piątek, 31 października 2025



Wywiad Wojskowy Ukrainy podał, że podpułkownik Weniamin Władimirowicz Mazżerin "został zlikwidowany" w azjatyckiej części Rosji, daleko od linii frontu. "25 października 2025 roku na terytorium obwodu kemerowskiego państwa-agresora Federacji Rosyjskiej eksplodował samochód, za którego kierownicą znajdował się zbrodniarz wojenny Weniamin Władimirowicz Mazżerin" - przekazali Ukraińcy. I dodali: "Sprawiedliwa kara". 45-letni wojskowy był zamieszany w zbrodnie wojenne w Buczy i innych podkijowskich miejscowościach. Do komunikatu dołączono nagranie, które rozpoczynają sie zdjęciami z Buczy, z 2022 roku, gdzie Rosjanie dokonywali masowych zabójstw na cywilach. Są też ujęcia Mazżerina. Pod koniec materiału widać wojskowego, który prowadzi samochód. Po chwili ten sam samochód wylatuje w powietrze. 

gazeta.pl


Biorąc pod uwagę to, jak odległy do faktów jest wpis Trumpa, należy go traktować z dystansem. Jednak nie zmienia to faktu, że prezydent USA pisze, iż nakazał "natychmiastowe wznowienie testów broni jądrowej". Na pewno wywoła to reakcje w Chinach i Rosji, choć formalnie testy nie są zakazane. W 1996 roku ONZ uchwaliło traktat o całkowitym zakazie prób jądrowych i między innymi Chiny, Rosja oraz USA go podpisały, ale potem nie ratyfikowały. Porozumienie faktycznie jest więc nieskuteczne.

Niezależnie od tego Amerykanie sami w 1992 roku zawiesili testy jądrowe na mocy moratorium ogłoszonego jednostronnie przez prezydenta George H. Busha. Rosja zrobiła to samo rok wcześniej, po tym jak już raz w latach 80. jeszcze jako ZSRR, ogłosiła takie moratorium i próbowała do analogicznego bezskutecznie przekonać Amerykanów. Udało się dopiero po zakończeniu zimnej wojny. Chińczycy ogłosili zakończenie swoich testów w 1996 roku. Wszystkie aktualnie największe mocarstwa jądrowe zaprzestały swoich prób na mocy jednostronnych decyzji. Wszystkie mogą je więc jednostronnie odwiesić i wznowić testy. Na przykład w 1992 roku, kiedy Bush ogłosił moratorium, na poligonie w Nevadzie trwały przygotowania do kolejnych niewielkich podziemnych eksplozji jądrowych. Wiele kluczowych elementów infrastruktury zakonserwowano i pozostawiono w miejscu. Pisaliśmy o tym szczegółowo. USA teoretycznie zachowały więc potencjał do względnie szybkiego odtworzenia programu testów. Okresowo wracają dyskusje na ten temat.

Podstawowe pytanie jednak jest: Po co? Część ekspertów w krótkich komentarzach w sieci podkreśla, w tym wspomniany Kristensen, że byłoby to głupie w sytuacji USA. Amerykanie mają bezsprzecznie największą wiedzę praktyczną na temat broni jądrowej. Ich program badawczy w tej dziedzinie był najdłuższy, największy (1030 testów) i najlepiej finansowany ze wszystkich mocarstw. Zgromadzili więc najwięcej danych, które teraz mogą wprowadzać do superkomputerów celem symulacji eksplozji termojądrowych i działania głowic oraz ich elementów. W ten sposób od lat 90. wszystkie mocarstwa "testują" swoją broń masowego rażenia. Wirtualnie. Tylko jakość tych symulacji wprost zależy od jakości wprowadzonych na początku danych. Amerykanie, mając ich największą i najlepszą bazę są więc na bardzo dobrej pozycji względem np. Chin, które w porównaniu z nimi miały mikry program testów jądrowych (45 detonacji), na dodatek wykorzystujący znacznie gorsze technologie badawcze.

Powszechnie uznaje się więc, że USA mają najlepiej dopracowane głowice termojądrowe. W całej tej kwestii nie chodzi bowiem o sprawdzanie, czy broń jądrowa działa. To już wiadomo. Chodzi o opracowywanie jak najbardziej zminiaturyzowanych i niezawodnych głowic, a do tego okresowe sprawdzanie, czy na przykład wyprodukowane dekady wcześniej inicjatory eksplozji działają jak powinny. Nie trzeba do tego ogromnych detonacji w powietrzu jak w latach 1940-60. Większość testów jądrowych w ostatnim okresie zimnej wojny miała miejsce głęboko pod ziemią i były niewielkie. Można przypuszczać, że gdyby je teraz wznowiono, wyglądałyby podobnie. Tylko zdaniem ekspertów najwięcej zyskałyby na tym Chiny. Mogłyby zasypać przepaść wiedzy dzielącą je od USA i Rosji. Teraz mają bowiem technologie i środki do prowadzenia programu badawczego na najwyższym poziomie.

gazeta.pl

czwartek, 30 października 2025



Jako prezes i dyrektor wykonawczy General Electric w latach 1981–2001, a więc przez dwie dekady, które ukształtowały świat, w jakim żyjemy, Jack Welch wywierał bezprecedensowy wpływ na amerykański kapitalizm. U szczytu kariery, kiedy był szefem jednej z najpotężniejszych firm w kraju, był wysławiany jako wizjoner. Dostrzegłszy szanse, jakie niosła globalizacja, szybko przekształcił GE w organizację zdolną do konkurowania na scenie światowej. Potrafił przewidywać bieg wydarzeń: w najwłaściwszym momencie popchnął GE ku branży medialnej i finansowej. Przede wszystkim rozumiał siłę giełdy – wykorzystywał potęgę i złożoność GE do wynagradzania szczęściarzy, którzy posiadali akcje firmy. Wyniki finansowe, jakie firma osiągała pod jego przywództwem, były niewątpliwie świetne. Za jego prezesury GE mógł się poszczycić przeciętnym rocznym wzrostem wartości akcji na poziomie około 21 proc., znacząco przewyższającym analogiczny wskaźnik dla indeksu S&P 500 – nawet w okresie największej hossy w historii. Gdy Welch przejmował GE, firma była warta 14 miliardów dolarów. Dwie dekady później jej wartość sięgała 600 miliardów, co czyniło z niej najdroższą firmę świata.

Ten wymierny sukces przysłaniał mroczną prawdę. Welch nie był – wbrew temu, co chciał, by o nim myślano – patrycjuszem biznesu o dobrym rozeznaniu i miłym charakterze. Nie był też kolejnym zręcznym menedżerem z talentem do interesów i golfa. Był raczej głodnym władzy, spragnionym pieniędzy zideologizowanym rewolucjonistą, którego głównym celem była maksymalizacja zysku kosztem wszystkiego. Zmiany, jakie zainicjował w GE, przekształciły firmę założoną przez Thomasa Edisona z podziwianego przemysłowego giganta, znanego ze znakomitej myśli technicznej i chwalebnych praktyk biznesowych, w rozrastający się na naszych oczach wielonarodowy konglomerat, który nie przejmował się pracownikami i był uzależniony od krótkoterminowych zysków. A my wszyscy bezmyślnie braliśmy w tym udział.

Przed Welchem przez pół wieku korporacje, pracownicy i rząd współistnieli we względnie harmonijnym stanie równowagi. Większość firm płaciła przyzwoite pensje. Pracownicy przykładali się do pracy. W zasadzie wszyscy płacili podatki. Regulacje prawne akceptowano jako niezbędne zabezpieczenia. Rząd inwestował w edukację i infrastrukturę. Nie wszystko było doskonałe – niewątpliwie występowały nierówności, lecz model ten sprawdzał się przez większość XX w., przyczyniając się do powstania zróżnicowanej, kwitnącej gospodarki i dobrze prosperującej klasy średniej.

Potem, w latach 70. XX w., rozpoczęły się ataki na ten ustalony porządek. Ekonomiści w rodzaju Miltona Friedmana na nowo definiowali cel istnienia korporacji i jej rolę w społeczeństwie, tworząc filozoficzne podłoże pod wywrócenie ekonomicznego porządku. Głosili, że firmy powinny za wszelką cenę maksymalizować zyski dla akcjonariuszy; rynki powinny być wolne; rządy nie powinny się wtrącać, a cała reszta społeczeństwa ma wziąć się w garść i powinna sama o siebie zadbać. Poglądy takie były anatemą powojennego modelu równowagi, który wydawał się działać bardzo dobrze, i początkowo trudno było im się przebić. Marzenie o nieograniczonych niczym rynkach i świecie, w którym najważniejszy był zysk, było tak radykalne, że przez dekadę pozostawało niemal wyłącznie teorią. Powstawały programy, traktaty naukowe i mowy, a niektórzy z głównych orędowników takiego poglądu zaczęli nawet dochodzić do władzy. Niemniej jednak do 1981 r. nikt nie wprowadził tej filozofii do praktyki. Nikt – dopóki nie pojawił się Welch.

Gdy Welch obejmował stery, dominowało poczucie, że coś w rodzaju rewolucji było nieuniknione. Każdy szef korporacji chce odcisnąć swoje piętno. Poza tym świat szybko się zmieniał w kierunku, który zmuszał GE do przystosowania się – niezależnie od tego, kto nim kierował. Amerykańskie korporacje pogrążyły się w samozadowoleniu. Rosła konkurencja z zagranicy. Technologie rewolucjonizowały kolejne branże – od produkcji tworzyw sztucznych po bankowość. Jednak w odpowiedzi na te wyzwania Welch postanowił nadać GE – temu dobrotliwemu powojennemu pracodawcy – całkowicie nowe oblicze. Przyjmował strategie, jakie na prawicy wygłaszali ekonomiczni rewolucjoniści. Do nich dodawał własne wyrachowane pomysły i gruntownie przekształcał GE.

Welch w swojej krucjacie korzystał z trzech głównych narzędzi: downsizingu, przejęć i finansyzacji. Najbardziej znany jest z pierwszego. Po objęciu firmy zarządził serię zwolnień grupowych, które zdestabilizowały amerykańską klasę pracującą. Przez pokolenia, generalnie rzecz biorąc, można było powiedzieć, że jeśli ktoś dostał posadę w firmie takiej jak GE, mógł w niej pracować do emerytury. Dla Welcha brzmiało to, jak bluźnierstwo. Pomysł, że firma powinna być lojalna wobec pracowników, uważał za idiotyczny. Postanowił pozbawić pracowników złudzeń, że GE jest im winny cokolwiek więcej niż wczorajszą dniówkę. Zwalniał ludzi tysiącami – w przekonaniu, że ograniczenie liczby pracowników jest samo w sobie pożądanym celem. W końcu, jak uważał, mniejsza załoga to niższe koszty pracy, czyli wyższe zyski, a co za tym idzie – wyższy kurs akcji. Chcąc skodyfikować tę nową, transakcyjną relację między pracodawcą a pracownikiem, Welch opracował nową politykę, zwaną potocznie "rankingiem zwolnień". Każdego roku kierownicy oceniali swoich pracowników. Tych, którzy znaleźli się w dolnych 10 procentach, od razu zwalniano.

Gdy Welch nie mógł zwalniać pracowników otwarcie, wymyślał inne sposoby na uwolnienie GE od obowiązków, jakie wiązały się z rolą pracodawcy. Był zwolennikiem offshoringu – przenosił tysiące uzwiązkowionych miejsc pracy za granicę, do krajów z tanią siłą roboczą, takich jak Meksyk. Lubował się też w outsourcingu, zlecając firmom zewnętrznym realizację takich zadań, jak rachunkowość czy usługi drukarskie. Zyskał w ten sposób przydomek "Neutronowego Jacka", co było odniesieniem do bomby neutronowej, która rzekomo zabija ludzi, pozostawiając budynki w stanie nienaruszonym. Skłonność Welcha do downsizingu, który pracownicy firmy nazywali "kampanią przeciwko lojalności", zmieniła GE zasadniczo. Firma przestała być modelowym pracodawcą, gdzie zatrudnienie znajdowały kolejne pokolenia operatorów maszyn. Zamiast tego stała się miejscem, gdzie nawet pracownik z długim stażem może nagle stracić pracę tuż przed emeryturą. W tej firmie ludzie znaczyli mniej niż zysk.

Drugą główną bronią Welcha w jego misji uczynienia z GE najbardziej wartościowej firmy świata były przejęcia. Za sprawą niepohamowanych fuzji i przejęć GE z dumnego krajowego producenta stał się szastającą pieniędzmi menażerią niepowiązanych ze sobą przedsiębiorstw. Zapoczątkowało to boom na fuzje i przejęcia, który wykraczał daleko poza GE. Ta akwizycyjna moda sprawiła, że branże – od mediów po finanse – stały się bardziej skoncentrowane i mniej konkurencyjne. Za prezesury Welcha w GE przeprowadzono prawie tysiąc przejęć, wydając na zakupy innych podmiotów około 130 mld dolarów. W tym samym czasie GE sprzedał 408 przedsiębiorstw za kwotę około 10,6 mld dolarów. Żadna inna firma w historii nie zrealizowała tak wielu transakcji w tak krótkim czasie. Największe z nich odwiodły GE bardzo daleko od jego przemysłowych korzeni. Często przejęcia okazywały się katastrofą. Czasami Welch szybko kawałkował zakupione firmy i sprzedawał je "na części". Jednak mimo nieoptymalnych rezultatów te przejęcia służyły większym celom Welcha. Chciał, aby każdy biznes prowadzony przez GE był numerem jeden (lub może ostatecznie numerem dwa) w swojej kategorii. Jeśli nie był w stanie tego osiągnąć, biznes należało wyrzucić za burtę. "Napraw, zamknij albo sprzedaj" – mawiał. Sprzedając firmy – nawet te, które były kluczowe dla tożsamości GE – Welch mógł zachować wyłącznie najbardziej rentowne w jego ocenie przedsiębiorstwa, nawet jeśli miały niewiele wspólnego z tradycyjną działalnością produkcyjną GE. Dzięki nieustannym przejęciom pozbywał się konkurentów i konsolidował branże, zyskując udział w rynku i przeprowadzając ekspansję GE we wszystkich możliwych kierunkach.

Trzecią mroczną sztuką, jaką opanował Welch, była finansyzacja. Welch przejmował GE jako firmę z branży przemysłowej. Gdy odchodził ze stanowiska, koncern czerpał znaczną część zysków z GE Capital, który w istocie był gigantycznym, niepodlegającym regulacjom bankiem. Welch wciągał firmę we wszelkiego rodzaju ryzykowne instrumenty dłużne, produkty ubezpieczeniowe i karty kredytowe. Działalność finansowa, która na koniec odpowiadała za 40 proc. przychodów i 60 proc. zysków, stała się środkiem ciężkości GE. Welch uważał, że zarabianie na sztuczkach finansowych jest łatwiejsze – i tańsze – niż na produkcji wysokiej jakości towarów. Ogromną ilość pieniędzy przepływającą przez biznes finansowy firmy Welch wykorzystywał do swoich celów, żonglując zerami w ramach rozrastającej się sieci zagranicznych spółek zależnych. W ten sposób udawało mu się realizować lub przebijać prognozy analityków przez blisko osiem kwartałów z rzędu, co stanowiło bezprecedensową serię. Cele dotyczące rentowności osiągano z wykorzystaniem wątpliwych metod rachunkowych. Nieczytelne modele finansowe i niewielka ilość ujawnianych informacji nie dawały opinii publicznej szans na zrozumienie wewnętrznych mechanizmów funkcjonowania GE. Jednak kwartał po kwartale firma odnotowywała zyski, którymi Welch wynagradzał udziałowców, odkupując od nich akcje i wypłacając dywidendy.

Te trzy taktyki (downsizing, przejęcia i finansyzacja) służyły jednemu: nieustannemu wzbogacaniu inwestorów firmy. Jeśli oznaczało to likwidację setek tysięcy miejsc pracy – trudno, niech tak będzie. Jeśli trzeba było przejmować i sprzedawać firmy po kawałku – c’est la vie. Jeśli wiązało się to z naginaniem zasad rachunkowości – co w tym złego? Welch pożądał pieniędzy – o tak. Chciał, by GE był jak najbardziej rentowny – ale redukowanie motywacji Welcha wyłącznie do chciwości nie przedstawia pełnego obrazu sytuacji. Był opętany ambicją – chciał być najlepszy na świecie. Chciał uczynić z GE organizację na wieki wieków amen. Wierzył, że ma umiejętności, środki i boskie prawo, aby wyczarować z General Electric największy generator zysków w historii. Był skrajnie uprzedzony do każdego, kto weń wątpił, stał mu na drodze lub nie potrafił mu pomóc w jego nieustannej pogoni za finansową chwałą. Był uosobieniem stworzonego przez Miltona Friedmana dogmatu o prymacie akcjonariusza i przez 20 lat udawało mu się niemal wszystko. GE rzeczywiście stał się najbardziej wartościową firmą świata. Akcjonariuszy GE obsypywano bogactwami. Welcha czczono jako największego prezesa wszech czasów.

Jednocześnie Jack Welch przedefiniował funkcję prezesa firmy – z menedżera na kogoś bliższego celebrycie czy gwieździe muzyki pop, która opanowała sztukę autopromocji i zawsze umie się znaleźć w świetle jupiterów. Prasa biznesowa uwielbiała go, umieszczając jego świdrujące spojrzenie na okładkach magazynów i odnotowując każde posunięcie GE. Szkoły biznesu traktowały Welcha jak wyrocznię, adaptując jego strategie na studia przypadków i programy studiów. Analitycy z Wall Street podziwiali jego najwyraźniej magiczną zdolność realizacji założonych celów finansowych kwartał po kwartale. I chociaż Welch nie stworzył żadnej firmy ani nie wynalazł przełomowego produktu, zarabiał miliony dolarów, potem dziesiątki milionów, a w końcu setki milionów, co pozwoliło mu zgromadzić majątek warty blisko miliard dolarów i trafić na listę 400 najbogatszych Amerykanów magazynu "Forbes". Gdy przeszedł na emeryturę, GE płacił za jego apartament w Trump International Hotel and Tower, posiłki w restauracjach z gwiazdkami Michelina, miejsca przy parkiecie na meczach Knicksów i wiele, wiele więcej. Welch był personifikacją amerykańskiego kapitalizmu samców alfa, konkwistadorem w prążkowanym garniturze, który mógł się wylegitymować stosownymi łupami. Jego dokonania były tak ogromne, a osobista fortuna tak wielka, że inni szefowie nie mieli wyjścia, jak tylko próbować go naśladować. Pod koniec jego znakomitej kariery magazyn "Fortune" ogłosił go "menedżerem stulecia"

Tak wielkie sukcesy odnoszone przez tak długi czas sprawiły, że Welch stał się wyjątkowo wpływową osobistością w kręgach gospodarczych. Większość prezesów zaznacza swoją obecność przez kilka lat, po czym odchodzi na emeryturę (lub odsuwa się ich na boczny tor). Welch nigdy nie odszedł. Jego panowanie w GE rozciągało się na trzy dekady i urzędowanie czterech prezydentów Stanów Zjednoczonych. Prezesura Welcha, która zaczynała się w czasach rozchwianej gospodarki za administracji Reagana, przetrwała globalizację i pęknięcie bańki dotcomów za kadencji Clintona. Jego rządy w GE dobiegły końca tuż przed atakami terrorystycznymi 11 września 2001 r. Welch był pierwszym prezesem celebrytą. Grał w golfa z prezydentami i obracał się w towarzystwie gwiazd filmowych. Jego życie uczuciowe było pożywką dla tabloidów. Monstrualne pakiety płacowe przynosiły mu chwałę w czasach, w których ostentacyjna konsumpcja była jeszcze w dobrym tonie. Jego oszałamiający sukces inspirował niezliczone rzesze imitatorów. Całe pokolenie menedżerów starało się naśladować jego techniki, strategie wzrostu i wartości. Choć nikt do końca nie zdawał sobie z tego sprawy, Welch na nowo zdefiniował to, jak korporacje mierzą swój sukces, wyznaczając standard dla całej generacji tytanów biznesu.

Chociaż jednak Welch uczynił z GE najbardziej wartościową firmę świata, jego strategie ostatecznie zniszczyły to, co tak bardzo kochał. Niedługo po jego odejściu na emeryturę GE wpadł w spiralę upadku, której początek dały krótkoterminowe decyzje Welcha. W ciągu kilku miesięcy od jego odejścia stało się jasne, że GE ma poważne kłopoty. W ciągu kilku lat firma zaczęła się walić. Wskazany przez Welcha następca starał się powielić jego sukces, stosując te same chwyty, lecz strategia ta skazana była na porażkę. Zaniedbane przez Welcha inwestycje w badania i rozwój mściły się na firmie, która nie była już w stanie wprowadzać nowych, innowacyjnych produktów. Nawyk nieustannych fuzji i przejęć doprowadził do wielu nieudanych transakcji, które obciążyły firmę deficytowymi przedsięwzięciami w momencie, w którym najmniej mogła pozwolić sobie na straty. Z kolei dążenie do ciągłego rozwijania finansowego biznesu GE sprawiło, że firma stała się właścicielem znacznego portfela ryzykownych kredytów hipotecznych w przededniu kryzysu finansowego w 2008 roku. Sięgnąwszy dna, GE potrzebował 139 miliardów dolarów ratunkowego wsparcia od administracji Obamy oraz inwestycji Warrena Buffetta, która w ostatniej chwili uratowała firmę przed upadkiem. W latach zapoczątkowanych przejściem Welcha na emeryturę akcje GE spadły o 80 procent, stając się najgorszymi papierami indeksu Dow Jones Industrial Average. Wreszcie w 2021 roku zarząd firmy ogłosił plan podzielenia GE na trzy odrębne korporacje, raz na zawsze odrzucając ambicję podbicia świata, której hołdował Welch.

(...)

Gdy Welch obejmował stanowisko prezesa, liczba miejsc pracy w przemyśle w USA osiągnęła punkt szczytowy na poziomie prawie 20 mln, stanowiąc prawie jedną czwartą wszystkich pełnoetatowych miejsc pracy w kraju. Z chwilą uruchomienia przez Welcha bezlitosnej kampanii cięcia kosztów i outsourcingu wskaźnik ten zaczął się obniżać i nigdy nie wrócił do szczytowego poziomu. Obecnie Stany Zjednoczone dysponują połową miejsc pracy w przemyśle w stosunku do danych z 1980 roku.

Na początku prezesury Welcha fuzje i przejęcia były względnie rzadkim zjawiskiem. Świadczyły wówczas o niezwykłej ambicji lub desperacji firmy. W 1980 r.wartość wszystkich fuzji i przejęć w Stanach Zjednoczonych opiewała na kilkadziesiąt miliardów dolarów. Welch to zmienił. Po części za sprawą wzmożonej aktywności GE w obszarze fuzji i przejęć w pierwszych latach prezesury Welcha liczba ta systematycznie się podwajała. Pod jej koniec wartość fuzji i przejęć przez trzy lata z rzędu przekraczała 1,5 biliona dolarów rocznie.

(...)

Welch, który zmarł w 2020 r., był świadkiem tego wielkiego upadku. Martwił się upadkiem GE i ubolewał nad występkami popełnianymi przez innych korporacyjnych awanturników. Ponieważ autorefleksja nigdy nie była jego mocną stroną, odrzucał wszelkie sugestie, że być może w jakimś stopniu odpowiada za tę ogólnokrajową katastrofę. Zamiast tego na emeryturze przybrał szaty guru zarządzania, inspirując nowe pokolenie kapitalistów i robiąc wszystko, aby jego idee uświęcono jako ewangelię. Pisał felietony dla "Businessweeka", Reutera i "Fortune". Udzielał wywiadów "Harvard Business Review". W ramach Jack Welch Management Institute stworzył internetowy program MBA, za który żądał 50 tysięcy dolarów. Pisał także książki, wygłaszał mowy i występował w programach informacyjnych, wychwalając menedżerów, którzy się na nich wychowali, i nie ustając w krytyce podatków i regulacji.

Pokrzykiwania byłego prezesa pozornie niewiele znaczyły. Lecz po odejściu z GE gwiazda Welcha wciąż świeciła jasno, a jego opinie miały szerokie oddziaływanie. W dyskusjach panelowych deprecjonował organizacje pracownicze. W CNBC wychwalał masowe zwolnienia. Wszystko to składało się na trwającą 21 lat kampanię przedstawiania wypaczonej wizji kapitalizmu jako normy. I w większości przypadków to działało. Jego ekstremalne poczynania stały się powszechne. Mit, że prowadzenie biznesu metodą Welcha jest receptą na sukces, był wciąż żywy. Przez lata pod jego wpływem zmieniło się oblicze gospodarki, doszło do erozji amerykańskiej klasy średniej, zasiano nieufność do szanowanych ongiś instytucji, systematycznie zmniejszała się baza podatkowa i rosły nierówności.

Puste fabryki, wydrążone miasta i bezrobotni pracownicy – wszystko to pod rządami bogatej klasy panującej doprowadziło do szerokiego poczucia wykluczenia w dużej części kraju, co było mieszanką wybuchową, która pomogła w politycznej karierze przyjacielowi Welcha, Donaldowi J. Trumpowi. Welch i Trump orbitowali wokół siebie od dziesięcioleci. GE Capital współpracował z Trumpem, gdy Welch był CEO. Na emeryturze Welch kolportował teorie spiskowe o administracji Obamy i fundacji Clintonów. Gdy Trump ubiegał się o prezydenturę, Welch pompował wiatr w jego żagle. A gdy Trump wygrał, Welch wychwalał go jako wzór przywódcy i odwiedzał Biały Dom, aby doradzać prezydentowi w sprawach gospodarki.

Człowiek który zniszczył kapitalizm - David Gelles

środa, 29 października 2025



Rosjanie twierdzą, że okrążyli ukraińskie siły w rejonie Pokrowska i Myrnohradu w obwodzie donieckim. Szef rosyjskiego sztabu generalnego Walerij Gierasimow ogłosił to podczas narady z Władimirem Putinem, mówiąc także o rzekomym "okrążeniu Kupiańska". Według niego rosyjskie wojska miałyby "zamykać pierścień" wokół ukraińskich pozycji i odcinać linie zaopatrzenia. Jednak dostępne dane tego nie potwierdzają. Ani ukraiński projekt analityczny DeepState, ani amerykański Instytut Studiów nad Wojną nie odnotowują takich zmian na mapie frontu. Co więcej, pod samym Pokrowskiem w ostatnich dniach posuwają się również oddziały ukraińskie - m.in. odbito wieś Suchećke na północny wschód od miasta.

Mimo to walki w tym rejonie pozostają wyjątkowo zacięte. Ukraińskie źródła potwierdzają, że linia frontu jest tam bardzo niestabilna. Z relacji ukraińskich żołnierzy walczących na kierunku pokrowskim wynika, że rosyjskie siły stosują tam nową taktykę - przenikają do miasta małymi, dwu lub trzyosobowymi grupami. Dowódca z 68. brygady o pseudonimie "Gus" relacjonuje, że w Pokrowsku może znajdować się nawet 200 rosyjskich żołnierzy - małych grup, które "przesączają się" po dwóch lub trzech ludzi, ukrywają w piwnicach i czasami podejmują krótkie wymiany ognia z siłami ukraińskimi. Nie próbują się umacniać, ale badają teren i czekają na wsparcie. Ukraińskie Dowództwo Sił Szybkiego Reagowania informuje, że Rosjanie koncentrują swoje wysiłki na północ od miasta, a analitycy ISW zauważają zmianę priorytetów rosyjskiego natarcia - z rejonu Dobropilla na sam Pokrowsk.

Według ukraińskiego Sztabu Generalnego część z Rosjan zdołała dotrzeć aż w okolice linii kolejowej, która dzieli Pokrowsk na dwie części. Rosjanie próbują wykorzystać "międzypozycyjne przestrzenie", gdzie brakuje stałej ukraińskiej piechoty, by stopniowo zwiększać swoją obecność w mieście. W rezultacie, jak oceniają ukraińscy wojskowi, w samym Pokrowsku może się obecnie znajdować od 200 do 400 rosyjskich żołnierzy. - Przeciwnik, dzięki infiltracji małych grup piechoty, zgromadził w mieście około dwustu wojskowych. W Pokrowsku trwają walki ogniowe, aktywnie działają drony. Próby wroga, by przebić się głębiej i umocnić w zabudowie miejskiej, są neutralizowane poprzez działania kontrdywersyjne - podają w ukraińskim Sztabie Generalnym.

Rosyjskie wojska intensywnie ostrzeliwują linie logistyczne, utrudniając wjazd do miasta. Do samego Pokrowska praktycznie nie da się wjechać samochodem, przyznają żołnierze. Według nich sytuacja może się ustabilizować, jeśli uda się wyprzeć rosyjskie grupy z obrzeży miasta. W przeciwnym razie - jeśli Rosjanie odetną kluczowe drogi zaopatrzenia - zagrożony może być nie tylko Pokrowsk, lecz także sąsiedni Myrnohrad, wciąż w pełni kontrolowany przez Ukrainę.

Analitycy zauważają, że obecnie główny nacisk rosyjskiego natarcia skupia się na okolicach Rodynśkiego i Griszynego, które stanowią kluczowy węzeł logistyczny Sił Obrony Ukrainy. - Rosjanie atakują zmechanizowanymi grupami, niekiedy w sile całego batalionu pancernego - ponad 30 wozów bojowych - w kierunku Griszynego. Celem jest odcięcie głównych tras zaopatrzeniowych i stworzenie warunków do operacyjnego okrążenia Pokrowska i Myrnohradu - mówi wojskowy analityk Dmytro Sniehyriow w rozmowie z telewizją Espreso.

Ukraiński ekspert podkreśla, że mimo trudnej sytuacji ukraińskie wojska zmieniły taktykę i prowadzą tzw. aktywną obronę. - Nawet przy utracie niektórych pozycji Siły Obrony pokazują zdolność do walki i kontrataków. To nie jest sytuacja, w której Rosjanie mogą po prostu wejść i się utrzymać. Ich sukcesy są minimalne i okupione ogromnymi stratami - zaznacza ekspert. Dodaje też, że choć sytuacja jest "nad wyraz trudna", nie ma obecnie realnych podstaw, by mówić o rychłym upadku miasta.

Portal "Ukraińska Prawda" informował w ostatnich dniach, że w niektórych brygadach dochodzi do przekazywania dowództwu nieprawdziwych informacji o stanie pozycji. Na tzw. pozycji N, którą jednostka oznacza na mapie jako utrzymaną, może faktycznie przebywać zaledwie dwóch rannych żołnierzy niezdolnych do walki albo też może nie być tam nikogo. Jak pisze portal, dowódcy decydują się na takie fałszowanie danych, by uniknąć kontroli, a niekiedy także odpowiedzialności karnej.

gazeta.pl


Geolokalizowane materiały opublikowane 27 i 28 października wskazują, że siły rosyjskie wkroczyły niedawno na południowo-wschodnie obrzeża Myrnohradu. Rosyjski milbloger twierdził, że siły rosyjskie posuwały się naprzód w północnym i wschodnim Pokrowsku oraz północno-wschodnim Myrnohradzie. Rosyjskie Ministerstwo Obrony (MON) stwierdziło, że elementy 5. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (51. Armii Połączonej [CAA], dawniej 1. Korpusu Armii Donieckiej Republiki Ludowej [DNR AC], Południowego Okręgu Wojskowego [SMD]) posuwały się we wschodnim Myrnohradzie i że siły ukraińskie przeprowadziły kontratak w pobliżu Hryszyna (na północny zachód od Pokrowska). Rzecznik Ukraińskiej Wschodniej Grupy Sił Kapitan Hryhorii Shapoval poinformował 28 października, że siły rosyjskie nie mają pełnej kontroli nad żadnymi pozycjami w Pokrowsku, ale zauważył, że siły rosyjskie utrzymują przewagę dronów 10 do jednego nad siłami ukraińskimi w kierunku Pokrowska. Stwierdzenie Shapovala jest zgodne z definicją ISW ocenianych rosyjskich natarć jako sprawdzalnych obszarów, w których siły rosyjskie działały lub przeprowadzały ataki, nawet jeśli nie utrzymują kontroli. Kontrola jest doktrynalnie zdefiniowana jako "zadanie misji taktycznej, które wymaga od dowódcy utrzymania fizycznego wpływu na określony obszar, aby zapobiec jego użyciu przez wroga lub stworzyć warunki niezbędne do udanych operacji przyjaznych". Siły rosyjskie prawie na pewno nie kontrolują obecnie żadnych pozycji w samym mieście Pokrowsk.

Prezydent Rosji Władimir Putin podobno zażądał od sił rosyjskich zajęcia Pokrowska do połowy listopada 2025 r., choć jest mało prawdopodobne, aby siły rosyjskie dotrzymały tego terminu. 

(...)

Rosyjska taktyka w Pokrowsku uwięziła ludność cywilną w mieście, zwiększając ryzyko masowych szkód wśród ludności cywilnej. Ukraińska Administracja Wojskowa Pokrowska poinformowała, że siły rosyjskie sprawują kontrolę ogniową nad wszystkimi drogami wyjścia z Pokrowska, skutecznie zatrzymując 1200 cywilów w Pokrowsku. Pokrowska Administracja Wojskowa poinformowała, że siły rosyjskie zabijają cywilów, którzy próbują ewakuować się zarówno pieszo, jak i pojazdami. Rzecznik Ukraińskiej Wschodniej Grupy Sił, kapitan Hryhorii Shapoval, poinformował, że siły rosyjskie noszą cywilne ubrania w ramach taktyki oszustwa, która może być równoznaczna z perfidią, zbrodnią wojenną, którą Konwencja Genewska definiuje jako "działania zachęcające przeciwnika do /wzbudzenia/ zaufania, aby wmówić mu, że ma prawo lub jest zobowiązany się do tego by zgodzić się na ochronę /atakujących sił/ na mocy przepisów prawa międzynarodowego mających zastosowanie w konfliktach zbrojnych, z zamiarem zdradzenia tego zaufania". Systematyczne uciekanie się do perfidii w Pokrowsku spowodowało znaczny stopień zamieszania i chaosu na tym obszarze, prawdopodobnie narażając ukraińską ludność cywilną na jeszcze większe ryzyko krzywdy. Nasycenie dronami na niebie nad Pokrowskiem stwarza również zwiększone zagrożenie dla bezpieczeństwa ludności cywilnej, zwłaszcza że siły rosyjskie często używają dronów do celowego atakowania ludności cywilnej. ISW obserwowało już wcześniej doniesienia, że siły rosyjskie bezkrytycznie celują zarówno w pojazdy cywilne, jak i wojskowe podróżujące w obwodach frontowych oraz że masowe ataki na pojazdy komplikują lub blokują usługi medyczne i ewakuacje z linii frontu.

understandingwar.org


Pete Hegseth zamieścił przy swoim wpisie nagranie, które pokazuje dwie łodzie na chwilę przed atakiem na wschodnim Pacyfiku. "Wszystkie uderzenia miały miejsce na wodach międzynarodowych i żadne siły amerykańskie nie ucierpiały" — podkreślił. Dodał też, że jedna z osób przebywających na łodzi przeżyła atak, a odpowiedzialność za akcję ratunkową przejęły na siebie służby meksykańskie.

"Departament spędził ponad dwie dekady na obronie innych ojczyzn. Teraz bronimy swoich. Ci narkoterroryści zabili więcej Amerykanów niż Al-Kaida i będą traktowani tak samo. Będziemy ich śledzić, a następnie polować na nich i ich zabijać" — podsumował Pete Hegseth.

Pierwsze siedem ataków w ramach akcji ogłoszonej przez Trumpa miało miejsce na wodach Morza Karaibskiego, do pięciu ostatnich doszło na wodach Pacyfiku. Po jednym z nich sekretarz obrony USA zapowiadał: "Narkoterroryści, którzy zamierzają sprowadzić truciznę do naszych wybrzeży, nie znajdą bezpiecznej przystani nigdzie na naszej półkuli" — przypomina CNN.

onet.pl


Aleksander Łukaszenko miał też szereg zarzutów do Europy, NATO i USA. "Złodziejstwem" nazwał nakładanie sankcji, których skutkiem jest utrata przez Rosję zagranicznych aktywów. Za "spektakl" uznał też podejmowane przez Donalda Trumpa próby prowadzenia negocjacji pokojowych między Rosją a Ukrainą. Potępił też wzmacnianie potencjału obronnego przez kraje Europy — jego zdaniem nie prowadzi to do bezpieczeństwa, ale do eskalacji konfliktów.

Białoruski dyktator nie zapomniał też o Polsce, której działania często krytykuje w swoich wystąpieniach. Tym razem zarzucił rządowi w Warszawie prowadzenie wojny hybrydowej i handlowej, nawiązując do faktu zamknięcia granic polsko-białoruskich. "Tak zwany cywilizowany świat dobiegł końca. To pewne. Działania nie tylko naszych sąsiadów, ale także Europy i innych mocarstw (nie dajcie się zwieść również Stanom Zjednoczonym) są równie silnym elementem wojny hybrydowej, co niedawne zamknięcie granic przez Warszawę" — powiedział dyktator cytowany przez Biełsat.

Dwa przejścia graniczne między Polską a Białorusią mogą zostać wkrótce otwarte. Premier Donald Tusk zapowiedział podczas wtorkowego spotkania w Białymstoku, że otwarcie przejść w Kuźnicy i Bobrownikach może nastąpić "na próbę" w listopadzie tego roku.

onet.pl


Pod koniec sierpnia Trump podpisał rozporządzenie instruujące architektów budynków administracji federalnej, by budowali je w stylu klasycystycznym, inspirowanym starożytną Grecją i Rzymem. Biały Dom wyjaśnił, że w wyjątkowych przypadkach dopuszczalne są inne style, ale muszą one "wyrażać godność, energię i stabilność amerykańskiego rządu" i zdobyć uznanie opinii publicznej. Administracja ma być informowana o projektach odbiegających od klasycyzmu.

onet.pl\PAP

wtorek, 28 października 2025



Na Kremlu zapanowała pełna zmieszania konsternacja: no ale jak to? miał być Budapeszt, miała być znowu szansa zaczarowania Trumpa, a tu sankcje i brak planu na potem (Trump zaznaczył, że można będzie pomyśleć o spotkaniu, kiedy Putin będzie gotów do konkretnych decyzji w sprawie zakończenia wojny).

Putin zmarszczył brew, wykonał firmowe wzruszenie ramion: nic nam te sankcje nie zaszkodzą. Na to Trump prychnął: no to zobaczymy za pół roku. I jeszcze dodał, że szkolenie z obsługi Tomahawków trwa pół roku. Hmm.

Wzruszenie ramion wzruszeniem ramion, ale niepokój w Moskwie musiał wziąć górę nad pychą, bo do Ameryki wysłano „bez trybu” Kiriłła Dmitrijewa. Dostał zadanie złapania kontaktów do omawiania cud-projektów gospodarczych (most albo tunel pod Cieśniną Beringa jakoś nie wzbudził za oceanem zachwytów), przekazania komunikatów rosyjskiej propagandy w amerykańskich stacjach telewizyjnych i wepchnięcia się na siłę do Białego Domu z imitacją fałszywej gałązki oliwnej, przy okazji potrząsając rakietą „Buriewiestnik”, o czym dalej). Byle tylko utrzymać kontakt, byle tylko znów zwrócić uwagę amerykańskiej administracji na gotowość do rozmów itd.

Nic nie wyszło ze spotkań na wysokim szczeblu, do Białego Domu Dmitrijewa nie zaproszono, w przekazach medialnych zabrakło komunikatu o spotkaniu moskiewskiego łącznika z dotychczasowym partnerem, pełnym ciepłych uczuć Steve’em Witkoffem. Dmitrijewowi pozwolono zabrać głos w dwóch ważnych stacjach telewizyjnych (CNN i FoxNews), gdzie zaprezentował okrągłe kłamliwe formułki zaczerpnięte z instrukcji dla propagandy państwowej i gdzie został skonfrontowany z kilkoma faktami oraz spostponowany przez szefa Departamentu Finansów. Miły uśmiech miała dla Dmitrijewa jedynie członkini Kongresu Anna Paulina Luna, zdeklarowana wielbicielka Putina. Została obdarowana przez rosyjskiego gościa okazałym bukietem białych kwiatów oraz bombonierką czekoladek. Osobliwe słodycze były zawinięte w papierki z portretem Putina i cytatami z jego wypowiedzi. „Wielkie słowa wielkiego człowieka”. Pani Luna była wzruszona i rozmiękczona, przyjmując te krwawe czekoladki z cytatami z ludożercy.

Podczas gdy Dmitrijew badał grunt w Waszyngtonie i grał rzekomo pokojową pieśń Solwejgi, Putin postanowił odegrać symfonię wojenną. Znów przywdział mundur i wypuścił w stronę USA komunikat o udanej próbie z pociskiem Buriewiestnik. Jak to w kremlowskich bajkach bywa, ta nowa (choć tak naprawdę nienowa) Wunderwaffe „nie ma odpowiedników na świecie”, napędzana paliwem nuklearnym może latać wokół globu, ile tylko rosyjska dusza zapragnie i razić cele w Ameryce oraz wszędzie indziej też.

Te militarne popisy nie wzbudziły grozy w adresacie. Trump w tonie lekkiej ironii odpowiedział, że amerykański okręt podwodny operuje u rosyjskich wybrzeży i nie musi się martwić o pokonanie tysięcy kilometrów, by uderzyć w Rosję.

Kapłan telewizyjnej propagandy Dmitrij Kisielow wytłumaczył niezbyt lotnym obserwatorom, że podczas ćwiczeń z „Buriewiestnikiem” chodziło tym razem nie o sprawdzenie, czy pocisk zostanie odpalony w uderzeniu odwetowym po ataku przeciwnika, a o wykonanie niesprowokowanego uderzenia na przeciwnika. Jednym słowem: niech się Trump jednak boi, bo może dostać tym zwiastunem burzy bez uprzedzenia. Oliwy do ognia dolał jeszcze znany mistrz ciętej riposty, eksprezydent Dmitrij Miedwiediew, który wprost nazwał Stany Zjednoczone „przeciwnikiem” i odczytał sankcje jako „akt wojny przeciwko Rosji”.

labuszewska.blog.tygodnikpowszechny.pl


Zgodnie z szacunkami opublikowanymi przez Dowództwo Sił Powietrznych Ukrainy w zmasowanych atakach powietrznych w dniach od 21 do 28 października Rosja użyła 958 dronów Shahed, 20 rakiet balistycznych Iskander M/KN-23, dziewięciu Iskander-K, czterech Ch-47M2 Kindżał oraz czterech typu Ch-59/69.

(...)

24 października siły rosyjskie po raz pierwszy użyły lotniczych bomb kierowanych w obwodzie odeskim. Zastępca szefa ukraińskiego wywiadu wojskowego Wadym Skibicki oświadczył, że Rosja przystąpiła do seryjnej produkcji zmodernizowanych bomb kierowanych o zasięgu do 200 km, umożliwiając tym samym rażenie celów w głębi kraju. Poprzednie wersje miały zasięg do 70–80 km i były używane przeważnie w obszarze bezpośrednich działań bojowych na linii frontu. Bomby tego rodzaju należą do najbardziej śmiercionośnych i destrukcyjnych środków napadu powietrznego – mogą przenosić od 500 do 1500 kg materiału wybuchowego.

(...)

21 października siły ukraińskie dokonały zmasowanego ataku rakietowo-dronowego na Zakłady Chemiczne w Briańsku stanowiące ważny element rosyjskiego kompleksu wojskowo-przemysłowego. Przedsiębiorstwo produkuje proch strzelniczy, materiały wybuchowe oraz komponenty do paliwa rakietowego. Przeprowadzenie uderzenia przy użyciu amerykańskich danych geolokalizacyjnych Donald Trump nazwał „fejkiem”. Także prezydent Zełenski stwierdził, że zachodnia broń dalekiego zasięgu jest używana wyłącznie do atakowania celów wroga na terytoriach tymczasowo okupowanych.

W nocy z 22 na 23 października ukraińskie drony zaatakowały rafinerię ropy naftowej Dagnotiech w Machaczkale w Dagestanie. Według Kijowa „co najmniej jeden z dronów skutecznie zaatakował i unieruchomił instalację przetwórstwa ropy naftowej”. Tego samego dnia ukraińskie bezzałogowce miały uderzyć w zakłady zbrojeniowe w Sarańsku (Mordowia) będące częścią państwowego koncernu Rostiech. Brak jednak informacji o skutkach nalotu.

22 października doszło do wybuchu w fabryce amunicji Płastmass w Kopiejsku w obwodzie czelabińskim. W wyniku eksplozji zginąć miało dziewięć osób, a pięć zostać rannych.

W nocy z 23 na 24 października bezzałogowce zaatakowały skład amunicji w pobliżu miejscowości Wałujki w obwodzie biełgorodzkim. Według ukraińskiego Sztabu Generalnego uderzenie spowodowało eksplozje wtórne i detonację amunicji wroga. Obszar ten jest wykorzystywany przez siły rosyjskie jako centrum logistyczne i aprowizacyjne dla wojsk walczących na Ukrainie.

Tego samego dnia siły ukraińskie zaatakowały rafinerię Rosniefti w Riazaniu, odgrywającą kluczową rolę w zaopatrywaniu w paliwo rosyjskich jednostek wojskowych operujących na Ukrainie. Ministerstwo Obrony FR poinformowało o zestrzeleniu 22 ukraińskich dronów, zaś gubernator obwodu powiedział, że odłamki bezzałogowców spowodowały pożar w jednym z obiektów przemysłowych. Do ataku w Riazaniu doszło w ramach zmasowanego nocnego nalotu dronów, w którym wzięło udział 139 maszyn operujących w 10 regionach FR. Rosyjskie dowództwo zadeklarowało, że przechwycono 56 dronów nad obwodem biełgorodzkim, 22 nad Briańskiem, 21 nad Woroneżem, 14 nad Riazaniem, 13 nad Rostowem nad Donem, po dwa nad Tambowem, Wołgogradem, Orłem i Kaługą, jeden nad Kurskiem i cztery nad okupowanym Krymem.

Do kolejnego zmasowanego ataku ukraińskich bezzałogowców miało dojść w nocy z 26 na 27 października, a jego głównym celem była Moskwa. Ministerstwo Obrony FR zakomunikowało, że obrona powietrzna przechwyciła i zniszczyła 193 drony „lecące z kierunku Ukrainy”. Ze względów bezpieczeństwa czasowo zamknięto dwa moskiewskie lotniska – Domodiedowo i Żukowskij. Brak informacji o poważniejszych skutkach nalotu.

21 października szef Głównego Zarządu Radioelektronicznego i Cyberwojny Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy pułkownik Iwan Pawłenko stwierdził, że do obrony przed atakami armii rosyjskiej ukraińscy żołnierze wykorzystują od 7 do 9 tys. dronów dziennie. Liczba ta ma obejmować drony uderzeniowe, rozpoznawcze i logistyczne.

(...)

26 października członek tej samej Komisji Fedir Wenisławski poinformował, że co miesiąc do Sił Zbrojnych wstępuje ok. 30 tys. obywateli Ukrainy. Proces mobilizacji ma przebiegać stabilnie i zgodnie z obowiązującymi regulacjami, a do parlamentu nie wpłynęły żadne nowe wnioski legislacyjne dotyczące zmian w tym procesie.

(...)

Według informacji ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) z 22 października w wielu regionach FR, zwłaszcza w Republice Sacha (Jakucji), odnotowano poważne trudności z realizacją planów rekrutacji żołnierzy kontraktowych. Problemy te wynikają z wysokich strat osobowych, redukowanego poziomu wynagrodzeń oraz kłopotów budżetowych lokalnych władz, mających wspierać kampanię mobilizacyjną Kremla. Według danych HUR średni niedobór rekrutów w Jakucji sięga ok. 40% w stosunku do norm ustalonych przez Moskwę. Dodatkowym czynnikiem są znaczne straty wśród miejscowej ludności, w szczególności wśród przedstawicieli niektórych grup etnicznych – Jakutów, Ewenków i Ewenów, niechętnie nastawionych do prowadzenia wojny z Ukrainą. Według HUR rosyjskie dowództwo stara się wprawdzie rekompensować braki kadrowe poprzez rekrutację cudzoziemców, lecz jak dotąd już co najmniej 270 najemników z Kazachstanu zginęło bądź zaginęło.

(...)

27 października HUR opublikował informacje o 68 zagranicznych komponentach wykrytych w rakietach i dronach użytych przez FR w ostatnich atakach na ukraiński sektor energetyczny. Dane obejmują podzespoły m.in. w: pocisku manewrującym 9M727 (Iskander-K), pocisku Ch-47M2 (Kindżał), północnokoreańskich pociskach balistycznych KN-23/KN-24 oraz w bezzałogowym statku powietrznym Gerań-2 (Shahed-136). HUR podkreślił, że rosyjskie pociski i drony nadal wyposażane są w komponenty produkowane przez przedsiębiorstwa z USA, Chin, Szwajcarii, Japonii i Tajwanu. Sekcja „Komponenty broni” na portalu War and Sanctions zawiera obecnie informacje o niemal 5200 komponentach stosowanych w 179 rodzajach broni i ma na celu wsparcie międzynarodowych wysiłków na rzecz technologicznego ograniczania zdolności agresora.

osw.waw.pl


Część przedstawicieli biznesu uważa, że aby znowu rozhulać rosyjską gospodarkę, konieczne jest obniżenie stóp procentowych do okolic 12-14 proc. W wywiadzie dla państwowego kanału informacyjnego Rosja 24 Aleksandr Szochin, szef Rosyjskiego Związku Przemysłowców i Przedsiębiorców (RSPP), stwierdził w zeszłym tygodniu, że gospodarka Rosji przybrała "niekontrolowany" charakter. Urzędnicy obiecali jednak "miękkie lądowanie", wyjaśniał Szohin. - Uważam, że ochłodzenie, czyli kontrolowane miękkie lądowanie, nie jest ani bardzo łagodne, ani zbyt dobrze kontrolowane - dodał. Kreml natomiast utrzymuje, że gospodarka jest celowo spowalniana oraz że aby zapobiec przegrzaniu, dobrze przystosowała się do najbardziej uciążliwych sankcji Zachodu. 

gazeta.pl