sobota, 7 lutego 2026



Tomasz Sajewicz: Nieliczne, jak na skalę chińską.

Marcin Jacoby: One były szokujące, bo w ogóle były! Nie dlatego, że pojawiły się na nich miliony ludzi, tylko dlatego, że tu było może sto osób, a tam trzysta – ale byli w stanie się w ogóle skrzyknąć i zebrać, mieli odwagę i możliwości, żeby stanąć i coś powiedzieć. Częściowo były to przecież hasła polityczne. A w większości hasła: „przestańcie w końcu z tą polityką zero-COVID, mamy tego dość”.

TS: Tak, choć wydaje mi się, że protesty te były bardzo na rękę Komunistycznej Partii Chin – wręcz na nie czekano. Według jednej z teorii protesty zostały sztucznie zainicjowane po to, aby partia mogła mieć jakikolwiek pretekst, żeby odejść od covidowego zamordyzmu.

MJ: Tak. Nam na Zachodzie często się wydaje, że istnieją w Chinach jakieś środowiska dysydenckie, setki osób, które mają już jakieś koncepcje przejęcia władzy. Tymczasem tam nie ma żadnych środowisk dysydenckich! Partia jest stumilionowym konglomeratem trzymającym w garści absolutnie wszystko. I jest wszędzie. W każdej firmie, w każdej organizacji studenckiej Chińczyków za granicą jest komórka partyjna. Po prostu wszędzie, wszędzie! Jak w takim razie można się zorganizować? Jak protestować? 

Bogdan Góralczyk: Jeśli chodzi o umacnianie się Xi Jinpinga, czy dochodzenie do jedynowładztwa, tak to nazwijmy, trzeba wyróżnić dwa momenty krytyczne. Pierwszy to skuteczna akcja przeciwko Bo Xilaiowi, który był autentyczną, programową i osobową alternatywą. To było działanie szybkie i skuteczne. Drugi moment, który Zachód przeoczył, nastąpił w 2014 roku, kiedy nawet szef banku centralnego i minister finansów, ale nie sam Xi Jinping, wezwali do budowania społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu na skróty. Pan Tomek powinien pamiętać, jak Chińczycy na przedbiegi lecieli do banków i składali swoje oszczędności, studenci zapożyczali siebie, swoje dziewczyny, teściów, no i napompowali bańkę w pół roku. Bańka w czerwcu i lipcu 2015 roku pękła, aż zablokowali giełdę. A gdy po pół roku, po tąpnięciu, otworzyli giełdy w styczniu roku następnego, to raz jeszcze stracono na nich sześć czy siedem punktów procentowych. Chiny straciły przez osiem czy dziewięć miesięcy bilion (czyli tysiąc miliardów) dolarów i stały. Dla mnie był to dowód, że władza jest nienaruszalna, skoro nie wzbudziło to masowych protestów społecznych. We wszystkich innych państwach świata ze Stanami Zjednoczonymi włącznie, jeżeli byśmy stracili w ciągu niespełna roku bilion dolarów, takie protesty musiałyby wybuchnąć. Przecież ocenia się, że ponad 80 milionów Chińczyków straciło nawet oszczędności życia! Był też taki przypadek, że biznesmen chiński wykupił ziemię i zaczął przekopywać kanał równoległy do Panamskiego. Przegrał on właśnie na tym kryzysie i od tamtej pory wszystko stanęło… I od tamtej pory aż do dziś środki na bezpiekę są większe niż na armię – a armia przecież rośnie szybko i nieustannie. Oznacza to, że charakter władzy się zmienił. Podważone zostało częściowo zaufanie niektórych obywateli do partii i do władzy, więc władza sięgnęła po asertywne środki przymusu i coraz mocniej je stosuje. A kolejną cezurą niewątpliwie był COVID, czego pan Tomek sam doświadczył, siedząc w kontenerze, bo czytałem jego relację…

TS: Panowie, was to jakby w ogóle nie przeraża…

BG: Przeraża. Dlatego pojechałem do ChRL, po czterech latach, dopiero w listopadzie 2023 roku. Nie chciałem doświadczać tamtejszych wymazów i lockdownów.

TS: A nie przeraża was makroskala tego, że żyjąc w XXI wieku, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii świata byliśmy w sytuacji, że wdrożono aż do tego stopnia tak ogromny eksperyment kontroli społecznej, na tak dramatyczną skalę? Jak w ogóle objąć to rozumem, że miliard czterysta milionów osób jest poddanych totalnej kontroli, ponieważ nieszczęsny WeChat, którego wciąż jeszcze nie wykasowałem, rzeczywiście taką kontrolę totalną zapewnia?

MJ: Ja jednak ponownie wkroczyłbym z narracją z początku naszej rozmowy: to, co się dzieje w Chinach, jest też wypadkową zmian światowych.

BG: Oczywiście.

MJ: Jestem zatrwożony stopniem zmapowania indywidualnych preferencji użytkowników przez media społecznościowe. Jestem zatrwożony brakiem odpowiedzialności w rozwijaniu sztucznej inteligencji. Jestem zatrwożony stopniem ubezwłasnowolnienia obywateli – u nas na szczęście tylko na poziomie konsumpcyjnym, jako klientów. W Chinach odbywa się to na poziomie wolności osobistych. Chiny wpisują się w jakiś technokratyczny zły sen, który sami sobie tworzymy, teraz, na całym świecie.

BG: Orwellowski.

TS: Główne pytanie jest więc takie: czy Chińczycy są w stanie obudzić się z tego snu sami? Czy oni widzą jakieś tego symptomy?

MJ: Nie, Tomek.

BG: Musiałoby się stać coś wstrząsającego.

(...)

TS: Nie chcę, żeby to pytanie zabrzmiało tak bardzo naiwnie, jak zabrzmiało w twoich ustach, ale co twoim zdaniem może skłonić Chińczyków do tego, żeby zaczęli zadawać sobie pytanie: „gdzie ja żyję?”. A może taka sytuacja im pasuje?

BG: Na tę chwilę moim zdaniem pasuje, ponieważ nadal znajdują się na ścieżce wzrostu. Władza i propaganda chińska gra bardzo umiejętnie i coraz mocniej na nutach antyamerykańskich, do czego przygotowywano społeczeństwo bardzo długo. To jest niezwykle nośne: można pokazać tym Zachodniakom to, co poprzedni szef resortu spraw zagranicznych, Yang Jiechi, zrobił na Alasce, kiedy przy włączonych kamerach pouczał delegację amerykańską, że Chinom nie można już nic dzisiaj z zewnątrz dyktować. Dla Chińczyka to jest balsam: „możemy wreszcie tym byłym kolonialistom i imperialistom pokazać miejsce w szeregu”. Duma narodowa po prostu w nich kipi i jest pompowana od przedszkola. Jest pompowana również w mediach, widzimy to codziennie. Dodajmy do tego wycieczki do miejsc Długiego Marszu, urodzin Mao Zedonga itd. Chiny znajdują się na tym etapie, że myślą o sobie jako o „stronie zwycięskiej”. Pokazują przecież strzelaniny w Stanach Zjednoczonych, czy ruch „Black lives matter”. To wszystko jeszcze w Chinach gra. Myślę, że przebudzeniem mogłaby być jakaś straszna klęska Rosji, z którą Chiny jednak się dogadują – i ta ekipa, i Xi Jinping osobiście, dogadują się z Putinem. Drugim papierkiem lakmusowym absolutnie jest Tajwan, szczególnie gdyby Chiny dostały lanie, bo wówczas ten wizerunek nowego bóstwa, nowego cesarza, nowego wodza i szefa partii zostałby podminowany, jeśli nie zachwiany. I to jest dopiero ten moment. Ale na razie ja go nie widzę.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

piątek, 6 lutego 2026



Sowiecki agitator, dowolnie powielający chińskie tezy propagandowe, B. Aleksandrow, w broszurze ideologicznej pt. Tybet pisze m.in., że: „pod przykrywką hasła «niepodległości Wielkiego Tybetu» Anglicy usiłowali w latach 1937–1939 zorganizować przy pomocy przedstawicieli kół lamajsko-feudalnych zbrojny pochód na Chiny”. Dalej precyzuje, że „imperializm brytyjski już od dawna starał się wyzyskać pojęcie «etnografi cznego» Tybetu po to, aby wystąpić w roli «zjednoczyciela» ziem tybetańskich, czyli podporządkować swojej władzy olbrzymią część Chin w Centralnej Azji”. Aleksandrow twierdzi też, że „Lhasa bezspornie uznała zwierzchnią władzę Chin”, a Dalajlama V (1622–1682) „udał się do Pekinu, by otrzymać od cesarza chińskiego zgodę i zatwierdzenie swej władzy nad Tybetem”. Wbrew faktom historycznym podaje też, że „knowania brytyjskiego imperializmu w Tybecie i próby rozpętania wojny przeciw Chinom we wschodnim Tybecie skłoniły władze Lhasy do szukania, za pośrednictwem panczenlamy, porozumienia z Chinami”, a „rozmowy na ten temat przerwała dopiero śmierć dalajlamy w grudniu 1934 roku [...]. Zarówno sytuacja polityczna, jak i obrządek lamaistyczny wymagały powrotu panczenlamy jako regenta do Lhasy, celem przejęcia władzy nad wyznaniem i krajem w okresie przejściowym aż do znalezienia nowego «wcielenia» dalajlamy. W roku 1935 panczenlama powrócił do Lhasy jako głowa lamaizmu i pełnomocnik centralnego rządu chińskiego”.

Publikacje tego typu były ważne ze względu na wydźwięk propagandowy, natomiast błędy merytoryczne (łącznie z datą zgonu Dalajlamy XIII, rolą panczenlamy etc.) były normą. Na przykład Panczenlama IX nie był regentem, „głową lamaizmu”, pełnomocnikiem rządu chińskiego, nikt w Lhasie nie korzystał z jego mediacji, do Tybetu nie powrócił, choć chciał i powrót planował, ale zmarł w drodze. Aleksandrow komentuje obecność kilku Brytyjczyków i Amerykanów w Lhasie pod koniec lat czterdziestych XX wieku słowami: „Wysyłani do Tybetu amerykańscy agenci i wywiadowcy badają kraj wzdłuż i wszerz pod kątem widzenia warunków strategicznych i ekonomicznych, organizują spiski i prowadzą demoralizującą propagandę za oderwaniem Tybetu od Chin”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet


Siły rosyjskie prawdopodobnie zajęły Hulyaipole — miasto o przedwojennej populacji liczącej około 13.000 – po trzech miesiącach walk i jest mało prawdopodobne, aby poczyniły szybkie postępy poza Hulyaipole bez pozbawienia priorytetów innych obszarów linii frontu. Geolokalizowany materiał opublikowany 6 lutego pokazuje siły ukraińskie uderzające w pozycje rosyjskie w północnym Zaliznychnem (na zachód od Hulajpola), co wskazuje, że siły rosyjskie we wcześniejszym terminie zbliżyły się za Hulajpole. W ciągu ostatnich kilku tygodni ISW nie zaobserwowało dowodów na to, że siły ukraińskie w dalszym ciągu utrzymują pozycje obronne w Hulajpolu, a schemat niedawnych rosyjskich infiltracji i natarcia na tym obszarze sugeruje, że siły rosyjskie utrzymują miasto. Siły rosyjskie rozpoczęły stosunkowo szybkie postępy w kierunku Hulajpola na początku listopada 2025 r., po wielomiesięcznej kampanii przechwytywania powietrza na polu bitwy (BAI), która pogorszyła ukraińską logistykę i zdolność do utrzymywania sił frontowych i obrony przed późniejszymi rosyjskimi operacjami lądowymi. Siły rosyjskie po raz pierwszy przedostały się do Hulajpola od połowy do końca listopada 2025 r., rozpoczęły konsolidację pozycji w mieście do połowy grudnia 2025 r. i twierdziły, że zajęły Hulajpole 27 grudnia. Postępy te były uzależnione zarówno od warunków pogodowych panujących na tym obszarze, jak i od ustalenia przez Rosję priorytetu wysiłków. Stosunkowo szybki postęp Rosji w kierunku Hulajpola wykorzystywał sezonowe mgliste i deszczowe warunki pogodowe, które utrudniały ukraińskie operacje dronów uderzeniowych i rozpoznawczych, co umożliwiło siłom rosyjskim gromadzenie sił i natarcie pod mniejszym zagrożeniem. Te warunki pogodowe nie trwały jednak długo, ponieważ siły rosyjskie wkroczyły na obszar zabudowany Hulyaipole, a warunki zimowe zaczęły pogarszać działania piechoty od końca grudnia 2025 r. Rosyjskie dowództwo wojskowe wysłało także elementy co najmniej trzech połączonych armii zbrojnych (CAA) na obszary na wschód i północny wschód od Hulajpola, pozbawiając jednocześnie priorytetu inne sektory linii frontu. Siły rosyjskie początkowo próbowały utrzymać jednoczesne natarcie w kierunkach Hulajpole i Oleksandriwka, ale brakowało im siły bojowej, aby utrzymać oba wysiłki, co spowodowało, że rosyjskie dowództwo wojskowe pozbawiło kierunku Oleksandriwka /siły - red./. Siły rosyjskie konsekwentnie udowadniały, że nie są w stanie zbudować wystarczająco dużych rezerw, aby móc zalać /personelem/ odcinek frontu bez przerzutu personelu z innych obszarów. Siły rosyjskie mogą dążyć do przyspieszenia natarcia w kierunku Hulajpola, aby wesprzeć potencjalną ofensywę latem 2026 r. w kierunku miasta Zaporoże od południa, ale prawdopodobnie nie są w stanie lub nie chcą przerzucić sił i środków z innych sektorów linii frontu, aby osiągnąć taki cel.

understandingwar.org

środa, 4 lutego 2026



W kwestii przynależności Tybetu chińscy naukowcy, wbrew realiom historycznym, próbują politycznie wykazać również wspólną genealogię obu narodowości, np. na podstawie badania antygenów krwi. Ich zdaniem Tybetańczycy wywodzą się od dawnych mieszkańców południowego Gansu i Qinghaiu z okresu paleolitu i neolitu. Jest to o tyle dziwne, że transponując dzisiejsze realia etniczne i polityczne na tamtą epokę, badacze nie zwracają uwagi na oczywisty fakt, iż owi dawni mieszkańcy Gansu i Qinghaiu nie należeli do narodowości Han.

Chińscy naukowcy-propagandziści sięgają także do pradziejów języka, uznając za jeden z dowodów pokrewieństwa obu narodowości istnienie ok. 600 wspólnych leksemów /leksem to podstawowa, abstrakcyjna jednostka słownikowa języka, obejmująca wyraz wraz z jego wszystkimi formami gramatycznymi i odmianami - red./, zaświadczonych w pracach lingwistycznych, w tym m.in. partykuł syntaktycznych. W pracach językoznawców podaje się, że liczba leksykalizmów starotybetańskich (zachowanych w formie pisanej) i starochińskich (zaklasyfikowanych przez chińskich językoznawców według kryteriów współczesnej, a nie ówczesnej, znacznie odmiennej fonetyki języków chińskich!), które wykazują podobieństwa fonetyczne (w wygłosach sylab), waha się między 211 a ponad 1000. Naukowcy chińscy nie biorą jednak pod uwagę zapożyczeń językowych wynikających z kontaktów obu narodowości, ponieważ szkodzi to przyjętej a priori tezie o wspólnych korzeniach.

Podobnie ma się rzecz z chronologią procesów lingwistycznych, którą żongluje się w tej argumentacji dowolnie, usiłując porównywać ze sobą konstrukcje syntaktyczne /konstrukcje syntaktyczne to uporządkowane sposoby łączenia wyrazów i morfemów w większe całości (frazy, zdania) zgodnie z zasadami składni danego języka. Badają one funkcje wyrazów (podmiot, orzeczenie), ich zależności (zgoda, rząd, przynależność) oraz szyk - red./, które dzieli od siebie ok. 2 tys. lat, oraz systemy fonetyczne, odległe od siebie o 1300 lat. Zachowane zabytki piśmiennictwa obu narodowości dzielą bowiem całe wieki: chińskie mają dużo wcześniejszą metrykę, ponieważ najstarsze znane zabytki piśmienne – znaki pisma wypalone na kościach wróżebnych – pochodzą z czasów dynastii Shang-Yin (chiń. Shāng-Yīn), z lat 1766–112214 p.n.e., natomiast najstarszym zapisem języka tybetańskiego jest wyryta na kolumnie Szöl/Zhol w Lhasie inskrypcja z 767 roku n.e..

Stosując podobne kryteria antropologiczne bądź lingwistyczne, można by równie szybko udowodnić np. (z racji pokrewieństwa języków indoeuropejskich) przynależność Indii do Europy lub odwrotnie, przynależność Sycylii do któregoś z państw skandynawskich (ze względu na wędrówki Normanów), przynależność Irlandii do Czech bądź Szwajcarii jako kolebek Celtów etc.

W tym kontekście nie dziwi przedstawianie w chińskiej literaturze historycznej i propagandowej dziejów Tybetu jako części historii Chin, jakby samodzielne państwo tybetańskie nigdy nie istniało i nie mogło istnieć, a konflikty militarne między Tybetem a Chinami miały charakter wojen czy nawet potyczek wewnętrznych. Zgodnie z szablonem ideologicznym i propagandowym eksponuje się w tej literaturze elementy wspólne (np. traktaty pokojowe), a maksymalnie marginalizuje rozbieżności, kontrowersje czy konflikty (np. liczne wojny, powstania antychińskie, ignorowanie arbitralnych posunięć władz chińskich przez Tybet). Często stosowanym zabiegiem redakcyjnym stało się w tych publikacjach cytowanie jedynie wybranych fragmentów kronik, zapisów, wypowiedzi, tzn. wyłącznie pod kątem przydatności do danej argumentacji, a nie zgodnie z faktami.

Jak już wielokrotnie podkreślano, całkowicie obiektywne chińskie opracowania prawie nie istnieją.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet


Patriot PAC-3 vs Iskandery-M i Onyks 

W nocy z 2 na 3 lutego  miał miejsce kolejny rosyjski dobrze skoordynowany atak rakietowy na obiekty na Ukrainie. 

Rosjanie odpalili łącznie ponad 520 środków napadu powietrznego (śnp): 
 32 rakiety balistyczne Iskander-M, oraz S-300 jako wabie owych 
28 lotniczych rakiet manewrujących Ch-101, oraz morskich Kalibr 
7 rakiet lotniczych  Ch-32, 
4  rakiety przeciwokrętowe Onyks, 
450 bezpilotowców z czego około 300 Szachedów. 
 
Ukraińska OPL na terenie całego kraju strąciła:
4 Onyksy, 11 Iskanderów-M lub S-300, 2x Ch-32, 20x rakiet manewrujących, ponad 412 bezpilotowców.

Tylko aglomeracja Kijowa była broniona przez baterię Patriota PAC-3. Tam też Rosjanie przeprowadzili najcięższy atak celując w: 
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-5
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-4
- elektrownia Tripila
- podstacja 750kV "Kijów"
Na ww cele  odpalono nie mniej niż: 
4 Onyksy, ~18 Iskanderów-M, 7 Ch-32,  6 Ch-101, ponad 200 bezpilotowców na cele: 

Trafione zostały: 
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-5, minimum cztery trafienia Iskanderami-M. Obiekt zniszczony. 
- elektrownia i elektrociepłownia CHP-4 minimum dwa trafienia rakiet balistycznych. Obiekt poważnie uszkodzony. 
- podstacja 750kV "Kijów" Pięć trafień obszarowych w obiekt rakietami lotniczymi. Obiekt lekko uszkodzony. 
- nie mam danych o Tripili. 

Niżej film pokazujący straty i trafienia przeciwrakiet PAC-3 systemu Patriot. Można policzyć 6 do 8 trafień z których kilka ma miejsce w cele manewrujące.  Jest to dość zbieżne z faktem że minimum 6 Iskanderów-M trafiło w cele z około 18 odpalonych z tym że na nagraniu widać też dość wolno opadające cele balistyczne - mogą to być stosowane jako wabie rakiety S-300. 

Niestety Rosjanie od roku zdecydowanie zwiększyli skuteczność swoich ataków co wynika po pierwsze z bardzo małego zapasu PAC-3 po stronie ukraińskiej (szacunkowo mniejszego niż ilość odpalanych rakiet balistycznych!)  a po drugie z innego sposobu planowania i wykonywania uderzeń. Rosjanie nauczyli się tak koordynować ataki środków napadu powietrznego aby w bardzo krótkim przedziale czasu uderzały na poszczególne cele jednoczasowo z próbą zduszenia baterii Patriotów (SEAD) dokonywanym przez inne środki rażenia. Inaczej rzecz ujmując mamy sytuację w której np Geranie oraz  Onyksy i część Iskanderów próbuje porazić SD Baterii i radary Patriota  i w tym samym momencie następuje zgrane w czasie uderzenie na elektrociepłownie.  Oczywiście pojawiają się od roku doniesienia o próbach nowych (w terminalnej fazie ataku) manewrów przeciwrakietowych Iskanderów-M ale nie jest to nic nowego dla tego kompleksu (zdolności takowe znane są już dla rakiet przedprodukcyjnych)  zaś zdolności manewrowe rakiet kompleksu Iskander nawet obliczeniowo nigdy nie wykraczały poza możliwości obliczeniowe MPQ-65 i kinematyczne PAC-3MSE. 

Głównym problemem pozostaje jednak za mała ilość rakiet PAC-3MSE po stronie ukraińskiej.

x.com/wolski_jaros

wtorek, 3 lutego 2026



Oddziaływanie cywilizacji chińskiej na resztę świata wyrażano za czasów etnicznie chińskiej dynastii Ming (1368–1644) i mandżurskiej dynastii Qing (1644–1911) w formie trzech koncentrycznych kręgów. Pierwszy z nich obejmował obszary schińszczone: Koreę, Wietnam, Tajwan, Wyspy Ryūkyū i – w czasach Mingów – Japonię; drugi – stepy, pustynie i góry na północy i północnym zachodzie imperium (Mongolię, Tybet, Ujgurię, Mandżurię) oraz trzeci – Japonię (za Qingów), Azję Południowo-Wschodnią i subkontynent indyjski. Tybet i Mongolia, mimo bliskości geografi cznej, nigdy nie przyjęły kultury chińskiej, ale jedynie zaadaptowały do swoich potrzeb niektóre jej elementy, dlatego umieszczanie ich w kategorii, w której znalazły się np. Japonia, Korea i Wietnam, tzn. kraje poddane bardzo silnemu oddziaływaniu kultury chińskiej, jest wielkim uproszczeniem. Paradoksem historii stało się to, że kraje bardziej zsinizowane są obecnie samodzielne, natomiast te niepodatne na wpływ kultury chińskiej pozostają w granicach Chin (Tybet, Ujguria, południowa część Mongolii, zwana Mongolią Wewnętrzną). 

U szczytu swej potęgi – za czasów mandżurskiej dynastii Qing w XVIII wieku – Chiny, zgodnie z sinocentrycznym rozumieniem świata, arbitralnie zaliczały do grona swoich wasali nie tylko wspomniane wcześniej państwa i regiony Azji, ale także np. Anglię, Holandię, Rosję, Portugalię i Państwo Papieskie.

Jak wcześniej wspomniano, poczucie wyższości wobec innych nacji, ze względu na przypisywaną sobie rolę „rozsadnika” cywilizacji, było obecne w Chinach niemal od zarania dziejów. Do tej teorii wyższości rasy chińskiej nad wszystkimi obcymi dopasowano „ideologicznie” nawet najstarsze chińskie mity. Ów etnocentryzm stanowi nieodłączny motyw najstarszych zabytków chińskiego piśmiennictwa, a tym samym integralny składnik całej cywilizacji chińskiej. Najważniejszą rolę przypisywano pierwszym starożytnym chińskim państwom-miastom, otoczonym „morzem barbarzyńców” i zmuszanym do ciągłej obrony przed nimi.

Zdaniem większości badaczy, w tym również samych Chińczyków, nie rasa stanowiła o różnicy między Chińczykami a „barbarzyńcami”, lecz kultura, tzn. znajomość kultury w pojęciu i wydaniu chińskim lub jej brak. Podstawowym wyznacznikiem identyfi kacji stało się kryterium kulturalizmu, tzn. przynależność do kręgu cywilizacji chińskiej, w tym przestrzeganie pryncypiów konfucjanizmu i znajomość pisma hieroglifi cznego. Dlatego też pochodzenie etniczne w przypadku Chin – podobnie jak i u ludów sąsiednich, np. Tybetańczyków czy Mongołów – było kategorią właściwie nieznaną (choć niektórzy autorzy tybetańscy dostrzegają w chińskim stanowisku elementy wyraźnie rasistowskie). Rozumowanie to przeniesiono na płaszczyznę państwa, przez co w tradycyjnej chińskiej filozofii i etyce społecznej państwo zdecydowanie plasuje się przed i ponad narodowością, dlatego też państwu należy się pierwszeństwo.

Sinocentryczna konstrukcja myślowa legła u podstaw autocentrycznego stosunku do świata i kontaktów z nim: w tradycyjnej dyplomacji chińskiej nie znano pojęcia traktatu, w którym druga strona byłaby wobec Chin równoprawna. Formalny kontakt z Chinami musiał zatem rozpoczynać się od zaakceptowania chińskiego systemu wartości przez inne narody i kraje, tzn. konieczności złożenia Chinom trybutu i automatycznego uznania supremacji cesarza oraz jego mandatu do sprawowania rządów nad całym światem. Natomiast nieposłuszeństwo ze strony innych narodów („barbarzyńców”) i odrzucanie tych norm oznaczało – z punktu widzenia Chin – nie tylko arogancję, zuchwalstwo i bezczelność, lecz także ignorancję oraz naruszenie ustalonego porządku wszechświata i sprzeciwianie się woli Niebios. Wszelkie układy z innymi krajami interpretowano w Chinach wyłącznie jako hołdownicze, a pojęcie „więzów” między innymi państwami i krajami a Chinami uznawano za oczywiste podporządkowanie się Chinom. Rozumowanie to cesarze chińscy wspierali konkretnymi posunięciami: politycznymi mariażami w ramach dyplomacji matrymonialnej, które z władców innych państw w chińskiej optyce czyniły „młodszych krewnych”, nadawaniem sugerujących zależność od Chin tytułów (często pompatycznych, formalnych i pozbawionych realnych podstaw), przyznawaniem uprawnień w handlu z Chinami, stosowaniem zasady wykorzystywania jednych barbarzyńców w celu zwalczania innych (chiń. yĭyízhìyí, yĭyí gōngyí, yĭyí fáyí) oraz znanej nie tylko w Chinach polityki „dziel i rządź” (chiń. fēn’érzhìzhī), a także metody luźnej kontroli (jīmíbùjué), polegającej na względnej tolerancji, ale i represjach w przypadku niesubordynacji. Często zdarzało się i tak, że uzurpowana przez chińskich monarchów władza nad barbarzyńcami była czystą fikcją i wytworem sinocentrycznej wyobraźni, co zresztą klasa rządząca uświadamiała sobie, ale otwarcie nie mogła przyznać w obawie przed utratą twarzy i tym samym autorytetu. Na użytek publiczny stosowano zgrabną formułę, która z jednej strony pozwalała na zachowanie twarzy i pozorów, a z drugiej i tak oddawała faktyczny stan rzeczy: „rządzić, nie rządząc” (chiń. bú zhì zhì zhī).

(...)

Etnografowie chińscy są zdania, że na obszarze Chin status takich narodowości jak np. Tybetańczycy, Mongołowie, Ujgurzy czy Mandżurowie jest taki sam jak grup etnicznych – Afroamerykanów, Azjatów, Latynosów – w Stanach Zjednoczonych. Jest to jednak ewidentne uproszczenie, świadczące o niezrozumieniu tematu: Afroamerykanie, Azjaci, Latynosi w Stanach Zjednoczonych są ludnością napływową, natomiast Tybetańczycy, Mongołowie, Ujgurzy, Mandżurowie na terytorium Chin są ludnością rdzenną na zamieszkanych przez siebie obszarach. Ludnością napływową jest natomiast narodowość Han – to Chiny przyszły do nich, a nie oni do Chin.

Zdaniem chińskiego etnografa i demografa Ma Ronga, skądinąd kompetentnego autora doskonałych opracowań dotyczących populacji Chin: „społeczność międzynarodowa nie powinna zachęcać żadnych grup etnicznych do tego, aby szły w kierunku «nacjonalistycznego separatyzmu» i dążyły do «niepodległości»”, ponieważ „takie działanie jest egoistyczne i szkodliwe dla będącego ich obiektem kraju oraz dla ładu światowego”. Można z tego wysnuć wniosek, że jedyną formą bytu dla danej narodowości powinna być przynależność do Chin, podczas gdy niezależność byłaby dla niej zgubą. Jeszcze dziwniej brzmi w tym kontekście inny pogląd Ma Ronga, według którego „zasada samookreślenia nie powinna być praktykowana w dzisiejszym świecie”, co niemal zakrawa już na próbę ideologicznego uzasadnienia kolonializmu oraz potępienia niepodległości.

Obecnie w stosunku do 55 grup etnicznych odmiennych od narodowości Han używa się w ChRL terminu „mniejszości etniczne” (chiń. shàoshù mínzú – dosł. narodowości mniejszościowe). W odczuciu wielu narodowości – zwłaszcza tych z własną, wielowiekową państwowością, odmienną kulturą i tradycją, a nawet odrębnością cywilizacyjną – termin „mniejszości etniczne” ma odcień pejoratywny i pogardliwy, świadcząc o sinocentryzmie i świadomym przyznawaniu przez władze ChRL wyższego statusu narodowości Han.

Takie stanowisko reprezentują nawet wybitni naukowcy chińscy. Socjolog Fei Xiaotong podczas wykładu w grudniu 1988 roku w Hongkongu powiedział m.in.: „Narodowość Han, od czasu pojawienia się na świecie, stała się jądrem koncentracji. Jej przedstawiciele promieniowali we wszystkich kierunkach na okoliczne obszary i absorbowali inne grupy, czyniąc je częścią nich samych [...]. Ponieważ reżimy władców wywodzących się z narodowości niechińskich były na ogół krótkotrwałe, najeźdźcy z innych mniejszości następowali szybko jeden po drugim i w efekcie wszyscy zostali wchłonięci przez Hanów [...]. Ale mniejszości narodowe generalnie stoją niżej od ludności Han pod względem poziomu kultury i techniki, niezbędnego do rozwoju nowoczesnego przemysłu i z trudem przychodzi im realizacja projektów przemysłowych we własnych regionach [...]. Dlatego naszą zasadą jest to, aby grupy lepiej rozwinięte pomagały mniej rozwiniętym [...]”. Fei Xiaotong na określenie struktury etnicznej Chin zaproponował określenie „pluralistyczna jedność”, opierając się zarazem na założeniu, że poszczególne narodowości zawsze zgodnie egzystowały na obszarze Chin. Termin „pluralistyczna jedność” stanowi co najmniej eufemizm, obliczony na zachowanie ideologicznie poprawnego wizerunku, kamufl ującego znacznie odmienne realia, natomiast operowanie założeniem, że Chiny pozostawały w obecnym kształcie terytorialnym od wieków, to nic innego jak naginanie historii do aktualnych potrzeb propagandowych i politycznych.

(...)

Komunistyczny rząd chiński, zainspirowany modelem sowieckim, a także państwowotwórczą filozofią założyciela Republiki Chin – Sun Yat-sena –
i jego następcy Czang Kaj-szeka, obficie korzystał z teorii wyższości kulturowej narodowości Han. Za słuszną uznał też potrzebę„wspomagania” niżej stojących mniejszości oraz promowania integracji, która w wydaniu chińskim była tożsama z asymilacją (chiń. tónghuà) bądź sinizacją (chiń. Hànhuà, Huáhuà lub láiHuá). Nieco złagodzoną wersję tej polityki zaczęto wprowadzać dopiero w epoce modernizacji i otwarcia (tj. od 1979 roku), gdy przyznano, że asymilacja nastąpiła „w wielu przypadkach”. Nacisk położono jednak na etniczne „przemieszanie” (chiń. rónghé). W obszernej publikacji Taushi Dalai (Przejrzeć Dalaja) można nawet znaleźć wypowiedzi Mao Zedonga na temat genetycznej przewagi narodu chińskiego, uwidaczniającej się u osób mieszanego pochodzenia. Dobitnie wyraził to Zhu Rongji, premier ChRL w latach 1997–2002, który – nie kryjąc pogardy dla reszty świata – stwierdził: „Chińczycy to najmądrzejszy naród. Ma najwyższy poziom inteligencji”. Zgodnie z ofi cjalną tezą „cały naród chiński złożony z wielu grup etnicznych dążył do jedności wszystkich narodowości”. Mao nie krył zresztą pogardy dla odmienności kulturowej innych narodowości i potrafi ł – cytując Marksa – oznajmić np. Dalajlamie XIV w 1954 roku, że „religia to opium”.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

poniedziałek, 2 lutego 2026



Tomasz Sajewicz: Chciałbym, abyśmy wytłumaczyli kontekst zmian, które obecnie zachodzą w Chinach. Wróciłbym do tej nieszczęsnej wystawy luksusowych toreb w Muzeum Narodowym w Pekinie w 2011 roku. Dwa lata później jej zorganizowanie byłoby niemożliwe. Sprzed Muzeum Narodowego znika też posąg Konfucjusza. W 2008 roku na fali Igrzysk Olimpijskich entuzjazm towarzyszy zarówno samym Chińczykom, jak i Zachodowi, który widzi otwieranie się Chin i szansę na zmiany. Przychodzi 2013 rok i zaczyna się era Xi, z konsekwencji której wówczas chyba mało kto mógł zdawać sobie sprawę. Co takiego wydarzyło się między 2008 a 2013 rokiem, co utorowało Xi drogę do przywództwa?

Bogdan Góralczyk: Chiny przez ponad trzy dekady do 2012 roku żyły pod egidą filozofii Deng Xiaopinga, czyli trzeźwego, rozsądnego, ostrożnego pragmatyzmu. Rozsądku, w ramach którego budowano coraz bardziej, powiedziałbym, merytokratyczne rządy, gdzie odsuwano partię od zarządzania, gdzie rzeczywiście wierzono we współpracę i globalizację, bo była ona korzystna dla Chin; wierzono w światowe rynki, powiązania. Synonimem tych czasów na pewno będzie Zhu Rongji, który jest, mówiąc obrazowo, chociaż tego w Polsce się nie da nigdy połączyć, fuzją Balcerowicza z Kołodką. Na wszystkich katedrach uniwersytetów ekonomicznych do dziś uczy się myśli tego rzutkiego przywódcy o gospodarce.

Natomiast w 2012 roku przyszedł ambitny, bardzo asertywny władca, który postanowił wyprowadzić Chiny na pozycję, którą kiedyś zajmowały – taką, na której będą wytwarzały, powiedzmy, 25 czy 33 procent światowego PKB i równocześnie będą Państwem Środka, a więc wielkim imperium. Kiedy ujawnił swoje plany – a trochę to trwało, był to mniej więcej 2015–2016 rok – Amerykanie zrozumieli, że wyhodowali sobie Frankensteina. Logika zmian wewnętrznych w Chinach nie idzie absolutnie w kierunku, którego się spodziewali i na który próbowali Chiny nakierować. Wtedy właśnie nastąpiła zupełna zmiana wajchy, jak to się u nas mówi. Skończyło się zaangażowanie, a rozpoczęła strategiczna rywalizacja, w ramach której obowiązują zupełnie inne zasady gry. I ta strategiczna rywalizacja dziś narasta, przenosi się z jednej płaszczyzny na drugą. Zaczęło się od wojny handlowej i celnej, które nigdy nie zostały odwołane, ale które przyniosły chociażby taki rezultat, że nowych chińskich inwestycji na terenie Stanów Zjednoczonych już praktycznie nie ma, natomiast inwestycje amerykańskie – poza tymi wielkimi, takimi jak Tesla, czy małymi i średnimi przedsiębiorstwami – zaczęły uciekać czy to do Indii, czy do Wietnamu, czy do Bangladeszu. Wówczas Chiny, w ramach nowej koncepcji Xi Jinpinga, zmieniły w ogóle model rozwojowy państwa. Zamiast otwartych rynków, co jeszcze Xi Jinping w pewnym momencie sam ogłosił w Davos, Chińczycy zaczęli mówić w 2020 roku o podwójnej cyrkulacji. To klasyczna chińska formuła oznaczająca, że to, co chińskie, jest istotne, a to, co zachodnie – uzupełniające albo użyteczne. To zupełnie inna filozofia rozwoju wewnętrznego.

Następuje ponadto centralizacja, ponieważ kluczowym zadaniem strategicznym czy geostrategicznym jest Tajwan. Z punktu widzenia mandarynów w Pekinie, skoro udało się z Hongkongiem, trzeba spróbować z Tajwanem. Bez względu na koszty i okoliczności. Moim zdaniem ten przywódca, powiedziałem to kiedyś obrazowo, a tu powtórzę, chce zawisnąć obok portretu Mao Zedonga w bramie Tiananmen. A jeśli nie wykona zadania jako jedynowładca, to sam będzie wisiał, nie jego portret. A to nie wszystko – następuje bowiem ideologizacja życia, czyli powrót do tego socjalizmu, od którego poprzednie ekipy wyraźnie odchodziły na rzecz nacjonalizmu, powrotu do tradycji i innych rozwiązań. Ten przywódca wraca do marksizmu-leninizmu wyraźnie i świadomie, równocześnie zmieniając Chiny z autorytarnych w totalitarne. Możemy spytać – gdzie jest różnica? Tam, gdzie u obywatela pojawia się strach, to już jest totalitaryzm.

Marcin Jacoby: Wyeksponowałbym tutaj dwa czynniki. O jednym, Bogdanie, już trochę powiedziałeś. Moim zdaniem Xi Jinping jest produktem strachu partii przed rozmydleniem ideologicznym…

BG: Tak jest.

MJ: …w pieniądzach.

BG: Zgoda.

MJ: Kiedy wszystkie reformy prorynkowe okresu otwarcia – strategii lat 90. – nabrały tempa, partia stała się skorumpowanym gigantem, wyzbytym ideologii. Wydaje mi się, że zapanował wewnętrzny strach, że partia się rozpadnie, bo po prostu już nie będzie niczego, co by ją spajało. Xi Jinping był tym człowiekiem, który miał powiedzieć: „Ideologia jest ważniejsza niż pieniądze; wracamy do naszych korzeni, wracamy do ducha z Yan’anu z 1942 roku…”

BG: Tak jest.

MJ: „…wracamy do tych czasów, kiedy partia była niezwykle silna ideologicznie, po to, żeby tę partię od merkantylizmu uratować”. To właśnie, moim zdaniem, spowodowało pewną refleksję po zachłyśnięciu się pieniędzmi: „nie, nie, nie, to jest niemoralne, to jest złe, to nas zniszczy – musimy wracać i być znowu dobrymi komunistami”. To jeden czynnik, który wpłynął na tor polityki. Drugi czynnik natomiast – po wszystkich zmianach, jeśli chodzi o funkcjonowanie tego kraju na polu międzynarodowym, włączyła się w Chinach czerwona lampka (która zresztą włączała się w historii wielokrotnie), a dokładniej syndrom oblężonej twierdzy. Co to oznacza? „Cały świat nas atakuje, cały świat jest przeciwko nam, więc zamykamy bramy, wznosimy wysokie mury i będziemy wsobni, będziemy sobie radzić sami i przetrwamy”. To spowodowało wielkie odcięcie, czy też próbę odcięcia wpływów zachodnich, czyli to, co w moim sektorze, sektorze kultury, było widoczne. Z roku na rok coraz trudniej było organizować wydarzenia, coraz więcej było obostrzeń, coraz trudniej było dostać wizę. To takie drobne rzeczy, które miały Chiny zamknąć po to, żeby były bezpieczne. I teraz, kiedy dyskurs Xi Jinpinga jest zdominowany przez słowo „bezpieczeństwo” odmieniane przez wszystkie przypadki – bezpieczeństwo wewnętrzne, bezpieczeństwo polityczne, bezpieczeństwo ideologiczne itd. – odczuwalny jest efekt tego strachu. Strachu przed tym, że bez zamknięcia się ideologicznego społeczeństwo chińskie będzie otwarte na wpływy zagraniczne i w końcu zagrozi kiedyś partii. A partia ma jeden podstawowy cel – pozostać przy władzy.

BG: Kontynuując i rozszerzając tę narrację – kiedy Deng Xiaoping oddawał władzę i odchodził do historycznych annałów, wówczas, jak wiecie, podyktował Chinom dwa testamenty. Jeden z nich miał formę 24 albo 28 chińskich znaków. Najbardziej wyrazista była wśród nich formuła z rodowodu buddyjska, nie marksistowska, którą można streścić potocznym językiem: „tisze jediesz, dalsze budiesz”, czyli „powoli kumulować siły, nie zwracając niczyjej uwagi”. Praktycznie nikt tego nie dostrzegł. Pisałem wówczas, że w marcu 2023 roku Xi Jinping na sesji OZPL wystąpił ze swoją formułą 24 znaków. Jest to dokładne zaprzeczenie, odwrotność tamtych formuł. Tamte formuły zakładały bowiem działania po cichu, powoli, ostrożnie, bez zwracania niczyjej uwagi, tutaj mamy natomiast jedność z partią i walkę do upadłego o swoje cele. Wyeksponowano po pierwsze bezpieczeństwo, a po drugie – walkę. Należy tu wspomnieć o jeszcze jednej zmianie strukturalnej, która może być bardzo interesująca dla naszego czytelnika, ponieważ tutaj zderza się świat zachodni z chińskim. Mianowicie po upadku ZSRR pojawiła się głośna formuła Francisa Fukuyamy „koniec historii”. Ale jak była ona rozumiana? Tak, że nie ma alternatywy programowej, jest tylko liberalna demokracja i rynek bez granic, czyli konsensus z Waszyngtonu. Deng Xiaoping, jak wiemy, jako jedyny się temu przeciwstawił (i Jelcyn to przyjął, ze znanymi skutkami) i wyprowadził Chiny na dobre pola. Ale te dobre pola przyniosły też efekty uboczne – kult pieniądza, mamonizm – baijinzhuyi. Wiara w komunizm wypaliła się po wydarzeniach na placu Tiananmen, zastąpiono ją wiarą w pieniądz.

I oto od początków rządów Xi Jinpinga mamy bezprecedensową w dziejach ChRL kampanię zwalczania „pcheł i tygrysów”, czyli walkę z korupcją, a przy okazji z przeciwnikami politycznymi od Bo Xilaia począwszy. Xi Jinping wyczyścił wszystko, żeby być jedynowładcą. Stąd mówię o nowym momencie Qin” w chińskiej historii. Tyle tylko, że dokładnie to samo dzieje się w świecie zachodnim: zwieranie czy też zacieśnianie szeregów. Wskutek pandemii, a potem rosyjskiej agresji skończyły się wcześniejsze wspaniałe perspektywy i maksyma, że rynek da nam wszystko. Myśmy przez prawie cztery dekady żyli według schematu: konkurencja – zysk – dywidenda. Tylko rozwiązania rynkowe. Kto sobie nie radził, był fajtłapą. Tej epoki już w świecie zachodnim nie ma. Bezpieczeństwo energetyczne, żywnościowe, woda, bezpieczeństwo klimatyczne, ekologiczne, cyberprzestrzeń – to są bieżące tematy. To samo dzieje się w Chinach. W nowym słowniku, który proponuje Xi Jinping w czwartym tomie „Dzieł zebranych”, który niedawno został wydany, bezpieczeństwo występuje we wszystkich możliwych wymiarach. Wodne, podwodne, nadwodne, glacjalne i każde inne. Innymi słowy, weszliśmy w bardzo niebezpieczną epokę. Epoka beztroskich, czasami oczywiście brutalnych rynków odeszła w miniony czas. W tej epoce niestety musimy walczyć o bezpieczeństwo w bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. To czas wojny, czas niebezpieczny, i bardzo trudno tu przewidzieć, co będzie w przyszłości.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

niedziela, 1 lutego 2026



11 września 2001 roku był momentem zerwania. Nie tylko dla Nowego Jorku czy Waszyngtonu, ale dla całej architektury państwa amerykańskiego i jego instytucji. Tego dnia skończył się symbolicznie XX wiek — wraz z jego jak się okazało naiwną, lecz wygodną fantazją o „końcu historii” (firmowaną przez filozofa polityki Francisa Fukuyamę), o ostatecznym zwycięstwie liberalnej demokracji i stopniowej redukcji przemocy na świecie.

Terroryzm istniał wcześniej. Był ścigany przez policję federalną, traktowany jako szczególna, lecz wciąż kryminalna forma przemocy. Po 11 września nastąpił skok semantyczny i polityczny: terroryzm przestał być przestępstwem, a stał się celem nowej wojny, bo tak sprawy zaczęli nazywać prezydent George W. Bush i jego ekipa. A skoro wojną — wymagał nowych narzędzi, nowych struktur i nowego języka.

Decyzje podejmowano w atmosferze szoku, strachu i presji opinii publicznej. Kongres działał szybko, administracja George’a W. Busha jeszcze szybciej. Już w 2002 roku uchwalono Homeland Security Act, ustawę, która powołała do życia Ministerstwo Bezpieczeństwa Wewnętrznego (DHS) — gigantyczną strukturę, do której przeniesiono lub podporządkowano 22 różne agencje federalne. Celem było jedno: scentralizować państwo wokół nowej logiki bezpieczeństwa.

W tym procesie wydarzyło się coś pozornie technicznego, a w praktyce niezwykle brzemiennego w skutki. Dotychczasowe służby zajmujące się imigracją — istniejące 70 lat Immigration and Naturalization Service — zostały rozwiązane, a ich kompetencje rozparcelowane.

Na ich gruzach powstała nowa formacja: Immigration and Customs Enforcement, czyli ICE. Nie wyrosło ona ani z tradycji ewoluowania jednej z formacji policyjnych, ani z administracji dotychczas odpowiedzialnej z polityki migracyjne. Została wmontowana w aparat „wojny z terroryzmem”.

Formalnie miało zajmować się egzekwowaniem prawa imigracyjnego i celnego, faktycznie jednak od początku funkcjonowało w logice zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego. Imigracja — zjawisko dotąd społeczne, ekonomiczne i demograficzne — została połączona w jednym akcie prawnym z terroryzmem, przemytem broni i działalnością wywiadowczą.

(...)

W amerykańskim systemie prawnym naruszenie przepisów imigracyjnych w ogromnej większości przypadków nie ma charakteru karnego. Nielegalny pobyt, przekroczenie terminu wizy czy utrata prawa do pracy to nie zbrodnie ani występki, lecz uchybienia administracyjne. Państwo nie oskarża wówczas o to, co ktoś zrobił, lecz o to, kim jest w świetle dokumentów. Przestępstwem jest nielegalne przekroczenie granicy, ale wielu imigrantów dostaje się do USA legalnie, z wizą.

Ta konstrukcja pociąga za sobą poważne konsekwencje.

Procedura jest uboższa w gwarancje zachowania pełnej litery prawa, odwołania są trudniejsze, a decyzje zapadają szybciej.

Człowiek może przez lata żyć, pracować i zakładać rodzinę w Stanach Zjednoczonych, by nagle dowiedzieć się, że jego obecność stała się „nieprawidłowa”, choć nic w jego codziennym życiu się nie zmieniło. W tym też jest cały paradoks imigracji w Ameryce. Władze przez lata przymykały na uchybienia oko, bo imigranci wykonywali prace, których nie chcieli wykonywać obywatele.

ICE nie reaguje więc na konkretne zdarzenia, lecz wyszukuje niezgodności w systemie. Prawo migracyjne jest skomplikowane, pełne wyjątków i uznaniowości, a jego interpretacja zmienia się wraz z politycznym klimatem. To, co w jednym momencie jest tolerowane, w innym może zostać uznane za podstawę do zatrzymania i deportacji. Stąd bierze się wrażenie arbitralności, które tak często towarzyszy działaniom tej służby.

Istnieje pojęcie „prosecutorial discretion” (uznaniowość prokuratorska). Pod różnymi administracjami (inaczej za Obamy, Trumpa, Bidena i znowu Trumpa) priorytety deportacyjne zmieniały się drastycznie – od ścigania tylko osób z wyrokami karnymi po zasadę, że „nikt nie jest bezpieczny”.

(...)

To właśnie ta cecha czyni ICE instytucją tak szczególną. (...) To aparat pilnujący porządku dokumentów. A gdy państwo zaczyna traktować status jako zagrożenie, a nie jako administracyjną okoliczność, władza zyskuje narzędzie dyscypliny: ciche, elastyczne i wyjątkowo trudne do kontroli.

Jeśli spojrzeć na ICE od środka, widać konstrukcję (...)
  • Z jednej strony mamy pion śledczy, Homeland Security Investigations, przypominający klasyczną policję federalną: prowadzi dochodzenia, zbiera informacje, korzysta z narzędzi operacyjnych, współpracuje z innymi służbami.
  • Z drugiej strony funkcjonuje pion deportacyjny, Enforcement and Removal Operations, którego zadaniem jest lokalizowanie, zatrzymywanie i usuwanie cudzoziemców z terytorium Stanów Zjednoczonych.
(...)

Sąd Najwyższy wielokrotnie potwierdzał, że cudzoziemcy przebywający w USA podlegają ochronie proceduralnej, ale jednocześnie dopuszczał uproszczone mechanizmy administracyjne w sprawach imigracyjnych. W efekcie powstała strefa pośrednia: formalnie zgodna z konstytucją, lecz pozbawiona wielu zabezpieczeń znanych z prawa karnego.

(...)

W Stanach Zjednoczonych policja miejska, władze hrabstw i rząd federalny to trzy różne światy. ICE nauczyło się to wykorzystywać. Zamiast działać wprost, opiera się na współpracy z lokalnymi służbami i władzami aresztów. Oficjalnie to nie ICE zatrzymuje ludzi, tylko lokalna policja. Dopiero później pojawia się federalna decyzja o deportacji.

Służą temu porozumienia znane jako 287(g), które pozwalają lokalnym funkcjonariuszom sprawdzać status imigracyjny i przekazywać zatrzymanych ICE.

Dla osoby trafiającej do aresztu różnica jest żadna. Dla systemu – zasadnicza. 

(...)

Sytuacja w Minneapolis wyraźnie pokazuje złożoność tego mechanizmu. Po śmierci George’a Floyda władze miasta zaostrzyły przepisy zakazujące policji współpracy z ICE, chcąc całkowicie odciąć się od procesów deportacyjnych. Wyzwanie polegało jednak na tym, że lokalna policja (MPD) to tylko jeden z elementów systemu. Przez lata

luki w przepisach pozwalały służbom federalnym na pozyskiwanie danych z więzienia hrabstwa Hennepin, które podlega szeryfowi, a nie burmistrzowi. Dopiero późniejsze zmiany w polityce hrabstwa ograniczyły te praktyki, choć nawet pełna blokada na szczeblu lokalnym nie powstrzymała autonomicznych operacji agentów federalnych na terenie miasta.

W praktyce oznaczało to, że miasto mogło mówić „nie współpracujemy z ICE”, a deportacje i tak się odbywały. Jedni umywali ręce, drudzy wykonywali polecenia, a ludzie znikali z dnia na dzień z pracy, szkoły, sąsiedztwa.

Ten model był dotąd wygodny dla Donalda Trumpa. Twarda polityka imigracyjna nie wyglądała jak decyzja centrum, tylko jak ciąg lokalnych procedur. Protesty kierowały się przeciwko szeryfom albo władzom hrabstw, rzadziej przeciwko Waszyngtonowi. ICE pozostawało w cieniu, choć to ono spina cały system.

Dopiero dwa ostatnie przypadki zastrzelenia przez jej funkcjonariuszy zamieszkałych w Minneapolis białych obywateli USA zwróciły całą uwagę świata na agencję.

ICE od początku było projektowane jako instytucja działająca raczej w cieniu niż na widoku. Przez długie lata jej funkcjonariusze nie nosili jednolitych mundurów, często pojawiali się w cywilu, bez wyraźnych oznaczeń.

Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo operacyjne, w praktyce jednak oznaczało to sytuacje, w których zatrzymywani ludzie nie mieli pewności, czy mają do czynienia z policją, agentami federalnymi czy kimś, kto jedynie się za nich podaje. W państwie prawa widoczność funkcjonariuszy władzy jest jednym z podstawowych zabezpieczeń praw obywateli. ICE przez długi czas działało odwrotnie — jak instytucja, która unika bycia rozpoznaną i poprawnie zidentyfikowaną.

Równocześnie ta sama instytucja dysponuje kompetencjami znacznie wykraczającymi poza migrację. Jej pion śledczy prowadzi dochodzenia w sprawach cyberprzestępczości, przemytu dzieł sztuki, handlu zabytkami, przestępstw finansowych czy międzynarodowych siatek przemytniczych.

(...)

Byli i obecni urzędnicy Ministerstwa Bezpieczeństwa Wewnętrznego mówili wprost: nawet tam, gdzie chodzi wyłącznie o wywiad i analizę, marka ICE jest dziś tak skażona, że paraliżuje własne działania. To, co przez dwie dekady było wewnętrznym napięciem — połączenie funkcji śledczych i deportacyjnych w jednej instytucji — wyszło na zewnątrz. I zaczęło działać przeciwko niej.

oko.press


O powiązaniach korporacji z Urzędem Imigracyjnym media pisały szerzej jesienią w 2025 roku, gdy broniąca praw imigrantów organizacja Just Futures Law dotarła do umowy między Palantirem a HSI (częścią ICE zajmującą się kryminalistyką i przeciwdziałaniem przestępczości) oraz innych powiązanych ze sprawą dokumentów.

Wśród nich znalazła się m. in. korespondencja między przedstawicielami agencji i korporacji oraz raporty czy manuale dotyczące produktów firmy. Johana Bhuiyan w swoim artykule dla „The Guardian” zwraca uwagę, że chociaż zgromadzone materiały dotyczą lat 2014-2022, to dają pewien wgląd w obecną sytuację – zwłaszcza w kontekście wygranego przez Palantir kontraktu rządowego. Kontrakt dotyczy bowiem stworzenia platformy ImmigrationOS, która ma ułatwić ICE identyfikację i deportację imigrantów.

Ujawnione dokumenty informują, że oprogramowanie Palantira pozwalało m. in. wykorzystywać informacje z systemów zawierających prawa jazdy, uczelnianych systemów wymiany studenckiej czy rejestrów połączeń telefonicznych.

Agenci korzystali z platformy Investigative Case Management (ICM), pozwalającej na przeszukiwanie prywatnych i federalnych baz danych osobowych. Ponadto mieli do dyspozycji aplikację Falcon (Sokół), umożliwiającą skanowanie dokumentów tożsamości czy rejestrowanie i udostępnianie rozmów, ale też śledzenie ludzi w czasie rzeczywistym (informacje, kiedy i do której wieży logował się dany telefon). Program miał dostęp do różnych federalnych baz danych, łącznie z Enforcement Integrated Database (EID), przechowującej dane biometryczne osób, którymi interesował się DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego).

Funkcjonariuszy zachęcano, by często korzystali z Falcona i przesyłali za jego pomocą jak najwięcej informacji. Chodziło o podzielenie się nimi z innymi pracownikami agencji, ale też o nakarmienie aplikacji danymi. W ten sposób system mógł się wzbogacić nie tylko o skany dokumentów, ale też o zawartość skonfiskowanych telefonów, odblokowywanych przez służby graniczne za pomocą oprogramowania Cellebrite.

Pracownicy ICE mieli także uzupełnić bazy Palantira zasobami firm łączących informacje zdobyte w oficjalnych rejestrach państwowych i u brokerów danych. W tym kontekście najczęściej wymienia się oprogramowanie Clear firmy Thomson Reuters.

W 2022 roku Falcon został zastąpiony przez Raven (Kruk), a teraz służby imigracyjne dostaną od Palantira kolejny produkt.

ELITE, czyli Enhanced Leads Identification&Targeting for Enforcement, to zaawansowane narzędzie analityczne, które ma poprowadzić funkcjonariuszy ICE niemal za rękę: najpierw wskazując im cel (człowieka przeznaczonego do deportacji) na mapie, następne – wyświetlając o nim szczegółowe informacje, a w końcu – określając miejsce jego zamieszkania. Może nawet wytypować funkcjonariuszy przeznaczonych do zajęcia się daną sprawą.

Dane pochodzą z wymienionych już wyżej źródeł czy rządowych baz danych, jak USCIS (Citizenship and Immigration Services), ale także z HHS – Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej. Dzięki temu dane o osobach, które potrzebowały opieki medycznej, trafiają do służb zajmujących się migracją i kontrolą granic.

M.in. dlatego aplikacja jest w stanie określić imię i nazwisko, Alien Number (numer identyfikacyjny przyznawany cudzoziemcom), datę urodzenia czy prawdopodobny adres interesującej agentów osoby. Ale – jak pisze Joseph Cox dla 404 Media – agencja też inne źródła informacji.

ICE ma ponoć płacić prywatnym detektywom czy łowcom nagród za pomoc w identyfikacji adresu.

W jaki sposób działa ELITE? Użytkownik (czyli w interesującym nas przypadku: agent ICE) określa początkowe kryteria, na podstawie których wytypuje osobę do zatrzymania. Może uwzględnić dane osobowe, lokalizację, zachowanie danego człowieka czy informacje dotyczące np. przestępczości.

Program nie tylko informuje funkcjonariuszy, ile osób mieszka na wskazanym przez nich obszarze czy pod podanym adresem, ale także przewiduje prawdopodobieństwo, czy będą się tam znajdować w trakcie planowanej obławy. Aplikacja w praktyce pozwala zaplanować nalot na większe skupisko ludzi, których będzie można aresztować.

„Przypomina Google Maps” – miał zeznać jeden z funkcjonariuszy i wygląda na to, że mówił prawdę. „Agenci wybierają osoby do deportacji [...] tak, jak wybiera się pobliską kawiarnię”. – powiedział 404media senator Ron Wyder. Wystarczy po prostu zaznaczyć interesujący obszar.

Co więcej – tę mapę można wykorzystać do przeprowadzenia tzw. operacji specjalnych, czyli większych akcji skierowanych przeciwko konkretnym, z góry określonym grupom osób.

(...)

Zamiast fizycznie śledzić konkretne osoby czy uruchamiać procedurę instalowania podsłuchu, można po prostu wykorzystać fakt, że większość ludzi nosi mobilnego szpiega w kieszeni. Wiele z popularnych aplikacji gromadzi dane o użytkownikach i sprzedaje je brokerom danych. Dziennikarze i obrońcy prywatności nieraz zwracali uwagę na związane z tym niebezpieczeństwa.

oko.press


29 stycznia br. prokremlowski propagandysta Paweł Zarubin podszedł do szefa GRU Igora Kostiukowa i zapytał, jak przebiegły ostatnie rozmowy dotyczące Ukrainy w Abu Zabi. Ten odpowiedział lakonicznie: "Wszyscy powiedzieli: »konstruktywne«". Kiedy Zarubin zapytał, co dokładnie ma na myśli, Kostiukow dodał: "Wszyscy wszystko rozumieją". Na pytanie, w jakim sensie, odpowiedział: "W najbardziej dosłownym".

Kostiukow nie wyjaśnił, co miał na myśli. Krótka rozmowa z Zarubinem miała miejsce na Kremlu po tym, jak Władimir Putin przyjął prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) Muhammada ibn Zajida Al Nahajjana. Szef GRU towarzyszył Putinowi podczas tego i kilku innych spotkań na najwyższym szczeblu, np. z ministrem spraw zagranicznych Iranu Abbasem Aragczim po atakach USA na irańskie obiekty jądrowe latem ub.r. oraz z prezydentem Syrii Ahmadem asz-Szarą w styczniu br. po wycofaniu rosyjskich wojsk z jednego z kluczowych obiektów w Syrii.

Na pytanie jednego z rosyjskich mediów o to, dlaczego na spotkaniu Putina z prezydentem ZEA potrzebny jest Kostiukow, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow odpowiedział: — Na wszelki wypadek. Teraz mowa była tylko o stosunkach dwustronnych. Są one tak szerokie, że jest wiele tematów do omówienia.

W ten sposób Igor Kostiukow zastąpił na negocjacjach Władimira Medinskiego. Asystent prezydenta i były minister kultury stał na czele rosyjskiej delegacji od 2022 r. — począwszy od spotkań w Stambule, kiedy to Rosja i Ukraina po raz pierwszy od rozpoczęcia pełnej inwazji próbowały dojść do porozumienia w sprawie zakończenia wojny.

Kreml nie wyjaśnił publicznie, dlaczego skład grupy negocjacyjnej uległ zmianie. Jednak politolog Władimir Pastuchow uważa nieobecność Medinskiego na rozmowach w Abu Zabi za "dobry znak".

"Jego pojawienie się w Abu Zabi oznacza, że ta faza procesu negocjacyjnego zbliża się ku końcowi. Wojskowy skład delegacji to również symbolika na granicy teatralnej dramaturgii, ale jednak bardziej budząca nadzieję" — pisze Pastuchow na swoim kanale w Telegramie.

W otwartych źródłach jest dość mało informacji o Kostiukowie, ale wiadomo, że urodził się 21 lutego 1961 r., a wykształcenie wojskowe zdobył w marynarce wojennej. Ukończył Akademię Wojskowo-Dyplomatyczną, następnie rozpoczął służbę w Głównym Zarządzie Wywiadu (GRU). Jako jeden z szefów rosyjskiego wywiadu wojskowego brał udział w kierowaniu operacją wojskową w Syrii, ale szczegóły jego działalności w tym kraju nie są znane.

W połowie pierwszej dekady XXI w. Kostiukow przez co najmniej pięć lat był attaché wojskowym w ambasadzie Rosji w Grecji. Szefem GRU został mianowany w grudniu 2018 r. Kostiukow zastąpił na tym stanowisku Igora Korobowa, który zmarł na raka w wieku 62 lat.

W 2019 r. Kostiukow otrzymał stopień admirała. Jest Bohaterem Rosji od 2017 r., jest równiez odznaczony orderami "Za zasługi dla Ojczyzny" IV stopnia, Orderem Honorowym, Orderem Aleksandra Newskiego, Orderem Odwagi, Orderem "Za zasługi wojskowe", a także medalem "Za męstwo".

W październiku 2022 r. Unia Europejska nałożyła sankcje na Rosję za cyberataki na Bundestag w 2015 r. Jako pierwszy zastępca szefa Głównego Zarządu Sztabu Generalnego Kostiukow kierował 85. Centrum (grupą hakerską o nazwach Fancybear/APT28), które przeprowadziło cyberatak. Centrum również figuruje na liście sankcji UE.

Wcześniej, w styczniu 2019 r., Kostiukow znalazł się na liście sankcji UE z powodu otrucia byłego oficera GRU Siergieja Skripala i jego córki Julii w brytyjskim Salisbury. Kostiukow, pełniący wówczas funkcję pierwszego zastępcy szefa GRU, został uznany za odpowiedzialnego za posiadanie, transport i użycie toksycznego środka paralityczno-drgawkowego Nowiczok przez oficerów GRU w Salisbury w weekend 4 marca 2018 r. Rosja zawsze zaprzeczała swojemu udziałowi w ataku.

Stany Zjednoczone również niejednokrotnie umieszczały szefa GRU na listach sankcyjnych. Pod koniec grudnia 2016 r. nałożono na niego ograniczenia w związku z cyberatakiem na serwery Partii Demokratycznej w przededniu wyborów prezydenckich, a w marcu 2018 r. — również za ingerencję w wybory amerykańskie.

W 2022 r. sankcje na Kostiukowa nałożyły Nowa Zelandia i Kanada.

Niezależne rosyjskie media zwróciły uwagę na aktywa dzieci Kostiukowa, które najwyraźniej nie odpowiadają oficjalnym dochodom.

Serwis The Insider w 2021 r. podał, że jego syn i córka mają drogie nieruchomości i samochody, których łączna wartość szacowana jest na kilka milionów dolarów i ich oficjalne dochody w żaden nie pozwalają wyjaśnić takich zakupów.

Dane dotyczące majątku rodziny Kostiukowa zostały usunięte z otwartych rejestrów, a w wyciągach z rosyjskich ksiąg wieczystych jako właściciel nieruchomości wymieniona jest "Federacja Rosyjska". W 2021 r. syn Kostiukowa pracował w rosyjskim MSZ (dziś prawdopodobnie pracuje w rosyjskiej ambasadzie we Włoszech), a córka zajmowała kierownicze stanowisko w grupie spółek należących do jednego z posłów Dumy z kremlowskiej partii Jedna Rosja.

W październiku 2025 r. rosyjskie media ujawniły, że córka Kostiukowa została jedyną właścicielką firmy zajmującej się dostawą sprzętu elektrotechnicznego na potrzeby państwa, w tym Ministerstwa Obrony. Sprawozdania finansowe tej firmy są niejawne, ale według szacunków dziennikarzy tylko w ostatnim roku obroty mogły wynieść około 1,8 mld rubli (84 mln zł).

(...)

Rosyjscy stratedzy polityczni podkreślają, że mianowanie admirała Kostiukowa szefem grupy negocjacyjnej może być demonstracyjnym krokiem mającym na celu pokazanie "siły pozycji Rosji" w odpowiedzi na udział Kyryło Budanowa w ukraińskiej delegacji. Zdaniem stratega politycznego Marata Baszirowa Kostiukow będzie nadzorował kwestie wycofania wojska i sprzętu z linii frontu w Ukrainie.

W czwartek 29 stycznia Kostiukow, odpowiadając na pytanie dziennikarzy, czy delegacja przygotowuje się do nowego spotkania w Zbu Zabi, powiedział, że "są zawsze gotowi". — Ukraińcy są w smutnym nastroju... My jesteśmy w dobrym — dodał.

onet.pl\Novaya Gazieta


Po pierwsze, fakt, że Rosja nie jest obecnie w stanie przełamać frontu i odzyskać swobody manewru, nie oznacza, że manewr jako forma prowadzenia wojny przestał istnieć. Oznacza jedynie, że Rosjanie nie potrafią go dziś skutecznie realizować w warunkach wysokiego nasycenia pola walki rozpoznaniem, precyzyjnym ogniem i degradacją własnego systemu dowodzenia.

Po drugie, manewr operacyjny nie „oderwał się” od swojej materialnej bazy. Jego podstawą nadal pozostają czołgi podstawowe, wozy bojowe piechoty, artyleria oraz zabezpieczenie logistyczne, a nie same środki bezzałogowe. Rosyjskie Siły Zbrojne – niezależnie od publicystyki – nie zrezygnują z tych zdolności, ponieważ są one warunkiem prowadzenia wojny lądowej na poziomie operacyjnym, zwłaszcza w pierwszej fazie konfliktu o wysokiej intensywności.

Po trzecie, drony nie zastępują systemu walki – one go uzupełniają. Ich rola jest kluczowa na poziomie taktycznym: w rozpoznaniu, korekcji ognia, rażeniu punktowym i zwiększaniu przejrzystości pola walki. Nie są jednak samodzielnym „nośnikiem manewru” ani substytutem zdolności do przełamania i eksploatacji powodzenia. Są elementem systemu walki połączonej, a nie jego rdzeniem.

Wreszcie, wojna lądowa pozostaje wojną o kontrolę przestrzeni, a nie wyłącznie o jej obserwację lub czasowe rażenie. Terytorium zajmują i utrzymują ludzie, a nie sensory czy efektory. Dron nie zapewnia trwałej obecności fizycznej, nie kontroluje dróg, nie zabezpiecza zaplecza i nie egzekwuje władzy nad terenem. Bez piechoty, osłanianej przez wojska pancerne i wspieranej przez artylerię, nie ma trwałego rezultatu operacyjnego.

x.com/konrad_muzyka