wtorek, 19 maja 2020
Nie ulega wątpliwości, że postmarksistowska klasa pracująca, która nie wierzy już ani w swoją przodującą rolę, ani w antykapitalistyczną rewolucję, nie widzi uzasadnienia dla internacjonalizmu. Podział na lewicę i prawicę, dawniej strukturalnie fundamentalny dla europejskiego modelu polityki demokratycznej, stracił swoją moc odzwierciedlania zróżnicowania społecznego. Jak wyjaśnia David Goodhart, były redaktor naczelny czasopisma „Prospect”:
Dawne zróżnicowanie interesów klasowych i ekonomicznych nie zniknęło, ale z czasem przykryte zostało zróżnicowaniem obszerniejszym – między ludźmi, którzy postrzegają świat Skądkolwiek, oraz tymi, którzy oglądają go Skądś. Ludzie typu „skądkolwiek” dominują dziś w kulturze i społeczeństwie. […] Ich elastyczne tożsamości „nabyte”, ukierunkowane na sukces, edukację i karierę, sprawiają, że na ogół z łatwością i pewnością siebie odnajdują się oni w nowych miejscach czy wśród nowych ludzi. Ludzie z kategorii „skądś” są z definicji silniej zakorzenieni, a ich tożsamości są im zwykle „przypisane” – np. szkocki rolnik, geordie [mieszkaniec Newcastle – przyp. red.] z klasy robotniczej, kornwalijska gospodyni domowa – na podstawie przynależności do grup i miejsc, co sprawia, że często gorzej reagują oni na gwałtowne zmiany.
Konflikty między ludźmi Skądkolwiek a tymi Skądś, między globalistami a natywistami oraz społeczeństwami otwartymi i zamkniętymi zaczęły oddziaływać na kształt wyborczych tożsamości politycznych silniej niż dawna przynależność klasowa. Spośród licznych map wyborczych publikowanych po ostatnich wyborach w USA jedna szczególnie dobrze obrazuje problem, pokazując, że choć Trumplandia obejmuje około osiemdziesięciu pięciu procent powierzchni kraju, obywatele żyjący w Clintonlandii stanowią w przybliżeniu pięćdziesiąt cztery procent całej ludności. Jeśli wyobrazimy sobie te dwie strefy jako odrębne państwa, natychmiast zdamy sobie sprawę, że złożona z rejonów przybrzeżnych i obszarów zurbanizowanych Clintonlandia kojarzy się z XIX-wieczną Wielką Brytanią, podczas gdy Trumplandia przypomina raczej eurazjatyckie masy lądowe rządzone przez Rosję i Niemcy. Polityczna walka Clinton i Trumpa była zmaganiem potęgi morskiej z siłą lądową; ludzi, którzy myślą w kategoriach przestrzeni, z tymi, których myśleniu właściwe są kategorie miejsca. Te nowe linie podziału tłumaczą sromotną klęskę tradycyjnych partii socjaldemokratycznych poniesioną pomimo gigantycznego wzrostu nastrojów antykapitalistycznych, postępującego zwłaszcza wśród przedstawicieli młodego pokolenia. Zanik nastawionej internacjonalistycznie klasy pracującej sygnalizuje zaś poważne przegrupowanie w polityce europejskiej.
Iwan Krastew - Co po Europie
Socjolożka, profesor Małgorzata Jacyno powiedziała mi kiedyś, że 500 plus „coś w rodzaju powszechnej rekompensaty za porzucenie obywateli przez państwo”. Jeżeli kosztem tego świadczenia jest upadek instytucji publicznych, to ono nam się nie opłaca. Załóżmy, że mamy dzieci w szkole i ta szkoła źle uczy, bo jest niedofinansowana, bo ma mało nauczycieli i przepełnione klasy, to jesteśmy stratni z miesiąca na miesiąc, bo musimy posłać dzieci na korepetycje lub do szkoły prywatnej. I to jest nasz realny koszt, znacznie przewyższający niż to, co dostajemy od państwa. To samo z prywatną opieką zdrowotną, z której korzystamy, jeśli państwowa nie zapewnia wystarczającego poziomu usług – ocenia.
Może przyjść taki moment, w którym obywatelom 500 plus nie wystarczy i nie zrobi na nich wrażenia 600 plus ani nawet 1000 plus, bo zapragną wyższej jakości obsługi przez państwo. I to może być przełom. Musimy sobie uświadomić, że obecna polityka PiS nie buduje solidarności społecznej i nie wyrównuje szans. Prowadzi do czegoś co nazywam drugą falą prywatyzacji, czyli ucieczki ludzi od usług publicznych na rynek prywatny. A na tym prywatnym rynku kto sobie najlepiej poradzi? Przecież nie ci najbiedniejsi, dla których 500 plus jest ważnym zastrzykiem gotówki. Tylko bogaci, dla których to jest tylko jakiś dodatek – informował w rozmowie z Onetem autor wstępu do raportu Kultury Liberalnej o państwie dobrobytu.
/W 2025 roku zobaczymy materializację tej polityki - powszechna służba zdrowia mimo ogromnych nakładów nie funkcjonuje dobrze - wyższe płace nie oznaczają lepszej obsługi pacjentów - a sektor prywatny przejmuje część zadań, ale tylko w kryterium dochodowym, przypadki ciężkie i beznadziejne są "zrzucane" na NFZ. - red./
dziennik.pl
dziennik.pl
niedziela, 17 maja 2020
Ekspert przypomina, że jeśli chodzi o Polskę, możemy też się zastanawiać, jakie są długotrwałe konsekwencje kryzysu lat 80. i późniejszej transformacji ustrojowej. – Chodzi tu głównie o ograniczony dostęp do dobrej jakości pożywienia – tłumaczy. – Deficyty w tym zakresie są szczególnie ważne w kilku kluczowych okresach życia człowieka. Pierwszy taki moment występuje już w czasie rozwoju płodowego, w II trymestrze ciąży. Jeśli pożywienie matki jest słabej jakości, jego składniki są przez organizm płodu „inwestowane” w układ nerwowy czy krwionośny, ale inne narządy czy układy słabiej się rozwijają. Wiemy z badań, że dzieci niedożywione w tym okresie płodowym zdecydowanie częściej chorują na choroby różnych narządów traktowanych przez organizm jako „mniej ważne”. Organizm bowiem tak się buduje, by przede wszystkim zdążyć spłodzić dzieci i je odchować, wystarczy mu zatem, że dożyje pięćdziesiątki czy sześćdziesiątki. Następną grupą szczególnie narażoną na konsekwencje deficytów w dostępie do jakościowego pożywienia są chłopcy w wieku 13-14 lat, czyli wtedy, gdy dorastają i zmieniają się w mężczyzn. W przypadku kobiet takim krytycznym okresem jest ciąża. Brak dostępu do dobrej żywności wywołuje u nich poważne problemy zdrowotne, np. z zębami – zbyt mało wapnia w diecie powoduje, że jest on wypłukiwany z kości matki, by trafić do dziecka. Możemy więc się spodziewać gorszego stanu zdrowia – niż moglibyśmy tego oczekiwać – u osób, które urodziły się w latach 80., u mężczyzn, którzy byli wtedy nastolatkami, i u kobiet, które rodziły wtedy dzieci.
onet.pl
Jak uprzedza prof. Szukalski, sugerowane przez niego przyczyny spadków należy uznać najwyżej za możliwe. Dlaczego? – Zacznijmy od tego, że GUS z dużym opóźnieniem podaje statystyki dotyczące przyczyn zgonów. Najaktualniejsze dane pochodzą z 2017 r. – wyjaśnia. – Co gorsza, te statystyki są mało wiarygodne i mocno odbiegają od rzeczywistości, WHO od jakichś sześciu-siedmiu lat już nawet nie publikuje polskich danych na ten temat. Nie mamy koronerów, toteż niewielka część zgonów w Polsce kończy się sekcją zwłok. Lekarze, nie mając wyjścia, wpisują w dokumentach przyczynę zgonu zgodnie z tym, co im się wydaje. Stąd wielka dyskusja w Polsce o finansowaniu koronerów przez Ministerstwo Zdrowia, by pozyskać wiarygodne dane o przyczynach śmierci. Teraz wnioskujemy na podstawie przeszłości, i to nie do końca pewnej. Co więcej, w statystykach podawana jest z reguły ostateczna przyczyna zgonu. Jeśli jednak mamy 60-latka, który umarł na grypę, to trzeba sobie zadać pytanie, czy rzeczywiście tak było. Najczęściej przecież osoby starsze mają już np. chorobę serca lub cierpią na inne schorzenia, które obniżyły ich odporność.
Swoją listę braków i zaniedbań w polskim systemie, jeśli chodzi o diagnozy, dorzuca prof. Piotr Jankowski, kardiolog: – Wielka szkoda, że nie realizowaliśmy dotąd regularnie ogólnopolskich badań oceniających występowanie najczęstszych chorób. Nie mamy także systemu regularnego monitorowania skuteczności ich leczenia. W konsekwencji zagrożenia zdrowotne ze strony poszczególnych chorób możemy jedynie szacować. Na przykład liczba udarów mózgu według różnych źródeł wynosi od 60 tys. do nawet 100 tys., a liczba zawałów serca 70-90 tys. rocznie. Nie możemy też wiarygodnie oceniać trendów w epidemiologii poszczególnych chorób. Pewnym wyjątkiem, choć niedoskonałym, są choroby nowotworowe. Dopiero teraz NFZ wdraża mechanizmy, które może pozwolą w przyszłości stwierdzić, czy zwiększa się częstotliwość zachorowań na daną jednostkę chorobową. Dodatkowo na liczbę zgonów spowodowanych przez daną chorobę, np. przez nadciśnienie tętnicze, wpływa nie tylko skuteczność leczenia, ale również jej rozpowszechnienie, a to z kolei zależy przede wszystkim od stylu życia społeczeństwa, w mniejszym zaś stopniu od czynników środowiskowych (np. jakości powietrza, którym oddychamy, bądź promieniowania) i genetycznych. Wpływ ma też stopniowe starzenie się społeczeństwa.
onet.pl
piątek, 15 maja 2020
Sakralizacja sowieckiego zwycięstwa nad nazizmem stanowi centralny element rosyjskiej polityki historycznej i jeden z wątków w ofensywie ideologicznej obliczonej na legitymizację współczesnych ambicji mocarstwowych Rosji. Mesjanistyczny mit zbawienia świata od absolutnego zła ma wybielać bądź unieważniać ciemne karty historii Związku Sowieckiego oraz legitymizować wszystkie późniejsze wojny, łącznie z interwencjami wojskowymi na Węgrzech, w Czechosłowacji czy Afganistanie, aż do udziału we współczesnych konfliktach – agresji przeciwko Ukrainie i interwencji w Syrii. Zgodnie ze współczesną, neosowiecką wykładnią wszystkie one miały charakter defensywny i były uzasadnione zewnętrznym kontekstem. Faktyczna apoteoza ładu jałtańskiego i usprawiedliwianie przemocy w polityce międzynarodowej mają służyć realizacji współczesnych interesów strategicznych Moskwy, do których należą przede wszystkim hegemonia na obszarze posowieckim i przebudowa europejskiej architektury bezpieczeństwa.
(...)
Ugruntowanie się rosyjskiej polityki historycznej w obecnym kształcie nastąpiło podczas trzeciej kadencji prezydenckiej Władimira Putina. Rozpoczęła się ona w cieniu kilkumiesięcznych protestów politycznych w Moskwie (odczytanych przez Kreml jako efekt spisku zachodnich wywiadów) i spowalniającego wzrostu gospodarczego, po których nadeszły kolejne wyzwania: ukraińska rewolucja godności (przełom lat 2013–2014), zinterpretowana przez Kreml jako zagrożenie dla Putinowskiego reżimu; sankcje unijne i amerykańskie wymierzone w Rosję, wprowadzone w reakcji na jej agresję zbrojną przeciwko Ukrainie; kryzys finansowo-gospodarczy lat 2014–2016; wreszcie prognozy wieloletniej stagnacji gospodarczej i nasilające się od 2018 r. nastroje niezadowolenia i protestu wśród ubożejącej ludności.
(...)
Najważniejszym czynnikiem mającym wpływ na myślenie kremlowskich decydentów o polityce zagranicznej i dobór jej instrumentów jest dotychczas nieprzezwyciężony kompleks niepełnowartościowości, będący efektem „bólów fantomowych” po rozpadzie imperium sowieckiego. Z uwagi na interesy reżimu autorytarnego i problemy z konstruowaniem rosyjskiej tożsamości narodowej („idei narodowej”) elita rządząca w epoce Putina podjęła decyzję, by zaczerpnąć z gotowych wzorców i powrócić do tradycyjnej – zrozumiałej i nośnej społecznie – tożsamości międzynarodowej Rosji jako mocarstwa. W tym celu wykorzystuje się politykę historyczną wprost nawiązującą do sowieckiej matrycy postrzegania historii Rosji, z wyraźnym rysem antyzachodnim. Ma ona oddziaływać dwukierunkowo: legitymizować agresywną politykę zagraniczną w rosyjskim społeczeństwie oraz uzasadniać mocarstwowe ambicje w oczach społeczności międzynarodowej. Odwołania sowieckie zostały wybrane z kilku względów. Po pierwsze, z uwagi na bliskość chronologiczną ZSRR i jego status supermocarstwa. Po drugie, ze względu na możliwość czerpania z gotowego zasobu symbolicznego, wciąż bliskiego wielu Rosjanom. Po trzecie, taki wybór odpowiadał interesom i mentalności kluczowych beneficjentów putinizmu – byłych funkcjonariuszy sowieckich służb specjalnych, ukształtowanych w warunkach zimnowojennej konfrontacji z Zachodem.
(...)
W mitologii wojennej konstruowanej na użytek współczesnej polityki zagranicznej na pierwszy plan wysuwa się sakralizacja zwycięstwa, które otwarło ZSRR drogę do statusu supermocarstwa. Elementem tego uświęconego mitu jest silna nuta mesjanizmu. Związek Sowiecki ukazuje się jako państwo, które wypełniło szczególną misję zbawienia świata od absolutnego zła. Jak stwierdził jeden z czołowych rosyjskich oficjeli, „Europa istnieje dzisiaj dzięki temu, że sowieccy żołnierze i oficerowie za cenę własnego życia umożliwili jej rozwój”. Utrata przez ZSRR ponad 20 milionów obywateli podczas wojny ma zdezawuować twierdzenia ościennych państw, że padły one w XX wieku ofiarą jego imperialnych ambicji. Język dyskursu historycznego odsyła do sfery religijnej: jakiekolwiek dyskusje podważające „kanoniczną” wersję wydarzeń są nazywane „bluźnierczymi”. Próby „rewizji roli Rosji w historii” zostały określone w Strategii bezpieczeństwa narodowego Federacji Rosyjskiej do 2020 roku jako wywierające negatywny wpływ na bezpieczeństwo kulturowe państwa, a w roku 2014 wprowadzono sankcję karną (łącznie z karą pozbawienia wolności) za „celowe, publiczne rozpowszechnianie fałszywych informacji o działaniach ZSRR podczas drugiej wojny światowej”.
(...)
W rosyjskiej narracji wyzwolenie to jedyne, co sowieckie wojska przyniosły ościennym państwom w latach 1944–1945. Moskwa od lat protestuje przeciwko rzekomemu „zakłamywaniu historii” przez sąsiadów, niegodzących się na triumfalistyczną retorykę „wyzwolenia”. Szczególne oburzenie Rosji wywołuje desowietyzacja przestrzeni symbolicznej, w tym kwestia usuwania lub przenoszenia pomników ku czci „żołnierzy-wyzwolicieli” – oficjalnie podkreślana jest waga kultywowania pamięci o nich jako sprawy o znaczeniu nie tylko moralnym, lecz także politycznym. Przykłady działań dezinformacyjnych w tej sferze to: histeria medialna wokół polskiej ustawy z 2016 r. zakazującej propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego, przedstawianej w Rosji jako akt „niewdzięczności”, mający rzekomo na celu legalizację profanacji miejsc pochówku żołnierzy sowieckich; antyczeska kampania w rosyjskich mediach w związku z planami demontażu pomnika i tablicy pamiątkowej ku czci marszałka Koniewa; wreszcie inspirowane przez Rosję zamieszki w Tallinie i potężny atak cybernetyczny na Estonię po usunięciu w 2007 r. pomnika „żołnierzy-wyzwolicieli” z centrum stolicy.
osw.waw.pl
Aleksander Łukaszenko rządzi już ponad 25 lat i staje się z wolna - ze swoją sowiecką retoryką - anachroniczny. Anachroniczny nie jest jednak model władzy, którą sprawuje. Łukaszenko jest bowiem dyktatorem doskonałym, który zbudował bardzo sprawną administrację i bardzo sprawne, a zarazem bezwzględnie mu podporządkowane służby specjalne. Służby te są zapewne w jakimś stopniu zinfiltrowane przez Rosjan, ale aresztowanie i natychmiastowa degradacja byłego szefa osobistej ochrony Aleksandra Łukaszenki, którego formalnie oskarżono o korupcję, ale który - jak się nieoficjalnie mówi - miał zostać złapany na szpiegostwie na rzecz Rosji, świadczy o tym, że wbrew pozorom obalenie białoruskiego prezydenta wcale nie jest czymś – nawet dla Rosji – prostym do przeprowadzenia.
Warto w tym miejscu pamiętać, że zarówno w służbach, jak i w białoruskiej administracji dominują dobrze wykształceni 40-50 latkowie, którzy są też w zdecydowanej większości białoruskimi patriotami.
Aleksander Łukaszenko w przeciwieństwie do Władimira Putina - który co prawda niczym Iwan Groźny ograniczył władzę oligarchów (bojarów) - nie dopuścił do stworzenia na Białorusi systemu oligarchicznego czy to w rosyjskim, czy też w ukraińskim wydaniu. O ile władza w Rosji rozgrywana jest w trójkącie car (Władimir Putin) - bojarzy (oligarchowie) – oprycznicy (służby specjalne) z ewentualną, lecz nieznaczną i tylko okazjonalną rolą narodu, to już w wypadku Białorusi ojciec narodu (Baćka) jest równocześnie carem, bojarem i - gdy trzeba - oprycznikiem (a jako ojciec narodu jest również i głosem narodu).
Prezydent Białorusi, w odróżnieniu od prezydenta Rosji, ma władzę absolutną. Jeśli dodać do tego, że jest też silny fizycznie, hołduje swoiście pojmowanemu modelowi macho, ma charyzmę i czuje się twórcą Białorusi, łatwo zrozumieć, że Aleksander Łukaszenko igrzysk Władimirowi Putinowi dać nijak nie chce.
Aleksander Łukaszenko ma jednak problem, a polega on na tym, że zawarł ze społeczeństwem ten sam kontrakt, co i Władimir Putin ze swoim narodem, z tą jedynie różnicą, że o ile Władimirowi Władimirowiczowi kontrakt finansował Gazprom, to już Aleksandrowi Grigoriewiczowi analogiczny kontrakt finansował – z dochodów Gazpromu rzecz jasna – Władimir Władimirowicz. Władimir Władimirowicz pieniędzy zaś Aleksandrowi Grigoriewiczowi dać nijak nie chce. W każdym razie nie - jak do tej pory - w zamian za obietnice bez pokrycia.
onet.pl
W 1956 r., kiedy rozpoczyna się akcja drugiej serii "The Crown", Elżbieta i Filip zaczynają sobie nie na żarty skakać do oczu. Powodem awantur jest spór o nazwisko. Elżbieta, za radą premiera Winstona Churchilla, odmawia włączenia do nazwy dynastii nazwiska męża, Mountbatten. Nie będą go nosić także dzieci pary królewskiej. Być może młodziutka królowa zaczyna podejrzewać okrutną intrygę. Być może już rozumie, dlaczego Filip zwrócił na nią uwagę, gdy była dziewczynką, a potem pojął za żonę. Kryzys jest tak poważny, że Pałac Buckingham wydaje wówczas oficjalne oświadczenie, że... żadnego kryzysu nie ma. Potwierdza się stara dziennikarska zasada, by nie wierzyć w informacje, które nie zostały zdementowane.
Elżbieta ulega też w połowie lat 50. pod naciskiem establishmentu w innej kluczowej kwestii. Książę Filip, poza kurtuazyjnymi tytułami, nie otrzymuje żadnej konstytucyjnej funkcji umożliwiającej mu współrządzenie krajem (taki tytuł miał książę Albert, mąż królowej Wiktorii). Nawet jego program modernizacji zmurszałych dworskich obyczajów i pałacowych urządzeń rodem z XIX wieku (takich jak centrale telefoniczne i ogrzewanie) napotyka na opór, którego nie stara się za bardzo przezwyciężyć jego żona, młoda, ale bardzo tradycyjna. Filip traci też własny świat - nie może służyć w ukochanej marynarce. W ramach buntu każe więc przebudować swoją pałacową pracownię na wzór kajuty kapitana okrętu wojennego. Najchętniej zaś ucieka na zamorskie wyprawy.
Od czasu koronacji w 1953 r. Elżbieta robi wrażenie osoby nad wiek poważnej, natchnionej niemal boską misją monarszą. Im bardziej odsuwa się od niej mąż, tym bardziej ona zaczyna zamykać się w służbie państwu. Rozwód jest od początku wykluczony - rozsadziłby monarchię, której poprzysięgła ojcu pilnować.
"Czy jestem tu tylko amebą?" - w domyśle: czy mam tu tylko płodzić dzieci? Filip wybucha i wyprowadza się demonstracyjnie na stałe do osobnej sypialni. To słynne zdanie księcia powtarzają wszyscy biografowie. Pokazuje ono, jak źle miały się sprawy w królewskim małżeństwie. "Evening Standard" zaś zamieszcza notkę o zamówieniu złożonym w sklepie meblowym: pojedyncze wygodne łóżko do komnaty w zamku Windsor. Nie byłaby to informacja istotna, gdyby nie osoba zamawiającego. Jest nim książę Filip. Tak oto w nader zakamuflowany sposób gazeta sugeruje kryzys małżeństwa Elżbiety i Filipa. Zagraniczne media nie muszą owijać w bawełnę. "Londyn żyje plotkami o rozłamie w królewskim stadle" - pisze w tytule "The Baltimore Sun".
W 1956 r. książę znika na cztery miesiące, aby otworzyć Letnie Igrzyska Olimpijskie w Melbourne, w Australii. Nie zapomina "przy okazji" odwiedzić Gambii, wysp Galapagos i Falklandów. Podczas tej wyprawy, pokazanej w "The Crown", razem z kumplem Michaelem Parkerem strzela do krokodyli, tańczy całe noce i zaprasza na pokład grupy pięknych kobiet. Tłumaczono potem oficjalnie, że to panie maszynistki. Jednak, jak skomentował to zjadliwie ktoś z otoczenia Filipa, "nie był to ten typ kobiet, które znałyby się na maszynopisaniu". Żona Parkera wkrótce się z nim rozwodzi. Pod naciskiem Elżbiety i establishmentu kumpel z wojska musi się usunąć w cień.
Ale Filip nadal ucieka od chłodu pałaców i własnej żony. Odbywa tak wiele podróży, że po zakończeniu kolejnej jedna z gazet pozwala sobie na uszczypliwy tytuł: "Książę Filip wizytuje Anglię". Elżbieta i Filip już wówczas potrafią nie widywać się tygodniami. Nie jedzą razem posiłków.
gazeta.pl
środa, 13 maja 2020
Grzegorz Sroczyński: - "Unia jest w kryzysie egzystencjalnym" - to cytat z przemówienia szefa Komisji Europejskiej Jean-Claude Junckera. "Muszę przyznać, że pierwszy raz odkąd zajmuję się polityką europejską, czyli od 30 lat, mam poczucie, że Unia może się rozpaść" - to z kolei cytat z wiceszefa KE Fransa Timmermansa. Również Tusk miał alarmistyczne wypowiedzi na temat kondycji Unii. Kiwasz głową?
Piotr Buras: Bo jest źle, nie ma co ukrywać. Tyle że nie chodzi o jakiś kryzys instytucji unijnych, biurokracji, która rzekomo działa beznadziejnie, co nam się w kółko wmawia. Ten "kryzys egzystencjalny" nie jest kryzysem struktur unijnych, jego przyczyny leżą na zewnątrz: chodzi o stan kapitalizmu, eksplozję nierówności, polaryzację społeczeństw i katastrofę klimatyczną. W gigantycznym kryzysie są przede wszystkim państwa narodowe. Unia jest tylko formą współpracy państw, bardzo wyrafinowaną i niezwykle skuteczną, ale jeśli państwa borykają się z nierozwiązanymi problemami, to trudno się spodziewać, żeby całość była w dużo lepszym stanie.
- Tylko wytłumacz mi jedną rzecz: te mocne cytaty pochodzą z 2016 roku i nie są to głosy zatroskanych publicystów, tylko unijnego trzonu decyzyjnego. Ludzi, którzy mogą działać. Tymczasem mijają trzy lata i nic się nie dzieje. Dlaczego?
Przesadzasz. Owszem, niewiele się dzieje w kilku ważnych sprawach: reformy strefy euro albo zbudowania zdolności całej Unii do wspólnego postawienia się Chinom czy USA. Ale jest też masa działań. Spójrz na politykę konkurencji, która napędza stracha wielkim gigantom technologicznym. Albo na najnowszy plan Zielonego Nowego Ładu, który uruchomi całą machinę regulacyjną Unii i masę pieniędzy, żeby budować bezemisyjną gospodarkę.
- Wszystko za mało i za późno.
Bo nie zmagamy się obecnie z problemami, które mogą rozwiązać unijni biurokraci - usiądą, walną się w piersi: zawaliliśmy, i wszystko zmienią. To nie są problemy technokratyczne, tylko polityczne. Podam ci prosty przykład. Efekty globalizacji w krajach zachodniej Europy są coraz częściej krytykowane: delokalizacja przedsiębiorstw, konkurencja tanich pracowników z Europy Środkowo-Wschodniej, co powoduje spadek stawek na Zachodzie w wielu zawodach, a to z kolei wywołuje presję na polityków, żeby chronili rynki pracy na przykład we Francji. Jeden z ważniejszych sporów w Unii, bardzo toksyczny, dotyczy pracowników delegowanych i sfery socjalnej. Czy ma obowiązywać płaca minimalna na poziomie całej Unii, oczywiście zróżnicowana w zależności od zamożności kraju, ale jednak ustalana odgórnie w Brukseli? Takie rozwiązanie oznaczałoby prawdopodobnie, że pracownicy z Polski, Rumunii czy Bułgarii byliby mniej konkurencyjni, niż teraz, ale za to na Zachodzie w wielu zawodach mogłoby to zatrzymać wyścig płac do dna.
Z jednej strony mamy tych, którzy nadal uważają, że liberalizacja i wspólny rynek im służą, a z drugiej tych, którzy tracą i mają poważne wątpliwości. I jak rozwiążesz taki konflikt? Możesz mieć super sprawne instytucje w Brukseli, ale one z tym sobie nie poradzą.
- Bo to spór między francuskim czy niemieckim kierowcą TIR-a a polskim kierowcą TIR-a?
Tak. Tamci są wkurzeni, bo spadają im płace, a my zadowoleni, bo mamy już 30 proc. europejskiego rynku przewozów. W tym sporze uczestniczą pracownicy na Zachodzie, którzy tracą, firmy na Wschodzie, które zyskują, a także obywatele, którzy płacą mniej za przesyłki, bo kuriera z Polski można zatrudnić za połowę stawki. I ciężko się porozumieć, bo to nawet nie są konflikty między krajami - powiedzmy między Polską a Francją - te konflikty rozgrywają się wewnątrz krajów pomiędzy różnymi grupami zawodowymi i klasami społecznymi.
Ten przykład pokazuje, że kryzys Unii - polegający na narastaniu blokujących głębsze zmiany konfliktów - jest odbiciem czegoś dużo bardziej fundamentalnego, co można nazwać kryzysem globalizacji.
gazeta.pl
- Zielona Góra była PRL-owskim talent show. Występowali tam amatorzy, którzy zostali dostrzeżeni przez instruktora w domu kultury albo przez nauczycielkę rosyjskiego. Przechodzili przez sito eliminacji. Na koniec występowali na dużej scenie. Festiwal pokazywała telewizja i oglądała go cała Polska. Zwycięzcy dostawali nie tylko samowar, ale i wycieczkę do bratnich krajów. Normalnie Idol czy Mam talent, tylko pół wieku temu.
Parę osób spośród tych, które wystąpiły w Zielonej Górze, zrobiło karierę. Dzisiaj, zapewne dlatego, że prościej znaleźć dla festiwalu w Zielonej Górze współczesne punkty odniesienia, właśnie owe talent shows, łatwiej jest artystom tłumaczyć się z udziału w tamtym festiwalu. Wtedy to była droga kariery dla amatora. Z Festiwalem Piosenki Żołnierskiej jest większy kłopot. Ciężko to porównać z jakąś imprezą współczesną, więc trudno tę imprezę oswoić.
Jedna z piosenkarek bardzo mnie prosiła, żebym nie wspominał, że wystąpiła w Kołobrzegu. Obiecała, że opowie mi o Zielonej Górze wszystko , ale o Kołobrzegu mam nie pisać.
- Te dwa festiwale funkcjonowały w kalendarzu obok Opola i Sopotu.
To była „wielka czwórka”. Najwcześniej, na początku czerwca, odbywał się festiwal w Zielonej Górze. Rozpoczynał sezon wakacyjno-urlopowy i jako najmniej spektakularny szedł na początek. Potem było Opole. W lipcu Kołobrzeg, który gromadził na widowni wczasowiczów, którzy zjechali nad polskie morze. No a Sopot w sierpniu był zwieńczeniem sezonu jako festiwal międzynarodowy, z zagranicznymi gwiazdami.
(...)
- W książce przywołujesz cytat z Kundery: „Braterstwo wszystkich ludzi świata można zbudować na kiczu”. Po latach można by uznać, że ten kicz, który wylewa się ze scen festiwali, jest rzeczywiście wstydliwy. Ale to nie estetyka jest wstydliwa, a polityka.
Dziś polityczny kicz się zmienił. Są nim żołnierze wyklęci. W kicz zmieniło się powstanie warszawskie, o którym niewiele wtedy się mówiło. Na festiwalach nie wspominano o powstaniu w getcie warszawskim, bo to by burzyło ówczesną kiczowatą wizję dziejów. Kicz polityczny jest sposobem zmagania się z historią i jej złożonością.
- Z czym mamy wieczne problemy.
O festiwalu w Kołobrzegu wydał też książkę IPN. Jak się otwiera pierwszą stronę, to trafia się na napis: „Instytut Pamięci Narodowej, Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu”. Myślę sobie, chwilę, zachowajmy proporcje. Występ w Zielonej Górze czy Kołobrzegu był zbrodnią na narodzie? To, że zaśpiewałeś piosenkę Ałły Pugaczowej po rosyjsku?
- A dziś śpiewasz w telewizyjnym talent show piosenkę amerykańską…
…i nikt nie myśli o tym jak o zdradzie narodowej.
- Czy poddaństwie politycznym…
…i praniu mózgu. Chciałem przełamać czarno-białą wersję historii, a kultura popularna, wbrew pozorom, daje taką możliwość. Rozrywka w łatwy sposób przemyca różne treści, także propagandowe, ale jest też po prostu rozrywką, czymś, co ma nieść radość, pozwalać na chwilę relaksu. Interesowało mnie zbadanie tej ambiwalencji.
- Ty mówisz o przełamaniu czarno-białej historii PRL, a mnie to przypomina odzyskiwanie biografii, które widziałam podczas pracy w Ursusie czy na Żeraniu. Czarno-biała opowieść o PRL sprawia, że wszystko, co się wtedy robiło w oficjalnym obiegu, było niemalże kolaborowaniem z reżimem. Czy to występ na scenie amatorskiego festiwalu piosenki radzieckiej, czy składanie traktorów w Ursusie albo samochodów w fabryce na Żeraniu. A przecież w Ursusie robiono bardzo dobre traktory. Tyle że dziś, po latach, pracujący tam ludzie nie mogą być z tego dumni, nie mogą pokazać wnukom miejsca, gdzie pracowali, bo zakładu nie ma. A w ogóle „za komuny” wszyscy się obijali, wszystko było złe i badziewne. Ci ludzie stracili część biografii. Stracili ją robotnicy i stracili ją amatorzy śpiewający rosyjskie piosenki w Zielonej Górze.
To się wzmaga. Język dzisiejszej propagandy politycznej jeszcze mocniej każe określić się po którejś ze stron i jeszcze bardziej maluje historię w czerni i bieli. Nie docenia się opowieści mikro, naszego życia po prostu. Codzienne życie gwiazd to są występy, trasy koncertowe. W tamtych czasach były to głównie wyjazdy na Wschód, do Związku Radzieckiego i innych krajów „bloku”. Po ’89 roku odcięliśmy się od Wschodu, a Zachód tak od razu nas nie chciał. Artyści stracili na tej transformacji, przynajmniej część z nich.
krytykapolityczna.pl
Po przejęciu 1 lipca 1997 r. suwerenności nad Hongkongiem Pekin, poza cofnięciem demokratycznych reform przeprowadzonych przez władze brytyjskie po roku 1984, kiedy podpisano Wspólną Deklarację dotyczącą zwrotu regionu, zachował de facto kolonialną strukturę zarządzania tym terytorium, co miało realizować zasadę „jeden kraj, dwa systemy”. W efekcie zarządzanie Hongkongiem pozostawiono w ręku lokalnych urzędników oraz oligarchów (tzw. tycoonów), kontrolujących gospodarkę regionu. Pozwolono nawet na działanie organizacji przestępczych (tzw. triad) operujących pod fasadą stowarzyszeń religijnych (jedynie pod warunkiem, że nie będą one prowadzić działalności w ChRL, zwłaszcza przemycać tam narkotyków). Jednocześnie utrzymano cały szereg liberalnych elementów dawnego systemu: wolność prasy (ograniczoną akcją wykupywania przez propekiński biznes niezależnych tytułów i księgarni), częściowo wolne wybory niektórych przedstawicieli (władze jednak często odmawiają rejestracji opozycyjnych kandydatów) i rządy prawa (wypaczone politycznymi nominacjami sędziów). Paradoksalnie, mimo zmiany pozycji międzynarodowej ChRL czy poszerzenia globalnych ambicji, władze w Pekinie nie potrafią znaleźć skutecznego narzędzia zarządzania tak ważnym dla gospodarki, ale odmiennym od reszty Chin regionem jak Hongkong bez zniszczenia jego instytucji, co doprowadziło do paraliżu politycznego i sprowokowało kryzys.
Hongkong odgrywa dla ChRL nieproporcjonalnie dużą rolę gospodarczą w relacji do wielkości swojego PKB, które nominalnie stanowi jedynie 2,7% PKB Chin (w 1997 r. było to 18,4%). Jednak autonomiczny status i umiejscowienie w międzynarodowym systemie finansowym daje mu prawo negocjowania własnych porozumień handlowych i inwestycyjnych, dzięki czemu np. nie jest objęty podwyższonymi amerykańskimi taryfami celnymi. Swoboda inwestycji powoduje, że jest to główny kanał napływu oraz wyprowadzania kapitału z ChRL. Od 1998 r. jedna trzecia (829 mld USD) obligacji dewizowych przedsiębiorstw z Chin było wyemitowanych w Hongkongu. Tutaj miało także miejsce trzy czwarte (362 mld USD) zagranicznych pierwszych ofert publicznych (IPO) chińskich przedsiębiorstw. Status Hongkongu otwiera również zagranicznemu kapitałowi możliwość zakupu przez lokalnych pośredników akcji chińskich przedsiębiorstw na giełdach w ChRL, a program „Bond Connect” umożliwił zakup przez zagranicznych inwestorów chińskich obligacji na sumę 2 bilionów RMB (ok. 280,2 mld USD). Tylko w ubiegłym roku chińskie firmy były w stanie zebrać globalnie kapitał wartości 64,2 mld USD – z tego na rynku krajowym ok. 19,7 mld USD, a w Hongkongu 35 mld USD. Z kolei państwowe banki z kontynentu zainwestowały w regionie do 2018 r. ok. 1,1 biliona USD (ok. 9% PKB ChRL). Hongkong ma też własną walutę – dolara hongkońskiego. Specjalny status umożliwia mu także import produktów i technologii podwójnego, cywilno-wojskowego przeznaczenia, na których eksport do ChRL od 1989 r. obowiązuje embargo w USA i UE. Mimo wieloletnich prób Szanghajowi nie udało się przejąć tej wyjątkowej roli. Utrata specjalnego statusu przez Hongkong, wynikającego z włączenia w globalne rynki, miałaby katastrofalne skutki dla gospodarki ChRL, które w dużym stopniu ograniczyłyby możliwości działania Pekinu.
Zachowaniu przez Chiny kolonialnych struktur zarządzania w Hongkongu towarzyszyła erozja funkcjonującego w ich ramach systemu konsultacji społecznych, które przestały przekazywać informacje o nastrojach i postulatach mieszkańców. Wskutek tego władze regionalne i Pekin straciły zdolność rozpoznania nadchodzącego kryzysu, w samym Hongkongu zaś generowało to napięcia. W 2001 r. zaproponowano reformę programów szkolnych pod hasłem „moralnej i obywatelskiej edukacji”, pod którym, zdaniem opozycji demokratycznej, kryły się program komunistycznej i nacjonalistycznej indoktrynacji oraz chęć uczynienia dialektu mandaryńskiego językiem wykładowym w miejsce dominującego w Hongkongu kantońskiego. W czasie protestów przeciw tym zmianom przebudzenia politycznego doświadczyło pokolenie, które stoi za dzisiejszymi wystąpieniami. Ostatecznie z „reformy” zrezygnowano w 2011 r. Sytuacja polityczna uległa dalszemu pogorszeniu po dojściu do władzy w ChRL w 2012 r. obecnego kierownictwa KPCh z Xi Jinpingiem na czele. W 2013 r. wycofano się z zawartej w Prawie Podstawowym (art. 45) obietnicy wprowadzenia bezpośrednich wyborów Szefa Egzekutywy (obecnie wybierany przez kolegium kontrolowane przez Pekin) oraz wyborów całości Rady Legislacyjnej w głosowaniu powszechnym (obecnie połowa członków jest wybierana bezpośrednio). Wywołało to w 2014 r. protest, w ramach którego domagano się demokratyzacji politycznej (tzw. rewolucja parasolek). Został on po kilku miesiącach stłumiony, ale nie rozwiązano podstaw politycznych i ekonomicznych rosnącego niezadowolenia w regionie. Od tamtej pory ma miejsce także proces stopniowego ograniczania autonomii Hongkongu, a lokalne władze straciły wszelką samodzielność w podejmowaniu kluczowych dla regionu decyzji, koncentrując się na zapewnianiu władz centralnych, że wszystko jest pod kontrolą. Dało to Pekinowi fałszywe przekonanie, że może bez większego oporu wprowadzić kontrowersyjną ustawę ekstradycyjną.
Wyjątkowy status Hongkongu jako finansowej stolicy Azji nie ma jednak przełożenia na kondycję ekonomiczną większości mieszkańców. Gospodarka, mimo że od lat zajmuje pierwsze miejsce w rankingach wolności gospodarczej, jest zdominowana przez oligarchiczne monopole. Od 1997 r. w regionie nastąpił odpływ do ChRL miejsc pracy w sektorze produkcyjnym, a sektor usług nie był w stanie wygenerować odpowiedniej ich liczby. Gwałtownie rośnie rozwarstwienie ekonomiczne (współczynnik Giniego wynosi 0,539). Towarzyszą temu imigracja z kontynentu (ok. miliona ludzi) oraz bańka spekulacyjna na rynku nieruchomości, stymulowana napływem kapitału z ChRL, która wywindowała ceny mieszkań poza możliwości finansowe przeważającej części społeczeństwa. W tym samym czasie Pekin nie był zdolny do naruszenia monopoli oligarchów, którzy są powiązani biznesowo z elitami politycznymi i gospodarczymi Chin.
osw.waw.pl
poniedziałek, 11 maja 2020
Opublikowany nieco ponad tydzień temu sondaż opinii publicznej wykazuje, że 70 procent amerykańskich milenialsów – osób w wieku od 23 do 38 lat – jest gotowych poprzeć w wyborach prezydenckich socjalistę lub socjalistkę. Progresywnie nastawieni komentatorzy widzą w tym rezultat kilku dziesięcioleci neoliberalnego kapitalizmu i dominacji wielkich koncernów w porządku politycznym.
Nieco młodsi respondenci, w wieku od 16 do 22 lat, wyrażają podobne preferencje: niemal dwie trzecie osób z „pokolenia Z” również poparłoby socjalistów.
Sondaż przeprowadzono na platformie YouGov, a sfinansowała go amerykańska Fundacja Pamięci Ofiar Komunizmu (VOC), która postanowiła zapytać 2,1 tys. osób, co sądzą na temat kapitalizmu, amerykańskiego systemu gospodarczego, socjalizmu i nierówności w USA.
(...)
Progresywni komentatorzy w mediach społecznościowych nie są zaskoczeni tak silną pokoleniową rozbieżnością zdań na temat dwóch konkurencyjnych modeli gospodarki. Widzą w niej efekt kilku dziesięcioleci kapitalizmu państwowego.
Miliony milenialsów wchodziły właśnie w dorosłość, kiedy ryzykowne kredyty hipoteczne udzielane na masową skalę przez banki z Wall Street wywołały krach finansowy z 2008 roku, a w konsekwencji doprowadziły do tzw. wielkiej recesji. Około 15 milionów osób w wieku od 25 do 34 lat ma dziś do spłacenia kredyty studenckie na łączną sumę 497 miliardów dolarów.
Początek dorosłego życia milenialsów i pokolenia Z przypada także na okres, gdy 53 procent Amerykanów spłaca długi medyczne i ma trudności z opłacaniem rachunków za leczenie – są wśród nich osoby, które wykupiły ubezpieczenie medyczne w prywatnych towarzystwach.
Biorąc pod uwagę, jakie szkody kapitalizm poczynił w życiu milionów amerykańskich rodzin, pisze Oliver Willis z liberalnego portalu Shareblue, „dziwię się, że poparcie dla socjalizmu nie jest jeszcze wyższe”.
Dyrektorka wykonawcza fundacji VOC Marion Smith przyczyn takiego rozkładu opinii upatruje w „historycznej amnezji” młodych ludzi, którzy jej zdaniem nie wynieśli ze szkół wystarczającej wiedzy o upadłych autorytarnych krajach „socjalistycznych” XX wieku w Europie.
„Musimy ze zdwojonym wysiłkiem edukować amerykańską młodzież o historii reżimów komunistycznych i o współczesnej groźbie powrotu socjalizmu” – napisała Smith w oświadczeniu, dodając na Twitterze, że 66 procent respondentów nie kojarzy socjalizmu „z własnością publiczną ani krwawą historią państw komunistycznych”.
(...)
Chociaż przedstawiciele dwóch najstarszych pokoleń objętych sondażem – tzw. baby boomers i silent generation – wyrażali najmniej pochlebne zdanie o socjalizmie, to właśnie starsi Amerykanie otrzymują najwięcej świadczeń z państwowych, finansowanych z publicznych pieniędzy programów, takich jak Medicare i Social Security.
Starsi respondenci sondażu fundacji VOC również najczęściej przychylali się do opinii, że system gospodarczy USA działa na ich korzyść.
krytykapolityczna.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)