poniedziałek, 7 października 2019
Firma Coca-Cola zachęca nas, byśmy „wybrali szczęście”. Politycy znajdują czas, by zrobić sobie przerwę od budowania karier na ruinach demokracji, i przypominają nam o konieczności regularnych ćwiczeń fizycznych. Blogerzy i blogerki wciskają setkom tysięcy obserwujących ich profile, że wolność ma wygląd białoskórej kobiety, która uprawia samotnie jogę na plaży. Pod takimi obrazkami możemy przeczytać podpisy w rodzaju: „Im bardziej kochasz samego siebie, tym bogatszy się stajesz”. To urocze stwierdzenie – ale kamienicznicy i deweloperzy nie pobierają czynszu w walucie, jaką ma być „miłość do samego siebie”.
Czy zatem całe to pozytywne myślenie jest szkodliwe? Carl Cederström i André Spicer, autorzy „Syndromu wellness”, z pewnością są takiego zdania, podkreślając, iż obsesyjna rytualizacja „dbałości o siebie” [wellness to termin oznaczający zarówno dobre samopoczucie fizyczne, jak i psychiczne – przyp. tłum.] oznacza w konsekwencji rezygnację z angażowania się w sprawy grupowe i wspólne, zamieniając każdy społeczny problem w osobistą pogoń za „dobrym życiem”. „Wellness stało się ideologią” – piszą.
Twierdzenie, że jeśli mamy odpowiednie nastawienie, to możemy „wyprodukować” sobie spontanicznie dobre samopoczucie i zdrowie, ma jednoznacznie polityczny wymiar. Kilka miesięcy po tym, jak David Cameron, lider najbardziej prawicowego rządu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii, został wybrany na swoje stanowisko, wprowadził nieszczęsny „program szczęśliwości”. Być może pomysł zostałby lepiej przyjęty, gdyby w tym samym czasie premier nie był zaangażowany w dziesiątkowanie opieki zdrowotnej, pomocy społecznej i edukacji wyższej – struktur społecznych, które sprawiają, że życie codzienne Brytyjczyków jest prostsze i lepsze. Jedną ze zmian wprowadzonych przez Camerona w systemie pomocy społecznej było przechrzczenie bezrobocia na „zaburzenie psychiczne”. Według raportu, który ukazał się w magazynie „Medical Humanities”, osoby pozostające bez pracy i odczuwające skutki najdłuższego i najgłębszego kryzysu, jaki pamiętają, zachęcano do leczenia „psychicznego oporu” przed podjęciem pracy – za pomocą obowiązkowych kursów, które uczyły ich radośniejszego podejścia do własnej kiepskiej sytuacji. Pouczano ich też przy pomocy sms-ów, że powinni „uśmiechać się do życia” oraz że „sukces to jedyna możliwość”.
(...)
Ideologia well-being jest symptomem szerszej politycznej choroby. Jesteśmy uwięzieni w pułapce rygoru pracy, ale i rygoru braku pracy. Przestrzeń publiczna została do reszty skolonizowana przez prywatny kapitał i coraz trudniej zbudować jakąkolwiek społeczność – miotamy się więc w samotnej walce o przetrwanie. Oczekuje się, że uwierzymy, iż tylko indywidualną pracą i wysiłkiem możemy polepszyć swój byt. Jak pisał w „Jacobinie” Chris Maisano: „Nic dziwnego w tym, że rozwiązaniem problemów naszych czasów wydają się podejście indywidualistyczne oraz terapia psychologiczna. Ich ucisk można przełamać tylko dzięki stworzeniu poczucia solidarności, które odbuduje w nas pewność, że razem mamy szansę zmienić świat”.
(...)
W swoim iskrzącym się inteligencją eseju w książce „Otwarta demokracja” Chloe Kings pisze: „Nasza zmiana nastawienia nie spowoduje zmiany lub zniesienia strukturalnych nierówności ani też niedziałających, niezrównoważonych modeli gospodarczych, które faworyzują tylko bogatych tego świata, a wyzyskują resztę społeczeństwa, szczególnie klasę robotniczą i ubogich. Moim zdaniem »pozytywne myślenie« niszczy nam życie. Sformułowania typu »po prostu myśl pozytywnie« to wstęp do wiary, że »będzie lepiej« – a twarda rzeczywistość jest taka, że sytuacja wielu bezbronnych osób będzie się stopniowo pogarszać”.
nowyobywatel.pl
wtorek, 17 września 2019
„Sytuacja jest skandaliczna. Jesteśmy przepracowani, spada na nas coraz więcej obowiązków, a płace stoją w miejscu. Ludzie robią, co mogą, niektórzy dorabiają, np. sprzątając podłogę w salonie fryzjerskim. A tu nagle okazuje się, że pieniądze są. Podczas sobotniej konwencji PiS zapowiedział m.in. rozszerzenie programu 500 plus” – mówi OKO.press Justyna Przybylska, przewodnicząca Krajowego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Ad Rem”, i pyta „A co z nami?”.
Płace większości pracowników pozostają na niezmienionym poziomie od 2011, oscylują wokół minimum krajowego. „Ich niezadowalający poziom jest podstawowym powodem coraz powszechniejszych odejść pracowników sądów z zawodu” – napisało w stanowisku pięć stowarzyszeń sędziowskich, które poparły protest.
„Proces ten destabilizuje i tak coraz trudniejszą sytuację stron postępowań, prowadzi do stałego wydłużania czasu trwania procesów ponad społecznie akceptowalną miarę”. (...)
„Przy poziomie odpowiedzialności, jaka spoczywa na sekretarzu/sekretarce w sądzie, wynagrodzenie na poziomie minimum krajowego, notoryczne uzupełnianie braków w ludziach osobami »pełniącymi obowiązki stażysty«, to jest po prostu skandal. A potem się mówi, że to przez »lenistwo« wiadomej »kasty« sprawy obywateli w sądach trwają latami” – opowiada OKO.press radca prawny z Wielkopolski.
„Pracuję w sądzie od trzech lat. Na umowie na zastępstwo. Zarabiam 2400 zł brutto. Na pełen etat. Normalnie prowadziłam referat jednego sędzi, ale teraz już czterech sędziów, bo brakuje pracowników. Chodzimy na ich wokandy, obrabiamy ich akta” – mówiła OKO.press pracowniczka Sądu Rejonowego dla Krakowa Nowej-Huty.
/Drastyczne podwyżki płacy minimalnej lat poprzednich i następujących, spłaszczą piramidę płac w instytucjach, ale i podniosą - siłą rzeczy - wypłaty rzesz pracowników biurowych - red./
oko.press
oko.press
Sprawa ta dotyczy jeszcze tylko około 30 osób w Belgii w wieku ponad 90 lat, które wciąż pobierają dodatkowe "emerytury Hitlera" w wysokości od 425 do 1275 euro miesięcznie. Poinformował o tym belgijski badacz okresu nazizmu Alvin de Coninck, który w rozmowie z dziennikiem "De Morgen" zwrócił uwagę na szokujący fakt. Okazuje się, że Belgom walczącym w szeregach dywizji Waffen-SS "Wallonien", którzy po wojnie przebywali w więzieniach skazani za kolaborację z Niemcami, okres pobytu w więzieniu zaliczono jako "lata pracy", podczas gdy "Belgowie, którzy w czasie wojny musieli pracować jako przymusowi robotnicy w Niemczech, po wojnie otrzymywali odszkodowanie o równowartości 50 euro miesięcznie".
Po zajęciu przez Niemcy Francji, Belgii i innych państw Adolf Hitler wydał tzw. rozporządzenie Führera (Führererlass), czyli rodzaj dekretu, na mocy którego wszyscy cudzoziemcy, którzy zgłosili się ochotniczo do służby w szeregach Waffen-SS i walczyli po stronie III Rzeszy, nabywali uprawnienia do świadczeń emerytalnych na równi z rodowitymi Niemcami. Jak wyjaśnił w rozmowie z Deutsche Welle historyk z Moguncji Martin Göllnitz "Od 1 stycznia 1940 roku żołnierzy Waffen SS użyto jako jednostek wspierających działania wojenne Wehrmachtu i nie traktowano ich od tamtej pory jako członków NSDAP, tylko jako funkcjonariuszy państwowych Rzeszy Niemieckiej. W związku z tym członkowie Waffen SS nabywali także uprawnień emerytalnych".
Pod tym względem zostali oni zrównani ze wszystkimi żołnierzami Wehrmachtu, niezależnie od ich narodowości. Göllnitz podkreśla, że trudno jest dziś ustalić, ile osób na całym świecie otrzymuje jeszcze z Niemiec dodatki do emerytury za służbę w szeregach Waffen SS. Zwraca jednak uwagę, że jeszcze w połowie lat 90. XX wieku na Łotwie z takich uprawnień emerytalnych korzystało około półtora tysiąca byłych SS-manów.
dw.com
niedziela, 15 września 2019
Czuł, że wielka historia, która właśnie dzieje się w Polsce, przechodzi obok niego. Miał związki z opozycją, przez pewien czas działał w Komitecie Helsińskim, opublikował kilka tekstów w podziemnej prasie, ale w latach 80. nie był znanym działaczem i jego dorobek polityczny był niewielki. Był prawnikiem, ale nie miał skończonej aplikacji uprawniającej do wykonywania zawodu prawnika. Miał doktorat obroniony w 1976 roku na podstawie mało interesującej pracy o roli ciał kolegialnych w kierowaniu szkołą wyższą, ale kariera naukowa go nie pociągała, choćby dlatego, że nie znał żadnego obcego języka. Przez kilka lat był starszym bibliotekarzem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego.
wyborcza.pl
Demokracja to ciężka praca. Społeczne "elity" czyli eksperci i osoby publiczne, które pomagają większości radzić sobie z odpowiedzialnością wynikającą z zasad samorządności, są coraz bardziej spychane na margines. W tej sytuacji obywatele okazują się być źle przygotowani, zarówno poznawczo jak i emocjonalnie, do kierowania dobrze funkcjonującą demokracją.
W konsekwencji centrum się rozpadło i miliony sfrustrowanych, nabuzowanych gniewem wyborców zwróciło się w odruchu desperacji w stronę prawicowych populistów.
Przewidywania Rosenberga? – W utrwalonych demokracjach takich jak Stany Zjednoczone, demokratyczna rządność będzie w nieunikniony sposób więdnąć, aż w końcu upadnie – mówi.
Druga połowa XX wieku była złotą erą demokracji. Według jednego z sondaży w 1945 roku na całym świecie było jedynie 12 demokracji. Pod koniec wieku już 87. Potem jednak nastąpił wielki odwrót: W drugiej dekadzie XXI wieku zwrot ku demokracji w sposób raczej nieoczekiwany i złowrogi wyhamował – i przybrał przeciwny kierunek.
Prawicowi populiści przejęli władzę lub są tego bliscy w Polsce, na Węgrzech, we Francji, Wielkiej Brytanii, Włoszech, w Brazylii i Stanach Zjednoczonych. Jak zauważył Rosenberg: – Według niektórych wyliczeń udział prawicowych populistów w podziale głosów w całej Europie wzrósł ponad trzykrotnie, z czterech procent w 1998 r. do blisko 13 procent w 2018.
W Niemczech poparcie dla prawicowych populistów rosło nawet po zakończeniu Wielkiej Recesji na początku tej dekady i po tym, gdy napływ imigrantów przybywających do kraju osłabł, dodał.
W krótkie trzy dekady po tym, gdy niektórzy wieszczyli "koniec historii", niewykluczone, że to demokracja zbliża się do końca. I to nie tylko prawicowi wichrzyciele tak mówią. (...)
Zgodnie z jego teorią w najbliższych kilku dekadach liczne duże demokracje w stylu zachodnim na całym świecie będą dalej obumierać, a te które pozostaną, staną się wydmuszkami. Zdaniem Rosenberga miejsce demokracji zajmie prawicowy populizm, oferujący wyborcom proste odpowiedzi na skomplikowane pytania.
I tu leży fundament jego argumentacji: demokracja to ciężka praca i wymaga wiele od tych, którzy w niej uczestniczą. Wymaga od ludzi by szanowali tych, którzy mają inne poglądy niż oni sami i którzy wyglądają inaczej niż oni. Zobowiązuje obywateli do sortowania wielkiej ilości informacji i oddzielania dobrego od złego, prawdy od kłamstwa. Wymaga uważności, dyscypliny i logiki.
Niestety ewolucja nie sprzyjała ćwiczeniu tych cnót w kontekście współczesnej masowej demokracji. Cytując powszechnie znane ustalenia z dziedziny psychologii, Rosenberg przypomina, że istoty ludzkie nie myślą w sposób uporządkowany. Uprzedzenia różnego rodzaju wypaczają nasze mózgi na najbardziej fundamentalnym poziomie.
Dla przykładu rasizm nieświadomie może obudzić u białych zdjęcie czarnego mężczyzny w kapturze. Odrzucamy dowody, które nie są zbieżne z naszymi celami, a jednocześnie szukamy informacji, które potwierdzałyby nasze uprzedzenia. Czasami słysząc, że nie mamy racji, tylko utwierdzamy się w naszych przekonaniach. I tak dalej i tak dalej.
Nasze mózgi, mówi Rosenberg, okazują się nieprzystosowane do współczesnej demokracji. Ludzie się po prostu do niej nie nadają.
Począwszy od Platona ludziom od dwóch tysiącleci mówi się, że demokracja nie działa. Amerykańscy Ojcowie Założyciele bali się tego tak bardzo, że pozostawili w rękach ludu niewielką tylko część rządu federalnego – resztę wykonują za nich wybrani przedstawiciele. Demokracja w Ameryce od dwóch stuleci mniej więcej funkcjonuje dzięki temu, nie wysadzając się przy tym w powietrze. (...)
Naukowiec dochodzi do wniosku, że przyczyną ostatniego sukcesu prawicowych populistów jest to, że "elity" tracą kontrolę nad instytucjami, które tradycyjnie chroniły ludzi przed ich najbardziej niedemokratycznymi impulsami.
Kiedy ludziom pozostawi się podejmowanie decyzji politycznych, w nieunikniony sposób dryfują oni w kierunku prostych rozwiązań oferowanych przez prawicowych populistów na całym świecie: śmiertelnej mieszanki ksenofobii, rasizmu i autorytaryzmu.
Te elity, tak jak definiuje je Rosenberg, to ludzie trzymający władzę na szczycie ekonomicznej, politycznej i intelektualnej piramidy, którzy mają "motywację do wspierania kultury demokratycznej i instytucje oraz władzę, by robić to skutecznie".
W swoich rolach jako senatorowie, dziennikarze, profesorowie, sędziowie i urzędnicy rządowi, by wymienić tylko kilka z nich, elity te tradycyjnie kontrolowały publiczny dyskurs i amerykańskie instytucje – i w tej roli pomagały zrozumieć społeczeństwu znaczenie demokratycznych wartości.
Dziś jednak to się zmienia. Dzięki mediom społecznościowym i nowym technologiom, każdy kto ma dostęp do internetu, może publikować bloga i promować sprawę, w którą wierzy – nawet jeżeli robi to z ukrycia i opiera się na całkowicie fałszywych przesłankach. Tak było między innymi z kłamliwym oskarżeniem, że Hillary Clinton kieruje gangiem pedofili działającym w podziemiach jednej z waszyngtońskich pizzerii.
O ile elity wcześniej mogły skutecznie demaskować spiskowe teorie i wytykać populistom ich niekonsekwencje, to dziś coraz mniej obywateli traktuje elity poważnie. (...)
W porównaniu z ostrymi wymaganiami stawianymi przez demokrację, która wymaga tolerancji dla kompromisu i różnorodności, prawicowy populizm jest jak wata cukrowa. Podczas gdy demokracja wymaga od nas akceptacji faktu, że musimy dzielić nasz kraj z ludźmi, którzy myślą i wyglądają inaczej niż my, prawicowy populizm oferuje prostą receptę. Zapomnijmy o politycznej poprawności. O ludziach należących do innych szczepów – możemy myśleć dokładnie to, co chcemy.
Prawicowi populiści nie muszą kierować się logiką. Mogą jednocześnie obwiniać imigrantów o to, że zabierają pracę Amerykanom i twierdzić, że ci sami ludzi to lenie, polujący jedynie na socjal. Wszystko, czego potrzebują zwolennicy populistów, to posiadanie wroga, którego mogliby obwinić za swoje poczucie rozczarowania.
/Zjawisko deficytu sprawczości ze strony zbiurokratyzowanych, nieruchliwych "elit", w warunkach piętrzących się wyzwań wewnętrznych i zewnętrznych; tutaj obwinia się "nieracjonalny" lud o wymuszanie owej sprawczości, a raczej poszukiwanie jej u tych, którzy obiecują coś zmienić - red./
onet.pl
onet.pl
Rząd, usiłujący chronić kraj przed rewolucyjnymi bakcylami niby zagrażającymi społeczeństwu, sam padł ofiarą znacznie groźniejszej zarazy. Wciągu pierwszych pięciu lat rewolucji francuskiej niemal wszystkie państwa Europy rozbudowały do nieznanych dotąd rozmiarów systemy zbierania informacji i nadzorowania jednostek, stworzyły lub rozszerzyły sieci informatorów, szpiegów, a nawet agents provocateurs, zachęcały do składania donosów, wykorzystywały nieuczciwą propagandę, piętnowały swoich przeciwników jako „wrogów państwa”, bezpodstawnie zarzucały im „niemoralność” i wielokrotnie próbowały wykorzystywać postępowanie sądowe do celów politycznych. Ponieważ wszystkie te metody zostały zainicjowane lub rozwinięte przez władze rewolucyjnej Francji, można powiedzieć, że zaraza zebrała większe żniwo na szczeblu rządów niż w szeregach prostych ludzi, których owe rządy tak bardzo się bały. Wirus rewolucyjnego buntu okazał się umiarkowanie zaraźliwy, ale infekcja, której objawami były kontrola państwa nad jednostką i polityzacja systemu prawnego, przyniosła poważne szkody.
Adam Zamoyski - Urojone widmo rewolucji
niedziela, 8 września 2019
Grzegorz Sroczyński: I dlaczego to takie ważne?
Ignacy Morawski: Bo jak te ceny rosną, to budżet więcej zarabia na podatkach, głównie VAT.
W ciągu trzech lat rządów PiS nominalny wzrost PKB był prawie dwukrotnie wyższy, niż w ostatnich trzech latach rządów PO. Wyniósł średnio 5,5 proc., a PO miała średnio 2,9 proc.
"Wszystko zawdzięczają koniunkturze światowej" - to jeden z liberalnych ekonomistów.
Nie wszystko. W bardzo dobrym momencie wysłali impuls popytowy. Kiedy gospodarka zaczynała zwalniać w 2016 roku i potrzebowała wsparcia, rzucili na rynek 23 mld zł w ramach 500 plus. I na to - owszem - nałożyło się odbicie gospodarcze w Niemczech oraz nowy strumień funduszy europejskich, który przyspieszył pod koniec 2017 roku.
Nie umiem odpowiedzieć, co bardziej nakręciło wzrost. Myślę, że pół na pół. W każdym razie opowieści, że PiS wszystko zawdzięcza czynnikom zewnętrznym są naciągane. W połowie 2018 roku kraje strefy euro wróciły do dawnej mizerii, czyli wzrostu w okolicach 1 proc. A my grzejemy dalej.
To zaskakujące, ale prawdopodobnie te 23 mld rocznie pompowane bezpośrednio do obywateli dało większy efekt, niż można się było spodziewać. W największym skrócie: Polacy dostali do ręki 500 zł, a wydali 700 zł.
Jak to?
Do końca nie wiadomo, bo w Polsce wielu rzeczy się porządnie nie bada. Mogę gdybać, że powstał silny efekt wtórny w postaci większego optymizmu konsumentów, większej skłonności do wydawania pieniędzy i szybszego wzrostu wynagrodzeń. Ktoś dostał 500 zł, wydał w sklepie, sklep zarobił, firma produkująca towary zarobiła, więc podniosła płacę komuś innemu o 200 zł, które też zaraz zostało wydane. I mamy efekt 700 zł.
Ten mechanizm oczywiście tak mocno by nie zdziałał, gdyby nie druga sprężyna, czyli koniunktura w strefie euro. Do tego doszły inne działania PiS na samym początku ich władzy, czyli spora podwyżka płacy minimalnej i wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, co miało wpływ na dochody dużej grupy najsłabiej zarabiających.
Niektóre zjawiska ciężko wytłumaczyć samymi liczbami.
Co na przykład?
Zjawiska psychologiczne. One też mocno działają na gospodarkę. Pisowskie transfery społeczne mogły wielu najsłabiej zarabiającym pracownikom dać większą pewność siebie. W naukach społecznych to się nazywa "silniejsza pozycja negocjacyjna pracownika wobec pracodawcy". Ktoś zarabia 1500 zł na rękę, ma dwójkę dzieci i nagle dostaje dodatkowo 1000 zł od państwa. Zaczyna być wobec szefa bardziej hardy, domaga się podwyżki i lepszego traktowania. Albo odważa się na ryzyko i rzuca pracę, żeby poszukać lepszej, bo te 1000 zł jakoś mu pozwoli przetrwać miesiąc, jeśli nie znajdzie nowej pracy od razu.
Mamy ogromny problem z oceną, jak naprawdę wyglądają u nas nierówności dochodowe, bo nie istnieją w pełni wiarygodne dane, ale jak się patrzy na wzrost płac, to najszybszy nastąpił w tych branżach, które płacą najmniej: handel, produkcja żywności, ochrona. W handlu wzrost płac wyraźnie przyspieszył wiosną 2016 roku, czyli po wprowadzeniu 500 plus. Można przypuszczać, że transfery społeczne odegrały tu dużą rolę. Ale dziwne jest coś innego.
Dziwne?
Że mimo rozgrzanej koniunktury polskie firmy nie inwestują. W badaniach ankietowych twierdzą, że popyt na ich towary i usługi rośnie, sytuację oceniają świetnie, więc według teorii powinny na potęgę inwestować. Nie robią tego.
Rząd PiS od początku mówił o dwóch filarach swojej polityki gospodarczej: większa solidarność i wyższe inwestycje. Ten pierwszy filar stoi mocno, a drugi - leży. To się nie zmienia od trzech lat.
Dlaczego?
Nikt do końca nie wie. Inwestycje publiczne ruszyły, koleje się remontują, drogi się budują, środki unijne płyną. Dobrze się też trzymają inwestycje zagraniczne, bo międzynarodowe korporacje otwierają u nas centra usług wspólnych i zapełniają rosnące w dużych miastach biurowce. Sporo firm niemieckich buduje u nas magazyny i centra dystrybucyjne, bo wreszcie mamy dobre drogi. A inwestycje małych i średnich polskich przedsiębiorstw są niższe niż były trzy lata temu.
I ma pan jakieś wyjaśnienie?
Uważam, że ich właściciele są w głębokim szoku. Dla polskich firm sytuacja na rynku pracy jest kompletnym zaskoczeniem, boją się jej, traktują jak zagrożenie egzystencjalne, bo cały swój model biznesowy opierały na tanich pracownikach, a teraz nie mogą ich znaleźć. I nie wiedzą, co robić.
Podnieść płace.
Jasne. Tyle że ceny swoich towarów i usług kalkulowały przy założeniu, że płace są niższe. Teraz jedyny sposób na przetrwanie to podniesienie cen. A polskie firmy często nie mogą tego zrobić.
Bo?
Nie kształtują swojej polityki cenowej. Większość naszych firm to są tak zwani biorcy cen.
Biorcy?
Załóżmy, że firma dostarcza jakiś specyficzny komponent do produkcji części samochodowych. Albo nawet produkuje jakąś część dla ogromnego koncernu. Po pierwsze to są kontrakty wieloletnie, które mają określony poziom cen i sposób ich indeksowania. Po drugie - często odbiorcą tej produkcji jest jeden duży klient. I jak pan mu powie: "Podnosimy ceny o 10 proc., bo nam płace wzrosły", to pana wyśmieje.
Czyli polskie firmy nie kształtują cen?
Nie bardzo. To zresztą dotyczy wszystkich rynków, na których panuje duża konkurencja. Zdolność kształtowania cen mają tak naprawdę wielcy producenci, którzy w swoich sektorach osiągnęli pozycję dominującą. A dużych polskich firm z taką siłą przetargową jest niewiele.
Polskie małe i średnie firmy doświadczają wzrostu płac i mają ograniczoną możliwość przełożenia tego na ceny. Więc biznes przestaje im się spinać. Dla wielu firm jest to duży problem, zresztą widać, że mimo mocnego ożywienia gospodarczego rentowność firm w ostatnich latach się obniżyła.
Schizofreniczna sytuacja. Z jednej strony firmy widzą rosnący popyt, a z drugiej boją się inwestować, bo biznes może się przestać opłacać.
Czyli taka firma mogłaby zbudować nową halę i zatrudnić dodatkowo stu ludzi, ale się boi?
Tak. Bo nie może zrekrutować tych stu osób, żeby koszty z cenami jej się spinały, a ceny ma ustalone przez okoliczności zewnętrzne.
Jak się spojrzy na historię cykli gospodarczych, to wzrost zatrudnienia i wzrost inwestycji szły ze sobą w parze. Znajdzie to pan w każdym podręczniku do ekonomii. Ludzie mają pracę, więcej kupują, firmy mają zbyt, zaczynają inwestować. Duża korelacja. I teraz w Polsce to się rozjechało. Właśnie dlatego, że na rynku pracy mamy coś z rodzaju wstrząsu.
Weźmy badania GUS, w których firmy raportują m.in. problemy z rekrutacją pracowników. W latach 2017-18 mamy skokowy wzrost, aż 50 proc. firm przemysłowych i budowlanych twierdzi, że to blokuje ich rozwój. Tego zjawiska wcześniej w takiej skali nie było.
Ale na czym w zasadzie to polega? Nie ma ludzi?
Nie ma. A jak są, to musi ich pan podkupić innej firmie i więcej im zapłacić. Prezes jednej z firm mi opowiadał, że gdzieś był przetarg na budowę dworca, który miał budżet X, a najniższe oferty wynosiły trzy razy X. Bo tak podrożały koszty pracy.
Jak spojrzymy na udział płac w PKB, to po raz pierwszy od 25 lat zaczął w Polsce rosnąć. To jest zasadnicza zmiana.
(...)
Czyli pracownikom jest dobrze, a dla firm to szok?
Tak. Bo nigdy nie działały w takich okolicznościach. Zasoby siły roboczej w Polsce, czyli liczba ludzi w przedziale wiekowym 18-64 spada co roku o ponad 200 tysięcy. Imigranci uzupełnili na kilka lat ten niedobór, ale tylko w niektórych zawodach. I z punktu widzenia właściciela małej czy średniej firmy to trzęsienie ziemi. Jeszcze niedawno było zupełnie inaczej. W latach 2000-2010 na rynek pracy wchodził wyż demograficzny z przełomu lat 70. i 80., który miał bardzo niskie oczekiwania płacowe. 15 lat temu młodzi ludzie byli skłonni pracować za darmo, latami tkwili na bezpłatnych stażach. Ale dzisiaj nie mają już 20 lat, tylko 35.
Polska jest obecnie krajem z trzecim najniższym bezrobociem w Unii. Dla mojego pokolenia, które wchodziło na rynek pracy w warunkach 20 proc. bezrobocia, to jest nie do wyobrażenia. Jak się rozmawia z menadżerami w firmach, to wielu mówi, że nowe pokolenie nie jest skłonne poświęcać wszystkiego dla pracy i ceni czas wolny. Wzrosło poczucie własnej wartości młodych pracowników. Inaczej trzeba nimi zarządzać i jedni menadżerowie zrozumieją, że to zmiana korzystna, dostosują się. A inni będą rwać włosy z głowy i narzekać.
Jesteśmy w trakcie rewolucji. Firmy bazujące na niskich kosztach pracy stoją przed widmem upadku.
Nie. Mocne stymulowanie konsumpcji na wszystkie sposoby. I to tyle.
A inne rzeczy? Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju premiera Morawieckiego?
Leży.
Ale też prawda jest taka, że polityką gospodarczą nie da się szybko wpłynąć na wzrost innowacji i inwestycji prywatnych, to są działania przynoszące efekty bardzo odłożone w czasie. Te narzędzia, które były najprostsze w pobudzaniu wzrostu, zostały wykorzystane. Nie widzę innych działań, które mogłyby mieć wpływ na obecny dobry stan gospodarki. Polski Fundusz Rozwoju - tam trochę ciekawych rzeczy się dzieje, ale muszą minąć lata, żeby to miało przełożenie.
A że PiS przejmuje sądownictwo? Ma to wpływ na gospodarką?
Raczej nie ma. Bardzo źle oceniam zmiany w sądownictwie, ale nie istnieją żadne dane, które by pozwoliły powiedzieć, że to osłabia gospodarkę. Niektórzy się doszukują związku między zmianami w sądownictwie a niskimi inwestycjami przedsiębiorstw. Ale jeśli wziąć pod uwagę wszystkie pisowskie zmiany instytucjonalne, to Polska jest podobna do Węgier. A na Węgrzech inwestycje rosną obecnie w tempie 20 proc. i są to również ogromne inwestycje kapitału zagranicznego, dzięki czemu Węgry po latach stagnacji wyszły na prostą. Więc jeśli popatrzymy na Polskę, Węgry, Czechy i Słowację, to nie widać, żeby rewolucja instytucjonalna w stylu Orbana czy Kaczyńskiego zniechęcała rynki. Tak jest dziś. Co będzie kiedyś, to nie wiem.
Przecież gospodarka i wolny rynek miały wzmacniać liberalną demokracje, w podręcznikach nadal uczy się tego studentów. Tymczasem okazuje się, że jedno sobie, a drugie sobie.
Według teorii lansowanej przez niektórych amerykańskich badaczy, obecne wstrząsy polityczne na świecie wynikają właśnie z tego, że w społeczeństwach Zachodu załamało się przekonanie, że demokracja i dobrobyt są ze sobą powiązane. To efekt kryzysu 2008 roku, który zostawił klasę średnią z niepewnością, frustracjami i poczuciem zagrożenia. Po drugie wynika to też mocno z sukcesu gospodarczego Chin, kraju autorytarnego.
Ale jak to jest, że Unia karci Węgry, a potem kapitał zachodni biegnie tam inwestować.
No jest tak. I co?
Dlaczego? Rynki mają liberalną demokrację w nosie?
Duży kapitał zagraniczny umie się dogadywać z politykami.
A co musiałoby się wydarzyć, żeby takiego Orbana rynki ukarały? Likwidacja wyborów?
Nie sądzę. Dopóki by się to nie przełożyło na warunki prowadzenia biznesu. Kapitał jest obecny w Chinach i nie ma problemów z brakiem demokracji.
Moim zdaniem takim punktem zwrotnym dla biznesu byłby wzrost ryzyka, że Polska i Węgry wyjdą z Unii, co oczywiście brak wolnych wyborów by wymusił.
(...)
Lepszy?
Ciężko powiedzieć. Według badań CBOS odsetek osób, które choć raz w roku idą do restauracji, wzrósł do 70 proc. Odsetek osób, które choć raz wyjechały na wakacje, wzrósł do 50 proc. Na dodatkowe zajęcia po szkole chodzi prawie 66 proc. dzieci. Te też wzrost, tyle że inaczej mierzony niż wskaźnikiem PKB. W scenariuszu alternatywnym te dane na pewno by tak nie wyglądały.
Na pewno za rządów PiS nastąpił przechył w stronę konsumpcji. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. A jednocześnie pisowskie ministerstwo finansów zobowiązało się wobec Unii, że będziemy deficyt systematycznie ograniczać. Jak spojrzymy na dane rządowe publikowane co roku w tzw. planach konwergencji, to tam jak byk stoi, że ściągniemy deficyt do 2021 roku w okolice zera. Wpisali sobie taki cel i teraz mają zgryz. Dlatego minister Czerwińska reagowała tak nerwowo na "piątkę Kaczyńskiego".
next.gazeta.pl
next.gazeta.pl
Program polityczny sformułowany pod szyldem Konfederacji jest dość prosty i nienowy – dotychczas funkcjonował jednak na marginesie i w rozproszeniu. W tej chwili ksenofobiczni Avengersi, filmowym basem Grzegorza Brauna, snują wspólną opowieść o okrągłostołowym spisku, zdradzie w Magdalence, komunistycznym eurokołchozie, ataku na polskie wartości przypuszczonym przez gejów, Żydów i Niemców.
Część odpowiedzialności za ten stan rzeczy można przypisać Prawu i Sprawiedliwości, które pada ofiarą własnego radykalizmu. To PiS wprowadziło do debaty publicznej wiele z haseł podnoszonych dzisiaj przez Konfederację, ale samo jest niedostatecznie radykalne, żeby zadowolić wyborców, szczególnie tych młodszych, których rozbudzają mocne hasła. Zjednoczona Prawica wygrała w najmłodszej (18–29 lat) grupie wyborców, zdobywając 28,4 procent głosów, jednak Konfederacja uzyskała wśród młodych 18,5 procent, co dało jej trzecią pozycję.
Jakie są zarzuty Konfederatów wobec PiS-u? Do porażek w polityce wewnętrznej zaliczają nieudaną repolonizację mediów, źle przeprowadzoną reformę sądownictwa czy brak zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Nie brakuje także zarzutów dotyczących spraw zagranicznych. Dość przypomnieć uchwalenie przez PiS nowelizacji ustawy o IPN-ie i jej kolejną nowelizację pod wpływem nacisków USA. Konfederacja zarzucała PiS-owi „poddańczość” wobec Izraela oraz Stanów Zjednoczonych, choćby w związku z porzuceniem ustawy reprywatyzacyjnej czy organizacją konferencji bliskowschodniej w Warszawie (o której pisaliśmy na tych łamach) i tak zwaną „ustawą 447”, uchwaloną przez amerykański Kongres, a dotyczącą dochodzenia roszczeń obywateli Izraela wobec Polski, zarówno w kwestii mienia bezspadkowego, jak i roszczeń rzeczywistych spadkobierców.
(...)
Po tych manewrach, na początkowym etapie kampanii wyborczej, rząd próbował przemilczeć Konfederację. Sytuacja uległa jednak zmianie, kiedy radykałowie na stałe zagościli w sondażach na poziomie 5 procent. Tuż przed rozpoczęciem ciszy wyborczej Mateusz Morawiecki mówił, że „powstała partia jawnie antyeuropejska, antyamerykańska i prorosyjska. To niebezpieczna opcja, przed którą przestrzegamy”. Antoni Macierewicz w swoim felietonie w Radiu Maryja opowiadał: „Apeluję do takich ludzi, których uważam za uczciwych, jak pan Michalkiewicz czy pan Braun: panowie, osłabiając Prawo i Sprawiedliwość, osłabiacie Polskę”.
Media publiczne i te zaprzyjaźnione z obozem władzy zaatakowały wówczas Konfederację, oskarżając jej polityków o rosyjskie powiązania. Samuel Pereira określił Konfederatów jako „zbrojne ramię totalnej opozycji”, a Dorota Kania, dziennikarka TV Republika i Polskiego Radia, sugerowała, że fakt, iż orzeł w partyjnym logo Konfederacji jest zwrócony na wschód, to symbol nie bez znaczenia. Na portalu Niezależna.pl mnożyły się nagłówki: „Kapelan kibiców: nie da się łączyć pamięci o Żołnierzach Wyklętych z wywiadami dla «Sputnika»”; czy „Z czego żyje Krzysztof Bosak? Niejasne źródła dochodów lidera Konfederacji”. Tomasz Sakiewicz, naczelny „Gazety Polskiej”, na krytykę Konfederacji poświęcił kilkanaście wpisów w mediach społecznościowych, a liderów ugrupowania określił jako „ludzi urwanych z choinki”, którzy nawiązują do „najbardziej dla Polski szkodliwych haseł” i „służą nie wiadomo komu, ale na pewno nie Polakom”. Wtórował mu Marian Kowalski, który na antenie TVP Info jako „ekspert” opowiadał o tym, że „sitwa wokół Brauna” tworzy frakcję prorosyjską w Polsce.
(...)
Mentzen zaczął swój wywód od rytualnej krytyki demokracji, bo przecież uczestnictwo w wyborach jest z rozumowego punktu widzenia bez sensu – bardziej prawdopodobne jest to, że w drodze do lokalu wyborczego potrąci nas samochód niż to, że nasz głos cokolwiek realnie zmieni. Następnie tłumaczył następnie, że jedyny przekaz, który się liczy, to przekaz emocjonalny. Skoro sama decyzja o pójściu na wybory jest nieracjonalna, to nikt, kto się takiego wysiłku podjął, nie będzie podejmować racjonalnych decyzji. Jako przykład polityka, który nie rozumie, jak należy robić politykę, Mentzen wymienił Roberta Gwiazdowskiego, który skupiał się na argumentach gospodarczych, zamiast odwoływać się do kwestii światopoglądowych. I to właśnie z niepowodzeń Polski Fair Play lekcje wyciągnąć miała Konfederacja.
Jakie to lekcje? Po pierwsze, nowe projekty polityczne muszą być radykalne, a nie szukać wyborców w centrum. Strateg Konfederacji uważa, że wyborcy centrowi nie interesują się polityką, dlatego nie głosują na wyraziste partie. Trzeba zatem mówić do ludzi, do których przemawiają „wielkie i radykalne idee”. Niezbędny jest również lider i tu Mentzen zestawia ze sobą porażkę Gwiazdowskiego z sukcesem Roberta Biedronia, tłumacząc go właśnie charyzmą przywódcy Wiosny, który nie walczy o centrum, a o „skrajnie lewicowego wyborcę”.
Wreszcie, Konfederaci doszli do wniosku, że cel uświęca nawet najbardziej obrzydliwe środki. Jak mówił Mentzen, „i już kiedy komuś się wydaje, że tym razem Konfederacja przegięła, bo batożenie homoseksualistów to naprawdę jest przesada – to nam poparcie rośnie!”. Do tego dochodzą „najlepsze wzorce z kampanii brexitowej i Donalda Trumpa” – badania fokusowe i targetowane reklamy na Facebooku.
W efekcie powstała „piątka Konfederacji”, która przebiła się poza radykalną bańkę i obiegła tradycyjne media. Jej treść to, mówi Mentzen: „Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej”. Po tych słowach na sali słychać głośny aplauz. W podobny sposób polityk mówi o temacie ewentualnych żydowskich roszczeń: „trzeba mówić ludziom, że Żydzi dostaną naszą polską ziemię. To bardziej chwyci. I co więcej, myślą państwo, że jak dostaną tę naszą polską ziemię, to będą ją sami uprawiać? Oni zatrudnią Polaków. Założą Polakom chomąto i będą uprawiać nimi pole”.
W odpowiedzi na tytułowe pytanie swojego wykładu – „I kto tu jest szurem?” – Mentzen mógłby przedstawić swoją wyborczą drużynę. Bo to Krzysztof Bosak podczas telewizyjnej debaty przedwyborczej mówił o homoseksualizmie jak o zboczeniu, a jego koleżanka z listy Kaja Godek błysnęła frazą, że „geje chcą adoptować dzieci po to, żeby je gwałcić i molestować”. Z kolei Konrad Berkowicz w debacie z kandydatką PiS-u, przyłożył jej do głowy jarmułkę. Dodatkowo, Konfederacja uzyskała również poparcie antyszczepionkowego guru i fanatyka lewoskrętnej witaminy C Jerzego Zięby, a także Huberta Czerniaka, który przekonuje o śmiercionośnych zagrożeniach związanych z siecią 5G.
Cała polityczna zręczność Konfederacji sprowadza się do żerowania na najbardziej prymitywnych ludzkich instynktach i polskich fobiach. Trudno być z tego dumnym. Szczucie na uchodźców, imigrantów i Żydów nie znajduje usprawiedliwienia, więc nic dziwnego, że przyłapane na tym osoby dziwnym trafem zwykle tłumaczą się tym, że użyły tylko „figury retorycznej”, przenośni czy skrótu myślowego. Wystarczy zerknąć na sekcję komentarzy pod wystąpieniami Konfederatów, żeby przekonać się, w jaki sposób te rzekome metafory rozumie ich elektorat.
kulturaliberalna.pl
sobota, 7 września 2019
Jak zwrócił uwagę portal „Oko.press”, spadek poparcia dla PSL na obszarach wiejskich trwa co najmniej od 2015 roku. Już w wyborach parlamentarnych w 2015 roku PSL, startujący samodzielnie, uzyskał na wsi wynik o ponad 11,4 pkt procentowych gorszy, niż w 2011. W województwie świętokrzyskim w 2014 roku ludowcy byli w stanie wygrać wybory do sejmiku wojewódzkiego - z wynikiem 46,2 proc. W 2018 roku PSL zdobył tam zaledwie 25,2% głosów - za PiS, które wygrało z poparciem na poziomie 38,4%.
Liderzy ludowców nie mogą liczyć na to, że sam powrót do własnego szyldu i bardziej konserwatywny przekaz wystarczą, by zahamować odpływ wyborców do Prawa i Sprawiedliwości. Na czym polega siła PiS na wsi?
newsweek.pl
sobota, 24 sierpnia 2019
rp.pl: - Po wyborach powiedział pan, że PiS stworzył „masarnię na kółkach, która wyprodukowała ogromną ilość kiełbasy wyborczej". Czy to jest sposób na wyborców?
Ludwik Dorn: Sama masarnia nie gwarantuje sukcesu. Klasyk socjologii Max Weber trafnie zauważył, że nie idee, ale interesy materialne oraz interesy powiązane z ideałami i wartościami rządzą zachowaniem ludzi. PiS miał masarnię, którą wytoczył, ale jednocześnie zaproponował koncepcję zagrożonej przez świat zewnętrzny wspólnoty narodowej i ustanowił siebie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, defensor patriae, psem obronnym, który chroni Polaków przed złymi ludźmi i złowrogimi siłami, z którymi sprzymierzona jest opozycja. Nie mówię o relacji tego przesłania do rzeczywistości, ale jest ono spójne i ma moc perswazyjną. W jego ramach mieści się to, że jak „tamci" dojdą do władzy, to nie tylko przyjdzie straszliwy gender i seksualizacja dzieci, niszczenie Kościoła i narodu, ale także odbiorą wam to, co my wam daliśmy. To przesłanie formatuje na polityczne potrzeby PiS lęki i neurozy, które, z racji dramatycznej historii ostatnich stuleci, podskórnie przenikają znaczną część polskiego społeczeństwa. Masarnia wyprodukuje, co jest już zresztą zapowiedziane, kolejne porcje kiełbasy: obniżenie VAT na artykuły dziecięce, objęcie zerową stawką podatkową nie tylko umów o pracę, ale umów zlecenia i umów o dzieło dla osób do 26. roku życia. Ponadto większe niż wynika to z algorytmu nakazanego przez ustawę podniesienie płacy minimalnej, i to podniesienie dużo większe. A jeśli trzeba będzie, to przed wyborami PiS uchwali 13. emeryturę na 2020 rok. Masarnia będzie działała i będzie działało przesłanie: „Polsko, Polacy, my jedyni was obronimy przed tymi, którzy chcą Polsce i Polakom zrobić źle, a zwłaszcza wyrwać wam z kieszeni koperty wypchane setkami, które teraz wysyłamy wam pocztą".
- Kampania do PE w dużej mierze skupiała się na wewnętrznej polityce. Jesienią też tak będzie?
Uważam, że kampania wyborcza Koalicji Europejskiej, zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, rzeczywiście skupiała się na problemach wewnętrznych, czyli paskudnym PiS. Natomiast zasadnicze przesłanie PiS odnosiło się do kwestii relacji wspólnoty narodowej z cywilizacja współczesną, światem zewnętrznym i Unia Europejską, w której trzeba być, żeby Polskę na dalekim przedpolu bronić przed zakusami „lewicowo-liberalnych elit brukselskich". PiS mówił zdecydowanie na temat. Koalicja Europejska mówiła nie na temat, teraz ma tego efekty.
Wszystkie wypowiedzi Donalda Tuska były komentowane – nie tylko w mediach propisowskich – w perspektywie wystąpienia pana Jażdżewskiego, które było wyraźnym otwarciem wojny religijnej po stronie opozycyjnej. To nie pomogło, tylko zaszkodziło, można się spierać w jakim stopniu, ale bezdyskusyjne jest, że nie pomogło.
- A jak wpłynęło na wizerunek samego Donalda Tuska?
Koalicja Europejska z wyraźnym wsparciem Tuska przegrała siedmioma punktami procentowymi, więc on też ma na czole przybitą pieczątkę przegrańca. To nie służy politykom.
- PO wyciągnie jakieś wnioski?
Po tych diagnozach, które politycy Platformy Obywatelskiej na razie stawiają, nie widać, żeby zrozumieli wiele z tego, co wyborcy dali im do zrozumienia.
- Wygrana PiS wiąże się z rekonstrukcją rządu. Czy poza obsadzeniem wakatów mogą się pojawić inne zmiany, np. wymiana ministra finansów?
Ewentualna zmiana ministra finansów to jedyna interesująca i ważna dla państwa zmiana, do której może dojść przy tej rekonstrukcji rządu. Cała reszta to machanie packami na muchy w PiS-owskim muchotłuku; to może być interesujące dla kierownictwa i aktywu, parlamentarzystów PiS, ale dla ludzi z zewnątrz nie ma to żadnego znaczenia. Natomiast zmiana na stanowisku ministra finansów ma znaczenie. Pani minister Teresa Czerwińska rzeczywiście usiłowała jakoś wywiązywać się z roli strażnika racjonalności budżetowej i finansowej, zwracając uwagę na zasadę, że z pustego i Salomon nie naleje. Jest procedura nadmiernego deficytu, są wymogi konwergencji i ona usiłowała, zwłaszcza na ostatnim etapie, żenić ogień z wodą, co nie bardzo wychodziło. Jeżeli Teresa Czerwińska zostanie wymieniona, będzie to oznaczało, że w Polsce nie będzie ministra finansów.
- Dlaczego?
Minister finansów jest od tego, żeby mówić „nie da się". Zasadnicze przesłanie PiS, jego prezesa, a także pana premiera brzmi: „Jak to się nie da? Da się i żadni księgowi w okularkach, którzy siedzą nad tabelkami, nie będą nam mówili, że się nie da, bo ważny jest zwykły Polak i szary człowiek". Opowiadano mi kiedyś, że gdy premier Leszek Miller peregrynował po Europie Środkowej, poszukując sojuszników dla Polski podczas wetowania traktatu konstytucyjnego, rozmawiał m.in. z premierem Węgier Ferencem Gyurcsánym z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. Rozmawiali o traktacie, ale przy okazji o tym, jak się im rządzi. Podobno gdy Miller wyszedł z tego spotkania, zapytał naszego ambasadora: „Panie ambasadorze, ale czy oni w ogóle mają ministra finansów?". Ta anegdota przypomniała mi się, ponieważ pani minister Czerwińska była i ciągle jest ministrem finansów. Gdy jej nie będzie, to nie będzie ministra finansów. Wtedy pojawi się podejście, które prezentował de Gaulle; pytany o kwestie finansowe i gospodarcze, na których się nie znał, odpowiadał po generalsku: „l'intendance suivra!" (intendentura nadąży za decyzjami dowódcy).
rp.pl
Iza Mrzygłód: W książce oprócz tego, że próbujecie przywrócić I wojnę światową świadomości zbiorowej, wprowadzacie również trochę inną – niż dominująca w Polsce – perspektywę. Po pierwsze, piszecie o tak zwanej „długiej I wojnie światowej”, obejmującej okres 1912–1923, od wojen bałkańskich aż po walki o granice w Europie Środkowej po podpisaniu traktatu wersalskiego. Po drugie, wprowadzacie dodatkową cezurę w środku I wojny światowej, dzieląc ją na pierwszą fazę, w której kluczową rolę odgrywają imperia, i drugą, w której na scenę wkraczają środkowoeuropejskie narody i to one przejmują pałeczkę.
Maciej Górny: Rzecz w tym, że od początku wojny w różnych aspektach życia występuje proces wydrążania tego imperialnego ciała przez nowe życie, na ogół związane z ruchami narodowymi. To dzieje się na początku w dziedzinie polityki społecznej, działań charytatywnych. W wojsku pierwszymi takim oznakami jest powstanie oddziałów, które się definiowały narodowo, jak Legiony Polskie w armii austro-węgierskiej czy ukraińscy Strzelcy Siczowi. Z punktu widzenia historiografii narodowych to jest początek drogi do niepodległości, wolności albo walki o nią. Jednak z punktu widzenia tych imperiów można zaryzykować metaforę, że to jest rak, który drąży ciało, aż w końcu doprowadza do zgonu.
O I wojnie światowej rozumianej jako wojna narodów można mówić mniej więcej od 1916–1917 roku. Ten proces etnicyzacji, który zaczyna się już w 1914 roku, dojrzewa i gdzieś po drodze masa krytyczna zostaje przekroczona. W różnych imperiach w różnym tempie. W przypadku Rosji szybko i głośno – i takim momentem, który łatwo zidentyfikować, jest pierwsza rosyjska rewolucja w lutym 1917 roku i decyzja o rekonstrukcji armii rosyjskiej na zasadzie etnicznej. To jest o tyle ważny przypadek, że to się dzieje zupełne jawnie: jest gdzieś zapisane, pada konkretny rozkaz. W innych imperiach zachodzą podobne procesy, ale trudno jest uchwycić momenty symboliczne, kiedy imperia upadają z wielkim łoskotem pod wpływem jednego impulsu, który by je pozbawił życia.
A czym te dwie odsłony wojny się charakteryzują?
„Wojna narodów” różni się od „wojny imperiów” prawe wszystkim. Tak naprawdę walczą w niej już trochę inne wojska, dotychczasowi sojusznicy zaczynają krzywo na siebie patrzeć, a czasami strzelają do siebie. Na przełomie 1917 i 1918 roku dzieje się tak w Rumunii, gdzie w ciągu tygodni armia rumuńska i rosyjska praktycznie zrywają współpracę. W lutym 1918 roku II brygada Legionów Polskich przebija się przez austriacki front w proteście przeciw traktatowi brzeskiemu. Z obu stron giną żołnierze, którzy nie dość, że jeszcze niedawno należeli do tej samej armii, to w zasadzie nie mają żadnego powodu, aby się nawzajem zabijać. Chorwaci, którzy akurat pechowo stacjonowali w tym miejscu, nie mieli ze „sprawą polską” nic wspólnego. Poprzez takie wydarzenia zmieniają się także fronty. Poczynając od roku 1917, są już inne niż te widoczne na mapie, bo rodzą się konflikty, z którymi będziemy mieli oficjalnie do czynienia dopiero po 1918 roku.
Trochę inaczej zaczyna funkcjonować samo wojsko i inny jest stopień jego organizacji. Zaciera się granica pomiędzy profesjonalną wojną a starciami jednostek paramilitarnych. Ta pierwsza ma wprawdzie mnóstwo usterek, ale jednak funkcjonują różne służby, zaopatrzenie dociera, a przestępstwa się karze. Po drodze następuje gdzieś taka przemiana, że to przestaje być standardem. I w bardzo wielu miejscach wojna zaczyna dotyczyć przede wszystkim ludności cywilnej, która traci nawet iluzoryczną ochronę przed samowolą ludzi z bronią.
Zresztą, rosnące zaangażowanie ludności cywilnej ma poważne następstwa. Dosyć jasno dotąd wyrysowane fronty zamieniają się w przestrzenną konstrukcję, gdzie tych wrogów jest wielu. Mieszkańcy to już nie tylko ofiary. Często stają się dodatkową, trzecią (a czasem czwartą albo piątą) stroną konfliktu. Kiedy w 1918 roku na Ukrainę wkraczają niemieckie i austro-węgierskie wojska okupacyjne, ich dowódcom wydaje się, że jedyne zagrożenie stanowią bolszewicy. Już po paru tygodniach widać jednak, że w okolicy kręcą się także prywatne wojska różnych „atamanów”, anarchiści, „biali” Rosjanie i kto tam jeszcze. W dodatku własną siłą zbrojną dysponują nawet niektóre wsie.
Pojawia się na przykład kategoria „zielonych”, czyli nieregularnych formacji, różnych partyzantów i chłopskich band, którzy często występują w obronie lokalnej społeczności lub własnych partykularnych interesów. I tutaj chciałabym się zatrzymać przy chłopach, bo oni też zyskują pewną podmiotowość jako aktorzy różnych działań i walk. W książce z jednej strony dostrzegacie ich nową rolę i swoistą emancypację, a z drugiej stwierdzacie, że sytuacja i mentalność chłopów tkwiła w świecie archaicznych, przednowoczesnych reguł. To jak to w końcu jest? Czy oni również podlegali etnicyzacji i angażowali się w sprawę narodową? Czy raczej przychylałbyś się do tezy Michała Łuczewskiego, że chłopska tożsamość narodowa ukształtowała się znacznie później, a jej domknięcie nastąpiło dopiero w okresie PRL-u?
Przede wszystkim fenomen „zielonych” dotyczy ziem polskich akurat stosunkowo w małym stopniu. Najwięcej uzbrojonych chłopów, wsi i wiejskich republik było tam, gdzie wojenne bezprawie trwało najdłużej, czyli na ziemiach ukraińskich i białoruskich. Przejściowo jest to również fenomen słowacki i chorwacki. Natomiast w okresie, kiedy kształtuje się państwo polskie, chłopi, tam gdzie okoliczności temu sprzyjają – czyli tam, gdzie nie ma silnej władzy, albo w ogóle nie ma władzy – mają tendencje, żeby rządzić się sami. Ich stosunek do powstających struktur państwowych, tych czy innych, jest zależny od tego, co im próbują dać lub co im próbują zabrać. W polskich meldunkach z roku 1919 donosi się o całych gminach, które z punktu widzenia polskich władz wojskowych żyją w totalnym „bezprawiu”, a to znaczy, że nie wpuszczają do siebie polskich urzędników, polskich żandarmów, polskiego wojska. Broń mają, bo wojna przeszła parę razy przez ich okolicę, i radzą sobie sami.
Etnicyzacja dotyczy akurat tej grupy społecznej w stosunkowo niewielkim stopniu. Michał Łuczewski ma więc rację. Źródła pokazują, że z unarodowieniem chłopów są olbrzymie problemy i jeśli się ich nie weźmie w karby dyscypliny, to unikają zaangażowania w walki powstających właśnie państw. Dzieje się tak zarówno na ziemiach polskich, jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim chłopi nie zgłaszają się do poboru. To jest pierwsza żelazna reguła. Nie jest przypadkiem, że w meldunkach wojskowych, nie tylko polskich, pojawia się zawsze informacja o tym, który z naszych sąsiadów aktualnie prowadzi pobór, bo to oznacza, że po naszej stronie granicy będą się gromadzić młodzi mężczyźni, którzy uciekli ze wsi po drugiej stronie. I chłopi z terytoriów polskich oczywiście też uciekają w momencie poboru.
Tak jest nawet w roku 1920, w okresie wojny z bolszewikami, kiedy całe powiaty nie stawiają się do służby wojskowej albo stawiają się bardzo wybiórczo.
I to o postawach chłopów u progu niepodległości mówi znacznie więcej niż propaganda kierowana do ludu.
kulturaliberalna.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)