poniedziałek, 27 lipca 2020


- Jednym z nieodłącznych elementów rosyjskiego wpływu w Wielkiej Brytanii są kampanie dezinformacyjne. Jakie są główne narracje rosyjskich operacji informacyjno-psychologicznych?

Wielka Brytania jest jednym z głównych celów takich operacji. Rosjanie próbowali ingerować w referendum dot. niepodległości Szkocji, szerząc fałszywe teorie spiskowe, że było ono sfałszowane starając się w ten sposób wpłynąć na opinię publiczną w Szkocji. To jeden z wielu przypadków, ale z pewnością nie najpoważniejszy. Warto też zauważyć, że rosyjskie podmioty propagandowe takie jak RT i Sputnik nie mają dużego wpływu na sferę informacyjną Wielkiej Brytanii. Mamy bardzo silny system informacyjny i dlatego dezinformacja jest w dużej mierze nieefektywna i działa najwyżej na osoby, które bardzo mało czytają i generalnie nie interesują się tym co się dzieje.

Dezinformacja jest skuteczna w tych państwach, które mają słabe systemy medialne, a to z pewnością nie ma miejsca w Wielkiej Brytanii. Nie zaobserwowałem znaczących kampanii informacyjnych zakończonych powodzeniem, co oczywiście nie znaczy, że nie powinniśmy się im przyglądać i badać. Może Rosjanie stoją za ruchem antyszczepionkowym, teoriami spiskowymi o koronawirusie czy protestami przeciwko 5G? Jeżeli nie zbadamy tych spraw nigdy się nie przekonamy.

- Z tego co Pan powiedział, wynika, że Wielka Brytania jest dobrze przygotowana na walkę z dezinformacją. Czego Polska może nauczyć się z brytyjskich doświadczeń, aby lepiej przygotować się na walkę z dezinformacją?

Po pierwsze trzeba pamiętać, że operacje informacyjne nie dzieją się w próżni tylko wykorzystują pewne napięcia i podziały zaistniałe w społeczeństwie. Kreml uzyskuje przewagę zawsze tam, gdzie jest bardzo głęboka polaryzacja polityczna jak np. w przypadku Brexitu czy wyboru Trumpa na prezydenta. Polaryzacja powoduje, że zanika poczucie wspólnoty, zaufania do rządu i tym samym zmniejsza się odporność na działania informacyjne. Ludzie zaczynają uważać, że największym przeciwnikiem nie jest jakiś zagraniczny podmiot, ale przeciwnicy polityczni w kraju. Dlatego uważam, że w Polsce obie strony sporu politycznego powinny znaleźć jakaś nić porozumienia i platformę dialogu, która umożliwi zmniejszenie tej polaryzacji. Szczególnie ważne jest również przywrócenie mediów publicznych jako platformy dialogu oraz obiektywnego źródła pozwalającego zrozumieć wydarzenia, które mają miejsce w kraju i zagranicą. Rosnąca i pogłębiająca się polaryzacja powinna być traktowana jako wyzwanie dla bezpieczeństwa narodowego. 

cyberdefence24.pl

Od 2014 r. w Rosji nastąpił radykalny spadek liczby aktów terrorystycznych. Jak to można wytłumaczyć?

Tutaj mam dwie teorie. Na początku 2014 r. w Rosji w Soczi odbyły się Igrzyska Olimpijskie. Aby mogło do nich dojść, a przede wszystkim, żeby do kraju Władimira Putina przyjechali zagraniczni goście i kibice z całego świata, na terenie Federacji, a przede wszystkim Północnego Kaukazu, musiał być „spokój”. Jeżeli przyjmiemy tezę, o której piszę w swojej książce, że część zamachów mogła być inspirowana przez rosyjskie służby, to dość skokowe zahamowanie aktów terrorystycznych było logiczne. Oto Rosja pokazuje całemu światu, że rozprawiła się z bandytami i mordercami, i że goście będą bezpieczni. Problemu nie ma. Ustaje więc wsparcie dla radykałów, którzy nawet mogli nie mieć o tym pojęcia (tzn. że są częścią gry służb) i ostateczne rozprawienie się z grupami terrorystycznymi, nad którymi służby miały kontrolę.

Kreml grał zamachami?

Proszę mnie dobrze zrozumieć, mówię jedynie o możliwym częściowym kontrolowaniu terrorystów, bo trudno byłoby obronić tezę, że oto w jednym z europejskich krajów władza skazuje na śmierć tysiące niewinnych osób kolaborując przy tym ze zbrodniarzami. Większość zamachów była dziełem i pomysłem od początku do końca realizowanym przez złych ludzi, którzy na cel wzięli sobie państwo rosyjskie, a zdarzały się także zamachy, jak opisywany przeze mnie wybuch w Małgobeku w sierpniu 2012, będące po prostu klanowo – bandyckimi porachunkami.

A jaka jest pana druga teoria?

Druga teza – łącząca się z możliwą „ingerencją” służb, to kwestia Krymu. Plan zajęcia półwyspu zrodził się jeszcze w głowie Borysa Jelcyna i praktycznie od jego czasów był brany pod uwagę przez Kreml. Szerzej skupiłem się na tym wątku w mojej wcześniejszej książce - „Krym. Znikający Półwysep”. Sama organizacja tego „przedsięwzięcia” była związana z katalizatorem jakim okazało się odsunięcie od władzy Wiktora Janukowycza i wybuch zamieszek w Kijowie jeszcze w 2013 r. Rosja zdawała sobie sprawę, że aby być skutecznym w swoich krymskich działaniach, musiała ustabilizować mocno zaognioną sytuację na Kaukazie. Nie jest to kraj który może angażować swoje siły militarne w dwóch różnych miejscach w tym samym czasie, tym bardziej, że rosyjskie władze zakładały skuteczny, zbrojny opór zaatakowanych na półwyspie wojsk ukraińskich. Należało więc zamknąć wątek terroryzmu i dopiero rozpocząć przerzucanie sił na Krym. Także i w tym przypadku, niebagatelną rolę odegrać musiały siły specjalne. Powiedziałem o dwóch teoriach, ale dodam jeszcze na koniec mały wątek.

Słucham.

Może terrorystów po prostu wybito, a ci którzy się ostali uciekli do Syrii? Ale tę ostatnią kwestię potraktujmy jako mało prawdopodobną...

(...)

„Będziemy ścigać terrorystów wszędzie, w portach lotniczych, i nawet, proszę mi wybaczyć, w toalecie ich znajdziemy i w toalecie koniec końców utopimy” – grzmiał w 1999 r. Władimir Putin. I chyba rzeczywiście, FSB jest dla terrorystów bezlitosna.

Widziałem wystąpienie prezydenta Putina, gdy wypowiadał te słowa na konferencji prasowej w Astanie w 1999 roku. Ta wypowiedź brzmiała dobitniej, bo wprost użył niecenzuralnego określenia – kibel. Tak, to kolejny element charakterystyczny dla Rosji, a w szczególności ich służb specjalnych, które z terrorystami się nie patyczkują. Tylko że problemem jest tu fakt, że ten, kto w Rosji ma to nieszczęście stać się zakładnikiem terrorystów, najczęściej nie przeżywa akcji ratunkowej.

W Rosji lepiej nie być zakładnikiem. I to nie tylko ze względu na działania terrorystów.

Dla rosyjskich służb priorytetem jest likwidacja bandytów, a jeżeli wśród ofiar akcji odwetowej są niewinni cywile, którzy mieli pecha znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze, to zrzuca się to na karb konieczności rozprawienia się z terrorystami. To głębszy problem, znów wchodzący w sferę psychologiczną – ja w swojej książce użyłem określenia „syndrom rosyjski”.

Co on oznacza?

To sytuacja w której potencjalny zakładnik traktowany jest na równi z terrorystą. Co zaskakujące – często osoby, którym udało się przeżyć akt terrorystyczny są porównywane do terrorystów, niejako obarczane winą za to, co się wydarzyło. Podsumowując – rosyjski zakładnik wzięty do niewoli przez terrorystów dajmy na to przed rokiem 1990 miał niemalże stuprocentową szansę na przeżycie, podczas gdy w roku 2004 - to rok tragedii w szkole w Biesłanie - owa pewność spadła do zera.

W książce wspomina pan o związkach terrorystów z rosyjskimi służbami specjalnymi. W tym kontekście wymienia pan moskiewskie zamachy na bloki mieszkalne w 1999 r. Co tam wtedy zaszło?

W roku 1999 głowę Władimira Putina zaprzątały myśli dotyczące sukcesji po Borysie Jelcynie. Potrzebował skutecznej i spektakularnej akcji, która miała okazać się sukcesem i umocnić pozycję tego polityka w gronie ludzi władzy. Putinowi chodziło także o to, aby pokazać rosyjskiemu społeczeństwu, iż po słabym, schorowanym i nieradzącym sobie z problemami alkoholowymi Jelcynie, naród nareszcie będzie miał silnego przywódcę, który poprowadzi kraj do sukcesów.

I tak w naszą rozmowę wplata się wątek czeczeński.

Tak. Chciano kolejnej wojny w Czeczenii i w efekcie ostatecznej rozprawy z niepokorną republiką. Przygotowano więc prowokację, o której według moich źródeł oprócz Putina wiedzieli także: Jelcyn, Basajew i pozostający jeszcze wtedy w dobrych stosunkach z przyszłym prezydentem Borys Bieriezowski.

Jak miała wyglądać owa prowokacja?

Podłożono ładunki wybuchowe pod blokami mieszkalnymi na obrzeżach Moskwy i wysadzono je w nocy wraz z mieszkańcami. O wszystko obwiniono terrorystów z Czeczenii i Putin mógł użyć wspomnianych już słów o utopieniu ich w „kiblu”.

Kim byli bezpośredni wykonawcy?

To byli faktycznie ludzie z Czeczenii, ale byli oni tylko i wyłącznie pionkami, których zwerbowano poprzez zmanipulowanych przez rosyjskie służby specjalne watażków – Chattaba i Abu Umara. Także ci przywódcy nie znali prawdziwych zleceniodawców zamachów, wiedzieli prawdopodobnie jedynie o Basajewie, ale jemu przecież bezgranicznie ufali, w końcu był ich towarzyszem broni.

Życiorys Basajewa był bardzo zawikłany.

Basajew od lat powiązany był z rosyjskim, a wcześniej radzieckim wywiadem wojskowym, o czym rzecz jasna ci drudzy nie mieli pojęcia. Jak później, także podczas przesłuchań twierdzili czeczeńscy wykonawcy – Goczijajew, Abajew, Sajtkakow, Krymszamchałow, Diekkuszew i bracia Batczajewowie – oni jedynie transportowali ładunek, który miał posłużyć według ich wiedzy do przeprowadzenia zamachu na koszary wojskowe lub posterunek policji. Rzeczywistość okazała się jednak zgoła odmienna.

I skąd wiemy o możliwej inspiracji FSB?

Głównie dzięki niezależnym dziennikarzom rosyjskim, redakcjom pozostającym poza wpływami Kremla, np. rosyjskiemu oddziałowi BBC i analitykom z różnych krajów. W książce podaję na przykład nazwiska czeskich specjalistów, z którymi osobiście na ten temat rozmawiałem. Wszyscy oni są przekonani, że FSB przy cichym wsparciu otoczenia Władimira Putina, a prawdopodobnie i jego samego, maczała palce w przygotowaniu tych wydarzeń.

To, co jest niewiadomą, to jedynie skala tego zaangażowania, bo według jednych wiarygodnych źródeł zamach od A do Z został przygotowany przez służby specjalne, a według innych mieliśmy w tym przypadku do czynienia jedynie z inspiracją, a później jak to najczęściej bywa, sprawy potoczyły się już własnym tokiem.

onet.pl

sobota, 25 lipca 2020


Na Węgrzech proces przejęcia mediów był przez rząd Victora Orbana planowany przez lata. Zaczęło się od tego, że wpływowi biznesmeni rozpoczęli "inwestowanie" w sektor mediów, wykupując m.in. gazety czy stacje telewizyjne. Zagranicznym właścicielom utrudniano prowadzenie działalności, więc sami sprzedawali swoje aktywa. W 2016 roku zamknięto największą, opozycyjną gazetę - "Népszabadság". Przełom przyniósł rok 2018 - wówczas powstała prorządowa Środkowoeuropejska Fundacja Mediów i Prasy, która zaczęła masowo "wciągać" niezależne media (w jej władzach zasiedli współpracownicy Orbana). Jak informowała "Wyborcza", w ciągu roku wchłonięto wówczas 476 podmiotów medialnych - przejęte zostały m.in. stacje telewizyjne, gazety i serwisy internetowe, a także rozgłośnie radiowe. We wszystkich zaczął dominować rządowy przekaz. W tym samym roku zamknięto niezależną gazetę "Magyar Nemzet", po tym, gdy na jej łamach skrytykowano premiera. Tytuł istniał od 80 lat. Komisja Europejska nie zareagowała w zdecydowany sposób na zmiany na węgierskich rynku medialnym - poinformowała jedynie, że przygląda się sprawie.

Pod koniec 2019 roku Europejskie Centrum Wolności Prasy i Mediów opublikowało raport dotyczący wolności mediów na Węgrzech.

"Od 2010 r. rząd węgierski systematycznie rozbijał niezależność mediów, zakłócał rynek medialny i dzielił społeczność dziennikarską w tym kraju, uzyskując stopień kontroli mediów niespotykany w żadnym z państw członkowskich UE", "Dziennikarze pracujący dla niezależnych mediów są publicznie oczerniani. W mediach prorządowych są nazywani opozycjonistami, politykami, zagranicznymi agentami, zdrajcami, a nawet »węgierskimi hejterami« lub »nie-Węgrami«", "Budowa prorządowego imperium medialnego służy jako rozległa machina propagandowa dla rządu premiera Viktora Orbána, izolująca dużą część społeczeństwa od dostępu do najważniejszych wiadomości i informacji, aby utrzymać władzę partii Fidesz" - wskazano w raporcie. "Ostatnim bastionem wolności" nazwano stację RTL, która nie została dotychczas wykupiona.

gazeta.pl

Przypomnijmy: Cambridge Analytica masowo pozyskiwała dane na temat wyborców w kilkunastu, być może kilkudziesięciu krajach świata. W wielu z nich kupowała dane pozyskane z naruszeniem prawa – a przynajmniej dzięki lukom prawnym i dziurom w zabezpieczeniach systemów informatycznych obsługujących sieci społecznościowe. Takich jak testy osobowości, które dawały dostęp nie tylko do profilu jednej osoby, ale także danych jej znajomych – którzy nigdy na żadne udostępnienie się nie zgadzali.

Dane te posłużyły do dzielenia odbiorców na małe grupy o dużej, wewnętrznej spójności – tak zwanego mikrosegmentowania. Dzięki zaawansowanej matematyce oraz znanym z marketingu testom A/B (podsyłano jednej grupie dwie testowe wiadomości i patrzono, która wywołuje silniejszą reakcję) udało się skłonić wyborców do określonych zachowań przy urnach. Resztę znamy z mediów: brexit się wydarzył, a Trump jest prezydentem USA i walczy o drugą kadencję.

(...)

Podgrzewanie emocji materiałami, których prawdziwość była dyskusyjna albo żadna, przekazywanie prostych komunikatów, podsuwanie spreparowanych linków z jednoczesnym badaniem ich skuteczności – tak w dużym uproszczeniu funkcjonowała machina marketingu politycznego prawicy.

(...)

Pytanie, czy Cambridge Analytica robiła coś nielegalnego, pozostaje otwarte. Budowanie modeli predykcyjnych (tj. przewidujących pewne zachowania ludzkie) na podstawie zgromadzonych danych o ich wcześniejszych zachowaniach to elementarz marketingu w czasach cyfrowych.

Na poziomie ogólnym wszystko jest proste. Zbieramy dane na temat naszych konsumentów. Cenne są dane demograficzne (wiek, miejsce zamieszkania, status dochodowy, wykształcenie), ale jeszcze cenniejsze dane behawioralne (co kupuje, gdzie bywa, z kim się spotyka). Im więcej danych, tym analiza będzie trudniejsza, a jej koszt – wyższy, ale tym dokładniej będziemy w stanie przewidywać zachowania.

Zgodnie z zasadą inżyniera Mamonia lubimy te melodie, które już słyszeliśmy; w codziennym życiu odtwarzamy pewne rytuały. Jeśli wolimy Pepsi niż Coca-Colę, to pewnie nadal będziemy ją pić; jeśli kawę pijamy rano, a herbatę wieczorem, to zapewne nadal będziemy to robić. Nasze zachowania da się zawrzeć w równaniach matematycznych – a równania nie są nielegalne.

(...)

Nielegalne mogą być natomiast dane. Mogą obejmować kategorie zbyt głęboko ingerujące w prywatność (np. rasa, orientacja seksualna, partner) albo pozyskane z naruszeniem prawa. Dlatego w Europie mamy coś takiego jak GDPR, zwane u nas RODO. Poza tym, że oznacza to irytujące okienka na stronach internetowych, ogranicza też prawa właścicieli platform do zbierania zbyt wielu informacji o naszych zachowaniach bez naszej zgody. A w szczególności – odsprzedawanie tych danych hurtownikom naszej prywatności (to ci, których znajdziemy w zakładce pod niepozorną nazwą „zaufani partnerzy”), od których odkupują je następnie komitety wyborcze i firmy działające na ich zlecenie.

krytykapolityczna.pl

Aby przekonać się o roli, jaką Hongkong odgrywa w globalnym systemie finansowym – mówi pewien lokalny przedsiębiorca – najlepiej porównać go do transformatora elektrycznego, który łączy dwa obwody o różnych napięciach. Jednym z nich jest globalny system finansowy ze swobodnym przepływem kapitału, swobodą przekazywania informacji/wypowiedzi i rządami prawa. Drugi obwód to rozległy i rozwijający się chiński system finansowy z kontrolą kapitału, cenzurą i arbitralnym przestrzeganiem umów.

W ciągu ostatnich dwóch dekad, gdy Chiny stały się drugą co do wielkości gospodarką świata, Hongkong umiejętnie ugruntował swoją pozycję, stając się trzecim najważniejszym międzynarodowym centrum finansowym po Nowym Jorku i Londynie. W okolicach Portu Wiktorii chińscy potentaci w dziedzinie technologii sprzedają akcje kalifornijskim funduszom hedgingowym, chińskie banki zarządzane przez państwo udzielają pożyczek na finansowanie projektów inwestycyjnych w ramach koncepcji Nowego Jedwabnego Szlaku (ang. Belt and Road), a władze utrzymują ścisłą kontrolę nad kursem wymiany walut. Duża część transakcji jest prowadzona w światowej walucie rezerwowej, dolarze. Działalność jest organizowana przez zachodnie firmy i nadzorowana przez niezależne sądy i organy regulacyjne, które mają więcej wspólnego ze swoimi odpowiednikami w bogatym świecie niż z sądami i organami władzy w Pekinie czy Szanghaju.

W niesprzyjających warunkach transformatory mogą stać się mniej wydajne lub nawet, w warunkach ekstremalnych, wybuchnąć. Rośnie zagrożenie pozycji Hongkongu jako centrum finansowego, ponieważ powstają napięcia związane z ingerencją Chin w jego rząd i system prawny, które w myśl zasady „jeden kraj, dwa systemy” mają być w dużej mierze autonomiczne przynajmniej do 2047 roku. 28 maja Chiny zleciły wprowadzenie ustawy o bezpieczeństwie narodowym w celu zapobiegania zamieszkom i terroryzmowi na tym terytorium. W odpowiedzi Biały Dom zaproponował usunięcie niektórych przywilejów prawnych, z których korzysta Hongkong, a które zapewniają mu płynność powiązań z gospodarką światową.

Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest to, że instytucje Hongkongu czeka stopniowy rozpad i odejście od roli zglobalizowanego centrum finansowego w kierunku kontynentalnych Chin. Chiny miałyby większą kontrolę nad mniej efektywnym rynkiem kapitałowym, co zwiększyłoby koszt kapitału dla ich firm. Najgorszym, choć mało prawdopodobnym, ale nie niemożliwym do zrealizowania scenariuszem jest to, że błędna kalkulacja zdestabilizuje część konstrukcji transgranicznych roszczeń finansowych o wartości 10 bilionów dolarów, która ulokowana jest w Hongkongu, wywołując szok szerzący się w Chinach i Azji. Lokalna kadra kierownicza i urzędnicy często nazywają to efektem nuklearnym.

(...)

Osoby znajdujące się na szczycie świata finansów w Hongkongu twierdzą, że jego rola w systemie globalnym nie jest zagrożona przez niepokoje społeczne i geopolitykę. Chińskie przepisy o bezpieczeństwie, choć niezgrabne, będą zgodnie z ich oczekiwaniami tłumić protesty. Zarówno HSBC, jak i Standard Chartered, wyraziły swoje poparcie dla tej ustawy. Według pięciu źródeł w ciągu ostatnich dwóch tygodni nie ma żadnych oznak wyciągania pieniędzy z Hongkongu przez międzynarodowych deponentów bankowych. Coraz więcej chińskich firm, takich jak JD.com, szuka ofert w Hongkongu, przyciągając kapitał.

Groźba Białego Domu dotycząca odebrania Hongkongowi specjalnego statusu według tego poglądu jest przechwałką. Jego status odrębnej strefy celnej może zostać cofnięty, ale Hongkong nie produkuje już wiele. Fataliści przepowiadają koniec Hongkongu odkąd miasto zaczęło być budowane w XIX wieku.

Jednak przypuszczenie, że Hongkong może być odporny na pogarszające się stosunki chińsko-amerykańskie i rosnący autorytaryzm Chin, jest zbyt optymistyczne. Jeśli rząd tego terytorium stał się przedstawicielem Partii Komunistycznej, to obawa o to, jak długo jego niezależne instytucje, w tym sądy i bank centralny, mogą pozostać nienaruszone, wydaje się uzasadniona. HKEX, prężna giełda papierów wartościowych, od dawna ma w swoim zarządzie osoby mianowane przez rząd. Upadek wolności słowa w Hongkongu może utrudnić jego skuteczność jako rynku finansowego. Czy komunikat analityków zachęcający do spekulacji przeciwko chińskiemu kursowi walutowemu lub identyfikujący oszustwa w bankach może zostać uznany za podżeganie?

obserwatorfinansowy.pl

piątek, 24 lipca 2020


Według danych opublikowanych przez EUROMAP (Europe’s Association for Plastics and Rubber Machinery Manufacturers) obejmującym 63 kraje, zużycie plastiku w przeliczeniu na jednego mieszkańca w Korei jest trzecim najwyższym, po Belgii i Tajwanie (2016). Według danych szacunkowych na 2015 rok konsumpcja plastiku (obejmująca tworzywa sztuczne min. PVC, PE, PP, PS, żywicy PET, ABS, SAN, PA i PC) na jednego mieszkańca w Korei wynosiła aż 132,7 kg. Dla porównania niżej znalazła się Ameryka (93,8), Polska (71,4 kg), Japonia (65,8 kg), Chiny (57,9 kg), Indie (10 kg), Kenia (8 kg) czy Etiopia (1,9 kg). Tajwan i Belgia, z zużyciem 141,9 kg i 170,9 kg, zajęły niechlubne pierwsze miejsca w rankingu.

(...)

Problemem nie jest wyłącznie wysokie zapotrzebowanie na plastik, ale również jego utylizacja. Jeszcze do niedawna Korea wysyłała większość swojego zużytego plastiku do Chin. Rocznie, bagatela, ok. 200 tysięcy ton. Jednak Państwo Środka przestało przyjmować śmieci od bogatych krajów (szokując tym nie tylko USA, ale również Koreę). Należy dodać, że Chiny rezygnowały ze skupu koreańskich materiałów stopniowo, w przypadku Korei od 2017 roku, aż do kwietniu tego roku kiedy wycofały się ostatecznie. Głównym powodem była toksyczność i niska jakość skupowanych śmieci. Teoretycznie wysyłany jest materiał, który ma nadawać się do recyklingu, jednak często jest on wysoce zanieczyszczony. W Korei niesegregowanie śmieci jest karane wysoką grzywną. Jednak wystarczy przejść się po koreańskich blokowiskach, by zobaczyć jak „swobodnie” wielu mieszkańców podchodzi do segregacji. W Chinach protestowały też społeczności lokalne, mające dosyć rosnącego zanieczyszczenia.

Obecna sytuacja powoduje dla Korei dalekie komplikacje. Choć część śmieci sprzedawana jest do biedniejszych krajów Azji Południowo-Wschodniej, przede wszystkim na Filipiny i do Tajlandii, to skupowane są również przez lokalnych utylizatorów. Zazwyczaj nielegalnie, po cenach niższych niż rynkowe. Najbardziej spektakularny efekt tych działań widać w Uiseong (w prowincji Gyeongsangbuk), gdzie wyrosły śmieciowe góry. W ciągu ostatnich pięciu lat, życie mieszkańców regionu stało się nie do zniesienia. Lokalny rząd rozpoczął przydział masek, które jednak nie chronią przed toksynami, a jedynie przed pyłem. Praktycznie całkowicie zniknęła zieleń. Według koreańskiego Ministerstwa Środowiska ilość nielegalnych odpadów w 2014 r. w Korei wynosiła ok. 70.000 ton, obecnie, ponad 1,2 miliona ton (Lee S., 2019b). Kryzys śmieciowy stał się faktem.

instytutboyma.org

poniedziałek, 20 lipca 2020


BiznesAlert.pl: Jak zmiany demograficzne wpływają na klimat?

Lidia Wojtal: Szeroka dyskusja o tym, jak rozwój człowieka będzie wpływał na klimat zaczęła się już prawie 50 lat temu, od raportu Klubu Rzymskiego z 1972 roku o granicach wzrostu. Zakładał on, że niekontrolowany wzrost populacji doprowadzi do większej konsumpcji i ostatecznie wyczerpania się zasobów: żywności, surowców, w tym energetycznych itd.. Kolejne 20 lat zajęło uznanie na poziomie międzynarodowym, że działalność człowieka i zwiększenie emisji gazów cieplarnianych wynikających w głównej mierze ze spalania paliw kopalnych zagraża, w dłuższej perspektywie czasowej, szeroko rozumianemu bezpieczeństwu ludzkości. Tymi badaniami zajął się specjalnie do tego powołany Międzyrządowy Panel ds. Zmian Klimatu (IPCC).

To, co obecnie podnoszone jest w dyskusjach naukowych, to to, że przy obecnych trendach rozwojowych dalszy wzrost populacji ludzkiej będzie skutkował zwiększoną konsumpcją zasobów i zwiększoną emisją. Obecnie wiemy już, że to zwiększenie emisji doprowadzi do katastrofy klimatycznej, a wraz z nią humanitarnej i gospodarczej. Należy więc sobie odpowiedzieć na pytanie o to, jak i czy w ogóle wykorzystywać te zasoby, zwłaszcza paliwa kopalne. To temat dyskusji nie tylko w odniesieniu nie tylko do polityki klimatycznej, ale szerzej, polityki zrównoważonego rozwoju, której klimat jest integralną częścią. Taki przyjęty przez wszystkie państwa globalny plan dla zrównoważonego rozwoju sięga 2030 roku i zawiera się w 17 celach (SDGs). Jest tam klimat, ale i m.in. eliminacja ubóstwa, zdrowie, równość płci, walka z głodem i niedoborem wody, dostęp do czystej energii, godnego zatrudnienia, edukacji i opieki zdrowotnej. Te wszystkie elementy należy ze sobą zbilansować globalnie w taki sposób, by można było mówić o rozwoju, a nie zwoju ludzkości. Porozumienie paryskie wyraźnie mówi o osiąganiu neutralności klimatycznej zgodnie z zasadą sprawiedliwości i w kontekście zrównoważonego rozwoju i wysiłków mających na celu likwidację ubóstwa. Te zależności pomiędzy wzrostem populacji i klimatem więc istnieją, choć nie są łopatologiczne, a już na pewno nie chodzi o to, by wyludniać Ziemię w celu ochrony klimatu.

W Polsce pojawiają się głosy o tym, że powinniśmy zużywać jak najwięcej? Czy takie podejście może zwyciężyć?

W skrócie: nie może. Polska w 1992 roku, kiedy to przyjmowana była Konwencja klimatyczna była na granicy dwóch grup, czyli państw rozwiniętych jak Europa Zachodnia i rozwijających się. Mieliśmy status gospodarki w okresie transformacji. Dzięki temu uzyskaliśmy wiele znacznych korzyści, jak inny rok bazowy w Protokole z Kioto przyjętym w 1997 roku, co przełożyło się na znaczne środki ze sprzedaży jednostek redukcyjnych, które Polska zainwestowała w zielone projekty. Na poziomie UE uzyskaliśmy np. derogacje w EU ETS, czy dostęp do Funduszu Modernizacji. To, że nie jesteśmy jeszcze traktowani jako kraj w pełni rozwinięty widać także w środkach strukturalnych Unii Europejskiej, a w szczególności w polityce spójności, a ostatnio także w Funduszu Odbudowy. Tych ustępstw czy zwiększonych środków nie dostajemy tylko dlatego, że mamy ciekawe pomysły, ale dlatego, że – jak sami podkreślamy – nadal, jako państwo biedniejsze, potrzebujemy wsparcia.

To jest jednak europocentryczny punkt widzenia. Warto spojrzeć na poziom rozwoju wielu państw trzeciego świata, które mają o wiele więcej do nadrobienia. Oczywiście Chiny obecnie przodują w emisjach i nadal je zwiększają, ale zaczęły to robić dopiero po 2000 roku, czyli długo po tym jak zmiany klimatu zostały zdiagnozowane jako zagrożenie dla ludzkości. Za stworzenie tego zagrożenia odpowiadają prawnomiędzynarodowo państwa rozwinięte, w tym, zgodnie z Konwencją klimatyczną, także Polska. Z kolei poziom emisji na głowę w Indiach, trzeciego co do wielkości emitenta, jest kilkukrotnie mniejszy niż w UE, nawet w Polsce. O tym, że poziom życia większości obywateli tego kraju jest bardzo niski nie pamiętamy oczekując od nich większych ambicji. Z jednej strony więc trudno odmówić im prawa do poprawy swojego bytu, a z drugiej, przy obecnych wzorcach konsumpcyjnych, poniesienie poziomu życia każdego obywatela do poziomu zbliżonego UE skutkowałoby gwałtownym wzrostem emisji gazów cieplarnianych. Dylemat jest ogromny. Niech więc nie dziwi nas to, że także polskie emisje związane z energochłonnym rozwojem muszą być ograniczane przez mechanizmy międzynarodowej i unijnej polityki klimatycznej. Przez ostatnie 30 lat przeszliśmy długą i wyboistą drogę rozwoju gospodarczego, ale dzięki temu obecnie jesteśmy w dobrej sytuacji, by zastanowić się teraz nad tym jak rozwijać się dalej w sposób przemyślany i zrównoważony środowiskowo.

biznesalert.pl

Weźmy starą komiksową wersję historii Ameryki, która uspołeczniała Amerykanów w latach sześćdziesiątych XX wieku. Wyglądało to mniej więcej tak: Grupa białych mężczyzn przybywa do Plymouth Rock, a zachwyceni Indianie częstują ich kolacją z okazji Święta Dziękczynienia. Realizując Boskie Przeznaczenie, cywilizują dzikich ludzi, odrzucają władzę starego króla Jerzego i przynoszą wszystkim porządek, wolność i polityczną reprezentację. George Washington przekracza rzekę Delaware i ścina drzewo wiśniowe, dzięki czemu zostaje uwieczniony na banknocie jednodolarowym i staje się symbolem porządku i potęgi wolnego rynku. Davy Crockett, Daniel Boone i John Wayne podbijają Zachód i giną heroicznie pod Alamo. John Wayne zmartwychwstaje i pokonuje Indian, a także Japończyków, którzy podstępnie atakują Pearl Harbor, jak również przeprowadza lądowanie w Normandii. W rezultacie Amerykanie otrzymują bezpieczeństwo, koszykówkę, elektryczność i wolność na przedmieściach. Amerykański biznes kwitnie dopóty, dopóki Ameryka stawia opór komunizmowi. Z wyjątkiem kilku szczegółów ta krótka historia, którą można by przedstawić w formie komiksu, podsumowuje dzieje amerykańskich pokoleń. Książki historyczne opowiadają tylko o wyzysku, podbojach i osiągnięciach białych mężczyzn, takich jak Thomas Edison. Opowieści te są czasami okraszone gościnnymi występami ikony legend amerykańskiej rewolucji, Betsy Ross.

Około roku 1970 pojawił się nowy komiks historyczny. Oto, czego teraz zaczęto nauczać uczniów amerykańskich szkół: Etnocentryczni, biali, anglosascy mężczyźni protestanckiego wyznania przybyli do Nowego Świata, przynosząc niewolnictwo, choroby, śmierć i emigrację rdzennym mieszkańcom, którzy nie mogli się pochwalić tak dużym dorobkiem kulturalnym. Świadomi ekologicznie tubylcy nie pasowali do linearnej koncepcji postępu wyznawanej przez białego człowieka. Później wybuchła wojna secesyjna, dzięki której czarni niewolnicy odzyskali wolność, choć później cierpieli z powodu rasizmu, dopóki dr Martin Luther King Junior nie rozpoczął ruchu na rzecz praw obywatelskich. Mimo tej ogromnej opresji czarni mężczyźni i kobiety wynaleźli sygnalizację świetlną i odkryli osocze krwi oraz jazz. Rzeźbiarz George Washington ujarzmił potęgę orzeszka ziemnego, a Beethoven był czarny, podobnie jak faraonowie. Murzyni zbudowali piramidy, nie jako niewolnicy, lecz jako architekci i okupanci. Gdzieś między wojną secesyjną a ruchem na rzecz praw obywatelskich miała miejsce II wojna światowa, w której walczono z Holokaustem. Wygrali ją Amerykanie dzięki dokonaniom Czarnej Eskadry, a także staraniom kobiet, które porzuciły role gospodyń domowych, żeby pracować w fabrykach produkujących broń, gdzie często były wykorzystywane seksualne i dyskryminowane ze względu na rasę lub płeć. Wkład kobiet i rdzennych Amerykanów był systematycznie ignorowany przez białych Anglosasów wyznania protestanckiego, ale w końcu nastały czasy rządów różnorodności kulturowej. Zostanie ona na zawsze zinstytucjonalizowana w służbach społecznych i edukacyjnych, a także na niezliczonych miejskich bulwarach i w liceach, których patronami są dr King i Rosa Parks, znana z tego, że któregoś razu była zbyt zmęczona, żeby pójść na tył autobusu. Ten amalgamat to mieszanka historii ruchu kobiet i ruchu na rzecz studiów afroamerykańskich. W niektórych kręgach akademickich jakiekolwiek, nawet najsubtelniejsze kwestionowanie tych stwierdzeń było traktowane jako herezja. Delikatne aluzje do zróżnicowania kulturowego wystarczały, żeby cała rzesza administratorów miała ręce pełne roboty. Oni sami, oczywiście, nie byli w żaden sposób zróżnicowani (nawet teoretycznie), ale to nie przeszkadzało im pobierać wysokich pensji za powtarzanie utartych komunałów. Obecnie zarówno w Partii Demokratycznej, jak i w Partii Republikańskiej można znaleźć kilku ekstremistów, którzy z uporem forsują te dwie wersje historii.

Brian Anse Patrick — 10 przykazań propagandy

niedziela, 19 lipca 2020


Grzegorz Sroczyński: - Czy coś ważnego padło w tej kampanii? Jakieś ważne zdanie, pomysł, cokolwiek?

Edwin Bendyk: Ta kampania była przede wszystkim dziwna. Ona służyła zapomnieniu i znieczuleniu.

- Znieczuleniu?

Bo coś dziwnego dzieje się z nami społecznie. My chcemy zapomnieć pandemię, traumę zamknięcia, lockdownu i w ogóle wszystko, co nam może przypominać, że świat się zmienia i kończy. Ten świat, który znamy. Chcemy wrócić do spokojnego życia. I ta kampania temu służyła.

- Przecież ona nie była spokojna.

Nie o to chodzi. Ona była uspokajająca psychologicznie, bo ominęła wszystkie krwawe problemy, które stoją za naszymi drzwiami. Po raz kolejny zagraliśmy w polaryzację, żeby nie myśleć o dużo bardziej strasznych rzeczach. Z badań wynika, że zdecydowana większość Polaków chciałaby wrócić do normalności, do tego, co "było przed pandemią". I dlatego nie chcemy dopuścić myśli, że nadchodzi tsunami. Nie chodzi mi tylko o możliwą drugą falę pandemii, ale przede wszystkim o kryzys gospodarczy. KRYZYS. Inny niż inne. Taki, który kończy pewną epokę.

- Kończy?

Bo on domyka światowy kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 roku i właściwie cały czas się tlił. Czeka nas reorganizacja gospodarki i polityki. Odchodzi nasz świat. Naprawdę. I to wielkie nowe wyzwanie zostało w kampanii całkowicie pominięte. To była kampania prowincjonalna, nie istniało w niej nic poza Polską. Myślę, że my po prostu cholernie boimy się tej zmiany, boimy się końca względnie wygodnego status quo, które mieliśmy przez ostatnie dekady: PKB rośnie, jest dobrze, no, może teraz przez chwilę nie rośnie, ale zaraz wszystko wróci do normy. A że za drzwiami potwór czyha, to lepiej o tym nie rozmawiać. Bo jak się nie rozmawia, to tego nie ma.

Duda postawił na obietnicę stabilizacji, zachowania wszystkich "pisowskich zdobyczy socjalnych". Ale bez słowa wyjaśnienia, co dalej. Były zaklęcia, że Polska ma być wielka, będziemy bogaci, Morawiecki wygłaszał takie formułki, ale bez jakiegokolwiek odniesienia do strukturalnych czynników, które miałyby ten wspaniały rozwój spowodować. Niby dlaczego Polska ma być wielka, jak wszystko dookoła bierze w łeb i się zmienia? Te zaklęcia nijak się mają do tego, o czym się dyskutuje teraz w Unii Europejskiej, czyli jak wykorzystać impuls antykryzysowy do przeprowadzenia zielonej transformacji. Słyszałeś cokolwiek na ten temat w naszej kampanii? No, może u Hołowni w programie o tym było, było też u Biedronia, tuż przed I turą pojawił się program Trzaskowskiego z wątkiem klimatu, ale temat w zasadzie nie istnieje.

- Może wszędzie tak polityka wygląda?

Nie wszędzie. Zobacz, jak ta dyskusja przebiega we Francji, gdzie właśnie odbyły się wybory samorządowe. Sojusz lewicy z zielonymi pokazał niezwykłą siłę, przejęli najważniejsze miasta. I Macron zareagował ucieczką do przodu. Tydzień przed wyborami zakończył się we Francji tzw. panel obywatelski na rzecz klimatu. 150 obywateli, których wylosowano z różnych grup społecznych, przygotowało 149 rekomendacji dla rządu: co zrobić, żeby uzyskać cele polityki klimatycznej i jednocześnie zachować względny spokój społeczny, czyli żeby koszty tej transformacji były sprawiedliwie rozłożone. Macron tuż po wyborach samorządowych zapowiedział, że rząd przyjmie do dalszych prac 146 z tych rekomendacji.

- A jakie to są pomysły?

Na przykład zmiana konstytucji. Pierwszy jej paragraf ma być poszerzony o zdanie, że "Republika gwarantuje ochronę bioróżnorodności, środowiska i walkę przeciwko zmianom klimatycznym". Do prawa karnego ma zostać wprowadzona zbrodnia ekobójstwa. Ale są też rzeczy bardziej konkretne, np. program termomodernizacji rozpisany punkt po punkcie. Wylosowano 150 osób, wyposażono w duży budżet, dano im ekspertów, oni przecież zamawiali tony analiz, i powstała solidna książka z konkretnymi zaleceniami dla rządu. U nas w kampanii wyborczej też dyskutowano o zmianie konstytucji: żeby wpisać do niej zakaz adopcji przez pary LGBT. I ja stawiam tezę, że właśnie po to o takich rzeczach w Polsce się dyskutuje, żeby nie czuć grozy.

- Grozy?

Lęku, że naprawdę wielkie problemy mogą nam zaraz spaść na głowę. I nie będzie to żaden wydumany potwór Gender, tylko potwór realny. A w zasadzie trzy potwory: kryzys, zmiany klimatyczne i depopulacja Polski. Krwawe rzeczy. No to już lepiej się bać LGBT.

gazeta.pl

poniedziałek, 13 lipca 2020


Najnowsze badania w USA i Europie wskazują, że 15 proc. nabywców odzieży ma motywacje ekologiczne. A branża odzieżowa, obok naftowej i mięsnej, należy do największych trucicieli globu, odpowiadając za 10 proc. emisji dwutlenku węgla. Wynika to głównie z produkcji włókien sztucznych, które są pochodną ropy naftowej. Generuje też ogromne zużycie wody, głównie w procesie uprawy bawełny. Marki modowe muszą więc uwzględnić wartości konsumentów w swoich produktach. Obejmuje to zobowiązanie do recyclingu ubrań – niektóre marki, jak np. H&M, już rozpoczęły przyjmowanie zużytej odzieży. Planowane jest też takie projektowanie, by umożliwić przerobienie lub uzupełnienie niesprzedanego asortymentu. W ten sposób mógłby wrócić na wieszaki w kolejnym sezonie. A to oznacza ubrania bardziej uniwersalne, ponadsezonowe. Pandemia pokazała, że kolekcje sezonowe trzeba będzie spisać na straty. To odejście od trendu fast fashion (szybkiej mody), kiedy po jednym sezonie ubrania stają się bezużyteczne. Brytyjskie badania pokazały, że do tej pory aż jedna trzecia konsumentek uznawała odzież za starą po dwu-lub trzykrotnym założeniu.

Dla producentów wydłużenie cyklu życia odzieży oznacza ograniczenie lub zaprzestanie praktyk palenia milionów sztuk niesprzedanych ubrań rocznie, zamiast oferowania ich po niskiej cenie. Jeszcze niedawno tak czynił H&M czy Burberry. Wymogi ekologiczne i nowe wartości konsumenckie skłoniły wiele marek do większej transparentności działań. Fashion Transparency Index monitoruje cały łańcuch produkcji i dystrybucji odzieży. Ma służyć budowaniu społecznej odpowiedzialności branży odzieżowej. Ponad 200 przedsiębiorstw odzieżowych działa w ramach inicjatywy B-Corp, która zrzesza firmy stosujące zasady zrównoważonego rozwoju. Należy do niej również producent odzieży outdoorowej Patagonia, który jako pierwszy zastosował polarowe podszewki zrobione z przetworzonych, plastikowych butelek. To coraz ważniejsze, bo jeszcze przed pandemią ponad 60 proc. badanych konsumentów na świecie było gotowych na zmianę lub bojkot marki odpowiedzialnej za nieetyczne praktyki.

obserwatorfinansowy.pl

30 czerwca została opublikowana i weszła w życie Ustawa o bezpieczeństwie narodowym Specjalnego Regionu Administracyjnego Hongkong (HK), przyjęta 28 czerwca br. przez Stały Komitet Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (parlamentu Chińskiej Republiki Ludowej) i promulgowana w HK z pominięciem Rady Legislacyjnej (lokalnego parlamentu). Nowe prawo powstało po ponad roku największych od przejęcia regionu przez ChRL w 1997 r. niepokojów społecznych, sprowokowanych projektem ustawy o ekstradycji do ChRL. Procedowana w trybie niejawnym ustawa jest w deklaracjach Pekinu koniecznym środkiem do ustabilizowania sytuacji w regionie. Już pierwszego dnia obowiązywania wywołała ona jednak protesty, w czasie których zatrzymano co najmniej 370 osób. Część z nich ma odpowiadać za złamanie nowych regulacji.

Ustawa tworzy w HK bazę prawną pod budowę aparatu bezpieczeństwa działającego poza kontrolą sądową. Daje Pekinowi oraz podległej mu lokalnej administracji narzędzia do ograniczenia każdej aktywności politycznej i społecznej mieszkańców, która na podstawie importowanych z systemu prawnego ChRL norm i pojęć zostanie uznana przez władze za jeden z czterech deliktów: secesji, działalności wywrotowej, terroryzmu i działania w zmowie z obcymi siłami. Przepisy prawa obejmą również obcokrajowców, także poza granicami ChRL i HK.

Wprowadzenie ustawy z pominięciem lokalnej legislatywy oraz jej szeroki zakres i kontrowersyjne przepisy spotkały się ze sprzeciwem państw zachodnich, które uznają, że doszło do złamania zapisanej we wspólnej deklaracji brytyjsko-chińskiej z 1984 r. zasady „jeden kraj, dwa systemy” oraz zobowiązania Pekinu, że przez 50 lat od przejęcia regionu nie zostanie zmieniony panujący w nim porządek prawnoustrojowy. W reakcji Departament Stanu USA nałożył sankcje wizowe na chińskich decydentów powiązanych z wprowadzeniem ustawy. Departament Handlu z kolei odebrał HK specjalny status, który pozwalał traktować region jako odrębny od ChRL podmiot prawnomiędzynarodowy, zapowiedział także zakończenie niereglamentowanego eksportu technologii. Izba Reprezentantów przyjęła ustawę penalizującą banki za świadczenie usług dla chińskich funkcjonariuszy publicznych odpowiedzialnych za łamanie autonomii HK i praw człowieka na jego terytorium. Parlament Europejski już w połowie czerwca, kiedy ujawniono prace nad ustawą, wezwał państwa członkowskie do zaskarżenia ChRL do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości za złamanie wspólnej deklaracji. Ustawa została potępiona przez przedstawicieli UE, a przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała skoordynowaną odpowiedź państw członkowskich. Wielka Brytania uznała wprowadzenie ustawy za pogwałcenie wspólnej deklaracji i ogłosiła zmianę przepisów emigracyjnych, która umożliwi mieszkańcom Hongkongu osiedlanie się w Wielkiej Brytanii oraz otworzy ścieżkę do uzyskania obywatelstwa. Podobnie władze Tajwanu i Australii zapowiedziały ułatwienia emigracyjne dla Hongkończyków.

osw.waw.pl