środa, 24 grudnia 2025



Komisja Europejska zdecydowanie potępiła w środę decyzję administracji prezydenta Donalda Trumpa o nałożeniu zakazu wjazdu do USA na byłego komisarza UE ds. rynku wewnętrznego Thierry'ego Bretona oraz czworo szefów organizacji pozarządowych z Wielkiej Brytanii i Niemiec.

KE podkreśliła w oświadczeniu, że wolność wypowiedzi jest prawem podstawowym w Europie, a także wspólną podstawową wartością zarówno w USA, jak i całym świecie demokratycznym. Poinformowała też, że zwróciła się do władz w Waszyngtonie o wyjaśnienia i pozostaje z nimi w kontakcie.

Unia Europejska jest otwartym, jednolitym rynkiem opartym na określonych zasadach i ma suwerenne prawo do wprowadzania regulacji gospodarczych w oparciu o własne demokratyczne zasady i zobowiązania międzynarodowe - przypomniano w oświadczeniu.

- Nasze przepisy cyfrowe zapewniają wszystkim przedsiębiorstwom bezpieczne, sprawiedliwe i równe warunki działania. Są stosowane w sposób sprawiedliwy i bez dyskryminacji - podkreśliła Komisja, dodając, że w razie potrzeby "zareaguje szybko i zdecydowanie, aby bronić swojej autonomii regulacyjnej przed nieuzasadnionymi środkami".

Komentarz na X zamieścił także przewodniczący Rady Europejskiej Antonio Costa, który napisał, że "UE potępia ograniczenia w podróżowaniu, nałożone przez Stany Zjednoczone na obywateli i urzędników europejskich". "Takie środki są nie do przyjęcia między sojusznikami, partnerami i przyjaciółmi" - zaznaczył Costa, dodając, że UE stanowczo broni wolności słowa, sprawiedliwych zasad cyfryzacji oraz własnej suwerenności regulacyjnej.

Na decyzję USA zareagowała też szefowa KE Ursula von der Leyen, która na X napisała, że "wolność słowa jest fundamentem naszej silnej i dynamicznej demokracji europejskiej". - Jesteśmy z niej dumni. Będziemy jej bronić - zapewniła. Dodała, że KE jest strażnikiem europejskich wartości.

To reakcja na opublikowany we wtorek przez Departament Stanu USA komunikat o nałożeniu restrykcji wizowych na pięć osób. Są to: Breton, komisarz UE ds. rynku wewnętrznego w latach 2019-24, obywatele brytyjscy Imran Ahmed, dyrektor Centrum Przeciwdziałania Nienawiści Cyfrowej (Centre for Countering Digital Hate, CCDH) i Clare Melford, szefowa Globalnego Indeksu Dezinformacji (Global Disinformation Index, GDI), oraz Anna-Lena von Hodenberg i Josephine Ballon z niemieckiej organizacji HateAid. Amerykański resort określił te osoby mianem "radykalnych aktywistów", pragnących zmusić amerykańskie platformy internetowe do zaakceptowania cenzury.

Bretonowi Departament Stanu zarzucił, że był pomysłodawcą unijnego Aktu o usługach cyfrowych (DSA), regulującego działanie platform i wyszukiwarek internetowych, w tym w zakresie zwalczania dezinformacji i zapewnienia przejrzystości reklam, także politycznych.

PAP

wtorek, 23 grudnia 2025



Urzędnik z Pałacu Prezydenckiego: W sierpniu 2015 roku Andrzej Duda wygrał wybory. Został prezydentem i zwierzchnikiem sił zbrojnych. Wtedy jeszcze ministrem obrony był Tomasz Siemoniak. Duda, wchodząc do pałacu, był młodym niedoświadczonym politykiem. O wojsku nie wiedział nic. Kompletnie. Sięgnął więc po ludzi prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Szefem BBN-u został Paweł Soloch. Można mu sporo zarzucić, ale na wojsku to on się znał. Miał też dobre wyczucie. Rozumiał system i ludzi. Miał również wizję reformy armii. Przede wszystkim Soloch chciał naprawić system dowodzenia. Trafił jednak na Antoniego Macierewicza, który przyszedł do MON-u po wygranej PiS-u, a razem z nim całe to szaleństwo. W konsekwencji niewiele z tych jego planów udało się zrealizować. Z Macierewiczem w fotelu ministra obrony mogliśmy już tylko ratować, co się dało.

Polityk PiS-u związany z prezesem Kaczyńskim: Przed wyborami nazwisko Macierewicza jako kandydata na ministra obrony wcale się nie pojawiało. Media spekulowały, że szefem MON-u może zostać Jarosław Gowin. Prezes Kaczyński też nie chciał Macierewicza w rządzie, ale on wywalczył sobie ten resort swoją brutalnością. Robił podchody. Fikał. Jakby premierem został wtedy Jarosław Kaczyński, to myślę, że nie wziąłby Macierewicza do swojego rządu, a że był to rząd Beaty Szydło, to prezes wyszedł z założenia, że niech się Beata z nim szarpie, ale lepiej mieć go pod kontrolą. Do tego doszedł Smoleńsk, którym Antoni zajmował się od czasu katastrofy. Naobiecywał prezesowi, że jak będzie w MON-ie, to będzie miał większe możliwości dotarcia do dokumentów wojskowych i wszystko wyjaśni.

Polityk PiS-u związany z Pałacem Prezydenckim: Antoni szybko prezesowi urwał się ze smyczy. Prawie codziennie zaczęły wypływać te wszystkie historie z Misiewiczem, z Żandarmerią Wojskową, te jego nocne skoki do basenu i wszystkie inne wygłupy. Z poziomu politycznego patrzyliśmy, jak Antoni pomiata tymi generałami, jak ich przerzuca do zielonych garnizonów, a oni nic. Siedzieli jak mysz pod miotłą, tylko Różański coś o Konstytucji powiedział, ale to nie wybrzmiało. Nawet rozmawialiśmy w naszym gronie, że niby wojsko, a takie jakieś mało odważne. Prezes się tym raczej specjalnie nie przejmował.

Na późniejszej dymisji Macierewicza zaważyły inne sprawy. Po pierwsze relacje międzynarodowe. Antoni nigdzie nie bywał, nie miał żadnych kontaktów. Społeczność międzynarodowa go nie uznawała. Macierewicz lekceważył NATO, ale oni odpłacali mu tym samym. Tutaj nie miał żadnych dokonań.

Do tego Antoni ciągle pokazywał lekceważący stosunek do prezydenta Dudy. Sądził, że to spodoba się naczelnikowi, bo dla niego jedynym prawdziwym prezydentem był tylko jego brat Lech. I rzeczywiście na początku tak było. Prezes nawet uśmiechał się pod nosem, jak słyszał, że Antoni znowu upokorzył Andrzeja Dudę. To jakoś grało, ale prezydent Antoniemu tego lekceważenia nie darował. Jak miał okazję się odegrać, przy podpisywaniu jakichś ustaw, to wymógł na prezesie dymisję Macierewicza. Najzabawniejsze było to, że Antoni jechał do pałacu i nie wiedział, że tę dymisję dostanie. Dowiedział się na miejscu. Duda miał satysfakcję. Nieźle się Antoniemu odwinął za wszystkie dyshonory.

Polityk PiS-u, członek gabinetu Morawieckiego: Przy zmianie rządu Mateusz Morawiecki nie chciał mieć Macierewicza na pokładzie, bo wiedział, że w jakimś sensie to jest regularny wariat. Dlatego wyrzucenie go wszystkim wtedy pasowało – i Kaczyńskiemu, i Dudzie, i Morawieckiemu. A załatwili go jego własną metodą, bo on jechał do pałacu uświetnić osobą ministra rekonstrukcję rządu, a wyjechał już z dymisją. Gdyby wiedział, że taki będzie obrót wydarzeń, to pewnie wcale by się w pałacu nie pojawił. Cały Antoni.

On był potem rozżalony na wszystkich, ale sam jest sobie winien. Zawsze był nieprzewidywalny. Rano umawiał się na załatwienie sprawy w jakiś sposób, a po południu załatwiał ją zupełnie inaczej. Prezes ten balast Macierewicza i ten cały folklor wokół niego traktował w ten sposób, że dopóki się dało, to trzeba było to tolerować. W końcu miarka się przebrała. Najpierw Duda stanął okoniem. Potem Mariusz Kamiński dostarczył swoje materiały ze służb o tym, co ludzie Macierewicza wyprawiają w spółkach zbrojeniowych. Do tego afera z Misiewiczem. To był koniec Antka w rządzie.

Urzędnik z BBN-u, były żołnierz: Pierwsze nasze zetknięcie z Macierewiczem było niedługo po odebraniu przez niego teki ministra. Przyjechał osobiście do BBN-u, żeby się z nami spotkać, przywitać, porozmawiać. Był szef BBN-u Paweł Soloch, był gen. Kraszewski i jeszcze kilku urzędników. Siedzieliśmy w saloniku i rozmawialiśmy między innymi o amerykańskim systemie artylerii rakietowej HIMARS. Macierewicz wiedział, że coś takiego ma trafić do naszej armii, ale nic więcej. Wtedy z Solochem się umówili na wtorkowe herbatki.

Kiedyś król Stanisław urządzał obiady czwartkowe, a u Macierewicza były herbatki wtorkowe. Soloch najpierw się ucieszył. Jeździł do MON-u, ale z czasem wracał stamtąd coraz bardziej wkurzony. Na tych herbatkach u Macierewicza zawsze był merytorycznie przygotowany, a Antoni o jakichś odłamach hiszpańskich zamieszkujących Amerykę Południową wolał gadać. Jaki to ma wpływ na obronność naszego państwa? Dlatego szybko te nasiadówki zostały zawieszone. Macierewicz z Solochem w ogóle przestał rozmawiać.

Oficer służący w MON-ie: Solocha poznałem, jak przyjeżdżał do nas do pałacyku na Klonową, na te słynne herbatki u Macierewicza. To niezwykle inteligentny człowiek, oczytany. Od razu zauważyliśmy, że wiedzę przyswaja w miarę szybko. On tych naszych duperszwanców wojskowych szybko się ponauczał. A jak już się ponaumiał tej wiedzy, to nią jechał. Mówił do Macierewicza: "Panie ministrze, może byśmy o obronie powietrznej porozmawiali albo o dronach? A co pan sądzi o przyszłości marynarki wojennej, bo w BBN-ie nad raportem pracujemy?". Antoni ziewał, oczami przewracał, miny robił, tematy zmieniał. Wcale go to nie interesowało. Było widać, że się strasznie nudzi.

Urzędnik z BBN-u: Potem pojawił się temat reformy systemu kierowania i dowodzenia wojskiem. Na początku naprawdę nikt się nie spodziewał, że to będzie bomba zegarowa z opóźnionym zapłonem, i doprowadzili do największego kryzysu na linii prezydent, zwierzchnik sił zbrojnych – minister obrony narodowej. Ale Antoni takie propozycje przy okazji tej reformy podrzucał, że nie mogliśmy przymykać na to oka.

Chciał, aby to minister obrony kierował obroną państwa w czasie wojny. Soloch przyjeżdżał do niego i mu te pomysły torpedował. Strasznie Macierewiczowi się nie spodobało, że BBN doprecyzował kandydata na naczelnego dowódcę na czas wojny. To miał być naszym zdaniem szef sztabu generalnego bezpośrednio podporządkowany prezydentowi. Tak jak mają Amerykanie.

Macierewicz od początku na takie rozwiązanie kręcił nosem. Robił uniki, ale Soloch na wszystko miał racjonalne argumenty. Primo, szef sztabu jest człowiekiem, który z tym najważniejszym dokumentem, jakim jest plan użycia sił zbrojnych, był najbardziej zaznajomiony. Secundo, siedział w procedurach wojskowych. Tertio, wiedział, jak wygląda współdziałanie sojusznicze. Dlatego szef BBN-u dążył do tego, by przywrócić mu kompetencje do dowodzenia, by mógł kierować całością sił zbrojnych. W taki sposób chcieliśmy odkręcić reformę gen. Kozieja, która szefa sztabu generalnego sprowadziła do poziomu jakiegoś ośrodka doradczego. Natomiast Solochowi chodziło o to, żeby sztab był zapleczem naczelnego dowódcy.

onet.pl

poniedziałek, 22 grudnia 2025


Ukraiński obserwator wojskowy Kostyantyn Maszowiec poinformował 21 grudnia, że siły rosyjskie zakończyły zajęcie Siwierska, posunęły się na wyżyny na zachód i północny zachód od Siwierska i dotarły do kamieniołomu kredy na zachód od Siwierska. Maszowiec poinformował, że siły rosyjskie również odniosły taktyczne zyski na północ od Świato-Pokrowskiego i od połowy listopada 2025 r. zajęły Fiodorówkę i Wasiukówkę (wszystkie na południowy zachód od Siwierska). Kreml twierdził, że siły rosyjskie zajęły Siwiersk od 11 grudnia, a prezydent Rosji Władimir Putin i wyżsi rangą rosyjscy urzędnicy obrony wykorzystują zajęcie miasta do promowania fałszywej narracji, że linie ukraińskie upadają i że siły rosyjskie są w stanie natychmiast grozić Słowiańskowi. Rosyjskie wysiłki w kierunku Siwierska były niezwykle długotrwałe, zwłaszcza że Siwiersk ma powierzchnię około 10 kilometrów kwadratowych i przedwojenną populację około 11.000 osób. Siły rosyjskie potrzebowały 41 miesięcy, aby posunąć się około 12 kilometrów od Łysyczańska (na wschód od Siwierska) do zachodniej granicy administracyjnej Siwierska. Ukraiński opór znacznie opóźnił rosyjskie wysiłki na podejściu do Siwierska: ISW ocenia, że siły rosyjskie zajmowały Wierchnokamiańskie (około czterech kilometrów na wschód od Siwierska) od 9 października 2024 r., Biłohorivkę (około 10 kilometrów na północny wschód od Siwierska) od 23 lutego, 2025 r. i Serebryanke (około czterech kilometrów na północny wschód od Siwierska) od 16 sierpnia 2025 r. ISW po raz pierwszy zaobserwowało dowody na to, że siły rosyjskie wkroczyły w granice miasta Siwierska nie później niż 18 listopada, co wskazuje, że siłom rosyjskim prawdopodobnie zajęło 33 dni całkowite zajęcie miasta (o powierzchni trzech parków centralnych) po wejściu do niego. Siły rosyjskie muszą jeszcze przesunąć 30 kilometrów z Siwierska do Słowiańska i dokończyć zajęcie Łymanu, zanim będą mogły rozpocząć bezpośredni atak na sam Słowiańsk. Kreml wyolbrzymia bezpośrednie konsekwencje zajęcia Siwierska, próbując fałszywie przedstawić siły rosyjskie jako bezpośrednio zagrażające północnej części Pasa Twierdzy i dokonujące jednocześnie znaczących postępów w całym teatrze działań, tak że linia frontu nieuchronnie się zawala. Rosyjskie zyski są w dalszym ciągu powolne i miażdżące, jak to miało miejsce przez ostatnie dwa lata.


understandingwar.org



Rosja uznaje kraje bałtyckie za "miękkie podbrzusze" NATO i testuje jedność i determinację Sojuszu - powiedział PAP Piotr Szymański z Ośrodka Studiów Wschodnich, komentując incydent, w którym rosyjscy strażnicy graniczni przeprawili się przez rzekę Narwę i wtargnęli na terytorium Estonii.

Instytut Studiów nad Wojną (ISW) w raporcie z ubiegłego tygodnia poinformował, że naruszenie granicy z Estonią przez rosyjskich strażników granicznych to pierwszy przypadek, w którym ISW zaobserwował umundurowany personel rosyjski przekraczający terytorium NATO od początku działań Rosji w ramach tzw. fazy zero we wrześniu 2025 r.

Z relacji estońskich służb granicznych wynika, że w ubiegłą środę rosyjscy funkcjonariusze przypłynęli poduszkowcem, a następnie spacerowali po kamiennym nasypie na rzece. Po krótkim czasie wrócili na stronę rosyjską. Incydent miał miejsce u ujścia rzeki Narwy, w pobliżu Jeziora Pejpus (Czudzkiego), położonego na granicy Estonii i Rosji. - Motywy ich działania pozostają niejasne - skomentował estoński minister spraw wewnętrznych Igor Taro.

Piotr Szymański, ekspert ds. bezpieczeństwa w regionie nordycko-bałtyckim Ośrodka Studiów Wschodnich, w rozmowie z PAP zdefiniował to zdarzenie jako element długofalowej polityki "nękania i niepokojenia" Estonii. Jak zaznaczył, katalog tych incydentów jest bardzo szeroki: od usunięcia boi nawigacyjnych na Narwie w maju 2024 r., przez opublikowanie przez rosyjski MON i szybkie wycofywanie dokumentów sugerujących jednostronną zmianę przebiegu linii wyznaczających wody terytorialne i wyłączną strefę ekonomiczną na Morzu Bałtyckim, po naruszenia przestrzeni powietrznej.

Ekspert przypomniał też o porwaniu przez FSB we wrześniu 2014 r. estońskiego oficera Estona Kohvera, którego rok później wymieniono na Alekseia Dressena - funkcjonariusza estońskiego kontrwywiadu skazanego za zdradę stanu.

W ocenie Szymańskiego takie działania Rosji mają charakter strategiczny i odwetowy. - Państwa bałtyckie, nordyckie oraz Polska są najbardziej aktywnymi zwolennikami wspierania Ukrainy, co przejawia się chociażby w estońskim postulacie przeznaczania 0,25 proc. PKB na pomoc wojskową czy zwalczanie rosyjskiej floty cieni na Bałtyku - wskazał rozmówca PAP i wyjaśnił, że w ten sposób Rosja stara się budować wizerunek krajów bałtyckich jako "miękkiego podbrzusza" NATO, zarazem testując jedność i determinację Sojuszu.

Jak podkreślił analityk, przeprowadzanie prowokacji ułatwia Moskwie fakt, że Rosja i Estonia wciąż nie ratyfikowały umowy granicznej, a linia demarkacyjna nie doczekała się niezbędnych korekt technicznych. - Przez to na mapie jest kilka wrażliwych punktów, które Rosjanie cynicznie wykorzystują do wywierania nieustannej presji - przekonywał ekspert OSW.

Granica na rzece Narwie w rejonie miast Narwa (Estonia) i Iwanogród (Rosja) przebiega wzdłuż głównego nurtu i opiera się na tymczasowej linii kontrolnej. Ruch statków jest tam ściśle monitorowany, a jednostki obu państw muszą trzymać się swojej strony rzeki, przy czym każda próba zbliżenia się do nurtu bez uprzedniego uzyskania zgody grozi incydentem dyplomatycznym. Jedyne drogowe połączenie obu miast stanowi most "Przyjaźni". W lutym 2024 r. strona rosyjska, pod pretekstem koniecznej modernizacji, zamknęła go dla pojazdów. Od tamtej pory służy wyłącznie do ruchu pieszego, i to tylko w dzień.

Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja, o której przypomniał Piotr Szymański, to tzw. worek Saatse, czyli niewiele ponad 100-hektarowy skrawek Rosji, który wdziera się w głąb Estonii w taki sposób, że przecina jedyną drogę łączącą estońską miejscowość Saatse z resztą kraju. Rosja, jak do tej pory, co prawda nie zezwala jej mieszkańcom na przejazd bez wizy, jednak jest to możliwe wyłącznie samochodem lub na rowerze, ze stałą prędkością i bez zatrzymywania.

Jak zauważyła kolejna rozmówczyni PAP, dr Aleksandra Kuczyńska-Zonik z Katedry Systemów Politycznych i Komunikowania Międzynarodowego KUL oraz zespołu bałtyckiego Instytutu Europy Środkowej, szczególna podatność regionu Narwy na rosyjskie operacje wynika z uwarunkowań demograficznych. - Nawet 90 proc. tamtejszych mieszkańców na co dzień posługuje się językiem rosyjskim. Jednak stopień integracji tych osób ze społeczeństwem estońskim jest zróżnicowany, co sprawia, że nie wszyscy są w równym stopniu podatni na kognitywne działania Kremla - zastrzegła ekspertka.

Kuczyńska-Zonik dodała, że istotnym elementem ułatwiającym Rosji prowadzenie działań propagandowych są silne więzi transgraniczne. Mieszkańcy regionu posiadają po rosyjskiej stronie rodziny oraz kontakty biznesowe, przez co dotkliwie odczuwają wszelkie ograniczenia sankcyjne, utrudnienia w handlu czy zamykanie przejść granicznych. Ta realna uciążliwość codziennego życia staje się paliwem dla rosyjskiej narracji, kierowanej precyzyjnie do społeczności zamieszkującej ten peryferyjny, z perspektywy Tallinna, region.

Niektóre działania propagandowe Rosji przyjmują tam kuriozalną formę. Na przykład od 2023 r. w Iwanogrodzie, na promenadzie nad Narwą, co roku jest budowana scena z olbrzymim telebimem zwróconym w stronę znajdującej się na drugim brzegu Narwy. Na ekranie wyświetla się defiladę na Placu Czerwonym oraz przemówienia polityków z okazji Dnia Zwycięstwa. W odpowiedzi na te działania, w tym roku na murach pełniącego funkcję muzeum zamku w Narwie zawisł wielki banner przedstawiający zmontowane połówki twarzy Hitlera i Putina z podpisem "Putler - zbrodniarz wojenny".

Analizując te incydenty, rozmówczyni PAP podkreśliła, że - jak w przypadku innych obszarów przygranicznych sąsiadujących z agresorem - bliskość Rosji sprawia, że prowokacje i naruszenia granic są technicznie tanie, łatwe do przeprowadzenia, a zarazem bardzo efektywne. - Skutecznie przyciągają uwagę opinii publicznej w Estonii, Polsce i całej Europie, odwracając ją od kwestii kluczowych, takich jak wojna na Ukrainie czy wewnętrzne problemy państw zachodnich - uczuliła ekspertka.

W kwestii strategii odpowiedzi na te zagrożenia, ekspertka zaleciła zachowanie powściągliwości. Jej zdaniem nadmierna reakcja, polegająca na natychmiastowym stawianiu wszystkich służb w stan pełnej gotowości może być realizacją oczekiwań Moskwy. - Państwa bałtyckie dysponują ograniczonymi zasobami. Przesunięcie sił w jeden rejon granicy to osłabienie innych odcinków. A właśnie na tym może zależeć Rosji - przestrzegła Aleksandra Kuczyńska-Zonik. 

PAP


Aby zrozumieć stawkę tej rozgrywki, trzeba pojąć, jaką rolę Marta Kightley odgrywa w NBP z perspektywy Glapińskiego. Jest osobą absolutnie oddaną, gotową akceptować każde jego oczekiwanie. Jako pierwsza wiceprezes zatwierdza jego urlopy i delegacje, a także wszystkie jego wydatki. W praktyce to ona rozlicza prezesowi bizancjum. Brak Marty Kightley oznaczałby dla "Glapy" wstrząs. Nie ma dziś w zarządzie NBP nikogo, kto nadaje się na jego lokaja.

Dlatego też Glapiński rozpoczął niezbyt wyrafinowany taniec wokół ministra finansów Andrzeja Domańskiego, który — co prezes NBP doskonale wie — ma bezpośredni dostęp do premiera. Pierwsze efekty tych zabiegów już się pojawiły. Zarząd NBP podzielił się ostro w sprawie kluczowej opinii dotyczącej projektu budżetu państwa. Choć kondycja finansów publicznych budzi poważne obawy, Glapiński złagodził stanowisko banku, co wywołało bunt pozostałych członków zarządu wywodzących się z PiS.

Sygnał wysyłany przez Glapińskiego do rządu jest czytelny. Jeśli zapadnie zgoda na dalszą obecność Marty Kightley w zarządzie NBP, Glapiński ograniczy krytykę polityki rządu na rynkach finansowych, a politykę monetarną będzie starał się kształtować w Radzie Polityki Pieniężnej w sposób możliwie najmniej dotkliwy dla rządu. Właśnie na tym tle doszło do buntu PiS-owców z zarządu NBP.

Zarząd NBP składa się z prezesa i ośmiu członków. Grupę buntowników tworzą Piotr Pogonowski, były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego z czasów PiS, Artur Soboń, wcześniej wiceminister finansów w gabinecie Morawieckiego, oraz Rafał Sura, były członek Rady Polityki Pieniężnej, również powołany z rekomendacji PiS.

Na początku grudnia ta trójka przygotowała projekt uchwały zmieniającej regulamin Narodowego Banku Polskiego. W skrócie — buntownicy mają dość tego, że Glapiński nimi pomiata. Już nie chcą znosić jego dworskich nawyków. Nie zamierzają dalej biernie obserwować, jak podnosi sobie zarobki o kolejne setki tysięcy. No i — właśnie — nie akceptują tego, że wystawił NBP na aukcję w relacjach z rządem.

Propozycja buntowników zakładała wzmocnienie roli zarządu jako organu kolegialnego oraz ograniczenie jednoosobowych uprawnień Glapińskiego. Elementem projektu było także wprowadzenie zasady, zgodnie z którą o nagrodach i premiach dla prezesa decydowałby cały zarząd. "Glapa" zrozumiał, że wpadł w tarapaty, bo buntowników wsparła dwójka innych członków zarządu — Marta Gajęcka oraz Paweł Mucha, którzy także są z nim skonfliktowani.

W ten sposób miał większość zarządu przeciwko sobie i w razie głosowania buntownicy mogliby tak zmienić regulamin NBP, że eldorado Glapińskiego skończyłoby się z dnia na dzień. Dlatego "Glapa" przerwał posiedzenie. Pozbawił Pogonowskiego i Surę nadzoru nad merytorycznymi departamentami, ale Sobonia oszczędził. Jak słyszmy, to dlatego, żeby przeciągnąć go na swoją stronę i odzyskać większość. Soboń ma w NBP opinię miękkiego i unikającego konfliktów — dlatego to jego "Glapa" wytypował do swych zalotów i gróźb.

Jednocześnie "Glapa" uruchomił przeciwko buntownikom cały swój przemysł propagandowy — a jest największym w tej chwili sponsorem mediów prawicowych, które rzecz jasna opłaca publicznymi pieniędzmi.

Oddajmy głos portalowi wpolityce.pl, zarządzanemu przez Jacka Karnowskiego. "W Narodowym Banku Polskim trwa polityczny zamach wymierzony w prezesa prof. Adama Glapińskiego. Koalicja pięciu członków zarządu, wywodzących się ze środowisk prawicowych, od kilku tygodni próbuje odebrać prezesowi NBP kluczowe kompetencje, proponując likwidację ważnych departamentów, i dążąc do przejęcia kontroli nad wydatkami. Jeśli plan ten zostanie zrealizowany, prezes NBP nie będzie miał władzy w banku, i będzie musiał odejść — a tym samym oddać bank w ręce Koalicji 13 grudnia, co z kolei otworzy drogę do przyjęcia euro i oddania polskich rezerw złota pod kontrolę Brukseli. Według naszych źródeł, motywacje tych osób mają charakter wąsko partykularny. Nie jest wykluczony także udział służb specjalnych w operacji, która — podkreślmy — ma doprowadzić do oddania władzy w NBP ekipie Tuska." A sam Karnowski grzmiał: "Oddawanie na tacy NBP ekipie Koalicji 13 grudnia to jest z perspektywy polskiej racji stanu po prostu zbrodnia, której historia nie zapomni. Dobrze, żeby ludzie, którzy się w to zaangażowali, mieli tego świadomość".

Ten tekst to nie jest zapis choroby, tylko dowód skrajnego cynizmu. "Glapa" płaci, to "Glapa" wymaga — dla serwisu wpolityce.pl i związanej z nim telewizji wPolsce24 NBP to główny sponsor. Ale faktem jest, że buntownicy są w szoku — nie sądzili, że tak oberwą od PiS-owskich mediów, którymi sami latami się wysługiwali.

Nade wszystko — Tusk nie ma jak przejąć NBP, bo prezes jest praktycznie nie do ruszenia. A gdyby odszedł sam, to jego następcę wskaże prezydent. W dodatku przekonywanie, iż ekipa twardych PiS-owców z zarządu NBP kolaboruje z Tuskiem przeciwko Glapińskiemu, jest tak głupie, że aż zęby bolą. Jest dokładnie odwrotnie — to "Glapa" kolaboruje z rządem i potrzebuje osłony medialnej PiS-owskich mediów, by nikt mu w tym nie przeszkadzał.

onet.pl


Najpierw, w grudniu 2023 r., nowa władza siłowo przejęła media publiczne w tym TVP, konsolidując polityków PiS wokół protestów w obronie tępej propagandy spod znaku Kurskiego. Potem, w styczniu 2024 r., szef MSWiA Marcin Kierwiński wysłał policję, by podstępem zatrzymała w Pałacu Prezydenckim ukrywających się przed odsiadką posłów PiS Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika — i znów PiS-owcy musieli się na siłę zjednoczyć, organizując protesty pod ich więzieniami.

Te kilka pierwszych tygodni po zmianie władzy Kaczyński przetrwał głównie dzięki takiej mobilizacji partii, wymuszonej działaniami Tuska. Uciekł spod topora — bo wszak było wiadomo, że w PiS buzuje i jest wielu niezadowolonych z porażki wyborczej.

Drugi raz Kaczyńskiemu udało się przy okazji wyborów prezydenckich. Nie postawił na żadnego z liderów partyjnych frakcji, tylko na kandydata znikąd. Ryzykował — w razie porażki Karola Nawrockiego, PiS straciłoby ostatnie przyczółki władzy i w partii mogłoby dojść do wewnętrznej wojny. Nawrocki jednak wygrał, co — znów — powstrzymało buntowników, którzy musieli nieszczerze wychwalać geniusz strategiczny prezesa. I gdy się wydawało, że wygrana Nawrockiego otwiera Kaczyńskiemu drogę do władzy, w PiS zaczęła się wojna na całego.

Wyłoniły się dwie duże frakcje, a kluczowe było to, że sojusz zawiązali wrogowie Morawieckiego — to właśnie "maślarze", których łączy głównie pragnienie wyrzucenia go z partii. Rzecz jasna, powiedzieć tego głośno nie mogą, więc postępują inaczej.

Krytykują działania rządu Morawieckiego, przekonując, że to one doprowadziły do utraty władzy. Chodzi przede wszystkim o politykę wobec UE, którą uważają za zbyt ugodową. Za czasów Morawieckiego przyjęty został m.in. Zielony Ład oraz ruszyły negocjacje umowy handlowej z Ameryką Południową (Mercosur) — oba projekty są krytykowane na wsi. Do tego dochodzą ustępstwa Morawieckiego wobec Brukseli w kwestiach sądownictwa — nie zawetował budżetu Unii, w którym wypłata środków pomocowych została uzależniona od spełnienia kryteriów praworządności, czyli m.in. niezależności sędziów od władzy politycznej.

Pal licho, że to hipokryzja — bo wszyscy "maślarze" byli w rządzie Morawieckiego. Sasin był wicepremierem od spółek państwowych, Czarnek był ministrem edukacji i nauki, Bocheński zaś był wojewodą. Jedynym z tego grona, który krytykował Morawieckiego, był Patryk Jaki, który był m.in. wiceministrem sprawiedliwości.

Tyle że wówczas Jaki był w partii Ziobry, a ziobryści prowadzili otwartą wojnę z Morawieckim — bili się o reformy sądowe i politykę wobec UE, choć tak naprawdę chodziło o to, żeby to ich lider mógł przejąć przywództwo na prawicy po Kaczyńskim. Dziś Ziobro jest ściganym przez prokuraturę uciekinierem i nie liczy się w grze — dlatego jego ludzie wspierają "maślarzy".

Inna rzecz, że za większością kluczowych decyzji jako premiera Morawieckiego stał Kaczyński — co rzecz jasna "maślarze" wiedzą. Ale wiedzą również, że z dzisiejszej perspektywy Kaczyński krytycznie ocenia politykę unijną rządów PiS, a prezes ma tendencję do zwalania odpowiedzialności za swe porażki na barki innych. I liczą właśnie na to, że będą to barki Morawieckiego.

Na tym tle doszło do otwartego starcia obu frakcji w piątek wieczorem na Nowogrodzkiej, podczas spotkania, które zarządził Kaczyński. To nie była zwyczajna narada partyjnego kierownictwa. To był sąd nad Morawieckim. Prawie całe kierownictwo partii było przeciw niemu. Tylko Piotr Gliński i Ryszard Terlecki bronili Morawieckiego — byli osamotnieni.

Na spotkanie "maślarze" przyszli dobrze przygotowani. Przynieśli ze sobą analizy sondażowe, w tym przede wszystkim dane z exit poll po ostatnich wyborach. Ich celem było wykazanie, że elektorat PiS nie przesuwa się ku centrum, lecz odpływa w prawo — w stronę Konfederacji i Brauna. W ich wersji nie istnieje dziś umiarkowany, centrowy wyborca, którego PiS mógłby pozyskać. Istnieje natomiast wyborca wyraźnie prawicowy, coraz bardziej podatny na ofertę ugrupowań radykalniejszych. W tym sensie — argumentowali — kojarzona z Morawieckim strategia oparta na łagodzeniu przekazu jest politycznym złudzeniem.

Co więcej — "maślarze" przedstawili także analizy aktywności w mediach społecznościowych. Zwracali uwagę na profile, które — ich zdaniem — regularnie wspierają "margaryniarzy". "Maślarze" skarżyli się, że padają ofiarą ataków z takich kont. W ich ocenie to efekt zorganizowanej aktywności ludzi związanych z frakcją Morawieckiego.

To, że były premier ostentacyjnie się na tym partyjnym sądzie nie pojawił, dla jego wrogów miało znaczenie symboliczne. Ale Morawiecki zrobił to celowo — wiedział, że ma we władzach PiS mniejszość. Zdawał sobie sprawę, że "maślarze" go rozjadą, co skończy się awanturą i upokarzającymi dla niego przeciekami do mediów. Wybrał unik. Ale to znaczy, że starcie będzie mieć ciąg dalszy. Musi mieć.

"Maślarze" są mistrzami hipokryzji. Twierdzą, że skoro na znaczeniu zyskuje skrajna prawica, to PiS musi iść na prawo, by walczyć z Konfederacją i Braunem, ale też by w razie czego się z Konfederacją i Braunem dogadać.

O ile Czarnek czy Jaki — i inni ziobryści — rzeczywiście są radykałami, nieodległymi od konfederatów i przebąkującymi o pakcie z Braunem, to już Sasin czy Bocheński aż tak prawicowi nie są. Dość powiedzieć, że Sasin na początku swej kariery był związany z kręgami liberalnymi — choćby z Jackiem Taylorem z Unii Wolności. A Bocheński jest zwolennikiem dawnego kompromisu aborcyjnego — jego zdaniem zaostrzenie przepisów dotyczących przerywania ciąży przyczyniło się do porażki wyborczej PiS. Powiedzmy to sobie wprost — merytoryczne czy ideologiczne argumenty nie mają znaczenia. Chodzi o to, by znaleźć pretekst do wyeliminowania Morawieckiego z walki o władzę w PiS.

Morawiecki tanio skóry nie sprzeda. Jego ludzie mówią, że powtarza im: "Za dużo czasu i pieniędzy zainwestowałem w PiS, by poddać się bez walki". Każe "margaryniarzom" zaciskać zęby i nie dać się wypchnąć z PiS. Jednocześnie jednak przygotowuje warianty alternatywne. Jak słyszymy, jego ludzie zaczęli poufne spotkania z politykami innych partii.

Z jednej strony wiemy o tym, że Morawiecki wysyła emisariuszy do PSL. Z drugiej słyszymy, że utrzymuje dobre relacje z ministrą od unijnych funduszy Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, która ma największe szanse na przejęcie władzy w Polsce 2050. Tak się składa, że i PSL i Polska 2050 myślą o tym, z kim się związać, żeby w wyborach za dwa lata przekroczyć próg wyborczy. Morawiecki też zaczyna o tym myśleć.

(...)

Pytanie jest jednak takie, czy Kaczyński wciąż ma tyle siły, by spacyfikować Morawieckiego lub też się go pozbyć. Pozycja prezesa w partii jest słabsza, czego dowodem są właśnie wojny, nad którymi nie ma kontroli i których nie potrafi wyciszyć.

Ale przede wszystkim — Kaczyński nigdy nie był tak słaby, biorąc pod uwagę całą prawicę. Dziś PiS zajmuje mniej więcej połowę prawicowej sceny politycznej. Z jednej strony znaczy to tyle, że da się żyć na prawicy poza PiS i w kontrze do PiS. Z drugiej — widać wyraźnie, że jeśli PiS kiedykolwiek powróci do władzy, to tylko w koalicji z radykalnymi prawicowymi partiami. To dla umiarkowanego Morawieckiego bardzo trudna sytuacja.

Mówiąc wprost: wielu polityków PiS przygotowuje się do koalicji z Konfederacją lub Braunem. Wspominaliśmy w "Stanie Wyjątkowym" o tym, że PiS-owcy stoją w kolejkach do audiencji w europarlamentarnym biurze Brauna — są w tym gronie m.in. Daniel Obajtek i Michał Dworczyk. Kolejkowicze próbują nawiązać takie relacje z Braunem, by po wyborach mieć przewagę nad partyjnymi konkurentami i uczestniczyć w rozmowach o wspólnym rządzeniu. Dworczyk — prawa ręka Morawieckiego, persona nr 2 wśród "margaryniarzy" — na razie niewiele wskórał.

Dla Brauna rządy Morawieckiego to czas kataklizmu. Jego partia Korona wydała właśnie oświadczenie, w którym zaatakowała byłego premiera.

"Konfederacja Korony Polskiej z zaskoczeniem przyjmuje informację, że w gronie osób wyznaczonych przez Prawo i Sprawiedliwość do prac programowych na nowy sezon polityczny znaleźli się politycy, którzy — w naszej ocenie — ponoszą współodpowiedzialność za liczne błędy popełnione m.in. podczas zarządzania kryzysem covidowym w latach 2020 –2022. […] W okresie od marca 2020 do lutego 2022 — w czasie działalności rządu Mateusza Morawieckiego — zmarło około 250 tys. Polaków. Odeszli oni z tego świata m.in. z powodu zablokowania kontaktu z lekarzami, zamknięcia ich w aresztach domowych zwanych "kwarantannami" oraz rządowej propagandy strachu".

Jednocześnie partia Brauna pochwaliła PiS za to, że Morawieckiego marginalizuje. "Dla Konfederacji Korony Polskiej potwierdzeniem słuszności naszych wniosków jest wstydliwe wycofanie z prac programowych byłego premiera Mateusza Morawieckiego, przywódcy polityki PiS w czasie covidowym." 

onet.pl

niedziela, 21 grudnia 2025



Minister energii Arabii Saudyjskiej, książę Abdulaziz bin Salman, ogłosił, że od 2027 r. kwoty wydobycia w ramach OPEC+ będą ustalane na podstawie corocznie aktualizowanego wskaźnika MSC (Maximum Sustainable Capacity), czyli "maksymalnej zdolności produkcyjnej". Ani historyczne znaczenie przemysłu naftowego w każdym konkretnym kraju, ani bezwzględna wielkość bieżącej produkcji, ani żadne względy polityczne nie będą miały znaczenia.

Wskaźnik MSC będzie równy maksymalnej liczbie baryłek, które dany kraj jest w stanie wydobyć w ciągu roku.

Innymi słowy, w OPEC+ prawo do kierowania i wyznaczania kursu sojuszu przysługuje tym uczestnikom, którzy faktycznie inwestują w utrzymanie i zwiększenie swojego potencjału wydobywczego. Kraje, które nie inwestują w ten cel, tracą prawo głosu. Co najważniejsze, oficjalnie umacnia się władza tych, którzy dysponują gotowym, ale niewykorzystanym potencjałem wydobywczym, czyli realną możliwością manipulowania wydobyciem.

Kto więc od 2027 r. będzie kierował stowarzyszeniem państw wydobywających ropę? Kto dysponuje takimi środkami w postaci gotowego do wykorzystania potencjału?

Po pierwsze, Arabia Saudyjska, która posiada co najmniej 60 proc. rezerwowych mocy OPEC+. Wydobywa ona 9,95 baryłek dziennie i dysponuje rezerwowymi mocami gotowych do eksploatacji pól naftowych o wielkości jeszcze 2,2 mln baryłek. W rankingu wpływów za nią plasują się Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie przy średniej dziennej wydajności wynoszącej 3,65 mln baryłek rezerwy wynoszą ok. 0,8 mln. Następny jest Kuwejt z wydajnością 2,65 mln baryłek dziennie i rezerwami wynoszącymi ok. 0,5 mln.

Widzimy, że uczestnicy OPEC+, tacy jak Rosja, Irak, Nigeria, Wenezuela i Libia, nie mogą pochwalić się żadnymi niewykorzystanymi rezerwami zwiększenia wydobycia. Udział w manipulowaniu podażą na światowym rynku ropy naftowej jest dla nich obecnie całkowicie nierealny.

(...)

Saudyjczycy w każdy możliwy sposób podkreślali rolę Rosjan w tym procesie, chociaż nie wniosła ona rzeczywistego wkładu w manipulowanie. Rosyjscy producenci ropy naftowej z obiektywnych powodów nie są w stanie szybko zwiększać lub zmniejszać wydobycia, a Rosja w rzeczywistości wydobywa tyle ropy, ile może, nie przestrzegając zbyt dokładnie kwot OPEC+. Moskwa pozostawała w tym sojuszu jedynie dekoracją, ponieważ pod względem fizycznej produkcji należy do wielkiej "trójki" wraz z Arabią Saudyjską i Stanami Zjednoczonymi.

Teraz Moskwa nie będzie mogła nawet pretendować do pozoru przywództwa w OPEC+. Strategię będą określać Arabowie z Zatoki Perskiej, którzy mają realne możliwości wywierania wpływu na rynek.

W świetle takiego rozwoju sytuacji na rynku ropy naftowej można przypuszczać, że demonstracyjne kroki Arabii Saudyjskiej w kierunku rozszerzenia współpracy z Rosją — takie jak wprowadzenie ruchu bezwizowego — należy uznać za osłodzenie gorzkiej pigułki, którą OPEC+ podała Moskwie.

onet.pl\The Moscow Times


Jeśli spojrzeć na aktualne statystyki Rosstatu (czyli za okres wrzesień–październik), serce się raduje. Średnia pensja w Rosji we wrześniu wyniosła 96 tys.182 rubli (4539 zł). Indeks cen konsumpcyjnych (IPC) w październiku wyniósł zaledwie 4,81 proc., czyli prawie tyle, ile wynosi wartość docelowa określona przez bank centralny (4 proc.). Bezrobocie we wrześniu ukształtowało się na poziomie 2,2 proc. Z tych danych nasuwa się jednoznaczny wniosek — życie rosyjskich obywateli staje się coraz lepsze i radośniejsze!

Tak też uważa bank centralny w Rosji. Dynamika dochodów rosyjskich gospodarstw domowych w latach 2022-2024 pokazuje, że życie nie tylko staje się lepsze, ale też bardziej sprawiedliwe. Bo oceńcie sami — co dwa lata regulator przeprowadza badanie panelowe tych samych gospodarstw domowych. I oto po trzech latach wojny w Ukrainie realne (z uwzględnieniem inflacji) dochody pieniężne tych gospodarstw domowych wzrosły u 65 proc. badanych gospodarstw.

Co ważniejsze — najbardziej znaczący wzrost (sięgający ponad 50 proc.) odnotowano wśród gospodarstw domowych o niższych dochodach. Spadek dochodów w ujęciu realnym (o ponad 10 proc.) częściej dotyczył zaś gospodarstw zamożniejszych. Czyli biedni stają się bogaci, a bogaci biednieją. Czyż dla zwykłego człowieka nie jest to powód do radości?

(...)

Zacznijmy od Rosstatu. Wynagrodzenia w Rosji rzeczywiście wzrosły, ale Instytut Ekonomiczny Rosyjskiej Akademii Nauk przyjrzał się zmianom udziału wynagrodzeń w PKB i odkrył, że... zmniejszył się on w porównaniu z latami 2016-17. Wtedy wynosił prawie 48 proc., obecnie — 43,9 proc. Owszem, od 2022 r. udział ten wzrósł, ale jest to wzrost regeneracyjny po silnym spadku w latach 2020–2022. Obecnie udział wynagrodzeń w PKB dorównał poziomowi z 2011 r. Mówiąc prościej, zwracają to, czego wcześniej nie wypłacili — ale nie wszystko i nie wszystkim.

Teraz przyjrzyjmy się średniej wysokości wynagrodzenia. 96 tys. 182 rubli (4543 zł) — to dużo czy mało? Oto dane z raportu firmy Nielsen badającej sektor konsumencki — 27 proc. osób o dochodach 90–150 tys. rubli (4251-7085 zł) miesięcznie (a w Moskwie 37 proc. takich rodzin) przyznaje, że robi zakupy w superdyskontach typu Swetofor lub Fix Price. Innymi słowy — średnia pensja wyznacza poziom, przy którym ludzie muszą kupować żywność w sklepach z paletami zamiast półek, a po ubrania "nurkować" w metalowych koszykach.

Kiedyś za "biedny" uważano Auchan, który w porównaniu z tymi sklepami wygląda po prostu jak segment premium. Jeszcze bardziej wymowna jest mapa wydatków Rosjan w poszczególnych regionach — nierówności są absolutnie potworne.

(...)

Przyjrzyjmy się jeszcze raz uważnie sporządzonemu przezeń raportowi. "Spadek dochodów w ujęciu realnym (o ponad 10 proc.) częściej dotyczył zamożnych gospodarstw domowych" — tak można w nim przeczytać. Kto jednak w Rosji jest zamożny? To rodziny o dochodach od 315 tys. rubli (14,9 tys.) miesięcznie. Rozumiecie?

Nie chodzi o naprawdę bogatych — oni nigdy nie wezmą udziału w jakichś badaniach. W rzeczywistości chodzi o klasę średnią. O drobnych przedsiębiorców czy wysoko wykwalifikowanych specjalistów — ale nie o szefów ani menedżerowów najwyższego szczebla, nie mówiąc już o naprawdę bogatych ludziach. To ci pierwsi tak naprawdę odnotowują spadek dochodów. Co więc w rzeczywistości odnotował rosyjski bank centralny? Wygląda na to, że redystrybucję dochodów od średnio wykształconej klasy do najbiedniejszych, najbardziej marginalizowanych warstw społecznych.

(...)

Obecnie czasy są oczywiście bardziej humanitarne — przeciwników nie rozstrzeliwuje się, nie wysyła się na ulice, aby się zemścić. Po prostu sprawia się, że ich pensje rosną znacznie wolniej od inflacji. Ale znowu: ci, którzy pracują w przemyśle obronnym (lub w produkcji środków inwigilacji obywateli) albo w propagandzie, mają "pełen zestaw" przywilejów. Wysokie pensje, zwolnienie z mobilizacji i cokolwiek tylko zechcą. Najważniejsze, żeby pomogli zapewnić Rosji zwycięstwo nad Ukrainą i nad niezadowolonymi obywatelami. Na nich nie wydaje się więcej pieniędzy — wręcz przeciwnie. Przypomnę — udział wynagrodzeń w PKB spadł w porównaniu z czasami prosperity.

Ze wzbogaconymi "proletariuszami" też jednak nie wszystko jest w porządku. Ponownie zacytuję raport rosyjskiego banku centralnego: "w grupie gospodarstw domowych o najwyższym tempie wzrostu dochodów gwałtownie wzrosło zapotrzebowanie na dobra trwałe, a także wzrósł odsetek gospodarstw domowych z zadłużeniem z tytułu kredytów hipotecznych". Oznacza to, że po otrzymaniu dodatku w wysokości — powiedzmy — 100 tys. rubli (4,7 tys. zł), najbiedniejsze gospodarstwa domowe natychmiast zaciągają kredyty. Kupują za to iPhone'y i samochody, sprzęt AGD, elektronikę i mieszkania.

Oznacza to, że nie tylko wydają swoje obecne dochody, ale liczą też na to, że nie spadną one w przyszłości. Jeśli zaciągnęli kredyt hipoteczny, to wierzą w to, że będą zarabiać mniej więcej tyle samo przez kolejne 20-30 lat.

Trudno winić ludzi za nieprzemyślane zachowanie — niższe warstwy społeczne były przez długi czas pozbawione nie tylko przedmiotów luksusowych, ale także tych zapewniających warunki życia, które miała klasa średnia, w tym mowa o przyzwoitych mieszkaniach. W Rosji istnieje ogromna nierówność w zakresie mieszkalnictwa: 10 proc. najbogatszych Rosjan posiada prawie połowę całego majątku mieszkaniowego (44,6 proc. w 2022 r.). 20 proc. Rosjan o najwyższych dochodach dzierży prawie dwie trzecie majątku mieszkaniowego (62,6 proc.).

I to jeśli liczyć tylko metry kwadratowe, a nie jakość mieszkań i infrastrukturę z nimi związaną. W rezultacie powstaje niebezpieczna sytuacja — w przypadku ochłodzenia rynku pracy i zakończenia działań wojennych ogromna masa osób, które przeszły z całkowitej nędzy do mniej więcej "przyzwoitej" biedy, nie tylko do niej wróci, ale i skończy z długami. Nie bez powodu rosyjski bank centralny tak uporczywie naciskał i naciska na banki, zmuszając je do zmniejszenia liczby udzielanych kredytów i zaostrzenia warunków ich świadczenia.

onet.pl\The Moscow Times


Wydatki federalnego budżetu Rosji na cele wojskowe w okresie styczeń–wrzesień 2025 r. osiągnęły nowy rekord — 11 trylionów 854 bln rubli [ok. 545 mld zł]. To obliczenia oparte na danych Ministerstwa Finansów przeprowadzone przez naukowca niemieckiego Instytutu Problemów Bezpieczeństwa Międzynarodowego, Janisa Kluge.

W porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku wydatki na armię i produkcję broni wzrosły o kolejne 30 proc. czyli o 2 tryliony 763 biliony rubli [ok. 127 mld zł].

W stosunku do poziomów z 2023 r. budżet wojskowy Federacji Rosyjskiej urósł o 95 proc. , a w porównaniu z 2022 r. — o 173 proc. W porównaniu z czasami sprzed wojny w 2021 r. wzrost ten wynosi aż 295 proc. , czyli prawie czterokrotnie.

(...)

Średnio "wojskowa machina" Kremla pochłaniała ponad 1 trylion rubli miesięcznie [ok. 60 mld zł], i ok. 40 mld rubli dziennie [ok. 2 mld zł], co daje ok. 2 mld rubli na godzinę [ok. 87 mln zł].

Ponad połowa (59 proc. ) rosyjskiego budżetu wojskowego jest zaczerniona i tajna. Z danych Kluge wynika, że w trzech kwartałach przez jawne pozycje obronne wydano ponad 4 tryliony rubli [ok. 222 mld zł], a przez pozycje zamknięte — ok. 7 trylionów rubli [ok. 325 mld zł].

W porównaniu z rokiem ubiegłym "cienki" budżet na wojsko zwiększył się o 39 proc., a w porównaniu z okresem sprzed wojny jest pięć razy większy.

Na samą wojnę Kreml kieruje już 44 proc. wszystkich zebranych podatków federalnych oraz 39 proc. całkowitych wydatków państwa. To proporcje niespotykane we współczesnej historii Rosji — oba wskaźniki biją dotychczasowe rekordy i pokazują, jak ogromną część publicznych pieniędzy pochłania dziś wojenny wysiłek. W praktyce oznacza to, że niemal co drugi rubel z podatków trafia na front lub na utrzymanie aparatu militarnego.

Dla porównania: rok wcześniej było to odpowiednio 39 proc. i 36 proc., a w 2021 r. — tylko 18,4 proc. i 19 proc.

Według obliczeń Kluge od początku 2022 r. wojna z Ukrainą kosztowała rosyjskich podatników ponad 42 tryliony rubli (ok. 1.87 biliona PLN), czyli równowartość:
  • 24 rocznych budżetów całego systemu szkolnictwa wyższego w Rosji,
  • 22 lat wydatków federalnych na służbę zdrowia
  • i prawie 80 rocznych budżetów bogatych regionów, takich jak obwód swierdłowski lub kraj krasnodarski.
W projekcie budżetu na 2026 r. rząd zaplanował prawie 13 trylionów rubli [ok. 600 mld zł] na "obronę narodową" oraz kolejne prawie 4 tryliony rubli [ok. 180 mld zł] na "bezpieczeństwo narodowe" — w tym wydatki na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, Gwardię Narodową, służby specjalne i system Rosyjskiej Federalnej Służby Więziennej.

Łącznie siłówki otrzymają ok. 17 trylionów rubli (ok. 776 mld zł), czyli 38 proc. całego budżetu. To gigantyczny skok wobec czasów sprzed wojny: w 2021 r. udział wydatków na wojsko i służby wynosił 24 proc., a więc teraz rośnie aż 1,6-krotnie. Innymi słowy, Rosja przeznacza na aparat siłowy większą część budżetu niż kiedykolwiek w ostatnich dekadach, wyraźnie przestawiając państwo na tor permanentnej mobilizacji.

Udział wydatków społecznych skurczy się do 25,1 proc. budżetu (z 38,1 proc. przed wojną), a wydatków na wsparcie krajowej gospodarki — do 10,9 proc. (z 17,6 proc. przed wojną).

(...)

Nawet jeśli rozmowy pokojowe dotyczące wojny w Ukrainie zakończą się powodzeniem, Kreml nie zamierza wyraźnie zmniejszać nakładów na wojsko.

Z sygnałów płynących z otoczenia władzy wynika, że rosyjskie struktury siłowe pozostaną priorytetem, a poziom finansowania armii — mimo ewentualnego wygaszenia działań zbrojnych — nadal będzie utrzymywany na wyjątkowo wysokim poziomie.

— Naboje i drony i tak trzeba będzie produkować, choćby w mniejszej skali. Konfrontacja będzie trwała, armia i wydatki na zbrojenia pozostaną wysokie, bo i Zachód je zwiększa — powiedziało agencji Reutera źródło bliskie rządu.

W przypadku zakończenia aktywnej fazy walk budżet wojskowy może się zacząć zmniejszać od 2027 r., ale — jak podkreślił rozmówca Reutersa — nie należy się spodziewać powrotu do poziomów sprzed 2022 r.

onet.pl\The Moscow Times


Demonstratywnie lewicowy reżim Chavez-Maduro wygnał z Wenezueli Amerykanów wraz z ich technologiami, kapitałem i doświadczeniem, a generałowie, którzy ogłosili się naftowcami, wraz z baronami narkotykowymi doprowadzili branżę do opłakanego stanu. Stanom Zjednoczonym wenezuelska ropa by nie przeszkadzała — jest jej nie tylko dużo, jest gęsta i lepka i mogłaby pomóc w stabilizacji asortymentu amerykańskich produktów naftowych.

Zapotrzebowanie na ciężkie gatunki surowca, z których uzyskuje się wysoki procent np. oleju napędowego, wynika z faktu, że wydobywana obecnie w USA ropa należy głównie do lekkich gatunków o niskiej zawartości siarki. Amerykanie są zmuszeni importować ciężką ropę z Kanady i innych krajów, w tym państw arabskich.

Wydawałoby się, że kontrola nad ogromnymi zasobami Wenezueli jest wystarczającym powodem do wywierania presji militarnej na wenezuelski reżim, ale sprawa nie jest taka prosta.

Po pierwsze, wydobycie w Wenezueli jest w tak złym stanie, że przywrócenie poprzednich poziomów — a tym bardziej zwiększenie produkcji i eksportu — zajmie wiele lat. Trump po prostu nie zdąży nacieszyć się rzeczywistymi korzyściami handlowymi wynikającymi z przejęcia kontroli, a wizerunek obecnego przywódcy USA pozostaje niemal głównym bodźcem jego działań w polityce zagranicznej.

Ponadto działania wojskowe na terytorium Wenezueli mogą nie tylko się przedłużyć, ale także wywołać opór zwolenników Maduro. Wojna partyzancka w dżungli nie wydaje się najbardziej atrakcyjnym tłem dla ogłoszenia triumfu w Waszyngtonie.

Biorąc pod uwagę te okoliczności, na pierwszy plan w analizie działań administracji USA wobec Wenezueli wysuwa się inny czynnik związany z ropą naftową.

Sądząc po zachowaniu, Trump podejmuje desperacką próbę powstrzymania zapowiadającego się spadku światowych cen ropy. Nie jest to już pierwsza taka próba.

W połowie października cena baryłki amerykańskiej ropy WTI spadła poniżej 57 dol. (205 zł). Nie mogło to nie wywołać niepokoju amerykańskich producentów ropy. Aby utrzymać poziom wydobycia na uruchomionych już polach naftowych, wystarczy, że koszty operacyjne wynoszą mniej niż 10-15 dol. (35-53 zł) za baryłkę, by pozostać na plusie. Rozpoczęcie nowych projektów wymaga znacznych nakładów kapitałowych, a banki mogą nie udzielić finansowania, jeśli uznają, że w dającej się przewidzieć przyszłości cena baryłki będzie zbyt niska 45 dol. (161 zł).

Kiedy Trump otrzymał od branży informacje o zbliżającym się zagrożeniu dla firm wydobywczych, zmienił swoją strategię nieszkodzenia reżimowi Putina i po raz pierwszy w całej swojej kadencji ogłosił sankcje wobec Rosnieftu i Łukoilu.

Jednocześnie administracja Białego Domu zainicjowała kampanię w mediach, starając się przekonać świat, że takie sankcje uderzają w 50 proc. rosyjskiego eksportu ropy. Aluzja była oczywista: należy spodziewać się deficytu rynkowego, a tym samym powrotu cen do akceptowalnego dla Amerykanów przedziału.

Efekt okazał się krótkotrwały. Przepływ ropy z Rosji się nie zmniejszył (zamiast dwóch "ukaranych" firm eksportem tych samych ilości zajęli się ich koledzy). Nadwyżka podaży nad popytem nigdzie nie zniknęła, a ceny, które na jakiś czas podskoczyły, powróciły na ścieżkę spadkową.

Presja na Wenezuelę była drugą próbą ratowania amerykańskiego przemysłu naftowego przed perspektywą niedofinansowania z powodu niskich cen. Najważniejsze znaczenie miało ogłoszenie całkowitego embarga na eksport ropy z tego kraju, a nie demonstracja siły militarnej u jego wybrzeży.

Reakcja rynku nie była jednak taka, jakiej można było oczekiwać w Stanach Zjednoczonych. Po ogłoszeniu przez Trumpa, że wszystkie płynące do Wenezueli tankowce zostaną zatrzymane, cena baryłki rzeczywiście wzrosła od razu o ponad 2 proc. Można jednak przypuszczać, że taki skok, podobnie jak w przypadku sankcji wobec dwóch rosyjskich firm, będzie stosunkowo krótkotrwały. Nawet jeśli eksport z Wenezueli rzeczywiście zostanie wstrzymany, nadwyżka podaży nigdzie nie zniknie.

(...)

Najwyraźniej Trump będzie musiał poszukać innych środków nacisku, aby pomóc OPEC w stabilizacji cen.

Michaił Krutichin

oney.pl\The Moscow Times


W pierwszych 11 miesiącach tego roku nadwyżka Chin w wymianie towarowej sięgnęła 1,08 bln USD. To o ponad 22 proc. więcej niż w takim samym okresie poprzedniego roku i o niemal 9 proc. więcej niż w całym 2024 r., który dotychczas był pod tym względem rekordowy. To również więcej, niż wyniesie w tym roku PKB Polski, czyli – w uproszczeniu – całkowita wartość finalnych towarów i usług wytworzonych nad Wisłą.

Puchnąca nadwyżka handlowa Chin to następstwo tego, że tamtejszy eksport rośnie w szybkim tempie pomimo drastycznego wzrostu ceł w USA, podczas gdy import maleje. W tym roku, do końca listopada, chińscy producenci sprzedali za granicą towary o wartości (w dolarach) o 5,4 proc. większej niż w takim samym okresie poprzedniego roku. W tym czasie wartość chińskiego importu zmalała o 0,6 proc. rok do roku, choć w ostatnich miesiącach zaczęła powoli rosnąć.

Powyższe dane, opublikowane niedawno przez chińską administrację celną, świadczą o tym, że tamtejsi producenci byli w stanie przekierować sprzedaż z USA na inne rynki. Bezpośredni eksport towarów do Stanów Zjednoczonych, gdzie efektywna stawka celna (czyli średnia stawka ważona strukturą importu) na chińskie produkty sięga 40 proc., czterokrotnie więcej niż rok wcześniej, w pierwszych 11 miesiącach 2025 r. zmalał o 19 proc. rok do roku. W tym czasie eksport do Unii Europejskiej wzrósł o ponad 8 proc., a do państw ASEAN (Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej) o około 12 proc.

(...)

"Próbuję Chińczykom tłumaczyć, że ich nadwyżka handlowa jest nie do utrzymania na dłuższą metę, ponieważ oznacza, że Chiny zabijają swoich własnych klientów w ten sposób, że już niemal nic od nas nie kupują" – mówił Macron w wywiadzie dla "Les Echos".

Wypowiedź francuskiego prezydenta dobrze oddaje istotę problemu. Zagrożeniem dla Europy nie jest szybki wzrost chińskiego eksportu, tylko to, że nie towarzyszy mu wzrost popytu w Chinach. Inaczej mówiąc, nadwyżka handlowa jest nie tyle przejawem siły chińskiej gospodarki, co jej słabości, którą zarazić może inne części globu. Tamtejsi producenci podbijają zagraniczne rynki nie dlatego, że są nadzwyczaj konkurencyjni, tylko dlatego, że ich towarów nie chcą krajowi nabywcy. I to pomimo obniżek cen, które utrzymują się już od ponad trzech lat (wskaźnik cen produkcji sprzedanej chińskiego przemysłu w listopadzie był o 8 proc. niższy niż w tym samym miesiącu 2022 r.).

Zjawisko to doskonale widać właśnie w branży motoryzacyjnej, istotnej dla Europy. W pierwszych 11 miesiącach roku eksport samochodów z Chin zwiększył się o niemal 17 proc. rok do roku, podczas gdy import aut tąpnął o ponad 38 proc. Mimo to, jak wskazują ekonomiści z banku ING, chińscy producenci samochodów wykorzystują moce produkcyjne w niespełna 75 proc. Niektóre inne gałęzie przemysłu są w nawet gorszym położeniu.

Niski poziom wykorzystania mocy wytwórczych oznacza, że nawet dalszy ekspresowy wzrost eksportu, o który – choćby z powodów politycznych - będzie coraz trudniej, nie sprawi, że chińskie fabryki będą działały na pełnych obrotach. Nie będą więc skłonne do inwestycji, zwiększania zatrudnienia i podwyżek płac. To zaś jest konieczne, aby wyrwać chińską gospodarkę z błędnego koła, w którym się znalazła przede wszystkim w wyniku załamania na rynku nieruchomości.

Sprzedaż mieszkań w Państwie Środka od szczytu sprzed kilku lat zmalała już o ponad połowę. Za tym poszły ich ceny, co podkopało finanse gospodarstw domowych, szczególnie tych, które kupiły nieruchomość na kredyt. Konsekwencją są słabe nastroje konsumentów i stagnacja ich popytu. W listopadzie sprzedaż detaliczna w Chinach wzrosła o zaledwie 1,3 proc. rok do roku, najmniej we współczesnej historii, pomijając okres pandemii COVID19. Załamanie na rynku nieruchomości ciągnie też w dół inwestycje, i to nie tylko w budynki. W ostatnich miesiącach maleć zaczęły również nakłady brutto na środki trwałe w przemyśle oraz w sektorze publicznym. To m.in. konsekwencja problemów tych gałęzi przemysłu, które zaopatrywały budownictwo.

(...)

– Nadeszła pora, aby Pekin zdał sobie sprawę z tego, że olbrzymia nadwyżka w handlu towarami jest nie do utrzymania. Powinien pozwolić na stopniowe, ale konsekwentne umocnienie swojej waluty na przestrzeni około pięciu lat, aby podbić chiński import i dać oddech konkurentom z Europy, USA i innych państw – napisał w niedawnej analizie James Kynge, analityk z think-tanku Chatham House. – Jeśli to nie nastąpi, na Zachodzie narastały będą protekcjonistyczne nastroje, co poskutkuje wzrostem ceł i innych barier handlowych tamujących napływ chińskich towarów – dodał. Podobne głosy słychać też w samych Chinach, co sprawia, że wielu ekonomistów w prognozach na przyszły rok uwzględnia pakiet stymulacyjny w Państwie Środka.

To sugeruje, że UE nie musi spieszyć się z otwieraniem nowego frontu wojny handlowej zapoczątkowanej przez Trumpa. Są też inne powody, aby chińską nadwyżką handlową póki co nadmiernie się nie przejmować.

Przede wszystkim dane dotyczące wymiany handlowej Chin, jak wiele innych tamtejszych statystyk, nie są w pełni przejrzyste. Nadwyżka w handlu towarami, która według administracji celnej już w 2024 r. była bliska 1 bln USD, według Banku Światowego wynosiła niespełna 800 mld USD. To gigantyczna kwota, ale Chiny są gigantyczną gospodarką. Taka nadwyżka odpowiadała około 2,9 proc. PKB Chin. Większe nadwyżki, relatywnie do wielkości gospodarki, mają niektóre państwa UE, choćby Niemcy. Saldo wymiany zagranicznej Chin jest zaś jeszcze mniejsze, jeśli uwzględnić też usługi. W handlu usługami Państwo Środka konsekwentnie ma bowiem głęboki deficyt. W ubiegłym roku, według danych Banku Światowego, przekraczał on 220 mld USD.

money.pl