poniedziałek, 27 października 2025



Rosja już w przeszłości chwaliła się, że Buriewiestnik ma mieć silnik wykorzystujący reaktor jądrowy i "nieograniczony" zasięg. Jeszcze nigdy nie zbudowano broni z tego rodzaju napędem. Putin po raz pierwszy ujawnił nową broń w 2018 roku i już wtedy chwalił się, że pocisk ten potrafi przełamać każdy współczesny i przyszły system obrony powietrznej. Według Inicjatywy na rzecz Zagrożenia Nuklearnego z 13 znanych testów pocisku aż 11 zakończyło się niepowodzeniem. W 2019 roku Buriewiestnik rozbił się na Morzu Białym, a podczas próby wydobycia reaktora jądrowego doszło do eksplozji, w wyniku której śmierć poniosło pięć osób.

gazeta.pl


Dmitrijew, szef Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich, przybył do Stanów Zjednoczonych zaledwie kilka dni po tym, jak administracja Trumpa nałożyła nowe sankcje na czołowe rosyjskie firmy naftowe i gazowe oraz odwołała planowany szczyt z Putinem w Budapeszcie.

Napięcie dyplomatyczne osiągnęło punkt kulminacyjny w niedzielnym programie CBS Face the Nation, gdzie sekretarz skarbu USA bezpośrednio zakwestionował słowa Dmitrijewa, że nowe amerykańskie sankcje "nie będą miały absolutnie żadnego wpływu na rosyjską gospodarkę", a jedynie doprowadzą do wzrostu cen benzyny w USA.

Bessent zakwestionował sensowność upubliczniania komunikatu specjalnego wysłannika Kremla. — Czy naprawdę zamierzacie opublikować to, co mówi rosyjski propagandysta? — zapytał, ostrzegając przed strategią komunikacyjną Moskwy.

Stwierdził, że Dmitrijew nie jest zdolny do szczerości, pytając: — Co innego on ma powiedzieć? Że "och, to będzie straszne, i że to doprowadzi Putina do stołu negocjacyjnego"?

Bessent szczegółowo opisał bezpośredni wpływ sankcji, powołując się na fakt, że Indie "całkowicie wstrzymały już zakupy rosyjskiej ropy", a "wiele chińskich rafinerii je wstrzymało".

Obalił też pogląd, że rosyjska gospodarka jest "odporna", zauważając, że dochody Rosji ze sprzedaży ropy spadły już o 20 proc. w ujęciu rok do roku, a nowe środki prawdopodobnie spowodują ich dalszy spadek o "kolejne 20 lub 30 proc".

onet.pl\Kyiv Post


Flota cieni transportuje około połowy rosyjskiej ropy. Pozostałą część, jak pokazują obliczenia fińskiego centrum CREA, przewożą tankowce należące do właścicieli z krajów G7 lub ubezpieczone przez kraje zachodnie.

Są to przede wszystkim statki greckie, które chętnie przewożą rosyjską ropę, jeśli przestrzegana jest zasada "pułapu cenowego" — zauważa Aleksiej Gromow, główny dyrektor ds. energii w Instytucie Ekonomii i Finansów. Obecnie limit ten wynosi 47,6 dol. (173,2 zł) za baryłkę.

Jak zauważa Gromow, w wyniku sankcji Rosnieft i Łukoil mają praktycznie zakaz dokonywania rozliczeń w dolarach amerykańskich, co jest dla nich głównym problemem.

— Największy cios spadł na Indie, ponieważ z Chinami od dawna handlujemy w walutach krajowych — juaniach i rublach, a z Indiami nadal nie udało nam się znaleźć rozwiązania w zakresie płatności za dostawy rosyjskiej ropy w walutach krajowych. Nie odpowiadają nam warunki indyjskiej strony dotyczące płatności w rupiach, dlatego handlujemy głównie w dolarach amerykańskich i dirhamach Zjednoczonych Emiratów Arabskich — mówi.

Gromow przypomina, że podobne sankcje USA nałożyły wcześniej na dwie inne duże rosyjskie firmy — Gazprom Neft i Surgutneftegaz [rosyjskie przedsiębiorstwo działające w przemyśle gazowym i petrochemicznym]. — Obecnie praktycznie całość swojego eksportu kierują one do Chin — mówi.

onet.pl

sobota, 25 października 2025



— Lód jest swego rodzaju tajemnicą — mówi Jari Hurttia z Aker Arctic, przodującej fińskiej firmy, która projektuje lodołamacze. Finowie tę tajemnicę odkryli. Fińskie firmy zaprojektowały cztery piąte i zbudowały ponad połowę światowych lodołamaczy. Wraz z nasileniem rywalizacji o Arktykę, prezydent USA bacznie zwraca na to uwagę. W czerwcu Donald Trump powiedział, że negocjuje z Finlandią zakup 15 takich statków. Wcześniej rozważał nabycie 40 "dużych" lodołamaczy. Żeby stawić czoła Rosji i Chinom na dalekiej północy, Ameryka musi rozbudować swoją flotę. Do szybkiej realizacji tego celu potrzebna będzie pomoc Finlandii.

Fińska wiedza specjalistyczna zrodziła się z konieczności. Jako jedyny kraj, którego porty mogą zamarzać zimą, Finlandia potrzebuje lodołamaczy, aby utrzymać Morze Bałtyckie otwarte. Od czasu zbudowania Sisu, swojego pierwszego lodołamacza z napędem dieslowsko-elektrycznym, w latach 30. XX w., kraj ten rozwinął własny łańcuch dostaw, obejmujący firmy projektowe i stocznie. Przez cały okres zimnej wojny Finlandia doskonaliła swój przemysł, budując lodołamacze dla Rosji. Handel zakończył się w 2022 r., po pełnej inwazji Kremla na Ukrainę. W następnym roku Finlandia przystąpiła do NATO. Obecnie jej stocznie poszukują zachodnich nabywców.

Przemysł tego kraju jest ściśle powiązany, co pomogło wykreować niszę rynkową. Lodołamacze potrzebują grubych kadłubów, mocnych silników oraz skomplikowanych systemów kontroli drgań i zabezpieczeń przed lodem, aby przetrwać ekstremalne warunki. Większość z nich jest produkowana na zamówienie, co oznacza, że nie nadają się one do budowy w dużych seriach, powszechnych w gigantycznych stoczniach Azji Wschodniej. (...)

Kontrast z Ameryką jest ogromny. Amerykańska straż przybrzeżna, będąca częścią sił zbrojnych, twierdzi, że potrzebuje około 10 polarnych lodołamaczy. Posiada trzy. Ostatni lodołamacz zbudowany przez rząd amerykański dla straży przybrzeżnej, Healy, został ukończony w 1997 r. Plan budowy nowych lodołamaczy jest opóźniony, a jego budżet znacznie wzrósł. Pierwszy statek, który pierwotnie miał być gotowy w 2024 r., nie pojawi się przed 2029 r. i będzie kosztował 1 mld 900 mln dol. [6 mld 917 mln zł]. Polaris, najnowszy fiński lodołamacz, został zbudowany w ciągu trzech lat za 125 mln euro (147 mln dol., czyli 535 mln zł). To statek mniejszy niż ten, którego pragną Amerykanie. Niemniej jednak jest to dowód na zdolność Finlandii do szybkiej budowy lodołamaczy przy niskich kosztach.

Dyskusja na temat "luki lodołamaczowej" między Ameryką a Rosją — która ma około 50 polarnych lodołamaczy, w tym gigantyczne behemoty o napędzie atomowym — jest wyolbrzymiona. Rosyjska część Arktyki ma długie północne wybrzeże i ponad 2 mln mieszkańców. A to oznacza, że Rosja zawsze będzie potrzebowała więcej [lodołamaczy] niż Ameryka. Prawdziwym powodem do niepokoju jest różnica między możliwościami amerykańskiej straży przybrzeżnej a rolą, jaką musi ona odgrywać w zapewnieniu bezpieczeństwa w Arktyce.

Rosja i Chiny rywalizują o Arktykę, a północne szlaki żeglugowe stają się coraz bardziej ruchliwe. — Ameryka radziła sobie bez wystarczającej liczby lodołamaczy, ponieważ przez Cieśninę Beringa [cieśnina między Ameryką Północną i Azją] przepływało bardzo niewiele statków — mówi Peter Rybski, były attache marynarki wojennej w ambasadzie amerykańskiej w Helsinkach. — Ale to się szybko zmienia — dodaje. W sierpniu dwa chińskie lodołamacze przepłynęły nad obszarem dna morskiego u wybrzeży Alaski, do którego prawa rości sobie Ameryka. Straż przybrzeżna wysłała Healy, aby je monitorować. Takie prowokacje mogą się powtarzać.

Aby wypełnić tę lukę, Ameryka zwraca się ku Finlandii. Trump po raz pierwszy rzucił pomysł zakupu statków od Finów już podczas swojej pierwszej kadencji. W 2024 r. administracja Bidena podpisała porozumienie z Kanadą i Finlandią, nazwane ICE Pact, w celu zwiększenia zdolności produkcyjnych. W sierpniu stocznia w Helsinkach rozpoczęła prace nad pierwszym statkiem w ramach tego programu, lodołamaczem dla Kanady o nazwie Polar Max. Fińscy konstruktorzy statków opracowali projekty dla amerykańskiej straży przybrzeżnej i z niecierpliwością czekają na zlecenie od administracji Trumpa. Również rząd Finlandii jest pełen nadziei. — Mamy duże możliwości dostawy tych statków — mówi Pasi Rajala, wiceminister spraw zagranicznych Finlandii. — W naszym interesie leży, aby nasi sojusznicy mieli możliwości działania w Arktyce.

onet.pl\The Economist


Od wtorku /14.10.2025 r. - red./ amerykańskie porty nakładają opłaty za rozładunek statków zbudowanych w Chinach, niezależnie od właściciela. Stawki będą stopniowo rosły – z początkowych 18 dol. za tonę netto do 33 dol. w 2028 r. W przypadku kontenerów opłaty wzrosną z początkowych 120 dol. za rozładowany kontener do 250 dol. w 2028 r.

Pekin z kolei pobiera opłaty od statków należących lub zarządzanych przez amerykańskie firmy, organizacje lub osoby fizyczne, a także od jednostek budowanych w USA lub pływających pod banderą amerykańską. Stawki początkowo wynoszące 400 juanów (56 dol.) za tonę netto mają skoczyć do 1120 juanów (157 dol.) za tonę od 17 kwietnia 2028 r.

Jak relacjonuje "SCMP", firmy żeglugowe w pośpiechu zmieniają trasy. Europejscy giganci Maersk i Hapag-Lloyd przekierowali już dwa kontenerowce z chińskiego portu Ningbo do Busan w Korei Południowej. Stamtąd ładunki zostaną przeładowane i dostarczone do celu siecią logistyczną.

Nie wszystkim udało się zareagować na czas. Według chińskich mediów amerykański kontenerowiec Manukai, który zawinął do Szanghaju dzień po wejściu w życie przepisów, musiał uiścić opłatę w wysokości 4,46 mln juanów (ok. 620 tys. dol.).

Armatorzy reagują też zmianami w strukturach korporacyjnych, by uniknąć klasyfikacji jako podmiot amerykański lub chiński.

Notowana w Hongkongu firma Pacific Basin ogłosiła dymisję dyrektora, aby "złagodzić potencjalne zastosowanie" amerykańskich przepisów. Z kolei z zarządu armatora Okeanis Eco Tankers odeszło dwóch dyrektorów. Według mediów branżowych ma to uchronić firmę przed chińskimi opłatami, które dotyczą podmiotów z co najmniej 25-procentowym udziałem kapitału amerykańskiego.

money.pl\PAP

piątek, 24 października 2025



Gripen ma też taką zaletę, że został zaprojektowany pod wymagania operacyjne szwedzkiego lotnictwa, które mają dużo wspólnego z tym jak działają teraz Ukraińcy. Głównie chodzi o operowanie w rozproszeniu, czyli niekoniecznie z dużych stałych baz, ale z różnych mniejszych lotnisk przystosowanych prowizorycznie do obsługi maszyn bojowych. Ewentualnie wręcz z przygotowanych odcinków dróg. To sposób na przetrwanie w obliczu przeciwnika dysponującego znacznymi zdolnościami do ataków na dalekim dystansie Ukraińcom idzie to bardzo dobrze, bo pomimo ciągłych rosyjskich uderzeń na ich bazy lotnicze, ich lotnictwo jest w stanie operować z relatywnie niskimi stratami na ziemi. Szwedzi zawsze zakładali to samo w przypadku konfliktu z ZSRR. Gripen ma być relatywnie prosty w codziennej obsłudze i ze względu na małe rozmiary dobrze sprawdzać się na prowizorycznych lądowiskach. Szwedzka maszyna ma być też najtańsza w codziennej eksploatacji, co w potencjalnych powojennych realiach Ukrainy na pewno będzie miało ogromne znaczenie.

Zdolności bojowe szwedzkiej maszyny na pewno nie będą dorównywać nowoczesnym zachodnim maszynom w rodzaju F-35, ale zakup takiego sprzętu przez Ukrainę to strefa fantastyki. W ukraińskich warunkach Gripeny mogą być solidnym wyborem. Wizja Sił Powietrznych Ukrainy składających się za dekadę z kilkudziesięciu używanych F-16 otrzymywanych teraz, oraz setki nowych Gripenów, jest na pewno atrakcyjna dla polityków i wojskowych w Kijowie. Pozostaje czekać, czy uda się przekuć ambitny pomysł na konkrety.

gazeta.pl


Premier Belgii Bart De Wever opóźnił na czwartkowym szczycie UE w Brukseli plan wykorzystania zamrożonych rosyjskich aktywów jako zabezpieczenia pożyczki dla Ukrainy. Tłumaczył to ryzykiem pozwów i odwetu Moskwy. Nie chcę być niegrzecznym chłopcem - tłumaczył belgijski polityk po posiedzeniu Rady Europejskiej.

De Wever na razie nie zgodził się na wdrożenie planu, który zakładał wykorzystanie rosyjskich aktywów, zamrożonych po inwazji Kremla na Ukrainę, jako zabezpieczenia pożyczki w wysokości 140 mld euro. Z powodu sprzeciwu Belgii przywódcy państw UE nie osiągnęli porozumienia.
Jak podał dziennik "NRC", De Wever wyraził obawy, że taki krok mógłby doprowadzić do pozwów sądowych i rosyjskich działań odwetowych wobec belgijskich aktywów. Większość środków należących do rosyjskiego banku centralnego znajduje się w belgijskiej instytucji Euroclear w Brukseli, co - jak podkreślił premier - czyni z Belgii najbardziej narażony kraj.

"Nie chcę być niegrzecznym chłopcem Europy" - powiedział De Wever po zakończeniu obrad, dodając, że Belgia potrzebuje "twardych gwarancji" od pozostałych państw członkowskich. Premier domaga się, by inne kraje UE współdzieliły ryzyko i wzięły odpowiedzialność finansową w przypadku ewentualnych roszczeń ze strony Moskwy.

Według "NRC" belgijski premier zaproponował, by także Francja i Luksemburg, gdzie przechowywane są mniejsze rosyjskie środki, uczestniczyły w planie, a ponadto przynajmniej jedno państwo spoza strefy euro wzięło na siebie część ryzyka, by uniknąć szkód wizerunkowych dla europejskiej waluty.

De Wevera częściowo poparła prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde, która oceniła, że pomysł Komisji Europejskiej byłby możliwy tylko wtedy, gdyby pieniądze zostały w pełni zabezpieczone w momencie ewentualnych roszczeń Rosji. W przeciwnym razie Belgia mogłaby zostać zobowiązana do natychmiastowej wypłaty całej kwoty.

Według belgijskiego rządu decyzja o wstrzymaniu zgody nie oznacza końca rozmów. Komisja Europejska została poproszona o przedstawienie nowych propozycji finansowania pomocy dla Kijowa. Kolejna próba osiągnięcia porozumienia w tej sprawie ma nastąpić podczas grudniowego szczytu UE.

PAP


Liczba rosyjskich jednostek morskich, zagrażających brytyjskim wodom, wzrosła o 30 proc. - zaalarmował w piątek minister obrony Wielkiej Brytanii John Healey w rozmowie z BBC. Szef resortu powiadomił, że przekazał przywódcy Rosji Władimirowi Putinowi wiadomość: "Polujemy na wasze okręty podwodne".

W opinii Healey’a obecnie trwa wzrost "rosyjskiej agresji na całej linii", co, jego zdaniem, dotyczy nie tylko Ukrainy, ale wpływa również na Europę Zachodnią.

Według informacji podanych przez brytyjskie ministerstwo obrony aktywność rosyjskich okrętów podwodnych na wodach północnego Atlantyku powróciła do poziomu z czasów zimnej wojny.

Resort poinformował, że Królewskie Siły Powietrzne (RAF) oraz Królewska Marynarka Wojenna (Royal Navy) zintensyfikowały obserwację tego obszaru ze względu na aktywność rosyjskich łodzi podwodnych. Samoloty RAF-u wykonują misje niemal codziennie, czasami przez całą dobę. Są one wspierane przez siły innych sojuszników z NATO.

- Rosja rzuca nam wyzwanie, testuje nas, obserwuje nas. Ale (prowadzenie misji przez brytyjskie) samoloty pozwala nam powiedzieć Putinowi: obserwujemy was, polujemy na wasze okręty podwodne - oznajmił Healey w rozmowie z BBC, w czasie spotkania ze swoim niemieckim odpowiednikiem Borisem Pistoriusem.

- Północny Atlantyk jest kluczowym regionem - i jest on zagrożony przez rosyjskie okręty podwodne z napędem atomowym. (...) Dlatego musimy wiedzieć, co dzieje się na morzu - oznajmił minister obrony Niemiec. Pistorius zapowiedział, że Niemcy planują częste loty patrolowe z bazy RAF w Lossiemouth.

Niemiecki minister podkreślił, że każdego dnia pojawiają się kolejne dowody na to, że Rosja prowadzi wobec Europy wojnę hybrydową w postaci "fałszywych wiadomości, dezinformacji, zagrożenia dla infrastruktury podmorskiej". - Czas, abyśmy zdali sobie sprawę z tego, co się dzieje - zaapelował.

Stacja BBC przypomniała, że w sierpniu samoloty RAF-u, współpracując z amerykańskimi i norweskimi myśliwcami, monitorowały rosyjski okręt podwodny, który śledził amerykański lotniskowiec USS Gerald R. Ford podczas ćwiczeń na północnym Atlantyku.

PAP


Najbardziej uderzająca ocena padła podczas debaty ekspertów. Debra Cagan z Centrum Eurazji Rady Atlantyckiej, zapytana o to, jak wyglądałaby rosyjska operacja wojskowa bez partnerów CRINK, nie przebierała w słowach.

— Wyglądałaby jak śmieć — stwierdziła, wyjaśniając podstawową zależność. — Rosja potrzebuje chipów komputerowych. Potrzebują specjalnych metali, minerałów ziem rzadkich, aby nadal utrzymywać swoje linie obronne, a nie byliby w stanie tego zrobić, zwłaszcza bez Chin, przy większości tych głównych elementów wyposażenia — wyjaśniła.

To przypomina o bolesnej dla Putina rzeczywistości ujawnionej w raporcie: aby kontynuować produkcję pocisków rakietowych, dronów, czołgów i innego zaawansowanego technologicznie uzbrojenia, Rosja, pozbawiona zachodniej technologii i inwestycji przez sankcje, jest całkowicie zależna od zagranicznego wkładu.

Podczas gdy Iran i Korea Północna zapewniają sprzęt bezpośrednio na pole bitwy (odpowiednio drony i pociski artyleryjskie), Chiny są przedstawiane jako niezbędny — ale wysoce asymetryczny — filar gospodarczy i technologiczny Rosji. W raporcie podkreślono, że Chiny stały się gospodarczą linią ratunkową Rosji, a dwustronna wymiana handlowa osiągnęła rekordowy poziom od czasu inwazji w 2022 r.

Co najważniejsze, Stany Zjednoczone szacują, że Chiny dostarczają prawie 80 proc. produktów podwójnego zastosowania, których Rosja potrzebuje do prowadzenia wojny. Obejmuje to wszystko od elektroniki użytkowej używanej w zaawansowanej broni po wysokiej klasy obrabiarki i, co najważniejsze, mikroelektronikę.

Ale ta relacja nie jest relacją równych sobie; jest bardzo wypaczona. Rosja, zdesperowany klient wymieniający surowce na towary przemysłowe, jest młodszym partnerem. Handel Chin z Rosją stanowi zaledwie ok. 3 proc. ich całkowitego światowego handlu, podczas gdy Rosja jest obecnie głęboko uzależniona od Chin. "Chiny są kluczowym partnerem Rosji w dążeniu do podważenia interesów USA i Zachodu na całym świecie oraz podważenia obecnego porządku międzynarodowego" — zauważa raport o CRINK.

Ta asymetria jest źródłem zastrzeżenia, że "Chinom nie można ufać", które powtarzało się w trakcie wydarzenia. Eksperci podkreślali, że kalkulacja Pekinu jest czysto pragmatyczna. Jeśli polityczne lub ekonomiczne koszty wspierania Moskwy wzrosną zbyt wysoko — np. z powodu wtórnych sankcji ze strony Zachodu — Chiny zachowają pełną elastyczność, aby zmniejszyć lub całkowicie odciąć wsparcie. Rosja natomiast jest przyparta do muru.

Ta dynamika oznacza, że Chiny mogą właściwie trzymać klucz do zakończenia wojny w Ukrainie, ale nie z powodu wyznawanych zasad. Jest to raczej zimny, twardy strategiczny atut, którego Pekin używa, aby uzyskać przewagę nad Zachodem i umocnić swoją kontrolę nad swoim nowo uzależnionym od niego partnerem.

Angela Stent jednoznacznie oceniła skalę wyzwania: - Wierzę, że kraje te stanowią rosnące zagrożenie dla Zachodu, zarówno indywidualnie, jak i zbiorowo. Myślę, że odpowiedź na te zagrożenia będzie trudna i dość kosztowna — powiedziała. Co najważniejsze, Stent odrzuciła nadzieje na łatwe zasianie podziału między Moskwą a Pekinem, stwierdzając, że "wbijanie klinu między nie [...] raczej nie zadziała w krótkim okresie".

onet.pl


Realne zwiększenie efektywności sankcji przeciw Rosji zależeć będzie od ich egzekwowania. Druga administracja Trumpa nie wprowadzała dotychczas nowych obostrzeń wobec Moskwy. W rezultacie prowadziło to do znacznego osłabienia efektu restrykcji, co przejawiało się m.in. zmniejszeniem dyskontu na rosyjską ropę względem innych marek surowca, a także demonstracyjnym ignorowaniem ograniczeń przez chińskich odbiorców (nie tylko ropy naftowej). Koronny przykład otwartego łamania reżimu sankcyjnego to chiński import LNG z rosyjskiego zakładu Arktyczny LNG 2, który pozostaje objęty amerykańskimi obostrzeniami. Przywrócenie mechanizmom sankcyjnym skuteczności będzie wymagało konsekwencji ze strony USA w postaci aktywnego ścigania podmiotów łamiących zapisy sankcyjne (tankowce, banki, rafinerie), jak miało to miejsce w latach 2023–2024. W przeciwnym razie ich efekt będzie krótkotrwały, a rosyjscy eksporterzy i ich odbiorcy szybko zaadaptują się do ograniczeń. Biorąc pod uwagę deklaracje Trumpa, wyrażające nadzieję na to, że restrykcje „nie będą na długo”, nie można wykluczyć, że ich skutki zniweluje zmiana kalkulacji politycznych Waszyngtonu.  

Wprowadzane przez Zachód sankcje w krótkim okresie spowodują przecenę rosyjskiej ropy i podniosą koszty jej eksportu. We wrześniu dyskont względem zachodniej marki Brent wynosił ok. 12 dolarów na baryłce. W rezultacie restrykcji ceny wszystkich marek surowca poszły w górę, podczas gdy stawki za rosyjską się obniżyły. Prowadzić to będzie do redukcji marży koncernów oraz dochodów budżetowych. Ograniczenia zmuszają eksporterów do poszukiwania nowych sposobów na realizację transakcji, m.in. poprzez ukrywanie pochodzenia ropy, co będzie generowało koszty, a zarazem obniżało atrakcyjność cenową rosyjskiego surowca. Co więcej, sankcje na Rosnieftʹ i Łukoil – jeśli zostaną utrzymane przez długi czas – mogą dodatkowo uderzyć w przetwórstwo ropy w Rosji, utrudniając koncernom pozyskanie technologii i części zamiennych dla rafinerii.

Amerykańskie restrykcje niosą wyzwanie dla państw trzecich, których rafinerie przerabiają rosyjską ropę bądź stanowią rosyjską własność. Sankcje zmuszają podmioty zwłaszcza z Indii, Chin i Turcji do zaprzestania importu surowca z FR – szczególnie na podstawie kontraktów długoterminowych – pod groźbą nałożenia sankcji wtórnych. O ile w przypadku ChRL prawdopodobnym scenariuszem jest odizolowanie tego przesyłu od zachodniego systemu rozliczeń, o tyle w przypadku Indii i Turcji, które sprzedają paliwa na rynkach zachodnich, należy spodziewać się rewizji podejścia. Ewentualna redukcja importu rosyjskiej ropy przez te kraje znacząco ograniczyłaby rosyjskie dochody z eksportu. Sankcyjny nacisk wymierzony jest też w państwa unijne. Dwa z nich – Słowacja i Węgry – wciąż sprowadzają surowiec z Rosji, a w innych (Rumunia, Bułgaria i Niemcy) działają rafinerie należące do koncernu Łukoil i Rosniefti. Nie można jednak wykluczyć, że Waszyngton będzie gotowy na wprowadzenie czasowych derogacji w odniesieniu do konkretnych podmiotów, tak jak miało to miejsce w przeszłości w przypadku serbskiej rafinerii NIS (...).

Systematyczne włączanie na unijne listy sankcyjne podmiotów z państw trzecich świadczy o zmianie jakościowej w podejściu UE do restrykcji. Nałożenie bezpośrednich ograniczeń na m.in. chińskie rafinerie, azjatyckie banki czy giełdy kryptowalut wskazuje na rosnącą gotowość Brukseli do aktywnego ścigania podmiotów łamiących restrykcje, co sygnalizuje zmianę paradygmatu jej działania. Karanie spółek spoza Rosji za łamanie reżimu sankcyjnego w coraz większym stopniu przypomina amerykańskie podejście polegające na nakładaniu sankcji wtórnych. Takie nasilenie presji powinno przyczynić się do poprawy efektywności obostrzeń UE.

osw.waw.pl

środa, 22 października 2025



Zarówno w przypadku Pokrowska, jak i Kupiańska, obserwujemy kolejny etap zdobywania przez Rosjan ukraińskich miast. Standardowo proces ten zaczyna się długim okresem walk na przedpolach, kiedy Ukraińcy - mimo rosyjskich prób okrążenia miasta i odcięcia zaopatrzenia - są w stanie powstrzymywać agresora przed uchwyceniem pozycji w zabudowaniach. Kiedy jednak obrońcy słabną, Rosjanie zaczynają infiltrować kolejne dzielnice i w walkach na krótkim dystansie wypierać Ukraińców. Jeszcze dość długo ukraińska obrona może utrzymywać nieliczne pozycje na skraju miasta, ale zwykle ich los jest przesądzony.

Aktualnie w przypadku obu wspomnianych wyżej miast jesteśmy na środkowym etapie. Rosjanie infiltrują centralne dzielnice Pokrowska i Kupiańska, które stały się ziemią niczyją, gdzie często dochodzi do chaotycznych walk na krótkich dystansach. Trzeba przyznać, że dojście do tego etapu trwało jednak długo. W przypadku Pokrowska nawet bardzo długo, bo nieco ponad rok. Rosjanie dotarli do jego przedmieść już na przełomie sierpnia i września 2024 roku. Ukraińcy zdołali jednak wówczas ustabilizować front, który przez następne pół roku prawie się nie ruszył. Sytuacja zaczęła się pogarszać wiosną, gdy Rosjanie odnieśli spore sukcesy na jego wschodniej flance, doprowadzając latem do częściowego okrążenia przy pomocy dronów. Stwarza to teraz sytuację, kiedy wszystkie drogi utwardzone i gruntowe na terenie nominalnie kontrolowanym przez Ukraińców, stają się zbyt niebezpieczne, by swobodnie poruszać się po nich samochodami. Znacząco ogranicza zdolność do zaopatrywania obrońców miasta, a co za tym idzie, ich skuteczność. Tego rodzaju działania nie prowadzą do natychmiastowego załamania, ale raczej "podduszania" obrony. Efekty narastają z czasem, co właśnie zaczynamy obserwować.

Choć Ukraińcom późnym latem udało się zablokować proces dalszego przebijania się Rosjan na tyły Pokrowska, to niemal równocześnie agresor zwiększył presję od frontu. Jeszcze we wrześniu ukraińscy albo proukraińscy twórcy map kontroli zaczęli zaznaczać południowe skraje miasta jako ziemię niczyją. Rosjanie na tyle często byli w stanie się tam zapędzać, że nie sposób było uznać je za pewnie kontrolowane przez Ukraińców. Ci mieli regularnie eliminować małe grupki infiltrujących rosyjskich żołnierzy, ale ponoszone w trakcie takich walk straty, połączone z atakami dronów, artylerii i lotnictwa, osłabiały też obrońców.

Efekt jest taki, że aktualnie część bardziej proukraińskich lub neutralnych twórców map zaznacza już prawie całą południową część Pokrowska jako ziemię niczyją, aż po dzielące miasto - mniej więcej na pół - tory kolejowe. Pojawiły się nawet nagrania z dronów, na których widać cywilów (w mieście pozostaje grupa ludzi odmawiających ewakuacji), postrzelonych podczas przeprawiania się przez nie z zapasami. Ukraińcy twierdzą, że to efekt działania jednej z grup Rosjan, którzy przeniknęli do centrum miasta. Mieli zostać już wyeliminowani, ale sam fakt jak daleko dotarli, świadczy o słabości obrony. Jednocześnie pojawiło się kilka nagrań pokazujących zasadzki Rosjan na ukraińskich żołnierzy prawie w centrum miasta i wymianę ognia na krótkich dystansach. Nawet Ukraińcy piszą, że sytuacja jest zła i gwałtownie się pogorszyła w ciągu ostatnich kilku tygodni.

(...)

Podobnie rozwijają się wydarzenia w położonym daleko na północy Kupiańsku. Ukraińcy odbili to miasto jesienią 2022 roku. Położone nad dużą - jak na ten region - rzeką Oskił, stanowiło bardzo ważny węzeł logistyczny dla znacznego odcinka frontu. Długo było bezpieczne. Rosjanie od 2023 roku łamali sobie zęby na ukraińskiej obronie stojącej dalej na wschód, po drugiej stronie rzeki. Na przełomie 2024 i 2025 roku zaczęli jednak przenikać przez najwyraźniej słaby odcinek obrony na północ od miasta, gdzie do Oskiłu przylega duży kompleks leśny. Z trudnościami i mozolnie, ale zbudowali sobie przyczółek po drugiej stronie rzeki, którego Ukraińcy nigdy nie zdołali zlikwidować. Postępy Rosjan były bardzo powolne, a intensywność walk relatywnie niska, na przykład w porównaniu z Pokrowskiem. Od zimy do końca lata zdołali dotrzeć od przyczółka na północ od Pokrowska, do przedmieść Kupiańska. Jednak kiedy już się tam znaleźli, to sytuacja zaczęła się pogarszać kaskadowo.

Na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy obrona miasta przeszła od etapu Rosjan na dalekich przedmieściach do Rosjan w centrum Kupiańska. Sytuacja przypomina to, co dzieje się w Pokrowsku. Przez nieszczelną ukraińską obronę przenikają coraz większe grupy rosyjskich żołnierzy, którzy zajmują pozycje w coraz dalszych budynkach. Aktualnie mają nie tyle okazjonalnie docierać do centrum, co według niektórych, wręcz już je kontrolować. Większość miasta nawet na najbardziej zachowawczych ukraińskich mapach przedstawiona jest już jako ziemia niczyja. Ogólnie sytuację w Kupiańsku sami Ukraińcy często określają jako chaotyczną i narzekają na brak adekwatnych przygotowań do obrony. Może w tym być sporo prawdy, skoro tutaj Rosjanie nawet nie musieli brać miasta w kleszcze i nie podduszali jego obrońców miesiącami, utrudniając im aprowizację. Zdołali się wbić do niego, atakując tylko z jednego kierunku i to na dość wąskim froncie, na dodatek mając za plecami prowizoryczne przeprawy przez rzekę.

Wolne od Rosjan pozostają tylko południowe przedmieścia i przemysłowa dzielnica po wschodniej stronie Oskiłu. Jak na tempo tej wojny, utrata miasta postępuje wręcz błyskawicznie. Bez istotnego wzmocnienia tego kierunku przez ukraińskie dowództwo, miasto może zostać ostatecznie stracone w ciągu miesiąca. Przełoży się to znacząco na sytuację w całej okolicy. Na wschód od Kupiańska Ukraińcy ciągle utrzymują znaczny obszar po drugiej stronie rzeki Oskił. Jest on zaopatrywany dzięki licznym prowizorycznym przeprawom na południe od miasta, ale jego utrata ułatwi Rosjanom ich atakowanie. Dodatkowo stworzy warunki do dalszego ataku wzdłuż rzeki, by jeszcze głębiej wejść za plecy Ukraińców. Można przypuszczać, że w perspektywie kilku miesięcy wymusi to ewakuację całego tego obszaru i cofnięcie się za Oskił.

Losy obu miast są symptomatyczne dla sytuacji na całym froncie. Ukraińcom skrajnie brakuje żołnierzy piechoty do obsadzania pierwszej linii obrony. W efekcie jest ona porowata, bo pomiędzy poszczególnymi punktami oporu znajdują się słabo dozorowane i chronione obszary. Punkty oporu są symbolicznie obsadzone i liczą zazwyczaj kilku ludzi, a Rosjanie - jeśli je wykryją - "zmiękczają" je bombami lotniczymi, dronami i artylerią. Analiza miejsc pojawiania się lejów stała się wręcz narzędziem do ustalania przebiegu linii frontu. Tam, gdzie spadają bomby, tam musi być skupiona uwaga Rosjan; kiedy zaczynają je zrzucać gdzieś dalej, oznacza to najprawdopodobniej zdobycie danej pozycji.

Głównym fundamentem obrony pozostają drony rozpoznawcze, które mają wykryć rosyjskie ataki i skierować na nie inne drony oraz artylerię. Dodatkowo dużą rolę odgrywają miny i - w przypadku rzadkich większych ataków przy pomocy ciężkich pojazdów - także rakiety przeciwpancerne. Generalnie chodzi o wykrwawienie i zatrzymanie Rosjan, zanim dotrą do efemerycznej faktycznej linii obrony. Ta strategia działa, jeśli chodzi o zadawanie agresorowi ciągłych znacznych strat i spowalnianie go. Nie działa jednak jeśli chodzi o zatrzymanie. Rosjanie mają znacznie więcej ludzi. Giną na dużą skalę, ale pozostający przy życiu docierają do ukraińskich pozycji lub za nie.

Ukraińcom pozostaje używać swoich skromnych rezerw do wzmacniania najbardziej krytycznych odcinków frontu, gdzie wyczerpanie i błędy brygad, które trzymają pierwszą linię, prowadzą do lokalnej zapaści. Tak jak to było latem na północ od Pokrowsk,a w rejonie miasta Dobrobilla. Rosjanie przebili się tam przez obronę, zaczęli gwałtownie iść naprzód, ale na miejsce skierowano specjalne oddziały szturmowe, które ustabilizowały sytuację i nawet lokalnie ich odrzuciły. Zabrakło jednak podobnych sił, by analogicznie zareagować na sytuację w Kupiańsku, czego skutki właśnie widzimy.

gazeta.pl