Najpierw, w grudniu 2023 r., nowa władza siłowo przejęła media publiczne w tym TVP, konsolidując polityków PiS wokół protestów w obronie tępej propagandy spod znaku Kurskiego. Potem, w styczniu 2024 r., szef MSWiA Marcin Kierwiński wysłał policję, by podstępem zatrzymała w Pałacu Prezydenckim ukrywających się przed odsiadką posłów PiS Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika — i znów PiS-owcy musieli się na siłę zjednoczyć, organizując protesty pod ich więzieniami.
Te kilka pierwszych tygodni po zmianie władzy Kaczyński przetrwał głównie dzięki takiej mobilizacji partii, wymuszonej działaniami Tuska. Uciekł spod topora — bo wszak było wiadomo, że w PiS buzuje i jest wielu niezadowolonych z porażki wyborczej.
Drugi raz Kaczyńskiemu udało się przy okazji wyborów prezydenckich. Nie postawił na żadnego z liderów partyjnych frakcji, tylko na kandydata znikąd. Ryzykował — w razie porażki Karola Nawrockiego, PiS straciłoby ostatnie przyczółki władzy i w partii mogłoby dojść do wewnętrznej wojny. Nawrocki jednak wygrał, co — znów — powstrzymało buntowników, którzy musieli nieszczerze wychwalać geniusz strategiczny prezesa. I gdy się wydawało, że wygrana Nawrockiego otwiera Kaczyńskiemu drogę do władzy, w PiS zaczęła się wojna na całego.
Wyłoniły się dwie duże frakcje, a kluczowe było to, że sojusz zawiązali wrogowie Morawieckiego — to właśnie "maślarze", których łączy głównie pragnienie wyrzucenia go z partii. Rzecz jasna, powiedzieć tego głośno nie mogą, więc postępują inaczej.
Krytykują działania rządu Morawieckiego, przekonując, że to one doprowadziły do utraty władzy. Chodzi przede wszystkim o politykę wobec UE, którą uważają za zbyt ugodową. Za czasów Morawieckiego przyjęty został m.in. Zielony Ład oraz ruszyły negocjacje umowy handlowej z Ameryką Południową (Mercosur) — oba projekty są krytykowane na wsi. Do tego dochodzą ustępstwa Morawieckiego wobec Brukseli w kwestiach sądownictwa — nie zawetował budżetu Unii, w którym wypłata środków pomocowych została uzależniona od spełnienia kryteriów praworządności, czyli m.in. niezależności sędziów od władzy politycznej.
Pal licho, że to hipokryzja — bo wszyscy "maślarze" byli w rządzie Morawieckiego. Sasin był wicepremierem od spółek państwowych, Czarnek był ministrem edukacji i nauki, Bocheński zaś był wojewodą. Jedynym z tego grona, który krytykował Morawieckiego, był Patryk Jaki, który był m.in. wiceministrem sprawiedliwości.
Tyle że wówczas Jaki był w partii Ziobry, a ziobryści prowadzili otwartą wojnę z Morawieckim — bili się o reformy sądowe i politykę wobec UE, choć tak naprawdę chodziło o to, żeby to ich lider mógł przejąć przywództwo na prawicy po Kaczyńskim. Dziś Ziobro jest ściganym przez prokuraturę uciekinierem i nie liczy się w grze — dlatego jego ludzie wspierają "maślarzy".
Inna rzecz, że za większością kluczowych decyzji jako premiera Morawieckiego stał Kaczyński — co rzecz jasna "maślarze" wiedzą. Ale wiedzą również, że z dzisiejszej perspektywy Kaczyński krytycznie ocenia politykę unijną rządów PiS, a prezes ma tendencję do zwalania odpowiedzialności za swe porażki na barki innych. I liczą właśnie na to, że będą to barki Morawieckiego.
Na tym tle doszło do otwartego starcia obu frakcji w piątek wieczorem na Nowogrodzkiej, podczas spotkania, które zarządził Kaczyński. To nie była zwyczajna narada partyjnego kierownictwa. To był sąd nad Morawieckim. Prawie całe kierownictwo partii było przeciw niemu. Tylko Piotr Gliński i Ryszard Terlecki bronili Morawieckiego — byli osamotnieni.
Na spotkanie "maślarze" przyszli dobrze przygotowani. Przynieśli ze sobą analizy sondażowe, w tym przede wszystkim dane z exit poll po ostatnich wyborach. Ich celem było wykazanie, że elektorat PiS nie przesuwa się ku centrum, lecz odpływa w prawo — w stronę Konfederacji i Brauna. W ich wersji nie istnieje dziś umiarkowany, centrowy wyborca, którego PiS mógłby pozyskać. Istnieje natomiast wyborca wyraźnie prawicowy, coraz bardziej podatny na ofertę ugrupowań radykalniejszych. W tym sensie — argumentowali — kojarzona z Morawieckim strategia oparta na łagodzeniu przekazu jest politycznym złudzeniem.
Co więcej — "maślarze" przedstawili także analizy aktywności w mediach społecznościowych. Zwracali uwagę na profile, które — ich zdaniem — regularnie wspierają "margaryniarzy". "Maślarze" skarżyli się, że padają ofiarą ataków z takich kont. W ich ocenie to efekt zorganizowanej aktywności ludzi związanych z frakcją Morawieckiego.
To, że były premier ostentacyjnie się na tym partyjnym sądzie nie pojawił, dla jego wrogów miało znaczenie symboliczne. Ale Morawiecki zrobił to celowo — wiedział, że ma we władzach PiS mniejszość. Zdawał sobie sprawę, że "maślarze" go rozjadą, co skończy się awanturą i upokarzającymi dla niego przeciekami do mediów. Wybrał unik. Ale to znaczy, że starcie będzie mieć ciąg dalszy. Musi mieć.
"Maślarze" są mistrzami hipokryzji. Twierdzą, że skoro na znaczeniu zyskuje skrajna prawica, to PiS musi iść na prawo, by walczyć z Konfederacją i Braunem, ale też by w razie czego się z Konfederacją i Braunem dogadać.
O ile Czarnek czy Jaki — i inni ziobryści — rzeczywiście są radykałami, nieodległymi od konfederatów i przebąkującymi o pakcie z Braunem, to już Sasin czy Bocheński aż tak prawicowi nie są. Dość powiedzieć, że Sasin na początku swej kariery był związany z kręgami liberalnymi — choćby z Jackiem Taylorem z Unii Wolności. A Bocheński jest zwolennikiem dawnego kompromisu aborcyjnego — jego zdaniem zaostrzenie przepisów dotyczących przerywania ciąży przyczyniło się do porażki wyborczej PiS. Powiedzmy to sobie wprost — merytoryczne czy ideologiczne argumenty nie mają znaczenia. Chodzi o to, by znaleźć pretekst do wyeliminowania Morawieckiego z walki o władzę w PiS.
Morawiecki tanio skóry nie sprzeda. Jego ludzie mówią, że powtarza im: "Za dużo czasu i pieniędzy zainwestowałem w PiS, by poddać się bez walki". Każe "margaryniarzom" zaciskać zęby i nie dać się wypchnąć z PiS. Jednocześnie jednak przygotowuje warianty alternatywne. Jak słyszymy, jego ludzie zaczęli poufne spotkania z politykami innych partii.
Z jednej strony wiemy o tym, że Morawiecki wysyła emisariuszy do PSL. Z drugiej słyszymy, że utrzymuje dobre relacje z ministrą od unijnych funduszy Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, która ma największe szanse na przejęcie władzy w Polsce 2050. Tak się składa, że i PSL i Polska 2050 myślą o tym, z kim się związać, żeby w wyborach za dwa lata przekroczyć próg wyborczy. Morawiecki też zaczyna o tym myśleć.
(...)
Pytanie jest jednak takie, czy Kaczyński wciąż ma tyle siły, by spacyfikować Morawieckiego lub też się go pozbyć. Pozycja prezesa w partii jest słabsza, czego dowodem są właśnie wojny, nad którymi nie ma kontroli i których nie potrafi wyciszyć.
Ale przede wszystkim — Kaczyński nigdy nie był tak słaby, biorąc pod uwagę całą prawicę. Dziś PiS zajmuje mniej więcej połowę prawicowej sceny politycznej. Z jednej strony znaczy to tyle, że da się żyć na prawicy poza PiS i w kontrze do PiS. Z drugiej — widać wyraźnie, że jeśli PiS kiedykolwiek powróci do władzy, to tylko w koalicji z radykalnymi prawicowymi partiami. To dla umiarkowanego Morawieckiego bardzo trudna sytuacja.
Mówiąc wprost: wielu polityków PiS przygotowuje się do koalicji z Konfederacją lub Braunem. Wspominaliśmy w "Stanie Wyjątkowym" o tym, że PiS-owcy stoją w kolejkach do audiencji w europarlamentarnym biurze Brauna — są w tym gronie m.in. Daniel Obajtek i Michał Dworczyk. Kolejkowicze próbują nawiązać takie relacje z Braunem, by po wyborach mieć przewagę nad partyjnymi konkurentami i uczestniczyć w rozmowach o wspólnym rządzeniu. Dworczyk — prawa ręka Morawieckiego, persona nr 2 wśród "margaryniarzy" — na razie niewiele wskórał.
Dla Brauna rządy Morawieckiego to czas kataklizmu. Jego partia Korona wydała właśnie oświadczenie, w którym zaatakowała byłego premiera.
"Konfederacja Korony Polskiej z zaskoczeniem przyjmuje informację, że w gronie osób wyznaczonych przez Prawo i Sprawiedliwość do prac programowych na nowy sezon polityczny znaleźli się politycy, którzy — w naszej ocenie — ponoszą współodpowiedzialność za liczne błędy popełnione m.in. podczas zarządzania kryzysem covidowym w latach 2020 –2022. […] W okresie od marca 2020 do lutego 2022 — w czasie działalności rządu Mateusza Morawieckiego — zmarło około 250 tys. Polaków. Odeszli oni z tego świata m.in. z powodu zablokowania kontaktu z lekarzami, zamknięcia ich w aresztach domowych zwanych "kwarantannami" oraz rządowej propagandy strachu".
Jednocześnie partia Brauna pochwaliła PiS za to, że Morawieckiego marginalizuje. "Dla Konfederacji Korony Polskiej potwierdzeniem słuszności naszych wniosków jest wstydliwe wycofanie z prac programowych byłego premiera Mateusza Morawieckiego, przywódcy polityki PiS w czasie covidowym."
onet.pl