środa, 22 stycznia 2020


Brak umiejętności gry widać jak w soczewce na przykładzie relacji z Litwą. Oto z jednej strony mamy wyznawców teorii Giedroycia, z drugiej neo-endeków. Jedni kierując się zwulgaryzowaną wizją Księcia Niezłomnego nie prowadzą gry z Litwą, bo musimy jej przecież pomagać, drudzy – kierując się wykoślawioną wizją Dmowskiego – postanawiają zmusić Litwinów do ustępstw. Jedni i drudzy w pogardzie mają grę jako istotę polityki zagranicznej. W efekcie uniemożliwiają prowadzenie gry dyplomatycznej. Stąd też skądinąd i płynne przejścia z jednego obozu do drugiego. Pomijając już ogromną dawkę konformizmu rodzimego „środowiska eksperckiego”, które czując neo-endeckie wiatry w PiS nagle odkryło w sobie znaczny stopień starannie do tej pory skrywanego „odchylenia prawicowo – nacjonalistycznego”, przejścia takie są możliwe również i dlatego, że rdzeniem zwulgaryzowanej koncepcji Giedroycia i – z drugiej strony – sprymityzowanej wizji endeckiej jest odmowa prowadzenia gry, wstręt do dyplomacji i zastępowanie negocjacji wygłaszaniem „słusznych”, opartych na „dobrze” i „racji” haseł. O ileż to skądinąd prostsze od konstruowania misternych planów i pisania instrukcji negocjacyjnych. Prostsze i mniej ryzykowne. Łatwiej budować wszak kariery, gdy z góry ma się wytłumaczenie dla porażek, niż wówczas, gdy podejmie się ryzyko, które jest integralną częścią prawdziwej dyplomacji. Konia z rzędem temu, kto wskaże, kiedy polska dyplomacja skonstruowała ostatnio jakąś „mapę drogową”. Road map bowiem to nic innego jak realizacja interesów w zmiennym, niekorzystnym i trudnym otoczeniu. To konstatacja, iż wynik pożądany, wyczekiwany nie jest możliwy i miast tego szukać trzeba opcji „second best”. To gra, w której ugrywamy tyle, ile zdołamy, a nie tyle, ile byśmy chcieli. To operowanie w kategorii interesów, a nie wartości. To również odwaga budowy planów, których konstruowanie – w odróżnieniu od pisania pełnych strzelistych aktów wiary przemówień – jest po prostu trudne i wymaga profesjonalizmu. Skądinąd dwóch bardzo deficytowych dóbr w naszej polityce.

oaspl.org

Problem polega oczywiście na tym, że Karta 97 prowadziła politykę niezgodną z linią polityczną państwa, które było głównym donorem portalu. Wolność mediów jest oczywiście rzeczą świętą, ale gdy wspiera się opozycję w innym kraju (a Karta 97 jest tyleż elementem rynku medialnego, co i sceny politycznej), to naturalnym jest to, iż w zamian za pieniądze oczekuje się dostosowania do polityki państwa – donora. Nikt o tym publicznie nie mówi i wszyscy udają, że nie ośmieliliby się ingerować w wolność mediów, ale dziwnym trafem finansowani przez Niemcy są proniemieccy, finansowani przez Amerykanów – proamerykańscy, a mający biura w Paryżu zawsze popierają Pałac Elizejski. I jakoś obrońcy praw człowieka Berlina, Waszyngtonu ani Paryża za to nie potępiają.

Szkoda, że nikt w Warszawie nie wpadł na pomysł, by stronie białoruskiej obiecać zmniejszenie finansowania, po cichu je podnieść, a zarazem tak nakierować linię polityczną portalu, aby ta nie była może zgodna, ale w każdym razie nie była też sprzeczna z polską racją stanu. Tak robią wszystkie państwa na świecie, w tym również państwa demokratyczne i choć rzadko się o tym mówi, to jest to tajemnicą poliszynela. Nie chodzi przy tym o czynienie z beneficjentów wsparcia własnej agentury, ale o zachowanie elementarnego wpływu i zdrowych relacji, w których otrzymujący pieniądze nie działa wbrew interesom darczyńcy.

Problem polega na tym, że Polska nigdy nie prowadziła żadnej realnej polityki. Niedawne próby zamknięcia telewizji Biełsat wynikały z tego, że stacja również prowadziła i prowadzi politykę sprzeczną z polityką państwa. W szczycie resetu z Białorusią w Mińsku dochodziło do demonstracji ulicznych, w których wzięło udział ok. 3 tysięcy ludzi (w 2010 roku – 50 tysięcy). W tym czasie szefowa stacji zapowiadała, że oto zaczyna się koniec reżimu, a Biełsat tak relacjonował demonstracje, że trudno było odnieść inne wrażenie niż takie, że nawołuje ludzi do wyjścia na ulice. Rząd PiS nie miał jednak odwagi ani odwołać szefowej stacji, ani wpłynąć na linię Biełsatu.

onet.pl

Andriej Wtiurin, nim objął stanowisko zastępcy szefa Rady Bezpieczeństwa, przez ponad sześć lat kierował "Służbą Bezpieczeństwa Prezydenta Republiki Białoruś". Służba ta tylko pozornie jest odpowiednikiem polskiej Służby Ochrony Państwa (dawniej BOR). W istocie jest trzecią, a pod pewnymi względami najważniejszą, białoruską służbą specjalną. Według niektórych doniesień zatrudnia nawet około dwóch tysięcy funkcjonariuszy. Wtiurin, dowodząc formacją, był jednym z najbliższych ludzi Aleksandra Łukaszenki. Według relacji białoruskich rozmówców Onetu, w pewnym momencie był wręcz przyjacielem domu białoruskiego prezydenta, a nawet brał udział w wychowywaniu najmłodszego syna A. Łukaszenki. Wtiurinowi oficjalnie zarzuca się wzięcie łapówki w wysokości 150 tys. dolarów. Tyle że za 150 tysięcy na Białorusi nikogo tak ważnego i tak bliskiego prezydentowi się nie aresztuje.

O tym, że raczej nie chodzi o łapówkę, świadczą jeszcze dwa fakty. Po pierwsze, sprawy korupcyjne na Białorusi traktowane są przez reżim jako igrzyska dla ludu. Zatrzymania są publiczne, a szczegóły sprawy nagłaśniane. W tym wypadku jednak, z ogłoszeniem o aresztowaniu czekano aż pięć dni, przy czym również obecnie nie ma tak naprawdę żadnych szczegółowych informacji. Embargo informacyjne jest tak szczelne, że nawet bardzo do tej pory aktywny w mediach społecznościowych syn Andrieja Wtiurina całkowicie zamilkł i niewykluczone, że znajduje się pod "opieką" służb specjalnych. Drugą bardzo poważną przesłanką świadczącą o tym, że raczej chodzi o coś więcej niż tylko łapownictwo, jest to, że Wtiurin został natychmiast po zatrzymaniu zdegradowany przez prezydenta, co nie miałoby miejsca, gdyby chodziło tylko o przyjęcie łapówki.

Rosyjskie i białoruskie media, powołując się - co bardzo istotne - na źródła w białoruskich strukturach siłowych, podają, że prawdziwą przyczyną aresztowania była współpraca aresztowanego z rosyjskimi specsłużbami (FSB i FSO), które miały rzekomo szykować pucz w Mińsku, którego scenariusz zakładać miał przeprowadzenie zamachu na Łukaszenkę. Co ciekawe, doniesień tych nikt nie próbuje dementować. Powyższe informacje są dodatkowo podsycane przez fakt, iż Aleksander Łukaszenka, który 25 i 26 kwietnia brał udział w Forum Inicjatywy "Pasa i Drogi" w Pekinie, gdzie spotkał się m.in. z prezydentem Putinem, nagle z nieznanych przyczyn skrócił swój pobyt i pilnie wrócił do Mińska.

Trzy dni po powrocie Łukaszenki z Pekinu ogłoszono aresztowanie Andrieja Wtiurina, co samo w sobie wywołało szok, bowiem tak ważnego oficjela do tej pory nigdy nie aresztowano. Dzień później na stronie internetowej prezydenta Putina pojawiła się informacja o odwołaniu mianowanego ledwie kilka miesięcy wcześniej ambasadora Rosji na Białorusi Michaiła Babicza. Babicz kilkukrotnie wdawał się w publiczne połajanki z władzami białoruskimi, o których wyrażał się mało dyplomatycznie, a wręcz lekceważąco. Mimo to Moskwa stała murem za swoim ambasadorem, nawet wówczas gdy - jak wieść niesie - Aleksander Łukaszenka wprost zażądał od Putina odwołania ambasadora, grożąc jego wydaleniem jako persona non grata.

Co istotne, Babicz nie był zawodowym dyplomatą, a wysoko postawionym oficerem rosyjskich służb specjalnych. Jego zastępca w Mińsku to z kolei oficer GRU. Trzecią osobą w hierarchii ambasady Rosji w Mińsku jest również oficer GRU – w odróżnieniu od swoich przełożonych odznaczony za zasługi podczas zajmowania Krymu przez Rosję. Kierownictwo ambasady sprawia więc wrażenie, jakby dyplomacja była nie pierwszą, ale drugą jego profesją. Z tej też racji, jak relacjonują media zza Buga, ostatnimi czasy w Mińsku KGB więcej czasu poświęcało ambasadzie Rosji, niż jakiejkolwiek innej ambasadzie.

Odwołanie Babicza to, według mediów białoruskich i rosyjskich, również efekt jego "nadmiernej" aktywności, przy czym "nadmierna" w tym przypadku oznacza zapewne taką, która sprowadzała się do zbyt intensywnych kontaktów nie z opozycją (ta jest niegroźna, bo albo spacyfikowana i bez poparcia społecznego, albo zwerbowana), ale z ludźmi z otoczenia Łukaszenki. Łukaszenka doskonale rozumie, że to Moskwa, a nie Zachód mu zagraża i że może pozbawić go władzy.

(...)

W państwach autorytarnych podstawą sukcesu każdego zamachu stanu jest, poza zjednaniem sobie osobistej ochrony obalanego prezydenta, również opanowanie telewizji oraz telekomunikacji. Co ciekawe, w tym samym dniu w którym aresztowano Andrieja Wtiurina, aresztowany został również prezes Beltelekomu, czyli państwowego monopolisty, dysponującego jedynym kanałem dostępu łączącego białoruski internet z siecią światową (komercyjni dostawcy usług internetowych muszą korzystać z łącz Beltelekomu). Internet to nie jedyna jednak sfera działalności Beltelekomu, który jest też operatorem telefonicznym. Prezesa Beltelekomu aresztowano rzecz jasna za przyjęcie łapówki. I rzecz jasna natychmiast po jego aresztowaniu znów zapadła absolutna cisza.

onet.pl

Stanisław Cat-Mackiewicz, pisząc o przedwojennym szefie naszej dyplomacji, zanotował: "Zapraszają go do Londynu. Beck, zgodnie ze śmiesznostką swego charakteru, telefonuje do ambasadora w Londynie Edwarda Raczyńskiego, czy aby Eden będzie na dworcu w chwili jego przyjazdu do stolicy Wielkiej Brytanii. Jak gdyby w takiej chwili zagrożenia Polski nie było ważniejszych rzeczy!".

"Książka Becka »Ostatni raport« wypełniona jest wiadomościami, że oto Szwedzi witali go oddziałem gwardii królewskiej na koniach, że oto przyjęcie we Włoszech pod względem kurtuazji nie pozostawiało nic do życzenia. Toteż Anglicy, jak się dowiedzieli, że Beck się pyta o Edena na peronie, nie tylko mu tego Edena wysłali, ale od wagonu, którym zajechał, do samego wyjścia z dworca rozłożyli czerwony dywan. Beck był zachwycony. Nie rozumiał oczywiście, że po tym czerwonym dywanie szedł ku katastrofie Polski".

onet.pl

Tajemnicą poliszynela jest to, że Polska prowadzi działalność wywiadowczą przede wszystkim na kierunku wschodnim. Z punktu widzenia naszego wywiadu najcenniejszymi aktywami są wysoko postawieni politycy (w wypadku Rosji – prawie zawsze wywodzący się z tamtejszych służb), kluczowi urzędnicy (w wypadku Rosji – prawie zawsze wywodzący się z tamtejszych służb), dyplomaci (w wypadku Rosji - prawie zawsze powiązani ze służbami), wojskowi, wybrani naukowcy oraz oficerowie służb specjalnych.

Zważywszy na fakt, iż w interesujących nas państwach nie ma demokracji, dużo mniejsze znaczenie mają dziennikarze, publicyści oraz inne osoby, które w państwach demokratycznych kształtowałyby opinię publiczną. Wszystkie kategorie interesujących nas źródeł informacji to ludzie posiadający wiedzę na tematy międzynarodowe, a więc świadomi tego, iż Polska ujawniła dane agentury z okresu PRL, w tym również ludzi żyjących.

Niemal każdy z interesujących nas ludzi za wschodnią granicą ma przeszkolenie kontrwywiadowcze, osłonę kontrwywiadowczą lub też sam pracuje w służbach specjalnych, przy czym ostatnia kategoria to ludzie szczególnie wnikliwie sprawdzani przez własny kontrwywiad. Osoby takie są więc świadome zagrożenia i nie podejmą ryzyka współpracy z żadnym państwem, które w ich przekonaniu nie zagwarantuje im absolutnego, stuprocentowego, dożywotniego, a w istocie wybiegającego poza horyzont własnego życia (bo dotyczącego również ich dzieci) bezpieczeństwa.

Argument pojawiający się na polskiej prawicy, iż ujawnienie agentury z okresu PRL jest nieistotne, ponieważ PRL było państwem niedemokratycznym i nie w pełni suwerennym, nie ma żadnego znaczenia z punktu widzenia Rosjanina, Białorusina lub Ukraińca, który pracując dla polskich służb, ryzykuje życiem.

Co więcej, prawdopodobieństwo, że dla Rosjan i Białorusinów, którzy zrobili w państwach tych kariery, wartości demokratyczne są tak ważne, by podejmować dla nich ryzyko, jest bliskie zeru.

(...)

Argumenty odwołujące się do oceny PRL dowodzą jedynie braku elementarnej wiedzy na temat świata służb specjalnych. Czas ludzi zdradzających w imię idei - np. demokracji bądź komunizmu - dawno już minął, większość ludzi zdradza dla pieniędzy, seksu, z chęci zemsty na przełożonych, z przeświadczenia o tym, że są niedoceniani bądź też po to, by zaspokoić specyficzne potrzeby psychiczne lub emocjonalne.

Dla 99 proc. osób argumentacja, że ujawnienie agentury z okresu PRL było "moralnie właściwe", bo PRL był moralnie zły, nie będzie miała znaczenia, a jedyne, co do nich dotrze, to świadomość, że Polsce nie można ufać. Podnoszenie aspektów moralnych w świecie wywiadu może budzić jedynie uśmiech politowania.

(...)

Rzecznik ministra koordynatora służb specjalnych Stanisław Żaryn w swoim oświadczeniu komentując sprawę, stwierdził, że nie ujawniono danych nikogo, kto kontynuował współpracę z polskim wywiadem po 1989 r. Innymi słowy, Żaryn potwierdził ujawnienie agentury.

W historii służb wywiadowczych coś takiego nie zdarzyło się nigdy. Żaden poważny kraj nigdy nie zrobił tego, czego dopuścił się Instytut Pamięci Narodowej. Archiwa tajnych służb pozostawały tajne nawet wówczas, gdy uczestnicy wydarzeń dawno już nie żyli. Chroni się bowiem nie tylko agenta, ale również jego dzieci i wnuki.

(...)

Według informacji Onetu pochodzących, co w tym wypadku istotne, od oficerów Agencji Wywiadu, którzy przyszli do służby po 1990 r., a znajdowali się w niej jeszcze kilka lat temu, już wcześniejsze ujawnienie danych oficerów polskiego wywiadu łącznie z ich nazwiskami legalizacyjnymi spowodowało, że znakomita większość polskich aktywów wywiadowczych zerwała kontakt z polskim wywiadem.

(...)

Rozmówcy Onetu – zarówno oficerowie, którzy zaczynali służbę jeszcze w PRL, jak i młodsi stażem i wiekiem - podkreślają, że w tej chwili jedyną w zasadzie możliwością werbunku Rosjan, Białorusinów i Ukraińców staje się werbunek "pod obcą flagą", czyli taki, w którym polscy oficerowie podają się za oficerów wywiadu innego kraju.

onet.pl

Związany ze środowiskiem Niezależnego Zrzeszenia Studentów były wieloletni szef Służby Wywiadu Wojskowego Radosław Kujawa pisał o oficerach wywodzących się z Departamentu I MSW jako o ludziach „z innej planety”. „Powściągliwi, nieufni i niepewni przyszłości” – wspominał na łamach „Rzeczpospolitej”. Dodawał jednak, że „tylko oni znali reguły rzemiosła, bez którego służby specjalne nie istnieją (…), uniwersalne mechanizmy i zasady tego zawodu, które obowiązują bez względu na ustrój państwa i szerokość geograficzną”. A „Polska zdecydowała się wówczas wykorzystać tę wiedzę i zadeklarowała zainteresowanie ich służbą” – podkreślał Kujawa.

Polska nie była przy tym ani pierwszym, ani najbardziej skrajnym przypadkiem kraju, który skorzystał z wiedzy „ludzi z innej planety”. Z pewnością żaden inny nie podjął jednak tak naiwnej próby przekonania społeczeństwa, że po 30 latach od upadku komunizmu należy wymierzyć im dziś sprawiedliwość. Widać to wyraźnie, gdy przytoczy się zaledwie kilka – absolutnie nieporównywalnych, jeśli chodzi o skalę – przykładów „kompromisów”, które rozsądne państwa zawierały z rzeczywistością, by zapewnić sobie siłę i bezpieczeństwo w przełomowych momentach historii.

Zachodnioniemiecki wywiad BND został zbudowany w całości przez byłych nazistów. A konkretnie generała Wehrmachtu Reinharda Gehlena. Oczywiście za wiedzą i zgodą Amerykanów. Gehlen kierował tą służbą do 1968 r., po czym przeszedł na emeryturę jako… generał Bundeswehry. Zastąpił go nie kto inny, tylko oficer z nazistowską przeszłością i kolega z Wehrmachtu Gerhard Wessel (wprowadził on m.in. zakaz noszenia przez oficerów BND jako kamuflażu przyciemnianych okularów. Ale też poinformował władze w Bonn z trzymiesięcznym wyprzedzeniem o planowanej przez Układ Warszawski inwazji na Czechosłowację).

Wessel piastował stanowisko do 1978 r., aby później przejść na emeryturę w pełnym wymiarze. Brunatnej przeszłości nie miał dopiero jego następca Klaus Kinkel. Jednak – jak czytamy na jego karcie informacyjnej w berlińskim muzeum szpiegostwa – w przeciwieństwie do swoich poprzedników „miał niewielkie sukcesy w walce z terroryzmem i w penetrowaniu bloku wschodniego”.

Na poważne kompromisy w utrwalaniu państwowości szedł również Izrael. W połowie lat 60. podjął współpracę z ulubieńcem Hitlera Ottonem Skorzenym, który w 1944 r. w ramach operacji „Dąb” uwolnił z alpejskiej willi Benita Mussoliniego. Były szef Mosadu Rafi Eitan (należy tu zastrzec, że jego rodzina nie doświadczyła Holokaustu) wspominał, że najważniejszym argumentem w kwestii Skorzenego nie była przeszłość w SS, tylko kalkulacja, czy jego zwerbowanie pomoże państwu. Oficer izraelskich służb Awraham Ahituw, który utrzymywał kontakty z ulubieńcem Hitlera, wspominał w swoim raporcie z 14 września 1964 r., że „monokl, potężne ciało, blizna i agresywne spojrzenie nadawało mu wygląd prawdziwego nazisty” (cytat z dokumentu opublikowanego w książce „Powstań i zabij pierwszy. Tajna historia skrytobójczych akcji izraelskich służb specjalnych” Ronena Bergmana). Mimo to Izrael zapewnił Skorzenemu gwarancję nietykalności. A w zamian dostał pomoc w neutralizacji egipskiego programu rakietowego, który był współtworzony przez niemieckich naukowców, a ochraniany przez byłego podwładnego Skorzenego.

Kolejnym przykładem poważnego kompromisu z rzeczywistością w wykonaniu Izraela są początki jednostki uderzeniowej Mosadu – Mifrac. W latach 50. XX wieku budowano ją na bazie kadr ekstremistycznej organizacji Lechi, którą Dawid Ben Gurion w pierwszych latach istnienia państwa Izrael zdelegalizował, obawiając się, że może doprowadzić do wybuchu wojny domowej. Ostatecznie doświadczenie ludzi z Lechi okazało się bardziej wartościowe niż lęki polityków.

forsal.pl

Tomasz Sawczuk: Badasz paramilitarne społeczeństwo obywatelskie.

Weronika Grzebalska: We współczesnej Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem codziennej militaryzacji społecznej – dobrowolnego, często oddolnego kultywowania przez obywateli symboli i aktywności militarnych To jest odzież patriotyczna, polityka pamięci czy kolonie militarne dla 8-latków. Ja koncentruję się na sferze społeczeństwa obywatelskiego.

Chodzi o organizacje, które zajmują się militariami?

Badam dobrowolne zrzeszenia obywateli, których głównym celem statutowym jest działanie na rzecz obronności, a przy tym naśladują strukturę organizacyjną wojska. Nie chodzi zatem o grupy rekonstrukcyjne czy stowarzyszenia proobronnościowe, ponieważ nie mają one wojskowego sznytu.

Czy to jest duży sektor?

Nie do końca wiemy, bo polskie państwo, przynajmniej oficjalnie, nie interesowało się sektorem paramilitarnym w sposób systematyczny do 2015 roku, kiedy wybuchł konflikt na Ukrainie. Można jednak szacować, że sektor paramilitarny to jest około 30 tysięcy osób, nie więcej niż 200 organizacji.

To dużo czy mało?

Dość dużo. Jeśli uwzględnimy klasy mundurowe w szkołach, które poza normalnymi zajęciami mają jeszcze zajęcia wojskowe i noszą mundury, to łącznie mamy już minimum 65 tysięcy osób.

Czym zajmują się grupy paramilitarne?

W Polsce te grupy działają na podstawie prawa o stowarzyszeniach, czyli są po prostu NGO-sami. Ich główny cel statutowy to wspieranie obronności państwa poprzez szkolenia militarne obywateli oraz promowanie wartości patriotycznych, pamięci czy obywatelskości.

Czy mają one jakiś wspólny profil polityczny?

To jest trudne pytanie, które zajmuje wiele osób. Myślę, że powinniśmy rozróżnić dwie rzeczy. Sektor paramilitarny jako taki, jeśli chodzi o podstawowe cele, formuły działania i ideologię, jest po prostu propaństwowy. Jest lojalny wobec państwa. Jednak ludzie, którzy go dziś tworzą, w większości definiują swoje poglądy jako prawicowe.

Ale i to rozróżnienie trzeba skomplikować, bo co to znaczy, że ich poglądy są prawicowe? Z moich badań wynika, że to może znaczyć bardzo różne rzeczy. Są w sektorze ludzie o poglądach republikańskich albo narodowo-liberalnych, czyli takich, jak w starej Platformie Obywatelskiej. Są też zwolennicy Korwin-Mikkego, ale i tacy związani z radykalnymi ugrupowaniami, jak Ruch Narodowy czy Kukiz’15. Jest też dużo wyborców PiS-u.

Czy ta różnorodność ma miejsce także w obrębie pojedynczych organizacji?

Tak mi się wydaje. Oczywiście, są także organizacje bardziej jednolite… Ale wydaje mi się kluczowe, że kiedy w czasie wywiadów próbowałam zrozumieć to prawicowe nachylenie członków organizacji paramilitarnych, coraz częściej miałam wrażenie, że ich prawicowość jest w mniejszym stopniu wynikiem upartyjnienia sektora i jego kultury organizacyjnej, a w większym stopniu wynika ze struktury polskiej sceny politycznej, na której kwestie związane z obywatelską obronnością i narodowymi sentymentami nie mają obecnie reprezentacji politycznej poza prawicą. Nic więc dziwnego, że ci ludzie definiują się jako prawica.

W trakcie badań spotkałaś się z wieloma osobami z sektora paramilitarnego. Co było dla ciebie w tych rozmowach najciekawsze?

Sektor paramilitarny wydawał mi się przede wszystkim swego rodzaju światem nieprzedstawionym. Nie ma absolutnie żadnych badań socjologicznych na ten temat. Pewien pracownik MON-u powiedział mi, że ci ludzie istnieją od początku lat 90. i chodzą pod te same pomniki, ale nikt wcześniej nie chciał do nich pójść. Wszyscy dowódcy grup paramilitarnych, z którymi się spotykałam, mówili mi, że jestem pierwszym naukowcem społecznym, który do nich przychodzi. Mimo że to jest bardzo duża grupa ludzi i ważna sfera aktywności obywatelskiej.

Po wybuchu wojny na Ukrainie wszyscy odkryli, że te grupy istnieją. Fenomen stał się od razu ofiarą polaryzacji naszej polityki – jedni byli za, inni przeciw, zero odpowiedzialności za słowo. Idąc w teren, chciałam zrozumieć, co tam się dzieje.

I co tam się dzieje?

W debacie publicznej mieliśmy trzy główne interpretacje. Najbardziej rozpowszechniona głosi, że na rosnącą popularność tych grup wpłynęła Rosja – jest nowa sytuacja geopolityczna, wojna za wschodnią granicą, więc obywatele się organizują.

Czyli szykujemy bojówki, żeby się bronić.

Właśnie tak. Druga popularna interpretacja mówiła, że zjawisko ma związek z oddolnym zwrotem prawicowym i polityką PiS-u. Wielu komentatorów liberalnych wskazywało, że to są bojówki PiS-u i prawicy.

Wojsko Macierewicza. A trzecia interpretacja?

Trzecia interpretacja pojawiła się na prawicowych portalach. Poseł Marian Piłka opublikował na przykład tekst pod tytułem „Naród Wojowników”, w którym stawiał tezę, że to jest przejaw głęboko zakorzenionego toposu Polaka-wojownika, który odradza się wreszcie po okresie PRL-u.

Prawica doszła do władzy i polskość się odradza. A która interpretacja jest prawdziwa?

Wszystkie te interpretacje są częściowo prawdziwe, ale też częściowo błędne. Przykładowo, jeśli chodzi o kwestię polityki rosyjskiej, to trzeba przypomnieć, że te grupy istnieją oficjalnie od 1989 –1990 roku. Wtedy po raz pierwszy został reaktywowany Strzelec, początkowo jako bojówka KPN-u. Co do związku z PiS-em i zwrotem prawicowym, to również nie zgadza się chronologia, a z moich badań wynika, że sektor jest propaństwowy, a nie propartyjny. Z kolei interpretacja kulturowa ma tę wadę, że zamiast spojrzeć na procesy międzynarodowe i ekonomiczne, które mają wpływ na jakieś zjawisko społeczne, pozostajemy na poziomie mitów i w konsekwencji nie jesteśmy w stanie wyjaśnić, co się stało w Polsce.

To co się stało w Polsce?

Historię sektora paramilitarnego najlepiej opowiedzieć poprzez historię dwóch procesów. Pierwszy to neoliberalna transformacja państwa po 1989 roku, a druga to procesy europeizacji, czyli mówiąc najprościej: dołączania do Zachodu.

W III RP mieliśmy do czynienia z demilitaryzacją na dużą skalę. Było to związane z wejściem do NATO i demokratyzacją sił zbrojnych, ale także z wymogami budżetowymi. Brakowało pieniędzy, więc zaczęto ciąć. Armia została zmniejszona, a później zaczęła się era profesjonalizacji. W raporcie NIK-u słusznie zwrócono uwagę, że z wielu miejscowości wycofały się jednostki wojskowe, a nawet tam, gdzie jeszcze zostały, coraz trudniej było zobaczyć człowieka w mundurze. Jednocześnie armia zniknęła więc z widoku społecznego.

kulturaliberalna.pl

poniedziałek, 13 stycznia 2020


Sławomir ma czterdzieści dziewięć lat, a od dwudziestu nie ma domu. Dach nad głową stracił, gdy jego siostra wyszła za mąż. Urodziła dziecko, potem drugie. W małym mieszkaniu komunalnym, a był to tylko pokój z kuchnią, żyła jeszcze ich matka. – Zrobiło się ciasno. Nie chciałem być ciężarem. Siedzieć im na głowie – opowiada.

Pewnego razu, gdy wrócił do rodzinnego domu, drzwi otworzył ktoś obcy. Siostra wyprowadziła się bez jego wiedzy. Po śmierci matki przeniosła się do innego mieszkania. Tam nie było już dla niego miejsca. – Po tym, co się stało, jest między nami konflikt. Nie utrzymujemy kontaktów – mówi.

Ze wsi Jaworowo w kujawsko-pomorskim wyjechał do pracy w sadach pod Warką. Wspomina, że miał wtedy wybór: Warka albo ulica. – W noclegowni można spać tylko siedem nocy, a potem jest karencja tygodnia na ulicy. Śpi się wtedy na dworcu, na klatkach schodowych w blokach, ale krótko. Ochroniarze pilnują i wyganiają, bo bezdomny śmierdzi. Ludziom to przeszkadza i ląduje się na mrozie – mówi Sławomir, który po kilku takich miesiącach zdecydował, że wróci do Warki. – Traktują tam gorzej jak psa, ale jest dach nad głową.

(...)

Roman mówi, że gdy pierwszy raz – a było to w 2001 roku – wysiadł na dworcu w Warce, przeżył szok. Zobaczył tłum ludzi, spośród których sadownicy wybierali pracowników. – To był istny spęd niewolników. Panowie gospodarze chodzili z założonymi z tyłu rękami i patrzyli, kto jak wygląda, czy ma silne ręce. Jednemu kazali nawet zębami świecić. Pokazują od początku, kto tu rządzi. Oni nawet nie traktują nas jak ludzi. Mówią o nas bezdomniaki albo bandosy, którzy przemieszczają się za owocem – stwierdza. Dodaje, że gospodarze w pierwszej kolejności wybierają takich, którzy są pod ścianą. – Najbardziej zrozpaczonych. Głodnych i bez grosza. Dlatego najpierw stają na parkingu i przez szybę samochodu obserwują, kto jak się zachowuje. Pali papierosy? To źle, bo to znaczy, że jeszcze ma pieniądze. Oni wolą przegrańców, bo zrobią wszystko, co im się każe. Chcą niewolników, a nie pracowników.

(...)

Dzień roboczy w sadzie zaczyna się zwykle o siódmej rano i kończy o siódmej wieczorem. W południe godzinna przerwa na obiad. Roman wyjaśnia, że jeśli o zarobkach rozmawia z nim gospodarz, to stawka godzinowa jest zwykle o dwa złote niższa, czyli zamiast ośmiu wynosi sześć złotych na rękę. – To złodziejstwo, bo zwykle to tylko zupa z wkładką. Drugie danie jest może dwa razy w tygodniu. Najczęściej to ziemniaki, surówka i kotlecik, czyli ten hamburger z Biedronki. W paczce jest ich kilkanaście za pięć złotych. Podobnie ze śniadaniem i kolacją: dwie kromki chleba i czarny salceson albo pasztetowa, bo najtańsze. W zakładzie karnym lepiej karmią, bo dwudaniowy obiad jest codziennie. Wiem, co mówię, przecież siedziałem – podkreśla Roman.

(...)

Jesienią 2018 roku stawka godzinowa w sadach w okolicach Grójca i Warki wynosiła około ośmiu złotych za godzinę na rękę, czyli kilka złotych mniej niż ustawowe 13,70 brutto. O minimalną stawkę godzinową nikt tu nawet nie pyta. – Wszyscy pracują na czarno. Bez umowy, a więc i bez prawa do legalnej pensji – mówi Zdzisław.

Sławomir dodaje, że można być dobrym pracownikiem, ale wystarczy zapytać o umowę, ubezpieczenie czy wyższą pensję, a gospodarz już każe się wynosić. – Byłem świadkiem sytuacji, że ktoś o to pytał i dostawał w pysk. Bito nawet kobiety – podkreśla.

Roman opowiada, że sam nieraz upominał się o ubezpieczenie. – Od razu dostawałem kopa w dupę i trzydzieści minut na spakowanie się. Gospodarz nie negocjuje, tylko jedzie na dworzec po nowego bandosa – mówi i dodaje, że osoby bezdomne godzą się na te warunki, bo nie mają wyboru. – Nikt się nie buntuje. Nie myśli o strajku, bo nie ma siły. Nawet po robocie mało kto ze sobą gada. Umyć gębę i spać, bo rano trzeba wstać. Nie ma wspólnoty, przyjaźni. Mało kto sobie ufa, bo często wśród pracowników jest kapo, który donosi gospodarzowi. To osoby, które są w stanie sprzedać człowieka za złotówkę więcej. Czują się lepsi, bo za donosy pan daje im nową kurtkę czy kawałek ciasta w niedzielę. Strajk w takim miejscu nigdy się nie uda, bo nawet jak umówimy się, że rano nie wyjdziemy w pole, to gospodarz zaraz o wszystkim się dowie i rano weźmie nowych parobków z dworca.

Wspomina też, że pewnego razu starł się z jednym z zaufanych ludzi gospodarza. – Złapałem go za szmaty i mówię: „Chłopie, kim ty tutaj jesteś? Popatrz na tego psa. On codziennie miskę dostaje za darmo. Tylko za to, że jest. A ty, żeby to dostać, musisz zapierdalać kilkanaście godzin i ludzi sprzedawać” – opowiada. – Klient dostał ode mnie w łeb, a ja musiałem się pakować.

(...)

Praca w sadach w okolicy Warki ma według osób w kryzysie bezdomności jedną zasadniczą zaletę: dach nad głową. Sławomir mówi, że pracował u sadowników, aby się ratować i nie spać na ulicy. – To szantaż, bo człowiek nie ma wyboru. Godzi się na to wszystko, nawet najgorsze warunki, żeby coś ze sobą zrobić – mówi.

Twierdzi, że w ciągu lat pracy w sadach tylko raz trafił do miejsca, gdzie warunki mieszkaniowe były przyzwoite. – I tam nie miałem umowy, ale budynek był z prysznicem, piętrowe łóżka, pościel zmieniana co tydzień, nawet telewizor – wymienia i mówi, że zwykle wygląda to dużo gorzej. – Nocleg jest na przykład w starej stodole albo oborze, za ścianą często są jeszcze zwierzęta: świnie, krowy. Śpi się na odwróconych skrzynkach po jabłkach. Bez materaca. Na samych deskach albo na starych ciuchach. Po takim spaniu człowiek budzi się zmęczony, a trzeba wstać do roboty. To wygląda jak jakiś obóz pracy, niewolnictwo.

magazynpismo.pl

Analiza objęła 306 „pasków” dotyczących 13 wydarzeń politycznych uznanych za najważniejsze (badacze wyjaśnili, że omówienie wszystkich ok. 8-9 tys. pokazanych przez dwa lata w „Wiadomościach” przekracza ich możliwości). Liczące ponad 150 stron opracowanie przygotowali dr hab. Katarzyna Kłosińska z Uniwersytetu Warszawskiego, dr hab. Rafał Zimny z Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy i dr hab. Przemysław Żukiewicz z Uniwersytetu Wrocławskiego, a streszczenie napisał prof. dr hab. Andrzej Markowski, przewodniczący Rady Języka Polskiego.

Ponadto w ramach analizy wykazano, że tylko 25 proc. „pasków” nie zawiera jakichkolwiek lingwistycznie wyodrębnialnych eksponentów wartościowania, a więc są informacjami w sensie ścisłym, celowo pozbawionymi elementów oceniających. - Wskaźnik ten należy uznać za bardzo niski, a zatem należy stwierdzić, że „Wiadomości” TVP nie przekazują obywatelom obiektywnej informacji, lecz własną wizję omawianych wydarzeń - uważa prof. Markowski.

Pozostałe trzy czwarte komunikatów pełnią trzy główne funkcje: perswazyjną (czyli wpływania na odbiorcę), magiczną (kreacja rzeczywistości) i ekspresywną (wyrażanie emocji i ocen). - Powstały więc one z myślą o stworzeniu autorskich wizji wydarzeń i o wpłynięciu na przekonania (w tym: oceny) odbiorcy. Wizja świata prezentowanego przez „Wiadomości” jest skrajnie jednostronna, a jej osią aksjologiczną jest opozycja: „obecna władza” - „ci, którzy jej nie popierają” - działania rządu i partii rządzącej są przedstawiane w sposób bezwzględnie pozytywny, podczas gdy działania partii opozycyjnych, ruchów obywatelskich czy instytucji Unii Europejskiej są oceniane wyłącznie negatywnie, niekiedy osoby i instytucje te są obiektem ogólnie pojętej deprecjacji (ironii, kpiny, ośmieszenia itd.) - skomentował prof. Markowski.

- Oceny dokonywane są apriorycznie - formuły językowe zawierające pierwiastek oceny pojawiają się na pasku poprzedzającym właściwy materiał reporterski, co sprawia, że widz ma mieć ukształtowaną wizję wydarzenia, zanim pozna jego szczegóły - dodał szef Rady Języka Polskiego.

W sprawozdaniu szczegółowo omówiono szereg najczęstszych zabiegów językowych stosowanych w „paskach” „Wiadomości”. Stwierdzono, że działania władzy i jej system wartości opisywane są określeniami nacechowanymi pozytywnie (np. reforma, suwerenny, silny, bohater, święto, demokracja, patriotyzm/patrioci, pomoc), a o środowiskach krytycznych wobec władzy - wyłącznie negatywnym językiem (np. szokujący, skandaliczny, prowokacja, pucz, połajanki, szantażować, naciski, żenujący, agresja, zmanipulowany, destabilizacja (państwa), rozróba, zdziczenie (obyczajów), wpadka, kłótnia, kapitulacja, pycha, kłamstwo, szkalować, profanacja, tłumaczyć się, dzika (reprywatyzacja) bezczelność, buta, złodziejski, podłość, kradzież / skradziony / ukradziony, eskalować).

Zwrócono też uwagę na kilka sformułowań regularnie służących do opisywania środowisk opozycyjnych: totalna opozycja, radykalna opozycja, sędziowska kasta / nadzwyczajna kasta. - Funkcją pragmatyczną każdego z nich jest wprowadzanie do komunikacji z widzem maksymalnie uogólnionej i negatywnie nacechowanej treści - skomentował prof. Andrzej Markowski.

Za bardzo wyraźny przejaw emocji uznano przymiotnik w stwierdzeniu „Żenująca prowokacja”. - Nadawca zajmuje tu postawę paternalistyczną wobec bohaterów relacjonowanego wydarzenia: poprzez wyprofilowanie takiego obrazu sytuacji ukazuje swą wyższość nad osobami zaangażowanymi w wy-darzenie, które to osoby pragnie zawstydzić, a tym samym upokorzyć - ocenił prof. Markowski.

Z kolei słowo „prowokacja”, tak samo jak „tajny”, „tajemnica”, „grozić”, „straszyć”, „totalny”, „radykalny” czy „ultimatum”, według autorów raportu ma na celu „maksymalizowanie wrogości wobec pewnych podmiotów i ich działań oraz wytwarzanie w związku z tym poczucia zagrożenia u odbiorcy”.

Zauważono, że na „paskach” parokrotnie pojawił się przymiotnik „kolejny”, najczęściej w krytycznym kontekście („Kolejna skandaliczna decyzja sędziów”, „Opozycja zapowiada kolejne bitwy”, „Kolejna próba destabilizacji państwa”, „Kolejny świadek obciąża prezydent Warszawy”). - Wszystkie te presuponowane sądy wyrażają negatywną ocenę działań środo-wisk lub osób uznawanych przez władzę polityczną za przeciwników lub wrogów - skomentował przewodniczący Rady Języka Polskiego.

(...)

Parę „pasków” ma formę pytań: „Kto nie chce suwerennej i silnej Polski?”, „Nieudolność czy sabotaż śledztwa?”, „Komu przeszkadza patriotyzm Polaków?”, „Sąd Najwyższy złamał prawo?”, „Kolejna próba destabilizacji państwa?”, „Czy Platforma szykuje na jutro awanturę?”, „Blokada opóźni dezubekizację?”. - Tak formułując treść paska, nadawca zakłada, iż na każde z tych pytań odbiorca winien odpowiedzieć twierdząco, akceptując tym samym wyrażoną w treści orzekanej tezę - skomentowano w sprawozdaniu.

wirtualnemedia.pl

W książce dowodzisz, że Watykan to być może największa gejowska społeczność, większa niż ta zamieszkująca słynną dzielnicę Castro w San Francisco. Jak to możliwe?

Wyobraź sobie, że jesteś młodym chłopcem z włoskiej, francuskiej albo polskiej wsi, albo z małego miasteczka. Albo pochodzisz z rodziny burżuazyjnej. Wszystko jedno. Są lata 40. albo 50. Być może nie zdajesz sobie sprawy ze swojej homoseksualnej orientacji. Wiesz, że coś jest z tobą nie tak. Nie pociągają cię kobiety. Jesteś wrażliwy, w twoich ruchach i gestach jest jakaś miękkość, delikatność, którą otoczenie rozpoznaje i czyni cię obiektem drwin. Dorastasz i musisz się określić. Celibat i kościelne śluby czystości są wybawieniem ze świata, w którym nie chciałeś uczestniczyć. To furtka, bo bycie gejem w latach 40., ale też wcześniej i później, naprawdę jest koszmarem.

Odkąd wkładasz sutannę, twoje życie się zmienia. Drwiny przeradzają się w szacunek. Twoja matka, która wszystkiego od dawna się domyśla i wiecznie się o ciebie zamartwia, nagle promienieje. Twoim światem są teraz inni mężczyźni. Dla wielu z nich, podobnie jak dla ciebie, Kościół oznacza bezpieczne schronienie.

Ale Kościół był i jest instytucją z gruntu homofobiczną.

Kościół jest homofobiczny właśnie dlatego, że w znacznej części jest gejowski. Z mojego śledztwa wynika, że im większą homofobię przejawia duchowny, tym bardziej prawdopodobne, że jest gejem. Bo homofobia jest strategią ukrywania własnej homoseksualności. Księża przychylni gejom, albo ci, którzy przynajmniej nie sieją nienawiści wobec nich, są prawie na pewno heteroseksualni. I stanowią mniejszość.

Kościół katolicki w jakiejś mierze jest społecznością gejowską, chociaż dla większości ludzi ten fakt wydaje się nie do pojęcia. Należą do niej duchowni homofilni - ci przejawiają skłonność, ale nie są aktywni seksualnie. Są homoseksualiści żyjący w długoletnich związkach. Takich poznałem wielu. Jeden kardynał niezmiennie przedstawia swojego partnera jako "brata zmarłej siostry", choć wszyscy znają prawdę. Niektórzy duchowni z powodu swojej seksualności mają wyrzuty sumienia i poddają się terapiom naprawczym. Inni zmieniają kochanków jak rękawiczki, a naprawdę wielu korzysta z usług męskich prostytutek, do których też dotarłem. Z mojego śledztwa wynika, że wśród korzystających z płatnego seksu są kardynałowie blisko współpracujący z Janem Pawłem II podczas jego pontyfikatu.

Mongolfiera i Platinette - to pseudonimy, pod którymi skrywasz ich w swojej książce. Są stałymi klientami ekskluzywnych męskich prostytutek. Płacą im nie ze swoich pieniędzy, ale z kasy watykańskiej! Część zorganizowanych przez nich orgii odbywa się w Castel Gandolfo, słynnej papieskiej rezydencji. Jak wpadasz na ich trop i dlaczego nie zdecydowałeś się ujawnić nazwisk?

Platinette i Mongolfiera to kardynałowie nadal bardzo znani i rzeczywiście byli ważnymi figurami podczas pontyfikatu Jana Pawła II. Na historie o ich niesamowitych seksualnych perypetiach trafiłem w archiwach policyjnych. Sprawy, w które byli zamieszani, są doskonale udokumentowane. Oczywiście nie są to dokumenty publiczne, ale ja do nich dotarłem i je przeczytałem. Znam ich nazwiska, ale zdecydowałem się na użycie pseudonimów, bo moim celem nie jest demaskowanie jednostek. Nie uważam, bym miał prawo ujawniać orientację tego czy innego hierarchy. Jeśli w książce pojawiają się nazwiska, to znaczy, że sprawy tych duchownych ktoś wcześniej opisał. Natomiast moim celem była rekonstrukcja ukrytych kodów systemu zorganizowanej hipokryzji. Zrozum mnie dobrze: nie piszę przeciwko Kościołowi jako wspólnocie wierzących. W pierwszej kolejności krytykuję hipokryzję gejów licznie ukrytych w kościelnej hierarchii. Wierzę, że moja praca w dłuższej perspektywie może pomóc Kościołowi.

gazeta.pl

niedziela, 12 stycznia 2020


Jest 28 marca 1996 roku, czwartek. Następnego dnia ma się rozpocząć dwudniowe posiedzenie Rady Europejskiej, na której negocjowana będzie reforma traktatu z Maastricht, mająca na celu poszerzenie kompetencji UE w zakresie polityki bezpieczeństwa i polityki zagranicznej. W tym samym czasie Komisja Europejska, bazując na rekomendacji służb weterynaryjnych analizujących rozprzestrzenianie się BSE (znanej szerzej jako „choroba szalonych krów”), wprowadza zakaz importu praktycznie wszystkich produktów pochodzenia wołowego z Wielkiej Brytanii.

Mocno poobijany i dołujący w sondażach rząd Johna Majora stawia wszystko na jedną kartę i idzie na kurs kolizyjny z Europą. Wielka Brytania postanawia zmusić KE do zmiany decyzji i zdjęcia embarga na mięso, sabotując wszystko, co tylko wymyśli Komisja Europejska, na każdym posiedzeniu międzyrządowym – nawet jeśli dana polityka jest po myśli rządu Jej Królewskiej Mości.

Czołowym zwolennikiem ówczesnej taktyki jest znany ze swojej wrogości wobec UE wiceminister ds. europejskich w brytyjskim MSZ David Davis. Ten sam David Davis 20 lat później zostaje pierwszym brytyjskim ministrem ds. wyjścia z UE w rządzie Theresy May. Jego taktyka negocjacyjna? Powtarzać w kółko te same komunały o nieugiętej Brytanii, głównie przed brytyjskimi dziennikarzami, dopóki UE się nie zgodzi na wszystkie brytyjskie żądania.

Obie historie z perspektywy mają podobny przebieg – najpierw Wielka Brytania robi coś bezsensownego (unika działań ws. BSE albo głosuje za wyjściem z Unii), UE nie zgadza się wziąć na siebie konsekwencji nonszalancji brytyjskiej klasy politycznej, po czym Brytyjczycy walczą z Brukselą, prężąc w mediach muskuły i obrażając kogo tylko się da. Z jakim skutkiem? Brytyjski sabotaż na niewiele się zdał, a negocjacje rozpoczęte w marcu 1996 zakończyły się pomyślnie podpisaniem traktatu amsterdamskiego w październiku 1997 przez centrolewicowy rząd Tony’ego Blaira. Konserwatyści katastrofalnie przegrali wybory w maju 1997 (BSE była oczywiście tylko jednym z elementów kampanii wyborczej), a zakaz eksportu wołowiny utrzymał się przez następne 10 lat. Nawet bardzo proeuropejski jak na brytyjskie standardy rząd Blaira nie był jednak w stanie przywrócić w Europie zaufania zniszczonego przez duet Major–Davis.

krytykapolityczna.pl