sobota, 20 września 2025



Urho Kekkonen, prezydent Finlandii od 1956 do 1982 roku, to postać, która w fińskiej pamięci zajmuje wyjątkowe miejsce. Jego dwudziestosześcioletnie rządy były epoką pragmatyzmu w cieniu zimnej wojny, gdy świat dzielił się na dwa wrogie obozy, a Finlandia, sąsiadująca z potężnym ZSRR, musiała znaleźć sposób, by przetrwać. Kekkonen, architekt tzw. finlandyzacji, stworzył strategię, która pozwoliła jego krajowi zachować suwerenność, unikając losu państw bałtyckich, wcielonych do ZSRR.

– Kekkonen był jak żeglarz na wzburzonym morzu: wiedział, jak omijać sztormy, nie tracąc kursu – napisał fiński historyk Juhani Suomi w książce Kekkonen: The President (2000). Podpisywał traktaty handlowe z Moskwą, unikał otwartej krytyki ZSRR, ale nigdy nie pozwolił, by Finlandia stała się satelitą Kremla.

Jego polityka miała jednak swoją cenę. Kekkonen bywał autorytarny: naciskał na media, by nie drażniły Moskwy, ingerował w politykę wewnętrzną, by utrzymać władzę, i ograniczał debatę publiczną.

– Dla jednych to bohater, który ocalił kraj przed sowietyzacją, dla innych – człowiek, który poświęcił część demokracji na ołtarzu pragmatyzmu – mówi dr Laura Kolbe, historyk z Uniwersytetu w Helsinkach, w rozmowie z „Helsingin Sanomat”. Sondaż przeprowadzony przez tę gazetę w 2023 roku pokazuje, że 65% Finów wciąż widzi w Kekkonenie bohatera, ale 22% krytykuje jego autorytarne metody, wskazując na cenzurę i tłumienie opozycji. Ta ambiwalencja sprawia, że jego postać stanowi podatny grunt dla manipulacji. Starsze pokolenie pamięta Kekkonena jako gwaranta stabilności, młodsze zaś widzi w nim relikt epoki, w której Finlandia musiała się naginać, by przetrwać.

Czym była finlandyzacja? Dla Finów to strategia przetrwania w cieniu ZSRR. Polegała na neutralności, unikaniu konfrontacji z Moskwą i rozwijaniu współpracy gospodarczej, np. eksportu drewna i maszyn. Kekkonen lawirował między Wschodem a Zachodem, zapewniając Finlandii przestrzeń do samodzielności.

– To nie była uległość, lecz spryt dyplomatyczny – podkreśla prof. Teivo Teivainen z Uniwersytetu w Helsinkach w rozmowie z „Yle”. Sondaż „Yle” z 2023 roku pokazuje, że 74% Finów postrzega finlandyzację jako konieczność historyczną, ale tylko 9% uważa ją za model dla współczesności. Po inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku i przystąpieniu Finlandii do NATO w 2023 roku większość Finów (80% według „Helsingin Sanomat”) odrzuca finlandyzację jako anachronizm, stawiając na integrację z Zachodem i wspólne bezpieczeństwo.

Na Zachodzie finlandyzacja miała inny wydźwięk. W latach 70. XX wieku politolog Walter Laqueur opisał ją jako „ograniczenie suwerenności pod presją potężnego sąsiada”. Dla NATO i krajów zachodnich była ostrzeżeniem przed ustępstwami wobec ZSRR. Gdy Finlandia dołączyła do NATO w 2023 roku, zachodni analitycy uznali to za „koniec finlandyzacji i triumf suwerennego wyboru”. Przystąpienie Finlandii, a wkrótce także Szwecji, wzmocniło wschodnią flankę Sojuszu, zmieniając układ sił w Europie. Dla Zachodu decyzja Helsinek to dowód, że małe kraje mogą wybrać bezpieczeństwo we wspólnocie zamiast samotnej neutralności.

Dla Rosji finlandyzacja stanowi coś zupełnie innego – idealny model relacji z sąsiadami. Kreml przedstawia ją jako okres, w którym Finlandia rzekomo „szanowała interesy Rosji” i czerpała z tego korzyści gospodarcze i polityczne. W rosyjskich mediach często powtarza się, że Finlandia Kekkonena pokazuje, iż małe państwa mogą prosperować, szanując Rosję. Ta narracja pomija kluczowy fakt: finlandyzacja była wymuszona przez geopolityczne realia, a nie wynikała z sympatii do ZSRR. Kreml używa jej, by przekonywać, że sąsiedzi Rosji – jak Ukraina czy Gruzja – powinni pójść podobną drogą, unikając konfrontacji z Moskwą.

W moskiewskich gabinetach Urho Kekkonen stał się pionkiem w wojnie informacyjnej. Po aneksji Krymu w 2014 roku, a zwłaszcza po inwazji na Ukrainę w 2022 roku, Rosja wzmocniła wysiłki, by wykorzystać jego postać przeciwko Finlandii. Celem tych działań jest podważenie zaufania Finów do NATO, które stało się filarem ich bezpieczeństwa po przystąpieniu w 2023 roku. Kreml chce, by Finowie zatęsknili za neutralnością, widząc w niej złoty wiek stabilności i dobrobytu.

– Rosja nie próbuje przekonać Finów, że jest ich przyjacielem – wystarczy, że wzbudzi wątpliwości co do ich wyborów – mówi Jesper Vuori, analityk ds. dezinformacji.

Rosyjskie narracje często opierają się na manipulacji. W 2022 roku politolog Dmitrij Kulikow na konferencji w Moskwie stwierdził: „Ukraina mogłaby uniknąć wojny, gdyby poszła drogą Finlandii Kekkonena”. Takie wypowiedzi mają sugerować, że neutralność to jedyna droga do pokoju, a opór wobec Rosji prowadzi do katastrofy. Kreml wyrywa też wypowiedzi Kekkonena z kontekstu. Jego słowa z 1970 roku: „Dobrosąsiedzkie relacje z ZSRR są podstawą naszej polityki” są często przytaczane, by sugerować, że Kekkonen był „przyjacielem Moskwy”. Nikt nie wspomina, że mówił to w realiach zimnej wojny, gdy Finlandia musiała lawirować, by uniknąć konfliktu.

– To klasyczna manipulacja. Rosja używa Kekkonena, by przepisać historię – mówi dr Laura Kolbe.

Rosyjskie działania są precyzyjnie zaplanowane. W 2023 roku fińskie służby SUPO ujawniły, że kampania „Powrót do Neutralności” wykorzystywała fałszywe cytaty i zmanipulowane nagrania archiwalne, by przedstawić Kekkonena jako orędownika współpracy z Rosją. Jeden z takich cytatów, rozpowszechniany w 2023 roku, brzmiał: „Finlandia nigdy nie powinna wiązać się z Zachodem” – choć historycy potwierdzają, że Kekkonen nigdy nie wypowiedział takich słów. Celem jest stworzenie wrażenia, że współczesna Finlandia zdradziła jego dziedzictwo, dołączając do NATO.

new.org.pl


- Czy będzie w Polsce wojna? Kiedy? 

Kiedy NATO przestanie być wiarygodne w odstraszaniu Rosji. Czyli kiedy spójność Sojuszu znacząco spadnie. Na przykład poprzez wycofanie się militarnie USA z Europy, czy w ogóle z NATO. Do tego, kiedy kraje z zachodu Europy przestaną angażować się we wspieranie nas, a skupią się bardziej na swoich wewnętrznych lub lokalnych problemach. 

- Czyli kluczowe nie jest to, ile Rosjanie czołgów czy dronów naprodukują i co Władimir Putin sobie postanowi?

Ocena możliwości wybuchu przyszłej wojny tak naprawdę nie dotyczy zdolności Rosjan, ale tego, co się będzie działo w świecie zachodnim. I to jest skrócona odpowiedź na to podstawowe pytanie: "Czy i kiedy będzie wojna?". Oczywiście trzeba dodać, że wcześniejszym wymogiem jest zakończenie w ten czy inny sposób wojny w Ukrainie. Rosji na pewno nie stać na prowadzenie dwóch kampanii wojennych równolegle na dwóch różnych teatrach. Może, gdyby państwa bałtyckie nie byłyby w NATO, to Kreml mógłby się porwać na nie, nawet bez zakończenia wojny z Ukrainą. Jednak to i tak byłoby dla nich bardzo ryzykowne, bo nie mogliby wykluczyć zaangażowania się Finlandii, Szwecji czy choćby Polski. Tylko to są scenariusze tak mało prawdopodobne, że nikt realnie nie bierze ich pod uwagę. Tak długo, jak będzie trwała wojna w Ukrainie i choćby kraje Europy Zachodniej będą zaangażowane w obronę naszego podwórka, tak długo moim zdaniem możemy liczyć na pokój. 

- A ile może jeszcze potrwać ta wojna w Ukrainie?

Naprawdę trudno coś konkretnego powiedzieć. My w Rochan Consulting staramy się przewidywać wydarzenia na od 4 do 8 tygodni w przód, a i tak jest z tym problem. To, co można powiedzieć, to że mamy do czynienia z wojną na wyniszczenie. W trakcie takiego konfliktu wszystko toczy się powoli, aż do momentu, kiedy przestaje. Kiedy wyczerpanie jednej strony osiąga punkt krytyczny. Wówczas wszystko zaczyna się dziać błyskawicznie i sprawa może się rozstrzygnąć nawet w perspektywie tygodni. Ukraina nie jest jednak bliska takiego momentu. Rosjanie tym bardziej. Jest jednak nowy czynnik, który niedawno pojawił się w tych kalkulacjach. Mianowicie ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie.

- Doprawdy? Można przeczytać wiele komentarzy, że to tak naprawdę nic dotkliwego, bo uszkodzenia zadawane przez ukraińskie drony są powierzchowne. 

Nie. To tak nie jest. Nie mogą być powierzchowne, bo nie widać, żeby Rosjanie jakoś szybko je naprawiali. Co ciekawe te ataki są bardzo precyzyjne. Ukraińcy wiedzą, w które elementy rafinerie drony mają trafiać i one faktycznie w nie trafiają. Dla mnie ta sytuacja jest wręcz kuriozalna, biorąc pod uwagę to, jak silną obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową miała przed wojną Federacja Rosyjska, która była słynna już od dekad, jeszcze od czasów ZSRR. Tymczasem w praktyce widzimy, że oni nie są w stanie bronić strategicznych obiektów przed prostymi i powolnymi ukraińskimi dronami oraz samolotami przerobionymi na drony. Efekty tych ataków są poważne i odczuwalne dla Rosjan. Już w 20 regionach kraju występują problemy z dostępnością benzyny, a Ukraińcy naciskają też na produkcję diesla. To na nim stoi rosyjska gospodarka i to z jego eksportu Rosjanie mieli znacznie więcej pieniędzy niż z eksportu benzyny. 

(...)

- No ale załóżmy czarny scenariusz, że pomimo wszystko Rosjanom jakoś jednak udaje się zakończyć wojnę po swojej myśli. Mają spokój i mogą lizać rany. Ile czasu minie, zanim się pozbierają i będą mogli realnie myśleć o państwach bałtyckich? 

Podczas jednej z naszych rozmów jeszcze w 2022 roku mówiłem, że moim zdaniem odbudowa sił zbrojnych do stanu sprzed inwazji na Ukrainę zajmie im około dekady. Podtrzymuję to i dzisiaj. Temat jest oczywiście złożony. Na przykład pewne części sił zbrojnych odbudują szybciej, czy wręcz rozbudują względem stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Na przykład systemy bezzałogowe, rakiety manewrujące czy balistyczne. Jednak w innych będą mieli problemy, zwłaszcza w ciężkim sprzęcie. Na przykład produkcja czołgów to rejon 250-300 rocznie, z czego naprawdę nowych jest około 90. Stracili ich do tej pory już ponad 4 tysiące. W tym tempie to i 10 lat nie wystarczy. 

- Tylko czy oni muszą odbudować dokładnie takie same siły zbrojne, jakie mieli przed inwazją na Ukrainę? Nie wystarczą inne, bogatsze o doświadczenia z wojny? 

Gdyby Rosjanie założyli, że dokonują inwazji na państwa bałtyckie i walczą tylko z nimi, to oczywiście nie potrzebują tych przykładowych 4 tysięcy czołgów. Jednak myślę, że Rosjanie z obecnej wojny wyciągnęli jeden podstawowy wniosek: trzeba być gotowym na to, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dlatego trzeba mieć dużą rezerwę sił na nieprzewidziane scenariusze. Czyli muszą nie tylko odbudować swoje jednostki pancerne i zmechanizowane na zachodnim kierunku operacyjnym, ale też przygotować dość dużą rezerwę. Na przykład na taką sytuację, że jednak do obrony Bałtów przyłącza się Finlandia, Szwecja, Norwegia czy my. Dlatego uważam, że przed ewentualną decyzją o inwazji na państwa bałtyckie, bo moim zdaniem to jest właśnie potencjalny następny cel Rosjan, muszą oni odbudować siły Leningradzkiego Okręgu Wojskowego i Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Do tego wspomniana rezerwa. 

- Nie mogliby zacząć wcześniej, w stylu tego, co zrobili w Ukrainie w latach 2014/15? Zielone ludziki, "spontaniczne" ruchy separatystyczne? 

To, co zrobili wówczas, wynikało ze specyficznej sytuacji. W tym ze słabości Rosji. To był odosobniony przypadek nie do powtórzenia teraz w krajach bałtyckich. Narracja o dużej, piątej kolumnie wśród rosyjskojęzycznej mniejszości w tych państwach, jest moim zdaniem przesadzona. Realne wsparcie z tego kierunku podczas interwencji zbrojnej byłoby nikłe. Oczywiście Rosja może próbować podsycać nastroje wśród rosyjskiej mniejszości, ale to nie byłoby nic nowego. To się tam już dzieje od dawna. To sprawa pierwsza. Po drugie wydaje mi się, że Rosjanie nie mogą sobie pozwolić na jakieś małe i ograniczone zbrojne wejście na terytorium państw bałtyckich. Takie do testu oporu i reakcji NATO. No bo co jak ona będzie silna? Będą musieli działać zdecydowanie albo wcale. 

(...)

- Co moglibyśmy robić lepiej, żeby tą bardzo spekulacyjną wojenną perspektywę jeszcze bardziej oddalić? Jako Polska? 

Jeśli chodzi o nasze wojsko, to kupujemy oczywiście dużo nowoczesnej i wartościowej broni. I to dobrze. Nasze zdolności do prowadzenia klasycznej wojny konwencjonalnej rosną. Moim zdaniem jest jednak jeden poważny punkt do poprawy: nie przywiązujemy należytej wagi do tego, jak zmieniają się zdolności Rosjan. My klasycznie skupiamy się na tym ile czołgów, Iskanderów czy Kalibrów mają, podczas gdy nie bierzemy pod uwagę tego, że oni w następnej wojnie będą na dużą skalę używali prostych i masowo produkowanych systemów bezzałogowych.

Czyli skupiamy się na stosunkowo nielicznych, zaawansowanych i drogich systemach, takich jak choćby F-35 czy Patriot, jednocześnie zaniedbujemy bezzałogowce i systemy do ich zwalczania. Rosjanie produkują drony masowo i nie przestaną tego robić. Na pewno użyją ich w następnej wojnie. Na każdym szczeblu w rosyjskich wojskach lądowych i nie tylko. Problem z tego wynikający wyraziście pokazało ubiegłotygodniowe wtargnięcie dronów nad nasz kraj. Do ich zwalczania używaliśmy drogich myśliwców i rakiet powietrze-powietrze. Strzelaliśmy z armaty do wróbli. Dlatego moim zdaniem to, co powinno poprawić nasze wojsko, to głównie inwestycje w zwalczanie prostych systemów bezzałogowych. Do tego szerzej na poziomie państwa zaniedbujemy przygotowanie społeczeństwa i struktur państwowych do potencjalnej wojny. Tego moglibyśmy się uczyć właśnie od Bałtów. Tam to jest na zupełnie innym poziomie niż u nas. Uświadamianie ludzi, stworzenie sprawnych systemów ostrzegania oraz informowania i tak dalej.  

gazeta.pl

piątek, 19 września 2025



Sędzia federalny na Florydzie odrzucił pozew o zniesławienie, złożony przez Donalda Trumpa przeciwko dziennikowi "New York Times", w którym prezydent domagał się 15 mld dolarów odszkodowania. Sąd przestrzegł, że pozwy nie mogą być manifestacją stanowiska politycznego i dał prawnikom Trumpa 28 dni na poprawienie skargi.

Sędzia Steven Merryday z Florydy ostro skrytykował 85-stronicowy pozew, wniesiony przez Trumpa przeciwko dziennikowi, jako zbyt długi i urągający zasadom dotyczącym składania takich dokumentów. Jak oznajmił, pozew musi być zwięzłym i bezpośrednim przedstawieniem zarzutów i faktów w sprawie, podczas gdy zawarte w skardze prawników Trumpa polityczne tyrady przeciwko dziennikowi były "zdecydowanie niewłaściwe i niedopuszczalne".

"Jak każdy prawnik wie (lub przypuszcza się, że wie), pozew nie jest publicznym forum do rzucania obelg i wyzwisk - nie jest chronioną platformą do wyrażania wściekłości na przeciwnika" - napisał sędzia. Mimo to, dał prawnikom Trumpa 28 dni, by poprawili pozew, wyznaczając im limit objętości dokumentu - 40 stron.
W złożonym we wtorek pozwie przeciwko nowojorskiej gazecie, czterem jej dziennikarzom i wydawnictwu Penguin Random House, Trump domaga się 15 mld dolarów zadośćuczynienia. Prezydent zarzucił pozwanym stronniczość i zniesławianie go.

W dokumencie napisanym w publicystycznym stylu prawnicy argumentowali m.in. że "New York Times" stał się rzecznikiem Partii Demokratycznej i dopuszcza się "zniesławiania i oczerniania przeciwników politycznych na skalę przemysłową". Przypomniano poparcie rady redakcyjnej gazety, jakiego - zgodnie z amerykańską tradycją - udzieliła ona Kamali Harris w wyborach prezydenckich w 2024 r. Dokument pełny jest też pochwał pod adresem Trumpa.

Pozew przeciwko "NYT" jest jednym z serii działań Trumpa przeciwko mediom głównego nurtu. Wcześniej pozwał on m.in. "Wall Street Journal" za doniesienia dziennika w sprawie kartki o podtekście seksualnym, jaką Trump miał napisać na 50. urodziny swojemu ówczesnemu przyjacielowi, Jeffreyowi Epsteinowi. W podobny sposób Trump pozwał również telewizję ABC i CBS, które poszły z nim na ugodę, zgadzając się na wpłatę 15 i 20 mln dolarów na jego fundację. W przypadku CBS, właściciel stacji, firma Paramount, wkrótce po ugodzie otrzymała akceptację władz federalnych w sprawie fuzji ze Skydance Media, co skutkowało oskarżeniami o korupcję. W czwartek redaktor wykonawczy "NYT" Joseph Kahn zapowiedział, że gazeta nie zamierza ulegać presji i iść na ugodę.

- On (Trump - PAP) myli się co do faktów i co do prawa. Będziemy z tym walczyć i wygramy - zadeklarował Kahn.

W czwartek Trump zasugerował, że licencję na nadawanie w otwartym paśmie mogą stracić największe ogólnodostępne telewizje, ponieważ emitują programy typu talk-show komików krytycznych wobec głowy państwa. Według Trumpa, "nie wolno im tego robić". Prezydent wezwał też stację NBC do zwolnienia gospodarzy talk-show, Jimmy'ego Fallona i Setha Meyersa. Wcześniej zawieszono równie nielubianego przez prezydenta komika, Jimmy'ego Kimmela, a CBS nie przedłużyło umowy z innym prowadzącym popularny komediowy talk-show, Stephenem Colbertem.

PAP


W przyszłym tygodniu zbierze się Rada Północnoatlantycka, aby omówić naruszenie przestrzeni powietrznej Estonii przez Rosję - poinformowała w piątek wieczorem rzeczniczka NATO Allison Hart.

Rada Północnoatlantycka to najważniejszy organ decyzyjny NATO. Tworzą ją przedstawiciele wszystkich państw członkowskich Sojuszu (zazwyczaj ambasadorowie przy NATO, ale w razie potrzeby także ministrowie spraw zagranicznych, obrony albo szefowie państw i rządów).

Trzy rosyjskie myśliwce MiG-31 wleciały w piątek rano w przestrzeń powietrzną Estonii w pobliżu wyspy Vaindloo na Zatoce Fińskiej i pozostawały tam przez około 12 minut.

Estonia zdecydowała się złożyć wniosek w sprawie uruchomienia konsultacji na podstawie art. 4 Traktatu Północnoatlantyckiego w związku z ingerencją rosyjskich myśliwców w estońską przestrzeń powietrzną - przekazał w piątek estoński premier Kristen Michal we wpisie na platformie X.

Art. 4 NATO brzmi następująco: "Strony będą się wspólnie konsultowały, ilekroć, zdaniem którejkolwiek z nich, zagrożone będą integralność terytorialna, niezależność polityczna lub bezpieczeństwo którejkolwiek ze Stron".

NATO uruchomiło we wrześniu misję Wschodnia Straż (ang. Eastern Sentry), aby wzmocnić wschodnią flankę Sojuszu. To nowe, bardziej zintegrowane podejście do obrony tej części terytorium NATO. W ramach misji mają działać m.in. duńskie myśliwce F-16, francuskie Rafale i niemieckie Eurofightery.

Decyzja NATO to efekt tego, co wydarzyło się w nocy z 9 na 10 września, czyli wtargnięcia rosyjskich dronów w polską przestrzeń powietrzną. Decyzja nastąpiła po spotkaniu Rady Północnoatlantyckiej, podczas którego sojusznicy omówili sytuację w świetle wniosku Polski o konsultacje na podstawie artykułu 4. Traktatu Północnoatlantyckiego.

PAP


Nie wierzę w olśnienie „zwykłych Rosjan”. Socjologia wszystkich wojen jest mniej więcej taka sama. Na początku krzywa patriotyzmu szybuje. Z czasem na sile zaczynają przybierać tendencje pacyfistyczne – i to nie tylko za sprawą wyższości lodówki nad telewizorem. Zwykli obywatele będą gotowi znieść wysokie ceny i niedobory towarów, jeśli te zostaną zrekompensowane wizją szybkiego zwycięstwa. Dlatego pusta lodówka to za mało. Wojna dla Rosjan powinna stać się wojną-nie-do-wygrania.

Mówiąc wprost – Rosjanie nie doświadczą iluminacji, kiedy zaczną się pogrzeby i nastanie bieda. Doświadczą jej, gdy pogrzeby i bieda stracą sens i uzasadnienie.

Nie należy jednak po tym przebudzeniu spodziewać się zbyt wiele. Dwadzieścia lat temu rosyjski wyborca zamienił swoje prawa polityczne na kredyt hipoteczny. Dlatego dziś będzie mógł jedynie patrzeć, jak autorytarny reżim Federacji Rosyjskiej zamienia się w reżim totalitarny.

(...)

Myślę o tym, że dzisiaj Ukraińcy znów mogą powiedzieć o sobie „my”. Wytrwaliśmy. I okazaliśmy się niezłomni. A co mogą powiedzieć o sobie Rosjanie? Jaki zaimek wybiorą? I jaki wniosek z tego wysnują?

W końcu o rosyjskim jutrze nie wiemy zupełnie nic. Nie wiemy, jaka będzie nowa rosyjska normalność. Ani jak nisko upadnie Rosja. Co z sowieckiej przeszłości powróci. I co istotne – nie wiemy, jak ukształtują się granice przyszłej Rosji.

Na tym polega paradoks. Rosja chciała przesunąć nasze granice, ale w rezultacie postawiła pod znakiem zapytania własne. A taki wstrząs może zmienić wszystko.

Już siódmy miesiąc znajdujemy się w środku sztormu – i wciąż jesteśmy na fali. Krajobraz będziemy podziwiać dopiero, gdy ziemia przestanie drżeć w posadach.

(...)

Przez ostatnie siedemdziesiąt lat Moskwa budowała religię narodową na kanwie drugiej wojny światowej. Nazywała ją wielką wojną ojczyźnianą i przez dziesięciolecia legitymizowała nią swoje działania. Zwycięstwo nad faszyzmem nabrało statusu „ale”, które unieważniało wszystko, co wydarzyło się zarówno przed wojną, jak i po niej. Władze rosyjskie wielokrotnie ogłaszały się spadkobiercami zwycięzców i na tej podstawie żądały od reszty świata wdzięczności i ustępstw.

W dniu 24 lutego 2022 roku ten koń zdechł i nie dało się już jechać na nim dalej. Wówczas Moskwa stała się spadkobierczynią nie zwycięzców, ale pokonanych. Z pewnością do końca będzie uparcie zaprzeczać swojemu nowemu statusowi, ale mało kto okaże się tym zainteresowany.

(...)

Absurd goni absurd. Ze scenariusza filmowego takie wątki wypadłyby na wstępie ze względu na ich niedorzeczność. Bo też czujemy się właśnie, jakbyśmy byli na planie kasowego filmu, w którym Frodo musi dostać się do Orodruiny. Jedyna różnica polega na tym, że zakończenie naszej historii wciąż nie jest napisane. Nasza wojna nakreśli nowe granice na kontynencie. Wytyczy nowe reguły. Będą o nas pisać książki, a naszą dzisiejszą rzeczywistość analizować w pracach naukowych. Jesteśmy Harrym Potterem i Williamem Wallace’em, a nawet Hanem Solo. Uciekamy z Shawshank i wysadzamy Gwiazdę Śmierci, walczymy z Harkonnenami i rzucamy wyzwanie Thanosowi. W tym stuleciu nie wydarzyło się nic bardziej epickiego od nas. Jeszcze nie wygraliśmy, ale już wygraliśmy.

Nasze dzieci będą nam zazdrościć. Nasze wnuki będą miały naszych opowieści po dziurki w nosie.

new.org.pl


O sukcesach chińskiej branży motoryzacyjnej, pisze się wiele, słyszy się wiele. Więc tu nie o tym. Bo jest i druga strona medalu, którą dobrze podsumował materiał Reutersa 👇

🏭 Nadmiernie rozbudowane moce produkcyjne w chińskiej motoryzacji mogą rodzić problemy nie tylko dla europejskich producentów, na co my zwracamy szczególną uwagę, ale i tworzyć je w samych Chinach. A mówimy o branży, która wraz z pochodnymi może odpowiadać za 8-10% chińskiego PKB.

📰 "CHENGDU, Chiny. Na obrzeżach tego 21-milionowego miasta, w salonie mieszczącym się w centrum handlowym, oferowane są niezwykłe okazje na zakup nowych samochodów.

Odwiedzający mogą wybierać spośród około 5 000 pojazdów. Lokalne Audi sprzedawane są z rabatem 50%. Siedmiomiejscowy SUV chińskiej firmy FAW kosztuje około 22 300 dolarów. To ponad 60% mniej niż cena katalogowa.

Takie oferty dostępne w firmie Zcar, która deklaruje, że kupuje hurtowo od producentów i dealerów, możliwe są tylko dlatego, że w Chinach jest zbyt wiele samochodów.

Przez lata subsydia i inne działania rządu miały na celu uczynienie z Chin globalnej potęgi motoryzacyjnej i lidera w segmencie pojazdów elektrycznych (TS: przyznajmy, że udaje im się to). Krajowe koncerny osiągnęły ten cel z nawiązką. I właśnie to stało się problemem.

Chiny mają dziś więcej marek produkujących więcej samochodów, niż największy na świecie rynek jest w stanie wchłonąć. Branża stara się realizować cele produkcyjne narzucone przez politykę państwową, zamiast odpowiadać na realny popyt konsumentów - wynika z analizy Reutersa. To sprawia, że osiągnięcie zysku jest niemal niemożliwe dla prawie wszystkich producentów - mówią przedstawiciele branży." 📰

🚨 Główny temat raportu Reutersa: Nadprodukcja i "inwolucja" chińskiego rynku motoryzacyjnego.

Chińskie polityki rządowe, które przedkładają cele produkcyjne nad realny popyt rynkowy, doprowadziły do sporej nadprodukcji i nadinwestycji w sektorze motoryzacyjnym. Rezultatem jest przepełniony rynek, który znalazł się w "błędnym kole" nieopłacalnej konkurencji i "inwolucji", czyli samo-destrukcyjnych praktyk.

▶️ Kluczowe punkty

📌 Decyzje polityczne: Od lat 90. Pekin dążył do uczynienia z Chin globalnego lidera w branży motoryzacyjnej. Z czasem postawiono zwłaszcza na segment pojazdów elektrycznych (EV).

W 2017 roku ogłoszono plan, który zakładał produkcję 35 milionów pojazdów rocznie do 2025 roku, co było niemal dwukrotnością rocznego rekordu sprzedaży w USA.

Równolegle władze centralne zaczęły ograniczać przegrzany sektor nieruchomości, więc plan motoryzacyjny stał się w pewnym stopniu wygodnym alternatywnym filarem gospodarczym dla samorządów, które dotąd opierały się na sprzedaży gruntów i podatkach od nieruchomości.

Lokalne władze w zamian za obietnice produkcji i dochodów podatkowych, oferowały producentom hojne zachęty, takie jak tanie grunty i dotacje. Ta rywalizacja doprowadziła do pomnożenia nadmiernych mocy produkcyjnych w całym kraju.

🔸 W 2021 roku rząd hrabstwa Changfeng przyciągnął giganta BYD, sprzedając mu 8,3 km² ziemi za cenę o 40% niższą niż inni nabywcy.

🔸 W Pekinie Xiaomi kupiło ziemię pod fabrykę EV o 22% taniej niż rynkowa cena, a w zamian miasto postawiło jej wymóg generowania minimalnego rocznego przychodu w wysokości 6,6 mld dolarów.

🔸 "Jeśli Pekin mówi, że to branża strategiczna, każdy gubernator chce mieć fabrykę samochodów. To sposób, by być w łaskach partii" - komentuje Rupert Mitchell, ekonomista z Australii, wcześniej pracujący w chińskim startupie EV. "Ostatecznie prowadzi to do tego, że istniejący sektor podwaja inwestycje".

Firmy, które w normalnych warunkach rynkowych by upadły, były utrzymywane przy życiu przez lokalne władze, mające interes polityczny i gospodarczy w ich przetrwaniu.

📌 Skala nadbudowanych mocy produkcyjnych: Według Gasgoo Automotive Research Institute chińskie fabryki samochodów mają moce produkcyjne pozwalające wytwarzać ponad dwukrotnie więcej pojazdów niż w 2024 roku, kiedy wyprodukowano 27,5 miliona aut. (TS: różne źródła mówią o zdolnościach produkcyjnych na 40-50 mln aut... czyli średnio jest mowa o mocach odpowiadających połowie globalnego popytu).

Problem jest szczególnie dotkliwy w segmencie samochodów spalinowych, gdzie popyt gwałtownie spadł w ciągu ostatnich kilku lat.

Na rynku pojazdów elektrycznych działa aż 129 marek, ale według prognoz AlixPartners, do 2030 roku finansowo rentownych pozostanie zaledwie około 15 z nich.

📌 Skutki dla rynku i "inwolucja": Z powodu nadmiaru pojazdów, prawie wszyscy producenci samochodów mają problemy z osiągnięciem zysku, a tylko 30% dealerów jest rentownych.

Dealerzy, aby spełnić cele sprzedażowe i uzyskać premie od producentów, sprzedają samochody nawet do 20% poniżej ich kosztów.

Ostatnio w branży coraz częściej używa się terminu "inwolucja", opisującego konkurencję, która staje się autodestrukcyjna i prowadzi do patologicznych praktyk.

Przejawia się to w nietypowych działaniach, takich jak:

🔸 Fikcyjne transakcje: Dealerzy ubezpieczają i rejestrują niesprzedane samochody, co pozwala producentom na oficjalne ujęcie ich w statystykach sprzedaży. Reuters ujawnił, że marki Neta i Zeekr zawyżały wyniki, ubezpieczając samochody, zanim trafiły one do klientów, aby formalnie zaksięgować je jako sprzedane.

🔸 Szara strefa: Nadmiar aut jest przekazywany do firm typu Zcar, które skupują je po bardzo niskich cenach i sprzedają z gigantycznymi rabatami, często przez livestreaming na platformach takich jak Douyin (chiński TikTok). Firma Zcar przyznaje, że sprzedaje popularne modele ze stratą, aby przyciągnąć klientów.

"Jeśli w danym miesiącu masz sprzedać 20 aut, a udało ci się sprzedać 16, to co zrobisz z pozostałymi czterema w ostatnim dniu miesiąca?" – pytał retorycznie jeden z dealerów z Jiangsu. Sprzedanie ich nawet po cenach dumpingowych pozwoliłoby mu zakwalifikować się do bonusu ok. 80 000 juanów (11 200 USD) i wyjść na zero.

"Używane auta z zerowym przebiegiem" - takie samochody pojawiają się głównie w marcu, czerwcu, wrześniu i grudniu, gdy dealerzy rozpaczliwie walczą o realizację kwartalnych planów sprzedażowych i premie fabryczne. 

"Nie ma samochodu, którego nie da się sprzedać. Jest tylko cena, która nie jest odpowiednia"

🔸 Auta-zombie: Nowe, niesprzedane pojazdy, które zostały już zarejestrowane, są sprzedawane na rynku wtórnym jako "używane". Część z nich trafia na parkingi-cmentarzyska, gdzie są porzucane i niszczeją lub na aukcje sądowe, gdzie czasem nikt ich nie licytuje.

▶️ Konsekwencje polityczne i gospodarcze

📌 Pułapka "spirali w dół": Sytuacja ta przypomina jazdę na rowerze. Producenci "muszą pedałować dalej", czyli zwiększać produkcję, aby utrzymać przepływ pieniężny, nawet jeśli generują straty. Jest to pułapka, w której nadprodukcja i wojny cenowe wzajemnie się napędzają, wciągając rynek w błędne koło.

"To jak jazda na rowerze: dopóki pedałujesz, możesz być zmęczony, ale rower jedzie prosto" - powiedział Liang Linhe, prezes Sany Heavy Truck.

📌 Decyzje rządu: Mimo że prezydent Xi Jinping skrytykował prowincje za w pewnym sensie "gorączkę inwestycyjną" w EV, lokalne władze nadal ogłaszają programy wsparcia dla firm motoryzacyjnych. Oficjele opierają się konsolidacji i pozwoleniu firmom na upadek, by uniknąć masowych zwolnień.

Sytuacja ta zdaniem rozmówców Reutersa przypomina wcześniejsze kryzysy w chińskim sektorze nieruchomości i fotowoltaiki, co sygnalizuje potencjalne ryzyko systemowe.

▶️ Globalne perspektywy i ryzyko

📌 Wpływ na PKB: Branża motoryzacyjna i powiązane usługi stanowią około 10% chińskiego PKB, co sprawia, że kryzys w tym sektorze ma duże znaczenie dla całej gospodarki. (TS: w innych źródłach jest mowa tak o 8%, jak i o 10%; być może należy założyć coś w zakresie 8-10%; byłyby to proporcje podobne do tego, co mamy w Polsce).

📌 Odbiór na świecie: Zalew tanich, chińskich samochodów stanowi oczywiście zagrożenie dla przemysłu motoryzacyjnego w Europie. Z kolei USA wprowadziły niemal całkowity zakaz importu chińskich aut ze względu na obawy o bezpieczeństwo narodowe i nieuczciwą konkurencję.

📌 Przyszłość rynku: Konsolidacja jest nieunikniona, jednak proces ten może potrwać lata ze względu na wsparcie rządowe. Na rynku prawdopodobnie pozostanie tylko garstka dużych graczy, którzy mają wystarczającą skalę do przetrwania.

▶️ Podsumowując: według raportu Reutersa chińska polityka nadmiernego wspierania produkcji doprowadziła do niezrównoważonego rynku samochodowego, w którym prawie nikt - ani producenci, ani dealerzy - nie zarabia.

W dłuższej perspektywie oczekiwane są masowe bankructwa i konsolidacja branży, ale w krótkim czasie lokalne rządy wciąż podtrzymują nadmiar mocy produkcyjnych, pogłębiając kryzys.

TS: Od dobrych kilku miesięcy sporo mówi się o rządowej polityce anti-involution, która ma ograniczać patologiczne praktyki na rynku i zwalczać wojnę cenową. Jednocześnie prawdopodobnie mamy do czynienia z pewnym ograniczaniem dalszej rozbudowy mocy, patrząc po wyjątkowo słabych ostatnich danych (lipiec - sierpień) o inwestycjach budowalnych w sektorze przemysłowym.

Problemy opisywane przez Reuters raczej nie staną na drodze chińskim producentom do niemal pełnego wypchania z lokalnego rynku zagranicznych producentów aut oraz dalszego podbijania rynków globalnych... tam, gdzie nie będzie wprowadzonych większych barier. Po prostu powtórzy się sytuacja z wielu innych branż, gdzie Chiny przeprowadziły ekspansję na świat.

Niemniej ze względu na całkiem spore znaczenie branży dla gospodarki Chin, proces konsolidacji, który wydaje się ostatecznie być w chińskiej (przeinwestowanej) motoryzacji nieunikniony, może wywoływać odczuwalne i tam perturbacje.

x.com/T_Smolarek


Kolejne naloty Izraela zostały skierowane w stronę portu w Gazie — podaje Al Jazeera. Te ataki powietrzne, mające na celu wypędzenie ludzi, okazały się bardzo znaczące, gdyż zmusiły wiele rodzin do opuszczenia tych obszarów z powodu braku bezpieczeństwa.

"Pozostaje pytanie, dokąd mogą się udać. Izrael nakazał im udać się do rejonu Al-Mawasi w południowej części Gazy, ale obszar ten jest przepełniony namiotami rozstawionymi bardzo blisko siebie w zakurzonym terenie" — pisze reporter stacji.

Z danych udostępnionych przez palestyńskie władze wynika, że ponad 740 tys. osób — około 35 proc. 2,1-milionowej populacji Gazy — nadal przebywa na północy enklawy. "Jednak ciągłe ataki izraelskie zmuszają kolejne osoby do ucieczki" — podkreśla Al Jazeera.

Jak podają źródła medyczne stacji Al Jazeera, od świtu w izraelskich atakach na Strefę Gazy zginęło co najmniej 36 Palestyńczyków, w tym 19 osób w mieście Gaza. Dzisiejsza liczba ofiar śmiertelnych obejmuje również dwie osoby poszukujące pomocy humanitarnej, zabite przez izraelskie wojsko w południowej części Strefy Gazy. W sumie od początku wojny liczba zabitych mieszkańców Strefy Gazy ma przekraczać 65 tys.

"USA przygotowują umowę na dostawę broni do Izraela o wartości prawie 6 mld dol. — informuje Wall Street Journal". Głównym elementem umowy jest dostawa 30 śmigłowców AH-64 Apache o wartości 3,8 mld dol., co niemal podwoiłoby obecną flotę izraelskich śmigłowców Apache. Ponadto, Stany Zjednoczone planują sprzedać izraelskiej armii 3250 bojowych wozów piechoty o wartości 1,9 mld dol.

Tymczasem Stany Zjednoczone po raz kolejny zawetowały rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ domagającą się natychmiastowego, bezwarunkowego i trwałego zawieszenia broni w Strefie Gazy.

Rezolucja wzywała też do uwolnienia wszystkich zakładników przetrzymywanych przez terrorystów z Hamasu, a także apelowała o zniesienie przez Izrael ograniczeń w dostawach pomocy humanitarnej i zapewnienie bezpiecznego dostarczania jej ludności, szczególnie przez agencje ONZ i ich partnerów.

onet.pl


Bardzo popularny w USA program typu talk-show, prowadzony przez Kimmela, został w środę zdjęty z anteny na czas nieokreślony.

Kimmel powiedział w swoim programie, że zwolennicy Trumpa robią wszystko, co w ich mocy, by zyskać polityczne punkty na zabójstwie Kirka. Dodał, żal prezydenta po śmierci Kirka jest na miarę "żałoby czterolatka po złotej rybce". Pokazał też fragment rozmowy Trumpa z dziennikarzem, podczas której zapytany o to, jak się czuje po zabiciu aktywisty, odparł, że bardzo dobrze i pochwalił się przygotowaniami pod budowę sali balowej w Białym Domu.

Do decyzji sieci ABC odniósł się parokrotnie Trump, który nazwał to "wspaniałą wiadomością dla Ameryki". Stwierdził też, że Kimmel nie ma żadnego talentu, i pogratulował stacji odwagi, a w czwartek dodał, że został on zwolniony z powodu "bardzo złych ratingów".

Kimmel to jedna z najpopularniejszych postaci telewizji w Stanach Zjednoczonych, a jego program komentarze i wywiady były często cytowane przez najbardziej prestiżowe media.

Agencja AFP przypomina, że w lipcu sieć CBS zapowiedziała, że nie przedłuży programu "The Late Show" prowadzonego przez innego słynnego komika i komentatora Stephena Colberta na kolejny sezon, ponieważ skrytykował on fakt, że właściciel telewizji CBS koncern Paramount wpłacił 16 mln dolarów na fundusz biblioteki prezydenckiej Donalda Trumpa w związku z jego pozwem dotyczącym wywiadu z Kamalą Harris.

Trump wyraził zadowolenie i nadzieję, że to on był powodem zwolnienia Colberta.

onet.pl


Jeszcze kilka tygodni temu wydawało się, że Jerome Powell traci kontrolę nad amerykańskim bankiem centralnym. Kolejni członkowie FOMC (Federal Open Market Committee - ang. Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku) – odpowiednika naszej Rady Polityki Pieniężnej – podważali jego ostrożne podejście do obniżek stóp procentowych. Michelle Bowman i Christopher Waller już w lipcu sygnalizowali, że dane z rynku pracy są na tyle słabe, iż cięcia powinny rozpocząć się wcześniej. W ich ocenie Fed działał zbyt wolno i ryzykował pogłębienie spowolnienia.

W tle narastała polityczna presja ze strony Donalda Trumpa, który od miesięcy atakuje Rezerwę Federalną i chciał wymienić część jej władz. Rynki przygotowywały się więc na spektakl podziałów i ostrą walkę frakcyjną, a nawet na możliwość radykalnego cięcia o 50 punktów bazowych – dokładnie takiego, jakiego oczekiwał Trump.

Rzeczywistość okazała się jednak inna. Na wrześniowym posiedzeniu Fed zdecydowaną większością głosów obniżył stopy procentowe o 25 pb. To pierwsze cięcie w tym roku i wyraźny sygnał, że rozpoczyna się nowy cykl luzowania polityki pieniężnej. Jedynym wyłomem był Stephen Miran – świeżo powołany do zarządu przez Donalda Trumpa doradca ekonomiczny – który głosował za bardziej radykalną, 50-punktową redukcją.

Wbrew obawom, że nowy członek zburzy delikatny konsensus, Powell zdołał "zagonić gołębie do gołębnika". Pokazał tym samym, że wciąż kontroluje instytucję i potrafi wypracować kompromis nawet w trudnych politycznie warunkach.

Nie zmienia to faktu, że napięcie wokół FED sięga zenitu. Donald Trump otwarcie próbuje podporządkować sobie bank centralny. Najgłośniejszym przykładem była próba usunięcia Lisy Cook, pierwszej czarnoskórej kobiety w historii tej instytucji, z powodu rzekomych nieprawidłowości w dokumentach hipotecznych. Sąd federalny zablokował ten ruch, ale sama próba pokazała, że prezydent nie cofnie się przed niczym, by zdobyć większość w zarządzie. Ostatecznie, po rezygnacji jednej z osób, Trump przepchnął w Senacie kandydaturę Mirana – minimalną większością i w błyskawicznym tempie. Miran, choć formalnie na urlopie, wciąż pełni funkcję doradcy w Białym Domu, co wywołało oburzenie Demokratów.

Dla Powella taka sytuacja to test nie tylko politycznej zręczności, ale przede wszystkim umiejętności utrzymania autorytetu. FED działa w oparciu o konsensus, a każde pęknięcie jest natychmiast wychwytywane przez rynki. Głosowanie z jedną tylko osobą na "nie" pozwoliło przewodniczącemu wysłać jasny sygnał: bank centralny nadal jest jednością, a jego decyzje mają być przewidywalne. W czasach, gdy amerykańska gospodarka zmaga się jednocześnie ze spowolnieniem na rynku pracy i wciąż wysoką inflacją, taka spójność ma kluczowe znaczenie.

money.pl

czwartek, 18 września 2025



Po wyparciu Ukraińców z Zaricznego najeźdźcy otworzyli drogę do Łymanu od północnego wschodu (pozostaje im do niego niespełna 8 km). Pogłębili także oskrzydlenie miasta od północnego zachodu, gdzie przecięli główną drogę do niego od strony obwodu charkowskiego. Przeprowadzili rajd dywersyjny do leżącego pomiędzy Łymanem a Siewierskiem Jampila (mieli wkroczyć do niego w ubraniach cywilnych), o który trwają walki. Utrata tego ostatniego bezpośrednio zagroziłaby Siewierskowi – w okolicach Jampila przebiega główna obecnie droga zaopatrzenia miasta. Po zajęciu wsi Ołeksandro-Szułtyne wyszli na południowo-wschodnie przedpola Konstantynówki. Poczynili również postępy w rejonie aglomeracji pokrowskiej, gdzie sukcesy terenowe osiągnęli też obrońcy (dzieląca wojska obu stron szara strefa skurczyła się). Trwają walki w północnej części Kupiańska (według niektórych źródeł agresor kontroluje część kwartałów w centrum miasta), co zmusiło siły ukraińskie do wycofania się z kolejnych pozycji na wschodnim brzegu rzeki Oskoł.

(...)

10 września Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak powietrzny na zachodnią Ukrainę. O zniszczeniach obiektów przemysłowych lub magazynowych donoszono m.in. z Berdyczowa (trafione zostały zakłady Progres), Izmaiłu, Lwowa (lotnicze zakłady remontowe), Łucka, Wołoczysk w obwodzie chmielnickim (filia zakładów Motor Sicz), Winnicy (zakłady lotnicze) i Żytomierza. Według prezydenta Wołodymyra Zełenskiego atak objął 15 obwodów. Zgodnie z komunikatem ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) agresor miał wykorzystać łącznie 415 dronów uderzeniowych lub ich imitatorów oraz 43 pociski balistyczne i manewrujące. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 386 bezzałogowców i zestrzelenie 27 rakiet.

Ukraiński przewoźnik kolejowy Ukrzaliznycia oznajmił, że najeźdźcy zintensyfikowali ataki na kluczowe węzły kolejowe. W ostatnich tygodniach ich celem stały się nie tylko składy i budynki stacyjne, lecz także lokomotywownie i obiekty energetyczne zabezpieczające ruch kolejowy. Doszło do tego m.in. 13 września w Słowiańsku. Dzień później w obwodzie kijowskim miała natomiast miejsce detonacja składu przewożącego amunicję. Rosyjskie drony lub rakiety uderzały w zaplecze logistyczne i przemysłowe obrońców w Zaporożu (10 i 16 września; w drugim ataku zginął jeden, a rannych zostało 18 cywilów), Kramatorsku (10, 13 i 15 września), Czernihowie (11 i 14 września), Sumach (11, 12 i dwukrotnie 16 września; po przedostatnim ataku miasto zostało częściowo odcięte od dostaw prądu), Dnieprze (14 września), Charkowie (16 września) oraz obwodzie kijowskim (wskutek ataku 16 września płonie duże centrum logistyczne). Według DSP od wieczora 9 września do rana 16 września najeźdźcy użyli łącznie (wliczając zmasowany atak 10 września) 940 bezzałogowców i 70 rakiet. Zneutralizowanych miało zostać 818 dronów, a zestrzelonych – 27 rakiet.

(...)

12 września ukraińskie drony uderzyły w największy rosyjski port naftowy Primorsk w obwodzie leningradzkim, uszkadzając dwa zbiornikowce („Custo” i „Cai Yun” pod banderą Seszeli). Ogółem tego dnia Ukraińcy mieli wykorzystać co najmniej 221 bezzałogowców (taką liczbę zestrzelonych podali Rosjanie), a poza naftoportem trafiono m.in. skład paliwa w Smoleńsku. Wskutek ataków 13 i 14 września doszło do pożarów na terenie kolejnych rafinerii, odpowiednio Nowoufimskiej w Ufie (Baszkortostan) i w Kiriszy (obwód leningradzki). Według Agencji Reutera w drugiej z wymienionych uszkodzony został jeden z głównych agregatów przetwórczych, w związku z czym częściowo wstrzymała ona pracę, a naprawa może potrwać do miesiąca. Ukraiński Sztab Generalny podał, że 16 września trafiono rafinerię w Saratowie (byłoby to już kolejne w tym roku uderzenie na ten obiekt) – w jej rejonie wybuchł pożar. Informacji nie potwierdziły dotąd inne źródła.

10 września ukraiński wywiad wojskowy (HUR) miał przeprowadzić na Morzu Czarnym atak na rosyjski statek ratowniczy projektu MPSV07. Służba zakomunikowała to następnego dnia. Według jej przekazu jednostka prowadziła rozpoznanie radioelektroniczne w okolicach Noworosyjska. Ukraiński dron miał zniszczyć służącą do tego aparaturę, co spowodowało skierowanie statku do kosztownego remontu. Dzień później ukraińska Marynarka Wojenna miała uszkodzić węzeł komunikacyjny Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu, o czym jej dowództwo powiadomiło trzy dni później. Doniesień tych nie potwierdziły na razie inne źródła.

13 i 14 września HUR i Siły Operacji Specjalnych przeprowadziły wspólny atak na infrastrukturę kolejową w Rosji. Celem były strategiczne linie kolejowe wykorzystywane przez wroga do zaopatrywania wojsk okupacyjnych na kierunkach charkowskim i sumskim. W jednym z uderzeń na linii Petersburg–Psków wykolejono pociąg, niszcząc 15 cystern z paliwem.

osw.waw.pl


W ostatnich latach CHP stała się zagrożeniem politycznym dla AKP i Erdoğana. W 2023 r. władzę w partii stracił Kılıçdaroğlu. Polityk, stojący na jej czele od 2010 r., przewodził ugrupowaniu podczas pięciu kampanii parlamentarnych, a także dwóch prezydenckich, lokalnych i referendalnych. CHP nie wygrała żadnego z tych głosowań, a największy sukces odniosła w 2019 r., gdy jej kandydaci zwyciężyli w wyborach lokalnych w Ankarze i Stambule. Wcześniej Kılıçdaroğlu udało się jednak przedefiniować tożsamość partii. W rezultacie CHP – dotychczas postrzegana jako radykalnie laicka, a więc niewybieralna dla części konserwatywnego społeczeństwa – otworzyła się na działaczy o tradycyjnych poglądach. Legitymację w ugrupowaniu i elektoracie Kılıçdaroğlu stracił, gdy w maju 2023 r. przegrał w wyborach prezydenckich z Erdoğanem. Jego decyzję o starcie uznawano za kontrowersyjną – podjął ją wbrew sondażom, które pokazywały, że największe szanse na zwycięstwo mają inni członkowie CHP, zwłaszcza burmistrzowie Ankary Mansur Yavaş i Stambułu Ekrem İmamoğlu.

Ta przegrana wywołała w partii przesilenie – w listopadzie 2023 r. fotel przewodniczącego przejął Özel, wspierany przez İmamoğlu. Pod jego wodzą ugrupowanie osiągnęło swój największy sukces – w wyborach lokalnych w marcu 2024 r. nie tylko utrzymało władzę w dużych miastach, lecz także przejęło nowe prowincje i odnotowało pierwszy wynik w skali całego kraju (...). CHP zaczęła konsekwentnie pojawiać się na szczycie sondaży parlamentarnych, a ten trend potwierdzają również najnowsze badania – według średniej za sierpień wciąż plasuje się ona na pierwszym miejscu (31,9%) przed AKP (30,6%). W sondażach prezydenckich İmamoğlu wygrywał zarówno z Erdoğanem, jak i innymi potencjalnymi kandydatami partii rządzącej.

Notowaniom opozycji sprzyjały złe nastroje społeczne, wywołane przewlekłymi problemami gospodarczymi Turcji. Od objęcia stanowiska przewodniczącego Özel skutecznie je rozgrywał. W licznych przemówieniach zarzucał władzom nieudolne zarządzanie gospodarką, twierdząc, że służy ona przede wszystkim związanym z nimi elitom, a nie pracownikom i klasie średniej. Zwracał przy tym uwagę na rosnące koszty życia. Ponadto duet Özel–İmamoğlu unowocześnił CHP, opierając jej działania na wnikliwej analizie elektoratu, budowaniu pozytywnego przekazu w mediach społecznościowych czy bezpośrednim kontakcie z wyborcami. Wysoka aktywność tego tandemu sprawiała wrażenie, że ugrupowanie przejęło od AKP pierwszeństwo w kształtowaniu trendów w polityce wewnętrznej.

osw.waw.pl