niedziela, 10 maja 2026



Paweł Jeżowski: - (...) chodzi mi o to, czy Amerykanie w ogóle mogą sobie pozwolić ze względów logistycznych, geostrategicznych, żeby opuścić bazy hiszpańskie i włoskie.

Marek Meissner: Nie, nie mogą. Nie mogą. I tutaj jest bardzo ciekawy tekst brytyjskiego analityka, byłego, MI6. 

Ekipa MAGA w Waszyngtonie zdecydowała, że skoro Europejczycy nie doceniają Trumpa w wystarczającym stopniu, amerykańskie bazy na kontynencie muszą zniknąć. To strategiczne rozumowanie człowieka, który podpala własną kuchnię.

Amerykańskie bazy w Europie nigdy nie były przysługą. Stanowią logistyczny kręgosłup każdej wojny, którą Stany Zjednoczone toczą na wschód od Gibraltaru. Ramstein przewozi ładunki. Z Aviano startują samoloty. Rota obsługuje okręty i statki. Bez nich Pentagon nie może wpływać na Bliski Wschód. Zamiast tego ktoś w Pentagonie wziął PowerPointa. 

Fantazja zakłada, że alternatywą są lotniskowce majestatycznie pływające po Zatoce Perskiej. Tylko, że ta era się kończy. Nowoczesny lotniskowiec to trofeum warte 13 miliardów dolarów, które Irańczycy bardzo chcą zamienić w złom za pomocą kilkuset tanich pocisków wystrzelonych z własnego wybrzeża. Już nawet Chiny to zauważyły. 

Druga fantazja głosi, że Ameryka po prostu walczy z domu. Wyobraź sobie alternatywę: 20.000 lotów transatlantyckich przewożących części zamienne, amunicję, zbiorniki paliwa, samo paliwo, mechaników i pilotów rezerwowych z Norfolk i Dower do miejsc, gdzie akurat kończy się wojna. C17 zużywa 35.000 dolarów na paliwo na godzinę lotu, a lot w obie strony ze wschodniego wybrzeża Ameryki do Zatoki Perskiej zajmuje 11 godzin. Pomnóż to przez każdą śrubkę, każdy pocisk, każdy zapasowy silnik. Wojna stanie się wtedy nieustającym lotniczym korkiem, a rachunek napłynie z każdą sekundą. Pytanie, czy nam C17 i C5 wystarczy na tego typu fantazje. 

Odpowiedź brzmi: absolutnie nie. 

Potrzebujesz więc lądu, a koniecznie lądu w pobliżu miejsc prowadzenia działań wojennych. Nowoczesne samoloty bojowe to nie Spitfire'y, które tankujesz i odlatujesz z marszu. F35 wymaga całego Walmartu części zamiennych, małego miasta techników, klimatyzowanych hangarów i łańcucha dostaw rozciągającego się na pół globu. Drony potrzebują operatorów, sieci, satelitów i stałego zasilania w komponenty, których żaden przewoźnik nie jest w stanie zmagazynować. Współczesna wojna przybywa kontenerowcami i mieszka w magazynie. Zamknięcie baz oznacza utratę magazynów przez Waszyngton. Utrata magazynów oznacza kolejną konfrontację z Iranem, która odbędzie się albo telefonicznie, albo z Kansas z rozkładem lotów, który doprowadzi do bankructwa cały amerykański budżet, zanim wyląduje pierwszy pocisk. 

MAGA uważa, że zamknięcie bazy Ramstein jest karą dla Europy. To jest kara dla Ameryki. Europa będzie miała utrudnienia. Ameryka pozostanie bezbronna. I tak po tysiącu obelg, tysiącu szyderw, tysiącu nocnych postów o pasożytowaniu na sojusznikach, Europa pisze po cichu najgrzeczniejszy i najbardziej złośliwy list w historii dyplomacji. Dziękuje Ameryce za jej służbę, życzy żołnierzom bezpiecznej podróży do domu. Z wielkim ciepłem sugeruje, że Waszyngton mógłby teraz zwrócić uwagę na sąsiadów w Ameryce Łacińskiej, gdzie słabnące supermocarstwo zająć może zająć się tym, czym zajmuje się słabnące supermocarstwo. Hiszpania miała swoje stulecie, Wielka Brytania miała swoje imperium, Sowieci mieli swoje parady. Każdy z nich kończył tak samo - jako cień samego siebie, a historycy mogli się spierać tom za tomem o to, kiedy dokładnie nastąpiła zgnilizna i dlaczego nikt nie zauważył jej na czas. Ameryka jest mile widziana, by dołączyć do nich na półce.

Transkrypcja z materiału wideo pt. "Czy Trump zniszczy imperium USA jak Neron zniszczył Rzym?" z kanału "KREMLINKA SHOW" na YouTube z 10 maja 2026.

youtube.com


Przełomu nie ma. Pomimo kilku udanych ukraińskich kontrataków Rosjanie nadal utrzymują inicjatywę na większości odcinków frontu. Natomiast jest kilka powodów do optymizmu. Ukraińskie działania na Zaporożu z początku roku wyraźnie pokrzyżowały rosyjskie plany, co nadal wpływa na przebieg obecnej "ofensywy".

Do tego dochodzą ukraińskie uderzenia dronowe (średni zasięg) na rosyjską logistykę i OPL . Wiele wskazuje na to, że będzie ich o wiele więcej. Ukraińskie siły lądowe przestały się kurczyć, co może świadczyć o poprawie sytuacji mobilizacyjnej.

Największa poprawa nastąpiła jednak w organizacji pola walki i zaplecza logistycznego Ukrainy, co przekłada się na bardziej stabilną sytuację na froncie.

Nie zmienia to faktu, że rosyjskim celem na wiosnę i lato pozostaje podejście pod aglomerację Kramatorsk–Słowiańsk. Na tym kierunku Rosjanie nadal powoli, ale jednak posuwają się do przodu.

x.com/konrad_muzyka


Przywódca Rosji Władimir Putin powiedział w sobotę, że sądzi, iż konflikt z Ukrainą zbliża się do końca. Na pytanie o to, czy jest gotów podjąć negocjacje z Europą, odparł, że preferowanym przez niego mediatorem w takich rozmowach powinien być były kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder.

Putin oznajmił na konferencji prasowej na Kremlu po sobotnich obchodach Dnia Zwycięstwa, że ewentualne spotkanie z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim byłoby możliwe tylko po uzgodnieniu trwałego porozumienia pokojowego.

Wyjaśnił, że premier Słowacji Robert Fico, który złożył wizytę w Moskwie z okazji Dnia Zwycięstwa, przekazał mu wiadomość od Zełenskiego o gotowości do spotkania. "Ale słyszymy to nie po raz pierwszy" - dodał.

Jak relacjonuje dpa, rosyjski przywódca oznajmił też, że jest gotowy na bezpośrednie rozmowy z Zełenskim, ale w stolicy Rosji. "Każdy, kto chce się ze mną spotkać, musi przyjechać do Moskwy" - powiedział. Z drugiej strony dodał jednak, że możliwe byłoby spotkanie z Zełenskim "w kraju trzecim", gdyby zawarte zostało "długotrwałe porozumienie pokojowe" - podaje dpa.

Niemiecka agencja zwraca uwagę, że Zełenski wykluczył podróż do Moskwy.

Odpowiadając na pytanie o to, czy pomoc Zachodu dla Ukrainy nie idzie za daleko, Putin powiedział: - Zaczęli intensyfikować konfrontację z Rosją, która wciąż dziś trwa. Sądzę, że ta sprawa zbliża się do końca, ale sytuacja jest nadal poważna.

Dodał, że Moskwa jest wdzięczna Stanom Zjednoczonym za ułatwianie podjęcia rozmów, ale negocjacje pokojowe to "sprawa tylko Rosji i Ukrainy".

"Financial Times" napisał w czwartek, cytując szefa Rady Europejskiej Antonio Costę, że UE przygotowuje się na ewentualne rozmowy pokojowe z Putinem, a prezydent Zełenski zaaprobował ten plan.

Zapytany przez dziennikarzy, czy jest skłonny zaangażować się w rokowania z Europejczykami, Putin powiedział: - Dla mnie osobiście były kanclerz RFN Schroeder jest preferowanym (mediatorem).

Dpa przypomina, że Schroeder i Putin są uważani za przyjaciół. Jak jednak komentuje radio Swoboda, Schroeder jest politykiem, który w Niemczech utracił wiarygodność.

Według "Financial Timesa" przywódcy krajów unijnych rozważają podjęcie negocjacji pokojowych z Putinem, ponieważ państwa Wspólnoty są coraz bardziej sfrustrowane rozmowami, jakie w tej sprawie prowadzi administracja prezydenta USA Donalda Trumpa. Ponadto Europa obawia się, że rozmowy prowadzone pod egidą Waszyngtonu niebezpiecznie marginalizują UE i może ona zostać zmuszona do zaakceptowania porozumienia, które uważa za niewłaściwe.

PAP


W niedzielę okazało się, że poszukiwany przez Polskę były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wyjechał z Węgier, gdzie właśnie zmienił się rząd. Jak sam potwierdził, jest w USA.

- Oczywiście, mamy odpowiednie umowy ze Stanami Zjednoczonymi, ale najpierw chciałbym mieć taką absolutną pewność, że Zbigniew Ziobro na stałe zagościł w USA - oświadczył w rozmowie z Radomirem Witem minister sprawiedliwości i prokurator generalny Waldemar Żurek.

Minister przekazał, że polski rząd będzie chciał ustalić, na jakiej podstawie prawnej Ziobro mógł przylecieć do USA. - Ja zaraz po wyborach jeszcze ponowiłem pisma do ministra sprawiedliwości i ministra spraw wewnętrznych Węgier. Dostaliśmy jednozdaniowe odpowiedzi, że Węgry postępują zgodnie z prawem. Naszym zdaniem łamały prawo unijne - powiedział.

- Musimy mieć pewność, że Zbigniew Ziobro jest w Stanach Zjednoczonych na stałe, a nie tylko przelotem, a następnie procedury ekstradycyjne uruchomić - mówił Żurek.

Prokurator generalny wspomniał, że w sprawie Ziobry toczyły się rozmowy z USA. - Polski MSZ rozmawiał ze Stanami Zjednoczonymi o tym, że być może Ziobro planuje taki ruch, i mieliśmy informacje, które uspokajały nas w jakiś sposób, że Stany Zjednoczone nie chcą pomagać Zbigniewowi Ziobrze, więc zastanawia mnie, dlaczego i kto podjął taką decyzję [o wpuszczeniu Ziobry - red.] w ostatniej chwili właściwie - powiedział Żurek w rozmowie z Witem.

Podkreślił, że "zaskoczeniem było to, że ktoś w Stanach Zjednoczonych Ziobrze pomógł". 

(...)

- Chciałbym, żeby politycy w USA, którzy roztaczają parasol ochronny, również brali pod uwagę, że opinia publiczna nie przyjmie jako dobrą monetę, że Amerykanie udzielają pomocy takiej osobie - dodał minister.

(...)

Wniosek o ENA dla Ziobry utknął w sądzie.

- Faktycznie mówił minister Żurek o tym, że obrońcy Zbigniewa Ziobry robią właściwie wszystko, co się da, łącznie z pismami bez podpisu [wysyłanymi do sądu - red.], żeby to nie poszło dalej. Mało tego, ja słyszę w obozie władzy, że nadal ludzie Ziobry są w prokuraturze i być może to też przekłada się na to, że ta sprawa akurat nie została zamknięta - opisywała dziennikarka TVN24 Maja Wójcikowska.

Prowadzący program Radomir Wit zwrócił uwagę, że orzeczenia sądowe w sprawie ENA dla Ziobry bywały dla niego korzystne. - Trudno mieć pretensje do wymiaru sprawiedliwości, że jest w jakikolwiek sposób stronniczy, skoro beneficjentami tych decyzji w pozytywnym sensie są właśnie politycy Prawa i Sprawiedliwości - powiedział.

tvn24.pl


Jarosław Wolski: No to słuchajcie, mamy w końcu twarde dane dotyczące liczby poległych, co ciekawe: z obu stron. I mamy w końcu twarde dane dotyczące liczby poległych Rosjan. Ta liczba oczywiście jest zaniżona, o czym za chwilę, ale mamy już pewien fundament, który co bardzo mnie cieszy, potwierdza wszystkie znane wcześniej szacunki, w tym szacunki, które wam podawałem w grudniu, w styczniu, w listopadzie, październiku, i tak dalej, ponieważ wam to mniej więcej co kwartał aktualizuje.

No i jak to wygląda? No wygląda tak, że Media Zona i BBC dotarły do rosyjskich dokumentów, nie jakiś tam fałszywek, nie jakiś tam fabrykantów, tylko do normalnych rosyjskich dokumentów dotyczących praw spraw spadkowych. Tak? Czyli jeżeli ktoś umarł, poległ na wojnie, no to jest sprawa spadkowa, ponieważ większość osób ma rodziny, które chcą spadku. I udało się dotrzeć do takich spraw spadkowych. I uwaga, w Rosji jest osobna kategoria związana z działaniami bojowymi, z działaniami wojennymi i takich spraw spadkowych od momentu rozpoczęcia rosyjskiej inwazji na Ukrainę jest, słuchajcie, 350.000 ponad, a właściwie 352.000, czyli uwaga, minimum, minimum, takie najmniejsze jakie jest możliwe, to jest 352.000 poległych Rosjan w konflikcie ukraińskim od lutego 2022 roku. Ale oczywiście ta liczba jest zaniżona. 

Dlaczego?

Ponieważ Rosjanie ujmują tutaj w szacunkach, w szacunkach tylko tych, którzy są po pierwsze obywatelami Federacji Rosyjskiej, a po drugie, gdzie ta sprawa spadkowa jest rozpoczęta, czyli jest rodzina, która domaga się spadku. I teraz co nam ucieka i gdzie jest duża czarna liczba, która zaniża faktyczą liczbę poległych Rosjan? 

No więc tak, nie mamy tutaj ujętych najemników, którzy nie mają rosyjskiego obywatelstwa. A pamiętajcie, że Rosjanie szeroko otwarli się na rekrutację w republikach środkowo-azjatyckich, szeroko otwarli się na rekrutację, w przede wszystkim Afryce. Oczywiście mamy całkiem sporą liczbę poległych Koreańczyków z północy. Mówi się o ponad 5000.

Do tego mamy oczywiście zaginionych. Zaginieni to jest bardzo wygodna kategoria dla Rosjan, ponieważ nie są wliczani, (...) do poległych. Natomiast no... był człowiek - nie ma człowieka. No i oczywiście w tej kategorii spraw spadkowych nie są ujęci ci, którzy polegli albo zmarli, a sprawa spadkowa nie ruszyła, ponieważ na przykład nie mają rodziny, żadnej. I tu jest też całkiem spora liczba tego typu osób. 

Do tego oczywiście nie dolicza się celowego opóźnienia spraw spadkowych, czyli ktoś zginął, umarł, natomiast dowódzwo jego pułku przez jeszcze kilka miesięcy, zwykle dwa, trzy miesiące, nie wysyła zawiadomień, opóźnia całą buhalterię, całą papierologię. Po co? No po to, żeby oczywiście schować sobie do kieszeni żołd poległego żołnierza. I to jest, słuchajcie, dość ciekawa sprawa, ponieważ regularnie te wszystkie zeki, zetki, bataliony szturmowe, tam żołnierze są bici, są często torturowani. Wymuszany jest przez dowództwo dostęp do ich kont albo do ich kart bankowych. No i w momencie jak taki żołnierz polegnie, to zanim jest to zaraportowane, to dowództwo sobie jeszcze ciągnie z jego konta pieniądze, nieraz przez nawet kwartał. Więc bardzo często samo dowództwo, zwłaszcza batalionów karnych, batalionów szturmowych, w Rosji, no jest taką typową praktyką, że jak ktoś nie płaci łapówek, to trafia na zerówkę, do mięsnego szturmu, a że wcześniej mają... są wymuszani... biciem i torturami... do udzielenia dostępu do własnych kont bankowych, no to bardzo często zachodzi tutaj po prostu taki a nie inny przestępczy proceder, typowy dla armii Federacji Rosyjskiej.

Natomiast mówimy jeszcze, oczywiście, o jednej kategorii bardzo mocnej nieujętej, czyli byłych żołnierzy Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej. A pamiętajcie, że potwierdzone straty za sam 2022 rok to jest 40.000 żołnierzy obu tych republik. Tam było 38.000 poległych i pewna liczba zaginionych. Jak zaczęto to liczyć dokładniej, to po latach wychodzi na to, że w pierwszym roku Doniecka i Ługańska Republika Ludowa straciły 40.000 żołnierzy. To są bardzo duże straty. No i w związku z powyższym powstaje pewna czarna liczba nieujęta w tych sprawach spadkowych, tych 352.000. I jaka to jest ta czarna liczba? No to jest dość szeroki zakres. Natomiast w wielu źródłach szacuje się na od minimum 80-ciu do ponad 200.000. To jest dość szeroki zakres. Jasne wiem. Natomiast co nam to mówi? Mówi nam to, że minimalna ilość poległych po stronie rosyjskiej, minimalna to jest grubo ponad 440.000. Gdybyśmy doliczyli żołnierzy koreańskich, gdybyśmy doliczyli jeszcze parę innych kategorii, lekką ręką możemy mówić o 450.000 poległych żołnierzy rosyjskich albo walczących dla Rosji. 

Ale na tym nie koniec.

W Rosji jest pewien stały współczynnik strat, o którym wam wielokrotnie wspominałem, czyli ilość rannych przypadających na jednego zabitego. No i teraz w przypadku Ukrainy to się waha między pięciu a dziewięciu rannych na jednego zabitego, co świadczy o tym, że Ukraińcy mają bardzo dobrze rozwiniętą czerwoną taktykę, ewakuację medyczną. No, generalnie Ukraińcy dbają o swoich rannych i starają się ich starają się ich ewakuować. No, w Rosji to wygląda inaczej, ponieważ w Rosji mamy ten szacunek też w ramach pewnego zakresu. Natomiast to jest słuchajcie upiorny, przerażający zakres, czyli jeden zabity na dwóch rannych i to są słuchajcie statystyki z wielkiej wojny ojczyźnianej. To są jak Stalingrad, jak Kursk, może nie jak Syczewka czy Rżew, bo tam było gorzej nawet, tam było często 1 do jednego, ale generalnie 1 do dwóch to są takie czarne dni rosyjskiej wielkiej wojny ojczyźnianej. A potem mamy statystyki z dwóch ostatnich lat - jeden zabity Rosjanin na czterech rannych i to rannych takich, którzy byli odnotowani, musieli być ewakuowani z frontu. I teraz ponieważ lekko rannych często nikt nie liczy i oni są wysyłani do szturmu - do skutku, i to też są statystyki rodem wzięte z wielkiej wojny ojczyźnianej czyli w Rosji zabezpieczenie medyczne, śmiertelność żołnierzy - litość zabitych w stosunku do rannych, słuchajcie, nie zmieniła się od II wojny światowej. To jest coś niesamowitego. Natomiast co nam to mówi? No mówi nam to to, że jeżeli mamy dwóch rannych i to takich rannych, że stanowili ubytek osobowy na jednego zabitego albo mamy czterech rannych, część lżej... na jednego zabitego. No drodzy widzowie oznacza to, że minimalna ilość zabitych i takich, którzy musieli zostać zdemobilizowani na skutek ran po stronie rosyjskiej to jest ponad milion. I tu już nie ma dyskusji, czy tak, czy nie. Może tak, może nie. Mamy twarde dane. Tak, jeżeli mamy przynajmniej 440.000 albo 450.000 poległych i jeżeli znamy te dwa stosunki zabitych do rannych, to mówimy w tym momencie o milionie wyłączonych żołnierzy, wyłączonych, bo nie żyją albo odnieśli ciężkie rany. To jest, słuchajcie, HE-KA-TOM-BA i chciałbym wam przypomnieć, że Rosjanie mają ponad milion ubytku osobowego zamian za co? 

Za nic. 

Kosztem 1 miliona zabitych i Rosja nie zrealizowała żadnego z ogłaszanych celów politycznych, z którymi rozpoczęła tą wojnę. Przypominam, że Rosjanie te cele podali oficjalnie, tak... w grudniu 2021 roku żądania rosyjskie wobec USA, wobec NATO, potem szereg żądań wobec Ukrainy. Rosjanie to podali wprost. Czuli się tak mocni. Co z tego zrealizowano? Nic. Zero, null, nothing. Tak, mamy obecność w Finlandii, Szwecji, w NATO. NATO jest jeszcze mocniejsze na granicach Ukrainy. Mamy gwałtowne zbrojenia państw bałtyckich, Polski. Mamy rozwój uzbrojenia rakietowego, uzbrojenia okrętowego, lotniczego. Czyli to, co Rosjanie chcieli odepchnąć od swoich granic. To co wobec czego Rosjanie chcieli wręcz stworzyć pewną strefę buforową, w którym NATO nie mogłoby posiadać tych systemów, nie mogłoby ćwiczyć użycie tych systemów. A to wszystko jest kupowane na potęgę i umieszczane zaraz przy granicy Rosji. 

Mamy Ukrainę, która przesunęła się na zachód. Mamy Ukrainę, dla której produkuje zachód uzbrojenie, dostarcza uzbrojenie. Mamy Ukrainę, która jest niepodległa, która jest prozachodnia, która walczy z Rosją, która zdaje Rosji ciężkie straty. Inaczej rzecz ujmując, ta wojna jest dla Putina i dla Rosji po prostu jedną wielką geopolityczną katastrofą. chcieli odbudować imperium, (...), odsunąć NATO od swoich granic, wywalczyć sobie bufor, a wygląda na to, że została im tylko Białoruś po prostu. 

I teraz kolejna sprawa jest taka, że te straty są bardzo duże, ale dopiero w tym roku Rosjanie właściwie na koniec zeszłego roku, tak dokładnie, Rosjanie weszli na poziom strat, których nie są w stanie uzupełniać, ponieważ do tej pory Rosjanie byli w stanie te straty niestety uzupełniać i mieli większy napływ przeszkolonych rekrutów, ochotników i szkolonych żołnierzy niż ubytek miesięczny. Natomiast na skutek bardzo wysokich strat z zeszłego roku, i powrotnych i bezpowrotnych, Rosjanie znaleźli się w sytuacji, w której mniej więcej od października-listopada zeszłego roku straty przekraczają możliwości uzupełnień. Te możliwości uzupełnień rosyjskie z różnych powodów, między innymi całkowitego wyczyszczenia sobie systemu kolonii karnych możliwych do wysłania na front. Spadły do poziomu 20 22.000 żołnierzy miesięcznie. Natomiast Rosjanie ponoszą starty bezpowrotne miesięczne rzędu około 30.000 żołnierzy. Czasami 35.000, ale to zwykle oscyluje w około 30. A to oznacza, że Rosjanie są pod kreską i Rosjanie są pod kreską już tak naprawdę kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy od października zeszłego roku. I to zaczyna być dostrzegalne. I tutaj nie ma dobrego wyjścia dla Rosjan, ponieważ jeżeli dalej ten trend będzie się utrzymywać, to w połowie roku albo zacznie im brakować powoli żołnierzy, albo będą musieli ogłosić powszechną mobilizację. Powszechna mobilizacja może oznaczać pewne napięcia w Rosji. Ja tutaj osobiście przyznaję rację takim specjalistom od Rosji jak na przykład pan Marcin Łuniewski, którzy twierdzą, że pozycja Putina jest obecnie na tyle silna i jest na tyle niezagrożona, że raczej nie spodziewają się jakiegoś puczu czy jakiś rozruchu w Rosji. To co się może Putinowi przydarzyć to ewentualnie wypadnięcie z okna albo trafienie jakimś przypadkowym dronem, czego się zresztą Putin obawia, (...). Natomiast no nie wygląda na to, żeby społeczeństwo rosyjskie się zbuntowało, ponieważ jest trzymane wyjątkowo krótko przy pysku i ostatni raz tak krótko przy pysku było trzymane tak naprawdę za czasów Stalina. Niemniej gigantyczne straty rosyjskie. 

No dobrze, no ale mamy jedną stronę medalu, mamy evers, jest i revers, więc trzeba w takim razie powiedzieć o stratach ukraińskich. 

Jakie są te straty ukraińskie? Duże, małe? Co o nich wiemy?

No więc mamy taką stronę UA losses /ualosses.org - red./ czyli straty. Nie wiem kto tą stronę prowadzi. Nie widzę, żeby się pod tym podbijała jakaś agencja rządowa. Ta strona się pozycjonuje jako strona ochotników zliczających, więc trzeba mieć dużą dozę uwagi, czy to nie jest jakaś rosyjska wrzutka. Niemniej ta strona zlicza zaginionych żołnierzy i jeńców wojennych oraz poległych Ukraińców, o których pojawiły się nekrologii w gazetach. W przeciwieństwie do Rosji Ukraińcy publikują takie dane. Publikują takie dane dość regularnie. W Rosji są one zwykle wyrywkowe w lokalnych gazetach. Zwykle są z pewnym opóźnieniem. Niektórzy w ogóle nie są podawani do informacji. Na przykład więźniowie systemu obozów wysłani na szturm. Natomiast w przypadku Ukraińców, no to w zasadzie każdy poległy jest ogłoszony, że jest bohaterem Ukrainy, w sensie: poległ za Ukrainę... i jest podawane nazwisko, jest nagrobek, jest pochówek na koszt państwa i tak dalej. I to jest w związku z tym policzalne. I z tego upiornego liczenia wygląda na to, że Ukraińcy stracili od 2022 roku 127.000 żołnierzy poległych. Żołnierzy poległych za Ukrainę, żołnierzy walczących z Rosją, z agresją rosyjską, żołnierzy ukraińskich, którzy bohatersko dali życie za swoją ojczyznę. Natomiast oprócz tych 127.000 mamy 6000 jeńców, czyli w zasadzie trzeba sobie z tych 127.000 odjąć, czyli już mamy 121.000 i mamy oprócz tego 56.000 zaginionych bez wieści. I teraz ci zaginieni bez wieści, to tu jest kilka kategorii. Są w większości to są oczywiście polegli żołnierze ukraińscy, których jeszcze nie udało się zidentyfikować. Ja wiem, że to brzmi przerażająco, ale jak w jakiś opornik ukraiński wpada rosyjska tonówka czy półtonówka, no to niestety identyfikacja szczątek żołnierzy jest możliwa już tylko po DNA. [westchnienie] Tak więc jest 56.000 zaginionych i większość z nich to są właśnie rozszarpani ukraińscy żołnierze. Przepraszam za brutalizm, no ale tak to wygląda. Ci, którzy siedzą w systemach obozów rosyjskich są jeńcami, ale nie zostali podani do informacji ukraińskiej jako jeńcy. A takich jest całkiem sporo, ponieważ Rosjanie potrafią 2 lata i trzymać żołnierzy ukraińskich. Rekordziści cztery lata byli trzymani, zanim zostali nagle w ramach wymiany zwolnieni. Okazało się, że człowiek, o którym wszyscy myślą, że od dawna nie żyje, jednak żyje, tylko był w łagrze trzymany, w więzieniu, i katowany. 

No i mamy oczywiście dezerterów. Dezerterów nie samowolne oddalenia, bo samowolki to jest coś coś normalnego w armii ukraińskiej. Na szczęście ponad 80% żołnierzy, którzy mają samowolki w armii ukraińskiej wraca i dalej podejmuje walkę. Natomiast mamy też pewien odsetek twardych dezerterów, czyli takich, którzy po prostu zwiali z jednostek albo w czasie ataku rosyjskiego czy w czasie spokojniejszym. I oni też się często znajdują w tej kategorii zaginionych bez wieści. Czyli mamy 127.000 totalnej liczby. Mamy tutaj zabitych, zidentyfikowanych z imienia i nazwiska. Mamy tutaj 6000 jeńców i mamy 56.000 ludzi, którzy wyparowali. Większość z nich bezdyskusyjnie polegli. Część to są dalej jeńcy, część się rozpłynęła i to są po prostu dezerterzy. I teraz Zełeńskiemu się wyrwało swego czasu, że 80.000 prawdopodobnie poległych Ukraińców i to by się zgadzało, ponieważ jeżeli sobie odejmiemy od tych 127.000 56.000 to mamy mniej więcej 71.000. Odejmując jeszcze 6000 to oczywiście schodzimy na niższy poziom, no ale nie oszukujmy się, większość z tych 56.000 to są po prostu ludzie, którzy polegli. Niemniej, jakbyśmy nie liczyli, mamy jednego zabitego Ukraińca na czterech albo pięciu zabitych Rosjan. W związku z tym ta statystyka jest bardzo na dużą niekorzyść Rosji i oczywiście mamy potem pewną liczbę rannych. U Ukraińców większa liczba, często są to starty powrotne, u Rosjan mniejsza liczba, często straty bezpowrotne. Natomiast jakbyśmy nie patrzyli, to straty ukraińskie, takie twarde w zabitych minimum czterokrotnie niższe, jeżeli chodzi o rannych, są prawdopodobnie dwukrotnie niższe od Rosjan. Tak licząc totalnie. Oczywiście pamiętajcie też, że po stronie Ukrainy giną najlepsi Ukraińcy. Tak, giną ci bohaterowie, ci patrioci, którzy bronią swoje ojczyzny. Po stronie Rosji też mamy bohaterów. Też mamy rosyjskich bohaterów, rosyjskich patriotów, którzy giną w tej wojnie. Jasne. Natomiast mamy całkiem sporą ilość ludzkich śmieci. Gwałciciele, mordercy, kanibale, pedofile, i tak dalej. No tego typu element jest wyciągany i w ramach batalionu szturmu Zet i innych jest wrzucany. No i oddziały Wagnera, które kiedyś były elitą, a potem ta elita stała się ich kadrą. No i tam dawni Wagnerowcy zaciągnęli dosłownie szlam mułu też systemów łagrów najpierw, potem w ramach rekrutacji dla najemników. Duży, duży, duży problem. Rosjanie sobie wyczyścili system obozów, więc spora część tych rosyjskich to są ludzie niechciani, ludzie niekochani, ludzie niczyi. Tak, trzeba o tym pamiętać. Na przypadku Ukrainy to w zasadzie mówimy o tych, którzy chcieli walczyć, oddali życie za ojczyznę albo zostali zmobilizowani, ale nie uciekli z linii frontu, nie oddalili się i oddali swoje życie za ojczyznę. Więc tak czy siak bohaterowie. 

No dobrze, kończymy temat strat. Przechodzimy dalej.

Transkrypcja materiału pt. "UKRAINA RAPORT Z WOJNY 10 MAJA 2026 - 440 tys. GRUZ200 i 1 mln GRUZ 200/300" z kanału "WoW - Wolski o Wojnie" Jarosława Wolskiego.

youtube.com


Irańska "Armia Nowego Wzoru" /aluzja do raportu Strategy&Future - red./ (a dokładnie jej marynarka wojenna) dziś w nocy  sromotnie przegrała z Amerykanami. 

Irańczycy dziś w nocy zaatakowali za pomocą wielu dronów, rakiet przeciwokrętowych, przeciwokrętowych pocisków balistycznych, motorówek z uzbrojeniem rakietowymi i artyleryjskim trzy amerykańskie niszczyciele: USS Truxtun (DDG 103), USS Rafael Peralta (DDG 115) i USS Mason (DDG 87) które pokonywały cieśninę Ormuz. 

Całość środków rażenia została przechwycona przez Amerykanów a do tego rozpoczęto zwalczanie irańskich jednostek pływających oraz zlokalizowanych nabrzeżnych baterii rakiet.  Warto dodać że całość starcie miała miejsce na akwenie w którym zdolność do manewrowania byłą mocno ograniczona przez irańskie pola minowe. 

Po raz kolejny okazuje się że asymetryczne i hybrydowe środki prowadzenia wojny na morzu po prostu nie są skuteczne wobec marynarek wojennych które od ponad 20 lat rozwijają force protection. 

Dla interesujących się marynistyką jest to bez większych niespodzianek.

(...)

Swoją drogą - Amerykanie średnio się przykładają do zrobienia czegokolwiek z selektywną blokadą nałożoną przez Iran ponieważ im na tym tak naprawdę nie zależy*. Gdyby zależało to migiem powstałyby konwoje i służba konwojowa zaś szereg wysepek Irańskich w Ormuzie zostałoby zajętych po prostu. Wtedy skuteczność irańskiej "blokady" (która blokadę per se nie jest) spadłaby do okolic zera. 

Natomiast takie działanie wymagałoby kosztownych działań i szerokiej koalicji o którą trudno na skutek tego JAK Trump rozpoczął ten konflikt (dołączając się do ataku Izraela).

x.com/wolski_jaros


Tuż przed długim majowym weekendem naładowałem samochód elektryczny tanim prądem z OZE. Kosztowało mnie to 1,30 zł za kilowatogodzinę na szybkiej ładowarce polskiej produkcji. Takie ceny stają się codziennością w weekendy, gdy świeci słońce, a nadwyżka energii z OZE nie znajduje odbiorców.

Na stacji ładowania praktycznie nie było kolejki. W ten sposób zaoszczędziłem jednorazowo około 100 zł w porównaniu z tym, ile zapłaciłbym, tankując benzynę w cenie 6 zł za litr. W przypadku diesla różnica sięgnęłaby około 150 zł.

(...)

Według szacunków Fundacji Instrat konflikt między USA a Iranem będzie kosztował polskich kierowców i firmy ponad 10 mld zł w zaledwie dwa i pół miesiąca (od 1 marca do 15 maja). Pakiet "CPN" pozwolił zmniejszyć te koszty o około 2,5 mld zł – o tyle według Ministerstwa Finansów spadną wpływy z VAT i akcyzy.

Rząd zareagował odważnie – i to zasługuje na uznanie. Minister Domański zapowiedział, że wpływy z podatku od nadmiarowych zysków koncernów paliwowych powinny przekroczyć 4 mld zł. To dobry kierunek: sektor, który zarabia na wojnie wywołanej przez mocarstwo eksportujące ropę, powinien partycypować w kosztach kryzysu. 

(...)

Na dopłaty do samochodów elektrycznych ("Mój Elektryk" i "NaszEauto") NFOŚiGW przeznaczył dotąd nieco ponad 2,5 mld zł, a na rozwój infrastruktury ładowania zaplanowano 1,87 mld zł w kolejnych latach. Łącznie to około 4,4 mld zł na przestrzeni 10 lat.

Tymczasem jeden kryzys paliwowy kosztował gospodarkę ponad dwukrotnie więcej – w ciągu niecałych trzech miesięcy. Sama rekordowa dywidenda Orlenu (4,6 mld zł trafiające do budżetu w tym roku) to kwota większa niż całe dotychczasowe wsparcie dla elektromobilności w Polsce. Te środki powinny wzmacniać naszą odporność – tak jak ma to miejsce np. we Francji.

Francja od 2024 r. prowadzi program leasingu społecznego: auto elektryczne za 100-150 euro miesięcznie, bez wkładu własnego, wyłącznie modele produkowane w Europie. W 2025 r. skorzystało z niego ponad 41 tys. gospodarstw domowych.

money.pl


Marek Meissner: No i tutaj mamy wisienkę na torcie. wisienkę na torcie, o czym, o czym pisze Aman Din, były agent MI6 i banki inwestycyjny na Bliski Wschód. Popatrz, taka sytuacja, że właśnie dużo brytyjskich agentów od znających dobrze Amerykę i Bliski Wschód nagle zaczyna oceniać te projekty i i wychodzi szydło z worka. Otóż tak. 

Tutaj całkowicie szczerze uważam, że to co się wbrew temu co się mówi, Rada Współpracy Zatoki Perskiej nie została zaskoczona projektem Wolność. Wiedzieli o tym wcześniej, mniej więcej pół dnia wcześniej, czyli za mało, ale przestrzeń powietrzna została otwarta, infrastruktura była dostępna, nikt nie protestował. Dlaczego? Bo projekt Wolność według ogłoszenia publicznego miał być ograniczoną operacją humanitarną. która miała na celu uwolnienie 22.000 marynarzy uwiązanych na statkach wokół Ormus i umożliwienie żegludze swobodnego przepływu. Ale co się okazało? Jeśli prosisz kraje współpracy zatoki perskiej o udział w takiej operacji, musisz od pierwszego dnia otwarcie mówić o zasadach zaangażowania. Nie można powiedzieć: "Proszę, otwórzcie swoje niebo i bazy, ujawnijcie swoją infrastrukturę energetyczną. A prawdziwa polityka Ameryki to jest taka, tak przy okazji, jeżeli Iran zaatakuje was pociskami balistycznymi, manewrującymi dronami w kilku falach, to i tak nie odpowiemy, bo Donald Trump jest zbyt zajęty gonitwą za porozumieniem." I to właśnie zaszokowało Saudyjczyków. Nie sam atak Iranu. ZEA, Rada Współpracy Zatoki Perskiej oczekiwały odwetu. No bo przecież to jest Iran. Nikt za w Zatoce perskiej nie jest w tej kwestii naiwny. Szok nastąpił po późniejszej reakcji Amerykanów. Doszło do ataków na infrastrukturę Emiratów. Atakowano Fugirę. wiele fal ataków z udziałem dronów, pocisków balistycznych i pocisków manewrujących. A odpowiedź Waszyngtonu brzmiała na zasadzie, e, drobny incydent, nie skalujmy. Dla Rady Współpracy zAtoki Perskiej to było szaleństwo, ponieważ Riad, Kuwejt i Abu Zabi nagle zdały sobie sprawę, że obsesja Trumpa na punkcie utrzymania układu najwyraźniej osiągnęła ten etap, w którym infrastruktura energetyczna zatoki perskiej została uznana za akceptowalne straty uboczne w dążeniu do
jego cennych negocjacji. Wszystko staje się umową, umową, piękną, umową, najwspanialszą umową, matką wszystkich umów. ostateczną sztuką układu, a może dokładniej ostatecznym fart of the deal, czyli pierdem układu, ponieważ z perspektywy zatoki perskiej przestało to wyglądać na strategię, a zaczęło być desperacką polityczną próżnością zmieszaną ze śmiertelnym myśleniem życzeniowym.
Gdyby Rada Współpracy Zatoki perskiej została wcześniej poinformowana, słuchajcie, cokolwiek Iran wam zrobi ramach projektu wolność, Ameryka nie odpowie, ponieważ nie chcemy narażać negocjacji. Prawie na pewno odmówiłaby udziału od samego początku. Problem polegał na odkryciu w połowie operacji, że kraje współpracy z atoki perskiej miały najwyraźniej siedzieć cicho jak worki treningowe, podczas gdy Waszyngton odgrywał teatralne sztuczki negocjacyjne z Teheranem. 

Tak więc Saudyjczycy i Kuwejczycy wyciągnęli wtyczkę, bo Rada Współpracy z Atoki Perskiej wie coś, o czym Amerykanie zazwyczaj zapominają. Iran gra na długą metę. Może teraz zamrozić wzbogacanie. wstrzymać wzbogacanie, opóźnić wzbogacanie, podpisać 10 porozumień, 20 porozumień, 40 porozumień. Ale jeżeli infrastruktura pozostanie, wirówki pozostaną, korpus straczników rewolucji islamskiej pozostanie, sieć proksy pozostanie, w końcu ta gra zostanie wznowiona. Nastąpi kolejne rozproszenie uwagi, kolejna pandemia, kolejny kryzys finansowy, kolejna wojna gdzie indziej, kolejny paraliż w Waszyngtonie. Świat rozprasza uwagę, wzbogacanie po cichu wraca do normy. Jak na ironię, znaczna część irańskich zapasów wysoko wzbogaconego uranu wzrosła w latach pandemii właśnie tego,
że globalna uwaga skupiła się gdzie indziej. Sądząc po reakcji na ataki na Emiraty, Saudyjczycy i Kuwejczycy doszli do wniosku, że wersja odstraszania Trumpa brzmi: "Proszę po cichu weźcie na siebie te rakiety, bo próbuję napisać kontynuację: "Fart of the deal".

Transkrypcja z materiału wideo pt. "Czy Trump zniszczy imperium USA jak Neron zniszczył Rzym?" z kanału "KREMLINKA SHOW" na YouTube z 10 maja 2026.

youtube.com

sobota, 9 maja 2026



Sufit prawicowej publicystyki. Dlaczego X przestał dla niej działać

Tygodnie obserwacji 44 dziennikarzy publikujących politycznie na X, ponad 14 tys. publikacji, ponad 6 mln interakcji łącznie. Z tej masy danych wyłania się obraz, który wymaga nazwania wprost bo standardowa diagnoza „prawica jest słabsza na X” nie wyjaśnia ani mechanizmu, ani konsekwencji.

Prawicowa publicystyka w tym ujęciu rozumiana jako blok dziennikarzy związanych z mediami konserwatywnymi, antyrządowymi w obecnej kadencji, ideologicznie tożsamymi z prawą stroną sceny politycznej pracuje w sposób, który ją systemowo wyklucza z mainstreamu mimo intensywnej aktywności. To nie jest problem indywidualnych dziennikarzy. To jest problem strukturalny całego ekosystemu medialnego, który dziś, w tym konkretnym kanale dystrybucji, nie działa.

Pierwsze ograniczenie: parytet wolumenu, asymetria zwrotu

Liczba publikacji prawicowej publicystyki w obserwowanym okresie była niemal identyczna jak liczba publikacji bloku liberalno-lewicowego. Innymi słowy, prawicowi dziennikarze pracują tak samo intensywnie. Pracują tyle samo godzin, generują tyle samo treści, są tak samo obecni w cyklu informacyjnym.

A jednak suma interakcji generowanych przez prawicową publicystykę jest niemal o połowę niższa. Średnia interakcji na pojedynczą publikację po stronie prawicy wynosi około 180. Po stronie liberalnej 320. Innymi słowy: identyczna praca daje prawie dwukrotnie mniejszy zwrot. Konkretny prawicowy publicysta, który opublikuje pięć postów dziennie przez tydzień, zbierze średnio tyle interakcji, ile jego liberalny odpowiednik zbierze po dwóch–trzech postach.

To nie jest kwestia talentu, pracowitości, ani gęstości publikacji. To jest strukturalny mnożnik dystrybucyjny, który działa na korzyść jednej strony i na niekorzyść drugiej. A ponieważ ten mnożnik utrzymuje się we wszystkich 10 tygodniach obserwacji, niezależnie od dominujących tematów, należy go traktować jako stały parametr ekosystemu, nie jako anomalię tygodniową.

Drugie ograniczenie: sufit pojedynczego uderzenia

Tu sprawa staje się jeszcze ostrzejsza. W publicystyce sieciowej istnieje próg, powyżej którego post przestaje być rozmową w bańce i staje się wydarzeniem ogólnopublicystycznym. Empirycznie ten próg ustala się w polskim X-ie w okolicach 10 tysięcy interakcji powyżej tej granicy publikacja zaczyna być cytowana w innych kanałach, dyskutowana w rozmowach niezwiązanych z X-em, podsuwana w algorytmie ludziom spoza bańki nadawcy.

Podczas tygodni analiz prawicowa publicystyka jako blok wygenerowała jedną publikację przekraczającą próg 10 tys. interakcji. Dla porównania, sama trójka czołowych liberalnych publicystów wygenerowała ich osiem. Antyestablishmentowy K. Stanowski z Kanału Zero, traktowany w tej analizie jako oddzielna kategoria, zrobił ich dwadzieścia dwa.

To oznacza, że prawicowa publicystyka jako całość osiemnaście kont aktywnych w obserwowanym okresie w 10 tygodni ciężkiej pracy wytworzyła jeden wirusowy moment. To nie jest niedobór indywidualnego talentu. To jest strukturalne odcięcie od poziomu, na którym treść zaczyna żyć poza dystrybucją kont prawicowych.

Innymi słowy: prawicowy publicysta może być świetny, może mieć rację, może produkować ciekawe treści i w 95% przypadków zatrzymuje się na pułapie 4–7 tys. interakcji. Tam treść żyje, ale tam też kończy. Próg wirusowy jest dla niego praktycznie zamknięty.

Trzecie ograniczenie: bańkowa dystrybucja zamiast zdobywania nowych odbiorców

Tu pojawia się wskaźnik, który najlepiej ujawnia mechanikę problemu: udział udostępnień w łącznej liczbie interakcji. Wysoki udział udostępnień (czyli wysokie RT/repost rate) oznacza, że post jest mocno dystrybuowany przez przekonanych bańka go niesie dalej, ale niewielu nowych odbiorców zostaje przy treści, by ją polubić, skomentować, zostać.

Najwięksi prawicowi publicyści mają RT-rate w przedziale 20–30%. Co czwarta lub co trzecia interakcja z ich postem to udostępnienie wewnątrz prawicowej sieci. To jest klasyczna sygnatura zamkniętego obiegu: treść krąży po prawicowych kontach, ci sami ludzie ją widzą, ci sami ludzie ją podsyłają, ci sami ludzie ją komentują.

Po stronie liberalnej ten wskaźnik dla najmocniejszych kont wynosi 5–17%. Czyli treść jest przede wszystkim lubiana, nie redystrybuowana. To oznacza, że dociera do nowych odbiorców, którzy ją oceniają (lajk to pasywna ocena), ale niekoniecznie ją niosą dalej. Niski RT-rate przy wysokich lajkach to sygnatura otwartego obiegu treść trafia do publiczności, która nie była na nią zasubskrybowana.

Konsekwencja jest brutalnie prosta prawicowa publicystyka tworzy treść, która się nie skaluje. Każda kolejna publikacja trafia do tych samych ludzi, przez tych samych ludzi jest udostępniana, do tych samych ludzi przez algorytm wraca. Liberalna publicystyka tworzy treść, która wychodzi z bańki. Każda dobra publikacja zdobywa nowych obserwujących, którzy jej nie udostępnią, ale dadzą lajk i wrócą jutro.

W długim okresie te dwie krzywe się rozjeżdżają coraz bardziej. Prawica trzyma swoich, ale ich nie przybywa. Liberalna publicystyka przy podobnym wolumenie pracy sukcesywnie poszerza zasięg.

Czwarte ograniczenie: brak ekosystemu wzajemnej amplifikacji

Najpoważniejszy problem strukturalny ujawnia się dopiero przy obserwacji, jak temat staje się tematem.

Po stronie liberalno-lewicowej działa rojowisko wzajemnej amplifikacji. Mechanika jest następująca: śledczy z dużej redakcji wrzuca news; ekspert tematyczny komentuje go z perspektywy merytorycznej; ironiczny komentator robi z niego mem; redaktor flagowej gazety podaje go z linkiem; publicystka moralizuje; dwóch kolejnych dorzuca uzupełnienia. Temat żyje przez 3–4 dni, każde kolejne ogniwo zwiększa zasięg poprzedniego, a obecność wielu kont równolegle wymusza algorytmiczną widoczność na całej platformie. Każdy publicysta wzmacnia każdego nawet jeśli się ze sobą nie zgadzają w 80% spraw, w danym tygodniu zgadzają się w 20%, które są akurat na agendzie.

Po stronie prawicowej tego mechanizmu nie ma. Każdy publicysta pracuje samotnie. Mocny news pojedynczego dziennikarza nawet jeśli generuje przyzwoity zasięg w bańce nie jest podchwytywany przez resztę bloku. Innymi słowy gdy ktoś w środowisku prawicowym ujawnia coś istotnego, koledzy z tego samego ideologicznego frontu nie biorą tego dalej. Każdy ma swoją własną agendę, swoją własną linię, swoich własnych wrogów.

Konsekwencja jest taka, że nawet dobry news ginie w 24 godziny, bo nie ma fali wzmocnienia, która przenosiłaby go z autora do szerszej publiczności. W obserwowanym okresie zdarzało się, że prawicowy publicysta wybijał się pojedynczą mocną publikacją z bardzo wysokim RT-rate i nikt z jego strony tego nie podchwycił. Po liberalnej stronie tego samego dnia inny temat został podchwycony przez sześciu publicystów równolegle i pracował przez tydzień.

To wyjaśnia, dlaczego prawica ma dobre tematy, ale nie ma agend. Pojedyncze publikacje, choć często wartościowe, nie układają się w narracje. Brakuje infrastruktury redakcyjnej, która zamieniłaby news w temat.

Piąte ograniczenie: brak własnego dziennikarstwa śledczego

W obserwowanym okresie wszystkie największe afery polityczne zostały otwarte, prowadzone i wyjaśniane przez dziennikarza śledczego pracującego dla redakcji liberalno-lewicowych.

Prawicowa publicystyka nie wytworzyła w tym czasie żadnej własnej dużej afery politycznej. Były próby śledztwo o pedofilii w policji, materiał o genealogii rodu związanego z PRL-owską bezpieką, wątek wewnątrzkadrowy w służbach. Każdy z tych wątków miał potencjał, każdy zatrzymał się na poziomie pojedynczej publikacji, każdy nie został wzmocniony.

Strukturalnie to oznacza, że prawicowa publicystyka działa w trybie reaktywnym. Czeka na temat wygenerowany przez stronę liberalną, a potem albo go atakuje (jeśli uderza w rząd), albo go relatywizuje (jeśli uderza w opozycję). W żadnym z obserwowanych tygodni prawicowa publicystyka nie zdefiniowała tematu tygodnia. W każdym z analizowanym tygodni temat tygodnia był narzucony przez stronę liberalną lub przez Kanał ZERO.

Szóste ograniczenie: lokalność tematyczna

Nawet jeśli prawicowy publicysta uderza mocnym tematem, ten temat jest najczęściej lokalny lub punktowy relacja z konkretnego wydarzenia, komentarz do konkretnej sprawy, wpis emocjonalny związany z konkretną osobą lub miejscem.

Liberalna publicystyka, w tym samym okresie, generuje tematy systemowe kryzys ochrony zdrowia, kompromitacja prokuratury, niewłaściwa obsada służb specjalnych, dysfunkcja systemu kaucyjnego, wadliwa polityka energetyczna. To są ramy, w które każdy odbiorca może wpisać własne doświadczenie. Każda nowa publikacja w obrębie tej ramy jest zrozumiała bez kontekstu.

Tematy lokalne nie skalują się, tematy systemowe się skalują. To nie jest kwestia stylu to jest kwestia inwestycji intelektualnej w budowanie ramy interpretacyjnej. Prawicowa publicystyka, w tym konkretnym okresie, takich ram nie buduje. Reaguje na zdarzenia.

Siódme ograniczenie: pojemność komunikacyjna pojedynczego konta jest dwukrotnie niższa

To pozornie techniczna obserwacja, ale ma głębokie konsekwencje. Najwięksi prawicowi publicyści, niezależnie od tego, jak intensywnie pracują, uderzają w sufit zasięgowy znacznie wcześniej niż liberalni.

Konto prawicowe z dużą bazą obserwujących i intensywną aktywnością trzytygodniową generuje średnio ok. 130 tys. interakcji. Konto liberalne z porównywalnymi parametrami ok. 270 tys. interakcji. Czyli ten sam wysiłek, ten sam czas, ta sama dyscyplina zawodowa daje ponad dwukrotnie mniejszą pojemność komunikacyjną.

Liberalna bańka jest większa, bardziej rozproszona, bardziej heterogeniczna co oznacza więcej możliwych odbiorców pojedynczej publikacji. Prawicowa bańka jest w pełni nasycona większość możliwych odbiorców już aktywnie konsumuje treści, więc każda kolejna publikacja konkuruje o tych samych ludzi.

Konsekwencje: trzy nakładające się problemy

Z powyższego wynika, że prawicowa publicystyka pracująca dziś na X ma do czynienia z trzema nakładającymi się problemami strukturalnymi, które wzajemnie się wzmacniają.

Pierwszy: problem podaży. Brak własnego dziennikarstwa śledczego, brak własnych dużych newsów, brak budowania ram tematycznych. Treść istnieje, ale jest zdominowana przez komentarz do treści produkowanych przez kogoś innego.

Drugi: problem dystrybucji. Wysoka redystrybucja w bańce, niski lajkowy zasięg poza bańką, sufit pojedynczej publikacji znacznie poniżej progu wirusowego. Treść, która istnieje, nie wychodzi z obiegu wewnętrznego.

Trzeci: problem ekosystemu. Brak rojowiska wzajemnej amplifikacji, brak wzmocnień między kontami, każdy publicysta pracuje sam. Nawet jeśli pojedyncza publikacja jest dobra, nie zostaje przekuta w temat.

Te trzy problemy są ze sobą sprzężone. Brak dystrybucji zniechęca. Brak ekosystemu uniemożliwia podchwytywanie nawet udanych newsów. Brak własnych newsów oznacza pracę na cudzej agendzie. I tak w kółko.

Konsekwencje polityczne

Z perspektywy strategii politycznej obozu prawicowego należy uznać, że kanał X nie jest dziś efektywnym narzędziem wpływu na publicystyczną agendę. To nie znaczy, że jest bezużyteczny pełni funkcję mobilizacyjną dla bańki, jest ważny dla utrzymywania spójności narracyjnej już przekonanych odbiorców, służy jako szybki kanał reaktywny.

Ale jako narzędzie zmiany agendy publicystycznej, X w obecnej konfiguracji nie pracuje na korzyść strony prawicowej. Każda godzina pracy włożona przez prawicowego publicystę w tworzenie treści na X przynosi ułamek zwrotu, jaki przyniosłaby ta sama godzina po stronie liberalnej. To nie jest opinia to jest empirycznie potwierdzony parametr ekosystemu.

To rodzi pytanie strategiczne: gdzie powinna być główna inwestycja prawicowej publicystyki, jeśli nie na X? Możliwe odpowiedzi to inne platformy społecznościowe, formaty wideo, podcasty, długi format pisany w portalach, telewizja w trybie streamingowym. Dane nie odpowiadają na to pytanie wprost ale pokazują, że kontynuowanie obecnego modelu pracy na X jest stratą strategiczną, bo zasięg generowany przez tę pracę jest niewspółmierny do nakładów.

Antyestablishmentowy Kanału Zero który w danych wygląda jak osobna kategoria, a nie jak prawicowy publicysta pokazuje, że na X można być skutecznym, ale wyłącznie pod warunkiem opuszczenia ramy partyjno-publicystycznej. Treść, która działa na X, jest dziś treścią, która przekracza podział. Treść partyjna, niezależnie od strony, ma sufit. Treść antypartyjna sufitu nie ma.

Dla prawicowej publicystyki to oznacza wybór: albo akceptacja statusu publicystyki bańkowej (z konsekwencją dystrybucyjną, jaka się z tym wiąże), albo przebudowa formuły pracy w stronę treści mniej ideologicznej, bardziej narracyjnej, bardziej skierowanej do publiczności niezdefiniowanej politycznie. Trzeci wariant kontynuowanie obecnego modelu w nadziei, że dystrybucja się odwróci nie jest, w świetle tych danych, racjonalny.

Konkluzja

Prawicowa publicystyka na X w obserwowanym okresie pracuje intensywnie, ale w warunkach strukturalnego niedoboru dystrybucyjnego, ekosystemowego i podażowego. Pracuje tyle samo, co liberalna generuje połowę zasięgu. Próbuje tych samych form natrafia na sufit dwukrotnie niższy. Niesie podobne wątki bez infrastruktury wzmocnienia.

To nie jest sytuacja, w której wystarczy pisać lepiej. To jest sytuacja, w której kanał dystrybucji jest skonfigurowany na niekorzyść. Każda strategia, która ignoruje ten fakt i opiera się na założeniu, że „wystarczy zwiększyć aktywność”, w świetle danych z trzech tygodni jest stratna.

Pytanie strategiczne nie brzmi „jak prawicowa publicystyka może lepiej pracować na X” bo na to pytanie odpowiedź w obecnej konfiguracji platformy nie istnieje. Pytanie brzmi: jakie kanały dystrybucji prawicowa publicystyka powinna przebudować w pierwszej kolejności, żeby uniknąć pułapki strukturalnej, w której obecnie się znajduje.

resfutura.pl


– Uważam, że udostępnienie narzędzia Claude w styczniu tego roku można przyrównać do 1981 roku, kiedy to pojawił się Microsoft – powiedział Paul Tudor Jones w głośnym wywiadzie dla stacji CNBC.

Uważnie obserwowany przez Wall Street legendarny spekulant dostrzega w obecnej adaptacji sztucznej inteligencji podobieństwa do 1995 roku, kiedy zadebiutował system operacyjny Windows 95, co przyspieszyło komercyjne wykorzystanie internetu. Choć rozwój AI przypomina wczesne etapy ekspansji technologicznej, wywołana nim hossa przypomina już raczej rok 1999, czyli okres na około rok przed pęknięciem bańki dot-comów.

– To był początek cudu produktywności, który trwał od 4 do 5,5 roku. Powiedziałbym, że jesteśmy w 50–60 procentach tej drogi. Jeśli miałbym szacować, zostało nam jeszcze rok lub dwa lata rajdu – powiedział Paul Tudor Jones.

Inwestor przyznaje, że dokupił więcej akcji spółek powiązanych ze sztuczną inteligencją, jednak nie zdradza konkretnych nazw.

– Gram pod trendy makroekonomiczne, więc po prostu kupuję koszyki akcji. Powiem krótko, to szalony, szalony czas. Zawsze lubię szukać historycznych precedensów – stwierdził Jones.

bankier.pl


Daleko idące ograniczenia celebracji najważniejszego święta w kalendarzu Kremla, to po pierwsze dowód na ogromny sukces ukraińskiej kampanii uderzeń dronami i rakietami na cele w Rosji. Po drugie to pokaz słabości rosyjskich sił zbrojnych, najwyraźniej niebędących w stanie zagwarantować Władimirowi Putinowi, iż nic nie spadnie na Plac Czerwony podczas uroczystości.

Decyzja o daleko idącym ograniczeniu defilady została ogłoszona jeszcze pod koniec kwietnia. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał wprost, że to reakcja na "zagrożenie terrorystyczne" ze strony Ukraińców. Dodatkowo usprawiedliwiał to faktem, że tegoroczna rocznica nie jest okrągła, tylko 81. W związku z tym postanowiono zrezygnować z bodaj najistotniejszego pokazu siły militarnej Rosji - przejazdu kolumny ciężkiego sprzętu przez Plac Czerwony. Od kiedy te defilady zaczęto jeszcze w czasach ZSRR z okazji rocznicy rewolucji październikowej, był to gwóźdź programu. W latach 90. na chwilę z niego zrezygnowano, ale po przejęciu władzy przez Władimira Putina wrócono, zaś całą defiladę przeniesiono na lepiej pasujący do nowych czasów 9 maja. Nawet po inwazji na Ukrainę starano się udawać, że wszystko jest po staremu i organizowano przejazdy ciężkiego sprzętu, choć na mniejszą skalę niż przed wojną. Był to pokaz wiary, że Ukraina Ukrainą, ale Rosja pozostaje mocarstwem i tu oto jedzie na to dowód. Aż do 2026 roku.

Tegoroczna defilada została ograniczona do przemarszu tak zwanej kolumny pieszej, czyli żołnierzy reprezentujących rodzaje sił zbrojnych, uczelnie wojskowe i różne inne formacje rosyjskiego wojska oraz sił Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tradycyjnie był to początkowy etap uroczystości. Po przywitaniu dygnitarzy, przemówieniu Putina, oficjalnych meldunkach składanych ministrowi obrony przez dowódcę parady (zazwyczaj dowódca wojsk lądowych), czworoboki żołnierzy oraz funkcjonariuszy ruszały do przemarszu przed trybuną honorową zbudowaną wokół mauzoleum Lenina. Po nich na opustoszały z ludzi Plac Czerwony wjeżdżały pojazdy, na końcu przelatywały śmigłowce i samoloty. W tym roku mają się jeszcze pojawić w ograniczonej formie tylko te ostatnie, pod postacią formacji maszyn Su-27 i MiG-29 zespołów akrobacyjnych, a na końcu Su-25 rysujących na niebie flagę Rosji.

Pozwoli to znacząco skrócić uroczystości na Placu Czerwonym (przemarsz ma trwać około 20 minut) i ograniczyć ryzyko, że Ukraińcy w jakiś sposób zjawią się nieproszeni. Być może rosyjski wywiad ustalił, że ci w tym roku są zdeterminowani to uczynić. Na tegorocznych obchodach nie będzie wielu zagranicznych gości, a ci nieliczni obecni będą z raczej drugiego i trzeciego szeregu. Jeśli w 2025 roku Moskwę odwiedził m.in. przywódca Chin Xi Jinping, tak w 2026 roku do Rosji przyjadą Łukaszenka z Białorusi, prezydent Laosu Thongloun Sisoulith i Sultan Ibrahim z Malezji. Rok temu jakiekolwiek zagrożenie bezpieczeństwu chińskiego dygnitarza nie było na rękę Ukraińcom. W tym roku może być inaczej.

(...)

Łatwiejsze do wykonania byłoby wysłanie na Moskwę dronów startujących z terytorium Ukrainy. Ukraińcy już praktycznie co noc posyłają ich na Rosję ponad setkę, a czasem nawet kilkaset. Moskwa rzadko jest głównym celem, a jeszcze rzadziej coś się przedziera nad jej centrum, bo jest to najsilniej broniony obszar w całym kraju. Choć akurat w poniedziałek nad ranem w tym tygodniu jakiś bezzałogowiec wleciał w apartamentowiec stojący około 10 kilometrów od Placu Czerwonego, wyrządzając powierzchowne szkody. Na 9 maja Ukraińcy mogliby skoncentrować wszystkie dostępne drony na Moskwie, podnosząc statystyczną szansę, że jakiś dotrze nad jej centrum dzięki przesaturowaniu obrony przeciwlotniczej. Nie musiałby nawet spaść na Plac Czerwony podczas defilady. Sam alarm powietrzny i ewakuacja VIP-ów przed kamerami byłyby zwycięstwem propagandowym Ukraińców. W całej tej grze chodzi bowiem o wizerunek i autorytet, niekoniecznie o wyrządzenie realnych szkód.

W systemie autorytarnym, bo takim jest Rosja, ogromne znaczenie ma autorytet przywódcy, co sugeruje już sama nazwa ustroju. Władza opiera się na wierze ludzi w sprawczość systemu - zarówno pod względem nagradzania lojalności, jak i karania za jej brak. Kiedy wódz zaczyna sprawiać wrażenie niemającego realnego wpływu na rzeczywistość, system zaczyna się rozsypywać. Ludzie zaczynają wierzyć, że może być inaczej. Nie chodzi przy tym o gotowość zwykłych obywateli do wyjścia na ulice i walkę o demokrację. Raczej o to, że bezpośrednie otoczenie Putina może odważyć się podnieść na niego rękę i wymienić na kogoś innego. Stąd też zamiłowanie do budowania wizerunku silnego człowieka trzymającego ster kraju pewną ręką i do wszelkich pokazów siły, jak na przykład wielkie defilady na 9 maja, w symboliczną rocznicę zwycięstwa nad III Rzeszą. Nie bez powodu ta data stała się jednym z filarów budowy tożsamości Rosjan pod kierownictwem Putina. To jego przekaz o Rosji rozstrzygającej losy świata.

Wszystko to pozwala zrozumieć, jak znaczącym wydarzeniem jest tegoroczne ograniczenie skali defilady. Z przekazu o sile Rosji robi się przekaz o Rosji w stanie zagrożenia ze strony Ukraińców, które do tej pory trywializowano lub całkowicie pomijano. Nie chodzi o samo ograniczenie skali wydarzenia w Moskwie, ale też całkowitą rezygnację z wielu defilad regionalnych, które zazwyczaj jej towarzyszyły. Według wyliczeń portalu "Verstka" 1/3 stolic regionalnych w ogóle zrezygnowała z uroczystości, głównie te na zachodzie kraju, w zasięgu ukraińskich dronów. Tylko 18 z 85 stolic regionalnych urządza defilady z udziałem ciężkiego sprzętu. W Moskwie odwołano nawet tradycyjny "marsz nieśmiertelnego pułku", w którym biorą udział rodziny już nieżyjących weteranów niosące ich zdjęcia. Ma się odbyć "wirtualnie", choć nie wyjaśniono w jaki sposób.

Do tego zarządzono daleko idące środki bezpieczeństwa. W Moskwie i wielu innych miastach oznacza to między innymi całkowite wyłączenie mobilnego internetu. Zablokowane jest nawet wysyłanie zwykłych sms-ów, głównie w celu uniemożliwienia Ukraińcom korzystania z sieci do zdalnego sterowania dronami, czy detonowania bomb. W centrum stolicy rozmieszczono liczne zespoły snajperów, przeciwlotnicze z lekką bronią ręczną, a na niektórych budynkach zamontowano nawet systemy obrony przeciwlotniczej krótkiego zasięgu Pancyr. Całe miasto roi się od służb bezpieczeństwa. Jeszcze więcej ciężkiej broni przeciwlotniczej znajduje się wokół stolicy, tworząc gęsty pierścień obrony przestrzeni powietrznej.

gazeta.pl