wtorek, 17 października 2017
A jakiego to „konkretnego typu” rodzina jest intencją tego programu?
Imaginarium, jakie stoi za Rodziną 500+, to wyobrażenia i tęsknoty za światem, którego nie ma. Może istniał kiedyś w dwudziestoleciu międzywojennym: w przemyśle Gdynia i COP, w polityce Naczelnik gardzący demokracją liberalną, a w rodzinie posłuszeństwo mylone z porządkiem. A ponieważ wszyscy jesteśmy specjalistami od tego okresu głównie za sprawą fotografii w sepii, nie pamiętamy, że to okres analfabetyzmu na poziomie 33% oraz głodu na przednówku.
Ale za to Wilno i Lwów były polskie. To już raczej niemożliwe, więc może chociaż tradycyjna rodzina?
Historia powtarza się wyłącznie jako farsa, bo sama próba jej powtórzenia sygnalizuje ignorowanie galopującej rzeczywistości. Instytucje, w tym język i prawo, zmieniają się wolniej niż życie społeczne. Jeśli nie czytamy książek wydanych po powstaniu warszawskim, możemy nie zauważyć, że historycznie negatywna relacja między dzietnością a zatrudnieniem oraz wykształceniem kobiet stała się pozytywna w latach 90. Zmieniły się nie tylko czynniki wpływające na liczebność rodziny, ale też jej struktura. Gdy rzeczniczka klubu PiS Beata Mazurek w lutym 2016 roku powiedziała do samotnych rodziców, żeby ustabilizowali swoją sytuację rodzinną i mieli więcej dzieci, zapewne nie wiedziała, że mówi to do 2,17 miliona samotnych matek i 328 tysięcy samotnych ojców – czyli do co piątego gospodarstwa domowego w Polsce. Nie wspomnę już o zróżnicowaniu regionalnym Polski, gdzie w Zachodniopomorskiem 41 procent dzieci rodzi się poza małżeństwem – czyli trzy razy więcej niż w Małopolsce – a różnica między tymi województwami jest większa niż między Hiszpanią a Azerbejdżanem.
krytykapolityczna.pl
Michael Jetter, ekonomista w dziedzinie mediów z Uniwersytetu Zachodniej Australii w Perth od lat bada symbiotyczne relacje między mass mediami i terroryzmem. W ramach badań naukowych, których wyniki zostały niedawno opublikowane, przeanalizował on ponad 61 tys. zamachów terorystycznych z lat 1970-2012 w ponad 200 krajach i porównał je z tym, jak szeroko donosiła o nich „New York Times”. Wnioski naukowców potwierdzają hipotezę, że liczba ataków terrorystycznych jest w ścisłej korelacji z ich intensywną inscenizacją w mediach. Każde dodatkowe doniesienie o zamachu terrorystycznym podwyższa liczbę zamachów w następującym po nim tygodniu o około 1,4.
Jetter sprawdził to i twierdzi, że w dniach w których pisano o przejściu orkanu a nie o Al-Kaidzie, w następnym tygodniu było mniej zamachów. Przyczyn tego doszukuje się on w psychologii.
Może chodzić o tzw. efekt Wertera, prowadzący z jednego zamachu terrorystycznego do drugiego. Socjolog David Philips wprowadził to pojęcie w latach 70. opierając się na powieści Goethego "Cierpienia młodego Wertera". Pojęcie to określa związek pomiędzy nagłym wzrostem liczby samobójstw a poprzedzającym go nagłośnieniem w mediach samobójstwa jakiejś znanej osoby. Po publikacji „Cierpień młodego Wertera” już wtedy w XVIII-wiecznym społeczeństwie znalazło się wielu naśladowców bohatera – jak wyjaśnia Benedikt Till, psycholog z Uniwersytetu Medycznego w Wiedniu. Dzieje się tak przede wszystkim wtedy, gdy samobójstwo opisywane jest we wszelkich szczegółach albo kiedy motywy tego czynu, które prawie zawsze podawane są w uproszczonej formie (samobójstwo po rozwodzie albo ze względu na długi), staje się przedmiotem dzikich spekulacji.
– We wszystkim tym kryje się dość duży potencjał identyfikacyjny – podkreśla badający to zjawisko Benedikt Till. Także zdjęcia zrozpaczonych krewnych czy samej ofiary mogą animować naśladowców.
Oczywiście sam taki sensacyjny artykuł u ludzi, którzy nie przeżywają akurat kryzysu, nie doprowadzi do samobójstwa. Ale dla kogoś, kto myślał już o odebraniu sobie życia, doniesienia w mediach mogą przeważyć szalę – podkreśla wiedeński naukowiec.
(...)
Są już pierwsze badania, z których wynika, że dochodzi także do imitowania zamachów terrorystycznych. Czyli kiedy mass media intensywnie informują o atakach terrorystów czy szaleńców efektem są kolejne ataki - podkreśla Till.
Podobnie jak w przypadku samobójstw doniesienia w mediach dla już zradykalizowanych czy do tej pory ambiwalentnych osób mogą być kroplą przepełniającą dzban. Z tego względu amerykańscy naukowcy już sformułowali kodeks etyczny dla dziennikarzy piszących o masowych morderstwach. Niemieccy dziennikarze takiego kodeksu jeszcze nie mają. Amerykańscy naukowcy podkreślają przy tym, że istotne jest nie tylko, jak pisze się o atakach terrorystycznych, lecz także, jak dużo oddaje się im miejsca.
dw.com
niedziela, 1 października 2017
W okresie powojennym średnia marża amerykańskiego przedsiębiorstwa wahała się mniej więcej w przedziale między 18 a 27 proc. W 1980 r. wynosiła 18 proc., po czym zaczęła rosnąć. I to jak: już pod koniec lat 80. wyskoczyła na ponad 30 proc. A potem biła kolejne rekordy. Wysokość 40 proc. osiągnęła w roku 2000. 50 proc. – tuż przed kryzysem 2008 r. Dziś wynosi 67 proc. Imponujący, trzyipółkrotny wzrost.
Co to oznacza? De Loecker i Eeckhout dostarczyli – jak twierdzą – niezbitego dowodu, że objęte badaniem amerykańskie firmy diametralnie zwiększyły swoją rynkową siłę. Czyli mówiąc kolokwialnie, stały się bogatsze i bardziej pewne siebie. W praktyce „zwiększona siła rynkowa” oznacza, że rynek stał się bardziej monopolistyczny. Niekoniecznie chodzi tu o samą koncentrację (choć o to również), lecz także o relacje z konsumentem, który niby może wybierać między różnymi produktami, ale w praktyce ten wybór jest raczej iluzoryczny. Sytuacja taka nazywana jest „konkurencją monopolistyczną” i faktycznie pozwala firmom zwiększać swoje marże zysku w sposób bardzo dowolny. Wzbogacając je ponad miarę, ale jednocześnie podminowując szansę na wzrost całej gospodarki. I to właśnie zdaniem badaczy zaszło w epoce neoliberalnej.
forsal.pl
Jak już zostało wykazane wyżej, chińska gospodarka jest w bardzo dużym stopniu zależna od transportu morskiego, a tym samym bezpieczeństwa morskich szlaków komunikacyjnych. Możliwość sprawnego przewożenia towarów i surowców oraz ich przeładunku zapewniają rozwój towarzystw żeglugowych oraz szerokie inwestycje w infrastrukturę portową. Chińscy decydenci po przestudiowaniu teorii Alfreda Mahana zgodzili się z amerykańskim teoretykiem, że do pełnego zabezpieczenia SLOCs i statusu wielkiego mocarstwa konieczna jest silna marynarka wojenna. Ambitny program rozbudowy i modernizacji sił morskich ruszył na początku XXI w. i już pozwolił przekształcić pamiętającą Mao „flotę brązowych wód” w całkiem sprawną „flotę zielonych wód”. W cieniu bardzo medialnych programów, takich jak budowa lotniskowców czy okrętów podwodnych, udało się stworzyć liczne i nowoczesne siły eskortowe, kluczowe dla zapewnienia bezpieczeństwa na szlakach handlowych. Równocześnie prowadzona jest intensywna rozbudowa sił desantowych. W marcu 2017 pojawiły się informacje o planowanej skokowej rozbudowie korpusu piechoty morskiej z 20 do 100 tys. żołnierzy. Tak liczne siły miałyby przede wszystkim zapewnić ochronę morskiej nitki Nowego Jedwabnego Szlaku oraz obronę zamorskich interesów Chin. Kontyngenty piechoty morskiej mają stacjonować m.in. w Gwadarze i Dżibuti. Niewykluczone, że wkrótce dołączą do nich kolejne bazy. Chińskie okręty uczestniczące w misji antypirackiej u wybrzeży Somalii od lat korzystają z portu w stolicy Seszelii Victorii. Wprawdzie żadne chińskie konsorcjum nie podjęło jeszcze inwestycji na obszarze wyspiarskiego państwa, jednak zawarcie umowy pozwalającej na wykorzystanie istniejącej infrastruktury przez Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą jest uważane za możliwe. Wśród kolejnych potencjalnych baz wymienia się Walvis Bay oraz Wyspy Św. Tomasza i Książęcą. Warto również zwrócić uwagę na Azory, gdzie chińskie inwestycje koncentrują się wokół amerykańskich instalacji wojskowych.
Jednym z kluczowych problemów, przed jakim stoją Chiny, jest brak dostępu do otwartego Oceanu. Chińskie wybrzeże, oblewane wprawdzie przez Morza Południowo- i Wschodniochińskie oraz Żółte, jest odcięte od Pacyfiku przez tzw. „pierwszy łańcuch wysp”, na który składają się Japonia, Tajwan, Filipiny i Borneo. Natomiast dostęp do Oceanu Indyjskiego blokują Malaje z „wąskimi gardłami” w postacie Cieśnin Malakka, Sunda i Lombok. Do tego większość tych strategicznych punktów jest obsadzona przez amerykańskich sojuszników, czyli potencjalnych przeciwników. Dlatego na wypadek jakiegokolwiek konfliktu Pekin wydaje się bardziej obawiać dalekiej blokady morskiej niż uderzenia na własne terytorium. Aby temu zaradzić zdecydowano się objąć kontrolą (strefa A2/AD, anti access/area deny) Morze Południowochińskie. Obsadzenie wojskiem spornych Wysp Paracelskich oraz budowa sztucznych wysp w archipelagu Spratly, wraz z lotniskami wojskowymi, stacjami radarowymi oraz wyrzutniami pocisków przeciwlotniczych i przeciwrakietowych, pozwala przesunąć linię obrony daleko od własnych wybrzeży, ale także w pełni zabezpieczyć punkt wyjściowy Morskiego Jedwabnego Szlaku. Analogiczne próby objęcia kontrolą Morza Wschodniochińskiego są póki co skutecznie kontrowane przez Japonię, będącą w ścisłym sojuszu z USA oraz dysponującą zdecydowanie większym potencjałem gospodarczym i militarnym niż państwa basenu Morza Południowochińskiego. Innym pomysłem na skrócenie drogi z Europy i Zatoki Perskiej oraz ominięcie wąskich gardeł cieśnin jest przekopanie kanału w poprzek Przesmyku Kra u podstawy Półwyspu Malajskiego.
Morski aspekt chińskich działań jest szczególnie uważnie obserwowany w Stanach Zjednoczonych. W Waszyngtonie utarło się przekonanie, że zdominowanie basenu Morza Południowochińskiego umożliwi Chinom osiągnięcie statusu globalnego mocarstwa. Wysnuwana jest tutaj paralela z historią Stanów Zjednoczonych, które zanim stały się światowym hegemonem, zapewniły sobie dominację w basenie Morza Karaibskiego. Jednocześnie w amerykańskich planach widać obawy przed chińską strefą A2/AD. Scenariusze rozgrywane na manewrach prowadzonych wspólnie z regionalnymi sojusznikami koncentrują się nie na uderzeniu na chińską flotę i wybrzeże, a na założeniu dalekiej blokady morskiej w strategicznych przejściach na Oceany Indyjski i Spokojny. Również Japonia nie przewiduje zdecydowanej konfrontacji i dąży do stworzenie zaplecza do wspólnego z Amerykanami utrzymania panowania w powietrzu i na morzu.
polska-azja.pl
Na początku obecnego stulecia w łonie kierownictwa KPCh toczyła się zawzięta dyskusja odnośnie przyszłych kierunków polityki zagranicznej. Uczestnicy byli zgodni, że aby dalej się rozwijać, a tym samym zapewnić stabilność i spokój wewnętrzny, Chiny muszą wyjść w Świat, czyli podjąć ekspansję zewnętrzną. Różnice dotyczyły jej kierunków. Frakcja umiarkowana zalecała skoncentrowanie się na Azji Środkowej, gdzie jedynym i do tego stosunkowo słabym przeciwnikiem byłaby tylko Rosja. Zwolennicy takiego podejścia ostrzegali, że podjęcie działań na obszarze zachodniego Pacyfiku niechybnie wywoła reakcję Stanów Zjednoczonych. Natomiast jastrzębie uważały zdobycie i zabezpieczenie dostępu do otwartych wód Oceanów Indyjskiego i Spokojnego za warunek sine qua non utrzymania dynamicznego rozwoju oraz zdobycia statusu globalnego gracza, nawet za cenę wrogości Waszyngtonu. Ostatecznie wybrano nietypowe rozwiązanie kompromisowe, czyli ekspansję we wszystkich kierunkach. Już około roku 2005 pojawiły się pierwsze projekty rozbudowy infrastruktury transportowej i energetycznej łączącej Chiny z krajami Azji Centralnej. Wkrótce potem Pekin podjął coraz bardziej asertywną politykę na spornych obszarach Mórz Południowo- i Wschodniochińskiego. Korzystne dla Chin rozstrzygnięcie sporów terytorialnych z Japonią, Filipinami, Malezją i Wietnamem poważnie przyczyniłoby się do zabezpieczenia upragnionego dostępu do wód oceanicznych. Rozpoczęty w 2008 r. kryzys ekonomiczny dodatkowo zdopingował chińskich decydentów do szukania rozwiązań pozwalających na utrzymanie wzrostu gospodarczego. Rozwiązaniem okazały się inwestycje w infrastrukturę w środkowej i zachodniej części kraju, dużo słabiej rozwiniętych niż wybrzeże. Tym samym zapewniono także rynek zbytu dla ciągle rosnącej produkcji betonu i stali.
Samą idę pasa i szlaku w kontekście geopolitycznym należy traktować jako próbę pokojowego wyjścia w świat. Bardzo asertywna polityka prowadzona przez Pekin w rozgrywaniu sporów terytorialnych z sąsiadami skutecznie pogrzebała budowany wcześniej wizerunek „pokojowego mocarstwa”. W odczuciu sąsiednich państw Chiny przestały być mocarstwem nowego typu, dążącym do pokojowego współistnienia i niewtrącającego się w sprawy wewnętrzne innych, a zaczęły działać tak jak każda inna wielka potęga – bezwzględnie realizować swoje interesy. W tej sytuacji zaszła potrzeba ocieplenia wizerunku Państwa Środka. Za najlepszy ku temu sposób uznano stworzenie projektu, który byłby atrakcyjny dla wszystkich, nawet przeciwników Chin. Właśnie takim projektem jest OBOR, realizacja wszystkich przewidzianych planów potężnie wzmocni globalną pozycję Chin, aczkolwiek możliwość detronizacji USA jako supermocarstwa jest bardzo dyskusyjna. Z drugiej strony wiele projektów, zwłaszcza infrastrukturalnych, realizowanych w ramach Inicjatywy Pasa i Szlaku są potencjalnie bardzo korzystne dla państw partnerskich. Główną kwestią jest tutaj umiejętne wykorzystanie chińskich interesów do realizacji własnych planów. Jednocześnie polityczne zmiany w Stanach Zjednoczonych i Europie dały chińskim decydentom do ręki nowe argumenty. Od szczytu G20 w Chinach Xi Jinping wytrwale prezentuje się jako czempion globalizacji i obrońca wolnego handlu, chociaż w Chinach ciągle nie ma zgody co do tego kiedy i jak bardzo należy otworzyć się na rynki oraz inwestorów zagranicznych.
polska-azja.pl
niedziela, 24 września 2017
Przypadająca w lipcu rocznica orzeczenia Stałego Trybunału Arbitrażowego w Hadze pozwala przyjrzeć się dotychczasowym skutkom werdyktu. Mimo ostro sformułowanych deklaracji widać pewne zmiany w polityce Chin. Po skutecznym zneutralizowaniu Filipin Pekin skoncentrował swoją uwagę na Wietnamie. Przyciskane do muru Hanoi jednak nie rezygnuje i kontynuuje dotychczasową politykę.
Ogłoszony 12 lipca 2016 werdykt był dyplomatycznym zwycięstwem Filipin. Chiny odmówiły wprawdzie uznania orzeczenia, jednak jak zauważył Bill Dayton na łamach Nikkei Asian Review, w kilku punktach zastosowały się do zaleceń Trybunału. Po pierwsze jeszcze w październiku tego samego roku chińska straż wybrzeża dopuściła filipińskich i wietnamskich rybaków do ławicy Scarborough. Sama laguna jest wprawdzie nadal blokowana, ale wody zewnętrzne są dostępne. Ponadto od ponad już roku Chiny nie prowadzą poszukiwań ropy naftowej i gazu ziemnego poza granicami wyznaczonymi przez Konwencję Narodów Zjednoczonych o Prawie Morza (UNCLOS). Zmianie uległa także oficjalna linia KPCh: roszczenia nie są już zgłaszane do niemal całego obszaru Morza Południowochińskiego, lecz do wysp, skał, raf i atoli oraz przyległych wód. Pojawiło się także żądanie uznania prawa chińskich rybaków do połowów w tradycyjnych miejscach. Wreszcie, przynajmniej w sferze deklaracji, zaczęto więcej uwagi poświęcać zagadnieniom ochrony środowiska, co było jednym z głównych zarzutów ze strony Trybunału.
Zauważalne stało się także większe eksponowanie przez Pekin „marchewki” zamiast „kija”. Sytuację ułatwił prochiński i antyamerykański kurs obrany przez prezydenta Filipin Rodriga Duterte. Chiny przystąpiły więc do wabienia Manili obietnicami dużych inwestycji. Sprawa pozostaje jednak nadal otwarta, chińskie deklaracje nie przełożyły się na konkretne działania, a większość podpisanych umów to niewiążące listy intencyjne. Co gorsze dla filipińskiego prezydenta, opozycja przy każdej nadarzającej się okazji demonstruje swoje niezadowolenie ze zmiany kursu. Jest to szczególnie widoczne w wypadku armii, która walcząc z islamistami w Marawi ściągnęła amerykańską pomoc wojskową, nie informując o tym głowy państwa.
polska-azja.pl
sobota, 23 września 2017
W 1932 salut rzymski dla ideowo anty-burżuazyjnych faszystów stał się odpowiednikiem "burżuazyjnego" uścisku dłoni na przywitanie; postrzegany jako bardziej higieniczna, estetyczna oraz krótsza jego alternatywa. Podkreślane były dynamizm, harmonia i efektywność tej formy przywitania, co było elementem faszystowskiej ideologii nastawionej przeciwko "brzydkiej, powolnej" kulturze burżuazyjnej. Wszystko miało reprezentować fizyczne atrybuty nowego człowieka faszyzmu. 12 czerwca 1933, faszystowski dygnitarz Achille Starace sugerował, że rzymski salut zdejmuje konieczność uchylania nakryć głowy przy powitaniu (chyba że w pomieszczeniach), a 9 września tego roku upominał innego dygnitarza, który w dyskusji użył określenia "pogodzili się uściskiem dłoni" zamiast "pogodzili się rzymskim salutem". Symboliczna wartość przypisywania rzymskiemu salutowi w faszystowskich Włoszech urosła do tego stopnia, że pojawiły się kwestie jego niepoprawnego użycia. Prezes Rady Ministrów poważnie brał pod uwagę spostrzeżenia profesora Wassermana na temat złego użycia salutu oraz jak należy go poprawnie wykonywać, tak by oddawał on zdecydowanego ducha, pewność, powagę faszysty, które miały być zbliżone do ducha starożytnych Rzymian. Te i podobne rozważania profesora Wassermana stały się oficjalnymi wskazówkami dla partii faszystowskiej na temat stosowania rzymskiego salutu. Wszechobecność salutu rzymskiego oraz przypisywana mu symbolika i waga sprawiły, że z życia Włochów miał zniknąć uścisk dłoni. Został on np. oficjalnie zakazany zaczynając od 1938 w filmach czy przedstawieniach teatralnych, a 21 listopada tego roku Ministerstwo Kultury (Ministero della Cultura Popolare) wydało zarządzenie zakazujące publikacji fotografii uwieczniających uściski dłoni, nawet gdy wykonują je wysoko postawieni dygnitarze. Jednocześnie starano się podkreślać wszechobecność i przyswojenie salutu rzymskiego, jak w instrukcjach dla prasy z 23 marca 1939 nakazujące w notatkach prasowych pisać o tym, że królowa Helena Petrowić-Niegosz pozdrowiła parlament salutem rzymskim, a nie ukłonem.
pl.wikipedia.org
środa, 20 września 2017
Naukowcy z USA przeanalizowali sposób relacjonowania ataków terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych w latach 2011-2015. Odkryli, że w tym czasie muzułmanie byli sprawcami 12,4 procent zamachów, lecz relacje o nich zajęły aż 41,4 procent wiadomości dotyczących terroru w mediach, informuje brytyjski dziennik "The Independent”.
Grupa naukowców, która spędziła ponad rok nad wspomnianymi badaniami, doszła do wniosku, że media przesadnie wzmagają obawy mieszkańców USA przed islamskim terroryzmem i podają konkretne przykłady mające udowodnić tę tezę.
Pierwszy przykład to zamach w czasie maratonu w Bostonie w 2013 roku. Dokonało go dwóch muzułmanów, zginęły trzy osoby. Ten atak zajął prawie 20 procent całości obsługi medialnej zamachów w badanym okresie, czyli w latach 2011-2015.
Natomiast masakra w świątyni sikhijskiej w stanie Wisconsin w 2012 roku, w wyniku której zginęło sześć osób, a sprawcą okazał się biały mężczyzna Wade Michael Page zajęła jedynie 3,8 procent miejsca w amerykańskich mediach w badanym okresie.
Następnie, zamach na żydowską synagogę w Kansas City, którego dokonał Frezier Glenn Miller, w wyniku którego zginęły trzy osoby zajął tylko 3,3 procent miejsca. Atak białego Dylana Roofa, który strzelał do ludzi biorących udział w afro-amerykańskiej mszy w kościele w Charleston i zabił dziewięć osób osiągnął zainteresowanie mediów na poziomie 7,4 procent.
polskatimes.pl
„Są dwa rodzaje polityków: insiderzy i outsiderzy. Dla outsiderów priorytetem jest wolność mówienia swojej wersji prawdy. Ceną za tę wolność jest to, że są oni ignorowani przez insiderów, którzy podejmują ważne decyzje. Insiderzy z kolei trzymają się świętej zasady: nigdy nie zwracaj się przeciwko innym insiderom i nigdy nie rozmawiaj z outsiderami o tym, co insiderzy mówią albo robią. Ich nagroda? Dostęp do cennych informacji oraz szansa (choć nie gwarancja) na to, że będziesz miał wpływ na potężnych ludzi i ich decyzje. A więc Yanis, kim z tych dwóch rodzajów polityków ty jesteś?” – zapytał Varoufakisa Larry Summers, amerykański ekonomista, były główny ekonomista Banku Światowego i sekretarz skarbu w gabinecie Billa Clintona.
„Z charakteru jestem naturalnym outsiderem, ale jestem gotowy stłumić mój charakter, jeżeli pomoże to Grecji podpisać umowę, która uwolni nasz naród z więzienia długów. Nie miej co do tego wątpliwości Larry, będę się zachowywał jak naturalny insider tak długo, jak to będzie potrzebne, by uzyskać korzystną umowę dla naszego kraju. Ale jeżeli insiderzy, z którymi mam do czynienia, nie będą chcieli uwolnić Grecji z wiecznej niewoli długów, to bez wahania ujawnię wszystko, co o nich wiem, i powrócę do bycia outsiderem, który to stan jest zgodny z moją naturą” – odpowiedział Grek.
forsal.pl
wtorek, 19 września 2017
20 sierpnia 1968 roku dziesięć minut przed północą dziewięciu komandosów z 1. Batalionu Szturmowego w Dziwnowie wyszło z posterunku polskich wopistów w Lubawce. Cel – czeska strażnica w Královcu. Stąpali cicho i ostrożnie. Na czele szturmowców, ubranych w budzące zazdrość w wojsku spadochroniarskie mundury, szedł porucznik Jerzy Wróbel. Najlepiej znał okolicę.
Dwa dni wcześniej był już u Czechów. Przebrał się w mundur szeregowego i udawał brata dowódcy strażnicy WOP w Lubawce. Szef polskiej strażnicy powiedział czeskim kolegom, że brat dostał urlop w swojej jednostce i wpadł na parę dni w odwiedziny. Chciał zobaczyć życie po drugiej stronie i napić się czeskiego piwa. Czesi w Královcu niczego nie podejrzewali. Sami otworzyli butelki staropramena i poczęstowali.
Oprowadzili „szeregowego” z bratniej armii. Pokazali mu całą placówkę. Por. Wróbel szkicował w głowie plan wszystkich pomieszczeń.
Noc z 20 na 21 sierpnia 1968 roku była ciepła. Blasku księżyca było jednak niewiele i szturmowcy z Dziwnowa szli w ciemnościach. Daleko nie mieli. Sto metrów.
Pod Královcem grupa komandosów rozbiegła się na boki. Nasłuchiwali przez chwilę, ale nic nie wzbudziło podejrzeń. Porucznik Król pierwszy wtargnął do środka. Za drzwiami – ciemność. Chwila zastanowienia. Czy to jednak nie zasadzka, czy za chwilę nie rozlegną się strzały? Trzeba będzie wtedy odpowiedzieć ogniem – komandosi mają polecenie strzelania, gdyby pogranicznicy nie ustąpili.
Dowódca komandosów słyszy głosy z bocznego pomieszczenia. Puka. Otwiera mu zdziwiony czeski wopista. Polacy wpadają do pokoju. Rozbrajają Czechów i każą im stanąć pod ścianą. Nie ma tylko dowódcy posterunku. Kapitan Duszanek kąpie się po służbie. Plutonowy Chojnacki wywala drzwi od łazienki i aresztuje go w wannie. Teraz jeńców jest dziesięciu.
Porucznik Wróbel nadaje przez radio sygnał: granica otwarta. Skoty i czołgi z białymi pasami wymalowanymi wapnem na burtach i z numerami taktycznymi zasłoniętymi brezentem przetaczają się z chrzęstem obok strażnicy. Długa kolumna wozów bojowych 2. Armii Wojska Polskiego rusza na Hradec Králové. Jest 21 sierpnia 1968 roku. Rozpoczęła się operacja „Dunaj”.
wyborcza.pl
Jak będą układały się relacje Moskwy z Waszyngtonem?
Nieprzewidywalność Donalda Trumpa, transformacja Waszyngtonu w cyrk polityczny i obrócenie USA w czynnik destabilizujący to zupełnie nowe zjawisko. Ameryka zawsze była czynnikiem stabilizującym, nawet przy ryzykownych działaniach w Iraku i w Afganistanie, czy podczas wojny z terroryzmem, którą rozpoczął George W. Bush.
Z jednej strony Trump zabiera Kremlowi jego atut i silny instrumentu polityki zagranicznej – nieprzewidywalność. Putin mógł być nieprzewidywalny, ale tylko w sytuacjach, gdy wiedział, jaka będzie reakcja na Zachodzie, wiedział, co powie Ameryka. Przy Trumpie on nie może sobie pozwolić, aby tak się zachowywać, ponieważ może otrzymać najbardziej zwariowaną odpowiedź.
Z drugiej zaś strony Trump ma pewną cechę, która jest Kremlowi bliska i z której ten bardzo się cieszy. Trump pokazał ją w szczególności podczas wizyty w Arabii Saudyjskiej: on nie dba o zasady demokratyczne, nie przeszkadzają mu autorytarne reżimy. Jest mu znacznie bliżej do przywódców takich krajów jak Turcja czy Arabia Saudyjska niż do Angeli Merkel. Było to oczywiste, kiedy się spotkali z kanclerz Niemiec: Trump nie był wówczas w stanie nawiązać normalnych stosunków.
Prawdopodobnie u Trumpa istnieje głęboko zakorzeniona sympatia do Putina jako potężnego przywódcy i silnego człowieka. Jemu rzeczywiście imponuje autorytarny model przywództwa Putina, a rosyjskiemu prezydentowi imponuje w Trumpie to, że ten opowiada się przeciwko kolorowym rewolucjom, przeciw wspieraniu demokracji. Pomimo jednak bliskości ich języka i cech, w Trumpie jest coś niebezpiecznego dla Putina i Kremla. Trump wygłaszając slogan America first dał do zrozumienia: „będę realizować swoje interesy, jak zechcę i nie istnieją żadne przepisy ani czerwona linia dla mnie, chcę zbombarduję Syrię, zechcę Afganistan albo przyniosę swoje oddziały do Krajów Bałtyckich. Zrobię to, co chcę”. To jest nie do przyjęcia dla Kremla. Nieuniknione jest zderzenie ich osobowości. Te okoliczności uniemożliwiają nowe otwarcie w polityce lub tak zwany reset. Uniemożliwiają również stabilne relacje.
new.org.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)
