sobota, 2 sierpnia 2025



"W oparciu o wysoce prowokacyjne wypowiedzi byłego prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa, który obecnie jest wiceprzewodniczącym Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, wydałem rozkaz rozmieszczenia dwóch atomowych okrętów podwodnych w odpowiednich rejonach, na wypadek gdyby te głupie i prowokacyjne oświadczenia okazały się czymś więcej" - napisał Trump na swoim portalu społecznościowym Truth Social. "Słowa są bardzo ważne i często mogą prowadzić do niezamierzonych konsekwencji. Mam nadzieję, że tym razem tak się nie stanie" - dodał.

Jest to odpowiedź na groźby Miedwiediewa dotyczące broni jądrowej podczas wymiany kąśliwych komentarzy między Trumpem i Miedwiediewem; w ostatnim wpisie na komunikatorze Telegram były rosyjski prezydent polecił Trumpowi, by "pamiętał o swoich ulubionych filmach o "chodzących martwych", a także o tym, jak niebezpieczna może być nieistniejąca w przyrodzie "martwa ręka"".

"Martwa ręka" to potoczne określenie sowieckiego systemu odpowiedzi na atak nuklearny Perymetr.
Ten wpis Miedwiediewa był z kolei reakcją na wcześniejszy wpis Trumpa na Truth Social, w którym prezydent USA określił gospodarki Rosji i Indii jako "martwe".

"Rosja i USA prawie nie robią ze sobą interesów. Utrzymajmy to i powiedzmy Miedwiediewowi, nieudanemu byłemu prezydentowi Rosji, który myśli, że nadal jest prezydentem, żeby uważał na słowa. Wkracza na bardzo niebezpieczny teren!" - ostrzegł wówczas Trump, który odpowiadał na wpis Miedwiediewa na platformie X, w którym ten krytykował wystosowane wobec Rosji ultimatum. Rosjanin stwierdził, że każde nowe ultimatum jest "krokiem w kierunku wojny" USA z Rosją.

"Nie idź drogą śpiącego Joe" - radził Trumpowi Miedwiediew, odnosząc się do prezydenta Bidena.

Nie jest jasne, co w praktyce oznacza komunikat Trumpa, lecz jest to pierwszy raz, kiedy agresywne wypowiedzi byłego prezydenta i premiera Rosji - który wielokrotnie wcześniej wysyłał zawoalowane groźby nuklearne - sprowokowały konkretną odpowiedź ze strony Stanów Zjednoczonych. Wcześniej były zbywane - w tym przez samego Trumpa - jako wypowiedzi człowieka nie mającego wpływu na decyzje podejmowane na Kremlu.
W podobny sposób jeszcze w czwartek do działań Miedwiediewa odniósł się sekretarz stanu i doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio, który stwierdził, że Miedwiediew "nie jest decydentem" i nie uczestniczy w rozmowach z USA.

- Ale z drugiej strony oczywiście jest kimś, kto kiedyś tam piastował urząd i nadal pełni funkcję w rządzie, a jego słowa będą miały wpływ, będąc swego rodzaju prowokacją - powiedział Rubio w wywiadzie dla radia Fox.

PAP

piątek, 1 sierpnia 2025



30 lipca rosyjska Agencja ds. Regulacji Technicznych i Metodologii (Rosstandart) cofnęła certyfikaty dopuszczające wybrane modele czterech chińskich marek samochodów ciężarowych (Dongfeng, Foton, FAW i Sitrak) oraz nadwozia do nich firmy Foton do sprzedaży na rosyjskim rynku. Kontrole Rosstandartu miały wykazać, że pojazdy te nie spełniają wymogów dotyczących skuteczności hamulców czy poziomu emitowanego hałasu. Jest to kolejne posunięcie Kremla tego typu – od 1 października 2024 r. aż o 85% zwiększono obowiązkową opłatę recyklingową (zależnie od pojemności silnika wynosi ona równowartość od 520 do 4810 dolarów) na sprowadzane auta osobowe, co uderzyło głównie w import z Chin.

Działania Rosstandartu należy interpretować jako element polityki protekcjonistycznej Moskwy, mające na celu ochronę rosyjskiej branży motoryzacyjnej. Nie jest ona bowiem w stanie konkurować na zasadach rynkowych z masowo importowanymi markami chińskimi. W ostatnich dniach lipca trzy największe koncerny motoryzacyjne FR poinformowały o skróceniu tygodnia pracy do czterech dni –Kamaz i Gaz od 1 sierpnia, a AwtoWAZ od 29 września – co stanowiło reakcję na ich pogarszającą się sytuację ekonomiczną. Sprzedaż w Rosji samochodów ciężarowych (powyżej 14 ton) w pierwszym półroczu 2025 r. spadła o 60%, do ok. 20 tys. maszyn, a osobowych – o 26%, do 530 tys. sztuk. Celem działań tamtejszych władz jest częściowe zastępowanie importu z ChRL miejscową produkcją chińskich aut.

Komentarz

Problemy, z jakimi boryka się obecnie rosyjska branża motoryzacyjna, to wynik zarówno ostrej konkurencji ze strony Chin, jak i pogarszającej się na skutek sankcji sytuacji ekonomicznej. Od początku 2025 r. obserwujemy spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w FR (m.in. produkcja przemysłowa wzrosła w pierwszym półroczu o 1,4%, wobec 4,8% rok wcześniej). Wysokie stopy procentowe mocno hamują popyt, co odbija się także na branży motoryzacyjnej. Przykładowo ograniczenie części projektów infrastrukturalnych, zwłaszcza w budownictwie, doprowadziło już do zerwania ok. 20 tys. umów leasingowych na auta ciężarowe, które wróciły do dilerów.

Po inwazji Rosji na Ukrainę chińskie marki zdominowały rosyjski rynek motoryzacyjny. W 2024 r. ich udział w sprzedaży nowych samochodów osobowych wyniósł prawie 60% (wobec 2% w 2019 r. i 9 % w 2021 r.), a w przypadku ciężarówek – ok. 65% (w 2019 r. było to ok. 1%). Zapełniły one tym samym lukę, która powstała po wycofaniu się z Rosji koncernów zachodnich. O ile jednak te ostatnie dużą część sprzedawanych na tym rynku aut produkowały na miejscu (dotyczy to zwłaszcza samochodów osobowych), wykorzystując lokalne łańcuchy dostaw komponentów oraz tamtejszą rozbudowaną bazę produkcyjną, o tyle producenci z ChRL w znakomitej większości dostarczają auta wytworzone u siebie. Przejście na import chińskich marek oznacza więc dla rosyjskiego sektora motoryzacyjnego degradację.

Od Chin zależna pozostaje również produkcja aut rosyjskich. Dzięki dostawom podzespołów i części (zwłaszcza tych najbardziej skomplikowanych, tj. automatycznych skrzyni biegów, systemów bezpieczeństwa ABS, elektroniki) z ChRL branża motoryzacyjna była w stanie wyjść z zapaści, w którą popadła w 2022 r. Pekin zezwolił ponadto na produkcję własnych aut koncernów JAC i Automobile Chery pod rosyjskimi markami (są one jednak dwukrotnie droższe niż w Chinach). W efekcie w 2024 r. w Rosji wyprodukowano o 5% więcej samochodów ciężarowych niż w 2021 r. Z kolei produkcja pojazdów osobowych zanotowała spadek – o 55% r/r, choć i tak był to lepszy wynik (o 60%) niż w kryzysowym 2022 r.

Odpowiedzią Kremla na rosnący import chińskich aut jest wzrost protekcjonizmu. Głównym lobbystą ograniczenia dostaw z ChRL okazał się Siergiej Czemiezow – szef państwowej korporacji Rostech, kontrolującej ok. 70% produkcji zbrojeniowej FR, a także dwa największe koncerny samochodowe: Kamaz i AwtoWAZ. W efekcie tych działań od 1 października 2024 r. podniesiono obowiązkową opłatę recyklingową na sprowadzane auta, co poprzedził nagły wzrost dostaw z Chin, jako że dilerzy gromadzili zapasy. Poprzez wstrzymanie przez Rosstandart sprzedaży wybranych chińskich ciężarówek (wcześniej, w styczniu br., w podobny sposób uderzono w wywrotki marki Shacman) Kreml chce też doprowadzić do poprawy wyników finansowych Kamazu. W przeszłości władze FR wielokrotnie wykorzystywały regulacje administracyjne do walki z konkurencją (np. gruzińskimi czy mołdawskimi winami). Należy zauważyć, że mimo wątpliwości dotyczących systemu hamulcowego chińskich marek Rosstandart nie wstrzymał całkowicie ich użytkowania.

Ograniczenie dostępu do rosyjskiego rynku gotowych importowanych aut ma skłonić chińskich producentów do zwiększania produkcji w Rosji. Od 2025 r. swoje zakłady w FR ma jedynie Haval. Do ubiegłego roku również dwa modele koncernu Chery Automobile montowano w królewieckich zakładach Awtotor, nie udało się jednak wynegocjować warunków przedłużenia umowy, w związku z czym producent z ChRL najprawdopodobniej przeniesie się do Kazachstanu. Chińscy inwestorzy uznają rynek rosyjski za ryzykowny i trawiony korupcją, są też generalnie niechętni lokalizowaniu istotnej części wartości dodanej poza Chinami (nie tylko w odniesieniu do FR). Nie wiadomo, jak Pekin zareaguje na protekcjonizm i próbę przymuszania do inwestycji w Rosji – do tej pory nie odpowiedział nawet na podniesienie opłaty recyklingowej jesienią 2024 r., choć dysponuje szeregiem instrumentów presji na Moskwę. Od 2022 r. zależność FR od ChRL bardzo wzrosła – ta ostatnia nie tylko dostarcza niezbędne towary podwójnego zastosowania, lecz także zasila Rosję finansowo, kupując od niej surowce, jak również wspomaga ją w realizacji transakcji transgranicznych. Mimo doraźnych różnic interesów obu stron, w tym tych dotyczących sektora motoryzacyjnego, zacieśnianie relacji między nimi będzie jednak postępować, gdyż przynosi strategiczne korzyści obu reżimom.

osw.waw.pl


Michał Bruszewski: Jesteś tzw. ewakuatorem. Zajmujesz się ewakuacją cywilów jako wolontariusz. Jak wygląda sytuacja w Pokrowsku?

„Sowa”, wolontariusz-ewakuator w Donbasie: Tam jest najgorzej. Ostatnio jeden wolontariusz, który jechał do Pokrowska, by wywozić cywilów, został zaatakowany dronem i stracił rękę oraz nogę. Jest inwalidą. Cud, że przeżył. Drony są wszędzie.

Jak wygląda sytuacja w samym mieście?

Ciała zabitych przez Rosjan cywilów zakopuje się na szybko, w mogiłach na ulicach, przy ulicach. Nie ma już jak wywozić ludzi. Do miasta wjeżdża bardzo niewielu wolontariuszy. Cywile, którzy zostali, to starsze osoby, które nie mają krewnych. Wiedzą że mogą zginąć i wolą zginąć we własnym domu. To nawet nie są żdunowie, jak mówi się o rosyjskich kolaborantach, to są po prostu starsze osoby. Wojsko stara się takich ludzi ratować nawet w ostatniej chwili, ale to jest bardzo trudne.

Mówi się o tym, że do miasta wchodzą rosyjskie DRG, czyli grupy dywersyjno-sabotażowe. Front pęka?

To nie jest nic nowego. Grupy Rosjan w Donbasie przedostają się na tyły od wielu miesięcy. Tak było przecież w Czasiw Jarze pod Bachmutem. W Kramatorsku była taka sytuacja, że uciekło czterech jeńców z Grupy Wagnera i zaczęli robić partyzantkę. Dwóch złapano, co do reszty to nie wiem.

Pokrowsk jest brany w okrążenie, Rosjanie mogą w końcu przeciąć drogę do miasta i wziąć go w stan oblężenia. Jak bardzo to jest niebezpieczne?

Pokrowsk może być odcinany nawet bez okrążenia.

Jak?

Drony kontrolują drogę i to wystarczy. Każdy pojazd pod miastem jest zagrożony atakiem.

Jak sobie z tym radzicie jako wolontariusze?

Musimy mieć swoje zagłuszarki na samochodach, ale to nie niweluje ataków rosyjskich dronów na światłowodzie, więc wciąż jest niebezpiecznie.

Ratujesz ludzi i pomagasz od dłuższego czasu. Gdzie było najgoręcej?

Wjechaliśmy do wyzwolonego Kupiańska, w którym okazało się, że byli tam jeszcze Rosjanie. Zaczęła się strzelanina, ogień karabinów maszynowych, bardzo blisko nas. Potem pokazałem nagranie z tej akcji żołnierzowi, który stwierdził, że nawet 10-latek z karabinem mógłby nas wtedy zastrzelić. Tak byliśmy wystawieni.

Co się stanie, jeżeli Rosjanie zdobędą Pokrowsk?

Rzucą drony na inne miasto w Donbasie, więc nadal będzie bardzo źle.

Jak głęboko się zapuszczają?

Bardzo głęboko. 30 kilometrów za Chersoniem rosyjski dron zabił ostatnio dziecko. Było o tym głośno. W Donbasie najwięcej dronów jest tam, gdzie toczą się bitwy.

Jak ludzie żyją w Donbasie?

Starają się żyć normalnie, działają restauracje, w dzień chodzi się do pracy, a w nocy walki są najintensywniejsze, wtedy jest piekło. W niektórych miejscach, jak Słowiańsk, choć front jest blisko, to ludzie dają radę, chociaż teraz i w Słowiańsku się pogorszyło.

Jak morale żołnierzy?

Są zdeterminowani, ale zmęczeni.

(...)

Czego nie wiemy o pomocy humanitarnej, a powinniśmy wiedzieć?

Organizacje pomocowe dostarczają do Donbasu żywność, przez co ludzie się nie ewakuują i nie mają motywacji do pracy. Generują problemy. To potęguje katastrofę. Ludzie przez to wegetują. Żywność należy dostarczać do centrów dystrybucji i ośrodków uchodźców wewnętrznych, w głębi Ukrainy. Z ewakuacjami jest duży problem przez drony.

Dziękuję za rozmowę

Dzięki.

defence24.pl

środa, 30 lipca 2025



Rosjanie znacząco pogłębili i poszerzyli wyłom na północ i zachód od drogi Pokrowsk–Konstantynówka, w rezultacie czego cała aglomeracja pokrowska znalazła się w worku. Do obu głównych dróg zaopatrzenia obrońców w kierunkach północnym i zachodnim pozostaje agresorowi niespełna 5 km, co bardzo utrudnia logistykę. O ile po przeniesieniu jej przez Ukraińców z kierunku zachodniego na północny Rosjanie okresowo wstrzymali natarcie w kierunku drogi z Pokrowska do Dniepru (działania na tym kierunku wznowiono w ostatnich tygodniach), o tyle nieprzerwanie kontynuują je w kierunku drogi do Kramatorska, od której oddziela ich jedna miejscowość – Rodynśke. Obrońcom pozostaje jeszcze droga lokalna, lecz nie ma ona przepustowości umożliwiającej utrzymanie długotrwałej, zorganizowanej obrony, a ponadto jest zagrożona oddziaływaniem nieprzyjaciela (Rosjanie są 7 km na południe od niej).

Wraz z postępami oskrzydlenia aglomeracji pokrowskiej najeźdźcy podeszli do granic Pokrowska i Myrnohradu od południa, a do obu miast przenikają kolejne rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze. Po zajęciu Nowoekonomicznego (25 lipca) uzyskali również możliwość wkroczenia do Myrnohradu od północnego wschodu. Kwestią otwartą pozostaje, czy ukraińskie dowództwo wygospodaruje siły i środki, by podjąć próbę przeciwuderzenia i udrożnić w ten sposób linie zaopatrzenia obrońców aglomeracji, czy też – w przypadku niemożności ich zgromadzenia lub niepowodzenia kontrakcji – zdecyduje się na wycofanie z niemających już większego znaczenia wojskowego Pokrowska i Myrnohradu (rangę głównego węzła logistycznego ukraińskiego zgrupowania na zachód od Doniecka Pokrowsk utracił jesienią ub.r.). Zadecydowanie przez Kijów o utrzymaniu aglomeracji bez jej uprzedniego odblokowania grozi powtórką z ostatnich tygodni walk o Bachmut, w których lawinowo rosły straty po stronie obrońców.

Siły rosyjskie systematycznie wypierają obrońców z ostatnich pozycji w obwodzie donieckim pomiędzy Pokrowskiem a Wełyką Nowosiłką. Pod kontrolą ukraińską pozostały tam cztery miejscowości przy granicy z obwodem dniepropetrowskim w trzech różnych lokalizacjach. Rosjanie w kolejnym miejscu przekroczyli granicę obwodu dniepropetrowskiego (według części źródeł zajęli wieś Malijiwka), a także zaporoskiego (pod kontrolę agresora miała tam przejść Temyriwka). W tym ostatnim opanowali Kamjanśke nad Dnieprem i kontynuują natarcie na północ wzdłuż drogi do Zaporoża, gdzie głównym elementem kolejnej linii ukraińskiej obrony jest Stepnohirśk.

Wojska ukraińskie wycofały się z worka na zachód od Torećka, gdzie utrzymywały miejscowość Szczerbyniwka i tym samym uniemożliwiały siłom rosyjskim przejęcie pełnej kontroli nad miastem. Postępy agresora na skrzydłach w kierunku Konstantynówki zagroziły jednak znajdującym się tam obrońcom odcięciem od reszty ich sił. Ukraińcy utrzymują się już jedynie na północno-zachodnich obrzeżach Torećka. Po kilkutygodniowych walkach Rosjanie zajęli Jabłuniwkę, co otwiera przed nimi drogę do Konstantynówki od południowego zachodu.

Rosjanie przeprowadzili akcję zaczepną w kierunku Siewierska, wykorzystując do niej – po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy – kolumny pancerno-zmechanizowane. Najprawdopodobniej miała ona za zadanie rozpoznanie sytuacji na tym jednym z najtrudniejszych dla najeźdźców (ze względu na rozbudowaną obronę ukraińską) i jednocześnie jednym z najstabilniejszych odcinków frontu. Do jej zorganizowania niewątpliwie zachęciły Rosjan poczynione w poprzednich tygodniach postępy na północny wschód od Siewierska, wskazujące na stopniowe słabnięcie obrony. Po szybkim wykryciu zgrupowania przez Ukraińców działania kontynuowała jedna kolumna – według części źródeł osiągnęła wschodnie obrzeża miasta, a następnie wycofała się ze znacznymi stratami. Pod naporem agresora siły ukraińskie opuściły jednak część pozycji na wschód od Siewierska, co powiększyło obszar ziemi niczyjej.

Wojska rosyjskie oskrzydliły Kupiańsk od północnego zachodu. Według części źródeł podeszły też do miasta od północy, a na jego obrzeżach trwają walki. Postępy agresora bezpośrednio zagrażają zaopatrzeniu sił ukraińskich utrzymujących się na wschodnim brzegu rzeki Oskoł, dla których Kupiańsk stanowi bezpośrednie zaplecze logistyczne. Kolejne zdobycze terenowe, wciąż niezmieniające ogólnej sytuacji, Rosjanie uzyskali również na północny wschód od Łymanu. Siły ukraińskie odzyskały natomiast kontrolę nad Kindratiwką na północ od Sum, gdzie udało się im spowolnić postęp agresora.

osw.waw.pl

wtorek, 29 lipca 2025



Ukraińscy politolodzy uważają, że decyzja Donalda Trumpa o skróceniu ultimatum wobec Rosji to część szerszej gry geopolitycznej, w której wojna w Ukrainie pełni tylko funkcję narzędzia nacisku. "Nie trzeba być wielkim analitykiem, by zrozumieć, że katalizatorem tej decyzji była nowa umowa handlowa między USA a Unią Europejską" - napisał ukraiński politolog Wadym Denysenko na Facebooku. Według niego porozumienie z Brukselą odblokowało Trumpowi ręce w relacjach z innymi globalnymi graczami. "Wszystko, co teraz robi Trump, nie jest wymierzone bezpośrednio w Rosję, tylko w Chiny" - twierdzi Denysenko.

Ekspert podkreśla, że teraz możliwe są dwa scenariusze: albo Trump przyspieszy negocjacje z Pekinem i będzie próbował wykorzystać moment, by osiągnąć porozumienie z pozycji siły, albo najpierw zawrze porozumienie z Indiami i krajami Zatoki Perskiej w sprawie zastąpienia rosyjskiej ropy, a dopiero potem przejdzie do rozmów z Chinami. "Gra będzie znacznie bardziej skomplikowana, niż się wydaje - żadnych taryf 100 proc. nikt nie wprowadzi, ale Rosję będą próbować dociskać przez inne kanały, także chińskie" - zaznacza.

Podobnie uważa politolog Ihor Rejterowycz, który w rozmowie z agencją UNIAN powiedział, że wojna Rosji przeciwko Ukrainie była dla Trumpa narzędziem presji na Europę, a nie celem samym w sobie. - Teraz, kiedy udało się rozwiązać problem handlowy z UE, Trump ma więcej swobody w relacjach z Rosją. Sądzę, że już wyrobił sobie zdanie o tym, że Kreml nie chce rozmawiać językiem dyplomacji, tylko siły - a właśnie ten język teraz może zostać użyty - powiedział Rejterowycz.

Ekspert zwrócił też uwagę na potencjalną reakcję Chin, które mają silne powiązania handlowe z Rosją. - Jeśli presja Trumpa na Moskwę wzrośnie, Pekin będzie musiał szybciej myśleć, jak się z nim dogadywać. Zwłaszcza jeśli USA i UE będą mówiły jednym głosem - dodał.

gazeta.pl


Starszy szeregowy: Jak na imprezę na granicy przyjeżdżał Błaszczak ze świtą, na obozowisko były przywożone nawet specjalne vipowskie toi toie zamykane na klucz. Kazali dyżurnemu trzymać klucze, żeby nikt postronny do nich nie wchodził. Jeśli znalazł się taki, który się zgodził trzymać te klucze, to stał przy kiblach. Ale byli też żołnierze, którzy potrafili się postawić. Mówili, że nie będą kibla pilnować, że nie po to są w wojsku, nie po to na granicę przyjechali. Byłem świadkiem, jak pewien chorąży tak się postawił. Kapelan – już go u nas nie ma, w porządku chłopak – powiedział do niego wtedy: "Masz jaja, chłopie", bo jednak trzeba było mieć jaja, żeby się takim ludziom postawić.

Oficer z 16. Dywizji z Giżycka: Byłem wyznaczony przez mojego dowódcę do obsługi dziennikarzy, jak przyjeżdżała do nas Telewizja Polska – zazwyczaj była zapraszana tylko Telewizja Polska – która chciała zrobić program na potrzeby MON-u. Wymyślili sobie, że pokażą, jak pomagamy rodzinom żołnierzy, którzy są na granicy. To miał być program o tym, że wojsko pomaga matkom, które zostają same z dziećmi.

Osobiście brałem udział w takiej ustawce. Dowódca wyznaczył mnie i koleżankę do tego programu. Koleżanka, choć jest żołnierzem, musiała przebrać się w cywilne ciuchy i udawać, że jej mąż służy na granicy. On był w tym czasie na ćwiczeniach na poligonie, ale na potrzeby telewizji połączyli się z nim telefonicznie i udawali, że on jest na granicy. Ja wtedy udawałem kolegę z jego jednostki, który akurat wchodzi i przynosi jej zakupy. Program w telewizji się ukazał. Mieliśmy z tego niezły ubaw. To była totalna ustawka. Nic tam nie było prawdą. Takich chamskich ustawek było wtedy dużo. Chodziło o to, żeby pokazać, jak Ministerstwo Obrony dba o swoich żołnierzy. To było straszne, ale dostaliśmy takie polecenie i trzeba było to zrobić.

Oficer wojsk lądowych: Wizerunkowość była najważniejsza i to, co widzi społeczeństwo w mediach. To było najważniejsze. Nieważne było szkolenie, nieważne, że nie było pieniędzy na sprzęt, na mundury, na kamizelki, na infrastrukturę, na bieżące funkcjonowanie jednostki. Najważniejsze były te słynne pikniki, niby wojskowe, a tak naprawdę polityczne, na których żołnierze byli atrakcją jak misie na Krupówkach.

Dowódca brygady: Przyszedł do mnie mój żołnierz, doświadczony podoficer, kilkadziesiąt lat służby, misje bojowe w Iraku i Afganistanie, zagraniczne kursy i szkolenia i oświadczył, że odchodzi. Powód? Obstawianie dożynek i imprez promujących PiS. Powiedział, że ma już dość zabawy żołnierzami i że nie po to szkolił się tyle lat, żeby teraz robić za atrakcję na dożynkach. Nie on jeden odszedł wtedy z armii. Przez te pikniki straciliśmy sporo doświadczonych żołnierzy.

Żołnierze już od kilku lat byli wysyłani do zabezpieczania demonstracji antyrządowych, brali udział w partyjnych imprezach czy tworzyli tło dla polityków występujących na konferencjach. Ale upartyjnienie wojska apogeum osiągnęło w 2023 roku. Nie mieliśmy nic do powiedzenia. Przyjeżdżała do nas pani dyrektor z Centrum Operacyjnego Ministra Obrony Narodowej i kazała zmieniać cały program szkolenia tak, żeby pasował pod te ich pikniki i jarmarki. Czuliśmy się jak marionetki.

Nikt nam nie tłumaczył, dlaczego mamy jechać na przykład do Zajączków Drugich i całą niedzielę stać obok dmuchanej zjeżdżalni dla dzieci, bo akurat tamtejsza Ochotnicza Straż Pożarna zażyczyła sobie atrakcji w postaci wojska. Oczywiście brylowali tam lokalni politycy PiS-u. Ludzie byli potwornie tym zmęczeni. Od kierowców po prasowców, wszyscy obsługiwali te pikniki. Dochodziło do takich absurdów, że oficerowie starsi zajmowali się ustawianiem sprzętu, bo już nie było komu tego robić.

Oficer ze sztabu: Do Ministerstwa Obrony Narodowej, sztabu, centrów rekrutacji i dowództw zaczęła wówczas płynąć lawina wniosków od lokalnych działaczy i polityków PiS-u z prośbami o wysłanie żołnierzy i sprzętu na przeróżne uroczystości we wsiach, w miasteczkach i miastach całej Polski. Argumentacja była kuriozalna. Wnioskodawcy pisali, że dany piknik ma na celu "integrację mieszkańców, jak i więzi rodzinnych poprzez wspólne zabawy".

Zapewniali, że w programie "nie zabraknie inspirujących kreatywnych spotkań, strefy zabaw dla dzieci, koncertów i wielu innych atrakcji". Tymi "innymi atrakcjami" mieliśmy być my, żołnierze. Wojsko, zamiast się szkolić, przygotowywać do wojny, jeździło po piknikach, odpustach i jarmarkach. Żołnierze dziś nie znają zapachu prochu i poligonu, bo byli atrakcją partyjnych imprez.

W sztabie generalnym po wpłynięciu kolejnego takiego wniosku nastąpiła konsternacja. Wojsko jako element dożynek i pikniku kół gospodyń wiejskich nie mieści się w żadnych planach i zadaniach. Początkowo nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić, bo formalnie nie dało się tego nijak zaklasyfikować, ale nacisk z góry był ogromny. Wpadliśmy więc na pomysł, by wszystkie te wnioski wysyłać do szefa wojskowego centrum rekrutacji. Tam je wszystkie klepali jak leci. Stare wojskowe porzekadło głosi, że w wojsku nie da się jedynie hełmu na lewą stronę wywrócić. Pretekst do wysłania żołnierzy na pikniki też się znalazł. Wynikał – jak zaznaczano w pismach – "z ważnych względów społecznych".

W centrach rekrutacji wojskowej szefami byli już wtedy oficerowie z WOT-u, usłużni czy nawet służalczy wobec partii. Dlatego praktycznie zawsze na wnioskach pisali: "Zgoda". Stamtąd wnioski płynęły do dowódców jednostek wojskowych w okolicy, którzy byli zmuszeni na daną imprezę wystawić sprzęt i wysłać żołnierzy. Jak nie było w jednostce takiego sprzętu, jakiego zażyczył sobie wójt lub poseł, to czasem rosomaki czy leopardy trzeba było wieźć przez pół Polski.

Oficer z dowództwa generalnego: Błaszczak nie potrafił zaskarbić sobie sympatii wojska. Był sztywny jak kołek. Dlatego w wojsku miał ksywę Ken, tylko Barbie mu brakowało. Sztuczność wypowiedzi, brak naturalności, to działało na jego niekorzyść. Ludzie to czuli. A później to on nas już po prostu nie słuchał. Cokolwiek byśmy powiedzieli, mówię o wojskowych, nie o departamentach MON-u, bo tam miał swoich zauszników, to zawsze było źle. Minister zawsze był na nie.

Wie pani, on nie lubił żołnierzy, a już zwłaszcza oficerów. To było widoczne. Cierpiał wręcz, gdy musiał się z oficerami zadawać. Z nami nie mógł sobie pogadać o pierdołach. Bał się, że padną trudne tematy. Nawet jak wychodził do niego porucznik, to go zbywał, a co dopiero generał? Wolał porozmawiać z szeregowym. Taki żołnierz trudnych pytań nie zadawał, a jeszcze był wdzięczny, że minister dał mu siedemset złotych podwyżki. Te pieniądze pojawiły się w ustawie o obronie ojczyzny. Zapisano je tylko po to, by minister i partia PiS mogły sobie kupić przychylność tej, bądź co bądź najliczniejszej w armii grupy. Zupełnie nie pomyśleli, jaką krzywdę robią tym wojsku.

Proszę sobie wyobrazić: mamy w wojsku sierżanta. Stary żołnierz, weteran po misjach, kursy porobione, studia też, ćwiczeń nie zliczysz. On będzie zarabiał pięć tysięcy złotych, a kandydat na żołnierza zawodowego – nawet nie żołnierz, tylko kandydat – w pierwszym roku służby będzie dostawał sześć tysięcy na rękę i nie będzie płacił od tego ani podatku, ani składki zdrowotnej. Jaką ten sierżant ma motywację do służby, jak szeregowy zarabia od niego więcej? Żadnej.

onet.pl

poniedziałek, 28 lipca 2025



Łukaszenko osobiście przekonywał, że Pratasiewicz „szczerze zmienił swoje przekonania”. Założył kilka nowych stron w mediach społecznościowych, poprzez które powiela tezy propagandy białoruskiej. Najwyraźniej tego wszystkiego nie wystarczyło, by zrobić karierę po drugiej stronie barykady.

Aleksander Łukaszenko nie wybacza przeciwnikom.

– Moje nazwisko i rozpoznawalność po raz kolejny zrobiły swoje. Od tygodnia szukam pracy. Po raz kolejny zmagam się z tym, że znalezienie czegokolwiek interesującego jest prawie niemożliwe, niezależnie od branży – narzekał ostatnio Pratasiewicz na swoim kanale w Telegramie.

– Próbuję prowadzić zwyczajne, spokojne życie i uczciwie pracować. Wszystko na nic. Niezależnie od tego, że władze i służby do mnie już od dawna nic nie mają, potencjalni pracodawcy obawiają się ryzyka […] Nie wiem, ile to będzie trwało i ile razy jeszcze mi odmówią. Moja sytuacja finansowa, mówiąc delikatnie, się pogarsza – opowiada. Narzekał na brak perspektyw na Białorusi i na to, że nie może znaleźć żadnej pracy, by „planować jakikolwiek rozwój”.

– Po raz pierwszy poważnie zaczynam myśleć o wyjeździe do jakichś dalekich krajów. Po to, by mieć pracę, zapomnieć o przeszłości i się rozwijać – napisał.

A jeszcze niedawno, występując w rządowych białoruskich mediach, przekonywał, że „nie narzeka na zarobki”, a we wrześniu ubiegłego roku nawet opublikował zdjęcia z wypoczynku w Dubaju. Wówczas pracował w Mińsku jako spawacz, co również odnotowywały wszystkie media rządowe w kraju Łukaszenki. Później na rowerze dostarczał zamawiane w mińskich restauracjach posiłki, pracując dla jednej z rosyjskich aplikacji mobilnych.

– Chcąc tam dobrze zarabiać, trzeba pracować po dwanaście godzin przez pięć dni w tygodniu – mówił pod koniec czerwca w rozmowie z białoruską redakcją rosyjskiej tuby propagandowej Sputnik. Znów zmienił pracę, skończył szkolenie barmańskie i już w lipcu pochwalił się zdjęciem z jednego ze stołecznych barów. W roli barmana, sądząc po ostatnich wpisach w Telegramie, też się nie odnalazł.

rp.pl


Trump stwierdził, że jest „bardzo rozczarowany prezydentem Rosji Putinem”. Dodał, że decyzja o skróceniu czasu ultimatum wynika z tego, że „zna on (jego) odpowiedź”.

– Gdyby mnie nie było, wybuchłoby sześć dużych wojen – oznajmił, wymieniając m.in. konflikt Tajlandia-Kambodża, Indie-Pakistan, Rwanda-Demokratyczna Republika Konga.

Prezydent USA Donald Trump zapowiedział w poniedziałek w Turnberry, w zachodniej Szkocji, że wyznaczy nowy termin ultimatum - 10 lub 12 dni od dziś - które postawi rosyjskiemu przywódcy Władimirowi Putinowi na zakończenie przez niego wojny w Ukrainie.

Zapytany o zapowiedziane wcześniej skrócenie 50-dniowego ultimatum, które do tej pory obowiązywało, Trump odpowiedział, że „nie ma sensu czekać”. Dodał, że „będzie hojny”, jeśli da Putinowi 15 dni na podjęcie decyzji.

Amerykański przywódca przyznał, że „nie widzi żadnego postępu” po stronie Rosji.

Prezydent USA Donald Trump stwierdził także, że jeśli nie dojdzie do porozumienia z rosyjskim przywódcą Władimirem Putinem w sprawie zakończenie wojny w Ukrainie, wówczas Stany Zjednoczone wprowadzą sankcje wtórne na Rosję.

Amerykański przywódca poinformował, że nowy, skrócony termin ultimatum zostanie przekazany stronie rosyjskiej jeszcze w poniedziałek lub we wtorek.

Zapytany, czy jego zdaniem prezydent Putin okłamał go w sprawie swojego zobowiązania do zawieszenia broni w Ukrainie, Trump odpowiedział, że zdarzały się chwile, kiedy mieli dobre rozmowy i myślał, że rosyjski przywódca mógłby się zgodzić na zawieszenie broni, ale nic takiego nie nastąpiło. Dodał, że zdarzało się to zbyt często i nie podobało mu się to. 

PAP


Według "Wall Stret Journal", amerykańskie zaangażowanie w wojnę z Iranem okazało się niezwykle kosztowne. Niezależnie od wątpliwych rezultatów nalotów na instalacje nuklearne, Amerykanie zaangażowali się także w obronę terytorium Izraela przed irańskimi atakami, prowadzonymi m.in. z użyciem pocisków balistycznych różnych typów i klas.

W tym celu na Bliskim Wschodzie znalazła się aż jedna czwarta amerykańskich wyrzutni THAAD. Do jednej, wcześniej rozlokowanej na terenie Izraela, dołączyła kolejna, przerzucona z macierzystego terytorium, więc Izraela broniły dwie – z ośmiu w ogóle dostępnych - baterie THAAD.

Podczas 12-dniowej kampanii baterie te wystrzeliły 150 pocisków po 15 mln dol., czyli niemal jedną czwartą zapasu, jaki Pentagon mozolnie budował od 2010 roku, gdy broń ta weszła do służby. Co więcej, przy obecnej skali produkcji, wynoszącej 37 pocisków na rok, uzupełnienie zasobów zużytych podczas niespełna dwóch tygodni walk zajmie cztery lata.

Czas ten - być może - ostatecznie okaże się krótszy, bo producent pocisków, koncern Lockheed Martin deklaruje możliwość zwiększenia skali produkcji do 100 pocisków rocznie. Będzie to jednak wymagało dodatkowych nakładów, przeznaczonych na rozwój linii produkcyjnych.

wp.pl

niedziela, 27 lipca 2025



Według Siergieja Siemionowa z Instytutu Globalnego Klimatu i Ekologii w Moskwie średnie temperatury na terenie Rosji rosną niemal dwukrotnie szybciej niż w pozostałych częściach świata: o 0,5 stopnia Celsjusza na dekadę. Im dalej na północ, tym bardziej odczuwalne są skutki zmian klimatu. Na przykład na półwyspie Tajmyr, położonym na Oceanie Arktycznym, średnia temperatura na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat wzrosła już o około 1 stopnia. W największym kraju na świecie kryzys klimatyczny manifestuje się w wielu postaciach: falami gorąca i suszami w jednych regionach, w innych – sprowadzającymi powodzie wiosennymi roztopami czy zanikaniem wieloletniej zmarzliny (która pokrywa ponad połowę terytorium państwa). To jednak nie skłania Kremla, by uznać ograniczenia emisji czy chociaż działania adaptacyjne za priorytet.

– Generalne założenie jest takie, że globalne ocieplenie nie stanowi poważnego zagrożenia, bo chociaż na pewno spowoduje straty, przyniesie także fantastyczne możliwości – wyjaśnia Michaił Korostikow, specjalista do spraw zielonej taksonomii i finansowania działań klimatycznych. – To zresztą częściowo prawda, bo Rosja jest jednym z niewielu państw na świecie, które w pewnych aspektach skorzystałyby na zmianach klimatu.

Wśród potencjalnych pozytywów globalnego ocieplenia wymieniane są chociażby większe możliwości żeglugi na Oceanie Arktycznym czy zwiększenie dostępnych gruntów rolnych wraz z roztapianiem się wieloletniej zmarzliny. Sam Władimir Putin żartował w 2003 roku przy okazji negocjacji dotyczących dołączenia Rosji do protokołu z Kioto: „2 czy 3 stopnie więcej wcale by nie zaszkodziły – wydawalibyśmy mniej na futra”.

Argumenty te są jednak mało przekonujące w zestawieniu ze zniszczeniami, których kryzys klimatyczny już w Rosji dokonuje. Te same temperatury, które roztopią lód utrudniający przemieszczanie się statków po północnych morzach, naruszą także wieloletnią zmarzlinę, zagrażając infrastrukturze wydobywającej z ziemi surowce naturalne, drogom i budynkom mieszkalnym. Tereny rolne „odebrane” z rąk mrozu na północy zostaną okupione degradacją gruntów na południu, które zaczną ulegać pustynnieniu. A obszary skute dzisiaj wieloletnią zmarzliną nie zmienią się przecież od razu w pola uprawne, lecz w bagna.

Decydenci na Kremlu muszą zdawać sobie sprawę z tego, że wszelkie korzyści, jakie przyniosą zmiany klimatu, będą niewielkie w porównaniu ze stratami. Ale zaakceptowanie naukowego konsensusu i przyznanie, że emitowanie gazów cieplarnianych przez człowieka napędza globalny wzrost temperatur, to rzecz nie do pomyślenia dla władz kraju, którego gospodarka w ogromnej mierze opiera się na wydobyciu i eksporcie wysokoemisyjnych surowców energetycznych.

– Dominuje narracja, że globalne zarządzanie klimatem to oszustwo, wycelowane w interesy Rosji, wielkiego narodu produkującego ropę i gaz. Że jeśli zmiany klimatyczne istnieją, to są naturalne i nie mamy na nie wpływu – mówi Veli-Pekka Tynkkynen, profesor Uniwersytetu Helsińskiego w Centrum Badań nad Rosją i Europą Wschodnią. – Krytyka monokultury opartej na ropie i gazie, krytyka na temat pozycji Rosji w globalnym zarządzaniu klimatem, nawet stwierdzenie, że globalne ocieplenie szkodzi Rosji, wszystko to uznaje się za sprzeciw wobec reżimu. W końcu skąd pochodzą pieniądze, które umożliwiają toczenie wojny przeciwko Ukrainie? Przede wszystkim właśnie z ropy i gazu.

Do czasu agresji w 2022 roku Moskwa jeszcze próbowała stwarzać pozory, że dostrzega zagrożenie związane z globalnym ociepleniem. Podpisała zarówno wspomniany protokół z Kioto, jak i porozumienie paryskie, wyznaczała cele ograniczenia emisji, inwestowała nawet w projekty zielonej transformacji. Sam Putin jeszcze pięć lat temu przyznawał, że kryzys klimatyczny jest spowodowany działalnością człowieka i wymaga konkretnych działań.

– Lata 2019–2021 przyniosły krótkotrwałą szansę dla klimatycznej agendy, bo ktoś przekonał wówczas Putina, że może mieć sens – wspomina Korostikow. – Wtedy rozpoczęliśmy masę projektów: taksonomię, system handlu uprawnieniami do emisji na Sachalinie. Napisano także „Strategię dla społeczno-ekonomicznego rozwoju Federacji Rosyjskiej z niskimi emisjami gazów cieplarnianych do roku 2050”. To był bardzo pozytywny dokument dotyczący klimatu, pełen progresywnego języka, wyznaczający krótko-, średnio- i długoterminowe cele. W dużej mierze pokrywał się z europejskimi zobowiązaniami. Ale ta okazja zniknęła, gdy rozpoczęła się wojna.

Inwazja na Ukrainę i trwający do dziś konflikt sprawiły, że wszelkie możliwości przeciwdziałania zmianom klimatu zostały pogrzebane. Pytanie jednak, na ile Rosja brała swoje zobowiązania na poważnie. Przedwojenne zobowiązania i podpisywanie międzynarodowych umów z perspektywy czasu wyglądają na próby Kremla, by mieć ciastko i zjeść ciastko. Na przykład ambitne cele ograniczenia emisji Rosja zawsze odnosiła do 1990 roku, a więc ostatniego roku istnienia Związku Radzieckiego, kiedy to fabryki emitowały ogromne ilości gazów cieplarnianych. Moskwa mogła więc wykazywać obniżenie emisji o kilkadziesiąt procent, jednocześnie zwiększając wydobycie, spalanie i eksport paliw kopalnych.

Przykłady podobnej kreatywności można mnożyć.

– Władze mocno podkreślają, że Rosja ma największe tereny zalesione na świecie – mówi Korostikow. – Co oznacza, że rosyjskie lasy pochłaniają dużo dwutlenku węgla, a więc nie powinniśmy być zobowiązani do ograniczania swoich emisji. Co rok lub dwa lata ich zdolność do pochłaniania gazów cieplarnianych jest obliczana na nowo, by wykazać, że Rosja nie tylko nie musi nic robić, ale wręcz może sprzedawać kredyty węglowe. Tak naprawdę las sprzedawany jest po dwakroć: raz w postaci drewna, a raz jako kredyt węglowy. To doskonały biznes!

Oczywiście, także to rozumowanie ma słabe strony. Syberyjskie lasy są bowiem bardzo podatne na pożary, więc ich powierzchnia z roku na rok się zmniejsza. W dodatku w zdecydowanej większości tworzą je już dorosłe drzewa, które nie rosną – więc ich zdolność do pochłaniania dwutlenku węgla jest mocno ograniczona. Rosyjskie plany zielonej transformacji jeszcze przed wojną były budowane na podobnie chybotliwych fundamentach. 24 lutego 2022 roku nie stanowił pod tym względem trzęsienia ziemi.

new.org.pl
Pocisk trafia dziesięciu ludzi. Jeden umiera natychmiast. Dwaj kolejni umierają w ciągu pół godziny. Trzech można by uratować dzięki terminowej opiece medycznej, ale obecnie rzadko się to zdarza. Ewakuacja helikopterowa nie jest już możliwa i istnieje niewiele bezpiecznych dróg na zewnątrz. Z pozostałych czterech osób, trzy są unieruchomione i mogą przetrwać dzięki podstawowej pierwszej pomocy i transportowi w ciągu pięciu godzin. Ale nawet to zwykle nie jest możliwe. Oni też umierają. Dwóch ostatnich rannych chodzi. Muszą samodzielnie wrócić w bezpieczne miejsce, często przechodząc od pięciu do dziesięciu kilometrów pod groźbą dronów. Jeśli będą mieli szczęście, mogą zostać zabrani przez pojazd.

Ta relacja pochodzi z zeznań z pierwszej ręki udostępnionych publicznie na kanale Telegram “Transormator”. Dostarcza cennego wglądu w wysoką śmiertelność wśród rannych żołnierzy rosyjskich.

Z tym na co dzień mierzą się rosyjskie oddziały szturmowe. Na dziesięciu trafionych mężczyzn ośmiu umiera, a tylko dwóch przeżywa. Na każdego ocalałego ginie dwóch rannych. Ten stosunek dwa do jednego odpowiada raportom rosyjskich lekarzy wojskowych.

x.com/AndrewPerpetua