobą w trybie trudnowykrywalnym.

Właśnie stworzenie systemu dobrej wymiany informacji i łączności jest wymagane. Tak aby dowódca miał informacje ze wszystkich dostępnych sensorów i mógł wyznaczyć do wykonania zadania odpowiednie siły. Docelowo w wojnie mozaikowej ma jednak chodzić o coś więcej. O to, aby dzięki włączeniu wszystkich systemów do wspólnej sieci dane zadanie można było wykonywać na wiele możliwych sposobów. Dzięki tej elastyczności po utracie np. jednego środka mającego je wykonać, dowódca może mieć nadal wiele różnych innych możliwości. Sieć niezliczonych połączeń pomiędzy różnymi uczestnikami pola walki, w połączeniu z ich dużą ilością (pojawienie się inteligentnej broni, działającej w rojach i bezzałogowców różnych typów i klas) ma sprawiać, że przeciwnik nie będzie mógł przewidzieć jaki rodzaj uderzenia go czeka. Nawet po odparciu ataku będzie musiał się też liczyć z kolejnym, który będzie mógł nadejść z zupełnie innej strony.

defence24.pl

Na kontynencie wkrótce opadła bambusowa kurtyna, kończąc jedną z największych migracji w historii Chin. Jednak przeważająca część społeczeństwa ani zbyt entuzjastycznie nie popierała nowych władz, ani nie była im przeciwna. Większość nie miała wyboru – musiała pozostać na miejscu, przyglądając się wyzwoleniu i towarzyszącym mu fanfarom z mieszanką ulgi, nadziei i obaw.

Po uroczystościach pojawiła się policja. Nie była tak przyjacielsko nastawiona jak żołnierze. Patrole policyjne wkraczały do domów, szukając zabronionych przedmiotów, od broni po odbiorniki radiowe. Policjant, który nękał rodzinę Kang Zhengguo w Xi’anie, miał na sobie znoszony mundur i mówił z ciężkim północnym akcentem z Shaanxi. „Zawsze podawaliśmy mu w salonie herbatę, ale wydawał się nieprzyzwyczajony do gładkich krzeseł z drzewa cedrowego i po chwili kucał wprost na krześle, nie zdjąwszy nawet butów”. Interesował go należący do rodziny lampowy odbiornik radiowy. Policja podejrzewała, że urządzenie to wykorzystywano do wysyłania depesz, a nie do odbierania programów. Głowę domostwa Kangów nieustannie wzywano na policję do składania wyjaśnień. W końcu ojciec miał dość i oddał odbiornik.

W całych Chinach policja odwiedzała osoby podejrzewane o sprzyjanie dawnym władzom. W wielkich miastach, takich jak Pekin, Szanghaj czy Wuhan, kilka dni po wyzwoleniu pojawiły się zespoły specjalne, szkolone do przejęcia spraw dotyczących bezpieczeństwa publicznego. Uzyskawszy informacje od zakonspirowanych członków partii komunistycznej, rozeszli się do komisariatów i kwater policji, skąd wydali zarządzenie, by wszyscy pozostali na stanowiskach. Generał Chen Yi, nowy burmistrz Szanghaju, zamienił szpiczastą czapkę na ciemny beret i podczas trzygodzinnego posiedzenia, z niezapalonym papierosem wiszącym w kąciku ust, wzywał siły policyjne, by się „zreformowały, a równocześnie kontynuowały pracę bez zbytniego niepokoju”.

Komuniści nie mieli wyboru – musieli zwrócić się do urzędników i policjantów starego reżymu, by pracowali dalej. We wszystkich instytucjach – na poczcie, w ratuszu, w komendzie policji – część najwyższych funkcjonariuszy poprzedniego systemu znikała, a na ich miejsce pojawiały się nowe twarze. Były to kadry partyjne, którym powierzono nadzór nad przejmowaniem władzy:

Typowy urzędnik [nowych] władz, w mundurze koloru niebieskiego lub khaki, przypominającym wojskowy, z głową przykrytą sukienną czapką, często niezdejmowaną nawet w biurze, znacznie bardziej przypomina radzieckiego komisarza niż chińskiego funkcjonariusza. Żyje oszczędnie […]. Jest biednym człowiekiem; to partia go ubiera, żywi i zapewnia mu dach nad głową. Tytoń i mydło otrzymuje z oficjalnego przydziału, a miesięcznie ledwo zarabia dość, by kupić sobie parę byle jakich sandałów. Sypia na podłodze, a w zarekwirowanych europejskich budynkach odrzuca miękkie materace, na których nie potrafiłby zasnąć. Wobec obcych zachowuje dystans i jest dostępny jedynie dla tych nielicznych, których wyznaczono do prowadzenia „stosunków zagranicznych”. Upiera się, by inni Chińczycy mówili do niego w dialekcie pekińskim, teraz bardziej niż kiedykolwiek oficjalnym języku całego kraju, a nie w lokalnym dialekcie szanghajskim czy jakimś innym.

Większość codziennych zadań wykonywali byli pracownicy dawnych władz. W 1945 roku policja narodowców zaczęła rejestrację gospodarstw domowych i wydawanie dowodów tożsamości w kontrolowanych przez siebie miastach. Gospodarstwo domowe było pojęciem wykraczającym poza samą rodzinę: mogło odnosić się do każdej kolektywnej jednostki, takiej jak fabryczny hotel robotniczy czy oddział szpitalny. Nowe władze przejęły system rejestracji domostw, początkowo uznawany przez komunistów za „faszystowski”, ale nadały mu nowy aspekt. Kartki na żywność wydawano głowie każdego gospodarstwa domowego – głowie rodziny, kierownikowi fabryki czy opatowi w klasztorze – i tej osobie powierzano obowiązek zgłaszania wszelkich zmian w składzie domostwa. Racjonowanie i rozdawnictwo żywności na podstawie systemu rejestracji oznaczało ogromną ilość papierkowej roboty, ponieważ każdy komisariat policji musiał wydawać bony z przydziałami kilka razy w miesiącu. Zapewniało jednak państwu możliwość wglądu w każde gospodarstwo domowe w stopniu nigdy wcześniej nieznanym.

Poza rejestracją gospodarstw domowych każda osoba otrzymywała etykietkę określającą status społeczny (chengfen), oparty na „pochodzeniu rodziny”, „zawodzie” i „statusie indywidualnym”. Takich etykietek było około sześćdziesięciu i zostały one pogrupowane w ogólniejsze kategorie klasowe. Te z kolei określano jako „dobre”, „średnie” lub „złe” na podstawie domniemanej lojalności wobec rewolucji, na przykład:

klasy dobre:
kadry rewolucyjne
żołnierze sił rewolucyjnych
męczennicy sprawy rewolucji
robotnicy przemysłowi
chłopi należący do biedoty i niższej klasy średniej

klasy średnie:
drobnomieszczaństwo
średniozamożni chłopi
inteligencja i ludzie wykształceni

klasy złe:
właściciele ziemscy
bogaci chłopi
kapitaliści

Te przydziały klasowe wkrótce miano uprościć do dwóch sobie przeciwstawnych: czerwonych i czarnych, czyli przyjaciół i wrogów. Już niedługo miały one na wiele następnych dziesięcioleci określać los człowieka, ponieważ dzieci dziedziczyły status głowy gospodarstwa domowego.

W pierwszej kolejności policja aresztowała najbardziej oczywistych wrogów reżymu – domniemanych zbrodniarzy wojennych, przewodniczących tajnych stowarzyszeń, znanych przywódców dawnego reżymu, którzy jeszcze nie uciekli. Wkrótce jednak podejrzani stali się wszyscy należący do „złych klas”, ponieważ komuniści starali się dopaść ukrytych wrogów rewolucji, szpiegów i tajnych agentów. Ostatecznie Chiny wciąż były w stanie wojny. Mimo wszystkich parad zwycięstwa ostatnie obszary Chin kontynentalnych wyzwolono dopiero pod koniec 1950 roku.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

Kilka miesięcy temu władze w Pekinie wzięły na cel potężne chińskie spółki technologiczne, które przez wiele lat korzystały z nietypowej swobody regulacyjnej za Murem i rozwinęły działalność m.in. aż na pole usług finansowych. Ich niekontrolowany rozwój na tym rynku zaczął zagrażać nie tylko interesom wpływowych osób, ale i stabilności systemu finansowego Państwa Środka.

Na początku listopada ogłoszono projekt zmian regulacji fintechów. Mają one być traktowane bardziej jak banki, a nie spółki technologiczne, czyli podlegać ściślejszej kontroli państwa i tworzyć większe bufory kapitałowe. Planowana modyfikacja przepisów była oficjalnym powodem wstrzymania największego debiutu giełdowego świata: spółki Ant Financial, należącej do imperium Jacka Ma, do niedawna najbogatszego Chińczyka.

Jednak jak donosił "Wall Street Journal", decyzję o zawieszeniu IPO miał podjąć sam Xi Jinping. Przywódcę Chin miała zirytować publiczna wypowiedź założyciela Alibaby, w której Ma bezpardonowo skrytykował regulacje i stan sektora finansowego za Murem. Co było faktycznym powodem anulowania debiutu Ant Financial tuż przed planowanym startem: podrażniona ambicja "nowego Mao", obawy o stabilność finansową kraju czy naruszenie interesów wpływowych grup, a może wszystko na raz? Tego nie wiemy, ale jasne stało się, że Ma podpadł Pekinowi.

Gdy na kolejne dwa miesiące zniknął z życia publicznego, zaczęły pojawiać się plotki: czyżby niepokorny miliarder zniknął "z chińską charakterystyką", czyli został po cichu zatrzymany i jest więziony? Pomimo atrakcyjności takiej narracji wśród osób dobrze poinformowanych dominowało inne stanowisko: to sam Ma zdecydował się przeczekać trudny okres, by nie drażnić smoka.

bankier.pl

wtorek, 16 lutego 2021


Chiny od lat gromadzą zbiory danych dotyczących opieki zdrowotnej oraz stanu zdrowia Amerykanów, a także obywateli innych państw z całego świata – ostrzega Narodowe Centrum Kontrwywiadu i Bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych (ang. U.S. National Counterintelligence and Security Center – NCSC). Informacje pozyskiwane są przez Pekin „zarówno legalnie, jak i nielegalnie” dla realizacji celów rządu.

Zdaniem amerykańskiego kontrwywiadu masowe gromadzenie informacji medycznych w Chinach posłużyło tamtejszej władzy do naruszania praw człowieka wobec mniejszości narodowych oraz etnicznych. Pozyskane dane zostały również wykorzystane do wsparcia nadzoru państwowego poprzez ich połączenie z informacjami z innych źródeł, w tym monitoringu ulicznego czy systemów rozpoznawania twarzy.

(...)

Zdaniem amerykańskiego kontrwywiadu Chiny postrzegają dane osobowe, w tym informacje zdrowotne, jako „towar strategiczny”, który należy gromadzić, a następnie wykorzystywać do realizacji priorytetów w zakresie bezpieczeństwa gospodarczego i narodowego. Nie jest tajemnicą, że Pekin inwestuje w rozwiązania biotechnologiczne, co potwierdzają m.in. krajowe strategie, w których ze szczególnym uznaniem traktuje się pozyskiwanie danych dotyczących sektora medycznego w kraju i zagranicą. Jak twierdzą amerykańskie służby, wszystko po to, aby Chiny stały się światowym liderem w dziedzinie biotechnologii. 

(...)

Dlaczego Państwo Środka to robi? Pekin rozumie znaczenie danych biologicznych pochodzących od różnych populacji w odkrywaniu nowych sposób leczenia, które z kolei mogą przełożyć się na korzyści finansowe, rozwój wykorzystania sztucznej inteligencji w medycynie czy też tzw. „medycyny precyzyjnej” – wskazano w ostrzeżeniu wydanym przez amerykańskie NCSC.

Skala kradzieży danych biologicznych przez Chiny wzrosła wraz z wybuchem pandemii koronawirusa. Skąd to wynika? Według Amerykanów wraz z rozwojem COVID-19 Państwo Środka rozpoczęło „agresywną” politykę sprzedawania zestawów testowych, które były oferowane państwom na całym świecie, wraz z laboratoriami do badania próbek i wymazów. Zdaniem służb USA w ten sposób chińscy naukowcy uzyskali dostęp do danych dotyczących kondycji zdrowotnej wielu społeczeństw. 

- Tworzą (Chiny – przyp. red.) ogromną krajową bazę danych. Jeśli obecnie są w stanie uzupełnić ją informacjami z całego świata, mogą otrzymać największy i najbardziej zróżnicowany zestaw danych. To „tykająca bomba zegarowa” – kiedy już opracują prawdziwą sztuczną inteligencję, ruszą do „wyścigu”. - Edward You, funkcjonariusz FBI

Dla potwierdzenia powyższych słów NCSC wskazuje, że jedna z chińskich firm medycznych BGI w ciągu ostatnich sześciu miesięcy sprzedała zestawy testowe do 180 krajów i otworzyła laboratoria w 18 krajach. William Evanina, były szef amerykańskiego kontrwywiadu, w wywiadzie dla stacji CBS News podkreślił, że chiński koncern to idealny przykład podmiotu, który pokazuje bliskie więzi zarówno z państwem, jak i aparatem wojskowym Państwa Środka.

(...)

Problemem jest również to, że wiele placówek medycznych, w tym szpitali, korzysta z chińskich rozwiązań, ponieważ są one zdecydowanie tańsze od konkurencyjnych produktów, np. wyprodukowanych przez zachodnie firmy – podkreśla amerykański kontrwywiad.  Służba zdrowia w wielu państwach szuka „cięcia kosztów”, a technologie z Państwa Środka wydają się być idealnym rozwiązaniem – tanio i dobrze. Jak twierdzą służby USA, w ten sposób Pekin zyskuje z kolei kolejne źródło do pozyskiwania danych na temat pacjentów z różnych stron świata. Według NCSC Chiny kierują do państw „prezenty” w postaci np. atrakcyjnych ofert testów na COVID-19, lecz to wszystko podszyte jest innymi motywami – w myśl zasady: „nie ma nic za darmo”.

(...)

Jak wskazuje NCSC, jedną z najsłynniejszych operacji hakerskich wymierzonych w sektor opieki zdrowotnej w USA był cyberatak na ubezpieczyciela „Anthem” z 2015 roku. Wówczas dane dotyczące około 78,8 miliona osób zostały skradzione z sieci komputerowych firmy. Cztery lata później Departament Sprawiedliwości USA oskarżył dwie osoby z Chin o przeprowadzenie wrogiej kampanii. 

(...)

Amerykański kontrwywiad nie ma wątpliwości, że dostęp Chin do opieki zdrowotnej w USA, w tym danych medycznych, stanowi poważne zagrożenie dla prywatności i bezpieczeństwa narodowego. Jak wskazano w ostrzeżeniu, w wyniku cyberataków w ostatnich latach Pekin pozyskał dane osobowe większości obywateli Stanów Zjednoczonych. William Evanina odwołał się do obecnych szacunków, które mówią, że dane na temat 80% dorosłych Amerykanów zostały skradzione przez Chiny.

Wystarczy wskazać, że operacje hakerskie przeprowadzone lub zlecone przez rząd Państwa Środka doprowadziły w ostatnich latach do kradzieży informacji na temat milionów ludzi – twierdzi NCSC. Przykładowo podczas ataku na Equifax naruszono bezpieczeństwo danych osobowych około 145 mln osób, a w ramach operacji wymierzonej w sieć hoteli Marriott było to 400 mln. Zdaniem amerykańskich służb przywołane historie pokazują potencjał Chin i ich możliwości w zakresie kradzieży informacji. 

Pozyskanie danych odbywa się nie tylko poprzez cyberataki. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy może być poniedziałkowe (1 lutego br.) orzeczenie amerykańskiego sądu w sprawie Li Chen oraz jej męża Yu Zhou, którzy dopuścili się kradzieży danych medycznych z instytutu badawczego szpitala dziecięcego w USA i ich sprzedaży do Chin. Para została aresztowana w Kalifornii w lipcu 2019 roku. Oboje przyznali się do zarzucanych im czynów.

- Chiński rząd przez długi czas zachęcał ich do jawnej kradzieży amerykańskich tajemnic za pośrednictwem programów rządowych, które nagradzają naukowców za kradzież tego, czego Chiny nie są w stanie wyprodukować dzięki własnej pomysłowości. - John C. Demers, zastępca prokuratora generalnego USA

cyberdefence24.pl

Scenka w terminalu promowym Hook of Holland wyjaśnia więcej, co oznacza brexit, niż wszystkie deklaracje polityczne ostatnich miesięcy. Celnik zabiera brytyjskiemu kierowcy wałówkę: kanapki z szynką zawinięte w folię aluminiową. - Nie wolno wwozić do UE niektórych produktów spożywczych, takich jak mięso, owoce, warzywa, ryby i tym podobne - wyjaśnia urzędnik zszokowanemu mężczyźnie. Ten pyta, czy może przynajmniej zatrzymać kanapki, gdyby zdjął z nich szynkę. – Niestety nie, wszystko jest skonfiskowane - mówi urzędnik. - Witamy po brexicie, bardzo mi przykro...

(...)

Kiedy Wielka Brytania wyjdzie z unii celnej z UE, trzeba będzie wypełniać deklaracje celne. Ale nie tylko: konieczne będą także deklaracje pochodzenia produktów, certyfikaty weterynaryjne, certyfikaty norm produktowych i jeszcze wiele więcej.

Stowarzyszenia biznesowe mówią o koszmarze logistycznym, administracyjnym i regulacyjnym. - To największa zmiana w relacjach handlowych między sąsiednimi krajami, która nastąpiła w ciągu jednego dnia - powiedział ekspert ds. handlu David Henig z UK Trade Forum. Z jednej strony rząd nie wskazywał na problemy, z drugiej przedstawiciele biznesu nie rozumieli, że UE jest podstawą ich wolnego handlu z Europą. - Nie mogli sobie wyobrazić, że to się zmieni po ich wyjściu z UE. Płacz i zgrzytanie zębów są obecnie tak powszechne, ponieważ wielu osobom brakuje wiedzy o ograniczonym charakterze umowy o wolnym handlu. – To się skoryguje – uspokaja Henig. - Część eksportu zatrzyma się już teraz, część później z powodu rosnących kosztów i obciążeń administracyjnych. Dostosowanie gospodarcze jest nieuniknione, a część tego procesu będzie widoczna dopiero po latach – przewiduje ekspert.

onet.pl

czwartek, 4 lutego 2021


O najsilniejszym sojuszniku Tokio, Stanach Zjednoczonych, napisano że państwo to zdaje sobie sprawę z rywalizacji jaka musi prowadzić z Chinami i Rosją, próbującymi dokonać rewizji porządku międzynarodowego. Przeciwstawianie się temu Waszyngton ma stawiać sobie za kluczowy cel swojej polityki międzynarodowej. Głównym priorytetem USA są przy tym dzisiaj Chiny i region "IndoPacyfiku". Pod uwagę brana jest tez Korea Północna klasyfikowana jako „państwo bandyckie” prowadzące program atomowy, stanowiący zagrożenie nawet dla tego mocarstwa. Reżim w Pjongjangu jest naciskany ws. rezygnacji z tego programu sankcjami, wysoka jest też gotowość bojowa sił amerykańskich w regionie.

Japończycy zauważają, że USA podnoszą swoją obecność w dwóch rejonach na świecie: na Dalekim Wschodzie i w Europie. Odbywa się to kosztem wycofywania się z Bliskiego Wschodu i Afryki, chociaż interesy i wyzwania jakie tam występują sprawiają, że to przeniesienie sił nie odbywa się w sposób płynny (zgodny z wolą Waszyngtonu). Wymienia się w tym kontekście m.in. zaostrzający się konflikt z Iranem.

Japończycy dostrzegają, że amerykańska „kołdra” stała się zbyt mała aby okrywać nią wszystkie krytyczne na świecie rejony. Z tego powodu właśnie wzrosły naciski na sojuszników, aby w większym stopniu pomagali w utrzymaniu światowego bezpieczeństwa. Chodzi tutaj nie tylko o część państw NATO, które nie wywiązują się zaleceń sojuszu co do wydawania 2 proc. PKB na obronność, ale np. nawet o silnie zmilitaryzowaną i rozwijająca się pod tym względem Republikę Korei, co do której Waszyngton oczekuje pokrywania większej niż wcześniej części kosztów przebywania na jej terenie wojsk amerykańskich. Amerykanie chcą tez np. stworzyć międzynarodową organizację IMSC (International Maritime Security Construct) do strzeżenia swobody żeglugi na Bliskim Wschodzie.

Jednocześnie Japończycy dostrzegają, że Amerykanie rozwijają swoje zdolności militarne wobec zwiększających się wyzwań w tym głównie tych na Dalekim Wschodzi . Przebudowali część swojego arsenału nuklearnego na głowice taktyczne, tj. takie których teoretycznie można użyć w czasie konfliktu zbrojnego bez wywoływania od razu wojny atomowej oraz testują nowe pociski balistyczne i manewrujące należące do średniego zasięgu po wycofaniu się z traktatu INF (Intermediate-Range Nuclear Forces). Jednocześnie Waszyngton chciałby porozumienia rozbrojeniowego nie tylko z Rosją (jak to było dotychczas) ale obejmującego także ChRL.

(...)

Japonia jest zaniepokojona gwałtowną modernizacją chińskich sił zbrojnych, która jest wynikiem szybkiego wzrostu budżetu obronnego tego państwa, szczególnie w ostatniej dekadzie. Towarzyszące raportowi grafiki wskazują, że w ciągu ostatnich 30 lat chińskie nakłady na zbrojenia wzrosły 44-krotnie, a nawet w ostatnim dziesięcioleciu kiedy budżet był już duży – 2,4-krotnie. Tymczasem wzrost japońskich nakładów w latach 2010-2020 to zaledwie około 10 proc.

Niepokój budzi też cel Xi Jingpinga aby do połowy wieku stworzyć z Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej „siłę klasy światowej”. Chińczycy rozwijają w ostatnim czasie arsenał atomowy, pociski, siły powietrzne i morskie i na to kładziony jest główny nacisk. Wszystkie te elementy oznaczają zwiększenie możliwości rażenia wyspiarskiej Japonii. Jednocześnie Japończycy zauważają wielkie nakłady na wzrost zdolności do wojny informacyjnej i w najnowszych domenach prowadzenia wojny – cyber i w kosmosie czy spektrum elektromagnetycznym. Wzrastają chińskie możliwości tworzenia systemów antydostępowych , co będzie oznaczało swobodę działania chronionych w ten sposób zdolności ofensywnych.

(...)

Chiny nie tylko zwiększają swój potencjał, ale coraz agresywniej poczynają sobie w rejonach spornych z Japonią. Raport wskazuje tutaj na próby zmiany stanu posiadania na wyspach Senkaku, wzrost aktywności chińskiego lotnictwa wojskowego i marynarki wojennej oraz wzrost możliwości projekcji siły nie tylko w pierwszym pierścieniu wysp okalających ChRL  a także na wodach między pierwszym a drugim łańcuchem wysp, co oznacza zdolność do operowania wokół Japonii. Japończycy zwracają też uwagę na militaryzację Morza Południowochińskiego, które ChRL uznaje za własne wody terytorialne. Od 2012 roku niemal 3-krotnie wzrosła liczba nielegalnych wtargnięć chińskich jednostek pływających na japońskie wody terytorialne.

Tokio zdaje sobie sprawę, że Chiny nie pozostają aktywne jedynie na kierunku japońskim. Wyraźnym celem zastraszania jest Tajwan i inni sąsiedzi w regionie. ChRL ma w związku z tym wielu przeciwników i rywali, którymi są w pierwszym rządzie Stany Zjednoczone, ale też większość pozostałych państw regionu. Chińskie wysiłki koncentrują się ponadto na stworzeniu i zabezpieczeniu szklaków handlowych na zachód.

(...)

Japończyków Rosja interesuje raczej w kontekście możliwości jej współpracy z Chinami, w tym możliwości dzielenia się przez nią wojskowymi technologiami. Za zagrożenie uważa się też ewentualny sojusz chińsko-rosyjski, chociaż nie wiadomo, czy do niego dojdzie (obydwa państwa się od takiej możliwości odżegnują choć ich siły zbrojne, w tym bombowce Tu-95 i H-6, często wykonują razem ćwiczenia). Raport zauważa, że Rosjanie okupują nadal „Terytoria Północne” (Kuryle), a ich bombowce dokonują naruszeń japońskiej przestrzeni powietrznej. Rosjanie trenowali też w paździenrniku ubiegłego roku obronę Sachalinu i wybrzeży nad Pacyfikiem.

defence24.pl

Państwowe giganty działające w tracących na znaczeniu branżach (jak sektor wydobywczy czy przemysł ciężki) oraz zlokalizowane w kulejących gospodarczo prowincjach od lat borykają się z górą długów i wolnym wzrostem (albo nawet spadkiem aktywności). Są jednak gwarantem stabilności społecznej, ponieważ zatrudniają setki tysięcy ludzi. Dlatego władze – szczególnie lokalne – obchodzą się z nimi jak z jajkiem, a plan wielkiej reformy SOE ugrzązł.

Firmy utrzymują się na powierzchni dzięki ciągłemu dopływowi gotówki – czy to z banków (także tych kontrolowanych przez lokalne grupy interesu) czy od inwestorów (którzy nie mają wielu alternatyw dla ulokowania wolnych środków). Partia pod rządami Xi Jinpinga dokręca jednak lokalnym koteriom śrubę i stara się okiełznać wzrost zadłużenia. Ograniczając pole manewru miejscowym klikom, nie tylko uderza w ich żywotne finansowe interesy, ale daje również nauczkę rynkowi, który przyzwyczaił się do specyficznej wyceny ryzyka. Podstawowe pytanie brzmi zatem, czy lokalne władze nie chciały uregulować zobowiązań czy nie były w stanie, bo centrala zbyt mocno przycisnęła je finansowo. I czy w razie poważniejszych problemów pomocną dłoń poda im przewodniczący Xi, zapobiegając upadkowi kolejnych kostek finansowego domina.

Pekin działa oczywiście w typowy dla siebie, dość ostrożny sposób. Jako że firmy są na poziomie lokalnym uwikłane w skomplikowane sieci współzależności, m.in. poprzez wzajemne gwarancje i zobowiązania, problemy jednego przedsiębiorstwa mogą wywołać reakcję łańcuchową i wstrząsnąć stabilnością jeśli nie całego państwa, to chociaż regionu. Chiny są bowiem niezmiernie zróżnicowanym krajem i rozwijają się w różnym tempie, a lokalne grupy interesu zazdrośnie strzegą swoich małych (wielkości innych państw) rynków przed konkurencją z innej prowincji.

„South China Morning Post” przypomina powiedzenie popularne wśród inwestujących na rynku dłużnym: „Nie inwestuj powyżej Shanhaiguan”. Jest to sekcja Wielkiego Muru w prowincji Hubei, która oddziela północno-wschodni region Chin od reszty kraju. Inwestycje w Liaoning, Jilin czy Heilongjiang są szczególnie ryzykowne, bo struktura gospodarki prowincji jest archaiczna, ich wzrost rachityczny, a lokalne finanse – słabe. W 2018 r. po naciskach z Pekinu władze dwóch ostatnich dokonały rewizji PKB o ponad 20 proc. w dół!

bankier.pl

środa, 3 lutego 2021


Według wyliczeń Deloitte szeroko definiowany przemysł półprzewodników na świecie w 2019 r. wygenerował 515 mld USD przychodów, czyli o prawie 170 mld więcej niż w 2016 r. (345,85 mld). Głównym motorem napędowym przemysłu są dynamicznie rosnące gospodarki Azji i Pacyfiku, które obejmują ok. 76% światowego rynku i kluczowe ogniwa łańcuchów produkcji sektora ICT (technologii informacyjno-komunikacyjnych). Same tylko Chiny w 2019 r. zakupiły procesory o łącznej wartości 304 mld USD, co stanowi kwotę wyższą o 66 mld niż środki przeznaczone na zakup ropy naftowej (238 mld USD).

Mimo ogromnego zapotrzebowania na tę technologię, chiński przemysł półprzewodników nadal raczkuje i wyraźnie ustępuje rywalom z USA, Tajwanu, Korei Południowej, Japonii i Europy. Zgodnie z wyliczeniami Semiconductor Industry Association (SIA) producenci z ChRL odpowiadają za 5% światowego i 16% krajowego rynku i są to głównie układy scalone o niższym poziomie zaawansowania. Trudności chińskich przedsiębiorstw wynikają z faktu, że w odróżnieniu od mniej zaawansowanych gałęzi przemysłu, produkcja mikroprocesorów jest oparta na niezwykle intensywnym wykorzystaniu kapitału i wiedzy, przy jednoczesnym wymogu dojrzałego ekosystemu technologiczno-biznesowego. Nowe przedsiębiorstwa muszą ponadto mierzyć się z koncernami, które posiadają istotne przewagi ze względu na takie czynniki jak pierwszeństwo wejścia na rynek, ekonomia skali, rozpoznawalność marki czy chroniona patentami przewaga jakościowa.

(...)

Władze chińskie reagują na pogarszające się warunki międzynarodowe poprzez szereg programów i polityk sprzyjających rozwojowi krajowego sektora półprzewodników. W czerwcu 2014 r., Rada Państwa opublikowała Narodowy program promocji i rozwoju przemysłu układów scalonych (...), w ramach którego udało się zgromadzić środki inwestycyjne w wysokości 150 mld USD, co pokazuje, jakie znaczenie władze chińskie przywiązują do tej kwestii. Celem strategii miało być wsparcie i wykreowanie „narodowych czempionów” zdolnych do konkurencji z korporacjami zachodnimi. Powierzenie kontroli nad inwestycjami specjalistom z doświadczeniem w sektorze ma zapobiec masowemu marnotrawieniu środków na projekty pozbawione realnych szans na sukces.

Drugim instrumentem wsparcia dla sektora są ulgi i zwolnienia podatkowe dla firm zajmujących się produkcją zaawansowanych mikroprocesorów. Przykładowo SMIC – obecnie największy producent półprzewodników w Chinach – zawdzięcza swoją pozycję m.in. zwolnieniom podatkowym przyznanym na okres 10 lat oraz tanim kredytom z banków państwowych. Skuteczność tych mechanizmów skłoniła władze chińskie do ich rozszerzenia na inne, dobrze rokujące przedsiębiorstwa. 4 sierpnia 2020 r. Rada Państwa ChRL wydała dokument zatytułowany: Polityki promujące wysokojakościowy rozwój przemysłu układów scalonych i oprogramowania w nowej erze (...). W odniesieniu do producentów układów scalonych w standardzie co najmniej 28 nm (im mniejszy tym lepszy), operujących przez co najmniej 15 lat na rynku przewiduje on zwolnienie z podatku na 10 lat. Z kolei w ramach programu Made in China 2025 zainicjowanego w 2015 r. silnie promowane były spółki typu joint-venture mające prowadzić do transferów wiedzy i know-how ze spółek zagranicznych.

Poważnym wyzwaniem będzie wyszkolenie specjalistów i inżynierów mających zasilić powstający sektor produkcji mikroprocesorów. Do tej pory nacisk położony był na przyciąganie talentów z zagranicy, głównie z Tajwanu, poprzez oferowanie wyjątkowo lukratywnych kontraktów. Nasilenie wielkomocarstwowej rywalizacji utrudni jednak realizację tej strategii. Shanghai IC Industry Association wycenia aktualny deficyt pracowników na 300 tys., stąd próby utworzenia specjalistycznych kursów i kierunków na uniwersytetach w Chinach, ukierunkowanych na jego zredukowanie.

warsawinstitute.org

Raport CMP, projektu związanego z Uniwersytetem Hongkońskim, opublikowano w czasie narastających kontrowersji wokół wpływu serwisów społecznościowych na światową opinię publiczną i politykę państw demokratycznych oraz dyskusji o roli wielkich koncernów technologicznych w zwalczaniu dezinformacji i propagandy.

Badacze przeanalizowali wpisy publikowane przez 33 oficjalne chińskie konta w ciągu 50 dni przed i 50 dni po wejściu w życie nowych reguł Twittera. Po wprowadzeniu etykiet „media związane z chińskim rządem” ich tweety miały generalnie znacznie mniej polubień i były rzadziej udostępniane. Na przykład popularność wpisów stacji CGTN, agencji Xinhua i dziennika „Renmin Ribao” spadła o ok. 20 proc.

Ograniczyło to w pewnym stopniu zasięg podejmowanych przez Komunistyczną Partię Chin (KPCh) działań na rzecz budowy „kulturowej miękkiej siły” i poprawy wizerunku ich kraju na świecie. Przywódca ChRL Xi Jinping wzywał w 2013 roku do używania „innowacyjnych metod zewnętrznej propagandy, które łączą to, co chińskie, z tym, co zagraniczne”, a później nakazał mediom, aby „dobrze opowiadały chińską opowieść”.

Władze Chin przeznaczyły ogromne zasoby na ekspansję państwowych mediów za granicą, ale dotarcie do zachodniej opinii publicznej okazało się trudne. Chińskie media zaczęły więc na coraz większą skalę promować stanowisko Pekinu na zachodnich portalach społecznościowych, wydając miliony juanów na zwiększenie swojej obecności w tych serwisach – podał CMP, określając to jako jedną z wielu stosowanych przez Chiny metod „pożyczonej łodzi”.

Konta prowadzone przez chińskie media i urzędników promowały w 2020 roku teorie spiskowe dotyczące pandemii Covid-19. Rok wcześniej Twitter znalazł natomiast wiarygodne dowody świadczące o wspieranej przez chiński rząd kampanii dezinformacyjnej mającej zdyskredytować ruch protestu w Hongkongu, w związku z czym zamknął ok. 200 tys. kont.

Propagowanie punktu widzenia Pekinu na Twitterze czy Facebooku wzbudza kontrowersje również dlatego, że komunistyczne władze ChRL blokują te serwisy w swoim kraju i karzą mieszkańców za obchodzenie zabezpieczeń i krytykowanie ich polityki. Zachodnia prasa i placówki dyplomatyczne mają z kolei ograniczoną możliwość publikacji na chińskich platformach społecznościowych.

Twitter zaczął etykietować konta urzędników i państwowych mediów w sierpniu 2020 roku. Firma oświadczyła wtedy, że opisy mają „dać ludziom kontekst, by mogli podejmować świadome decyzje”. Flagowanie rozpoczęto od pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ: USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Rosji i Chin.

Serwis wyjaśnił również, że etykieta „media związane z rządem” odnosi się do sytuacji, w których rząd ma wpływ na publikowane treści. Nie dotyczy natomiast mediów, które są wprawdzie finansowane ze środków publicznych, ale ich redakcje działają w sposób niezależny, takich jak brytyjski nadawca BBC czy amerykańskie radio NPR.

Po konsultacji z ekspertami Twitter oflagował natomiast w ten sposób prywatne konta niektórych osób zatrudnionych w chińskich mediach. Jedną z nich jest redaktor naczelny nacjonalistycznego tabloidu „Global Times” Hu Xijin, znany z zaciekłej obrony działań Pekinu na portalach społecznościowych, zarówno chińskich, jak i zagranicznych.

Wkrótce po wprowadzeniu etykiet Hu odnotował spadek zainteresowania swoim kontem i poskarżył się, że liczba obserwujących je użytkowników nie rośnie już tak szybko, jak wcześniej. „Wygląda na to, że Twitter w końcu zadusi moje konto” – napisał.

Badacze z CMP oceniają, że wprowadzone przez Twittera reguły zmniejszają zasięg informacji promowanych przez władze w Pekinie. Zwracają jednak uwagę, że platforma traktuje wszystkie chińskie media w ten sam sposób, choć niektóre z nich dysponują pewnym zakresem swobody redakcyjnej, mimo że również są związane z rządem - jak na przykład portal Caixin, który często prowadzi dziennikarskie śledztwa.

PAP

wtorek, 2 lutego 2021


Oficjalnie członkowie rady Federacji (IIHF, od International Ice Hockey Federation) podjęli decyzję ze względu na brak możliwości zapewnienia bezpieczeństwa zawodnikom, widzom i sędziom.

– Staraliśmy się działać tak, aby Puchar Świata mógł być narzędziem pojednania, rozwiązywania problemów społeczno-politycznych na Białorusi i znalezienia pozytywnej drogi naprzód – mówił René Fasel, który zajmuje stanowisko prezydenta IIHF od 1994 r. W tym samym roku Alaksandr Łukaszenka został prezydentem Białorusi i od tego czasu nie wypuścił władzy z rąk.

Fasel przyjechał do Mińska i spotkał się w tygodniu poprzedzającym decyzję z Łukaszenką. Ten ostatni tłumaczył, że sytuacja epidemiczna na Białorusi jest bardzo dobra, a polityką nie ma co się przejmować. – U nas protestujący i inni niezadowoleni nie szturmują budynków rządowych i Kapitolu, mamy całkiem normalną sytuację z punktu widzenia rozwoju procesów demokratycznych – dodał.

(...)

O tym, że władze w Mińsku starają się pokazać za wszelką cenę, że sytuacja w kraju jest stabilna, świadczy też kuriozalne oświadczenie białoruskiego komitetu organizującego Mistrzostwa wydane po spotkaniu z Faselem. Mińsk publicznie zapewnia o podstawowych rzeczach: że na Białorusi nie zostanie wyłączony w czasie Mistrzostw internet, a wszyscy dziennikarze dostaną akredytacje. Dostęp do sieci był bowiem przez kilka dni wyłączony po sierpniowych wyborach prezydenckich, a potem regularnie w czasie niedzielnych protestów; akredytacje przestano wydawać tuż przed wyborami, a w październiku wszystkie po prostu anulowano, przez co z kraju wyjechała większość zagranicznych korespondentów.

Mińsk przekonywał, że nie ma żadnych prześladowań politycznych, szczególnie sportowców (tymczasem część z nich straciła miejsca w reprezentacji bądź trafiła do aresztu za wyrażanie sprzeciwu wobec reżimu), trwa dyskusja o nowej konstytucji (przemilczając, że nie są do niej dopuszczani oponenci reżimu), a sprawę współudziału szefa Białoruskiej Federacji Hokeju Dzmitryja Baskawa w zabójstwie aktywisty Ramana Bandarenki bada prokuratura (która oczywiście jest w pełni zależna od Łukaszenki). Ponieważ oficjalnie władze w Mińsku przekonują, że na Białorusi nic nadzwyczajnego się nie dzieje, jeszcze na początku stycznia Łukaszenka starał się pokazać, że ewentualne odwołanie Mistrzostw nie spędza mu snu z powiek. – My tam się nie przejmujemy. Będą, to będą. Nie będzie, to nie będzie. Ale nie ma nawet milimetra podstaw, żeby się nie odbyły. To będzie totalny wstyd – mówił.

Do odwołania Mistrzostw jednak doszło w poniedziałek 18 stycznia. Sądząc z ożywionej reakcji białoruskich urzędników i braku reakcji samego Łukaszenki, krok ten bardzo go zabolał. Następnego dnia służba prasowa udostępniała jego zdjęcia spędzającego czas na rąbaniu drewna i kąpieli w przeręblu z okazji święta Chrztu Pańskiego samotnie, w towarzystwie ulubionego szpica, Umki.

(...)

Żeby zrozumieć, czym jest hokej na Białorusi, wystarczy sobie przypomnieć liczne wywiady, których Alaksandr Łukaszenka udzielał na „arenach lodowych”, które pobudował w miastach i miasteczkach w całym kraju. W jednej z ostatnich rozmów, z dziennikarką telewizji Rossija 1, zapewnia, że trenuje co najmniej trzy razy w tygodniu. Sam ma własną drużynę, która regularnie wygrywa w odbywającym się od 2005 r. Bożonarodzeniowym Turnieju Prezydenckim. Łukaszenka (który gra z numerem 01 albo 99) przegrał tylko trzy razy, w latach 2007, 2011 i 2015, gdy wygrywali Rosjanie. Sukcesy prezydenckiego zespołu nie dziwią, grają w nim byli i obecni reprezentanci Białorusi, którzy konkurują z amatorami.

W zeszłym roku turniej się nie odbył ze względu na „rozpowszechnienie infekcji wirusowych”, jak głosił oficjalny komunikat. A jeszcze na wiosnę Łukaszenka zapewniał, też na jednym z lodowisk, reporterkę państwowej telewizji ONT, że wirusa nie ma. – Ty go widzisz? Nie! Tu nie ma żadnych wirusów. To lodowisko, najzdrowsze miejsce! Od sportu lepszy jest tylko lód. To lek antywirusowy, najprawdziwszy – mówił wówczas.

new.org.pl

Rządy Władimira Putina umownie można podzielić na dwa okresy: obfite piętnastolecie (2000-2014) i permanentny kryzys (2014 – obecnie). W tym pierwszym, dostatnim okresie cena baryłki ropy naftowej wzrosła 6-krotnie, rosyjskie wydobycie wzrosło o ponad 60 proc., a dochody z tego tytułu – 10-krotnie. Gdy namaszczeniec Borysa Jelcyna obejmował władzę równo 21 lat temu, rubel kosztował 3,7 centa (1 dolar = 27 rubli). W ciągu 15 lat rubel w relacji do dolara stracił zaledwie 20 proc. wartości, choć po drodze był światowy kryzys finansowy 2008-2009.

Cezurę stanowi rok 2014. Pierwsze ruchy spadkowe pojawiły się na tle napięcia politycznego między Rosją a Ukrainą w 2013 r., które przerodziło się w krwawe wydarzenia na kijowskim Majdanie. Latem 2014 r. kurs rubla oscylował wokół 2,8 centa (1 dolar = 35 rubli), a ropa osiągnęła cenę 108 dol. za baryłkę. Lawina ruszyła wraz z szokiem naftowym, jaki wywołała amerykańska rewolucja łupkowa. W ciągu siedmiu lat (2014-2020) rosyjska waluta straciła 60 proc. swojej wartości. COVID-19 pogrzebał nadzieje Kremla na przezwyciężenie złej passy ciągnącej się od 2014 r.

Jak wiadomo, rosyjska gospodarka jest uzależniona od eksportu ropy naftowej i surowców naturalnych. Ropa i gaz odpowiadają za ponad 60 proc. rosyjskiego eksportu i dostarczają ponad 30 proc. produktu krajowego brutto. A rubel ma tendencję do podążania za ceną ropy. Gdy ich drogi się rozchodzą, zawsze interweniuje czynnik zewnętrzny. Rynki reagują na napięcia geopolityczne między państwami, o czym można się było przekonać podczas konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Obecnie Moskwa musi zmierzyć się z kryzysem białoruskim, oskarżeniem o próbę otrucia czołowego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego i kontynuacją sankcji ekonomicznych nałożonych przez państwa zachodnie po aneksji Krymu. Zasadniczym problemem z punktu widzenia inwestowania w Rosji jest więc niestabilność waluty będącej zakładnikiem ceny ropy naftowej, a także zakładnikiem zawirowań geopolitycznych, w dużym stopniu generowanych przez Kreml.

Początki boomu na ropę z łupków sięgają 2010 r., kiedy to postęp w dziedzinie szczelinowania hydraulicznego umożliwił opłacalne ekonomicznie pozyskiwanie ogromnych ilości niekonwencjonalnej ropy z ciasnych formacji skalnych. Amerykański przemysł naftowy przeżył istny renesans. Wydobycie wzrosło ponad dwukrotnie: z 5,5 mln baryłek dziennie w 2010 r. do prawie 13 mln w 2019 r. Tym samym rewolucja łupkowa stanowi największy w historii wzrost wydobycia ropy naftowej, przewyższający nawet ten, który był udziałem Arabii Saudyjskiej w latach 70. Dzięki niej Stany Zjednoczone, będące największym na świecie importerem ropy, nie tylko osiągnęły samowystarczalność, ale weszły do pierwszej ligi eksporterów.

Załamanie na rynku ropy naftowej w 2014 r. w związku z nadpodażą z USA przetoczyło się nad Rosją jak niszczycielski żywioł. Między styczniem 2014 r. a styczniem 2016 r. rubel stracił 60 proc. w stosunku do dolara. W szczytowym punkcie kryzysu, w styczniu 2016 r., cena ropy spadła na kilka dni poniżej 30 dol. za baryłkę. Depresja rubla wywołała skok cen, a więc silną inflację. Na początku 2015 r. Rosja, wraz z sąsiednią Ukrainą, miała najniższy ze wszystkich krajów świata parytet siły nabywczej (PPP), co przełożyło się na potworną drożyznę i ubóstwo.

Wciąż jednak daleko było do degrengolady z 1998 r., do której doszło w wyniku splotu skutków azjatyckiego kryzysu finansowego i spadku ceny ropy (do 18 dol. w sierpniu 1998 r.). Wówczas obrona rubla przed skutkami ucieczki zagranicznego kapitału kosztowała Bank Rosji 27 mld dol. A wysiłki i tak były daremne, bo uwolnienie kursu rubla okazało się nieuniknione w obliczu krachu na rynku kapitałowym i hiperinflacji. Na szczęście dla rosyjskiej gospodarki w latach 90. charakteryzowała się ona niskim stopniem ubankowienia, w dużym stopniu opierając się na niemonetarnych instrumentach wymiany. Od tego czasu jednak Rosja zgromadziła ponad 10-krotnie więcej rezerw walutowych niż miała w 1998 r., a rosyjskie banki nauczyły się lepiej dywersyfikować swoje aktywa.

obserwatorfinansowy.pl