piątek, 27 czerwca 2025



Można spotkać głosy, że wręcz przeciwnie, że wojna i upokorzenie przesunęły centrum irańskiej władzy ku twardogłowym mundurowym z Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Takim, którzy z większym prawdopodobieństwem pójdą ścieżką dalszej konfrontacji?

Jak najbardziej jest to możliwe, ale nie widziałbym Iranu przekształcającego się w państwo całkowicie kontrolowane przez dyktaturę wojskowych jak Egipt czy Pakistan. Szczerzę wątpię, aby strażnicy wystąpili otwarcie przeciw szyickiemu klerowi, formalnie sprawującemu przywództwo. W Korpusie kierują wciąż ludzie, którzy walczyli za sprawę nowego systemu jeszcze podczas samej rewolucji, a do tego dzisiaj na tych samych średnich i niższych szczeblach są ich dzieci. Przy czym ta organizacja i tak już ma ogromne wpływy w Iranie. Kontroluje praktycznie każdą gałąź gospodarki, która jest dochodowa, albo strategicznie ważna. Na tym między innymi polega problem z reformami lub ewentualną transformacją tego kraju. Ci ludzie z własnej woli nie oddadzą takiej władzy i takich pieniędzy. Z kolei bez ich odsunięcia od władzy i gospodarki nie są możliwe jakieś realne reformy. Dlatego zgoda, że ich rola najpewniej jeszcze bardziej wzrośnie. Może powstanie coś w rodzaju modelu państwa pretoriańskiego, czyli pod dominującym wpływem organizacji chroniącej formalną władzę. W Iranie stale funkcjonuje równolegle Korpus Strażników i regularne siły zbrojne nazywane Artesz. Dodatkowo pod tą pierwszą organizację podlega liczna paramilitarna organizacja Basidżów, skrzyżowanie naszych PRL-owskich ORMO i ZOMO, która raz szybciej, raz wolniej, ale od lat jest w stanie zdławić kolejne fale społecznego niezadowolenia.

Teraz żadnej nie widać. Militarna klęska nie wywołała ludowego buntu. Co by musiało się stać, żeby ten reżim się zawalił?

Przed wojną byłem zdania, że on nie przetrwa sukcesji po obecnym ajatollahu, najwyższym przywódcy duchowym, Alim Chameneim. Ma 86 lat. Napięcia wewnętrzne pomiędzy różnymi frakcjami w reżimie byłyby wtedy za duże. Od 2020 roku, kiedy na rozkaz Trumpa USA zabiły generała Korpusu Kassema Solejmaniego, irańskim władzom właściwie wszystko szło źle. Najpierw tamten policzek, a zaraz potem naprawdę fatalne zarządzanie kryzysem pandemicznym COVID. Przespali potem szansę na wynegocjowanie jakiegoś porozumienia z bardziej ugodową administracją Joe Bidena, albo z drugiej strony dwustronnego traktatu z będącą w trudnej sytuacji Rosją. Na dodatek od 2023 r. doszło rozbicie przez Izrael Hamasu i Hezbollahu, które miały być jednym z filarów oporu w potencjalnej wojnie z Izraelczykami...

Jednak teraz, po otwartej wojnie nie mam już takiej pewności. To znaczy, ten reżim upadnie i o tym jestem przekonany, ale teraz wygląda, że upadnie później niż wcześniej. Kwestia sukcesji miała bowiem zostać rozstrzygnięta pod izraelskim ogniem i rzekomo są już trzej wyłonieni faworyci, którzy pozostają ciągle w ukryciu. Reżim na pewno będzie musiał się w jeszcze większym stopniu opierać na represjach wewnętrznych, ale rzeczywiście będzie teraz bardziej skonsolidowany, bo wszystkie jego filary zostały osłabione i muszą bliżej współpracować. Nie zlikwiduje to całkowicie napięć i problemów wewnętrznych, ale je może przygasić.

gazeta.pl


Eskalacja konfliktu izraelsko-irańskiego spowodowała spore zaniepokojenie, zarówno wśród społeczeństwa, jak i wszystkich środowisk politycznych Armenii, czyli wśród kręgów rządzących, jak i opozycji. W tym wypadku Ormianie zaniepokojeni są atakiem na Iran.

Aby uzmysłowić sobie, jak istotne w polityce zagranicznej Armenii są stosunki z Iranem należy cofnąć się do przynajmniej do końca istnienia ZSRR, gdy pod koniec lat 80-tych XX wieku rozpoczęły się Związku Sowieckim procesy separatystyczne i niepodległościowe. To jest okres, gdy aktywnie rozpoczęła się walka Ormian o Górski Karabach – 20.02.1988 r. delegaci Nagorno-Karabachskiego Obwodu Autonomicznego przyjęli rezolucję o przyłączeniu regionu do Armeńskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Rozgorzał aktywny spór, a następnie otwarta wojna z Azerbejdżanem, który uważał to terytorium za integralną część Azerbejdżańskiej SRR. W efekcie tego sporu Armenia znalazła się z trzech stron otoczona przez Państwa jej nieprzyjazne – Turcję od Zachodu i Azerbejdżan od Wschodu oraz Gruzję od Północy, z którą stosunki były dosyć złożone i niejednoznaczne przez wiele pierwszych lat istnienia niepodległych Armenii i Gruzji, m.in. przez separatyzm ormiańskiej mniejszości w gruzińskim regionie Samcche-Dżawachetii (Ormianie stanowią tam ponad 50% mieszkańców), udziału Ormian po stronie Abchazów w wojnie z początków lat 90-tych XX wieku (do dzisiaj Gruzini oskarżają Ormian z Batalionu im. Bagramiana o ludobójstwo i zbrodnie wojenne) itd.

A Armenię na początku lat 90-tych XX wieku trapiły same katastrofy, zaś Ormianie lata 1992-1995 nazywają „ciemnymi latami”. Zaczęło się od tragicznego w skutkach ogromnego trzęsienia ziemi w północnej Armenii 7 grudnia 1988 r. Zginęło ponad 25 tys. osób, dziesiątki tysięcy rannych i kalek, zaś bez dachu nad głową zostało ok. 520 tys. osób, 1/6 populacji Armenii. Straty oszacowano na ówczesne ok. 17 mld USD (wg obecnych przeliczeń – około 80 mld USD). Następnie, po rozpoczęciu konfliktu z Azerbejdżanem doszło do ogromnego kryzysu gospodarczego, braku energii elektrycznej, izolacji gospodarczej i handlowej. Do dzisiaj Armenia po tych „ciemnych latach” w wielu aspektach jeszcze się rozwojowo i gospodarczo nie podniosła.

I tu warto zauważyć, że właśnie w tych latach Iran był jedynym w zasadzie Państwem poprzez które trafiała do Armenii zarówno pomoc humanitarna, jak i surowce i towary. Ormianie do dzisiaj granice z Iranem nazywają „drogą życia”.

Z punktu widzenia Armenii, jej relacje z Iranem stały się kluczowe po wybuchu wojny z Azerbejdżanem w 2020 roku, czego efektem było pozbawienie Armenii ochrony ze strony Rosji. W konflikcie armeńsko-azerbejdżańskim Iran nie stanął jednoznacznie po stronie żadnego z tych państw, ale wielokrotnie jasno formułował, że nie zgodzi się na żadne zmiany graniczne w regionie. Początkowo to stanowisko dotyczyło w ogóle „zmian terytorialnych”, czyli przejścia Górskiego Karabachu pod kontrolę Azerbejdżanu – Iran nie był zainteresowany przedłużenia granicy irańsko-azerbejdżańskiej o granice tego właśnie regionu. 

Gdy jednak Azerbejdżan przejął pod kontrolę Górski Karabach, cała energia dyplomatyczna Teheranu ukierunkowana została na zachowanie bez zmian południowej granicy właściwej Armenii. Z tym wiąże się sprzeciw wobec inicjatywy Baku związanej z tzw. „korytarzem Zangezurskim”, czyli utworzenia połączonego korytarza transportowego (drogi, koleje) i „energetycznego” (rurociągi, linie energetyczne), łączącego właściwy Azerbejdżan z enklawą Nachiczewańską i dalej z Turcją. Utworzenie tego korytarza wynika z porozumienia Putin-Paszynjan-Alijew z 10 listopada 2020 r., jednakże jest jednym z najbardziej nie do przyjęcia przez społeczeństwo Armenii. 

Początkowo zakładano, że korytarz miałby być „eksterytorialny”, czyli pod kontrolą de facto Azerbejdżanu i Rosji (której posterunki policyjno-wojskowe miały zapewniać realizację umowy i gwarantować Erywaniowi, że Azerbejdżan nie zajmie tego terytorium na własność). Po zaangażowaniu się Rosji na Ukrainie i wycofaniu jednostek „pokojowych” z Górskiego Karabachu i zmniejszenia rosyjskiej obecności wojskowej w całej Armenii, ta „gwarancja” upadła. 

Ormianie obawiają się więc, że realizacja tego punktu doprowadzi do utraty całych regionów Syunik oraz Vayots Dzor, które są przez Azerbejdżan nazywane jednym określeniem Zangezur. Stąd w Armenii istnieje ogromna obawa, że wykorzystując obecne osłabienie Iranu, Azerbejdżan może podjąć działania militarne celem zajęcia tych ziem, a Armenia nie ma obecnie siły, aby je obronić i nie ma żadnych sojuszników, którzy mogliby jej realnie pomóc.

Dla Iranu utrata tego połączenia z Armenią to również byłaby ogromna strata geopolityczna. Region Syunik to jedyne lądowe połączenie Iranu z tworzoną przez Rosję Euroazjatycką Wspólnotą Gospodarczą, poprzez którą Teheran planuje dostawy do państw Azji Centralnej i Europą. Na tym terytorium ma powstać korytarz transportowo-energetyczny „Północ-Południe” (Iran-Armenia-Gruzja-Rosja), poprzez który Iran planuje dostawy swoich surowców i towarów do wymienionych części Europy i Azji, a z drugiej strony ma to być umożliwienie Armenii łatwy dostęp do regionu Zatoki Perskiej.

Warto przy tym dodać, że z punktu widzenia obrotów handlowych Armenii i Iranu ( z wyłączeniem surowców energetycznych), zablokowanie Zangezuru dla Armenii nie miałaby może większego znaczenia – strukturalnie transport ładunków spożywczych, budowlanych, konsumpcyjnych i innych z Iranu do Armenii nie jest zbyt duży. Ale jeżeli chodzi o surowce, to już ma ogromny wpływ.

„Zangezur” ma ogromne znaczenie dla realizowanej od lat pomiędzy Iranem i Armenią wymiany barterowej – „gaz za energie elektryczną”, zgodnie z którą Armenia przekazuje Iranowi 3 kWh energii elektrycznej za każdy 1 m3 gazu (Armenia posiada nadwyżki energii z elektrowni atomowej Metsamor niedaleko Erywania).

Sprawa staje się już obecnie na tyle niebezpieczna dla Armenii, że w wyniku izraelskiego ataku na Iran, produkcja na największym w Iranie złożu gazowym „South Pars” została zawieszona, a to może bezpośrednio zagrozić wymianie barterowej i pozbawić Armenię znacznego udziału gazu irańskiego w jej rynku. A poza Iranem wśród dostawców do np. elektrociepłowni  jest tylko Rosja… 

Dodajmy jeszcze, że z Iranu na rynek armeński trafia również wersja skroplona – propan, na którym oparty jest praktycznie cały transport w Armenii (98% samochodów jeździ na gazie, w przeważającej większości właśnie na propanie, nieduża ilość na metanie). I tu znowu, w zasadzie pozostałaby tylko Rosja jako dostawca. Co spowoduje nieaktualność armeńskiego planu dywersyfikacji dostaw surowców z różnych kierunków i uniezależnienia się od monopolistycznej roli Rosji.

Zmniejszenie ilości dostaw surowców energetycznych, a z Iranu oprócz gazu Armenia sprowadza również olej napędowy i benzynę, spowoduje bez wątpienia duży wzrost cen na te surowce, wpłynie na inflację w Armenii, zmniejszy stabilność ormiańskiego systemu energetycznego, ograniczy jego „margines bezpieczeństwa”, ale też zagrozi budowie trzeciej linii przesyłowej gazu (planowanej do zwiększenia barteru) i wyżej wymienionemu projektowi „Północ-Południe”. 

Jak wynika z powyższych rozważań, z uwagi na zagrożenie dla integralności terytorialnej Armenii, rząd tego Państwa, jak i społeczeństwo powinno być po stronie Iranu. I tak jest w rzeczywistości. 

(...)

Bo niezależnie od prozachodniej obecnie polityki Erywania, Armenia w ostatnich miesiącach stawała się sojusznikiem strategicznym Iranu. A w społeczeństwie ormiańskim istnieją obawy, że rozwój współpracy Armenii z Iranem skomplikuje relacje Erywania z Zachodem. 

Przypomnijmy tylko 3 sytuacje, które nie spodobały się Waszyngtonowi – lipiec 2024 – podpisanie umowy o wartości 500 mln USD na irańskie dostawy dronów Shahed i zaawansowanych systemu obrony powietrznej; kwiecień 2025 – realizacja wspólnych ćwiczeń wojskowych przy granicy irańsko-ormiańskiej; maj 2025 – podpisanie Memorandum o porozumieniu w sprawie współpracy wojskowej między dwoma krajami. To mocno zaniepokoiło administrację USA i nie wykluczone, że Biały Dom będzie naciskał na Armenię w celu ograniczenia współpracy z Teheranem, zwłaszcza w zakresie wojskowym. 

Tu pojawia się zapewne u czytelnika pytanie, dlaczego Erywań, wzorem Zachodu, nie stoi po stronie Izraela? 

I tu sytuacja jest bardzie skomplikowana. Bo o ile stosunki dyplomatyczne Izrael i Armenia nawiązały w 1991 roku, to do dzisiaj oba Państwa nie otworzyły nawzajem u siebie Ambasad. W latach 1993-2007 Ambasador Izraela w Erywaniu rezydował w Tbilisi (potem już w Jerozolimie), zaś Ambasador Erywania rezydował jakoby w Jerozolimie, ale na stałe przebywał w Erywaniu.

Sytuacja szła w ostatnich latach ku unormowaniu – w 2019 roku Ambasador Izraela w Armenii Eliav Belocerkowski (z rezydencją w Jerozolimie) przybył do Erywania i spotkał się z Prezydentem Armenem Sarkisjanem, wręczył mu listy uwierzytelniające i zapowiedział rezydowanie w Erywaniu. Ormianie wyszli naprzeciw tej inicjatywy i już kilka dni później ogłosili, że ich Ambasador zamieszka w Tel Awiwie. Proces ratyfikacji po stronie ormiańskiej ruszył i…. we wrześniu 2020 roku sprawa upadła po wyjścia na jaw, że Izrael sprzedawał Azerbejdżanowi nowoczesną broń, której Azerowie używali przeciwko Ormianom w wojnie o Górski Karabach. Stosunki zostały ograniczone – Armenia wycofała swojego Ambasadora, zaś szereg polityków Ormiańskich najwyższego szczebla oskarżyło Izrael o udział w „ludobójstwie Ormian”.

Warto dodać, że w stosunkach ormiańsko-izraelskich w pierwszej dekadzie po nawiązaniu stosunków dyplomatycznych, to strona Ormiańska była bardziej aktywna i to jej prezydenci odwiedzali Izrael (1995 – Lewon Ter-Petrosjan, 2000 – Robert Koczarjan, 2005 – Serż Sarkisjan), ale co ciekawe Izrael bardzo niechętnie się tym chwalił na świecie i przekazów medialnych z tych wizyt zbyt wielu nie było (może oprócz grupowego zdjęcia Lewona Ter-Petrosjana, który uczestniczył w pogrzebie Premiera Icchaka Rabina). 

Powodów było sporo, ale wymieńmy kilka:

Po pierwsze – przez wiele lat ważniejsze dla Izraela były wojskowe i gospodarcze stosunki z Turcją (a następnie Azerbejdżanem), a nie z antyturecką Armenią. 

Po drugie – właśnie z powodu bardzo dobrych kontaktów Armenii z Iranem, naturalnym wrogiem Izraela. 

Po trzecie – Izrael stoi na stanowisku wyjątkowości Holokaustu w historii świata, tymczasem Erywań chce, aby Izrael uznał Ludobójstwo Ormian w Imperium Osmańskim, które wg Ormian było pierwszym „klasycznym” ludobójstwem w historii świata, na co Izrael nigdy się nie zgodzi. 

Po czwarte – powszechne wsparcie dla Palestyńczyków przez Ormian. 

Po piąte – konflikty, jakie mają miejsce w diasporą Ormiańską w Jerozolimie (temat na tyle szeroki, że nie czas i nie miejsce).

I dlatego pomiędzy Izraelczykami, a Ormianami, którzy przez wiele lat nazywali siebie w propagandzie „Izraelem na Kaukazie”, a sąsiednie narody nazywały Ormian  „Żydami Kaukazu”, do dobrych stosunków daleko. 

centrumrosja.com

czwartek, 26 czerwca 2025



Spowolnienie gospodarcze w Rosji intensyfikuje rywalizację o zasoby państwowe i wywołuje spory o priorytety prowadzonej polityki. Potwierdza je polemika dotycząca stanu gospodarki, do jakiej doszło w trakcie petersburskiego Forum. Podczas publicznego panelu Maksim Rieszetnikow, minister rozwoju gospodarczego, stwierdził m.in., że kraj znajduje się na „krawędzi recesji”. Przeciwstawne zdania zaprezentowali pozostali paneliści – szefowa CBR i minister finansów mówili o trwającym obecnie okresie „chłodzenia” gospodarki i „wyjściu ze stanu przegrzania”. Nabiullina powtórzyła swoją tezę, po raz pierwszy sformułowaną w lipcu 2024 r., że Rosja wyczerpała już dotychczasowe zasoby umożliwiające rozwój gospodarczy. Z krytycznymi ocenami kontrastowała optymistyczna diagnoza sytuacji gospodarczej i jej dalszego rozwoju przedstawiona przez Putina podczas sesji zamykającej Forum, który wspomniał przy okazji o odmiennych opiniach, obracając całą sytuację w żart.

Rozbieżności te ujawniają wzajemnie sprzeczne interesy, którymi kierują się zarządzający poszczególnymi częściami tzw. bloku ekonomicznego rządu. Dla CBR utrzymanie odpowiednio wysokich stawek procentowych jest kluczowe w walce z inflacją, m.in. poprzez wzmocnienie waluty i ograniczenie popytu. Mocny rubel jest natomiast przeszkodą z perspektywy konieczności bilansowania budżetu w warunkach rekordowego wydatkowania środków, co stanowi priorytet ministra finansów. Wysokie koszty kredytów ograniczają zaś aktywność firm – stąd surowa wypowiedź Rieszetnikowa.

Można zakładać, że konflikt o kształt polityki ekonomicznej Rosji będzie się nasilał ze względu na spowolnienie gospodarki (CBR przewiduje w br. wzrost PKB o 1–2%, podczas gdy w 2024 r. wyniósł on według oficjalnych danych 4,1%) i kurczenie się zasobów przy wciąż rosnących wydatkach powodowanych wojną. Dodatkowo negatywnym czynnikiem jest presja zewnętrzna w postaci niskich cen ropy, utrudniających bilansowanie budżetu (...).

Pomimo rosyjskich zapowiedzi ograniczony i niepubliczny udział amerykańskich firm na Forum wskazuje na brak szerszego zainteresowania z ich strony powrotem do FR na tym etapie. Zgodnie z wypowiedzią Kiriłła Dmitrijewa, szefa Rosyjskiego Funduszu Inwestycji Bezpośrednich i jednego z kremlowskich wysłanników na rozmowy z USA, w petersburskim wydarzeniu miało uczestniczyć „ponad 70” przedstawicieli amerykańskich firm, chociaż „wielu z nich” nie informowało o tym publicznie (sesja z ich udziałem została zamknięta dla mediów). Dmitrijew jeszcze w lutym zapowiadał powrót biznesu z USA do Rosji już w drugim kwartale br., co do tej pory nie nastąpiło. Jak stwierdził szef Amerykańskiej Izby Handlowej w FR w rozmowie z rosyjskimi mediami, obecnie nie ma „dużej kolejki” podmiotów wyczekujących powrotu na tamtejszy rynek, a realne zainteresowanie przejawiają „jedna–dwie firmy”. Sugeruje to brak istotnego postępu w odbudowywaniu współpracy gospodarczej pomiędzy Rosją a USA, a także głęboką rezerwę w kwestii ponownych inwestycji w FR ze strony amerykańskiego biznesu.

osw.waw.pl


Reporter zapytał Trumpa podczas konferencji prasowej na szczycie NATO 25 czerwca, czy możliwe jest, aby prezydent Rosji Władimir Putin miał ambicje terytorialne wykraczające poza Ukrainę, a Trump odpowiedział, że „to możliwe”. ISW od dawna ocenia, że ​​Rosja przygotowuje swoje wojsko i społeczeństwo na możliwy przyszły konflikt z NATO po zakończeniu wojny na Ukrainie, w tym poprzez przeprowadzanie reform wojskowych; integrowanie weteranów na wszystkich szczeblach rosyjskich władz lokalnych, regionalnych i federalnych; oraz ustalanie warunków retorycznych uzasadniających przyszłą agresję przeciwko NATO. ISW zauważył, że Kreml wykorzystuje tę samą retorykę, której użył przeciwko Ukrainie przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji w lutym 2022 r., aby zagrozić państwom NATO. Kreml wykorzystał również w szczególny sposób koncepcję „rodaków za granicą” — rosyjskojęzycznej ludności mieszkającej poza Rosją, którą Rosja twierdzi, że musi chronić — aby uzasadnić agresję przeciwko byłym państwom radzieckim w przeszłości. Kreml promował również koncepcję „Russkiego Miru” („Rosyjskiego Świata”) — amorficzną koncepcję ideologiczną i geograficzną, która obejmuje wszystkie dawne terytoria Rusi Kijowskiej, Królestwa Moskiewskiego, Imperium Rosyjskiego, Związku Radzieckiego i współczesnej Federacji Rosyjskiej, i którą Putin wykorzystuje do określania wszelkich terytoriów, którymi rządził lub twierdził, że rządził reżim rosyjski, jako „historycznych terytoriów” Rosji. Kreml ustalał warunki informacyjne, aby uzasadnić potencjalną agresję przeciwko Mołdawii i państwom bałtyckim, wykorzystując rzekomą potrzebę ochrony swoich „rodaków za granicą” i twierdzenie, że kraje te są częścią „Russkiego Mira” — te same narracje, których Kreml użył, aby uzasadnić pełnoskalową inwazję na Ukrainę w lutym 2022 r. Wypowiedzi Trumpa są zatem spójne z podstawową oceną ISW, że Rosja ma ambicje terytorialne wykraczające poza Ukrainę i będzie je nadal realizować, chyba że Putin zostanie zmuszony do ponownego rozważenia swojej teorii zwycięstwa.

Sekretarz stanu USA Marco Rubio słusznie stwierdził, że Rosja nie wykazała chęci kontynuowania negocjacji pokojowych. Rubio stwierdził w wywiadzie dla Politico opublikowanym 25 czerwca, że ​​Rosja próbuje „osiągnąć na polu bitwy to, czego [Rosja] żąda przy stole negocjacyjnym”, w tym „kontrolę nad pewnymi terytoriami”, ale zauważył, że ten cel będzie trudniejszy do osiągnięcia, niż Rosja obecnie sądzi. Rubio stwierdził, że Rosja poniosła ponad 80.000 ofiar śmiertelnych w akcji (KIA) od stycznia 2025 r., ale że Putin mimo to nadal „podsyca machinę wojenną” i że Rosja „nie wykazała chęci kontynuowania” negocjacji pokojowych. Oświadczenia Rubia są zgodne z ocenami ISW, że Rosja próbowała opóźnić proces negocjacji i przedłużyć wojnę w celu zabezpieczenia dodatkowych zdobyczy terytorialnych. Maksymalistyczne żądania negocjacyjne Rosji dotyczące terytorium Ukrainy, w tym znacznych obszarów, których Rosja obecnie nie okupuje, stanowią taktykę informacyjną mającą na celu wymuszenie ustępstw terytorialnych w celu zrekompensowania zysków, których Rosja nie może osiągnąć na polu bitwy. ISW nadal ocenia, że ​​Rosja nie jest skłonna do angażowania się w merytoryczne negocjacje w celu zakończenia wojny na Ukrainie w sposób, który nie będzie ustępstwem wobec maksymalistycznych żądań Rosji, które pozostały niezmienne od czasu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji.

(...)

Ukraiński portal Kyiv Independent poinformował 24 czerwca, że ​​państwowa rosyjska fabryka Votkińsk zatrudniła 2500 pracowników, wybudowała nowe obiekty i sprowadziła specjalistyczny sprzęt produkcyjny w ramach wysiłków na rzecz rozszerzenia rosyjskiej produkcji pocisków balistycznych Iskander-M, pocisków manewrujących Iskander-K, międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) Yars i Bulava, a prawdopodobnie także pocisków balistycznych Oreshnik od czasu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. Kyiv Independent stwierdził, że analiza wewnętrznych operacji biznesowych zakładu pokazuje, że zakład pozyskiwał sprzęt produkcyjny od firm z ChRL, Tajwanu i Białorusi za pośrednictwem prywatnych rosyjskich pośredników. Kyiv Independent oświadczył, że nie jest jasne, ile ICBM produkuje obecnie fabryka w Wotkińsku, ale zauważył, że wewnętrzne dokumenty wskazują, że Rosja inwestuje w swój arsenał ICBM i że rosyjskie Ministerstwo Obrony (MoD) nakazało fabryce w Wotkińsku w marcu 2022 r. realizację kontraktu produkcyjnego na części do ICBM Buława o wartości 13 mln USD do 2024 r. Wysoki rangą urzędnik Głównego Zarządu Wywiadu Wojskowego Ukrainy (GUR) powiedział Kyiv Independent, że Rosja przygotowuje się do długiej wojny i gromadzi różne rodzaje pocisków. Kyiv Independent, powołując się na Królewski Instytut Usług Zjednoczonych (RUSI), oświadczył, że Rosja zwiększyła produkcję pocisków balistycznych Iskander-M z 250 w 2023 r. do 700 w 2024 r. i zauważył, że jego źródło w GUR zgadza się z oceną RUSI. Kyiv Independent poinformował, że otrzymał informacje wywiadowcze GUR na początku czerwca 2025 r., wskazujące, że Rosja zgromadziła około 600 pocisków balistycznych Iskander-M i 300 pocisków manewrujących Iskander-K — zapas, który wystarczyłby na około dwa lata, gdyby Rosja utrzymała obecne tempo ataków na Ukrainę. ISW niedawno zauważyło doniesienia wskazujące, że Rosja aktywnie rozszerza i gromadzi produkcję czołgów T-90M, a ekspansja i przyspieszenie rosyjskich zdolności produkcyjnych pocisków dodatkowo potwierdzają ocenę ISW, że Rosja pracuje nad rozszerzeniem swojej bazy przemysłu obronnego (DIB), prawdopodobnie w ramach przygotowań do przedłużającej się wojny na Ukrainie i potencjalnego rozszerzonego przyszłego konfliktu z NATO.

(...)

Siły ukraińskie prawdopodobnie przeprowadziły atak dalekiego zasięgu na rosyjskie przedsiębiorstwo przemysłu zbrojeniowego w obwodzie rostowskim 24 czerwca. Szef ukraińskiego Centrum Zwalczania Dezinformacji, porucznik Andrij Kowalenko, który często informuje o udanych ukraińskich atakach dronów, poinformował, że siły ukraińskie zaatakowały rosyjską fabrykę Atlant-Aero w Taganrogu w obwodzie rostowskim. Kowalenko poinformował, że fabryka Atlant-Aero specjalizuje się w produkcji kluczowych rosyjskich komponentów dronów bojowych i systemów sterowania, w tym dronów „Orion”, systemów walki elektronicznej (EW) oraz cyfrowej integracji dronów z widokiem z pierwszej osoby (FPV) i amunicji krążącej. Źródła rosyjskie opublikowały materiał filmowy z eksplozji w Taganrogu i twierdziły, że rosyjska obrona przeciwlotnicza odparła atak dronów w pobliżu Taganrogu i innych obszarów obwodu rostowskiego w nocy.

understandingwar.org


Ukraina ma za sobą ciężkie dni. Rosja używa przeciwko niej więcej dronów, bomb szybujących i pocisków manewrujących niż kiedykolwiek od początku wojny w lutym 2022 r. Na początku tego tygodnia w ciągu jednej nocy w wyniku ataków zginęło 26 cywilów, a 200 osób zostało rannych. W tej sytuacji można było oczekiwać, że podczas szczytu NATO w Hadze w środę — podobnie jak rok temu w Londynie — Wołodymyr Zełenski będzie miał wystarczająco dużo okazji, aby przedstawić swoje obawy i postulaty.

Prezydent USA Donald Trump zepchnął Zełenskiego na margines podczas szczytu NATO. Celem Trumpa jest przede wszystkim to, by niepotrzebnie nie drażnić władcy Kremla Władimira Putina i nie zagrozić politycznemu i gospodarczemu zbliżeniu między Moskwą a Waszyngtonem.

W związku z tym Ukraina została wspomniana w końcowej deklaracji szczytu jedynie jednym zdaniem: "sojusznicy potwierdzają swoje trwałe zobowiązania poszczególnych państw do wspierania Ukrainy, której bezpieczeństwo przyczynia się do naszego bezpieczeństwa".

Nie podjęto jednak żadnych nowych konkretnych zobowiązań finansowych wobec Kijowa, nie odbyło się również posiedzenie Rady NATO-Ukraina na szczeblu szefów państw i rządów, nie padły też żadne nowe obietnice zwiększenia wsparcia ze strony USA, na przykład w zakresie sankcji lub dostaw broni. Trump nie dał również do zrozumienia, że spełni prośbę Zełenskiego i sprzeda Kijowowi amerykańską broń.

Trump poświęcił jednak Zełenskiemu 50 min na dwustronne spotkanie. "Było bardzo miło, nie mogło być lepiej" — powiedział Amerykanin na konferencji prasowej po zakończeniu szczytu NATO. "Rozmawialiśmy o tym, jak osiągnąć zawieszenie broni i prawdziwy pokój" — wyjaśnił Zełenski. "Rozmawialiśmy o tym, jak chronić naszych obywateli" — dodał.

Trump natychmiast zaprzeczył: według jego informacji rozmowa z Zełenskim nie była konkretnie o zawieszeniu broni z Rosją.

Z punktu widzenia Zełenskiego szczyt NATO był rozczarowaniem. Europejczycy zrobili wszystko, co w ich mocy, aby Ukraina znalazła się w centrum uwagi w Hadze. Waszyngton jednak nie poszedł na ustępstwa. Przynajmniej europejskim przywódcom udało się osiągnąć to, że przyszłe wydatki na wsparcie militarne dla Kijowa będą w dużej mierze zaliczane do wydatków na obronność. Może to stanowić dodatkową zachętę do wspierania Ukraińców.

(...)

W Brukseli Zełenski jest mile widziany. Europejczycy są jedynymi sojusznikami, jacy mu pozostali. W tym roku zobowiązali się już do przekazania Ukrainie 35 mld euro (148 mld zł) nowej pomocy. 

(...)

Pod rządami Trumpa USA znacznie ograniczyły jednak swoje wsparcie. Nie ma nowych zobowiązań finansowych ani dostaw broni. Obecne dostawy zostały zatwierdzone jeszcze przez poprzednika Trumpa, Joego Bidena, i wygasają latem.

A co potem? Trump już dał do zrozumienia, że to koniec. 

(...)

Mówiąc wprost: dla Zełenskiego szczyt UE ma znaczenie decydujące, jest to szczyt, który zadecyduje o losie Ukrainy. Wysoki rangą dyplomata UE, który nie chciał ujawnić swojego nazwiska, ujął to w następujący sposób: "zdajemy sobie sprawę, że Europa będzie musiała zrobić więcej w przyszłości, ponieważ Amerykanie stopniowo wycofują się z zaangażowania".

To dyplomatyczny żargon, który brzmi racjonalnie i trzeźwo, ale stwierdzenie to miałoby ogromne konsekwencje — gdyby było wypowiedziane poważnie.

onet.pl\Die Welt


Trump ogłosił zwycięstwo, gdy kraje NATO zgodziły się przeznaczyć 5 proc. PKB na obronność do 2035 r. A inni sojusznicy odetchnęli z ulgą, gdy prezydent USA potwierdził zaangażowanie Ameryki w NATO — przynajmniej na razie.

To wszystko powody do świętowania: Stany Zjednoczone pozostają kluczowym członkiem sojuszu. Zobowiązanie Europy do zwiększenia wydatków oznacza, że z czasem rządy poszczególnych krajów przejmą znacznie większą odpowiedzialność za własną obronę, a NATO będzie w stanie lepiej odstraszać i, w razie potrzeby, odeprzeć zagrożenie militarne ze strony Rosji.

Jednak pomimo uścisków, szerokich uśmiechów i serdeczności nie można ignorować prawdziwych obaw i lęków, które obecnie całkowicie przeniknęły sojusz.

(...)

Chociaż w krótkim oświadczeniu uzgodnionym przez przywódców Rosja została nazwana "długoterminowym zagrożeniem", język ten jest znacznie łagodniejszy w porównaniu z zeszłorocznym oświadczeniem, w którym nazwano ją "najważniejszym i najbardziej bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa sojuszników". Trump zapytany wprost, czy zgadza się z twierdzeniem, że prezydent Władimir Putin jest "przeciwnikiem", uniknął odpowiedzi.

Wspólne postrzeganie zagrożenia stanowi sedno sojuszu wojskowego, a nieporozumienia dotyczące charakteru zagrożenia ze strony Rosji (a wcześniej Związku Radzieckiego) często prowadziły do kryzysów. Nigdy jednak wcześniej Stany Zjednoczone nie dążyły do bagatelizowania wyzwań militarnych ze Wschodu.

Te różnice w postrzeganiu zagrożenia mają również wpływ na politykę sojuszu wobec Ukrainy — kraju, który od ponad dziesięciu lat jest ofiarą agresji Rosji. Trump postrzega tę wojnę jako czysto "europejską sytuację" i zrezygnował z dość krótkotrwałych wysiłków na rzecz zakończenia konfliktu.

Jednak dla większości Europejczyków Ukraina i jej bezpieczeństwo są integralną częścią pokoju na ich kontynencie. I pomimo tego, że Trump zdecydowanie zamknął Kijowowi drzwi do NATO, sekretarz generalny Mark Rutte i inni przywódcy sojuszniczych państw twierdzą, że droga Ukrainy do członkostwa jest "nieodwracalna".

Europejscy członkowie sojuszu i Kanada zrozumieli, że nie mogą już liczyć na Stany Zjednoczone w kwestii bezpieczeństwa i obrony. Jak podkreślił w lutym sekretarz obrony USA Pete Hegseth: "Surowe realia strategiczne uniemożliwiają Stanom Zjednoczonym Ameryki skupienie się przede wszystkim na bezpieczeństwie Europy".

Co więcej, ogłaszając zwycięstwo w sprawie celu 5 proc., Trump dał jasno do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie będą się do niego stosować. — Od tak dawna wspieramy NATO — powiedział, zapytany o nowy wymóg. — Nie sądzę więc, że powinniśmy, ale uważam, że kraje NATO powinny to zrobić bez wątpienia.

onet.pl\Politico


USA ocaliły Izrael, a teraz ocalą izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu, który został w poniedziałek wezwany do sądu - oświadczył w środę prezydent USA Donald Trump. Zaapelował o natychmiastowe unieważnienie toczącego się procesu korupcyjnego izraelskiego premiera.

"Byłem w szoku, gdy usłyszałem, że Państwo Izrael, które doświadczyło właśnie jednej z najwspanialszych chwil w historii i jest pod silną wodzą Bibiego Netanjahu, kontynuuje swoje absurdalne polowanie na czarownice wobec premiera czasów wojny!" - napisał Trump w serwisie Truth Social.

Dodał, że wraz z Netanjahu "przeszli razem przez piekło", walcząc z "silnym i wieloletnim wrogiem Izraela, Iranem". Pochwalił Netanjahu za jego "miłość dla niesamowitej Ziemi Świętej". Napisał, że premier Izraela to "wojownik" jak żaden inny w historii Izraela.

W wyniku tej walki - kontynuował Trump - wyeliminowano potencjalnie "jedną z największych i najsilniejszych broni nuklearnych na świecie".

"Walczyliśmy dosłownie o przetrwanie Izraela i nie ma nikogo w historii Izraela, kto walczył silniej albo bardziej kompetentnie od Bibiego Netanjahu" - napisał prezydent USA.

Mimo tego - zaznaczył Trump - Netanjahu został wezwany na poniedziałek do sądu, gdzie toczy się wobec niego proces korupcyjny. Trump ocenił, że sprawa jest "umotywowana politycznie".

"Takie polowanie na czarownice wobec człowieka, który oddał tak wiele, jest dla mnie nie do pomyślenia" - dodał. Wezwał do natychmiastowego unieważnienia procesu albo "uniewinnienia" premiera.

"To USA ocaliły Izrael i teraz to USA ocalą Bibiego Netanjuahu" - podsumował Trump.

Portal Times of Israel podkreślił, że nie wiadomo, do jakiej rozprawy odniósł się Trump. Przesłuchanie Netanjahu, które rozpoczęło się wcześniej w czerwcu, ma zostać wznowione po przerwie ogłoszonej w związku z wojną z Iranem.

PAP

środa, 25 czerwca 2025



Niedawno sytuację Armenii jeszcze dotkliwiej skomplikował antyzachodni zwrot Gruzji, skutkujący m.in. problemami z tranzytem przez ten kraj dostaw zachodniego sprzętu wojskowego dla Erywania. W ostatnich tygodniach Tbilisi stwarza też problemy z przesyłem armeńskiego eksportu do Rosji. Po izraelskich atakach na Iran Armenia stanęła w obliczu groźby całkowitej izolacji – do zamkniętych granic z Azerbejdżanem i Turcją oraz niepewnej sytuacji na tej z Gruzją doszły izraelskie i amerykańskie ataki na terytorium Iranu, jej czwartego sąsiada.

Taki stan rzeczy skłania Erywań do tym pilniejszego szukania porozumienia z Ankarą i utwierdza Paszyniana w przekonaniu, że po utracie przez Ormian kontroli nad Górskim Karabachem i tzw. terytoriami okupowanymi (lata 2020–2023) oraz zwrocie Armenii na Zachód (...), co wiązało się z faktycznym osłabieniem więzi z Moskwą (...), jedynym gwarantem bezpieczeństwa państwa może stać się Turcja.

osw.waw.pl


Tuż przed szczytem NATO Niemcy przedstawiły plan zwiększania wydatków obronnych do 2029 r., a Friedrich Merz zapowiedział, że Bundeswehra stanie się najsilniejszą armią w Europie. Zdaniem politologa dr Juergena Langa, to wyjątkowo ambitny plan, ale ze zwiększeniem liczebności armii mogą być problemy.

Jak podkreślił w rozmowie z PAP dr Juergen Lang, politolog i publicysta Bayerischer Rundfunk (BR), kanclerz Niemiec Friedrich Merz w swoim wtorkowym wystąpieniu w Bundestagu "w bardzo wyważony sposób mówił o Donaldzie Trumpie i ostatnich wydarzeniach na Bliskim Wschodzie".

"Widać, że za wszelką cenę stara się uniknąć konfliktu z prezydentem USA. I dlatego też chce, by Niemcy stały się pewnego rodzaju prymusem w NATO. By naprawdę wywiązywały się ze swoich zobowiązań w ramach sojuszu. I trzeba przyznać, że niemieckie plany dotyczące zbrojeń są bardzo konkretne" - powiedział ekspert.

Jak dodał Lang, "nie można jednak przewidzieć, czy z czasem Trump nie będzie postulował kolejnego podniesienia wydatków na obronę, może zażąda 6 proc., a potem 7 proc., itd. Można sobie zadać pytanie, czy w takich okolicznościach Merz będzie skłonny spełnić kolejne postulaty".

Ekspert zaznaczył, że Niemcy zapowiedziały zwiększenie budżetu obronnego i niemal trzykrotne zwiększenie wydatków na zbrojenia. "Już teraz budżet obronny nie jest mały. W bieżącym roku kalendarzowym wyniesie 62,43 mld euro, a do 2029 r. ma wzrosnąć do 153,83 mld euro" - dodał.

Ponadto, jak zakomunikował we wtorek minister obrony Boris Pistorius (SPD), jeszcze w tym roku Bundeswehra może, zgodnie z rządowym projektem, dostać dodatkowe 24 mld euro z tzw. funduszu specjalnego. Decyzja ta musi uzyskać akceptację parlamentu. Pistorius zapowiedział też 10 tys. etatów w wojsku i tysiąc w służbie cywilnej.

Zdaniem Langa, o ile jeszcze pieniądze nie powinny stanowić dla Berlina problemu, to już kwestie kadrowe mogą nastręczyć trudności.

"Docelowo Bundeswehra ma liczyć 260 tys. żołnierzy, obecnie jest ich 180 tys. To spora luka kadrowa i nie będzie łatwo ją zapełnić, zwłaszcza, że jeszcze nie zdecydowano się na przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Politycy rozumieją, że dobrowolna służba wojskowa nie załatwi sprawy, ale doskwiera brak konkretów" - stwierdził Lang.

"Z jednej strony pada propozycja by wszystkich poddać testom sprawnościowym i obowiązkowym szkoleniom, ale do wojska brać tylko ochotników, a z drugiej jest jasne, że tych ochotników może być za mało" - dodał.

W opinii eksperta ostatecznie pobór zostanie przywrócony, ale trudno wyrokować w jakiej formie. Lang przypomniał też, że zwiększenie liczebności armii będzie wymagało inwestycji w infrastrukturę, w tym w budowę koszar, których brakuje już dziś.

Ekspert, zapytany o rozpoczynający się w najbliższy piątek w Berlinie zjazd SPD w kontekście ogłoszonego przez pacyfistyczne skrzydło SPD "manifestu" wzywającego do zmniejszenia nakładów na obronę i "dyplomatyczne zbliżenie z Rosją", ocenił, że dokument ten nie będzie miał żadnego znaczenia dla dalszej polityki SPD w ramach koalicji rządowej z chadekami.

"Politycy SPD czują swoją odpowiedzialność za stabilność rządu koalicyjnego a ci, którzy podpisali się pod tym manifestem są w zdecydowanej mniejszości i wyrażają przebrzmiałe poglądy" - ocenił Lang.

Jak podkreślił, "gdyby na zjeździe socjaldemokraci nagle uznali, że trzeba zmienić kurs na ten wyznaczony przez postulaty "manifestu", miałoby to poważne konsekwencje. Nie sądzę więc by do tego doszło".

"W ostatnich wyborach do Bundestagu socjaldemokraci odnotowali najgorszy wynik w swojej historii (16 proc. - PAP) i nie przetrwaliby rozpadu tego rządu, byliby zwyczajnie skończeni. W tym sensie zboczenie z kursu wyznaczonego przez Merza i wicekanclerza Larsa Klingbeila (SPD) uważam za mało prawdopodobne. 

Socjaldemokraci zdają sobie sprawę jaka jest stawka ewentualnego ustawienia się w poprzek linii rządu" - podsumował ekspert.

W środę po południu zakończył się szczyt NATO w Hadze. Najważniejszą konkluzją szczytu była zgoda liderów państw sojuszu na podniesienie do 2035 r. wydatków na bezpieczeństwo do 5 proc. PKB. Kanclerz Niemiec w wygłoszonym na zakończenie szczytu przemówieniu mówił o "pamiętnym dniu, który z pewnością zapisze się w historii NATO". 

PAP


Tymczasem według wstępnej oceny amerykańskich służb wywiadowczych, do których dotarło CNN i "The New York Times", optymizm polityka mógł być zbyt wczesny. Według raportu amerykański atak na Iran opóźnił program jądrowy tego kraju o mniej niż sześć miesięcy. Uderzenia miały zablokować wejścia do dwóch obiektów, ale nie zniszczyły podziemnych pomieszczeń. Dokument stwierdza również, że znaczna część irańskich zapasów wzbogaconego uranu została przeniesiona przed atakami, które zniszczyły tylko niewielką część materiałów jądrowych. Irańczycy przewieźli je do tajnych lokalizacji. CNN w swoim artykule powołuje się na siedem osób związanych z amerykańskim wywiadem. 

Karoline Leavitt, rzeczniczka Białego Domu, w odpowiedzi na pytania CNN, stwierdziła, że ocena zawarta w ujawnionym raporcie jest "całkowicie błędna". "Została sklasyfikowana jako 'ściśle tajna', ale mimo to została ujawniona przez anonimowego, niskiego szczebla nieudacznika ze służb wywiadowczych. Ujawnienie tej rzekomej oceny jest wyraźną próbą poniżenia prezydenta Trumpa i zdyskredytowania odważnych pilotów myśliwców, którzy przeprowadzili perfekcyjnie wykonaną misję zniszczenia irańskiego programu nuklearnego. Wszyscy wiedzą, co się dzieje, gdy zrzuca się czternaście bomb o wadze 30 000 funtów idealnie na cele: całkowite zniszczenie" - dodała. 

gazeta.pl


Premier Izraela Benjamin Netanjahu ogłosił we wtorek wieczorem, że zakończona kampania przeciwko Iranowi była "historycznym zwycięstwem", które przetrwa pokolenia. Iran nie będzie miał broni atomowej i nie zdoła odbudować swojego programu atomowego - podkreślił izraelski przywódca.

"Cały program nuklearny Iranu poszedł na marne (...) jeżeli ktoś w Iranie będzie chciał go odbudować, będziemy działać z tą samą determinacją i siłą, by udaremnić każdą taką próbę" - zaznaczył izraelski premier w przemówieniu do narodu.

"Podkreślam - Iran nie będzie miał broni atomowej" - oświadczył Netanjahu.

Dodał, że Izrael zadał również "miażdżące ciosy samemu reżimowi zła". Zapowiedział, że w miejsce sponsorowanej przez Iran "osi zła", powstanie "oś dobrobytu i pokoju narodów regionu".

(...)

W nocy z soboty na niedzielę USA zbombardowały trzy irańskie obiekty jądrowe. Trump ogłosił ich całkowite zniszczenie, wiceprezydent J.D. Vance tego nie potwierdził, ale powiedział, że uderzenie "znacząco opóźniło" rozwój irańskiego programu nuklearnego.

Prezydent Iranu Masud Pezeszkian we przemówieniu we wtorek również pogratulował swojemu narodowi "wielkiego zwycięstwa" w "dwunastodniowej wojnie wywołanej awanturnictwem i prowokacją" Izraela.

PAP