sobota, 23 maja 2020


Naukowiec zwraca uwagę, że dla starszych pokoleń zapraszanie się do domów było czymś oczywistym. "Imieniny, święta, uroczystości rodzinne, odwiedziny w dni wolne od pracy... To wszystko były imprezy domowe" - wymienia.

Przypomina, że czasy PRL były czasami kultury niedoboru, stąd dom był wtedy niezwykle istotnym miejscem. "Knajp było wtedy znacznie mniej, a alkohol mógł się tam skończyć w każdej chwili. Tymczasem w domu, kiedy zapraszało się gości - był wszystkiego nadmiar, nie mogło niczego zabraknąć. Siedziało się do oporu, jadło i piło, nie oglądając się na zewnętrzny przaśny świat" - opowiada. Dodaje, że nie było też wtedy tak sporych różnic w tym, jak wyglądały mieszkania: umeblowanie nie zaskakiwało, wystrój wnętrz czy liczba sprzętów były przewidywalne, a dostępnych rozrywek było mniej. "Dospołeczność, otwarcie się na innych było wtedy oczywiste" - opowiada. I dodaje: "Tego świata już nie ma".

Jego zdaniem pokolenie milenialsów (to osoby urodzone w latach 80. i 90. XX wieku), które nie pamięta już tych czasów niedoboru, wyszło z domu. Te osoby chętniej niż ich rodzice spotykają się w knajpach, kawiarniach czy przestrzeni miast. "A dom to ich +macica+. To przestrzeń, do której niechętnie się zaprasza. To świat intymny, zazdrośnie strzeżony" - mówi.

Według naukowca w przestrzeni miejskiej pokolenie to czuje się o tyle dobrze, że "każdy może czuć się jak u siebie, a jednocześnie jest zwolniony z konieczności, aby się przejmować, czy wszystko dobrze wypadnie".

"Pokolenie milenialsów jest bardzo zróżnicowane, w większości jednak dysponuje małymi mieszkaniami. A jak ktoś ma kawalerkę czy pokój, to niekoniecznie jest to przestrzeń, którą chce się wypełniać jeszcze gośćmi" - mówi. Jak ocenia, to podejście może się zmieniać u osób, które dorobią się większych mieszkań, z których będą dumne. "Nie wykluczam, że wtedy wśród milenialsów modne stanie się prezentowanie swojego mieszkania, domu, pokazywanie swojego awansu społecznego. Tak dzieje się w społeczeństwach burżuazyjnych takich jak francuskie czy amerykańskie, gdzie dom jest istotnym wyznacznikiem statusu" - mówi.

Tymczasem przestrzeń miasta, kluby, parki czy bulwary, gdzie ludzie z młodszych pokoleń się spotykają, to miejsca gdzie każdy ma równy status. "Wszyscy czują się jednakowo - nie są do niczego zobligowani, niczego nie muszą pokazywać, niczego nie muszą się wstydzić" - opowiada.

bankier.pl

Wtedy często mówiono: „Fabryka Samochodów Omawianych”, nic nie umiecie robić, tylko o licencjach rozmawiacie. Nasz Ośrodek Badawczo-Rozwojowy wyprodukował kilkanaście prototypów, bardzo ciekawych. Ale żaden nie mógł wejść do produkcji, bo nikt nie miał pieniędzy, a dokładnie dolarów. Ja poleciłem temu ośrodkowi: „Panowie, macie jak najszybciej wytonować nowy prototyp samochodu średniolitrażowego”. I został wykonany samochód ze wszystkimi częściami, oryginalnymi, chyba ze trzy sztuki, do dzisiaj w muzeum motoryzacji można go oglądać. Mimo że takich prototypów się nie pokazywało, to ja go zawiozłem specjalnie pod Stadion Dziesięciolecia na wystawę motoryzacyjną. Dziennikarze pytali, dlaczego nie można go wyprodukować. A ja mówię, że tylko licencjodawca może dać kredyt w dolarach, pół miliarda. Podjąłem przegląd szesnastu firm, z każdą były rozmowy, ale trochę było też niechęci, bo wtedy myśmy nie rejestrowali „Solidarności” i niektórzy mówili: „My tym Polakom nie damy kredytu”. Takie polityczne problemy.

Na końcu stanęło na tym, że zamiast produkować własny samochód, wybieraliśmy między Japończykami z Daihatsu i Włochami, czyli Fiatem. Rząd popierał Fiata, a Jaruzelski koncepcję japońską, bo premier Japonii powiedział, że jak FSO podpisze z nimi kiedyś jakiś kontrakt, to będzie to łącznik Polski z Japonią, przyjdą do Polski nowe technologie. Była kiedyś wielka narada rządu z premierem Messnerem i jego zastępcami, i oczywiście generałem Jaruzelskim. Trwała od dziewiątej wieczorem do pierwszej w nocy. Ja opowiadałem się za koncepcją japońską. Wygrałem to i zaraz mi polecono, żebym wziął ministra i pojechał do Japonii, aby to sfinalizować. Jednak sprawa znowu zaczęła się wlec, ponieważ Klub Paryski postanowił uchwalić, żeby Polsce nie dawać żadnych kredytów w związku z nierejestrowaniem „Solidarności”. Jak byłem w Japonii, rozmawiałem z szefem Mitsui, to nie była firma od samochodów, ale od finansowania. Mówię: „Panie prezesie, dlaczego pan, który ma eksport na pewno większy niż cała Polska, robi problem z pół miliardem dolarów?”. Na to on odpowiedział: „Proszę pana, pan ma rację, nas jest na to stać, ale Klub Paryski zabronił”. „Ale wy nie jesteście w Klubie Paryskim”. „Tak, nie jesteśmy, jakbyśmy wyszli przed orkiestrę, toby nas tutaj zapluli. W związku z tym czekamy, żeby ktokolwiek dał Polsce mały kredycik. A wtedy my dajemy natychmiast”.

Jak Fiat zobaczył, że jest na straconej pozycji, to oświadczył nam, że daje nam licencję na Uno. Poza tym obiecali zgodę na eksport, poza rynkiem włoskim i dwoma rynkami, gdzie Fiat miał swoje montownie. Tylko eksport na Zachód pozwoliłby nam spłacić kredyt, który wynosił pół miliarda dolarów. Włosi widzieli, że oferta japońska jest bardzo ciekawa, i sami się zaczęli starać. Wpadli na genialny pomysł: my, Fiat, jesteśmy prywatną firmą i nas nie interesuje uchwała Klubu Paryskiego. Chyba 3 grudnia 1988 roku mieliśmy parafować kontrakt, ale wtedy ministrem przemysłu był Mieczysław Wilczek, który nie miał pojęcia o motoryzacji zupełnie, sam powiedział na konferencji: „Ja się na motoryzacji tyle znam, że wiem, jak się kluczyk wkłada do stacyjki” – więc ten facet na drugi dzień zerwał kontrakt. Włosi się obrazili, a ja złożyłem rezygnację.

Aleksandra Leyk Joanna Wawrzyniak - Cięcia. Mówiona historia transformacji

piątek, 22 maja 2020


- Czym jest korporacja w znaczeniu amerykańskim, czyli spółka kapitałowa?

Joel Bakan: Korporacja to konstrukt prawny, a właściwie pewien rodzaj prawnej fikcji. Korporacja nie jest dziełem Boga ani natury. Jest zestawem relacji, które zostały stworzone na gruncie prawnym i obwarowane odpowiednimi przepisami po to, aby gromadzić kapitał dla rozmaitych wielkich projektów industrializmu. Służy przede wszystkim do tego, by odseparować właścicieli od ich przedsięwzięcia biznesowego. Dzięki tej prawnej konstrukcji samo przedsięwzięcie biznesowe w magiczny sposób staje się „osobą” zdolną do posiadania praw i obowiązków, a więc taką, która może funkcjonować w systemie gospodarczym. Tym sposobem właściciele – czyli akcjonariusze – stają się nieistotni i znikają z punktu widzenia prawa, a tytuły prawne i odpowiedzialność za błędy przypadają samej korporacyjnej „osobie” (i czasem kadrze kierowniczej).

Innymi słowy, jedyne ryzyko dla akcjonariuszy polega na tym, że stracą pieniądze w wypadku spadku ceny akcji spółki. Nie można ich pozwać do sądu za żadne działania korporacji. Co więcej, żeby dodatkowo osłodzić inwestorom życie, prawo nakłada na prezesów i dyrektorów spółki obowiązek działania wyłącznie w najlepszym interesie akcjonariuszy – to znaczy najkorzystniejszym dla ich finansów.

Geniusz tego niezwykle korzystnego dla akcjonariuszy rozwiązania polegał na tym, że dla wielu ludzi (zwłaszcza z rodzącej się właśnie klasy średniej) stanowił silną zachętę do inwestowania w kapitalistyczne projekty. Głównym celem spółek akcyjnych miało być generowanie ogromnych zasobów kapitałowych potrzebnych do podejmowania przedsięwzięć na wielką skalę, które stały się możliwe dzięki industrializacji: uruchamiania i obsługi linii kolejowych, fabryk i tak dalej. Można powiedzieć, że korporacja w amerykańskim znaczeniu tego słowa była niegdyś instytucją crowdfundingową.

- A później?

Główna funkcja instytucjonalna spółki kapitałowej, czyli koncentrowanie kapitału tysięcy albo nawet milionów inwestorów w jednym przedsiębiorstwie, dawała korporacjom wielki potencjał na osiągnięcie ogromnych rozmiarów i zdobycie potężnej władzy. Początkowo ich władza była limitowana: korporacje mogły osiągnąć pewną wielkość maksymalną, nie wolno było im działać jednocześnie w wielu sektorach, musiały przestrzegać praw chroniących konkurencję i tak dalej. Ale wiek XX przyniósł stopniowe osłabianie i znoszenie tych ograniczeń. Teraz spółki mogą się łączyć i przejmować inne spółki, mogą stawać się coraz większe, coraz potężniejsze i prawie nic ich nie ogranicza. W korporacjach skoncentrował się gigantyczny kapitał i teraz to one zajmują dominującą pozycję nie tylko w gospodarce, ale także w sferze stosunków społecznych oraz politycznych.

Ich struktura nie jest demokratyczna, a jednocześnie prawo zobowiązuje korporacje, by każde ich działanie służyło interesom akcjonariuszy. Mamy więc wielkie, potężne instytucje, zbudowane w taki sposób, żeby realizowały własne interesy bez względu na konsekwencje i pokonywały przeszkody na drodze do celu (np. podatki czy inne państwowe przepisy) przy pomocy siły lub uników. Instytucje te wypracowują zyski dla anonimowych akcjonariuszy, których nie można pociągnąć do odpowiedzialności, i same nie odpowiadają w demokratyczny sposób przed nikim, kogo dotykają konsekwencje ich decyzji i działań – oprócz wspomnianych akcjonariuszy.

- Co się zmieniło przez te 15 lat, odkąd napisałeś książkę Korporacja?

Kilka rzeczy, które widać na pierwszy rzut oka. W czasach mojego pierwszego projektu nie istniały jeszcze wielkie korporacje z branży IT – a przynajmniej nie miały tak dominującej pozycji jak dziś. Istniał problem zmiany klimatu, ale ten kryzys nie nabrał jeszcze tak egzystencjalnego, bezpośredniego charakteru. Prawicowy populizm był wciąż tylko marginalnym zjawiskiem, globalizacja była w natarciu, a korporacje strategicznie zaczęły zmieniać swój wizerunek i zasady gry. Zmądrzały po antyglobalistycznych wystąpieniach na całym świecie. Obawiały się, że opinia publiczna traktuje je z coraz większą nieufnością, a ich rosnąca potęga zaczynała wywoływać niepokój.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy ukazała się moja pierwsza książka i oparty na niej film, korporacje zaczęły podejmować daleko idące zobowiązania. Mówiły o zrównoważonym rozwoju i o społecznej odpowiedzialności biznesu. Obiecywały zużywać mniej energii, redukować emisje, zwalczać ubóstwo na świecie, ratować miasta i tak dalej. Pojawiły się nowe hasła, takie jak „kapitalizm kreatywny”, „kapitalizm włączający”, „świadomy kapitalizm”, „kapitalizm społeczny”, „zielony kapitalizm” i tak dalej. Określenia te miały odzwierciedlać to, że kapitalizm korporacyjny podlegał przemianom, wskutek których stawał się bardziej świadomy społecznie i ekologicznie.

Główne przesłanie, niezależnie od retorycznego opakowania, było takie, że korporacje przeszły radykalne przeobrażenie: idee takie jak społeczna odpowiedzialność biznesu i zrównoważony rozwój – które wcześniej znajdowały się na obrzeżach pola zainteresowania spółek akcyjnych (tu trochę filantropii, tam trochę działań proekologicznych) – teraz stały się nieodzowną częścią etosu i zasad operacyjnych korporacji.

- Zmiana więc postępuje.

Tak, ale niekoniecznie na lepsze. Moją nową książkę opatrzyłem podtytułem: „Dobre” korporacje są złe dla demokracji. Dlaczego? Zacznijmy od tego, że mimo całej tej pięknej retoryki nowe spółki kapitałowe nie różnią się niczym od starych. Przepisy prawa o spółkach się nie zmieniły. Instytucjonalna struktura korporacji jest wciąż taka jak kiedyś. Zmienił się tylko dyskurs i część zachowań. Nowy etos wyraża się w koncepcji „doing well by doing good” (dobrze sobie radzić, czyniąc dobro), która wzywa do tego, by szukać synergii między zarabianiem pieniędzy a robieniem dobrych rzeczy dla społeczeństwa i środowiska – tak jakby między jednym a drugim nie było sprzeczności.

Korporacje głoszą teraz wszem i wobec, że starają się czynić dobro, ale znacznie rzadziej wspominają o tym, że mogą zrobić tylko tyle dobrych rzeczy, ile pomaga im się dobrze ustawić. Mimo szumnych zapewnień korporacje nigdy nie poświęcą interesów akcjonariuszy ani swoich własnych w imię czynienia dobra. Nie mogą tego zrobić. Istnieje bardzo ważna granica dla tego, ile dobrych rzeczy są gotowe dokonać. A w sytuacji, kiedy dobrych działań nie da się uzasadnić z punktu widzenia biznesowego, mają tylko jedno wyjście: pozostaje im czynić „zło”.

Inny problem – i tu dotykamy wspomnianej przeze mnie niedemokratyczności – jest taki, że korporacje wykorzystują swój nowy, „przyjazny” wizerunek jako argument w walce z przepisami regulującymi ich działalność. Skoro mogą się teraz same regulować, to przecież nie musi się nimi już interesować rząd. Ponadto przekonują, że potrafią lepiej od państwa zapewniać usługi publiczne, dostarczać wodę, prowadzić szkoły i więzienia, organizować system transportowy i tak dalej.

Szczególną przebiegłością wykazują się w kwestii klimatu. Już nie mogą w przekonujący sposób negować zmiany klimatu, więc mówią tak: „Dobrze, kryzys klimatyczny faktycznie istnieje, przyznajemy; ale teraz troszczymy się o przyszłość planety, przejmujemy stery, przygotowujemy rozwiązania, nie potrzebujemy państwowego nadzoru”.

(...)

- Korporacje wpływają nie tylko na środowisko. Mają coraz większą kontrolę i nad życiem nas samych, i nad demokracją.

Korporacje przejmują coraz większą bezpośrednią kontrolę nad pojedynczymi ludźmi za pośrednictwem technologii, co sprawia, że coraz trudniejsze – jeśli nie niemożliwe – staje się uregulowanie stosunków między spółkami a osobami prywatnymi za pomocą przepisów państwowych. Firmy ubezpieczeniowe mają pośrednią kontrolę nad ubezpieczanymi kierowcami, bo znają ich zwyczaje za kółkiem oraz stan zdrowia i od tego uzależniają wysokość składek. Z powodu tej pośredniej kontroli instytucjom demokratycznym, takim jak sądy i państwowe organy kontrolne, trudniej jest chronić prawa indywidualnych konsumentów. Natomiast kiedy platforma internetowa taka jak Uber wykorzystuje technologię, by w praktyce omijać stosunki pracy, czyli konstrukt prawny służący do zabezpieczania pracowników przed przeważającą pozycją ich pracodawców, to znacznie trudniejsze staje się chronienie pracowników.

Na demokrację wpływa także nasilenie dezinformacji, hejtu i prowokacyjnych wypowiedzi za pośrednictwem internetu i mediów społecznościowych. To także wiąże się z modelami biznesowymi wielkich firm z branży technologicznej. Firma taka jak Facebook robi najlepsze interesy wtedy, kiedy użytkownicy platformy bardziej i częściej się angażują. Więcej znaczy lepiej, a kwestie prawdy, interesu publicznego albo demokracji są po prostu nieistotne.

Patrząc na to z jeszcze szerszej perspektywy: fala prawicowego autorytaryzmu, który zdobywa władzę za pomocą demokratycznych procesów wyborczych, to w dużej mierze reakcja na 40 lat neoliberalnych decyzji politycznych, które niszczyły miejsca pracy i zabezpieczenia socjalne – a więc życie pojedynczych ludzi oraz całych wspólnot. Pionierami tej neoliberalnej polityki były i są wielkie korporacje, które wykorzystywały swoje zasoby do lobbingu, finansowania kampanii wyborczych, przenoszenia operacji w inne miejsce świata w odpowiedzi na regulacje lub samą zapowiedź wprowadzenia nowych regulacji, zwlekały z zapłatą podatków albo unikały opodatkowania itp.

Liderzy „nowego” ruchu korporacyjnego – te same firmy, które zapewniają nas o tym, że troszczą się o społeczną odpowiedzialność i o zrównoważony rozwój – były w pierwszym szeregu tamtych kampanii. Żadna korporacja nie powiedziała nigdy: „wartości społeczne i środowisko są bardzo ważne, więc wprowadźmy wyższe podatki i mocniejsze państwowe regulacje, żeby je chronić”. Wręcz przeciwnie.

Teraz korporacje grają swoją rzekomo nową osobowością, by odpierać presję demokracji. Twierdzą, jak już wspomniałem, że będą się kontrolować same, więc nie trzeba ich utrzymywać w ryzach przy pomocy środków prawnych. Głoszą ponadto, że to one, a nie instytucje publiczne, powinny dbać o zabezpieczenia socjalne obywateli. To niezła kombinacja dwóch ciosów. Najpierw zażarcie walczyły o to, by całkowicie pozbawić władze możliwości rozwiązywania problemów społecznych i środowiskowych, a teraz wkraczają, żeby powiedzieć, że mogą podjąć się zadania, którego władze (z powodu wcześniejszych wysiłków korporacji) nie potrafią wykonać.

Skutek jest taki, że w naszym życiu (jako pojedynczych obywateli i członków społeczeństwa) coraz mniejszy udział mają decyzje władz, a większy – decyzje korporacji. To oznacza osłabienie demokracji.

krytykapolityczna.pl

środa, 20 maja 2020


W drugiej połowie lat 70. XX wieku spowolnienie gospodarcze i rosnąca inflacja zaczęły wskazywać ograniczenia keynesowskiego kompromisu. Na skutek kryzysu naftowego z 1973 roku ucierpiała gospodarka, zmniejszyły się zyski, a powojenny układ zaczął się chwiać. Wobec kryzysu fiskalnego rządząca w Wielkiej Brytanii Partia Pracy musiała posłużyć się siłą państwa, by zdyscyplinować klasy pracujące, co doprowadziło do rosnącego niezadowolenia. W połowie lat 70. powojenny model socjaldemokratyczny miał już poważne kłopoty i zaczynał doznawać „kryzysu legitymizacji”.

Czynniki ekonomiczne nie wystarczą jednak, by w pełni uchwycić naturę kryzysu modelu socjaldemokratycznego. Musimy wziąć pod uwagę również inne, a zwłaszcza pojawienie się w latach 60. XX wieku tego, co nazwano „nowymi ruchami społecznymi”. Pojęcia tego używano wówczas, odnosząc się do bardzo różnorodnych walk – miejskich, ekologicznych, antyautorytarnych, antyinstytucjonalnych, feministycznych, antyrasistowskich, etnicznych, regionalnych i walk mniejszości seksualnych. Polityczna polaryzacja utworzona wokół tych nowych żądań demokratycznych, razem z falą wojowniczych działań związków zawodowych, wywołała reakcję konserwatystów, którzy twierdzili, że namnożenie się walk o równość doprowadziło społeczeństwa zachodnie na skraj „równościowej przepaści”.

Gdy po 1973 roku pojawiła się recesja gospodarcza, prawica postanowiła, że nadszedł czas, by zatrzymać ekspansję demokratycznej wyobraźni. Zamierzała sprzeciwić się ruchom równościowym i odblokować zyski trzymane w ryzach dzięki sile związków zawodowych. W raporcie dla Komisji Trójstronnej w 1975 roku Samuel Huntington twierdził, że walki z lat 60. o większą równość i uczestnictwo doprowadziły do „demokratycznego przyspieszenia”, które sprawiło, że społeczeństwem „nie da się rządzić”. Dochodził do wniosku, że „potęga demokratycznych ideałów stanowi problem dla zdolności rządzenia w demokracji”.

(...)

Celem Margaret Thatcher, gdy została w 1979 roku premierem, było złamanie powojennego konsensusu między laburzystami i torysami, który, jak twierdziła, tkwił u źródeł stagnacji w Wielkiej Brytanii. W przeciwieństwie do Partii Pracy doskonale zdawała sobie sprawę ze stronniczego charakteru polityki i tego, jak ważna jest walka hegemoniczna. Miała jednoznacznie populistyczną strategię. Polegała ona na zaznaczeniu politycznego podziału na, z jednej strony, „siły establishmentu”, utożsamiane z opresyjnym aparatem biurokratycznym państwa, związkami zawodowymi i tymi, którzy korzystali z zasiłków, a z drugiej strony na przedsiębiorczy „lud”, który padł ofiarą różnych biurokratycznych sił i ich rozmaitych sojuszników.

Jej głównym wrogiem były związki zawodowe – postanowiła zniszczyć ich siłę. Postawiła na silną konfrontację z Narodowym Związkiem Zawodowym Górników pod przywództwem Arthura Scargilla, którego nazwała „wewnętrznym wrogiem”. Punktem zwrotnym na drodze Thatcher był strajk górników (1984–1985), najbardziej gorzki konflikt w przemyśle w historii Wielkiej Brytanii. Zakończył się on definitywnym zwycięstwem rządu, który znalazł się na pozycji pozwalającej narzucić swoje warunki osłabionemu związkowi zawodowemu i skonsolidować swój liberalny program gospodarczy.

W chwili, gdy pojawiły się rysy na powojennym konsensusie keynesowskim, Margaret Thatcher zaczęła działać, by siłą podważyć status quo. Budując podział polityczny, zdołała doprowadzić do wycofania kluczowych elementów socjaldemokratycznej hegemonii i do ustanowienia nowego hegemonicznego porządku opartego na zgodzie ludu. Politycy laburzystowscy, ze swoimi esencjalistycznymi poglądami na politykę, nie byli w stanie tego zrozumieć. Zamiast zaplanować kontrhegemoniczną ofensywę, wierzyli, że to wzrost bezrobocia i pogorszenie warunków życia robotników wkrótce z powrotem przyniesie im władzę. Biernie wyczekiwali pogorszenia warunków gospodarczych, co miało zadziałać na ich korzyść, i nie zdawali sobie sprawy z tego, że w międzyczasie Thatcher umacniała swoją neoliberalną rewolucję.

Stuart Hall, analizując strategię hegemoniczną, którą nazwał „thatcheryzmem” i zdefiniował jako „populizm autorytarny”, zauważył, że „thatcherowski populizm łączy w sobie wyraźne wątki organicznego toryzmu – naród, rodzinę, obowiązek, autorytet, normy, tradycjonalizm – z agresywnymi wątkami odrodzonego neoliberalizmu: interesem własnym, opartym na współzawodnictwie indywidualizmem i antypaństwowością”.

Sukces Thatcher we wprowadzaniu polityki neoliberalnej w Wielkiej Brytanii był możliwy dzięki temu, że szefowa rządu potrafiła wykorzystać różne formy oporu przeciw kolektywistycznemu i biurokratycznemu sposobowi realizowania państwa dobrobytu. Thatcher udało się zdobyć dla swojego neoliberalnego projektu wsparcie wielu grup społecznych, ponieważ przyciągała je do niej pochwała osobistej wolności i obietnica uwolnienia od opresyjnej władzy państwa. Taki dyskurs znajdował poparcie nawet wśród beneficjentów interwencji państwa, bo nie znosili oni mozolnej biurokracji, z którą często wiązała się redystrybucja zasiłków. Przeciwstawiając interesy niektórych kategorii robotników interesom feministek i imigrantów, których obwiniała o kradzież miejsc pracy, zdołała zdobyć poparcie istotnych grup klasy robotniczej.

Atakując hegemonię socjaldemokratyczną, Margaret Thatcher działała na kilku frontach – gospodarczym, politycznym i ideologicznym – by za pomocą dyskursu zrekonfigurować obowiązującą dotąd świadomość „zdroworozsądkową” i w ten sposób zwalczyć w niej wartości socjaldemokratyczne. Głównym celem było zerwanie więzi, jaka została ustanowiona między liberalizmem i demokracją, dzięki której, jak twierdził C. B. Macpherson, liberalizm został „zdemokratyzowany”.

Friedrich Hayek, ulubiony filozof Thatcher, twierdził, że należy zapewnić możliwość funkcjonowania „prawdziwej” natury liberalizmu jako doktryny, która dąży do ograniczenia władzy państwa do minimum, aby zmaksymalizować wolność jednostki, będącą głównym celem politycznym. Pojęcie to zdefiniował przez negację jako „sytuację ludzi, w której przymus jednych wobec innych jest ograniczony tak dalece, jak to jest możliwe w społeczeństwie”.

Kolejnym ruchem w jego strategii ideologicznej było głoszenie nowego znaczenia „demokracji”, podporządkowującego ją „wolności”. Według Hayeka idea demokracji jest wtórna wobec idei indywidualnej wolności, tak że obrona wolności gospodarczej i własności prywatnej zajmuje miejsce obrony równości jako uprzywilejowanej wartości w społeczeństwie liberalnym. Dla niego „demokracja jest w swej istocie środkiem, użytecznym narzędziem zabezpieczenia pokoju wewnętrznego i wolności indywidualnej”. Był głęboko przekonany, że gdyby doszło do konfliktu między demokracją a wolnością, wolność powinna zostać uznana za ważniejszą, a demokrację należałoby poświęcić. W późniejszych latach przeszedł wręcz na skrajną pozycję, sugerując potrzebę zniesienia demokracji.

Posługując się dyskursem przeciwstawiającym dobrych, odpowiedzialnych „podatników” biurokratycznym elitom, które ograniczają wolność tych pierwszych za pomocą nadużywania władzy państwa, Thatcher zdołała skonsolidować historyczny blok wokół swej neoliberalnej wizji i dogłębnie zmienić konfigurację sił społecznych i gospodarczych. Jednak w pewnym momencie jej polityka zaczęła być postrzegana przez torysów jako zbyt konfliktowa i po wygraniu trzech kolejnych wyborów, gdy wprowadzenie podatku pogłównego w 1989 roku doprowadziło do wybuchu zamieszek, w 1990 roku zmusili ją do ustąpienia ze stanowiska.

Do tego czasu Margaret Thatcher wzmocniła swą neoliberalną rewolucję. Gdy premier opuściła rząd, jej wizja była już tak głęboko zakorzeniona w powszechnym pojmowaniu, że Partia Pracy, wracając z Tonym Blairem w 1997 roku do władzy, nawet nie próbowała podważyć neoliberalnej hegemonii. Było tak, jak pokazał Hall – w dyskursie Nowej Partii Pracy odnaleźć można wszystkie kluczowe figury dyskursu thatcherowskiego: „«podatnika» (ciężko pracującego, nadmiernie opodatkowanego, bo finansuje «pasożyta» na zasiłkach) oraz «klientkę» (szczęśliwą niepracującą żonę dysponującą «wolnością» radowania się ograniczonym wyborem na rynku, dla której to zaprojektowano «agendę wyboru» i spersonalizowaną dostawę). Nikt nie myśli o tym, że każde z nich może być również obywatelem, który potrzebuje usług publicznych lub nie może się bez nich obejść”.

Nic dziwnego, że Margaret Thatcher, zapytana po latach o swój największy sukces, odpowiedziała: „Tony Blair i Nowa Partia Pracy. Zmusiliśmy naszych przeciwników do zmiany zdania”.

Chantal Mouffe - W obronie lewicowego populizmu

Od kiedy RWE powróciło do dzisiejszych członków Unii, jego obecność najbardziej dała się odczuć w Bułgarii. Organizacja Reporterzy bez Granic ostrzega, że "korupcja i niejawne powiązania mediów z politykami i oligarchami jest tam powszechna", a "dziennikarstwo to niebezpieczny zawód".

W pierwszym roku działalności bułgarska rozgłośnia pod nazwą Swobodna Ewropa – nadała szereg reportaży o ważnych politykach, którzy uzyskali mieszkania po niskiej cenie. To dziennikarskie śledztwo doprowadziło do dymisji szeregu wysokich rangą urzędników z ministrem sprawiedliwości na czele.

Swobodna Ewropa zdołała dotrzeć do prawie 10 proc. cyfrowej populacji kraju, co według danych rozgłośni oznacza, że miała 3,6 mln unikalnych użytkowników. Bułgaria ma 7 mln mieszkańców.

– Sytuacja w Bułgarii jest naprawdę ciężka. Kiedy Wolna Europa robi swoje śledztwo, w większości wypadków inne niezależne media idą tym tropem – mówi Rossen Bossew, reporter tygodnika Capital. – Inni bułgarscy dziennikarze byli nieraz obiektem ataków i oszczerstw więc powiązanie z amerykańskim rządem oznacza, że są lepiej chronieni od nas.

Sam Bossew został skazany w zeszłym roku za zniesławienie i złożył skargę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Radio Wolna Europa intensywnie relacjonowało jego proces dzięki czemu, jak sądzi, sprawa stała się głośna.

Rząd Bułgarii twierdzi jednak, że kraj spełnia standardy wolności mediów.

"Rząd Bułgarii respektuje pracę mediów w kraju i docenia ich rolę w doskonaleniu pracy administracji. Premier Bojko Borysow stwierdził, że z zadowoleniem wita wznowienie działalności cenionej rozgłośni w Bułgarii. Zdaniem premiera obecność Radia Wolna Europa to kolejna oznaka dobrej współpracy bułgarsko-amerykańskiej we wszystkich dziedzinach", głosi oświadczenie rządu, w którym dodano, że premier spotkał się z dyrektorem Fly w zeszłym roku.

onet.pl

Zacznijmy celną obserwacją Marcina Celińskiego: oto Człowiek Roku Gazety Polskiej 2007 aresztował Człowieka Roku Gazety Polskiej 2009, pracując pod nadzorem Człowieka Roku Gazety Polskiej 2016, 2017, 2018. Czyli Mariusz Kamiński z rządu Morawieckiego aresztował agenta Tomka. Jednocześnie CBA rządzone przez PiS dokonało przeszukania gabinetu niedawnego ministra PiS, za co niedawny minister PiS wszczął kontrolę NIK-u u obecnego ministra z PIS.

Jak CBA wchodzi do Banasia, to Banaś z NIK-u wchodzi do prokuratury.

krytykapolityczna.pl

wtorek, 19 maja 2020


Nie ulega wątpliwości, że postmarksistowska klasa pracująca, która nie wierzy już ani w swoją przodującą rolę, ani w antykapitalistyczną rewolucję, nie widzi uzasadnienia dla internacjonalizmu. Podział na lewicę i prawicę, dawniej strukturalnie fundamentalny dla europejskiego modelu polityki demokratycznej, stracił swoją moc odzwierciedlania zróżnicowania społecznego. Jak wyjaśnia David Goodhart, były redaktor naczelny czasopisma „Prospect”:

Dawne zróżnicowanie interesów klasowych i ekonomicznych nie zniknęło, ale z czasem przykryte zostało zróżnicowaniem obszerniejszym – między ludźmi, którzy postrzegają świat Skądkolwiek, oraz tymi, którzy oglądają go Skądś. Ludzie typu „skądkolwiek” dominują dziś w kulturze i społeczeństwie. […] Ich elastyczne tożsamości „nabyte”, ukierunkowane na sukces, edukację i karierę, sprawiają, że na ogół z łatwością i pewnością siebie odnajdują się oni w nowych miejscach czy wśród nowych ludzi. Ludzie z kategorii „skądś” są z definicji silniej zakorzenieni, a ich tożsamości są im zwykle „przypisane” – np. szkocki rolnik, geordie [mieszkaniec Newcastle – przyp. red.] z klasy robotniczej, kornwalijska gospodyni domowa – na podstawie przynależności do grup i miejsc, co sprawia, że często gorzej reagują oni na gwałtowne zmiany.

Konflikty między ludźmi Skądkolwiek a tymi Skądś, między globalistami a natywistami oraz społeczeństwami otwartymi i zamkniętymi zaczęły oddziaływać na kształt wyborczych tożsamości politycznych silniej niż dawna przynależność klasowa. Spośród licznych map wyborczych publikowanych po ostatnich wyborach w USA jedna szczególnie dobrze obrazuje problem, pokazując, że choć Trumplandia obejmuje około osiemdziesięciu pięciu procent powierzchni kraju, obywatele żyjący w Clintonlandii stanowią w przybliżeniu pięćdziesiąt cztery procent całej ludności. Jeśli wyobrazimy sobie te dwie strefy jako odrębne państwa, natychmiast zdamy sobie sprawę, że złożona z rejonów przybrzeżnych i obszarów zurbanizowanych Clintonlandia kojarzy się z XIX-wieczną Wielką Brytanią, podczas gdy Trumplandia przypomina raczej eurazjatyckie masy lądowe rządzone przez Rosję i Niemcy. Polityczna walka Clinton i Trumpa była zmaganiem potęgi morskiej z siłą lądową; ludzi, którzy myślą w kategoriach przestrzeni, z tymi, których myśleniu właściwe są kategorie miejsca. Te nowe linie podziału tłumaczą sromotną klęskę tradycyjnych partii socjaldemokratycznych poniesioną pomimo gigantycznego wzrostu nastrojów antykapitalistycznych, postępującego zwłaszcza wśród przedstawicieli młodego pokolenia. Zanik nastawionej internacjonalistycznie klasy pracującej sygnalizuje zaś poważne przegrupowanie w polityce europejskiej.

Iwan Krastew - Co po Europie

Socjolożka, profesor Małgorzata Jacyno powiedziała mi kiedyś, że 500 plus „coś w rodzaju powszechnej rekompensaty za porzucenie obywateli przez państwo”. Jeżeli kosztem tego świadczenia jest upadek instytucji publicznych, to ono nam się nie opłaca. Załóżmy, że mamy dzieci w szkole i ta szkoła źle uczy, bo jest niedofinansowana, bo ma mało nauczycieli i przepełnione klasy, to jesteśmy stratni z miesiąca na miesiąc, bo musimy posłać dzieci na korepetycje lub do szkoły prywatnej. I to jest nasz realny koszt, znacznie przewyższający niż to, co dostajemy od państwa. To samo z prywatną opieką zdrowotną, z której korzystamy, jeśli państwowa nie zapewnia wystarczającego poziomu usług – ocenia.

Może przyjść taki moment, w którym obywatelom 500 plus nie wystarczy i nie zrobi na nich wrażenia 600 plus ani nawet 1000 plus, bo zapragną wyższej jakości obsługi przez państwo. I to może być przełom. Musimy sobie uświadomić, że obecna polityka PiS nie buduje solidarności społecznej i nie wyrównuje szans. Prowadzi do czegoś co nazywam drugą falą prywatyzacji, czyli ucieczki ludzi od usług publicznych na rynek prywatny. A na tym prywatnym rynku kto sobie najlepiej poradzi? Przecież nie ci najbiedniejsi, dla których 500 plus jest ważnym zastrzykiem gotówki. Tylko bogaci, dla których to jest tylko jakiś dodatek – informował w rozmowie z Onetem autor wstępu do raportu Kultury Liberalnej o państwie dobrobytu. 

/W 2025 roku zobaczymy materializację tej polityki - powszechna służba zdrowia mimo ogromnych nakładów nie funkcjonuje dobrze - wyższe płace nie oznaczają lepszej obsługi pacjentów - a sektor prywatny przejmuje część zadań, ale tylko w kryterium dochodowym, przypadki ciężkie i beznadziejne są "zrzucane" na NFZ. - red./

dziennik.pl

niedziela, 17 maja 2020


Ekspert przypomina, że jeśli chodzi o Polskę, możemy też się zastanawiać, jakie są długotrwałe konsekwencje kryzysu lat 80. i późniejszej transformacji ustrojowej. – Chodzi tu głównie o ograniczony dostęp do dobrej jakości pożywienia – tłumaczy. – Deficyty w tym zakresie są szczególnie ważne w kilku kluczowych okresach życia człowieka. Pierwszy taki moment występuje już w czasie rozwoju płodowego, w II trymestrze ciąży. Jeśli pożywienie matki jest słabej jakości, jego składniki są przez organizm płodu „inwestowane” w układ nerwowy czy krwionośny, ale inne narządy czy układy słabiej się rozwijają. Wiemy z badań, że dzieci niedożywione w tym okresie płodowym zdecydowanie częściej chorują na choroby różnych narządów traktowanych przez organizm jako „mniej ważne”. Organizm bowiem tak się buduje, by przede wszystkim zdążyć spłodzić dzieci i je odchować, wystarczy mu zatem, że dożyje pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki. Następną grupą szczególnie narażoną na konsekwencje deficytów w dostępie do jakościowego pożywienia są chłopcy w wieku 13-14 lat, czyli wtedy, gdy dorastają i zmieniają się w mężczyzn. W przypadku kobiet takim krytycznym okresem jest ciąża. Brak dostępu do dobrej żywności wywołuje u nich poważne problemy zdrowotne, np. z zębami – zbyt mało wapnia w diecie powoduje, że jest on wypłukiwany z kości matki, by trafić do dziecka. Możemy więc się spodziewać gorszego stanu zdrowia – niż moglibyśmy tego oczekiwać – u osób, które urodziły się w latach 80., u mężczyzn, którzy byli wtedy nastolatkami, i u kobiet, które rodziły wtedy dzieci.

onet.pl

Jak uprzedza prof. Szukalski, sugerowane przez niego przyczyny spadków należy uznać najwyżej za możliwe. Dlaczego? – Zacznijmy od tego, że GUS z dużym opóźnieniem podaje statystyki dotyczące przyczyn zgonów. Najaktualniejsze dane pochodzą z 2017 r. – wyjaśnia. – Co gorsza, te statystyki są mało wiarygodne i mocno odbiegają od rzeczywistości, WHO od jakichś sześciu-siedmiu lat już nawet nie publikuje polskich danych na ten temat. Nie mamy koronerów, toteż niewielka część zgonów w Polsce kończy się sekcją zwłok. Lekarze, nie mając wyjścia, wpisują w dokumentach przyczynę zgonu zgodnie z tym, co im się wydaje. Stąd wielka dyskusja w Polsce o finansowaniu koronerów przez Ministerstwo Zdrowia, by pozyskać wiarygodne dane o przyczynach śmierci. Teraz wnioskujemy na podstawie przeszłości, i to nie do końca pewnej. Co więcej, w statystykach podawana jest z reguły ostateczna przyczyna zgonu. Jeśli jednak mamy 60-latka, który umarł na grypę, to trzeba sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście tak było. Najczęściej przecież osoby starsze mają już np. chorobę serca lub cierpią na inne schorzenia, które obniżyły ich odporność.

Swoją listę braków i zaniedbań w polskim systemie, jeśli chodzi o diagnozy, dorzuca prof. Piotr Jankowski, kardiolog: – Wielka szkoda, że nie realizowaliśmy dotąd regularnie ogólnopolskich badań oceniających występowanie najczęstszych chorób. Nie mamy także systemu regularnego monitorowania skuteczności ich leczenia. W konsekwencji zagrożenia zdrowotne ze strony poszczególnych chorób możemy jedynie szacować. Na przykład liczba udarów mózgu według różnych źródeł wynosi od 60 tys. do nawet 100 tys., a liczba zawałów serca 70-90 tys. rocznie. Nie możemy też wiarygodnie oceniać trendów w epidemiologii poszczególnych chorób. Pewnym wyjątkiem, choć niedoskonałym, są choroby nowotworowe. Dopiero teraz NFZ wdraża mechanizmy, które może pozwolą w przyszłości stwierdzić, czy zwiększa się częstotliwość zachorowań na daną jednostkę chorobową. Dodatkowo na liczbę zgonów spowodowanych przez daną chorobę, np. przez nadciśnienie tętnicze, wpływa nie tylko skuteczność leczenia, ale również jej rozpowszechnienie, a to z kolei zależy przede wszystkim od stylu życia społeczeństwa, w mniejszym zaś stopniu od czynników środowiskowych (np. jakości powietrza, którym oddychamy, bądź promieniowania) i genetycznych. Wpływ ma też stopniowe starzenie się społeczeństwa.

onet.pl

piątek, 15 maja 2020


Sakralizacja sowieckiego zwycięstwa nad nazizmem stanowi centralny element rosyjskiej polityki historycznej i jeden z wątków w ofensywie ideologicznej obliczonej na legitymizację współczesnych ambicji mocarstwowych Rosji. Mesjanistyczny mit zbawienia świata od absolutnego zła ma wybielać bądź unieważniać ciemne karty historii Związku Sowieckiego oraz legitymizować wszystkie późniejsze wojny, łącznie z interwencjami wojskowymi na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Afganistanie, aż do udziału we współczesnych konfliktach – agresji przeciwko Ukrainie i interwencji w Syrii. Zgodnie ze współczesną, neosowiecką wykładnią wszystkie one miały charakter defensywny i były uzasadnione zewnętrznym kontekstem. Faktyczna apoteoza ładu jałtańskiego i usprawiedliwianie przemocy w polityce międzynarodowej mają służyć realizacji współczesnych interesów strategicznych Moskwy, do których należą przede wszystkim hegemonia na obszarze posowieckim i przebudowa europejskiej architektury bezpieczeństwa.

(...)

Ugruntowanie się rosyjskiej polityki historycznej w obecnym kształcie nastąpiło podczas trzeciej kadencji prezydenckiej Władimira Putina. Rozpoczęła się ona w cieniu kilkumiesięcznych protestów politycznych w Moskwie (odczytanych przez Kreml jako efekt spisku zachodnich wywiadów) i spowalniającego wzrostu gospodarczego, po których nadeszły kolejne wyzwania: ukraińska rewolucja godności (przełom lat 2013–2014), zinterpretowana przez Kreml jako zagrożenie dla Putinowskiego reżimu; sankcje unijne i amerykańskie wymierzone w Rosję, wprowadzone w reakcji na jej agresję zbrojną przeciwko Ukrainie; kryzys finansowo-gospodarczy lat 2014–2016; wreszcie prognozy wieloletniej stagnacji gospodarczej i nasilające się od 2018 r. nastroje niezadowolenia i protestu wśród ubożejącej ludności.

(...)

Najważniejszym czynnikiem mającym wpływ na myślenie kremlowskich decydentów o polityce zagranicznej i dobór jej instrumentów jest dotychczas nieprzezwyciężony kompleks niepełnowartościowości, będący efektem „bólów fantomowych” po rozpadzie imperium sowieckiego. Z uwagi na interesy reżimu autorytarnego i problemy z konstruowaniem rosyjskiej tożsamości narodowej („idei narodowej”) elita rządząca w epoce Putina podjęła decyzję, by zaczerpnąć z gotowych wzorców i powrócić do tradycyjnej – zrozumiałej i nośnej społecznie – tożsamości międzynarodowej Rosji jako mocarstwa. W tym celu wykorzystuje się politykę historyczną wprost nawiązującą do sowieckiej matrycy postrzegania historii Rosji, z wyraźnym rysem antyzachodnim. Ma ona oddziaływać dwukierunkowo: legitymizować agresywną politykę zagraniczną w rosyjskim społeczeństwie oraz uzasadniać mocarstwowe ambicje w oczach społeczności międzynarodowej. Odwołania sowieckie zostały wybrane z kilku względów. Po pierwsze, z uwagi na bliskość chronologiczną ZSRR i jego status supermocarstwa. Po drugie, ze względu na możliwość czerpania z gotowego zasobu symbolicznego, wciąż bliskiego wielu Rosjanom. Po trzecie, taki wybór odpowiadał interesom i mentalności kluczowych beneficjentów putinizmu – byłych funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych, ukształtowanych w warunkach zimnowojennej konfrontacji z Zachodem.

(...)

W mitologii wojennej konstruowanej na użytek współczesnej polityki zagranicznej na pierwszy plan wysuwa się sakralizacja zwycięstwa, które otwarło ZSRR drogę do statusu supermocarstwa. Elementem tego uświęconego mitu jest silna nuta mesjanizmu. Związek Sowiecki ukazuje się jako państwo, które wypełniło szczególną misję zbawienia świata od absolutnego zła. Jak stwierdził jeden z czołowych rosyjskich oficjeli, „Europa istnieje dzisiaj dzięki temu, że sowieccy żołnierze i oficerowie za cenę własnego życia umożliwili jej rozwój”. Utrata przez ZSRR ponad 20 milionów obywateli podczas wojny ma zdezawuować twierdzenia ościennych państw, że padły one w XX wieku ofiarą jego imperialnych ambicji. Język dyskursu historycznego odsyła do sfery religijnej: jakiekolwiek dyskusje podważające „kanoniczną” wersję wydarzeń są nazywane „bluźnierczymi”. Próby „rewizji roli Rosji w historii” zostały określone w Strategii bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku jako wywierające negatywny wpływ na bezpieczeństwo kulturowe państwa, a w roku 2014 wprowadzono sankcję karną (łącznie z karą pozbawienia wolności) za „celowe, publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o działaniach ZSRR podczas drugiej wojny światowej”.

(...)

W rosyjskiej narracji wyzwolenie to jedyne, co sowieckie wojska przyniosły ościennym państwom w latach 1944–1945. Moskwa od lat protestuje przeciwko rzekomemu „zakłamywaniu historii” przez sąsiadów, niegodzących się na triumfalistyczną retorykę „wyzwolenia”. Szczególne oburzenie Rosji wywołuje desowietyzacja przestrzeni symbolicznej, w tym kwestia usuwania lub przenoszenia pomników ku czci „żołnierzy-wyzwolicieli” – oficjalnie podkreślana jest waga kultywowania pamięci o nich jako sprawy o znaczeniu nie tylko moralnym, lecz także politycznym. Przykłady działań dezinformacyjnych w tej sferze to: histeria medialna wokół polskiej ustawy z 2016 r. zakazującej propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego, przedstawianej w Rosji jako akt „niewdzięczności”, mający rzekomo na celu legalizację profanacji miejsc pochówku żołnierzy sowieckich; antyczeska kampania w rosyjskich mediach w związku z planami demontażu pomnika i tablicy pamiątkowej ku czci marszałka Koniewa; wreszcie inspirowane przez Rosję zamieszki w Tallinie i potężny atak cybernetyczny na Estonię po usunięciu w 2007 r. pomnika „żołnierzy-wyzwolicieli” z centrum stolicy.

osw.waw.pl