piątek, 18 kwietnia 2025



Mimo protestów ulicznych i negatywnej opinii UE gruziński parlament uchwalił bądź znowelizował w ostatnich tygodniach kolejny pakiet ustaw poszerzających kontrolę państwa nad instytucjami społeczeństwa obywatelskiego i mediami, oficjalnie w celu zwiększenia przejrzystości ich funkcjonowania. Przyjęto m.in. ustawy: „O rejestracji obcych agentów”, która zastąpiła uchwaloną rok temu ustawę „O przejrzystości obcych wpływów” (...); „O radiu i telewizji”, która wprowadziła zakaz bezpośredniego i pośredniego finansowania nadawców z zagranicy – zapowiedziano przy tym podobne regulacje dotyczące nadawców internetowych; „O grantach”, która nakłada obowiązek uzyskania zgody rządu na skorzystanie z grantu zza granicy, choć przewidziano szereg wyjątków – w przypadku np. grantu na naukę za granicą. Ponadto wyeliminowano konsultacje z organizacjami pozarządowymi w procesach decyzyjnych w instytucjach państwowych, a w kodeksie karnym przywrócono artykuł o zdradzie państwa (za taką będzie uznany m.in. zamach na możliwości obronne kraju czy naruszenie jego bezpieczeństwa zewnętrznego). Nowe regulacje spotkały się z ostrą krytyką ze strony m.in. UE i państw członkowskich oraz ODIHR OBWE (w przypadku ustawy „O rejestracji obcych agentów”).

Parlament na razie odłożył prace nad regulacjami utrudniającymi rejestrację nowych partii politycznych.Przewidują one, że Sąd Konstytucyjny będzie mógł zakazywać działalności formacji, których „deklarowane cele, charakter aktywności oraz skład osobowy” są identyczne z profilem partii już zdelegalizowanych. Nie ma wątpliwości, że chodzi o trwałe wyeliminowanie z życia publicznego środowisk prozachodniej opozycji, które wyrosły z założonego przez byłego prezydenta Micheila Saakaszwilego ZRN – do dziś czołowego ugrupowania tej strony sceny politycznej – bądź są z nim związane. Polityk ten od ponad trzech lat przebywa w więzieniu, a w marcu br. skazano go po raz czwarty – tym razem na cztery i pół roku pozbawienia wolności za nielegalne przekroczenie granicy państwa. Liderzy partii sprawującej władzę tłumaczą zwłokę koniecznością zakończenia prac przez parlamentarną komisję badającą działalność rządów ZRN, a szczególnie okoliczności wojny rosyjsko-gruzińskiej w 2008 r. (mandat komisji obejmuje także późniejszą działalność polityków ZRN, w tym Saakaszwilego). Najprawdopodobniej komisja, której prace działacze GM niemal oficjalnie nazywają „procesem norymberskim”, zawnioskuje o delegalizację ZRN i formacji założonych przez jego dawnych polityków. Wydaje się, że rządzące ugrupowanie chce ostatecznie rozprawić się z opozycją dopiero po wyborach lokalnych w październiku br., gdyż obawia się nasilenia protestów w przypadku niedopuszczenia opozycji do udziału w elekcji (większość prozachodnich ugrupowań rozważa skądinąd jej bojkot).

osw.waw.pl


- W marcu sondaże pokazywały szansę na wejście do drugiej tury dla Sławomira Mentzena. Nie było go jednak w Końskich, unika wywiadów, jego przeciwnicy regularnie przypominają słynną "piątkę Mentzena", a notowania spadają. Czy kandydat Konfederacji ma jeszcze szansę na tzw. mijankę z Karolem Nawrockim o drugie miejsce?

Sławomir Mentzen postanowił spektakularnie na oczach wszystkich, przy asyście zakochanego w nim Krzysztofa Stanowskiego, dokonać harakiri. Krzyżyk mu na drogę. Płakać po Mentzenie nie będę. Większość trzeźwo myślących Polek i Polaków odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła zjazd Konfederacji w sondażach. Trudno oczekiwać od Mentzena empatii, bo ma deficyt inteligencji emocjonalnej. Ze swojej "piątki" próbował już się świadomie wycofywać i unikać tych tematów. W Kanale Zero się jednak zagalopował i powiedział o płatnych studiach i karach za aborcję w przypadku gwałtu.

(...)

- Szymon Hołownia próbuje odebrać elektorat Sławomirowi Mentzenowi, regularnie wzywając go do debaty i wchodząc z nim w medialne dyskusje. Czy to możliwe?

W dużym stopniu tak, ponieważ w debatach Szymon Hołownia jest uprzywilejowany. Jego starcie ze Sławomirem Mentzenem działa na zasadzie: "gadał dziad do obrazu". To jest dialog sprawnego showmana z kawałkiem drewna lub Pinokiem przed jego wyrzeźbieniem. Te wszystkie żarty z Mentzena, że w kampanii pomagają mu zastępy humanoidalnych robotów zrobionych na jego podobiznę nie są wcale takie przesadzone. Jak katarynka powtarza tę samą formułę, jakby taśma mu się zacięła.

Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że wśród mniej obeznanych wyborców zdarzają się przypadki wahania, czy oddać głos na Sławomira Mentzena, czy na Rafała Trzaskowskiego. Niejednokrotnie badając lewicowy elektorat trafiałem na osoby, które nie wiedzą, czy zagłosować na Magdalenę Biejat, czy kandydata Konfederacji. Musimy mieć świadomość, że takie osoby też głosują i dzięki takim ludziom ten wynik nie będzie do końca pewny.

(...)

- Lewica w sondażach dołuje, w niektórych z nich nawet nie przekracza progu wyborczego. Ich kandydatka może liczyć na jeszcze mniejsze poparcie niż partia. Czy istnieje szansa, że kandydatury Adriana Zandberga i Joanny Senyszyn zatopią Magdalenę Biejat?

To najmniejszy problem. Te kandydatury mogą zatopić całą Lewicę. Środowisko, które ledwo przekracza próg wyborczy niewłaściwie wybrało strategię wzrostu przez podział komórek. Nawet najcierpliwsi wyborcy Lewicy stracili orientację, co tam się dzieje. Razem zmieniło strategię z popierania rządu, w którego skład nie weszli na przejście do opozycji. Większość lewicowych wyborców dowiedziała się o tym dopiero wtedy, gdy Adrian Zandberg zebrał 100 tys. podpisów i wystartował przeciwko Magdalenie Biejat.

Część dawnego SLD na tyle nienawidzi Włodzimierza Czarzastego, że postanowiła na złość zebrać podpisy na Joannę Senyszyn, bo inaczej tej kandydatury nie da się wyjaśnić. Tłumaczenie, że pani profesor się zgłosiła, bo nie ma na kogo głosować, jest wyłącznie zabiegiem telewizyjnym. Rzeczywisty motyw to dintojra dawnych towarzyszy z SLD.

Środowisko Lewicy weszło w fazę planktonizacji. Mamy do czynienia z kompletnym i niezrozumiałym dla elektoratu sekciarstwem. Zachowanie całej formacji przypomina bal na Titanicu. Jadą na czołowe zderzenie z rzeczywistością i kłócą się o to, kto będzie siedział na fotelu kierowcy, nie patrząc przy tym na drogę. Lewicowy wyborca musi być przygotowany na powtórzenie scenariusza z 2015 r., gdy Razem przekroczyło 3 proc., ale spowodowało, że lewicy w ogóle nie było w parlamencie. Może te cztery lata czyśćca to było za mało i trzeba czegoś więcej, aby ci ludzie oprzytomnieli.

- Co może okazać się kluczowe dla ostatnich tygodni kampanii? Czy zapowiadana na 12 maja kolejna debata będzie punktem kulminacyjnym?

Na pewno kluczowy będzie przebieg debaty i to, jak będą przygotowani kandydaci. Rafał Trzaskowski nie może sobie pozwolić na kolejny występ w słabej formie. Każdy ma prawo, aby mieć gorszy dzień. Jednak gdy sportowiec ma gorszy dzień podczas zawodów, to po prostu ma pecha. Tutaj pecha będziemy mieli my wszyscy, jeżeli to się powtórzy. Sytuacja jest naprawdę poważna.

Tąpnięcie w wynikach kandydata KO jest częściowo jego zasługą, ale zobaczmy jak sobie radzi Karol Nawrocki. On się wyrobił i to widać gołym okiem. Byłem pod wrażeniem, jak swobodnie się wypowiadał. Rafała Trzaskowskiego stać na dużo więcej. Dał się złapać na proste triki, taki jak ten z tęczową flagą. Nie był w stanie sobie z nią poradzić, co doskonale wykorzystała Magdalena Biejat. Takie błędy nie powinny się jednak zdarzać. Trudno mówić o jednym dużym błędzie, ale cały występ był po prostu słaby.

Musimy pamiętać, że Karol Nawrocki ma nadal rezerwę, ponieważ jego poparcie nadal jest niższe niż Prawa i Sprawiedliwości. Co więcej, trzeba pamiętać o możliwym przepływie wyborców Sławomira Mentzena do Karola Nawrockiego w drugiej turze. Przez ostatnich kilka tygodni żyliśmy w rzeczywistości, w której było wiadomo kto wygra. Nie wiedzieliśmy tylko z kim wygra w drugiej turze Trzaskowski. Teraz Mentzen stracił szansę na dogonienie Nawrockiego, a różnica między Trzaskowskim i Nawrockim znów zaczęła maleć. To powinien być dzwonek dla wszystkich sztabów partii koalicji rządowej, a przede wszystkim dla KO.

onet.pl


- Jako doradca prezydenta USA do spraw bezpieczeństwa narodowego blisko współpracował pan z Donaldem Trumpem. Jakie miejsce w jego wszechświecie zajmuje Polska?

John Bolton: Większość ludzi uważa, że świat jest nieco bardziej skomplikowany, ale według Donalda Trumpa Stany Zjednoczone mają dobre stosunki z danym krajem wtedy, gdy on sam ma przyjacielską relację z głową tego państwa. A prawda jest taka, że Trump faktycznie ma dobre, osobiste stosunki z prezydentem Andrzejem Dudą.

Ponadto uwadze Trumpa nie umykają wydatki Polski na obronność, znacznie przewyższające obecne standardy wewnątrz NATO. Sądzę więc, że ma pozytywne odczucia względem waszego kraju. Ale co z tego, skoro nie wiadomo, co będzie jutro?

- Donald Trump potrafi zmieniać poglądy z dnia na dzień?

Ależ oczywiście.

- A Polacy wkrótce wybiorą nowego prezydenta.

I to bez wątpienia wpłynie na to, co myśli Donald Trump. Ale można zarówno spodziewać się, że będzie źle, jak i że będzie niespodziewanie dobrze. Nigdy nie wiadomo, jak zareaguje na daną osobę.

Spójrzmy chociażby na to, jak traktował Justina Trudeau, do niedawna premiera Kanady. Trump dosłownie go trollował, nazywał go "gubernatorem", robiąc aluzje do tego, że Kanada będzie 51. stanem. Trudeau w zeszłym miesiącu zastąpiony został przez Mike’a Carneya, który podobnie jak jego poprzednik związany jest z Liberalną Partią Kanady — stoi na jej czele. Można było więc spodziewać się, że Trump także jego nie polubi. Tymczasem po rozmowie z amerykańskim prezydentem Carney twierdzi, że wcale tak nie jest. Zatem nim nasz prezydent nie zasiądzie do rozmowy z nowym prezydentem Polski, nie warto nic przesądzać.

(...)

- Donald Trump sugerował niedawno, że może być prezydentem o wiele dłużej, aniżeli sądzimy. Niektórzy uważają, że mówił poważnie, a niektórzy, że lubi żarty, które rozgrzewają świat. Jego słowa na temat wyjścia USA z NATO z pewnością nie są od początku do końca żartem, natomiast zastanawiać się można, w jakim stopniu realny jest ów scenariusz, a w jakim stopniu Donald Trump próbuje wywołać pewną dyskusję, bądź też po prostu sensację.

U Trumpa zawsze jest ten element żartu, przy czym ja próbuję unikać słowa "żart" i zastępuję je słowem "okrucieństwo". On po prostu droczy się ze światem.

Niemniej jednak uważam, że ryzyko wyjścia USA z NATO jest poważne. Już w 2018 r. Trump był niebezpiecznie bliski podjęcia takiej decyzji i sytuacja niewątpliwie może się powtórzyć. Szczerze mówiąc, wszystko zależy od tego, co akurat jest na szczycie listy jego przemyśleń i czy coś lub ktoś spowoduje, że temat Sojuszu nagle na ten szczyt wskoczy.

Jeśli więc chcemy zapobiec wyjściu USA z NATO, możemy stosować bardzo prostą strategię – zaprzątać mu głowę innymi problemami. Ponadto to szalenie istotne, by nasi przyjaciele w Europie nie dawali mu kolejnych argumentów do wycofania się z Sojuszu. A Trump może wykorzystać byle wymówkę, jak chociażby niedawny komentarz Friedricha Merza.

- Gdy przyszły kanclerz Niemiec wspomniał o "niepodległości od USA"?

Tak. Usłyszawszy to, Trump może po prostu powiedzieć, że nie chce, by ktokolwiek czuł się niekomfortowo i że skoro tak się mają sprawy, to USA żegna się z NATO. Naprawdę niewiele mu wystarczy, więc należy być bardzo ostrożnym. Jednocześnie należy pamiętać, że wymagając od krajów członkowskich zwiększenia wydatków na obronność, Trump potencjalnie wytycza sobie drogę do kolejnych argumentów.

- Kwoty są zbyt wysokie, by wszystkie kraje mogły sprostać jego oczekiwaniom?

Tak. Sądzę, że Trump chce postawić poprzeczkę tak wysoko, by w końcu jakieś państwo, na przykład Niemcy, powiedziało: "nie wydamy tyle".

W 2014 r. kraje członkowskie podjęły decyzję, że będą przeznaczać co najmniej 2 proc. swojego PKB na obronność. Wiele państw musiało przejść pewną ścieżkę, by osiągnąć ten cel. Słysząc, że poprzeczka jest bezustannie stawiana wyżej, niektórzy mogą zacząć się zastanawiać, czy są jakieś granice. A w oczach Trumpa NATO to sojusz, w którym Ameryka broni Europy i nie otrzymuje nic w zamian. Szczerze? Sam nie chciałbym być częścią NATO, gdybym tak je postrzegał. Tyle że Trump nie ma racji – bo w NATO chodzi o to, że łącząc siły, wszyscy jesteśmy bezpieczniejsi.

- Czy Donald Trump ma poczucie, że Ameryka cokolwiek straci, wychodząc z NATO?

Uważa, że nie stracimy absolutnie nic i zadaje sobie pytanie: po co zawracać sobie głowę tymi Europejczykami? Jakieś małe państewko tu, jakieś małe państewko tam — a Ameryka ma według niego mieć do czynienia z grubymi rybami — takimi jak te, które rozdają karty na Kremlu.

- Jak bardzo na przyszłość USA w NATO wpłynąć mogą wydarzenia w Ukrainie?

Są to tematy bardzo blisko powiązane, natomiast sądzę, że uwagę Trumpa skupiają obecnie inne zagadnienia – chociażby problemy z Iranem i opatrywanie ran, które sam sobie zadał, nakładając cła. Z Ukrainą ewidentnie mu nie wyszło — przecież jeszcze nie tak dawno twierdził, że zakończy wojnę w 24 godziny. Było to bzdurą wówczas i jest bzdurą nadal, zwłaszcza że nie udało mu się nawet doprowadzić do zawieszenia broni. Rosjanie postępują wręcz w sposób dokładnie odwrotny do tego, co kryje się pod terminem "zawieszenie broni".

- Jakie reakcje wśród amerykańskich wojskowych wywołują słowa Donalda Trumpa na temat Sojuszu Północnoatlantyckiego?

Pośród najwyższych rangą oficerów naszego wojska panuje duży niepokój. Dla nich to oczywiste, że członkostwo w NATO daje nam strategiczną przewagę. Pomysł opuszczenia Sojuszu lub choćby nawet osłabienia go to coś wręcz niepojętego.

W mojej opinii NATO jest najbardziej udanym sojuszem w historii. Dlaczego ktoś chciałby z niego wyjść? To dziwi przecież nie tylko naszych wojskowych, ale ludzi na całym świecie.

Dwie dekady temu były premier Hiszpanii Jose Maria Aznar powiedział, że NATO powinno być globalnym sojuszem i że należy przyjąć do niego Japonię, Australię, Izrael, Singapur, Południową Koreę i szereg innych państw. I to jest rozmowa, którą powinno się dziś prowadzić – rozmowa o poszerzeniu NATO, a nie o wychodzeniu z Sojuszu. Uważam, że większość amerykańskich dowódców wojskowych podziela tę opinię.

Tymczasem Trump ma izolacjonistyczne pomysły i jest otoczony ludźmi, którzy mają podobne — choćby J.D. Vance, który bez wątpienia jest izolacjonistą.

(...)

- Pracował pan dla Donalda Trumpa. Bycie doradcą osoby, która nie chce, by jej doradzano, jest chyba trudnym zadaniem?

Podczas kampanii prezydenckiej w 2016 r. Rudy Giuliani został zapytany, jak często Donald Trump słucha jego rad. Powiedział, że raz na pięć razy. Myślę, że to naprawdę optymistyczny szacunek. Trump, mając jakiś pomysł, często chodzi od osoby do osoby, szukając takiej, która w końcu się z nim zgodzi.

I wie pan, co dzieje się wówczas?

- Realizuje swój pomysł, powołując się na rozmowę z tą osobą?

Tak, robi to, co chciał zrobić od samego początku, powtarzając: "ludzie wokół mówią mi, że mam tak postąpić". A my musimy zaciskać zęby i łagodzić skutki jego decyzji. Pamiętajmy, że wraz z odejściem Donalda Trumpa świat się nie skończy. Będziemy musieli żyć w posttrumpowskiej rzeczywistości.

onet.pl


— Stany Zjednoczone w ciągu kilku dni zrezygnują z prób doprowadzenia do pokoju między Rosją i Ukrainą, jeśli nie będzie sygnałów, że porozumienie w tej sprawie jest do osiągnięcia — oświadczył Marco Rubio, sekretarz stanu USA.

Słowa te padły po jego spotkaniu z przywódcami europejskimi i ukraińskimi w Paryżu. Stwierdził on, że Donald Trump nadal zainteresowany jest porozumieniem pokojowym, ale ma wiele innych priorytetów na całym świecie i jest skłonny iść naprzód tylko wtedy, gdy pojawią się oznaki postępu w rozmowach pokojowych.

To duża zmiana w porównaniu do tego, co prezydenta USA mówił jeszcze kilka tygodni temu.

— Musimy zrozumieć w ciągu dni, a nie tygodni, czy możliwe jest zakończenie tej wojny. Jeśli tak, jesteśmy gotowi zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby to ułatwić i zapewnić, że konflikt może zostać zakończony w korzystny i sprawiedliwy sposób — powiedział sekretarz stanu USA, przemawiając do dziennikarzy w Paryżu.

Podkreślił, że w przeciwnym razie Donald Trump odmówi dalszego pośredniczenia w rozmowach pokojowych dotyczących zakończenia wojny w Ukrainie. — Nie zamierzamy nadal wyznaczać terminu [rozmów] na tygodnie lub miesiące do przodu... Jeśli będzie można zrobić to szybko, pozostaniemy zaangażowani. Jeśli nie będzie to możliwe, mamy inne priorytety — podsumował.

Sekretarz stanu USA uczestniczył w czwartek w Paryżu w rozmowach z przedstawicielami Europy i Ukrainy na temat sytuacji w Ukrainie. Odbywają się w czasie, gdy wysiłki Waszyngtonu na rzecz zawieszenia broni wydają się nie przynosić większych rezultatów /nic dziwnego - red./.

Marco Rubio podkreślił znaczenie zaangażowania w proces pokojowy europejskich sojuszników Ukrainy. — Myślę, że Wielka Brytania, Francja i Niemcy mogą nam pomóc. Mogą posunąć sprawy do przodu i przybliżyć nas do rozwiązania. Uważam, że ich pomysły są bardzo przydatne i konstruktywne — powiedział.

onet.pl

czwartek, 17 kwietnia 2025



8 kwietnia Senat USA zatwierdził nominację Elbridge’a Colby’ego na stanowisko podsekretarza obrony do spraw polityki (Under Secretary of Defense for Policy), co czyni go głównym doradcą sekretarza obrony w zakresie kształtowania polityki bezpieczeństwa narodowego i trzecią najważniejszą osobą w Departamencie Obrony. W czasie pierwszej kadencji Donalda Trumpa Colby piastował stanowisko zastępcy asystenta sekretarza obrony ds. strategii i rozwoju sił zbrojnych (Deputy Assistant Secretary of Defense for Strategy and Force Development) i odegrał pierwszoplanową rolę przy tworzeniu Strategii obrony narodowej z 2018 r. Jest znany z poglądu, że Stany Zjednoczone powinny się skupić na odstraszaniu i powstrzymywaniu Chin oraz zredukować swoją obecność na innych teatrach (europejskim i bliskowschodnim). Z tego względu jego kandydatura wzbudziła opór części senatorów republikańskich, zwłaszcza tych szczególnie zaniepokojonych irańskim programem nuklearnym. Wyrazem tego była ponadmiesięczna przerwa pomiędzy przesłuchaniem Colby’ego przed senacką komisją a głosowaniem nad jego nominacją. Ostatecznie tylko jeden senator opowiedział się przeciw niej.

Już w dniu inauguracji prezydenta Trumpa, 20 stycznia, w Departamencie Obrony zaprzysiężono grono nowych urzędników wyższego szczebla, których powołanie nie wymagało zatwierdzenia przez Senat, a którzy będą współkształtowali strategię obronną USA. Na szczególną uwagę zasługują Austin Dahmer (Deputy Assistant Secretary of Defense for Strategy) i Alexander Velez-Green (Senior Advisor to the Under Secretary of Defense for Policy). Ten pierwszy był wcześniej doradcą do spraw bezpieczeństwa narodowego senatora Josha Hawleya (także zwolennika priorytetyzacji zagrożenia ze strony Chin). Ten drugi zaś w przeszłości również doradzał Hawleyowi w kwestiach bezpieczeństwa, a ostatnio zajmował się obronnością w The Heritage Foundation.

Colby wraz z Dahmerem i Velezem-Greenem będą mieli kluczowy wpływ na kształt nowej Strategii obrony narodowej oraz obecność Sił Zbrojnych USA na całym świecie. Aktualnie w Pentagonie trwa rewizja tej obecności (Global Force Posture Review), a jej rezultaty mogą stać się punktem wyjścia do ewentualnych zmian. Zarówno Colby, jak i jego współpracownicy od lat opowiadali się za zmniejszeniem amerykańskich sił w Europie, a nawet za cięciami w Wojskach Lądowych Stanów Zjednoczonych na rzecz wzmocnienia Marynarki Wojennej w konfrontacji z Chińską Republiką Ludową. Wszyscy trzej są autorami opracowań i raportów, w których prezentują szczegółowe rozwiązania, jakie chcieliby zaimplementować w Siłach Zbrojnych USA.

Komentarz
  • W kształtowaniu strategii obronnej Colby będzie odgrywał rolę szczególną ze względu na ograniczone doświadczenie sekretarza obrony Pete’a Hegsetha. Do tej pory Colby proponował skupienie się na największych wyzwaniach: powstrzymywaniu chińskiej dominacji na Indo-Pacyfiku i ochronie własnego terytorium. Optował za ograniczeniem zaangażowania USA w innych regionach świata, choć nie mówił o wycofaniu się z nich, a raczej o przerzuceniu większej odpowiedzialności na sojuszników i partnerów we współpracy z Waszyngtonem. Podczas przesłuchania przed senacką Komisją Sił Zbrojnych wskazywał, że Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić równoległych konfliktów zbrojnych na różnych teatrach, a to Pekin stanowi dziś podstawowe zagrożenie dla Waszyngtonu. Podkreślił, że nadrzędnym celem USA powinno być powstrzymanie hegemonii Chin na Indo-Pacyfiku.
  • Pojawiają się sygnały wskazujące, że Departament Obrony rozważa ograniczenie amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Pod koniec marca „The Washington Post” donosił o tymczasowych wytycznych dotyczących Strategii obrony narodowej (Interim National Defense Strategic Guidance), jakie miał rozesłać Hegseth. Z relacji prasowej wynika, że mówią one o skoncentrowaniu Sił Zbrojnych USA na zagrożeniach w regionie Indo-Pacyfiku oraz na bezpieczeństwie krajowym przy jednoczesnej akceptacji większego ryzyka na innych teatrach (w tym europejskim). Podczas przesłuchania przed komisją Izby Reprezentantów przedstawicielka Departamentu Obrony Katherine Thompson nie chciała potwierdzić, że Pentagon popiera dalszą obecność sił zbrojnych na Starym Kontynencie, zasłaniając się trwającym Global Force Posture Review – przeglądem amerykańskiej obecności militarnej w świecie, który może stanowić podstawę decyzji o ewentualnej relokacji wojsk USA zaangażowanych poza granicami kraju. Na początku kwietnia stacja NBC informowała o planach zredukowania amerykańskiej obecności na wschodniej flance NATO o nawet 10 tys. żołnierzy.
  • Kluczowe dla decyzji w kwestii zaangażowania wojskowego Stanów Zjednoczonych za granicą będzie to, jak duży budżet Departamentu Obrony uda się uchwalić nowej administracji. Jeżeli okaże się on znacznie wyższy niż ten przyjęty za prezydentury Joego Bidena, a tym samym środki te zaspokoją oczekiwania antychińskich jastrzębi w zakresie finansowania odstraszania w regionie Indo-Pacyfiku, to możliwe będzie zachowanie przynajmniej części obecności rotacyjnej w Europie. Prowizorium budżetowe obowiązujące do końca tego roku fiskalnego nieznacznie (o 6 mld dolarów) zwiększa wydatki względem zeszłego roku. Niewykluczone jest jednak również istotne podniesienie nakładów na obronność w ramach trwającego procesu rekoncyliacji budżetowej. Z niedawnej zapowiedzi Trumpa wynika, że łącznie wydatki na ten cel mogą wynieść ponad 1 bln dolarów (w 2024 r. – 886 mld). Dodatkowe fundusze mają zostać przeznaczone przede wszystkim na modernizację marynarki i sił powietrznych. Byłoby to zbieżne z postulatami zgłaszanymi przez Dahmera i Veleza-Greena (zob. Aneks).
Aneks. 

Wpływ priorytetyzacji zagrożenia chińskiego na budżet Pentagonu według raportów Dahmera i Veleza-Greena

Austin Dahmer (Deputy Assistant Secretary of Defense) w raporcie Resourcing the Strategy of Denial: Optimizing the Defense Budget in Three Alternative Futures, opublikowanym w 2023 r. w Marathon Initiative (think tanku współzałożonym przez Colby’ego), analizuje trzy możliwe scenariusze zmian w amerykańskim budżecie obronnym.

1. Utrzymanie obecnego poziomu finansowania Pentagonu

Bez zwiększenia budżetu Pentagonu o 10% rocznie w tej dekadzie niemożliwe będzie utrzymanie amerykańskiego zaangażowania wojskowego w Europie, na Bliskim Wschodzie i na Indo-Pacyfiku. Dahmer zaleca:
  • zmniejszenie wydatków na Wojska Lądowe o ok. 70 mld dolarów rocznie i przesunięcie tych środków – wraz z innymi oszczędnościami – na Marynarkę Wojenną i Siły Powietrzne, które zyskałyby dodatkowo po ok. 40 mld dolarów;
  • zmniejszenie obecności Sił Zbrojnych USA o ok. 20 tys. żołnierzy w Europie oraz ograniczenie personelu cywilnego o 5% poprzez całkowitą rezygnację z Europejskiej Inicjatywy Odstraszania (European Deterrence Initiative), czyli sił rotacyjnie rozmieszczonych na wschodniej flance NATO po 2017 r. (dowództwa dywizji, dwóch brygadowych zespołów pancernych ABCT, brygadowego zespołu piechoty IBCT i brygady lotnictwa wojsk lądowych CAB);
  • zmniejszenie Wojsk Lądowych USA o ekwiwalent trzech dywizji (w tym dwóch Gwardii Narodowej) poprzez likwidację czterech brygadowych zespołów bojowych Stryker SBCT (w tym dwóch Gwardii Narodowej), sześciu brygadowych zespołów bojowych piechoty IBCT (w tym pięciu Gwardii Narodowej) i dwóch brygad lotnictwa CAB Gwardii Narodowej;
  • wstrzymanie licznych programów modernizacji i zakupu pojazdów lądowych, w tym czołgów M1A2 SEPv3 Abrams, transporterów opancerzonych AMPV, śmigłowców AH-64 Apache i UH-60 Black Hawk;
  • wycofanie z Sił Powietrznych wszystkich samolotów szturmowych A-10C (aktualnie jest ich tam ok. 200);
  • przeznaczenie zaoszczędzonych w ten sposób środków budżetowych na pozyskanie większej liczby okrętów dla Marynarki Wojennej (dwie fregaty, trzy myśliwskie atomowe okręty podwodne, ponad 30-letni plan rozwoju U.S. Navy), przyśpieszony rozwój bombowców strategicznych B-21 Raider oraz zwiększenie liczby zamawianych i produkowanych rocznie samolotów F-35.
2. Zmniejszenie finansowania Pentagonu

Zmniejszenie budżetu Pentagonu o ok. 10% miałoby przede wszystkim uderzyć w Wojska Lądowe, choć cięcia dotyczyłyby wszystkich rodzajów sił zbrojnych:
  • Wojska Lądowe utraciłyby ekwiwalent siedmiu dywizji, czyli dziewięciu brygadowych zespołów bojowych Stryker (w tym dwóch Gwardii Narodowej), 10 brygadowych zespołów bojowych piechoty IBCT (w tym ośmiu Gwardii Narodowej), dwóch brygadowych zespołów pancernych ABCT (w tym jednej Gwardii Narodowej) oraz pięciu brygad lotnictwa Wojsk Lądowych CAB (w tym dwóch Gwardii Narodowej). W zamian proponuje się rozbudowę struktur obrony powietrznej, w tym systemów Patriot;
  • Marynarka Wojenna miałaby wycofać przedwcześnie ze służby dwa najstarsze lotniskowce typu Nimitz i dwa najstarsze okręty desantowe z ciągłym pokładem lotniczym (ekwiwalent lekkiego lotniskowca) typu Wasp, rozwiązane miałoby też zostać jedno (z dziewięciu) skrzydeł lotnictwa lotniskowcowego CVW. Uwolnione fundusze miałyby posłużyć do inwestycji w wydłużenie służby trzech najstarszych okrętów podwodnych typu Ohio (nosicieli pocisków manewrujących Tomahawk), zakup trzech dodatkowych myśliwskich okrętów podwodnych typu Virginia i dwóch dodatkowych fregat rakietowych oraz przyśpieszyć rozwój morskich bezzałogowców;
  • Siły Powietrzne i Korpus Piechoty Morskiej miałyby zmniejszyć o nieokreśloną wartość liczbę swoich eskadr lotniczych.
3. Zwiększenie finansowania Pentagonu
  • W przypadku podwyższenia budżetu Pentagonu o 10% rocznie Dahmer postuluje rozwój Wojsk Lądowych o ekwiwalent czterech dywizji (4 ABCT, 2 SBCT, 5 IBCT, 2 CAB), lecz zastrzega, że wszelkie inwestycje w U.S. Army należy opóźnić do czasu wysycenia inwestycjami i dodatkowymi środkami Marynarki Wojennej oraz Sił Powietrznych;
  • Marynarka Wojenna miałaby przedłużyć służbę 17 starych krążowników typu Ticonderoga i trzech najstarszych okrętów podwodnych typu Ohio oraz zakupić trzy dodatkowe myśliwskie okręty podwodne typu Virginia i dwie dodatkowe fregaty rakietowe, a także przyśpieszyć rozwój morskich bezzałogowców i lotnictwa morskiego;
  • Siły Powietrzne miałyby przyśpieszyć prace nad bombowcem strategicznym nowej generacji B-21 i myśliwcem nowej generacji NGAD oraz znacząco zwiększyć liczbę zamawianych samolotów transportowych i latających tankowców;
  • Dodatkowe środki miałyby pozwolić Korpusowi Piechoty Morskiej na utworzenie dodatkowych pięciu batalionów piechoty oraz zwiększyć planowaną liczbę eskadr samolotów F-35 B/C.
Alexander Velez-Green (Senior Advisor to the Under Secretary of Defense for Policy) w 2024 r. przygotował analogiczny raport dla The Heritage Fundation – A Conservative Defense Budget for Fiscal Year 2025. Podkreśla w nim brak wystarczających środków budżetowych na jednoczesne zaangażowanie militarne USA w Europie, na Bliskim Wschodzie i na Pacyfiku. Uznaje, że:
  • Stany Zjednoczone muszą skupić się na Indo-Pacyfiku oraz będą musiały przenieść fundusze, sprzęt i personel z Europy do tego regionu przy utrzymaniu znacznie zmniejszonej obecności na Starym Kontynencie;
  • sojusznicy europejscy muszą wydawać więcej na obronność – osiągać co najmniej 2% PKB wydatków na ten cel i dążyć do 3% PKB;
  • sojusznicy europejscy muszą przewodzić w pomocy wojskowej dla Ukrainy i wziąć na siebie główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo Europy, pozwalając USA skoncentrować się na Indo-Pacyfiku.
osw.waw.pl


Pogląd, że Gorbaczow był większym reformatorem niż Deng Xiaoping jest ideologicznym zniekształceniem faktów. Wystarczy porównać dzisiejsze Chiny i Rosję, ich gospodarki i wpływy na świecie. Taka ocena jest odzwierciedleniem dominującego na Zachodzie przekonania, że ​​istnieje tylko jeden właściwy sposób życia, jeden adekwatny system polityczny i gospodarczy – liberalna demokracja i wolny rynek. Działania Deng Xiaopinga i Michaiła Gorbaczowa zmieniły nie tylko bieg historii w Chinach i ZSRR, ale także przekształciły światową geopolitykę. Zachód szczerze przyjął Gorbaczowa, którego polityka doprowadziła do upadku „imperium zła”. Coraz bardziej martwi go dziedzictwo Denga, które przekształciło Chiny w gospodarczą superpotęgę, walczącą o należne jej miejsce pod słońcem.

Porównując sytuacje rewolucyjne w Chinach przed Dengiem, w Związku Radzieckim przed Gorbaczowem i na współczesnym Zachodzie (a konkretnie w Stanach Zjednoczonych), nie należy zapominać, że ich przyczyny są zupełnie inne. Rewolucje komunistyczne, najpierw w Imperium Rosyjskim, a następnie w Chinach, były utopijnymi eksperymentami, mającymi na celu rozwiązanie realnych problemów struktury politycznej, gospodarczej i społecznej, w tym głównego, istotnego problemu kapitalizmu – bogacenia się mniejszości kosztem większości. Czynniki geopolityczne – I wojna światowa w przypadku Imperium Rosyjskiego i II wojna światowa w przypadku Chin – odegrały decydującą rolę w „sukcesie” tych eksperymentów.

Jednak komunizm jako środek walki z kapitalizmem okazał się porównywalny do leku, który zabija pacjenta, choć nie natychmiast.

Przemoc niezbędna do urzeczywistnienia utopijnych idei (które, jak uważał Marks, były przeznaczone dla wysoko rozwiniętych społeczeństw europejskich, a nie dla Rosji czy Chin), a także nieefektywność kolektywnej własności środków produkcji i scentralizowanej gospodarki skaziły te eksperymenty niemal od samego początku. Aby tego uniknąć w swoich krajach, elity Zachodu poszły na kompromis z uciskaną większością. New Deal Franklina Delano Roosevelta w Stanach Zjednoczonych i pojawienie się socjaldemokracji w Starym Świecie uratowały świat zachodni przed „widmem nawiedzającym Europę”.

Dlatego kontrrewolucje, które miały miejsce – ewolucyjne i udane (przynajmniej do tej pory) w Chinach oraz radykalne i nieudane (choć w upadku nienaturalnego systemu totalitarnego były i pewne pozytywy) w Związku Radzieckim – były w pewnym sensie postrzegane jako nieuchronny powrót „synów marnotrawnych” na łono systemu panującego. A triumfujący Zachód, z beztroską pewnością siebie, zaczął rozprzestrzeniać swój styl życia na cały świat. Wkrótce stało się jasne, że większa część planety nie mogła lub nie chciała tego zaakceptować, a dwaj byli komunistyczni giganci, odrzuciwszy stary porządek, nie zgodzili się na uległe podporządkowanie jedynemu supermocarstwu. Rzeczywiście, Rosja próbowała w latach 90. naśladować Zachód, ale się nie udało.

Zniknięcie ideologicznych rywali ujawniło problemy kapitalizmu, które nie zniknęły, lecz zostały przesłonięte przez wady ideologii i praktyki głównego konkurenta. Problemy te jeszcze bardziej się pogłębiły wraz z globalizacją, którą początkowo zachodnie (i nie tylko) elity przyjęły z zadowoleniem. Laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2024 r., Daron Acemoglu, napisał: „Amerykańska demokracja coraz bardziej nie spełnia swoich podstawowych funkcji, a Partia Demokratyczna pogorszyła problem, służąc wąskiej, uprzywilejowanej elicie. Aby przywrócić jej perspektywy i swój rodzaj rządów, Ameryka musi powrócić do korzeni klasy robotniczej”. Oczywiście, łatwiej powiedzieć niż zrobić, zwłaszcza że troska o klasę robotniczą była wyjątkiem, a nie naturalnym podejściem obu dominujących partii w Stanach Zjednoczonych. W Europie problemy polityczne i gospodarcze, w dużej mierze spowodowane złym przywództwem, są jeszcze poważniejsze.

Peter Turchin pisze o czterech strukturalnych czynnikach niestabilności, które prowadzą do kryzysu społecznego i mogą stworzyć sytuację rewolucyjną: zubożenie mas prowadzące do ich masowej mobilizacji, nadprodukcja elit prowadząca do konfliktów wewnątrz elit, niestabilność systemu finansowego i osłabienie legitymacji państwa, a także czynniki geopolityczne. Jednakże zauważa, że ​​„w przypadku dużych, potężnych imperiów czynniki geopolityczne mają tendencję do bycia mniej ważnymi. Takie państwa są zbyt duże, aby podlegać wpływom działań sąsiadów, a rozpad społeczny jest tam spowodowany przez siły wewnętrzne”.

To prawda. Związek Radziecki upadł głównie z powodu wewnętrznych sprzeczności.

Zarówno Deng, jak i Gorbaczow w pewnym momencie zdali sobie sprawę, że „normalny tryb życia” jest szkodliwy dla ich krajów. Chiny, w przeciwieństwie do ZSRR, pod rządami Deng Xiaopinga potrafiły zmienić kurs i nie tylko uratować kraj, ale także stworzyć podstawy do stania się potęgą równą Stanom Zjednoczonym. Profesor Zhang Weiwei z Uniwersytetu Fudan, który był tłumaczem Deng Xiaopinga, powiedział, że po spotkaniu z Michaiłem Gorbaczowem w Pekinie (maj 1989 r.) Deng Xiaoping opisał swojego odpowiednika w kręgu doradców jako naiwnego i słabego.

Można się zgodzić z tą charakterystyką, choć gdyby Gorbaczow okazał się bardziej surowy i mniej humanitarny, wynik mógłby być taki sam, lecz bardziej krwawy. To, co sprawdza się w Chinach, niekoniecznie sprawdzi się w Rosji. Gorbaczow zrozumiał, że radziecki model polityczny i gospodarczy jest niewykonalny i należy go zreformować. Pod tym względem przypomina Denga, który dekadę wcześniej doszedł do podobnych wniosków na temat systemu chińskiego. Ale na tym podobieństwa się kończą.

Deng wiedział, czego chce, i powoli, acz konsekwentnie, niekiedy stosując brutalne środki i metody (jak na przykład bezwzględne stłumienie protestów na placu Tian’anmen w 1989 r.), zmierzał do celu przywrócenia Chinom wielkości. Pragnienie demokracji i wolności, którym hołdowali protestujący na placu Tiananmen, mogło być szczere, ale naiwne. Nawet gdyby władze nie stłumiły demonstracji i spróbowały spełnić żądania, szanse na ustanowienie liberalnej demokracji były zerowe. Nie ma jednak wątpliwości, że oznaczałoby to koniec reform gospodarczych i wzrostu gospodarczego w Chinach.

Michaił Gorbaczow natomiast wierzył w możliwość urzeczywistnienia socjalizmu na wzór szwedzki i w szczerość amerykańskich obietnic o nierozszerzaniu NATO na wschód. Zaprzysiężony wróg Gorbaczowa, Borys Jelcyn w latach 90. kontynuował politykę swego poprzednika w ramach zmniejszonych granic Federacji Rosyjskiej, tworząc kraj, w którym rządzili oligarchowie, a większość ludności stała się jeszcze biedniejsza niż za rządów radzieckich.

Peter Turchin ma rację, twierdząc, że zarówno kryzysy gospodarcze, społeczne i polityczne w Chinach i Związku Radzieckim, jak i skuteczne reformy Denga oraz nieudane reformy Gorbaczowa, były spowodowane przede wszystkim czynnikami wewnętrznymi. Podobnie, obecne dążenie Donalda Trumpa do przywrócenia wielkości Ameryce jest niczym więcej niż reakcją na wewnętrzne problemy Amerykanów. Jednak wszystkie te procesy pokazują, że gdy duże i potężne (nawet potencjalnie) kraje doświadczają głębokich kryzysów, które wpływają na wszystkie warstwy społeczeństwa, cierpią nie tylko ich sąsiedzi, ale cały świat. W tym miejscu warto przywołać tytuł książki francuskiego dyplomaty i intelektualisty Alaina Peyrefitte’a: „Kiedy Chiny się obudzą… świat zadrży”. A sytuacja geopolityczna nigdy już nie będzie taka sama.

Oczywiście, aby zmienić społeczeństwo na tyle, by odbiło się to na całym świecie, potrzebna jest nie tylko niezwykła (niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu) osoba u steru państwa, ale także kraj wystarczająco duży, aby przeprowadzić eksperymenty.

(...)

Trump wywołał zamieszanie w amerykańskiej polityce krajowej i międzynarodowej, w wyniku czego nie tylko Demokraci, ale także wielu Republikanów odwróciło się od niego, zwłaszcza w trakcie jego pierwszej kadencji. Pokazał to, że nigdy nie było znaczących różnic między elitami Demokratów i Republikanów. Hillary Clinton, uosobienie skorumpowanej polityki Demokratów, przegrała wybory w 2016 r. nie z powodu ingerencji zagranicznej, ale dlatego, że rozłam między elitą polityczną i ekonomiczną z jednej strony a narodem amerykańskim z drugiej stał się zbyt widoczny. Na pierwszy rzut oka uosabiała „liberalnych interwencjonistów”, którzy niewiele różnili się od neokonserwatywnych jastrzębi rządzących pod rządami republikanina George’a W. Busha. Tak więc „oświecony” światopogląd Baracka Obamy i podstawowe instynkty Donalda Trumpa w zakresie polityki zagranicznej były w wielu kwestiach (choć nie we wszystkich) bliższe sobie niż preferencje w zakresie polityki zagranicznej osób takich jak Hillary Clinton.

Nieprzewidywalne i ekscentryczne posunięcia Trumpa w polityce zagranicznej uświadomiły niektórym sojusznikom Ameryki, że ślepe podążanie za samozwańczym przywódcą „wolnego świata” nie zawsze jest dla nich korzystne. Politycznie niepoprawne tweety i oświadczenia Trumpa zmusiły tych, którzy zwalczali go na Kapitolu i w liberalnych mediach, do odrzucenia poprawności politycznej.

Ta ostatnia, podobnie jak orwellowska demagogia, jak dotąd skutecznie ukrywała prawdziwe oblicze amerykańskich elit.

Turchin pisze w swojej książce z 2023 r.: „Aby zrozumieć, dlaczego Donald Trump został czterdziestym piątym prezydentem Stanów Zjednoczonych, należy mniej zwracać uwagę na jego osobiste cechy i manewry, a bardziej na głębokie siły społeczne, które wyniosły go na szczyt. Trump był jak mała łódź złapana na grzbiecie potężnej fali przypływu”. Jak pisze Tucker Carlson w swojej książce z 2018 r., trafnie zatytułowanej Ship of Fools: How a Selfish Ruling Class is Bringing America to the Brink of Revolution, „szczęśliwe i zadowolone kraje nie wybierają ludzi takich jak Donald Trump na prezydenta. Taką osobowość mogą wybrać zdesperowani". To samo można powiedzieć w 2024 r., ponieważ Demokraci niczego nie wyciągnęli ze swojej porażki w 2016 r.

Prezydentura Trumpa może okazać się jedynie chwilowym incydentem w historii Ameryki i wszystko wróci do normy. Ale raczej nie. Mimo że nie potrwa ona dłużej niż cztery lata wyznaczone przez wyborców, jej skutki będą odczuwalne przez wiele lat. W związku z tym można się zastanawiać, co miał na myśli Henry Kissinger, gdy nieco tajemniczo zauważył w wywiadzie dla Financial Times latem 2018 r.:„Myślę, że Trump może być jedną z tych postaci w historii, które od czasu do czasu pojawiają się, aby zaznaczyć koniec pewnej ery i wymusić porzucenie poprzednich pretensji. Nie oznacza to koniecznie, że wie o tym lub myśli o jakiejś wielkiej alternatywie. „Być może to zwykły zbieg okoliczności”.

globalaffairs.ru




W pierwszych miesiącach inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 r. dzienne wydatki Rosji na amunicję artyleryjską osiągnęły podobno szczyt 38.000 pocisków dziennie. Niektóre szacunki, takie jak te sporządzone przez rząd Estonii, podają tę liczbę jeszcze wyższą, wynoszącą 60.000 wiosną 2022 r. Jednak po tym szczycie dzienna szybkostrzelność ustabilizowała się, wahając się od 7000 do 16.000 pocisków, ale średnio około 10.000 pocisków dziennie. 

Mimo znacznego zwiększenia krajowych możliwości produkcyjnych w 2023 r. Rosja miała problemy z utrzymaniem ilości ognia wymaganej w przedłużającym się konflikcie o wysokiej intensywności ze względu na brak dostępnej amunicji i podatność na ataki dalekiego zasięgu i precyzji przeprowadzane przez Ukrainę na kluczowe węzły logistyczne i obiekty magazynowe. 

Pierwsze doniesienia o użyciu północnokoreańskiej amunicji przez siły rosyjskie na dużą skalę zaczęły pojawiać się w mediach społecznościowych w listopadzie 2023 r., trzy miesiące po rozpoczęciu dostaw z północnokoreańskiego portu Rajin. Posty na Telegramie i X zawierały zdjęcia wyprodukowanych przez Koreę Północną rakiet 122 mm, 152 mm i 122 mm - oprócz szeregu innych rodzajów amunicji. 

(...)

Aby oszacować ilość amunicji, którą Korea Północna przekazała Rosji, OSC /Open Source Centre/ zebrało ponad 180 zdjęć satelitarnych, identyfikując co najmniej 64 rejsy podjęte przez Angara, Maria, Lady R i Maia-1. Co znamienne, wszystkie te statki odbyły te rejsy bez transmisji na swoich transponderach AIS, co oznacza, że ​​każdy statek musiał zostać zidentyfikowany na każdym obrazie. Aby oszacować liczbę możliwej północnokoreańskiej amunicji wysłanej w tych kontenerach, OSC wykorzystało zdjęcia z wcześniej przechwyconych północnokoreańskich transportów amunicji i innych otwartych źródeł amunicji pochodzącej z KRLD, takich jak pociski artyleryjskie kal. 122 mm i 152 mm. 

Te skrzynie i amunicję zmierzono i zmodelowano w trzech wymiarach, a następnie ułożono w modelowanych kontenerach. Pozwoliło nam to oszacować z dużą dokładnością objętość różnych amunicji, które Angara, Lady R, Maria i Maia-1 mogły przewieźć w każdym kontenerze podczas tych 64 podróży.

Aby pomóc oszacować całkowitą objętość amunicji w tych kontenerach, OSC wykorzystało oficjalny ukraiński procentowy podział dostaw amunicji z Korei Północnej, sprawdzony przez Reuters . Oceny te stwierdzały, że podział między typami amunicji z Korei Północnej wynosił prawdopodobnie 60% pocisków haubic 122 mm, 25% pocisków haubic 152 mm i 15% rakiet 122 mm.

Łącznie analiza ujawnia, że ​​z Korei Północnej do Rosji wysłano ponad 15 000 kontenerów, które potencjalnie zawierały ponad 6 milionów pocisków artyleryjskich kalibru 122 mm i 152 mm oraz rakiet kalibru 122 mm.

(...)

Gdy amunicja dotrze na rosyjski Daleki Wschód, musi zostać przetransportowana koleją do składów amunicji w pobliżu granicy z Ukrainą, a następnie wysłana w kierunku linii frontu .

Oceny strony ukraińskiej, do których dotarła agencja Reuters, a także zdjęcia satelitarne o wysokiej rozdzielczości zebrane i przeanalizowane przez OSC, wskazują, że dostawy kolejowe zaczęły docierać do różnych rosyjskich składów amunicji wkrótce po rozpoczęciu dostaw z Rajin.

Zdjęcia satelitarne składów w Tichoretsku, Mozdoku, Toropets, Kirzhachu i Karaczewie pokazują, że pod koniec 2023 r. i w 2024 r. do obiektów przybywają dwudziestostopowe kontenery. Ekskluzywne dokumenty udostępnione przez agencję Reuters szczegółowo opisują dostawy północnokoreańskiej amunicji do konkretnych jednostek w Mozdoku i Toropets w kwietniu i maju 2024 r. Zdjęcia satelitarne pokazują, że niebieskie kontenery przybywają w tym samym miesiącu, a następnie przez cały rok.

We wrześniu 2024 r. kilka z tych obiektów zostało zaatakowanych przez ukraińskie ataki dronów. Znaczenie tych dostaw amunicji sprawiło, że stały się one celem o wysokiej wartości, a znaczne części obiektów w Toropiec i Tichoriecku zostały zniszczone. Raporty wskazywały, że te ataki mogły obniżyć rosyjskie stawki artyleryjskie nawet o połowę , co po raz kolejny podkreśla strategiczną wartość amunicji docierającej do tych składów.

stories.opensourcecentre.org

środa, 16 kwietnia 2025



Tatiana Kolesnychenko, Wirtualna Polska: - Kilka dni temu do internetu wyciekła treść nowej umowy o surowce, którą USA chcą podpisać z Ukrainą. O ile poprzednia wersja była niezobowiązującą umową ramową, to tym razem jest to bardzo szczegółowy kontrakt. Dzięki niemu Amerykanie zyskaliby dostęp nie tylko do wszystkich ukraińskich surowców, ale i całej infrastruktury, łącznie z portami. Urzędnik, który jest zaangażowany w negocjacje, powiedział o niej krótko: "katastrofa".

Walerij Pekar, publicysta, futurolog oraz wykładowca w Kijowsko-Mohylańskiej Szkole Biznesu: Nie można analizować znaczenia tej umowy w oderwaniu od całego obrazu geopolitycznego. Umowa sama w sobie nie miałaby żadnego sensu. Mamy Trumpa, który za wszelką cenę chce szybkiego zakończenia wojny. To się nie udaje, bo Rosja nie jest zainteresowana pokojem. Putin co najmniej do końca roku ma wszystkie zasoby - ludzkie, wojskowe, ekonomiczne - by kontynuować inwazję. Nadal może obchodzić sankcje, eksportować ropę, więc zawieszenie ognia nie jest mu potrzebne.

Biały Dom naciskać na Putina nie bardzo może i nie bardzo chce, a jednocześnie Trump musi coś zademonstrować swoim wyborcom. Musi pokazać jakiś bardzo namacalny dowód, że odnosi sukcesy na arenie międzynarodowej, bo obecnie jego hasło wyborcze o zakończeniu wojny w "jeden dzień" przekształciło się w bliżej nieokreślone "niedługo".

I tu pojawia się problem, bo okazuje się, że narracja kolportowana przez trumpistów, że Putin pragnie pokoju, ale nie chce rozmawiać z Bidenem, tylko czeka na Trumpa, rozsypuje się w drobny mak. I tu wracamy do surowców. Wielka, wspaniała umowa ma pokazać, że może i Trumpowi nie udaje się zostać wielkim negocjatorem i twórcą pokoju, ale przynajmniej jest w stanie dostarczyć swoim wyborcom łup. I tylko w tym kontekście można umowę rozpatrywać.

- Jak może "dostarczyć łup", skoro z góry wiadomo, że warunki zawarte w umowie nie są do zaakceptowania przez Ukrainę? Pomijając to, że Amerykanie znowu potraktowali udzieloną Ukrainie pomoc wojskową jako dług i nie zaoferowali żadnych gwarancji bezpieczeństwa, to umowa podkopałaby suwerenność kraju. Wiedząc, że Kijów ją odrzuci, Trump znowu chce oskarżyć Ukrainę o niepowodzenie rozmów pokojowych?

To miało sens na samym początku. Ludzie Trumpa właśnie próbowali to zrobić - zrzucić wszystko na Ukrainę, odwrócić się na pięcie i powiedzieć Europie: "Teraz to wasze problemy". Na tym etapie na taki zwrot już za późno. Zbyt dużo czasu, sił i medialnej uwagi poświęcono na negocjacje. Nawet sam Trump był zmuszony przyznać, że Rosja przeciąga decyzję o rozejmie. Niby ustalono jakieś tam częściowe zawieszenie ognia, ale ono nie działa, bo Rosja z założenia nie zamierza przestrzegać żadnych umów.

- Po kłótni w Białym Domu Ukraina była gotowa na drugie podejście. Umowa ramowa mogła być podpisana podczas negocjacji w Arabii Saudyjskiej. Ale Trump stwierdził, że chce ją uczynić "bardziej fantastyczną".

Podczas rozmów w Arabii Saudyjskiej Amerykanie poprosili o więcej czasu na dopracowanie umowy. Dlaczego? Bo to jedyna karta przetargowa, którą teraz mają. Tyle że obecny dokument, który wyciekł do mediów napisali nie specjaliści od prawa międzynarodowego, tylko osoby z doświadczeniem biznesowym. Więc tę propozycję można rozpatrywać wyłącznie jako brudnopis, który został ostro odebrany przez stronę ukraińską i który nadal jest w opracowaniu. W końcu trafi w ręce kompetentnych osób, które rozumieją, czym jest prawo międzynarodowe.

- W wizji USA, amerykańskie firmy miałyby otrzymać wyłączne prawa do eksploatacji wszystkich nowych złóż surowców w Ukrainie. Gdyby Kijów przystał na takie rozwiązanie, oznaczałoby to de facto koniec z integracją z UE, bo takie warunki są niezgodne z unijnym prawem. Trump próbował wbić klin między Ukrainę a EU?

Oczywiście, że jest zainteresowany w osłabieniu Europy. Świat ostatecznie odszedł od porządku opartego na umowach, traktatach i prawie międzynarodowym. Teraz obowiązują reguły, które narzucaj mocarstwa - USA i Chiny. Rosja chciałaby być trzecim ośrodkiem siły, choć jest tylko regionalną potęgą. Ale wszystkie te trzy kraje mają wspólny interes polegający na wyeliminowaniu innych silnych ośrodków władzy. Dlatego ani Waszyngton, ani Pekin, ani Moskwa nie są zainteresowane silną Europą. Ona pasuje im jako rynek zbytu, ale nie jako potęga, która może sama podejmować decyzje i się bronić. Dla Chin ten cel przez dziesięciolecia był priorytetowym, ale nieosiągalnym aż nagle - w dużej mierze dzięki Trumpowi - znalazł się w zasięgu ręki.

(...)

- Jeszcze przy administracji Joe Bidena w Ukrainie pobrzmiewały głosy, że ślepa wiara w USA i stawianie wszystkiego na sojusz z Ameryką jest błędem. Bowiem o wiele efektywniej byłoby budować sojusze w Europie. Czy właśnie widzimy zwrot w podejściu Kijowa?

Tak, choć oczywiście publicznie nikt nie ogłosi, że zrywamy relacje z Ameryką. Ukrainie jest teraz skrajnie nie na rękę publicznie kłócić się z Ameryką. Strategia ukraińskiej dyplomacji polega na tym, by zająć wypośrodkowane stanowisko i kupić jak najwięcej czasu na wzmocnienie relacji z Europą. Kijów będzie nadal szukał możliwości dialogu z Białym Domem, ale ciężar relacji sojuszniczych już jest przenoszony na UE.

I dzieje się to z coraz większym poparciem społeczeństwa i establishmentu. W Ukrainie rośnie przekonanie, że takie umowy, jak ta o wydobyciu surowców, lepiej podpisać z Europą i z nią budować przyszłość. To logiczne, bo Ukraina i Unia Europejska płyną w jednej łódce. Albo razem utrzymamy się na powierzchni, albo razem pójdziemy na dno. Jesteśmy potrzebni sobie nawzajem. Europa chce, żeby wojna się zakończyła i żeby Rosja nie stanowiła dla niej zagrożenia. Bo w przyszłości rosyjska agresja na Zachód to bardzo prawdopodobny scenariusz, a Polska dla Putina jest celem numer jeden.

wp.pl


W raporcie pt. Ukraine Support Tracker czytamy, że od rozpoczęcia pełnowymiarowej rosyjskiej inwazji ponad trzy lata temu, kraje europejskie przyznały Ukrainie łącznie 138 mld euro pomocy. USA przeznaczyły na to o 23 mld euro mniej.

Jak wyjaśnia Sueddeutsche Zeitung, liczby te obejmują pomoc wojskową, finansową i humanitarną. Biorąc pod uwagę tylko obszar pomocy wojskowej, Stany Zjednoczone nadal prowadzą, choć nieznacznie: od lutego 2022 r. przeznaczyły łącznie 65 mld euro, o około 1 mld euro więcej niż Europa.

Jak zauważa IfW, odkąd Donald Trump objął urząd prezydenta, USA nie zatwierdziły żadnej nowej pomocy. Ostatnia transza dostaw broni o wartości 500 mln dolarów została zatwierdzona 9 stycznia, za rządów poprzednika Trumpa - Joe Bidena. Z drugiej strony pomoc europejska trwa nieprzerwanie, co powoduje, że rozbieżności w statystykach się pogłębiają.

SZ, opisując badanie IfW, zauważa, że “Trump wielokrotnie fałszywie twierdził, że USA wydały do tej pory 350 mld dolarów (310 mld euro) na pomoc dla Ukrainy, podczas gdy państwa europejskie wydały tylko 100 mld dolarów (88 mld euro)".

belsat.eu/PAP


W nocy z poniedziałku na wtorek ponad 100 dronów eksplodowało w rejonie rosyjskiego Kurska. Według lokalnej administracji jedna osoba nie żyje, a dziewięć zostało rannych. Eksplozje uszkodziły kilka kamienic i garaż służb ratowniczych. Władze miasta, które zacytowała rosyjska państwowa agencja TASS, przekazały, że w wyniku ataku uszkodzone zostały łącznie 24 budynki mieszkalne i 20 samochodów. Biełsat donosi, że jest to odwet za niedzielny atak Rosji na Sumy, który zyskał miano "krwawej Niedzieli Palmowej".

Komunikat ukraińskiego Sztabu Generalnego: Jak podano, uderzenie skierowane było w bazę rosyjskiej brygady rakietowej, która w niedzielę wystrzeliła rakiety w kierunku ukraińskiego miasta Sumy. W wyniku tego ataku zginęło 35 osób, a 119 zostało rannych. Ukraińska armia zapowiedziała wówczas odwet. Nieco ponad dobę po rosyjskim uderzeniu ukraińskie drony doleciały do Kurska. Strona ukraińska podała, że zniszczono punkt dyslokacji 448. brygady rakietowej rosyjskich sił zbrojnych. To z tego miejsca agresor zaatakował Sumy, a wcześniej uderzał rakietami w inne miasta. Z informacji podanych przez Ukraińców wynika, że atak dronów na punkt dyslokacji rakiet spowodował szereg eksplozji. Ukraińscy wojskowi w specjalnym oświadczeniu napisali, że będą lokalizować każdą jednostkę rosyjskiej armii, która prowadzi ostrzał Ukrainy i podejmą próby jej zniszczenia.

gazeta.pl


Milbloger twierdził 12 i 13 kwietnia, że ​​rosyjskie dowództwo wojskowe ignoruje fakt, że rosyjskie siły zmagają się z niedoborami sprzętu niezbędnego do operacji ofensywnych, co przyczynia się do problemów z przeprowadzaniem szturmów i niepowodzeń szturmów małych grup wzdłuż linii frontu na Ukrainie. Milbloger twierdził, że rosyjscy dowódcy na pierwszej linii są pod znaczną presją ze strony przełożonych, aby przeprowadzać więcej szturmów piechoty, nie mają wystarczająco dużo czasu na planowanie nowych tras szturmowych i że niektórzy dowódcy na pierwszej linii wydają rozkazy szturmów po prostu po to, aby móc coś zameldować swoim przełożonym. ISW wcześniej ocenił, że te wyczerpujące szturmy prawdopodobnie zdegradują dostępną rosyjską siłę roboczą i sprzęt na tyle znacząco, że rosyjskie siły będą musiały zmniejszyć tempo ofensywy w sektorach frontu o niższym priorytecie. Milbloger spekulował, że rosyjskie siły znajdują się w samonapędzającym się cyklu, w którym słabo wyszkolona piechota zabita lub ranna w nieudanych próbach szturmu jest zastępowana podobnie słabo wyszkoloną piechotą, która jest ponownie wysyłana do skazanych na niepowodzenie szturmów.  Twierdzenia milblogera odzwierciedlają ogólną tendencję do spowalniania postępów Rosji na linii frontu w ostatnim czasie i podkreślają niektóre z kluczowych kwestii, którymi siły rosyjskie będą musiały się zająć, jeśli zamierzają w przyszłości uzyskać znaczące zdobycze terytorialne lub przeprowadzić bardziej zaawansowane operacje ofensywne na Ukrainie.

(...)

Ukraina i Rosja nie zawarły jeszcze morskiego porozumienia o zawieszeniu broni z powodu trwających rosyjskich żądań złagodzenia sankcji Zachodu. Negocjacje dotyczące warunków zawieszenia broni w przypadku ataków na infrastrukturę energetyczną są w toku, a ich rozstrzygnięcie pozostaje niejasne.

13 kwietnia rosyjskie Ministerstwo Obrony Narodowej (MON) bez podania dowodów podało, że siły ukraińskie ostrzelały i uszkodziły dwa obiekty energetyczne w obwodzie biełgorodzkim. 

understandingwar.org