czwartek, 11 września 2025



Donald Tusk w czwartek 11 września wieczorem zabrał głos po Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. - Jeszcze raz chcę powtórzyć bardzo ważną rzecz (...), stanowisko naszych wojskowych i większości liderów politycznych i państwowych urzędników: każdy, kto będzie chciał zaatakować Polskę w jakikolwiek sposób, zostanie potraktowany adekwatnie, tak jak to było w nocy 10 września. Polska bardzo cierpliwie, ostrożnie i rozsądnie reagowała na różnego typu prowokacje i to trwało latami - powiedział premier podczas konferencji prasowej.

- Mieliśmy i mamy pełną świadomość, że jako część Sojuszu Północnoatlantyckiego, jesteśmy współodpowiedzialni za zachowanie pokoju i dlatego polskie reakcje były zawsze adekwatne - dodał szef rządu. - W sytuacji, gdy pojawiło się bezpośrednie zagrożenie, przekroczenie polskiej granicy (...), państwo polskie (...) zdecydowało o zestrzeleniu dronów, które stanowiły największe zagrożenie - zaznaczył polityk. - Cenimy sobie i z zadowoleniem przyjąłem identyczną deklarację prezydenta, że od pierwszych godzin nasza współpraca przebiega wzorowo. Wokół trudnych decyzji udało się zbudować polityczne porozumienie - dodał Tusk i przekazał, że umówił się z prezydentem na "dalszą, ścisłą, współpracę".

Jak przekazał szef rządu, tematem dnia była także "czarna strona, jeśli chodzi o zachowania sąsiadów, przestrzeń publiczną, dezinformację i próby siania chaosu". - W Polsce maski opadły, coraz precyzyjniej identyfikujemy tych, którzy ze względów politycznych, czy z głupoty, czy są zdrajcami, wysługują się rosyjskiej propagandzie i dezinformacji - podkreślił. Jak zaznaczył Tusk, "nam się nie wydaje, że za prowokacją stoi Rosja". - My to wiemy - zaznaczył i dodał, że ma nadzieję, że nikt z sojuszników "nie będzie udawał, że nic się nie stało".

gazeta.pl


„Właściwie rozpoczęliśmy proces odbudowy (podczas wojny z Ukrainą)....Wróciliśmy do siebie…. Znaczna część wewnętrznych celów specjalnej operacji wojskowej została osiągnięta. To już Rosja, która postrzega siebie jako niezależne państwo-cywilizację, zupełnie inne społeczeństwo niż Zachód....To, co wydarzyło się w naszym społeczeństwie, jest zwycięstwem, z którego możemy być dumni… To wydarzenie historyczne, całe nasze społeczeństwo zmienia się we właściwym kierunku” 

źródło: audycja „Eskalacja Aleksandra Dugina” - radio Sputnik

x.com/Maciej_Korowaj


2 września 1945 roku zakończyła się II wojna światowa, a jednym z jej rezultatów były narodziny nowego supermocarstwa - Stanów Zjednoczonych Ameryki. USA były wiodącym na świecie producentem ropy naftowej, stali, samolotów, samochodów i elektroniki. Posiadały dwie trzecie światowych rezerw złota i ponad połowę światowych mocy produkcyjnych. W 1947 r. Stany Zjednoczone odpowiadały za jedną trzecią światowego eksportu i ponad dwukrotnie przewyższały wartość amerykańskiego importu. Dolar stał się światową walutą rezerwową, a Ameryka światowym wierzycielem.

Pierwsze we wszystkim - żadne imperium w przeszłości nie osiągnęło takich wyżyn. "Z ekonomicznego punktu widzenia świat leżał u stóp Ameryki" - pisze historyk Paul Kennedy. Wydawało się, że militarnie również. USA miały najpotężniejsze siły powietrzne na świecie - 85 tys. samolotów, drugie miejsce z dużą luką zajmował ZSRR - 18 tys. Amerykańska marynarka wojenna wielokrotnie przewyższała wszystkie inne razem wzięte. USA były jedynym posiadaczem broni atomowej.

(...)

Pod koniec wojny siły zbrojne USA liczyły 12 milionów ludzi. Jak na kraj o populacji 132 milionów - bardzo dobry wynik, nie ustępujący nawet ZSRR, który według spisu ludności z 1939 roku liczył 170 milionów ludzi. Problem tkwił w strukturze amerykańskiej machiny wojskowej. Marynarka Wojenna i Siły Powietrzne pochłaniały ogromne zasoby ludzkie - odpowiednio 3,3 miliona i 2,4 miliona osób. Z pozostałych 8,3 miliona, tylko 2,8 miliona trafiło bezpośrednio do Armii Sił Lądowych (AGF) - czyli dywizji i dołączonych do nich jednostek wzmacniających. Reszta, jak to z przymrużeniem oka ujął generał McNair, dowódca AGF, stała się "niewidzialną hordą ludzi" zaangażowanych w służbę garnizonową i logistykę w ogromnych łańcuchach dostaw na całym świecie.

Kiedy Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny w 1941 roku, amerykańskie dowództwo, wciąż obawiając się upadku ZSRR, obliczył, że w tym przypadku do pokonania Niemiec i Japonii będzie wymagać 334 dywizji. Całkiem rozsądna liczba, ponieważ Niemcy podczas II wojny światowej mieli w aktywnej armii 250-270 dywizji (wszystkie sformowane około 550), a Japończycy do końca wojny mieli 145 dywizji. Ale okazało się, że z dostępnymi zasobami ludzkimi Amerykanie nie zbliży się do tych liczb. Niemożliwe jest posiadanie "wszystkich największych" naraz - marynarki wojennej, lotnictwa i armii.

Stany Zjednoczone ograniczyły się do sformowania 89 dywizji (plus 6 dywizji piechoty morskiej), z których 68 walczyło w Europie. Biorąc pod uwagę 26 brytyjskich, wystarczyło to do złamania oporu Niemców na froncie zachodnim i włoskim. Ale to przy założeniu, że 60-70 proc. sił Wehrmachtu pochodziło z frontu sowiecko-niemieckiego.

Rozpoczęta z sukcesem 6 czerwca 1944 r. operacja Overlord szybko zaowocowała serią ciężkich bitew pozycyjnych w Normandii i dopiero 25 lipca Amerykanom udało się przełamać niemieckie pozycje obronne w pobliżu Saint-Lô i wejść w przestrzeń operacyjną. 25 sierpnia Paryż został wyzwolony, a alianci ruszyli w kierunku granicy III Rzeszy. W tych letnich bitwach Niemcy użyli 37 dywizji przeciwko 35 dywizjom alianckim, w tym 20 amerykańskim. Liczby te nie dają pełnego obrazu walczących grup, ponieważ dywizje anglo-amerykańskie były zauważalnie "grubsze" od niemieckich, a dodatkowo dysponowały masą jednostek wzmacniających, przez co rzeczywisty stosunek liczbowy, według obliczeń historyka Niklasa Zetterlinga, wynosił 3,8:1. Ale jest jeszcze jedna ważna rzecz: nawet przy takich nakładach Niemcy z powodzeniem utrzymywali front przez siedem tygodni, a załamał się on tylko dlatego, że ich rezerwy strategiczne w tym momencie poszły dokładnie w przeciwnym kierunku - na Białoruś.

23 czerwca rozpoczęła się tam strategiczna ofensywa Armii Czerwonej (operacja Bagration), podczas której Grupa Armii Centrum została pokonana w ciągu kilku dni. Próbując zaszyć rozległy front, Niemcy przerzucili tam 35 dywizji, w tym 12 dywizji czołgów i dywizji zmotoryzowanych. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć rezultat ich pojawienia się w Normandii i podwojenia grupy przeciwnej aliantom - żadne przełamanie pod Saint-Lô nie byłoby możliwe.

Aby być uczciwym, to samo odnosi się do Bagration: rażący sukces operacji wynikał z faktu, że Grupa Armii Centrum miała tylko jedną dywizję pancerną w rezerwie na swoim 900-kilometrowym froncie. W tym czasie osiem niemieckich dywizji pancernych walczyło z aliantami na niewielkim skrawku ziemi w pobliżu normandzkiego miasta Caen. Gdyby te mobilne jednostki znajdowały się na Białorusi w czerwcu 1944 r., Bagration miałby znacznie jaśniejszy wygląd lub nawet całkowicie zawiódł.

Krótko mówiąc, latem 1944 r. jednoczesne działania na froncie zachodnim i wschodnim zapewniły niezbędną synergię, aby zadać Wehrmachtowi klęskę, z której już się nie podniósł. To właśnie miał na myśli generał Eisenhower, głównodowodzący siłami alianckimi w Europie, kiedy w 1942 roku określił utrzymanie ZSRR z dala od wojny jako kluczowe zadanie dla Stanów Zjednoczonych. /?/ "Jeśli Rosja się wycofa, nie widzi dla nas nic lepszego niż impas", powiedział sekretarz wojny Henry Stimson.

Ale nawet w bardzo sprzyjających warunkach, które rozwinęły się w rzeczywistości, armia amerykańska w Europie jesienią i zimą 1944 r. doświadczyła poważnych braków kadrowych. Od momentu lądowania do końca września straciła 152 tys. ludzi, w tym 36 tys. zabitych i zaginionych. Straty stosunkowo niewielkie jak na standardy frontu wschodniego, ale ponieważ 95 proc. z nich stanowili piechurzy i czołgiści, szybko okazało się, że amerykańskie dywizje nie mają kogo wysyłać do ataków.

Do tego czasu armia amerykańska pozyskała już wszystkich ludzi, których mogła usunąć z gospodarki kraju bez narażania na szwank swojego zadania bycia arsenałem przemysłowym dla całej koalicji antyhitlerowskiej. W cywilnej sile roboczej nie było już wolnych zasobów ludzkich; pełne zatrudnienie odnotowano w Ameryce do samego końca wojny. Wojsko zostało poproszone o samodzielne poradzenie sobie z "kryzysem piechoty i czołgów". Na linię frontu zaczęto przerzucać łącznościowców, strzelców przeciwlotniczych, urzędników, kucharzy. Do AGF przeniesiono nawet 24 tysiące podchorążych szkół lotniczych. Cały ten kontyngent miał bardzo mgliste pojęcie o walce piechoty i nie było czasu na ich szkolenie, co logicznie doprowadziło do nowej rundy strat.

Oto typowa historia ze wspomnień Beltona Coopera, oficera batalionu remontowego w amerykańskiej 3 Dywizji Pancernej. W szczytowym momencie bitwy o Ardeny otrzymał rozkaz obsadzenia 17 nowych czołgów, do czego wysłano mu 17 zmechanizowanych kierowców, świeżo po szkoleniu, oraz 35 świeżo wyszkolonych piechurów, z których większość nigdy wcześniej nie widziała czołgu z bliska. Ale rozkazy to rozkazy: każdemu mechanikowi-kierowcy przydzielono dwóch żołnierzy, którym pośpiesznie pokazano podstawowe części sprzętu i trzykrotnie oddano strzały z wieżyczki. Po kilku godzinach takiego "szkolenia" czołgi zostały wysłane na front, a Cooper wkrótce znalazł 15 z tych 17 pojazdów trafionych i spalonych. Czy ktokolwiek z załogi przeżył i ilu? - pozostało dla niego nieznane. "Niestety, taka tragedia miała się powtórzyć jeszcze nie raz" - podsumowuje.

W końcu Ardeny były powrotem do niemieckiej bestii, która była już śmiertelnie ranna; w czasach swojej świetności była znacznie straszniejsza. "Biorąc pod uwagę sytuację systemu zaopatrzenia armii amerykańskiej, wydaje się wysoce nieprawdopodobne, by mogła ona sprostać wyzwaniu polegającemu na zlikwidowaniu dodatkowych 5,5 miliona Niemców (których Wehrmacht stracił na froncie wschodnim w latach 1941-1945) bez poniesienia odpowiednich strat" - podsumowuje Zetterling. Innymi słowy, mimo całej potęgi Ameryki, wyrzucenie z wojny któregokolwiek z jej pozostałych dwóch kluczowych sojuszników, Wielkiej Brytanii lub ZSRR, doprowadziło do pata: Austazja jest na zawsze w stanie wojny z Oceanią, ale żadna z nich nie może ostatecznie wygrać. (Oczywiście dotyczy to również Stanów Zjednoczonych, bez których udziału w II wojnie światowej bezwarunkowa kapitulacja III Rzeszy nie jest historycznie przewidywalna).

Jednak w 1945 roku niewiele osób było w stanie zastanowić się nad tym problemem. Po zwycięstwie nad Niemcami i Japonią wszystko inne wydawało się Amerykanom dziecinnie proste. W Stanach Zjednoczonych, według słów historyka Theodore'a Wilsona, narodził się "mit amerykańskiej potęgi porównywalnej do Lewiatana, tak niewyczerpanej i niewytłumaczalnej jak same źródła demokracji".

Wkrótce mit ten został poddany pierwszemu testowi.

W ciągu roku od rozpoczęcia, wojna koreańska (1950-1953) przekształciła się w taki właśnie impas. Po szybkim pokonaniu armii Kim Il Sunga, Amerykanie zostali kontratakowani przez nagły "milion chińskich ochotników"; front powrócił do pierwotnego 38 równoleżnika, gdzie zamarł. To właśnie tutaj amerykańska przewaga techniczna, spotęgowana zakazem Stalina użycia radzieckiego i chińskiego lotnictwa nad większością Korei, okazała się bezsilna wobec upartego i zmotywowanego wroga, a nawet głęboko zakopanego w ziemi.

Próbując znaleźć wyjście z koreańskiego impasu pozycyjnego, wojskowi kilkakrotnie sugerowali Białemu Domowi rozszerzenie wojny na Chiny poprzez rozpoczęcie ataków atomowych przeciwko nim. Przewidywalnie doprowadziło to do przystąpienia do wojny ZSRR, który zawarł wówczas sojusz wojskowy z Pekinem, ale nikt nie mógł przewidzieć, co stanie się dalej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że po wysłaniu 7 dywizji do Korei, Ameryka pozostawiła tylko 6 dywizji do obrony Europy.

Nic dziwnego, że Eisenhower, który objął urząd prezydenta w styczniu 1953 roku, wolał zły pokój od dobrej wojny światowej. W rzeczywistości jego program wyborczy opierał się na obietnicy pokoju. Jeszcze w 1944 roku Henry Stimson narzekał: "Gdy tylko nadchodzą wieści o naszych zwycięstwach, wszyscy chcą założyć marynarki i odejść ze służby. Ciekawą cechą naszych wspaniałych ludzi w Stanach Zjednoczonych jest to, że w ogóle nie czują się uczestnikami wojny i nie widzą potrzeby żadnego poświęcenia - zupełnie jak dzieci". Jest to jeszcze bardziej prawdziwe w przypadku wojny, która osiągnęła impas: według sondaży w pierwszym roku poparcie dla wysłania wojsk do Korei spadło z 78% do 38%.

onet.pl\The Moscow Times


Ponad 20 lat temu inne państwo, które niegdyś uważało się za wszechmocne na polu bitwy — Stany Zjednoczone — znalazło się w kłopotliwej sytuacji na ulicach Iraku i Afganistanu, gdzie rebelianci wykorzystywali improwizowane ładunki wybuchowe, aby zabijać lub okaleczać tysiące młodych Amerykanów w nowym rodzaju asymetrycznej wojny.

"Nie możemy działać wystarczająco szybko w tej dziedzinie" — powiedział Mingus w zeszłym miesiącu. Nie wspomniał jednak, że Pentagon potrzebował tragicznie dużo czasu, aby zwalczyć improwizowane ładunki wybuchowe. Wielu członków wojska i Kongresu — wśród nich zwłaszcza ówczesny senator Joe Biden — było oburzonych prawie dwuletnim opóźnieniem we wprowadzeniu pojazdów MRAP [pojazdy opancerzone o zwiększonej odporności na miny i ataki z zasadzki], które miały przeciwdziałać zagrożeniu ze strony improwizowanych ładunków wybuchowych. Kwestia ta została rozwiązana dopiero w 2006 r., kiedy to nowy sekretarz obrony Robert Gates zastąpił Donalda Rumsfelda.

Gates — zbulwersowany tym, co nazwał codziennymi "stosami pogrzebowymi dla naszych żołnierzy" — przełamał opór biurokratyczny Pentagonu. "Pospieszcie się! Żołnierze giną" — powtarzał niechętnym urzędnikom i uruchomił program przyspieszony, aby wysłać tysiące pojazdów MRAP do Iraku i Afganistanu.

Krytycy twierdzą, że Departament Obrony ma obecnie podobne problemy z dronami. W tamtej epoce, jak napisał Gates w swojej autobiografii z 2014 r., długie opóźnienia we wdrażaniu pojazdów MRAP wynikały z tego, że "nikt na wysokim stanowisku nie chciał wydać pieniędzy na ich zakup", a urzędnicy w Pentagonie, "związani sztywną i nieelastyczną strukturą biurokratyczną, trzymali się swoich starych planów, programów i sposobu myślenia".

Obecnie niektórzy eksperci wojskowi twierdzą, że z wielu tych samych biurokratycznych powodów Pentagon zbyt wolno dostosowuje się do najnowszych zmian w asymetrycznej wojnie: dronów. W rzeczywistości większość działań nadrabiających zaległości miała miejsce dopiero w ciągu ostatniego miesiąca. Krótko po ogłoszeniu utworzenia grupy zadaniowej w lipcu sekretarz obrony Pete Hegseth przedstawił ważną inicjatywę o nazwie "Unleashing U.S. Military Drone Dominance" [Rozpoczęcie dominacji amerykańskich dronów wojskowych] i oświadczył na konferencji prasowej, że drony są największą innowacją na polu walki od pokolenia.

Jednak Hegseth zauważył mimochodem, że do tej pory "jednostki amerykańskie nie są wyposażone w śmiercionośne małe drony, których wymaga współczesne pole walki". Za opóźnienia obwiniał głównie administrację Bidena, twierdząc, że "wprowadziła ona tylko biurokratyczne utrudnienia", podczas gdy "nasi przeciwnicy wspólnie produkują miliony tanich dronów każdego roku". Pentagon nie odpowiedział na prośby o komentarz.

Co najważniejsze, po obejrzeniu, jak Ukraińcy niszczą rosyjskie czołgi i strategiczne samoloty za pomocą uzbrojonych dronów, Hegseth stwierdził, że bezzałogowce powinny być teraz traktowane jak amunicja — tania, jednorazowa i możliwa do masowej produkcji — a nie jak nowe, drogie samoloty, których opracowanie może zająć lata, zanim przejdzie przez biurokratyczne procedury Pentagonu. Nowa polityka Departamentu Obrony w zakresie dronów ma również na celu przyspieszenie ich wykorzystania poprzez przyznanie dowódcom niższego szczebla uprawnienia do zakupu i wdrażania tzw. dronów grupy 1 i 2 lub mniejszych pojazdów, takich jak małe quadcoptery FPV [drony z widokiem z perspektywy pierwszej osoby], które mogą być używane na poziomie jednostki i które okazały się tak skuteczne na froncie w Ukrainie.

(...)

Kiedy w zeszłym miesiącu siły USA opublikowały materiał filmowy opisany jako "pierwsze zrzucenie granatu z bezzałogowego systemu powietrznego w armii amerykańskiej", reakcja w mediach społecznościowych była miażdżąca. "Śmieszy mnie fakt, że bez cienia ironii nazywają to nowością, podczas gdy Ukraińcy pokazują takie nagrania od 2022 r., a może nawet wcześniej. Ktoś w amerykańskiej armii jest kompletnie naćpany" — napisał jeden z komentujących. "LOL Ukraina i Rosja robią to już od trzech lat" — napisał inny. Eksperci wskazali, że drony wyposażone w granaty zostały po raz pierwszy użyte przez ISIS w Iraku prawie 10 lat temu, w 2017 r.

(...)

— W Ukrainie prawie każdy żołnierz wie, jak używać dronów, jak je obsługiwać i jak ich unikać. W Stanach Zjednoczonych nawet się to nie zaczęło — mówi Kateryna Bondar, urodzona w Ukrainie specjalistka wojskowa z Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych oraz autorka najnowszego raportu "Unleashing U.S. Military Drone Dominance: What the United States Can Learn from Ukraine" (Rozpoczęcie dominacji dronów wojskowych USA: czego Stany Zjednoczone mogą nauczyć się od Ukrainy).

Niektórzy eksperci, tacy jak Jensen i Bondar, obawiają się, że nawet przy przeznaczeniu ogromnych środków finansowych rewolucja dronowa nie zmienia wystarczająco sposobu myślenia o podstawowych metodach prowadzenia wojny.

Jensen twierdzi, że wojsko wydaje się niechętne do wprowadzenia istotnych zmian w polityce personalnej w celu kształcenia specjalistów ds. dronów (chociaż armia zaczyna eksperymentować ze szkoleniami z zakresu rozpoznania z wykorzystaniem dronów).

— Armia zdecydowała, że chce wprowadzić małe [bezzałogowe systemy powietrzne] i drony do istniejących formacji, ale nie chce nowych formacji i rozprzestrzeniania się nowych [wojskowych specjalności zawodowych] — mówi Jensen. — Zasadniczo nadal jesteś, powiedzmy, strzelcem maszynowym, a dodatkowo masz drona. Nadal uważam, że nie jesteśmy gotowi na radykalne eksperymenty w zakresie projektowania i struktury sił zbrojnych.

Bondar twierdzi, że nie była jeszcze w stanie porozmawiać bezpośrednio z Pentagonem na temat swojego wyczerpującego raportu dotyczącego sukcesu Ukrainy — Hegseth zakazał wszelkich kontaktów z waszyngtońskimi think tankami — i nie widziała żadnych dowodów na to, że Departament Obrony w znacznym stopniu wykorzystuje ukraińską wiedzę specjalistyczną w zakresie wojny z użyciem bezzałogowców. Co więcej, podczas spotkań z komisjami Senatu ekspertka zauważyła głównie zamieszanie dotyczące sposobu wydatkowania nowych środków.

— Tak, są gotowi przeznaczyć duże środki finansowe, ale pytanie brzmi: jaki jest właściwy sposób, aby to zrobić? Istnieje wiele obaw dotyczących tego, jak to zrobić. Technologia zmienia się tak szybko. Czy trzeba teraz gromadzić zapasy, kupować miliony dronów, które za pół roku staną się przestarzałe? Wtedy pieniądze zostaną zmarnowane. Kto więc powinien otrzymać te pieniądze? — mówi ekspertka.

(...)

Oczywiście nikt nie wygra wojny wyłącznie za pomocą dronów. — Ukraińcy nie będą w stanie odzyskać Krymu ani części Donbasu za pomocą dronów lub autonomicznych pojazdów bojowych — twierdzi Nadia Schadlow, starsza pracowniczka naukowa w Hudson Institute, która pełniła funkcję zastępczyni doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego ds. strategii w pierwszej administracji Trumpa. — Kluczowe znaczenie będzie miało to, które siły zbrojne będą w stanie dostosować się do połączenia autonomii z innymi platformami i koncepcjami operacyjnymi.

— Drony nie są tak naprawdę aż tak zaawansowane technologicznie — dodaje emerytowany pułkownik Anthony Pfaff, dyrektor Instytutu Studiów Strategicznych w U.S. Army War College. — Mają jednak cechę, której nie ma żadna inna broń na polu walki. Są naprawdę tanie, więc słabsi gracze mogą kupować je w milionach. Pozwala to słabszym graczom zmniejszyć ryzyko dla własnych sił, jednocześnie zwiększając je dla wroga.

Jak ujęła to specjalistka ds. bezpieczeństwa Joyce Hakmeh w najnowszym raporcie brytyjskiego think tanku Chatham House: "Przewaga Ukrainy nie polega na poszczególnych technologiach, które wdrożyła, ale na jej zdolności do regularnego wyprzedzania Rosji w cyklu innowacji. Jest to model, który inne kraje muszą zbadać, jeśli chcą utrzymać gotowość wojskową w XXI w.".

onet.pl\Politico

środa, 10 września 2025



Edyta Żemła: Panie generale, będzie wojna?

Oficer wojsk lądowych w stopniu generała: Będzie.

Oficer sił powietrznych w stopniu generała: Tak, nie mam złudzeń.

Oficer w stopniu pułkownika: Będzie.

Oficer Marynarki Wojennej: Tak, Rosjanie dają wyraźnie sygnały, że Polska po Ukrainie może być następna.

Oficer ze sztabu: Wszystkie informacje z wywiadów wojskowych państw NATO wskazują, że tak.

Oficer wojsk lądowych, dowódca jednostki: Tak, Putin nie zatrzyma się na Ukrainie.

Oficer ze struktur NATO: Myślę, że wybuch wojny to perspektywa od trzech do pięciu lat.

Oficer kontrwywiadu wojskowego: Nie liczmy na demokratę na Kremlu, bo się przeliczymy. To oznacza, że wojna nam grozi. Wojna będzie.

Emerytowany generał: Tak. Zbliżamy się do góry lodowej. A jeśli ktoś tego nie widzi, to przypomnę, że na Titanicu do końca trwał bal.

Premier Donald Tusk w Sejmie: Według wywiadowczych informacji Rosja przygotowuje się do pełnoskalowej wojny w ciągu trzech, czterech lat. (Wypowiedź z 8 marca 2025 roku).

Generał Wiesław Kukuła, szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego: Wszystko wskazuje na to, że jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa. (Wypowiedź z 4 października 2024 roku podczas inauguracji roku akademickiego w Akademii Wojsk Lądowych we Wrocławiu).

onet.pl


W nocy z 9 na 10 września kilkanaście rosyjskich dronów nadlatujących znad Ukrainy i Białorusi naruszyło przestrzeń powietrzną Polski.

Rzecznik Władimira Putina Dmitrij Pieskow odmówił komentarza, stwierdzając, że władze Polski nie kontaktowały się w tej sprawie z Moskwą, a UE i NATO tradycyjnie oskarżają Rosję bez podawania argumentów. W wydanym po południu oświadczeniu resort obrony FR podkreślił, że na terytorium RP nie zaplanowano żadnych celów do zniszczenia. Wskazano, że maksymalny zasięg lotu użytych w ataku rosyjskich bezzałogowych statków powietrznych, które rzekomo naruszyły granicę z Polską, nie przekracza 700 km. Zadeklarowano gotowość do konsultacji w tej sprawie z Ministerstwem Obrony Narodowej RP.

Rosyjskie agencje skrupulatnie informowały o konsekwencjach wydarzenia oraz reakcjach na nie w Polsce i innych państwach zachodnich, nie mówiąc przy tym o pochodzeniu bezzałogowców. Podawano, że Polska była zmuszona czasowo zamknąć niektóre lotniska oraz że odbyło się nadzwyczajne posiedzenie Rady Ministrów. Media powielały też m.in. komunikaty białoruskie – cytowano szefa Sztabu Generalnego Białorusi Pawła Murawiejkę, który oznajmił, że jej obrona przeciwlotnicza w nocy śledziła drony, które wleciały w jej przestrzeń powietrzną w wyniku działania [ukraińskich] środków walki radioelektronicznej (WRE), i informowała Polskę o zagrożeniu, pozwalając skutecznie działać jej obronie powietrznej.

W rozmowie z rosyjską państwową agencją RIA Nowosti chargé d’affaires ambasady FR w Polsce Andriej Ordasz, wezwany do polskiego MSZ, nazwał oświadczenia władz w Warszawie o rosyjskim pochodzeniu dronów zestrzelonych nad terytorium RP bezpodstawnymi. Według niego nie przedstawiono na to żadnych dowodów. Przypomniał także, że jedynym przypadkiem, gdy udało się potwierdzić pochodzenie obiektu powietrznego, który naruszył polską przestrzeń powietrzną, była ukraińska rakieta z listopada 2022 r., która „zabiła dwóch Polaków”. Taka linia narracyjna stała się szybko dominująca w rosyjskich mediach i sieciach społecznościowych. Lansowano wersję, że drony zostały umyślnie wypuszczone przez Ukrainę, by sprowokować Polskę do włączenia się do wojny przeciwko Rosji. W państwowej telewizji pojawiła się również teza, że incydent to dzieło „europejskich podżegaczy wojennych”, dążących – wbrew woli prezydenta USA – do storpedowania „procesu pokojowego”. Akcentowano, że kluczowa będzie reakcja na zajście administracji Donalda Trumpa.

osw.waw.pl


MSWiA poinformowało, że jeden z rosyjskich dronów, który naruszył polską przestrzeń powietrzną, spadł w miejscowości Wyryki (powiat włodawski, woj. lubelskie), gdzie uszkodził budynek mieszkalny. Według doniesień RMF FM jego mieszkańcy uniknęli tragedii, ponieważ chwilę przed zdarzeniem zeszli piętro niżej. - Herbatę pili na dole i to wtedy im runęło. Na piętrze został strop przebity - powiedział sąsiad małżeństwa. - Gdyby spali, to nie wiadomo, co by było - podkreśliła inna sąsiadka. 

Według doniesień Wirtualnej Polski dom, na który spadł dron, został mocno zniszczony. Zerwany został bowiem dach, a ściany - uszkodzone. Dodatkowo pokoje zasypał gruz. Dron uszkodził również stojący niedaleko samochód. Jak zrelacjonowali dziennikarze, "na podwórku domu widać było porozwalane cegły, a w budynku gospodarskim powybijane szyby". - Ten dom strasznie długo stawiali. A teraz go stracili - powiedziała sąsiadka małżeństwa. Głos w sprawie zabrał również wójt gminy Wyryki Bernard Błaszczuk. - Są zrozpaczeni, bo to jest dom, to jest dobytek ich życia - powiedział.

- Wystraszyłam się tak, że aż całą gorącą kawę na siebie wylałam. Zaczęło tak huczeć, a ja tylko skuliłam się w kącie i tak siedziałam - zrelacjonowała pani Krystyna, która mieszka obok, w rozmowie z Wirtualną Polską. Podobne przeżycia mieli inni mieszkańcy. - Byłam sama w domu, dzwonię do męża rozpłakana, bo ja nie wiedziałam, co to się stało. Bo to było tak jakby tuż obok - zrelacjonowała jedna z rozmówczyń. Inni natomiast próbowali nagrać zdarzenie. Wielu z mieszkańców odczuwa jednak strach spowodowany przez groźną sytuację. - Ja się boję, to było straszne. Spokoju już nie będzie, to się już powoli zaczyna - powiedziała pani Barbara w rozmowie z "Super Expressem".

gazeta.pl

wtorek, 9 września 2025



Rosjanie kontynuują natarcie w przygranicznych rejonach obwodu dniepropetrowskiego. Posuwając się na froncie szerokości 12–15 km od styku granic tego obwodu z obwodami donieckim i zaporoskim na południu do rzeki Wołcza na północy, zajęli dotąd siedem miejscowości (według DeepState trzy z nich nie są kontrolowane przez agresora i pozostają w szarej strefie) i wkroczyli w głąb obwodu dniepropetrowskiego na głębokość do 10 km. Ich postępy wynikają w pierwszej kolejności ze słabości obrony lokalnej (nieliczne umocnienia powstały z myślą o odparciu wrogiego uderzenia z południa, a nie ze wschodu). Wciąż brak sygnałów, by miały one zostać wykorzystane do rozwinięcia działań na większą skalę w kierunku węzłowego Pokrowśkego i, dalej, Zaporoża i/lub Dniepru. Prawdopodobnie wyłom pozwoli natomiast najeźdźcom na „zwinięcie” frontu we wschodniej części obwodu zaporoskiego – w przypadku zajęcia Pokrowśkego będą oni mogli uderzyć od północy na Hulajpole, główny ośrodek ukraińskiej obrony w tym rejonie, od 2023 r. bezskutecznie atakowany przez agresora od południa.

Siły rosyjskie odepchnęły przeciwnika od Nowoekonomicznego i wyszły na północno-wschodnie obrzeża Myrnohradu, niwelując tym samym efekty ukraińskich kontrataków z poprzednich tygodni. Poszerzyły też obszar kontrolowany na południowo-zachodnich obrzeżach Pokrowska. Ich pozycje po obu stronach worka są od siebie oddalone o 10–12 km, a aglomeracja pokrowska znajduje się pod ich całkowitą kontrolą ogniową. Najeźdźcy wyszli na wschodnie obrzeża Siewierska i zaktywizowali front na południe od tego miasta, względnie stabilny od 2023 r. Poczynili także kolejne postępy na północ i wschód od Łymanu, gdzie obrońcy mają coraz większe problemy z logistyką. W zasięgu rosyjskich dronów na światłowodach znalazła się bowiem główna obecnie trasa zaopatrzenia ukraińskiego zgrupowania w Donbasie, wiodąca z Charkowa do Kramatorska, a jej odcinek pomiędzy Iziumem a Słowiańskiem ma być permanentnie atakowany (obrońcy mówią o 10 utraconych samochodach na dobę i apelują o nieużywanie tej drogi przez cywilów). Rosyjska próba opanowania nagłym atakiem centrum Kupiańska zakończyła się niepowodzeniem, jednakże agresor najpewniej kontroluje jego północne kwartały. Po ponad stu dniach walk miał również zająć Junakiwkę w obwodzie sumskim.

7 września najeźdźcy przeprowadzili najpotężniejsze od rozpoczęcia pełnoskalowej agresji uderzenie powietrzne na Ukrainę. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) użyli w nim 810 dronów uderzeniowych i ich imitatorów (o 82 więcej niż w poprzednim rekordowym ataku 9 lipca) oraz 13 pocisków balistycznych i manewrujących. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 747 bezzałogowców i zestrzelenie czterech rakiet. Do głównych celów należał Kijów, gdzie atakowano przede wszystkim obiekty przemysłowe (potwierdziła to mapa pożarów NASA FIRMS). Uszkodzone zostały siedziba ukraińskiego rządu (miała w nią trafić rakieta balistyczna Iskander-M, której głowica nie wybuchła) oraz budynek mieszkalny – trzy osoby zginęły, a 11 zostało rannych (łącznie w stolicy odnotowano 20 rannych). Największe poza Kijowem zniszczenia zarejestrowano w Zaporożu, gdzie w obiekty przemysłowe i infrastrukturę miało trafić co najmniej osiem „szahedów”, a rannych zostało 15 cywilów. Ucierpiały też Charków, Dniepr, Krzywy Róg, Odessa i Sumy (w tych ostatnich trafiona została m.in. siedziba obwodowej administracji wojskowej).

Z perspektywy wojskowej najistotniejszy cel uderzenia stanowił most na Dnieprze w Krzemieńczuku, przez który przechodziła istotna część zaopatrzenia ukraińskiego zgrupowania w Donbasie (via Charków). Drony uszkodziły część kolejową i mechanizm podnoszenia mostu, umożliwiający przechodzenie pod nim drogą wodną większych jednostek. Ostatecznie z użytku wyłączono również część drogową i zorganizowano przeprawę promową. Składy kolejowe z zaopatrzeniem dla frontu skierowano na trasy okrężne. Rosjanie wstrzymywali się dotąd z atakami na mające strategiczne znaczenie przeprawy na Dnieprze (do zniszczenia mostu Antoniwskiego k. Chersonia jesienią 2022 r. przyczynili się obrońcy, wymuszając w ten sposób wycofanie się wroga z prawego brzegu rzeki). Kontynuowanie przez najeźdźców uderzeń na nie świadczyłoby o tym, że agresor przygotowuje się do działań ofensywnych na większą skalę, z podjęciem próby powrotu do działań manewrowych włącznie. Zarazem sugerowałoby to, że Moskwa przynajmniej czasowo ograniczyła swoje plany aneksyjne do wschodniej części Ukrainy.

Głównym celem zmasowanego uderzenia powietrznego przeprowadzonego przez Rosjan 3 września było zaplecze obrońców na zachód od Dniepru. Do poważnych zniszczeń infrastruktury doszło w węźle kolejowym Znamjanka w obwodzie kirowohradzkim, przez który przechodzi zaopatrzenie na front via Krzemieńczuk i Charków. Przywracanie ruchu pociągów rozpoczęło się po siedmiu godzinach od zakończenia ataku. Do uderzeń w obiekty przemysłowe doszło w Chmielnickim (zakłady Kation i Nowator), we Lwowie (lotnicze zakłady remontowe) i w Łucku (Motor) oraz w obwodach iwanofrankiwskim i kijowskim. Atakowano także obwód rówieński i Zakarpacie. Zgodnie z przekazem DSP agresor wykorzystał 502 bezzałogowce i 24 rakiety, z których obrońcy unieszkodliwili odpowiednio 430 i 21.

Najeźdźcy kontynuowali uderzenia w infrastrukturę energetyczną w północno-wschodniej Ukrainie. W ich rezultacie 3 września doszło do okresowego odcięcia dostaw prądu w Niżynie (obwód czernihowski), następnego dnia – w Sumach, kolejnego – w Nowogrodzie Siewierskim (obwód czernihowski), zaś 8 września – w Szostce (obwód sumski), jak również w okolicach tych miast. 8 września rosyjskie drony uszkodziły Trypolską Elektrownię Cieplną na południe od Kijowa, przez co pozbawili energii część rejonu obuchowskiego. Wskutek ataku rakietowego na Czernihów 4 września poszkodowani zostali członkowie misji humanitarnej zajmującej się rozminowywaniem (dwie osoby zginęły, a osiem zostało rannych). Tego dnia wrogie rakiety lub drony uderzyły też w Białogród nad Dniestrem i Odessę, 5 września – w Dniepr, a 6 września – w Mikołajów i Zaporoże. Według źródeł ukraińskich od wieczora 2 września do rana 9 września najeźdźcy użyli łącznie (uwzględniając oba zmasowane ataki) 1951 dronów uderzeniowych i ich imitatorów oraz 62 rakiet. Obrońcy mieli zneutralizować 1670 bezzałogowców i 27 rakiet.

5 września ukraińskie drony zaatakowały rafinerię w Riazaniu, a dwa dni później – Ilską w Kraju Krasnodarskim. Na terenie tej pierwszej doszło do pożaru, a zgodnie z przekazem ukraińskiego Sztabu Generalnego trafiona została instalacja do przerobu ropy. To samo źródło poinformowało o uderzeniu w stację dystrybucyjną rurociągu „Stalowy Koń” w obwodzie briańskim, gdzie też wybuchł pożar. Prawdopodobnie chodziło o kolejny atak na obiekt rurociągu Drużba, o czym donosiły inne źródła (baza paliwowa i stacja dystrybucyjna o nazwie „Stalowy Koń” zlokalizowane są w obwodzie orłowskim). 4 września ukraińskie pociski trafiły w bazę paliwową w okupowanym Ługańsku, a 9 września – w obwodzie biełgorodzkim. Według dowódcy ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych Roberta Browdiego „Madiara” 8 września uszkodzona została stacja pompowa Wtorowo w obwodzie włodzimierskim, tłocząca olej napędowy do rurociągu zaopatrującego Moskwę. Powołując się na źródła wywiadowcze, ukraińskie media podały, że tego samego dnia doszło do uszkodzenia rurociągu i gazociągu w rejonie Penzy. Doniesień tych nie potwierdziły dotąd inne źródła.

osw.waw.pl


8 września kanclerz Friedrich Merz (CDU) otworzył w Berlinie doroczną konferencję ambasadorów, wskazując jako priorytet bezpieczeństwo i konkurencyjność RFN w warunkach konfliktu systemowego między demokracjami liberalnymi a osią autokracji. Zapowiedział budowę nowej europejskiej architektury bezpieczeństwa opartej na NATO, ze wzmocnionym filarem europejskim i kluczową rolą Niemiec, uzasadnianą wielkością gospodarki i geostrategicznym położeniem na Starym Kontynencie. Polityka zagraniczna RFN ma być pragmatyczna i zorientowana na realizację interesów. W UE istotnym partnerem pozostaje Francja, ale w Europie duże znaczenie ma też współpraca z Wielką Brytanią. USA nadal są najważniejszym pozaeuropejskim partnerem, lecz kooperacja z nimi ma być dostosowana do obecnego kursu Waszyngtonu. Merz potwierdził wsparcie dla Ukrainy na drodze do „sprawiedliwego pokoju” oraz ostrzegł przed imperialnym planem Putina i rosnącą presją Chin; współpraca z ChRL jest możliwa przy dywersyfikacji łańcuchów dostaw i surowców. RFN ma zacieśniać relacje z partnerami pozaeuropejskimi i działać na forach wielostronnych – m.in. w ONZ, gdzie zabiega o miejsce niestałego członka w Radzie Bezpieczeństwa na lata 2027–2028.

Deklarację zmian w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa wygłoszoną przez kanclerza przed korpusem dyplomatycznym należy traktować jako silny symboliczny przekaz wysłany zarówno za granicę, jak i do własnego kraju. Ostatnio w takiej roli, przed takim gronem i także z opowieścią o potrzebie większej asertywności i ambicji w niemieckiej polityce przemawiał w 2000 r. kanclerz Gerhard Schröder. Przekaz Merza o „przejmowaniu odpowiedzialności” przez Niemcy oznacza wyznaczenie ambitnego planu. Berlin nie dysponuje na razie adekwatnymi zdolnościami wojskowymi ani wystarczającą legitymacją polityczną, by grać pierwsze skrzypce w bezpieczeństwie europejskim.

Komentarz
  • Przemówienie kanclerza Merza oznacza zmianę w niemieckim myśleniu o polityce zagranicznej i bezpieczeństwa – w kierunku ambitnej, ukierunkowanej na realizację własnych interesów strategii globalnego gracza. Merz odcina się od dotychczasowego języka moralnego uniwersalizmu Niemiec jako „potęgi cywilnej”, określając to podejście mianem „moralnej pychy” wynikającej z sukcesu gospodarczego, i wzywa do twardego realizmu. Oprócz deklaratywnego multilateralizmu pojawia się język interesu narodowego, partnerstw strategicznych i asertywnego kształtowania porządku międzynarodowego według norm i reguł. Nowością w tej doktrynie jest również silne podkreślenie suwerenności gospodarczej jako instrumentu politycznego. Niemcy mają nie tylko dywersyfikować źródła surowców i łańcuchy dostaw, lecz także aktywnie tworzyć nowy system handlu światowego, niezależny od dysfunkcyjnych instytucji, takich jak WTO. W połączeniu z globalnymi ambicjami i redefinicją partnerstw poza Zachodem – od Mercosuru po Azję Centralną i Afrykę – wyłania się obraz Niemiec jako państwa, które nie tylko uczestniczy w systemie międzynarodowym, ale też pretenduje do jego przebudowy w duchu własnych interesów i wartości.
  • Merz deklaruje wolę współpracy z USA, jednak jego przekaz jest wyraźnie emancypacyjny: Europa ma działać, dbając o własne interesy. Wzywa do „dostosowania” polityki europejskiej do nowej roli USA w świecie, wskazując na zmniejszającą się oczywistość partnerstwa transatlantyckiego. Ta emancypacyjna retoryka uwidacznia rozdźwięk między rosnącymi ambicjami a realnymi możliwościami Berlina. Pomysł stworzenia „nowej, trwałej architektury bezpieczeństwa” i traktowania Chin jako rywala systemowego oraz równoległego prowadzenia polityki wobec nich opartej na interesach niemieckich koncernów przemysłowych pozostaje wewnętrznie sprzeczny i strategicznie niewiarygodny. Wystąpienie Merza wskazuje również na inne napięcia: Berlin unika precyzyjnego określenia, w jakim zakresie jest gotów dzielić się władzą z partnerami europejskimi. Znamienne jest przy tym, że propozycja reform UE i usprawnienia jej funkcjonowania nie pada.
  • Polska pozostaje poza głównym kadrem nowej niemieckiej strategii. Przemówienie Merza stanowi niejednoznaczny sygnał. Z jednej strony wyraźna antyputinowska retoryka oraz deklaracje o potrzebie wzmocnienia europejskiego filaru NATO mogłyby wskazywać na większą zbieżność interesów niemieckich i polskich. Z drugiej zaś całkowite pominięcie przez Merza Polski jako partnera strategicznego jest uderzające. W przemówieniu wielokrotnie podkreśla on szczególną rolę Francji (jako „komory serca Europy”) i Wielkiej Brytanii jako kluczowych sojuszników. Wskazuje też na priorytet budowy relacji z państwami Globalnego Południa – od Brazylii po Azję Centralną. (...)
osw.waw.pl


Ćwiczenia Zapad-2025 są pierwszym od lat 90. XX wieku dużym przedsięwzięciem szkoleniowym Sił Zbrojnych FR, którego Moskwa nie rozgrywa informacyjnie, pozostawiając całokształt posunięć w tej sferze Mińskowi. Ograniczona względem poprzednich edycji skala nie przesądza ich potencjalnego wykorzystania jako przygotowania do działań zbrojnych przeciwko Ukrainie. Bardziej prawdopodobne jest jednak skierowanie ćwiczących pododdziałów na istniejące odcinki frontu niż użycie ich do ponownego wtargnięcia na Ukrainę z terytorium Białorusi.

Komentarz
  • Ćwiczenia Zapad-2025 będą znacząco mniejsze niż ostatnie edycje z lat 2021 i 2017, jednak skalą zaangażowanych sił i środków porównywalne z organizowanymi w pierwszej dekadzie XXI wieku. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu takiej wielkości udział rosyjski wynika z konieczności zabezpieczenia bieżących działań na Ukrainie (i w związku z tym braku możliwości wysłania większej liczby jednostek), a w jakim ze świadomej decyzji Moskwy o samoograniczeniu skali przedsięwzięcia – zwłaszcza sił przerzuconych na Białoruś. Te ostatnie, opierając się na jedynych publicznie dostępnych danych litewskich, można było demonstracyjnie zwiększyć kosztem liczby ćwiczących na poligonach rosyjskich.
  • (...)
  • Wprowadzenie do ćwiczeń OUBZ kwestii planowania jądrowego – choćby wyłącznie na poziomie publicznej deklaracji – to swoisty ukłon Rosji w stronę sojuszników z tej organizacji. Najprawdopodobniej uzasadnieniem dopuszczenia państw OUBZ do grona uzgadniającego scenariusz ćwiczebnego użycia broni atomowej były działania na rzecz renuklearyzacji Białorusi obejmujące skierowanie tam potencjalnych nowoczesnych środków przenoszenia, tj. taktycznych pocisków balistycznych Iskander-M oraz (na razie w formie zapowiedzi) pocisków balistycznych średniego zasięgu Oriesznik, a także modernizację magazynów amunicji jądrowej.
  • W uzgodnieniu z Kremlem Mińsk wykorzystuje ćwiczenia do prowadzenia operacji dezinformacyjnej. Jej celem jest rozpowszechnienie tezy o rzekomej woli Białorusi do deeskalacji zagrożenia militarnego w regionie, choć w rzeczywistości operacja ta dzieje się za przyzwoleniem Rosji i służy wzmocnieniu wizerunku Alaksandra Łukaszenki jako równoprawnego partnera Moskwy. Już w maju minister obrony RB poinformował o ograniczeniu skali ćwiczeń oraz o ich zlokalizowaniu w rejonach oddalonych od granicy z Polską. Ma to być rzekomo gest sygnalizujący chęć powrotu do dialogu z Zachodem, podobnie jak fakt, że scenariusz ćwiczeń zakłada jedynie operację obronną w razie ataku na Państwo Związkowe.
  • Deeskalacyjna retoryka Mińska służy podważaniu zachodnich obaw o planowanie przez Rosję i Białoruś agresywnych działań militarnych. Towarzyszy temu operacja dezinformacyjna strony białoruskiej wskazująca, że Polska ponoć przygotowuje się do uderzenia na oba państwa. W celu wsparcia tej tezy białoruskie KGB posunęło się do prowokacji, zatrzymując 4 września polskiego duchownego pod rzekomym zarzutem szpiegostwa i pozyskiwania niejawnych materiałów o scenariuszu Zapad-2025.
osw.waw.pl

poniedziałek, 8 września 2025



Do bezprecedensowej obławy doszło na placu budowy fabryki Hyundai Motor w Stanach Zjednoczonych. Powstaje tam jedna z największych inwestycji koreańskiego producenta samochodów w USA. Amerykańskie władze przeprowadziły śledztwo, w trakcie którego odkryto, że pracujący przy jej budowie imigranci nie mieli odpowiednich zgód na wjazd i pracę w USA. Wyłapano w sumie 475 pracowników, z czego ponad 300 to obywatele Korei Południowej. Niektórzy zaczęli uciekać lub chowali się w stawie na terenie budowy. W operację zaangażowanych było ok. 400 funkcjonariuszy. Uznano ją za największą tego typu akcję w historii. 

Operacja wywołała duże oburzenie. Partia Demokratyczna wydała oświadczenie, w którym wskazała, że nalot był częścią "politycznie motywowanej taktyki zastraszania, mającej na celu terroryzowanie ludzi, którzy ciężko pracują, aby zarobić na życie, napędzając gospodarkę USA i przyczyniając się do rozwoju społeczności". Także Ministerstwo Spraw Zagranicznych Korei Południowej wyraziło ubolewanie i zaniepokojenie w związku z nalotem. "Działalność gospodarcza naszych firm inwestujących w Stanach Zjednoczonych oraz interesy naszych obywateli nie mogą być bezprawnie naruszane podczas egzekwowania prawa przez USA" - przekazano.

Prezydent USA Donald Trump niezbyt się tym  jednak przejmuje. W piątek nazwał setki pracowników aresztowanych podczas nalotu na południowokoreański "nielegalnymi imigrantami", podkreślając, że urzędnicy "po prostu wykonywali swoją pracę". W ten sam sposób tłumaczył zatrzymania rzecznik gubernatora Georgii (tam zlokalizowana była fabryka) Briana Kempa. - W Georgii zawsze będziemy egzekwować prawo, w tym wszystkie stanowe i federalne przepisy imigracyjne - podkreślał. Co ciekawe, przedstawiciele firmy Hyundai Motor America twierdzą, że żadna z zatrzymanych osób nie jest bezpośrednio zatrudniona w Hyundai Motor. Zapewniono też, że "Hyundai zobowiązuje się do pełnego przestrzegania wszystkich przepisów i regulacji obowiązujących na każdym rynku, na którym działa w tym wymogów weryfikacji zatrudnienia oraz przepisów imigracyjnych".

gazeta.pl