niedziela, 3 grudnia 2017


Rozpoczęcie procesu Brexitu było zagrywką premiera Camerona, wymierzoną w UKIP i jej lidera Nigela Farage’a. Wielka Brytania ma tak silną pozycje w UE i czerpie z niej takie korzyści, że ani Cameron, ani nikt z elit politycznych Wielkiej Brytanii nie traktował serio pomysłu Brexitu. Ot, blef. Jednak, jak uczeń czarnoksiężnika, Cameron wypowiedział zaklęcie i stracił nad nim kontrolę. Było to o tyle łatwe, że brytyjskie bulwarówki od lat regularnie pisywały negatywnie o Unii Europejskiej. Ponieważ większościowa ordynacja wyborcza uniemożliwia natychmiastowe wymierzenie kary za złe decyzje przez społeczeństwo w kolejnych wyborach, konserwatyści zarządzający Brexitem zostali po czerwcowych wyborach tylko osłabieni, a nie odwołani.

UKIP oszukał Brytyjczyków przed referendum, głosząc, że wyjście z UE to 8,5 mld funtów rocznie zysku dla Brytyjczyków (tyle przeciętnie wynoszą roczne wpłaty netto Wielkiej Brytanii do UE). Na samym początku negocjacji w kwietniu 2017 r., UE zażądała 100 mld euro rachunku brexitowego za różne zobowiązania zaciągnięte względem UE, np. wpłaty do budżetu UE do końca obecnej perspektywy finansowej do 2020 r.  Londyn odrzucił te żądania jako bezzasadne, a obecnie zgadza się na 40 mld euro, podczas gdy UE zredukowała swe oczekiwania do 65 mld euro, co stanowi odpowiednio 1,7% i 2,8% brytyjskiego PKB z 2016 r. Nie zapominajmy przy tym, że Wielka Brytania jest, w przeciwieństwie do Polski, płatnikiem netto do budżetu UE.

(...)

Polska w latach 2004-2020 otrzyma z UE w sumie 162 mld euro netto, czyli około 10 mld euro rocznie, średnio jakieś 3% PKB. Polski eksport to w 80% rynek UE, w tym 27% do Niemiec (w tym sporo prefabrykatów do niemieckich łańcuchów dostawczych, a nie produktów finalnych), a w drugą stronę to tylko 3% i 4,3% (kalkulacja z bazy danych trademap.org). Największe nieunijne rynki eksportowe dla Polski to USA (2,8% polskiego eksportu), Rosja (2,7%), Turcja (1,7%), Ukraina (1,5%), Norwegia (1,4%), Chiny (1,2%) i Szwajcaria (1%). Reszta to drobnica poniżej 1%. Liczenie na Chiny, popularne wśród części prawicy, jest złudne, zwłaszcza że one nie potrzebują Polski poza UE, lecz jako platformy dostępu do rynku UE. Zapewne więc rachunek za Polexit byłby słony i wynosił kilka razy więcej niż 1,75% PKB brytyjskiego, kraju będącego płatnikiem netto. Prawdopodobnie byłoby to około 1,5% PKB za zobowiązania bieżące (składki itd.), a ile zwrotu Unia chciałaby z około 40% polskiego obecnego rocznego PKB, które UE wpompowała w Polskę netto od 2004 r., to nawet strach się zastanawiać… Ponadto polska gospodarka poprzez odcięcie od rynków unijnych zostałaby wrzucona w otchłań kryzysu. Być może dlatego prawica odkurza kwestię reparacji wojennych od Niemiec. Cóż, zapewne moralnie ma to w oczach prawicowych radykałów jakiś sens, choć jest nierealne, nieprofesjonalne i raczej infantylne.

Polexit spowodowałby ogromny kryzys gospodarczy w Polsce, wysokie bezrobocie, wzrost kosztów obsługi długu publicznego do 5-10% odsetek i zapaść finansów publicznych, wyhamowanie inwestycji w modernizację, w technologie obronne, infrastrukturę energetyczną, koniec z 500+, koniec z bezpośrednimi dopłatami dla rolników. I w ogóle koniec marzeń o zamożnej i sprawiedliwej społecznie Polsce na dziesiątki lat. Poza tym – wzrost dominacji Rosji na Ukrainie, w Białorusi i w Polsce. Jednym słowem, Polexit to pogrzebanie „Trójmorza”, które i tak jest mało realne, poza wybudowaniem dobrych sieci transportowych (autostrady i szybka kolej) i energetycznych (zwłaszcza przesył gazu). Polska to 3-4% gospodarki UE, więc byłoby to zderzenie mrówki ze słoniem i zatopienie ekonomiczne Polski. Polexit to marzenie Putina.

nowyobywatel.pl

sobota, 25 listopada 2017


Media, podgrzewając napięcie w rozmaitych sprawach, zabrały się do margaryny. Powód? Amerykańska Agencja ds. Żywności i Leków (FDA) stwierdziła, że ponieważ nienasycone kwasy tłuszczowe typu trans produkowane w wyniku utwardzania tłuszczów roślinnych są bardzo niezdrowe, trzeba nakazać ich wycofanie z produkcji w ciągu trzech lat.

Odnosimy się do tych zamierzeń z pewną rezerwą, bo wiemy, że w Stanach Zjednoczonych niezdrowa żywność od dawna króluje, sieci fast foodów mają ogromną moc ekonomiczną, a społeczeństwo pełne jest ofiar tłustych potraw. Być może jednak miarka nawet w Ameryce się przebrała i rządowa agencja postanowiła ratować obywateli przed atakami serca i cukrzycą.

Na stronach internetowych FDA można przeczytać dziesiątki raportów i interwencji w sprawie utwardzanych tłuszczów roślinnych typu trans, co poskutkowało tym, że od 2013 r. zdecydowanie przestano uznawać, że tłuszcze te są bezpieczne. W czerwcu br. agencja ogłosiła, że daje firmom spożywczym trzy lata na dokonanie przeglądu swoich produktów i wyeliminowanie szkodliwych tłuszczów lub w określonych przypadkach zezwala na wystąpienie do FDA z wnioskiem o zgodę na pozostawienie śladowej zawartości tych składników. Część wytwórców już próbuje je usunąć z przetworzonej żywności, a FDA przewiduje, że wielu uda się to wcześniej. Agencja uprzedza jednak, że tłuszcze trans nie zostaną całkowicie wyeliminowane z żywności, ponieważ występują naturalnie w małych ilościach w mięsie i produktach mleczarskich, a także w olejach jadalnych. Zachęca się natomiast konsumentów, którzy myślą o zmniejszeniu spożycia niezdrowych substancji, aby sprawdzali skład produktów pod kątem zawartości nienasyconych kwasów tłuszczowych.

tygodnikprzeglad.pl

Około dwa lata temu włoski badacz pracujący na Tomskim Uniwersytecie Państwowym (Rosja), prof. Roberto Cazzolla Gatti przedstawił hipotezę dotyczącą występowania samoświadomości u psów. Specjalista opracował specjalny zapachowy test samorozpoznawania (STSR) i wykazał, że psy poświęcają więcej czasu na wąchanie cudzego moczu, niż własnych wydzielin. Zdaniem badacza świadczyło to o zdolności zwierząt do rozpoznawania własnego zapachu, a co za tym idzie - występowaniu u nich świadomości własnej tożsamości.

Podobny eksperyment przeprowadziła dr Alexandra Horowitz z amerykańskiego Barnard College. Psycholożka obserwowała zachowanie 36 psów w kontakcie z własnym zapachem w postaci czystej (tylko własny zapach) i zmodyfikowanej (własny zapach uzupełniony o dodatkową woń). Stwierdziła, że czworonogi dłużej koncentrowały się na wąchaniu zmodyfikowanego zapachu - co sugerowało, iż zwierzęta były w stanie rozpoznać własny zapach i były "zdziwione", gdy wyczuwały w nim dodatkową woń. Rezultaty badania potwierdziły hipotezę samoświadomości u psów.

Wcześniej uważano, że psy nie posiadają świadomości swojego istnienia, bo nie zdają tzw. testu lustra – nie rozpoznają w lustrze własnego odbicia, jak robią to ludzie, niektóre małpy i kilka innych gatunków zwierząt. Część badaczy, w tym prof. Gatti i dr Horowitz - uznała jednak, że test lustra może stanowić nieodpowiednie narzędzie do badania samoświadomości u czworonogów, gdyż wzrok nie jest podstawowym zmysłem, którym posługują się te zwierzęta. Dlatego badacze postanowili zastosować inną metodę - opartą na zmyśle węchu, i to właśnie ona dostarczyła im dowodów na istnienie samoświadomości u psów.

naukawpolsce.pap.pl

piątek, 24 listopada 2017


Kiedy Jarosław Kaczyński, będąc jeszcze przewodniczącym małej chrześcijańsko-demokratycznej partii we wrześniu 1991 w Bonn spotkał się z kanclerzem Helmutem Kohlem, domagał się od niego deklaracji uznania granicy na Odrze i Nysie. Działo się to w rok po tym, jak Niemcy formalnie uznały tę granicę w traktacie i trzy miesiące po podpisaniu polsko-niemieckiego traktatu o dobrym sąsiedztwie.

Dziennikarz FAZ przypomina, że polski dziennikarz Michał Krzymowski cytuje w wydanej przed dwoma laty biografii Kaczyńskiego jego ówczesnego doradcę w sprawach polityki zagranicznej, który twierdził, że dzisiejszy prezes PiS zawsze obserwował niemiecką politykę z nieufnością, przypominającą zachowanie komunistycznej kadry lat 60-tych, czyli ludzi, którzy wtedy organizowali nagonkę na polskich biskupów. "Dla głównego nurtu polskiej opozycji przeciwko komunistycznej dyktaturze postawa taka nie była jednak typowa. Po pierwsze, niektórzy z jej liderów, jak pierwszy niekomunistyczny premier Polski Tadeusz Mazowiecki należeli do kręgów zbliżonych do Kościoła, które od początku lat 70-tych utrzymywały intensywne kontakty z Republiką Federalną. Po drugie, czołowi działacze tego ruchu już wcześnie zorientowali się, że podtrzymywanie strachu przed Niemcami jest jedynym narzędziem komunistycznej propagandy, który faktycznie ma skuteczne działanie na dużą część narodu. Tylko Związek Radziecki mógł zagwarantować bezpieczeństwo Polski przed Niemcami, twierdziło wtedy kierownictwo partii. Twierdzeniu temu próbowali zaprzeczać krytycy reżimu w latach 80-tych, wskazując np. na europejskie powiązania Republiki Federalnej i zmiany, jakie zaszły w zachodnioniemieckim społeczeństwie.

dw.com

piątek, 20 października 2017


To że żyjemy w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku powoli nikogo już nie dziwi. Najnowsze badania, na które powołuje się "The Guardian", dowodzą, że powszechnie używany plastik stał się składnikiem naszej codziennej diety.

Brytyjski dziennik opisuje najnowsze badania naukowców z różnych stron świata, którzy alarmują, że mikrocząsteczki plastiku znajdują się m.in. w powszechnie używanej soli morskiej. (...)

Według naukowców, większość zanieczyszczeń mikrowłóknami plastiku to wina powszechnie stosowanych opakowań jednorazowych, jak np. butelki PET. Jak wylicza ONZ, rocznie do oceanów trafia do 12,7 mln ton tworzyw sztucznych, co odpowiada opróżnianiu jednej śmieciarki na minutę wyładowanej plastikiem.

Podobne badania przeprowadziła prof. Sherri Mason z Uniwersytetu Stanowego w Nowym Jorku. Udowodniła w nich, że mikrocząsteczki plastiku występują również w piwie, wodzie pitnej oraz w 10 rodzajach soli morskiej z całego świata, które naukowiec kupiła w sklepach w USA. Według Mason, sól morska może być bardziej podatna na zanieczyszczenia tworzywem sztucznym ze względu na proces jej pozyskiwania, m.in. poprzez odparowanie wody morskiej.

gazeta.pl

"Odsetek otyłych osób na świecie wciąż bardzo wzrasta. Wiemy już, że otyłość jest jednym z głównych czynników ryzyka rozwoju raka. Dotychczas stwierdzono, że ma ona związek z rozwojem 16 różnych nowotworów. Istnieje zatem pilna potrzeba zidentyfikowania konkretnych mechanizmów, które sterują tą zależnością" - mówi dr Cornelia Ulrich z Uniwersytetu Utah w Salt Lake City, która przeprowadziła analizę 20 prac dotyczących zależności pomiędzy otyłością a rakiem, opublikowanych w latach 1946-2017.

Z poprzednich badań wynika, że tkanka tłuszczowa przyczynia się do kancerogenezy m.in. poprzez zwiększanie ryzyka stanu zapalnego, negatywny wpływ na metabolizm komórki oraz pracę układu odpornościowego.

Jak zauważa dr Ulrich, kilka z badań wskazywało na to, że komórki tkanki tłuszczowej mają zdolność wnikania do miejsc rozwoju nowotworów i stymulowania ich wzrostu. Takie komórki występowały częściej u otyłych kobiet z rakiem piersi oraz otyłych mężczyzn z rakiem gruczołu krokowego.

naukawpolsce.pap.pl

O ociepleniu klimatu informuje nas nie tylko obecność lub brak pewnych gatunków owadów, lecz także liczebność ich populacji. Takim wskaźnikiem jest wzmożona obecność kornika drukarza w Puszczy Białowieskiej. Atakuje on przede wszystkim tamtejsze świerki, które z roku na rok są coraz słabsze. Dlaczego?

- W naszym kraju klimat dla świerka jest coraz mniej sprzyjający. Dla tych drzew jest ostatnio za ciepło i za sucho. Spowodowało to masowe ataki kornika drukarza, który korzysta z obfitości pożywienia i masowo się rozmnaża. Można powiedzieć, że słabe drzewa w jakiś sposób zawiadamiają owady o swojej złej kondycji, zachęcając je do konsumpcji. Dzięki temu szybciej zamierają i robią miejsce dla młodego pokolenia. To przykład zdrowego funkcjonowania lasów pierwotnych, bardzo wyraźnie widocznego obecnie w Puszczy Białowieskiej - mówi dr hab. Tomasz Mokrzycki z Wydziału Leśnego SGGW.

- Miejsce świerków zajmują gatunki bardziej ciepłolubne, lepiej dostosowane do obecnych warunków klimatycznych, np. grab. W ten sposób Puszcza się niejako rozbiera, przystosowuje do cieplejszego klimatu. Jeśli w Białowieży można spotkać modliszkę, oznacza to, że nie ma tu optymalnych warunków do życia dla świerków - dodaje.

agropolska.pl

czwartek, 19 października 2017


Doktor Philip Howard, autor książki: „Koncentracja i władza w systemie żywnościowym, czyli kto decyduje o tym, co jemy?”, od lat bada zmiany zachodzące w systemie żywnościowym i opisuje zachodzące w nich trendy. Howard jest profesorem nadzwyczajnym na Wydziale Zrównoważonego Rozwoju Społeczności na Uniwersytecie Stanowym w Michigan, specjalizuje się zaś w dziedzinie socjologii wsi.

(...)

Jak zauważa Howard:

„W wielu branżach obserwujemy trend zmierzający w kierunku coraz mniejszej ilości działających w nich firm, przy jednoczesnym zwiększaniu ich wpływów. Weźmy na przykład przemysł piwowarski. Dziś za połowę światowej produkcji tego trunku odpowiadają cztery firmy z Europy. W najbliższej przyszłości ich ilość spadnie do trzech, ponieważ Anheuser-Busch InBev zamierza kupić SABMiller.

Co ciekawe, nawet firmy z dominującą pozycją na rynku muszą podporządkować się regułom narzucanym im przez system. A zgodnie z nimi należy ciągle zwiększać swoje obroty, bo inaczej przejmą cię inni. To sprawia, że o tym, co mamy jeść, decyduje coraz mniejsza grupka ludzi. Krążą słuchy, że kupno SABMiller nie zwiększy obrotów InBev do pożądanego poziomu, więc koncern będzie musiał przejąć jeszcze jedną firmę, być może nawet Coke lub Pepsi.”

(...)

„Na początku XX wieku istniało wiele regulacji zapobiegających powstawianiu koncernów, których wpływy byłyby zbyt rozległe. Sytuacja ta zmieniła się diametralnie na początku lat 80-tych, kiedy prezydentem został Ronald Reagan. Agencje rządowe otrzymały wtedy nakaz, by zupełnie inaczej zacząć postrzegać fuzje czy przejmowanie jednych przedsiębiorstw przez drugie. Jednocześnie sędziów federalnych próbowano przekonać do tzw. szkoły chicagowskiej. W tym celu zapraszano ich na wycieczki do Arizony, na Florydę i innych tego typu miejsc, gdzie poza rozrywką, głównie w postaci gry w golfa, uczestniczyli oni w seminariach. Tam uczono ich, że fuzje i przejęcia, jeśli tylko nie spowodują gwałtownego wzrostu cen, są dobrodziejstwem dla całego społeczeństwa. Do końca lat 90-tych w takich wyjazdowych szkoleniach wzięło udział ponad 2/3 wszystkich sędziów federalnych. Trudno się więc dziwić, że dziś nie ma szans, by wygrać jakąkolwiek rozprawę dotyczącą przeciwdziałania praktykom monopolistycznym.”

ulicaekologiczna.pl

Współczesna polska publicystyka historyczna wykreowała określenie „cios nożem w plecy” wobec agresji ZSRR z 17 września 1939 r. Tych ciosów nożem w plecy Polska otrzymała jednak we wrześniu 1939 r. więcej. 1 września 1939 r. taki cios zadała Rzeczypospolitej Słowacja, umożliwiając wojskom hitlerowskim zaatakowanie Polski ze swojego terytorium oraz biorąc udział w tej agresji. 12 września 1939 r. cios nożem w plecy zadali natomiast nacjonaliści ukraińscy, wszczynając w porozumieniu z Berlinem działania, które przeszły do historii pod nazwą dywersji OUN na Kresach Wschodnich.

Na miano ciosu nożem w plecy zasługuje także postawa sojuszników Polski, czyli niewywiązanie się przez Francję i Wielką Brytanię ze zobowiązań sojuszniczych. Ten cios nożem w plecy był chronologicznie pierwszy i stanowił ogromny szok dla Polaków, których ówczesna propaganda państwowa utwierdzała w wierze w trwałość i niezawodność sojuszy. Przypominam o nim nie po to, żeby deprecjonować znaczenie innych przyczyn klęski wrześniowej – w tym działań podjętych przez ZSRR – ale dlatego, że postawa Francji i Wielkiej Brytanii wobec samotnie walczącej z najazdem niemieckim Polski zasługuje na uwagę również w kontekście współczesnej polskiej polityki prozachodniej.

II Rzeczpospolita od początku lat 20. XX w. była związana sojuszem polityczno-wojskowym z Francją – najsilniejszym wówczas militarnie mocarstwem Europy Zachodniej. Polsko-francuska umowa sojusznicza została podpisana 19 lutego 1921 r. w Paryżu. Dopiero 19 maja 1939 r. – w sytuacji jawnego już zagrożenia napaścią Niemiec hitlerowskich na Polskę – Francja zgodziła się na odnowienie i uściślenie konwencji wojskowej do umowy sojuszniczej. Nadający tej konwencji klauzulę ważności protokół polityczny dyplomacja francuska podpisała pod naciskiem Wielkiej Brytanii 4 września 1939 r. Najważniejszym zobowiązaniem, jakie przyjęła na siebie Francja, było rozpoczęcie ofensywy przeciw Niemcom w 15. dniu po ogłoszeniu mobilizacji powszechnej.

Drugim sojusznikiem II RP w 1939 r. stała się Wielka Brytania, która w reakcji na całkowitą likwidację Czechosłowacji przez Niemcy (14-15 marca 1939 r.) udzieliła Polsce 31 marca jednostronnej gwarancji niepodległości (ale nie integralności terytorialnej), obiecując pomoc wojskową w wypadku zagrożenia. Następstwem tego kroku było podpisanie 6 kwietnia 1939 r. w Londynie przez ministrów spraw zagranicznych Józefa Becka i lorda Halifaksa układu o dwustronnych gwarancjach polsko-brytyjskich, który stał się podstawą rokowań w sprawie zawarcia formalnego układu sojuszniczego między Polską a Wielką Brytanią. Na sfinalizowanie go Londyn zdecydował się dopiero 25 sierpnia 1939 r., obawiając się, że po podpisaniu w Moskwie 23 sierpnia paktu Ribbentrop-Mołotow Polska może pójść na ustępstwa wobec Niemiec.

tygodnikprzeglad.pl

Rosyjskojęzyczni użytkownicy są średnio dwa razy aktywniejsi niż ci anglojęzyczni: na tych pierwszych przypada 4,7, a na drugich 2,4 tweetów. Najważniejszym jednak wnioskiem raportu jest fakt, iż 70% kont piszących po rosyjsku i 28% po angielsku to automaty. 84% rosyjskojęzycznych treści na temat Sojuszu Północnoatlantyckiego w krajach bałtyckich i w Polsce zostało wykreowanych nie przez realnych użytkowników. Treści anglojęzyczne poszerzane przez boty stanowią 46% całości na Twitterze.

(...)

Jak zauważono w raporcie, treści rosyjskojęzyczne są ściśle powiązane z narracjami rosyjskich mediów o ćwiczeniach wojskowych, stacjonowaniu żołnierzy NATO oraz pojedynczymi incydentami z udziałem personelu wojskowego. Treści anglojęzyczne były zdominowane przez kwestie amerykańskiej polityki zagranicznej i wewnętrznej.

Automatycznie tworzone treści obejmują kombinację publikacji mediów, spamu i materiałów stricte politycznych. Modyfikacja stylu przyczyniła się też do kolejnego wniosku: w kwestiach militarnych przyjęte metody są inne niż te, znane z rosyjskiego Twittera, tj. spamowania hasztagami w celu maskowania lub rozmywania niewygodnych trendów tematycznych. „Twitterowe rozmowy o sprawach powiązanych z NATO to przede wszystkim boty rozmawiające z innymi botami, boty promujące treści osób trzecich oraz boty stopniowo budujące bardziej wiarygodne profile”.

Najbardziej popularne działania automatów to przeklejanie nagłówków z mediów internetowych z lub bez linka czy obrazka tytułowego oraz agregatory, nierzadko polegające na usługach zewnętrznego podmiotu, którego treści są podawane z określonego klucza. Co więcej, szereg mediów podających fikcyjne treści (fake newsy) dokonuje plagiatu lub algorytmicznie przepisuje treści innych środków masowego przekazu, publikując je następnie pod zmienionymi, własnymi tytułami. Jak stwierdza raport STRATCOM: „boty mają tendencję do polegania na mediach dla pozyskania treści, gdyż środowisko rosyjskojęzycznych mediów społecznościowych staje się coraz bardziej przedłużeniem mediów klasycznych i elektronicznych. Większość rosyjskich massmediów są albo bezpośrednio albo pośrednio kontrolowane przez państwo. Zrozumiałe jest, że nawet automatycznie generowany rosyjski spam informacyjny to echa państwowo nakazywanych treści”.

cyberdefence24.pl

wtorek, 17 października 2017


A jakiego to „konkretnego typu” rodzina jest intencją tego programu?

Imaginarium, jakie stoi za Rodziną 500+, to wyobrażenia i tęsknoty za światem, którego nie ma. Może istniał kiedyś w dwudziestoleciu międzywojennym: w przemyśle Gdynia i COP, w polityce Naczelnik gardzący demokracją liberalną, a w rodzinie posłuszeństwo mylone z porządkiem. A ponieważ wszyscy jesteśmy specjalistami od tego okresu głównie za sprawą fotografii w sepii, nie pamiętamy, że to okres analfabetyzmu na poziomie 33% oraz głodu na przednówku.

Ale za to Wilno i Lwów były polskie. To już raczej niemożliwe, więc może chociaż tradycyjna rodzina?

Historia powtarza się wyłącznie jako farsa, bo sama próba jej powtórzenia sygnalizuje ignorowanie galopującej rzeczywistości. Instytucje, w tym język i prawo, zmieniają się wolniej niż życie społeczne. Jeśli nie czytamy książek wydanych po powstaniu warszawskim, możemy nie zauważyć, że historycznie negatywna relacja między dzietnością a zatrudnieniem oraz wykształceniem kobiet stała się pozytywna w latach 90. Zmieniły się nie tylko czynniki wpływające na liczebność rodziny, ale też jej struktura. Gdy rzeczniczka klubu PiS Beata Mazurek w lutym 2016 roku powiedziała do samotnych rodziców, żeby ustabilizowali swoją sytuację rodzinną i mieli więcej dzieci, zapewne nie wiedziała, że mówi to do 2,17 miliona samotnych matek i 328 tysięcy samotnych ojców – czyli do co piątego gospodarstwa domowego w Polsce. Nie wspomnę już o zróżnicowaniu regionalnym Polski, gdzie w Zachodniopomorskiem 41 procent dzieci rodzi się poza małżeństwem – czyli trzy razy więcej niż w Małopolsce – a różnica między tymi województwami jest większa niż między Hiszpanią a Azerbejdżanem.

krytykapolityczna.pl